Współczesny faryzeizm -

Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Dariusz Rohnka


Współczesny faryzeizm

W grudniu zeszłego roku, nowy metropolita warszawski, arcybiskup Stanisław Wielgus wyraził pogląd na temat pojawiających się od czasu do czasu, z monotonną natarczywością, prób tropienia tajnych współpracowników służby bezpieczeństwa, działających w kościele katolickim: bałbym się bardzo – powiedział hierarcha – żeby lustracja nie stała się formą współczesnej inkwizycji. Osobiście, kościelny dostojnik nie jest przeciwnikiem lustracji, obawia się jednak, że przy tej okazji może dojść do zniszczenia człowieka na podstawie półprawd i wątpliwych informacji ludzi, którzy nie byli nastawieni na prawdę. Wystąpienie nominata nie mogło być zaskoczeniem dla tzw. opinii publicznej, która podobne w tonie i z ducha wypowiedzi wielokrotnie zdołała usłyszeć z ust najwyższych dostojników kościelnych.

Tym razem słowa kolejnego katolickiego hierarchy, usiłującego zamazać obraz rzeczywistego charakteru stosunków państwo-kościół, nabrały wymiaru profetycznego. Jeszcze dobrze nie obeschła farba na uroczystej deklaracji ekscelencji, a już do głosu doszli ludzie podejrzewani o instrumentalne podejście do prawdy. Doniesienia Gazety Polskiej, według której Stanisław Wielgus miał współpracować ze służbami specjalnymi peerelu, zostały uznane za jaskrawy przykład dzikiej lustracji i ostro napiętnowane w mediach.

Arcybiskupia reakcja, pełna nieskrywanego oburzenia, byłaby ze wszech miar zrozumiała, gdyby nie fakt, że gazetowe doniesienia okazały się prawdziwe. Jak na zatwardziałego grzesznika przystało, pełen dobrej wiary w manipulacyjne talenty chlebo- i mocodawców, hierarcha konsekwentnie kłamał. Kapłan ów widać dobrze zapamiętał lekcję katechezy, mówiącej o jednym grzeszniku milszym Bogu…

I słusznie pokładał wiarę w solidarne uczucia katolickich dostojników, jak i Bożą łaskę. Podczas wielkich uroczystości, na których miał się dokonać niedoszły ingres, głosem swojego autorytetu przemówił najwyższy rangą peerelowski dostojnik, ciskając gromy na tych, co to odważyli się naruszyć sacrum obowiązującego porządku. Wbrew oczywistym faktom, prymas Glemp mówił: Cóż to za sąd na podstawie świstków, dokumentów trzeci raz odbijanych? Wychodząc zapewne z założenia, że to swoiste zwerbalizowane przemilczenie najskuteczniej zamiecie nieczystości pod dywan, prymas wyniósł sztukę faryzeizmu w najwyższe rejony profesjonalnej obłudy.

A jednak to nie obłuda rodzimych hierarchów wydaje się najciekawsza, ale konsternacja, jaka w związku z tak dramatycznymi wydarzeniami, zapanowała wśród wiernych, a której podłoże wydaje się niejasne. Przypadek kapłana Wielgusa nie odbiega bowiem od schematu obowiązującego w krajach komunistycznych. Młody, ambitny ksiądz poszukający metody na zrobienie kariery, albo tylko sposobu na wyrwanie się z granic przeciętności, musi dokonywać niekiedy trudnego wyboru pomiędzy złem mniejszym a większym, odpowiednio oszacować sytuację, określić zawczasu własną intelektualną, a przede wszystkim duchową rangę. Czy mam zostać wiejskim plebanem, czy może przewidziany zostałem do wyższych celów? – Takie zapewne pytania nękały wielokrotnie młodego, ambitnego księdza. Z perspektywy kariery jaką zrobił, zaszczytów, które go spotkały, pracy jaką wykonał dla dobra Kościoła – rzec by można, z niewielką dozą ironii, że jego wybór okazał się trafny. Jak wielu sobie podobnych, wybrał drogę chwały, okraszoną jedynie niewielkim piętnem zaprzaństwa. Zapewne bardzo wielu dzisiejszych purpuratów podjęło w przeszłości analogiczną decyzję. Ale to Wielgusowi powinęła się noga. Pozostali mogą spać spokojnie.

Wydawać by się mogło, że wierni, praktykujący katolicy powinni zdawać sobie sprawę z realiów, w jakich żyją. 50 lat komunizmu odcisnęło niezatarte piętno na pasterzach Kościoła. Powinni choć trochę znać i pamiętać historię wspólnoty, do której przynależą. Problem tkwi jednak nie tyle w pamięci lub jej braku, ale w tej elementarnej prawdzie, że o pewnych sprawach lepiej w ogóle nie myśleć.

Przychodzi jednak moment, gdy nie sposób dłużej umykać przed natarczywością pytań. W jaki przedziwny sposób bezbożny komunizm, wróg każdej religii, a religii katolickiej, jak się zdaje, w szczególności, pozwolił na tak wspaniały rozwój rodzimego katolicyzmu? Na budowanie nowych świątyń i pielęgnowanie starych, na katolickie szkoły i uniwersytety, na katolickie gazety? Jak to się działo, że w teoretycznie ateistycznym państwie prawie 100% populacji deklarowało przywiązanie do wiary, niemal wszyscy przyjmowali sakramenty, a wielkie uroczystości kościelne gromadziły miliony wiernych? Odpowiedź na wszystkie te pytania może się okazać nieprzyjemna.

Ceną, jaką należało zapłacić, był kompromis, umowa zawarta pomiędzy bezbożnym bolszewizmem a świętym Kościołem, moralny relatywizm, przy którym ciemna karta w biografii arcybiskupa Wielgusa jest jedynie drobnym występkiem.

Nie znamy zbyt dobrze historii owych kompromisów, nie wiemy jak często, jak intensywnie krzyżowały się drogi, po których kroczyły obie strony, choć z perspektywy znikomej wiedzy, jaką mimo wszystko dysponujemy, wydaje się nie budzić wątpliwości, że nadto często kroczyli ramię w ramię. Od słynnej umowy z 1950 roku, poprzez wzywanie wiernych do głosowania na komunistów w 1957, aż po magdalenkowy sabat katolicko-bolszewickich dostojników, nieustannie wytyczano nowe ścieżki współistnienia, a raczej współegzystowania.

Dzieje współczesnego faryzeizmu nie mają wiele wspólnego z niecnym postępowaniem poszczególnych duchownych i hierarchów, z tysiącami kapłanów uwikłanych we współpracę z komunistycznym reżimem. Problem, o którym tu mowa, nie jest problemem masowej agentury w łonie Kościoła, ale współpracy z totalitarnym reżimem. To owa współpraca i wypływające z niej dziejowe konsekwencje, w większej, niż jakiekolwiek inne okoliczności, mierze wpłynęła na mizerny stan duchowy i elementarny brak moralnego i politycznego rozeznania rodzimego stadła. Dzięki autorytetom pokroju Wyszyńskich, Glempów, Wielgusów, a nawet znacznie wyżej uplasowanych w hierarchii purpuratów przeciętny Polak-katolik nie zdaje sobie nawet sprawy z miałkości własnej egzystencji, a przecież powinien jak najrychlej zadać sobie pytanie, czy droga ku zbawieniu, aby na pewno wiedzie przez bramy tego Kościoła.

Straszny jest współczesny bolszewizm, przyczajony, ukryty, pozbawiony cienia, ale jakiż straszny wydaje się także modernistyczny faryzeizm!



Prześlij znajomemu

27 Komentarz(e/y) do “Współczesny faryzeizm”

  1. 1 Marek

    Po przeczytaniu powyższego artykułu z całą pewnością można stwierdzić jedno – autor jest stronniczy. Wygłaszanie skrajnych poglądów jest oczywiście efektowne, a przyjęcie ich jako swoich łatwiej pozwala zrozumieć minioną i obecną rzeczywistość, ale działania te mijają się z poszukiwaniem „prawdy obiektywnej”. Trudno powiedzieć, co autor rozumie pod pojęciem Kościół, który wg niego dopuścił się kolaboracji z bolszewizmem? Przypuszczać można, że mianem Kościoła autor określa jedynie kapłanów. Otóż Kościół to nie tylko duchowni, ale także osoby świeckie, które do niego należą. Czy więc tysiące osób świeckich także kolaborowało, a może purpuraci wykorzystywali tylko naiwność swoich owieczek i kolaborowali samotnie za ich plecami? Takie to niezbyt mądre pytania nasuwają się po niezbyt mądrym artykule. Pozostając jedynie przy kapłanach nasuwa się refleksja, dlaczego autor wspomina jedynie o S. Wyszyńskim, S. Wielgusie i J. Glempie? Czy o bohaterskiej i całkiem jednoznacznie wrogiej postawie wobec władzy komunistycznej licznych kapłanów nie wypada autorowi głośno mówić. Pisząc artykuł o Kościele nie poświęcił autor ani jednego słowa wielkim synom Kościoła, takim jak J. Popiełuszko, K. Jancarz czy A. Chojnacki. D. Rohnka całkowicie zajęty jest napiętnowywaniem kolaborantów i faryzeuszy, co odbiera mu zdolność trzeźwej oceny naszej najnowszej historii.
    M. Kowalski

  2. 2 michał

    Drogi Panie Marku,
    Kościół to oczywiście wspólnota ludzi ochrzczonych, a jednak, kiedy potocznie używamy określenia „Kościół”, (np. w zdaniu „stanowisko Kościoła wobec Hitlera”), to mamy zazwyczaj na myśli hierarchię kościelną. Przeczytałem artykuł raz jeszcze i wydaje mi się to jasne.
    To uściślenie jednak nie prowadzi nas daleko, bo Pańskie następne pytanie brzmi: „Czy więc tysiące osób świeckich także kolaborowało?” A czyż nie?
    Nie mam pojęcia, dlaczego autor wspomniał o jednych, a nie o innych, ale domniemywam, że celem autora nie było stworzenie wyliczanki nazwisk. Kiedy np. Józef Mackiewicz pisze o kolaboracji oddziałów AK z sowieckim najeźdźcą przy wyzwalaniu Wilna, to czy ma jednocześnie obowiązek wspomnieć o Łupaszce, który odmówił udziału w tej zbrodni? Przyzna Pan, że chyba nie, ze względu na przedmiot rozważań. I tu wydaje mi się, należałoby zastosować tę samą zasadę. Co z kolei prowadzi mnie do stronniczości, skrajności i poszukiwania prawdy obiektywnej (bez cudzysłowu).
    Przyjęta przez ogromną większość polskiego narodu „ocena najnowszej historii” jest taka (w skrócie), że naród nigdy się nie poddał, że walczył bohatersko, aż w końcu obalił komunizm w 1989 roku. Niezgoda z taką oceną, naraża zazwyczaj na zarzut stronniczości i skrajności, choć wyznać muszę, że w imię „trzeźwości ocen”, więcej prawdy widzę w oskarżeniu o powszechną kolaborację, niż w opiewaniu powszechnego heroizmu.

  3. 3 Marek

    Panie Michale,
    Głosi Pan teorię powszechnej kolaboracji, inni natomiast uważają, że zdecydowana większość społeczeństwa pragnęła upadku władzy bolszewików. Wspomniany przez Pana Mackiewicz właśnie w tym powszechnym pragnieniu dopatrywał się słabości komunizmu. Nie miało to jednak nic wspólnego z gloryfikowaniem bohaterskiej walki narodowej, które Pan imputuje rzekomej „ogromnej większości polskiego narodu”. Co określa Pan mianem „powszechnej kolaboracji”? Czy każdy obywatel PRL-u pracujący i płacący podatki, a więc wspierający tamten twór państwowy był kolaborantem? Czy dzieci też kolaborowały uczęszczając do komunistycznych szkół i przedszkoli? Jeżeli wszyscy byliśmy kolaborantami to może nadal nimi jesteśmy, bo przecież nie mieliśmy okazji przestać nimi być? Dlaczego więc pisze Pan o „polskim narodzie”? Czy istnieje naród polski Panie Michale? Jeśli tak, to od kiedy? Jeśli istnieje od kilkuset lat i w okresie komunistycznym nie walczył to co robił? Przespał go?
    Podtrzymuję zarzut stronniczości i skrajności ocen postawiony wobec autora artykułu. Jak Pan zapewne wie, stanowisko hierarchów kościelnych wynikało z kierunku prowadzonej przez Watykan „polityki wschodniej”, na temat której można dyskutować, bo przybierała ona przecież różne oblicza. Natomiast autor podsumowując artykuł stwierdzeniem o wątpliwej „drodze ku zbawieniu” przez bramy Kościoła wyszedł poza temat, ponieważ to, co wcześniej napisał nie dotyczyło chrześcijańskiej misji Kościoła. Utożsamianie ponadczasowego posłannictwa Kościoła z dyplomacją kardynała Casaroliego i z wypowiedziami prymasa Glempa jest nieporozumieniem. Kościół przetrwał i przetrwa jeszcze niejedną burzę i z tego co widać jego autorytet jest niepodważalny dla znacznej liczby mieszkańców świata. Czy pan Rohnka jest osobą kompetentną do ferowania wyroków w stylu: „w tym Kościele nie ma zbawienia”? Obawiam się, że nie.
    Autor jest stronniczy, ponieważ całą „wpólnotę ludzi ochrzczonych” nazywa kolaborantami. Stwierdzenie, że Kościół kolaborował podobne jest do wypowiedzi typu „Cyganie to złodzieje” lub „Żydzi są chciwi”. Generalizowanie w tych wypadkach jest krzywdzące, a osoba głosząca takie poglądy niewątpliwie stronnicza i pozbawiona „trzeźwej oceny”. Można negatywnie oceniać „politykę wschodnią” Watykanu, tak jak czynił to Mackiewicz, ale takie postępowanie nie uprawnia do uogólniania, czyli stawiania zarzutów wszystkim członkom Kościoła. Takie są moje refleksje po przeczytaniu atykułu, którego autorowi wyraźnie brakuje zdolności analitycznego myślenia. Pan Rohnka być może jest dobrym oskarżycielem, ale przecież chodzi o coś więcej. Rzeczywista rola Kościoła egzystującego w warunkach komunistycznej zarazy czeka na swoich badaczy. Na razie ich nie ma. Są tylko różnej maści apologeci oraz oskarżyciele, prezentujący skrajne poglądy.
    Pańskie porównanie Panie Michale jest zrozumiałe, lecz nieco niefortunne. Między Kościołem a AK istnieją jednak znaczne różnice, których nie ma sensu wyjaśniać. Nie wiem, czy Łupaszka odmówił wykonania rozkazu, w każdym razie wiadomo, jak w wojsku podczas wojny karane jest tego typu zachowanie, w związku z czym liczba „nieposłusznych” oficerów na pewno proporcjonalnie nie osiągnęła liczby „nieposłusznych” księży, co było przecież zjawiskiem często spotykanym.
    A Mackiewicz o Łupaszce wspomina w „Nie trzeba głośno mówić”…

  4. 4 michał

    „Każda interpretacja, cała psychologia, wszystkie próby uczynienia rzeczy zrozumiałymi, domagają się pośrednictwa teorii, mitologii i kłamstw.” Hermann Hesse
    Drogi Panie,
    Z całą pewnością niczego nie głoszę, co najwyżej wyrażam swoją opinię. Staram się także nie wysuwać teorii.
    Wydaje mi się, że życie pod komunizmem sprowadza się do kolaboracji w sposób nieunikniony, ze względu na totalną naturę tego fenomenu. Dlatego właśnie podziemie lat 80. było wielką (straconą) szansą, bo po raz pierwszy można było oddychać. Na marginesie, dlatego w moim przekonaniu, Józef Mackiewicz chętnie godził się na przedruki swych książek w podziemiu, a nie zgodziłby się na ich druk w miłościwie panującym prlu nr 2.
    Wróćmy jednak do meritum. Czy rzeczywiście stanowisko kardynała Sapiehy w 1945 roku było wynikiem polityki wschodniej Watykanu? A mnie się zdawało, że wtedy obowiązywała „teoria bezbożnego bolszewizmu”. Ponadczasowa misja Kościoła nie ma nic wspólnego z polityką, bo Pan Nasz, Jezus Chrystus, nakazał nam oddać Bogu co Boskie, a Cezarowi, to co cesarskie. NB, ma Pan rację, że Pan Rohnka nie powinien ferować wyroków na temat dróg zbawienia, bo Zbawienie jest Łaską i nikt nie jest „kompetentny” w tej kwestii. Twierdzenie natomiast, że hierarchia kościelna w prlu współpracowała z komunistycznym państwem, wydaje mi się nie podlegać dyskusji. Jest tylko stwierdzeniem faktu, a nie bezpodstawną generalizacją.
    Na koniec Łupaszka. Doprawdy jestem świadom, że JM wspomina o nim w „Nie trzeba głośno mówić”. Użyłem jego przykładu jako analogii i wyznaję, że wydaje mi się ona nadal trafna, ponieważ nieposłuszeństwo Łupaszki wobec rozkazów z Londynu, nie może rozgrzeszać ani tych, którzy je wydali, ani tych, którzy je wykonywali. Zatem kiedy mówimy o postępowaniu wielu, nie musimy wspominać o wyjątku. c.b.d.d

  5. 5 Marek

    Stwierdzenie, że hierarchia kościelna w prlu współpracowała z komunistycznym państwem jest rzeczywiście faktem, który dyskusji nie powinien podlegać. Takie uściślenie jest jak najbardziej wskazane w odniesieniu do omawianego artykułu, którego autor zbyt szafuje określeniem „Kościół” w sposób nieprzemyślany.
    Przyrównuje Pan realizację Burzy na Wileńszczyźnie do postaw duchownych w prlu, a ja analogii w proporcjach nie widzę. Tam jeden Łupaszka, a tu tysiące. Tam można mówić o wyjątku, a tu nie.
    Odnośnie Sapiechy trudno mi się wypowiadać. Jednak, o ile mnie pamięć nie myli, nie on był prymasem, tylko Hlond, który na temat bezbożnego bolszewizmu miał podobne zdanie jak Piusowie. Różnica w słowach i działaniach wymienionych wynikała z faktu, że papieże rezydowali w Rzymie, a Hlond mieszkał w Bolszewii, dokąd udał się dobrowolnie, choć mógł przecież, jak Mackiewicz, zostać na Zachodzie i walczyć z czerwonymi piórem.
    Nie znam Panie Michale żadnego tekstu Mackiewicza, w którym autor wyrażałby aprobatę wobec działań podziemia lat 80. Wydawało mi się, że było raczej wprost przeciwnie. Na jakich przesłankach opiera Pan swoje wnioski i skąd Pan właściwie wie, na co Mackiewicz zgodziłby się dzisiaj? Pytam z ciekawości, bo być może są utwory, których nie znam (a znane mi są wszystkie wydawnictwa Kontry).
    Nie odpowiedział Pan na moje pytania: „Jeżeli wszyscy byliśmy kolaborantami to może nadal nimi jesteśmy, bo przecież nie mieliśmy okazji przestać nimi być? Dlaczego więc pisze Pan o „polskim narodzie”? Czy istnieje naród polski Panie Michale? Jeśli tak, to od kiedy? Jeśli istnieje od kilkuset lat i w okresie komunistycznym nie walczył to co robił? Przespał go?”

  6. 6 michał

    Jak już tłumaczyłem powyżej, nie porównuję wspomagania bolszewików w zdobywaniu Wilna do zachowania hierarchii kościelnej wobec władz komunistycznych w prlu. Użyłem tego pierwszego, jako przykładu dla wykazania, że nie jest zawsze konieczne wyliczanie wyjątków. Łupaszka jednak nie był sam, stał na czele oddziału. Nie umiem powiedzieć, jaki był stosunek ilości żołnierzy Łupaszki do ilości żołnierzy AK, biorących udział w oddawaniu Wilna w bolszewickie ręce, ale przypuszczam, że było ich proporcjonalnie więcej niż ilość hierarchów kościelnych odmawiających współpracy z komunistami, wobec tych, którzy współpracowali.
    JM wyrażał wielokrotnie swoją dezaprobatę pod adresem Solidarności, atoli był świadom, że podziemne wydawnictwa wydają jego książki i cieszył się z tego. Wiemy to m.in. od jego żony, która w marcu 1985 roku expressis verbis upoważniła wszelkie nielegalne wydawnictwa w prlu do przedruku jego książek. Nikt oczywiście nie wie, co JM myślałby dziś, dlatego napisałem bardzo wyraźnie: „w moim przekonaniu”. Mamy chyba jednak prawo snuć na ten temat domysły. Jest wystarczająco wiele tekstów JM, które wskazują, co myślał na temat Wałęsy, Mazowieckiego, Michnika et al., czyli grupy ludzi, którzy ostensywnie przejęli władzę w 89 roku z błogosławieństwem towarzyszy Kiszczaka, Jaruzelskiego i Gorbaczowa.
    Zastanówmy się nad Pańskimi pytaniami:
    „Jeżeli wszyscy byliśmy kolaborantami to może nadal nimi jesteśmy, bo przecież nie mieliśmy okazji przestać nimi być? Dlaczego więc pisze Pan o „polskim narodzie”? Czy istnieje naród polski Panie Michale? Jeśli tak, to od kiedy? Jeśli istnieje od kilkuset lat i w okresie komunistycznym nie walczył to co robił? Przespał go?”
    Czy naród, który zgodził się na niewolę, pozostaje narodem? Byłbym skłonny udzielić odpowiedzi twierdzącej. A to dlatego, że mnie nie interesują hipostazy – naród? społeczeństwo? – ponieważ są mniej realne niż jednostki (jeśli w ogóle można sensownie przypisać im jakąkolwiek realność). Kiedy napisałem powyżej „ogromna większość polskiego narodu”, to użyłem po prostu skrótu myślowego: „ogromna większość Polaków” byłoby ściślejsze.
    Czy istnieje naród polski? Niestety chyba tak, istnieje kolektyw ludzki wykuty przez wielkich romantycznych poetów, w którym jednostki przekładają wartość „bycia Polakiem” ponad wartość „bycia człowiekiem”. Ale to jest odrębny temat.

  7. 7 Marek

    Troszeczkę kręcimy się w kółeczko w tej dyskusji, przez co staje się ona chyba niezbyt interesująca. Próbuję od jakiegoś czasu powiedzieć Panu, że porównanie nie jest trafne, gdyż w przypadku zdobywania Wilna chodzi o wyjątki, a w przypadku duchownych (nie tylko wysokich hierarchów, ale chodzi o wszystkie osoby duchowne) o wyjątkach nie można mówić, bo tysiące to nie wyjątki.
    Napisał Pan: „Dlatego właśnie podziemie lat 80. było wielką (straconą) szansą, bo po raz pierwszy można było oddychać. Na marginesie, dlatego w moim przekonaniu, Józef Mackiewicz chętnie godził się na przedruki swych książek w podziemiu […]
    Pytam więc po raz kolejny: z którego tekstu JM wynika, że „po raz pierwszy można było oddychać” w prlu lat osiemdziesiątych? Niech Pan już nie pisze, że się cieszył z wydawanych w drugim obiegu książek, bo to nie jest logiczna odpowiedź na postawione powyżej pytanie.

  8. 8 michał

    Od dawna mam wrażenie, że kręcimy się w kółko. Zatem:
    1. Jak usiłowałem nieudolnie wykazać powyżej, nie wydaje mi się, żeby tysiące osób duchownych walczyło z komunistami, toteż uważam porównanie do Burzy za słuszne. Niezależnie od bohaterstwa żołnierzy AK, brali oni udział w wyzwalaniu Wilna na rzecz sowieckiego okupanta, co jest politycznym idtiotyzmem. W moim przekonaniu (choć używałem tego początkowo wyłącznie jako przykładu), istnieje pewna analogia pomiędzy Burzą, a zachowaniem hierarchii kościelnej wobec tychże bolszewików.
    2. Jeśli przeczyta Pan ponownie mój komentarz z 15.11, to chyba przyzna Pan, że wyraźnie rozdzielam MOJĄ opinię na temat podziemia, od MOJEJ interpretacji opinii Mackiewicza (po słowach „na marginesie”). Ani Mackiewicz nie powiedział nigdy, że w podziemiu można było oddychać, ani ja nie utrzymywałem nigdzie, że tak powiedział. Pytanie mnie zatem „po raz kolejny”, z którego tekstu to wynika, mija się z celem, bo nie twierdziłem gdziekolwiek, że wynika.
    3. Pozwolę sobie podtrzymać nieśmiało supozycję, że moja odpowiedź była całkowicie zgodna z logiką. Pytanie brzmiało: „Na jakich przesłankach opiera Pan swoje wnioski i skąd Pan właściwie wie, na co Mackiewicz zgodziłby się dzisiaj?” Odpowiedź: „Nikt oczywiście nie wie, co JM myślałby dziś, dlatego napisałem bardzo wyraźnie: “w moim przekonaniu”. Mamy chyba jednak prawo snuć na ten temat domysły. Jest wystarczająco wiele tekstów JM, które wskazują, co myślał na temat Wałęsy, Mazowieckiego, Michnika et al., czyli grupy ludzi, którzy ostensywnie przejęli władzę w 89 roku z błogosławieństwem towarzyszy Kiszczaka, Jaruzelskiego i Gorbaczowa.”Czy może mi Pan łaskawie wskazać zasadę logiczną, którą powyższa odpowiedź, w Pańskim mniemaniu, obraża? Z pewnością przestalibyśmy kręcić się wówczas w kółko.

  9. 9 Marek

    1. Być może pewna analogia rzeczywiście istnieje, ale tylko na płaszczyźnie działania na korzyść bolszewików. Z perspektywy oczywiście łatwo nazywać operację „Ostra Brama” „politycznym idtiotyzmem”. Jednak czynią tak ludzie niezbyt obeznani z ówczesną rzeczywistością, z którą zmierzyć musiało się Państwo Podziemne. Panie Michale, czy twórca tej operacji ppłk. Maciej Kalenkiewicz był „politycznym idiotą” i chciał zdobyć Wilno dla bolszewików? Odpowie Pan, że chciał polskiego Wilna, a wyszło inaczej, że nie przewidział itd. Tak po latach możemy oceniać, ale ten człowiek zginął wraz z całym oddziałem z rąk bolszewików w obronie polskiej ziemii pod Surkontami. Niech Pan nie nazywa go idiotą ani kolaborantem, jeśli nie ze względów „patriotyczno-bogoojczyźnianych”, to ze względu na Pańskie zainteresowania „jednostką”, a była to wybitna jednostka.
    2. Myślałem, że Pańskie przekonanie wynika z jakiegoś tekstu Mackiewicza, bo z czego jeszcze może wynikać? O ile wiem, o Solidarności wspomina Mackiewicz jedynie w dodatku do „Zwycięstwa prowokacji”.
    3. Brak logiki w odpowiedzi dotyczy punktu 2., więc 3. jest zbędny.

  10. 10 michał

    Drogi Panie,
    Wmawianie mi, że nazwałem pułkownika Kalenkiewicza „politycznym idiotą” jest zwykłym nonsensem; zwykłym tzn. niepolitycznym. Czyżby rzeczywiście pułkownik Kotwicz był autorem tej polityki? A ja naiwnie myślałem, że był tylko autorem planu operacji Ostra Brama. Polityka wspomagania bolszewików w zniewalaniu Polski była polityką ślepców, politycznych analfabetów – była politycznym idiotyzmem. Taka jest moja ocena z perspektywy historii. Ale taka także była ocena Józefa Mackiewicza, który był „obeznany z ówczesną rzeczywistością” i który wypowiedział był swą opinię na ten temat bez perspektywy czasu. Okazuje się, że w 63 lata po śmierci Kotwicza (i jego żołnierzy), nie można wypowiedzieć zdania, że ludzie odpowiedzialni za jego śmierć byli politycznymi analfabetami, bez narażania się na oskarżenia w rodzaju tych powyżej. Jeżeli powiem, że Agamemnon był politycznym ślepcem, kiedy wywołał spór z Achillesem, to wyrażę tylko opinię Odysa. W Pańskich oczach, okażę się jednak być „niezbyt obeznanym z ówczesną rzeczywistością”…
    W punkcie drugim odsyłam Pana do Mackiewicza. Zawsze warto odświeżyć swą znajomość tekstów zanim się zabierze głos. Wiem coś o tym, sam padłem ofiarą mego przekonania, że znam JM.
    Punkt 3 jest oczywiście zbędny, jak cała ta wymiana. Co uczyniło go niezbędnym, to niedostatki logiki w Pańskiej własnej pozycji, których najwyraźniej nie jest Pan w stanie nadal dostrzec.

  11. 11 Marek

    Niepotrzebnie podgrzewa Pan temperaturę rozmowy. Proszę zrozumieć, że podjąłem z Panem dyskusję w celu wymiany sensownych, konstruktywnych myśli. Nie chcę się przekrzykiwać i łapać za słówka, ale jestem zainteresowany poszukiwaniem odpowiedzi na wiele pytań. Porusza Pan tematy, które ich dotyczą i mam nadzieję, że dlatego właśnie rozmawiamy. Pytałem o stosunek JM do Solidarności, o teksty na ten temat i jakoś nic dobrego z tego nie wynikło.
    Pisze Pan: „ludzie odpowiedzialni za jego [Kotwicza] śmierć byli politycznymi analfabetami”. Nie rozumiem sensu tych słów. Kto wg Pana ponosi tą odpowiedzialność? Kotwicz bronił swojej ziemii przed najazdem bolszewickim i zginął. Decyzję walki z Sowietami podjął samodzielnie, bo rozkazy już nie dochodziły, a jeśliby doszły to przecież zabroniłyby mu podejmowania tej beznadziejnej walki. Tak więc obarcza Pan naczelne dowództwo zarówno odpowiedzialnością za współdziałanie z Sowietami, jak i za działania tych, którzy postąpili wbrew odgórnym wytycznym, podjęli walkę i zginęli. A wytyka mi Pan „niedostatki logiki”.
    Proszę mi powiedzieć, jak miały postępować ludzie ówczesnych naszych władz, aby nie zostali określeni po latach przez Pana mianem „politycznych ślepców, analfabetów” etc. Czyli: jaką mieli alternatywę?

  12. 12 michał

    Zadałem sobie trud ponownego przeczytania powyższej wymiany i pozostaję przy swoim zdaniu w kwestiach logiki.
    Co do Solidarności i JM, nie pytał Pan wcale, gdzie JM o tym pisał, tylko (cytuję): „z którego tekstu JM wynika, że “po raz pierwszy można było oddychać” w prlu lat osiemdziesiątych?”, co jest „łapaniem za słówka”, jak sam Pan to nazywa, bo to była moja opinia a nie JM.
    Najważniejszy jest jednak Kotwicz. Czy możemy się zgodzić, że nie on był autorem polityki współpracy z wkraczającą armią czerwoną? Nie jestem specjalistą od historii AK, ale wydaje mi się, że większość żołnierzy AK, biorących udział w „wyzwalaniu” Wilna dla bolszewików, poszła do niewoli w połowie lipca (oficerowie aresztowani w Wilnie, a kilkanaście tysięcy żołnierzy w Puszczy Rudnickiej). Kotwicz jednak ukrywał się w lasach aż do bitwy pod Surkontami pod koniec sierpnia. Co Pańskim zdaniem wydarzyło się pomiędzy operacją Ostra Brama, w której AK miało walczyć ramię w ramię z armią czerwoną przeciw hitlerowskim okupantom, a bitwą pod Surkontami, w której żołnierze Kotwicza zginęli z rąk bolszewickich okupantów? Wedle AK-owskiej historiografii, AK zostało „zdradzone”, ale pozwolę sobie powiedzieć za Mackiewiczem, że wróg nie może zdradzić. Postępowanie bolszewików było całkowicie przewidywalne i dlatego właśnie polityka, która doprowadziła do Burzy, Ostrej Bramy itd. była polityką ślepców. Dlatego także, w moim przekonaniu, autorzy tej polityki są odpowiedzialni zarówno za los AK-owców aresztowanych przez NKWD w Wilnie, jak i tych – jak Kotwicz – którzy podjęli walkę z sowieckim akupantem WBREW rozkazom z Londynu. Wyznaję, że nie widzę w tym żadnej sprzeczności, ponieważ sytuacja Kotwicza w sierpniu 44 roku była konsekwencją wcześniejszych rozkazów z Londynu. W niczym nie pomniejsza to tragizmu tej sytuacji, wręcz przeciwnie. W niczym nie ujmuje to bohaterstwu żołnierzy, to chyba jasne.
    Co do alternatywy, Józef Mackiewicz wykłada ją znacznie lepiej niż ja to mogę uczynić w internetowym komentarzu.

  13. 13 Marek

    Panie Michale, może rzeczywiście niejasno się wyrażam. Chciałem się tylko dowiedzieć, czy JM pisze gdzieś o Solidarności, oprócz dodatku do Zwycięstwa prowokacji.
    Panie Michale, zgadzam się z Panem, że pod względem politycznym (i nie tylko) realizacja akcji „Burza” (a więc i operacji „Ostra Brama”) przyniosła nam więcej strat niż korzyści. Znam jednak argumenty twórców tej akcji i zastanawiam się, jakie były alternatywne rozwiązania, jeżeli w ogóle były, bo czasami myślę, że była to sytuacja bez wyjścia. Jakie realne rozwiązania proponował Naczelny Wódz Sosnkowski, który był przeciwny „Burzy”?
    Miał Pan rację, że Łupaszka nie był sam. Poszło za nim 550. żołnierzy. Z kolei w uderzeniu AK na Wilno wzięło udział tylko około 4 040 żołnierzy, co stanowiło zaledwie 26% wojska okręgów wileńskiego i nowogródzkiego. Być może więc zdecydowana większość żołnierzy AK nie miała ochoty na współpracę z Sowietami i Łupaszka nie był żadnym wyjątkiem. Komenda Główna wydała rozkaz, który został wykonany bez specjalnego entuzjazmu.
    Kotwicz oczywiście był żołnierzem, a nie „autorem polityki”. Tylko w tym wypadku znowu wraca pytanie o alternatywne rozwiązania. Jeżeli zamiast „Burzy” obowiązywałby rozkaz walki z Sowietami to Kotwicz i tak by zginął, a z nim wielu innych. Z kolei rozkaz „cofać się na Zachód za linią frontu” oznaczałby pozostawienie bez obrony ziemi praojców itp. itd.
    Jednak odeszliśmy od tematu. Powyższe uwagi nie mają wpływu na ocenę artykułu. Proponuję dokonać podsumowania naszej arcyciekawej wymiany zdań. Zarzuciłem autorowi brak obiektywizmu w spojrzeniu na rolę Kościoła w okresie rządów komunistycznych. Według niego główne kierunki działalności Kościoła to kolaboracja i faryzeizm. Na takie uproszczenie nie mogę się zgodzić, gdyż Kościół, choć szedł na „zgniłe” kompromisy, był również azylem i ostoją dla Polaków. Jego władze rezydowały w Rzymie, przez co stanowił siłę trudną do opanowania i zniszczenia. Czerwonym nie udało się Kościoła pokonać. Z konfrontacji z bolszewizmem wyszedł, owszem, „splamiony” Wielgusami, Tygodnikami, Znakami i Paxami, lecz mimo wszystko zwycięski. Ze znaczną liczbą nieugiętych kapłanów i ludzi świeckich.
    Pan, Drogi Panie Michale, pełnił rolę adwokata Pana Dariusza, z wielką determinacją i uporem maniaka odpierając najczęściej nielogiczne argumenty. Dziękuję za cierpliwość oraz w miarę uprzejmą rozmowę.

  14. 14 michał

    Drogi Panie Marku,
    Ja także dziękuję za ciekawą wymianę. Jest Pan chyba zbyt krytyczny pod swoim własnym adresem! Pańskie argumenty nie są wcale „najczęściej nielogiczne”.
    Nigdy w życiu nie przyjąłbym na siebie roli adwokata Pan Dariusza. Podejmuję dyskusję wyłącznie w swoim własnym imieniu.
    Wracając jeszcze na chwilę do alternatywy. Nigdy nie zaprzeczałem tragiczności ówczesnej sytuacji, sytuacji „bez wyjścia”, jak Pan słusznie pisze. Ale czy nie wydaje się Panu, że z różnych teoretycznych możliwości, polityka przyjęta przez AK była najgorszą z możliwych? Oddam głos Mackiewiczowi:
    „Gdy z perspektywy patrzę na to co się stało, dziś wstydzę się i żałuję, ale nie tego, że nie znalazłem się po stronie tych, którzy w roku 1944 Wilno dla bolszewików pomagali zdobywać, lecz tego, że nie znalazłem się po stronie tamtych, którzy go przed bolszewikami bronili. Tak, jak broniła swej ziemi przed bolszewikami w ostatniej wojnie cała wschodnia Europa, z wyłączeniem Polski i Czech. Jak bronili swej ziemi przed bolszewikami Finowie, Estończycy, Łotysze, Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Kozacy i znaczna część Rosjan, z których ówczesnym stanowiskiem dziś wielokrotnie bardziej się solidaryzuję, niż z zarówno ówczesnym jak dzisiejszym ‘realizmem politycznym’ panów Kisielewskich.” Kultura 7-8/1957

  15. 15 Marek

    Trudno odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Wybór był tragiczny jak sytuacja, w której się znaleźli. Mogli zginąć lub udać się na Zachód, a które z tych rozwiązań przyniosłoby korzyść polskiej racji stanu? Jedno jest pewne – niezależnie od polityki AK czerwona zaraza zalałaby nasz kraj. Ale istniały pewne nadzieje. Gdy wcześniej wspomniałem o spojrzeniu z perspektywy minionych lat miałem na myśli m.in. nadzieję ówczesnych władz polskich na postawę aliantów wobec Sowietów zgodną właśnie z polską racją stanu. My teraz wiemy (tak jak JM wiedział w 1957 r.), że alianci po prostu podarowali nas Stalinowi, ale ówczesne nasze władze miały pewne podstawy ku temu, aby się łudzić i brać pozory za „dobrą monetę”. Treści rozmów jałtańskich Polacy wówczas jeszcze nie znali.
    Moim zdaniem rozmawiając o AK z tamtego okresu nie należy używać zbyt mocnych określeń wartościujących. W przeciwieństwie do Pana i JM, nie czuję się uprawniony do kategorycznego osądzania decyzji władz Państwa Podziemnego. Czy można im zarzucać, że chcieli zdobyć polskie miasta dla Polski przed nadejściem bolszewików? Czy można zarzucać Okulickiemu i innym, że poszli rozmawiać z sowieciarzami? Że poszukiwali takiego wyjścia z sytuacji, które nie oznaczałoby zagłady ich wojska? Widać można, ale chyba trzeba mieć do tego specjalne powołanie.

  16. 16 michał

    Nie można zarzucać nic ani Niedźwiadkowi, ani Nilowi, ani tylu, tylu innym. Trzeba zarzucać autorom polityki „nie-walki” z bolszewikami.
    Czy można było mieć tego świadomość wówczas? Wspomniałem JM dlatego właśnie, że on taką świadomość miał, i mamy tego dowody: „Optymizm nie zastąpi nam Polski” z 1944 roku, artykuły: „Nudis verbis” z 1947 roku, i „Spotkanie z Lipińskim” z 1949, gdzie cytuje swe artykuły z pisma Alarm wydawanego w Warszawie przed powstaniem.

  17. 17 Teoria Spisku

    Jestem pod wrażeniem całej dyskusji. Miło mi się czytało.

    Jako laikowi wydaje mi się, że jedyną opcją AK i całego Narodu była walka do upadłego. Dlaczego tak uważam. Jestem zwolennikiem teorii mówiącej, że Polska po 45 roku nie stała się kolejną republiką ZSRR tylko dlatego, że Stalin pamiętam jak dzielnie walczyliśmy w roku 20-tym.

    Jedynym dostatecznie godnym (proszę mi wybaczyć to słowa tak często nadużywane ostatnio w kontekście katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem) uczczeniem tamtej krwi była właśnie próba powstrzymania kolejnego czerwonego „potopu”. Zdaję sobie sprawę z przewagi Armii Czerwonej, która miała w tamtym czasie kilka milionów żołnierzy i walka była na z góry straconej pozycji.

    Ale skoro mowa tu o wyższym i głębszym celu politycznym realizowanym w ówczesnych czasach przez państwo podziemne nie pozostaje żadna inna opcja. Każde odstępstwo musiało się skończyć kolaboracją i doprowadzeniem do bratobójczych zachowań jakie miały miejsce po 45 roku i moim zdaniem trwają do dziś. To w okrutny i niesprawiedliwy sposób podzieliło społeczeństwo i doprowadziło wręcz do nienawiści wśród najbliższych sąsiadów.

    Faryzeizm – świetny tytuł – „postawa fałszywej pobożności, obłudy i hipokryzji, połączona z zadufaniem w sobie” – przecież to nasza cecha narodowa. Świetne po prostu.

    Jestem poza tym bardzo ciekawy dlaczego Pan Marek używa linka do onet.pl jako swojej strony.

  18. 18 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie,

    Przyznam szczerze, że Pana inicjatywa czytania naszej witryny od początku, czyli od sierpnia 2007 roku, zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Zastanawiam się, na ile starczy Panu zapału, zarówno czytelniczego, jak i komentatorskiego. Tak czy inaczej, zmusza nas Pan do spojrzenia nieco wstecz, co na ogół ma zdecydowanie więcej plusów…

    Stawia Pan zagadnienie, przed którym trudno przejść obojętnie, albo też zbyć jakimś zgrabnym wygibasem, jak to się bodaj przyjęło uprawiać w blogosferze. Stawia Pan mianowicie kwestię „walki do upadłego”. To doskonała okazja, aby podzielić się z Panem opinią Józefa Mackiewicza, ale nie chcę uszczuplać Pana wrażeń z przyszłej lektury, więc zaniecham.

    „Walka do upadłego” jest niewątpliwie rozwiązaniem honorowym, należy ją jednak traktować jako środek zdecydowanie ostateczny. Taką walkę może podjąć każdy, kto nie widzi najmniejszych nawet szans na odwrócenie sytuacji, który zdaje sobie sprawę z nieuchronności klęski. Mogliby na przykład taką decyzję podjąć dowódcy akowskiego podziemia, którzy musieli mieć świadomość, że ich żołnierze, żołnierze Wojska Polskiego, przebrani w ludowe mundury staną się już wkrótce orężem bolszewickiego zniewolenia. Takiej decyzji nie podjęli. Podjęli, jak wiadomo, decyzję przeciwną – zdecydowali się na kolaborację z bolszewizmem.

    Myślę, że istota sprawy w interesującym nas okresie nie leży w kwestii czy „walczyć do upadłego”, ale w kwestii – czy w ogóle walczyć? Otóż, jak się zdaje, zrobiono wszystko, aby tej walki możliwie zaniechać (czego przykładem choćby oddziały Łupaszki, obarczone niechcianym prawdopodobnie sukcesem). O ile decyzje ściśle militarne mogą podlegać jakiejś tam dyskusji (przede wszystkim co do skali działań zbrojnych), o tyle niwelacja struktur państwa podziemnego jest już trudna do pojęcia (jeśli się rzecz jasna bolszewika traktuje jak wroga, a nie sojusznika). I tu, w tym ostatnim nawiasie, mamy zapewne do czynienia z istotą problemu.

  19. 19 michał

    Na marginesie powyższego. Zawsze zajmowało mnie pytanie, dlaczego sowieciarze zdecydowali wcielić pewne ziemie do sowietów, a z innych stworzyć pseudo-państwa. Dlaczego Rumunia była na zewnątrz, a Mołdawia wewnątrz itd.? Jedno jest pewne, że nie miało to nic wspólnego z rokiem 1920 i czyjąkolwiek bitnością. Ale dlaczego? Czy były to podziały zupełnie przypadkowem, czy też była w tym jakaś „myśl”?

    Słyszałem kiedyś pozornie ineteresujące wyjaśnienie, że Stalin potrzebował wielu głosów na arenie międzynarodowej. Może, ale rzadko kto wie, że sow-respubliki ukraińska i białoruska były pełnymi członkami onz, więc oni i tak robili co chcieli.

    A więc? Jakieś hipotezy?

  20. 20 Teoria Spisku

    Cieszę się, że Pan wspomniał o państwie podziemnym, które było potencjalnie rozsądną alternatywą. Być może w tamtych czasach można było tak rozumować, ale czy dziś?

    Wydaje mi się, że Polacy – szczególnie władze – zdawali sobie sprawę z tego jak ZSRR traktuje zaprzaństwo i wszelkie inne formy nieposłuszeństwa.
    Analizując wrogów wewnętrznych weźmy dla przykładu zagłodzenie Ukrainy. Z wrogów zewnętrznych – potwornie trudną, kosztowną i oczywiście wygraną wojnę z Finami – wygraną jak na Armię Czerwoną przystało „za wszelką cenę”.
    Czyż nie można było się spodziewać bestialskiego wymordowania znacznej części narodu, szczególnie tej niewygodnej czyli resztek najwartościowszej?

    Co do hipotez sow-republik. Najprostsze wyjaśnienie jest zapewne prawdziwe – tak im się najbardziej opłacało i już. Trudno mi powiedzieć dlaczego – cel był polityczno-militarny. Skoro dziś wiemy, że od dawna Polska jest w planach strategicznych niczym więcej jak poligonem nuklearnym i autostradą dla zagonów tysięcy czołgów to właśnie z tej perspektywy należy rozważać decyzje Kremla.

  21. 21 michał

    Polska była czymś o wiele więcej w planach sowieckich. Była poletkiem doświadczalnym komunizmu. To właśnie w prlu dowiedzieli się, że ludzie przełkną te wszystkie atrapy rzeczywistości, przyjmą koncesjonowaną opozycję za własną.

    Autostrada dla czołgów?! Kreml nie ma żadnej potrzeby posyłać czołgów do Berlina czy Paryża! W jakim niby celu? Cały świat stacza się powoli po równi pochyłej w ich objęcia. Z jakiego zatem powodu mieliby powstrzymywać ten proces, wywołać opór swoimi czołgami? Nonsens!

  22. 22 Teoria Spisku

    W 45 roku nie było aż tak oczywiste, w którym kierunku „stoczy się” świat. Bez bicia się przyznaję, że jestem jedynie hobbystą, ale takie wytłumaczenie nie jest dla mnie wcale nonsensem – pewnie za mało wiem, żeby tak szybko i stanowczo je obalić.

    Ale jeśli ma Pan rację – to dlaczego w latach 60-tych ZSRR posiadał tak niebotyczne ilości czołgów, że starczyło by po kilka sztuk na każdego innego „zagramanicznego”. Wg mnie plan był jasny – wyprzedzające uderzenie nuklearne a za nimi zagony pancerne całe rzesze mięsa armatniego m.in. w postaci „bratnich” narodów.

  23. 23 michał

    Oczywiście ma Pan rację, że w danym momencie historycznym nie jest nigdy jasne, w jakim kierunku sytuacja się rozwinie. Patrząc wstecz może nam się wydać, że nie mogło być inaczej, stąd zresztą wartość rozważań typu „co by było gdyby”.

    Tak, ale to nie znaczy, że ktoś patrząc na sytuację wówczas nie mógł dostrzegać, w jakim kierunku sprawy się potoczą, jeśli nie nastąpi zmiana w nastawieniu. Józef Mackiewicz pisał o tym od razu po wojnie. Wtedy kiedy ludzie niemądrzy świętowali tzw. „zwycięstwo nad faszyzmem”, on ostrzegał, że jedynym zwycięzcą był Stalin. Ostrzegał, że polski stosunek „nie-walki” z bolszewickim okupantem będzie początkiem końca wolnej Polski.

    Nie wiem czy do końca rozumiem Pańskie pytanie o czołgi. Chyba nie mówi Pan tego poważnie. Rzymianie mówili: si vis pacem para bellum. Sowieci nie chcą wojny! Na co im wojna? Wojnę można przegrać. Na wojnie dzieją się dziwne rzeczy, wojna jest trudna do manipulowania, trudna w porównaniu z pokojem. Te same skutki mogą jednak osiągnąć pokojowo. Czołgi są im zatem potrzebne, by NIE było wojny, a gdyby miała się zdarzyć to na ich warunkach.

  24. 24 gniewoj

    Witam wszystkich Panów,

    Ciekawe, że choć artykuł p. Dariusza Rohnka dotyczył sprawy jak najbardziej współczesnej to komentarze zwekslowały w kierunku analizy wydarzeń minionych. Może to świadczyć o potrzebie odkłamania zakłamanej przez komunistów historii. Z drugiej strony może potrzeba nie jest jakaś istotna skoro w dyskusji wzięło udział tylko dwóch czytelników i dwóch gospodarzy.

    Próbując zmienić kierunek rozważań zadam pytanie: co robić, żyjąc „tu i teraz”?
    Jak walczyć z komunizmem skoro:
    – Federacja Rosyjska zarzuciła hasła ogólnoświatowej rewolucji,
    – Kościół przedkłada kwestie materialne nad dochodzenie prawdy
    – w większości, jeżeli nie we wszystkich, krajach kultury chrześcijańskiej dominują poglądy lewicowe?

  25. 25 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Gniewoju,

    Istotnie, można się zastanawiać, co motywuje ludzi do pisania komentarzy. Jak Pan trafnie zauważył, nie zawsze (a nawet bardzo rzadko) jest to chęć przedyskutowania zawartych w artykule tematów… Czasem jest to przemożna potrzeba wtrącenia swoich trzech groszy, czasami reakcja na jakiś błąd albo nieścisłość autora tekstu, niekiedy – jest tak pewnie w Pana przypadku – przeświadczenie, że tu i teraz (np. na witrynie Wydawnictwa Podziemnego) nadarza się najlepsza sposobność do zabrania głosu w nurtującej nas kwestii.

    „Jak walczyć z komunizmem?”

    Po pierwsze – dobrze poznać wroga; nie dać się zwieść na manowce oficjalnej propagandzie; wytrwale dociekać, jak wygląda rzeczywistość…; warto też zadbać, aby słowa… odpowiadały treści.

    Weźmy, jako przykład, taki fragment Pana wypowiedzi:

    „Federacja Rosyjska zarzuciła hasła ogólnoświatowej rewolucji”

    Przede wszystkim zdecydowanie mylącym terminem jest „Federacja Rosyjska”, podobnie zresztą jak, biorąc przykład bezpośrednio z naszego rodzimego poletka, określenie „III RP”. Oba twory nie powstały w wyniku niezawisłych decyzji, ani też z „woli ludu” (jak mogłyby sugerować te nazwy), ale w rezultacie pierestrojkowej prowokacji. „Federacja Rosyjska” na przykład powstała w wyniku decyzji podjętych na xxvii (bodaj) zjeździe kpzs w 1990, kiedy to decydowano o rozpadzie „kraju rad” na „suwerenne” „republiki” (nie licząc kontrowersyjnego przypadku Gruzji, we wszystkich tych „suwerennych” tworach władzę objęli pierwsi sekretarze lokalnych filii kpzs).

    W związku z tym tzw. „rozpad” związku sowieckiego, który miał rzekomo nastąpić rok później w wyniku antykomunistycznej rewolty (z Borysem J. na czele), faktycznie oznaczał kontynuację tegoż związku, tyle że pod odmiennym szyldem i w odmiennych warunkach…

    Dlatego osobiście stosuję termin „Rosja Sowiecka”, zapewne daleki od semantycznego ideału, ale przynajmniej podkreślający ową, jakże istotną, kontynuację.

    Zatem, w moim osobistym przekonaniu, „Federacja Rosyjska” nie mogła zarzucić czegokolwiek…

    Panu chodzi jednak zapewne o to, że gromkie rewolucyjne hasła zostały dość skutecznie ukryte, zakamuflowane przed światem (a komuniści, wzorując się na dokonaniach samego diabła, przekonali dodatkowo tenże świat, że nie istnieją)… Istotnie, to jeden z najpoważniejszych problemów – w jaki sposób przestrzec świat przed śmiertelnym zagrożeniem, w jaki sposób zdemaskować wroga?

    Dbałość o właściwe znaczenie wypowiadanych słów na pewno nie wystarczy, ale od czegoś trzeba zacząć…

    Pozostałe, poruszone przez Pana kwestie, są niezmiernie istotne – będziemy musieli jeszcze do nich powrócić.

  26. 26 gniewoj

    Witam,

    pełna zgoda co do konieczności poznania wroga.
    Opis mechanizmów można znaleźć tak u Mackiewicza (chociażby porównanie wody napędzającej młyn z ludzkim złem zaprzęgniętym przez bolszewików) jak i w artykułach opublikowanych na WydPod (do tej pory ciekawe dla zagadnienia wątki znalazłem w „Nieświętym przymierzu” i w „Składanym komunizmie. Część 1”). Jednak nadal czuję niedosyt.
    Co powoduje, że bolszewicka maszyna działa tak sprawnie. Analizując (pobieżnie, nie jestem historykiem) losy kolejnych Państw widać, że decydujące zawsze było kto (jaka dynastia) była u władzy. W przypadku bolszewi nie znajduję takiej zależności. Okrutny, nieludzki mechanizm działa bez zarzutu już od początku swego istnienia. Aż boję się artykułować hipotezę, że kolejni bolszewiccy przywódcy sami byli marionetkami a nie mózgami tej maszyny, że nie miałoby znaczenia gdyby zamiast Lenina, Stalina czy Putina rządziły tam jakieś Ninel’e, Nilats’le czy Nitup’y. Na czym polega fenomen tej maszyn? Jeżeli to jest jakaś wysoce precyzyjna maszyneria to może wystarczy brak drobnego elementu i całe to cholerstwo runie, a wtedy cały chrześcijański świat będzie mógł spokojnie dalej gnuśnieć w swoim lenistwie i dobrobycie?

    A propos „Składanego komunizmu”, to czyż nie jest zadziwiające podobieństwo przemiany stosunku do komunistów dwóch postaci? Mam na myśli W. Churchilla i J. Piłsudskiego. Przemianę pierwszego wskazuje w swoim artykule p. Michał Bąkowski. Przemianę drugiego wskazuje J. Mackiewicz w Lewej Wolnej.

  27. 27 Dariusz Rohnka

    Witam Pana,

    Istotnie, ma Pan rację – bolszewizm stanowi zdecydowanie nową jakość na arenie dziejów. O jego wyjątkowości decydują najbardziej dwie cechy: niezwykła konsekwencja i elastyczność w dochodzeniu do wytyczonego celu oraz doskonała znajomość ludzkiej natury, co, nawiasem, wiąże się ściśle z jednym z Pana wcześniejszych pytań. Człowiek (w jego masie) lubi być, niestety, rządzony; lubi, aby podejmowano za niego decyzje; a przynajmniej, w zamian za święty spokój oraz pełną michę, skłonny jest na to przystać. Bolszewicy wykorzystują tę człowieczą cechę z pełną premedytacją.

    To zdecydowanie nie napawa optymizmem. O ile, jak Pan słusznie pisze, precyzyjny bolszewicki mechanizm może się kiedyś popsuć, o tyle odmienić naturę ludzką będzie raczej dość trudno. Ale to nie powinno nas zniechęcać w dążeniu do pokonania bolszewizmu. Jak pisała Barbara Toporska w „Listach…” (szczerze zachęcam do pilnej lektury): szczególnie wówczas „gdy walka jest niemożliwa, […] tym bardziej należy do niej dążyć.”

    Zapewne słusznie się Pan boi – wiele wskazuje na to, że kolejni sowieccy przywódcy (a przynajmniej niektórzy z nich) byli tylko marionetkami… w rękach kolektywnego kierownictwa. Pisał o tym, w kontekście rządów Chruszczowa, A. Golicyn. Sposób dochodzenia do władzy czterech ostatnich sowieckich przywódców może sugerować trafność takiego przypuszczenia. Oczywiście, jak w wielu innych zakulisowych kwestiach, niczego nie wiemy na pewno. Ale bać się zdecydowanie należy.

    Nie wydaje mi się, aby Mackiewicz w „Lewej wolnej” wskazywał na przemianę Piłsudskiego w stosunku do komunizmu. Mackiewicz sugeruje raczej, że Piłsudski nie bardzo komunizm rozumiał, w każdym razie skłonny był go traktować jako zdecydowanie mniejsze zło… Co więcej, nie wydaje mi się, aby Piłsudski kiedykolwiek pochylił się głębiej nad zagadnieniem komunizmu (powiedziałbym, że – niestety – zdecydowanie preferował układanie wróżb, czyli pasjansów) – nie wynika to ani z jego poczynań politycznych, ani też z prac publicystycznych.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja