Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




19 sierpnia 1991 roku rozpoczął się w Moskwie trzydniowy spektakl bez precedensu. Niemal każdy szczegół przewrotu był zadziwiający. Pomimo rozlicznych twierdzeń, że samo wydarzenie nie było niespodzianką, zarówno zachodnie źródła jak obóz Jelcyna, musiały niechętnie przyznać, że nie było żadnych informacji zapowiadających pucz. Umknęło to uwagi zachodnich obserwatorów, musi więc być istotne. Historia dostarcza niezliczonych przykładów lekceważenia ostrzeżeń nadsyłanych przez wywiady, ale brak jakichkolwiek ostrzeżeń – jakichkolwiek informacji! – na temat przygotowań do wydarzenia takiej wagi, domaga się logicznego raczej niż historycznego wyjaśnienia. Logicznie rzecz biorąc są trzy możliwości:

  1. Wszystkie przygotowania były skutecznie owiane tajemnicą.

  2. Wszystkie wywiady zainteresowane rozwojem wypadków w Moskwie są do niczego.

  3. Nie było żadnych przygotowań.

Pierwsza możliwość zakłada wysoki stopień organizacji po stronie spiskowców, co – zważywszy późniejszy rozwój wypadków – wydaje się mało prawdopodobne. Druga z kolei, zważywszy wcześniejszy bieg historii, wydawałaby się bardzo prawdopodobna, gdyby nie fakt, że Jelcyn rzekomo także nie wiedział nic o przygotowaniach. Ponieważ Jelcyn powoływał się wielokrotnie na poparcie w wojsku, byłoby sensowne oczekiwać, że jego poplecznicy w armii czerwonej ostrzegą go przed akcją skierowaną ostensywnie przeciwko niemu. Zatem albo Jelcyn kłamał i wiedział o przygotowaniach, albo kłamał i nie miał poparcia w wojsku – albo trzecia możliwość jest słuszna.

Przedsięwzięcie przewrotu w największym kraju świata bez jakichkolwiek przygotowań do przejęcia władzy byłoby śmieszne, (**) gdyby nie to, że odpowiadało idealnie obrazowi spiskowców, jako grupce pijaczków przepełnionych tęsknotą do dobrych starych czasów. Zaprawdę, tak kochali stare czasy, że zapomnieli o starych metodach. W swym podchmielonym entuzjazmie, ochoczo zapomnieli o istnieniu sprawnych oddziałów Specnazu i o jednostkach OMON, ćwiczonych na takie właśnie okazje, a w zamian użyli rekrutów i gwardii reprezentacyjnej dla „walki” z Jelcynem. Beztrosko nie pamiętali, że nie atakuje się budynków przy pomocy kolumn czołgów, zwłaszcza, gdy ma się do dyspozycji helikoptery. Radośnie zapomnieli przeciąć linie komunikacyjne przeciwników (prymitywna milicja chorwacka uczyniła to skutecznie i bez wahania, mając do czynienia z Federalną Armią Jugosławii). Mówi się nam, że spiskowcy błagali aresztowanego Gorbaczowa o audiencję, a on odmówił – bohaterski Gorbi. Warennikow, który ściśle rzecz biorąc, nie był jednym z „konspiratorów” poleciał jednak na Krym i spotkał się z Gorbaczowem. Gorbaczow utrzymuje do dziś, że odrzucił wszelkie żądania; Warennikow twierdzi, że Gorbi powiedział im, żeby „robili, co chcą”. Natomiast świadkowie (głównie oficerowie kgb z otoczenia Gorbaczowa) wspominają, że Warennikow był „wstrząśnięty i wyraźnie zdenerwowany” po rozmowie. Tymczasem „aresztowany przywódca” nie wykazywał żadnych oznak zdenerwowania. Wręcz przeciwnie, często chadzał sobie na plażę, by obnażyć w oczach zdumionej publiki kłamstwo swej rzekomej choroby – cwany Gorbi. (podaję za Daily Telegraph, 4.9.91)

Czy konspiratorzy, generałowie czerwonej armii i kgb, mogli zapomnieć aż tyle, podejmując się przewrotu? Wydaje się oczywiste, że musieli oczekiwać pomocy, inaczej bowiem podjęliby najbardziej elementarne środki ostrożności. W rzeczywistości jedynym, który mógł nakłonić spiskowców do działania, był sam Gorbaczow. Toteż przypuszczam, że kiedy szumnie nazwany „Komitet Państwowy” sformował się 19 sierpnia 1991 roku, to oczekiwał, że nieobecny członek wykona całą pracę. To by tłumaczyło tajemniczy brak przygotowań, ale jak wytłumaczyć, że brnęli dalej w idiotyzm puczu, pomimo że prędko musieli zrozumieć grozę swojej sytuacji? Obecność wśród nich Kriuczkowa i Pugo wyjaśniałaby i to. Szczerość, jeżeli wolno użyć takiego określenia w kontekście ludzi z kgb, tych dwóch spiskowców, jest co najmniej wątpliwa. W konsekwencji, zaproszenie Jawlińskiego, by był świadkiem aresztowania Pugo i cała ta dziwaczna historia o oddziale kagebistów, którzy dzwonią do jednego z przywódców spisku (Pugo był ministrem spraw wewnętrznych, czyli ich zwierzchnikiem) na chwilę przed aresztowaniem (podaję za: Reuter, 24.8.1991) – wszystko to razem z „samobójstwem” Pugo (większość samobójców nie zabija przedtem swoich żon, ale może Pugo nie lubił żony?), wydaje się co najmniej podejrzane.

Wiele wskazuje, że byliśmy świadkami przedstawienia. (Rzadkim przykładem odwagi w występowaniu przeciw utartym opiniom był felieton autora ukrywającego się pod pseudonimem Peter Simple w Sunday Telegraph z 25 sierpnia; nazwał on przewrót „a public relations exercise, a stage-managed charade” i „unconvincing show, as of badly rehearsed actors.”) Mieliśmy więc z jednej strony tchórzliwe pijaństwo stalinistów (w ciemnych barwach), a z drugiej, śmiałe i odważne przywództwo demokratów (w bieli, z uśmiechem na twarzy). Dobrze znane techniki budowania napięcia zostały wprowadzone w życie skutecznie, choć w niekonwencjonalny sposób. Na przykład, kolumna czołgów, poruszająca się bez końca ulicami Moskwy w kierunku Białego Domu, przypominała mi scenę masakry na schodach w Odessie w Pancerniku Potiomkinie, Eisenteina. Rolę montażysty przejęli zachodni korespondenci, którzy pocięli kawalkadę na drobne kawałki i skleili ją na nowo w cogodzinnych biuletynach radiowych. W filmie Eisenteina scena masakry trwa o wiele dłużej niż w rzeczywistości zajęłoby schodzenie oddziału po schodach, ale też Eisenstein był geniuszem. Ja sam (dokładnie tak jak widz na Potiomkinie), wsłuchany w biuletyny radiowe, czułem się, chcąc nie chcąc, wciągnięty w dramat oblężonych demokratów, świadomych powoli zbliżającej się zagłady. – W rzeczywistości zagłada nie nastąpiła, bo nigdy się nie zbliżała; czołgi nie dojechały, bo nie miały dojechać.

Były też w przedstawieniu elementy farsy, jak np. nawoływania Jelcyna zwrócone do żołnierzy, by porzucili „juntę”, które były transmitowane w państwowej telewizji. (Och, ci spiskowcy! Znowu zapomnieli! Wypili za dużo? Czy zjedli za mało?) Częste rozmowy telefoniczne oblężonego rzekomo Jelcyna, z prezydentem Bushem, nadawały już całemu przedstawieniu raczej surrealistycznego charakteru.

I tak doszło do tego, czego nie spodziewał się nawet Lenin. Tłumy na ulicach Moskwy, zamiast powiesić bolszewicką bandę na przydrożnej latarni (bo tego właśnie spodziewałby się Lenin), wspólnie z przywódcami demokratycznego świata domagały się przywrócenia komunisty do władzy, w ten sposób legitymizując władzę od zarania pozbawioną legitymacji. To dopiero było prawdziwe coup propagandowe. Zdelegalizowanie partii bolszewickiej, które nastąpiło wkrótce, było wyłącznie kosmetycznym zabiegiem, zważywszy istnienie paralelnych aparatów państwa i partii. Podział kgb na trzy odrębne agencje jest w tym kontekście przerażający. (Mamy tu bowiem powtórkę równoległych, pozornie skłóconych, systemów.)

Dobrze, ale musimy jednak być trochę bardziej samokrytyczni niż wyznawcy składanego komunizmu; w końcu cui bono nie jest bezbłędną i doskonałą metodą dowodzenia. Zatem, czy jest w ogóle możliwe wyreżyserowanie tak skomplikowanego łańcucha wydarzeń? Comedia dell’arte z udziałem mas?

Aby pokusić się o zorkiestrowanie tak wielkiego przedstawienia, trzeba po pierwsze pogodzić się z faktem, że nie wszystko da się poddać kontroli. Po drugie, trzeba stworzyć warunki, w których ludzie zachowują się w sposób choćby do jakiegoś stopnia przewidywalny. Trzeba wreszcie polegać na niewielkiej liczbie aktorów, którzy zgodzą się „grać” i ponieść tej gry konsekwencje.

Jak powszechnie wiadomo, zachowanie tzw. mas jest bardziej przewidywalne niż postępowanie jednostek. Dla przykładu, wielkie zgromadzenie ludzi skonfrontowane przez małą grupę zdeterminowanych i dobrze uzbrojonych napastników, najprawdopodobniej rozbiegnie się w panice. To samo zgromadzenie zachowa się inaczej wobec niezdecydowanych rekrutów – najprawdopodobniej „wykaże zdumiewającą odwagę”, nawet jeśli owi rekruci będą w czołgach. Zuchwałość tłumu jest zazwyczaj wprost proporcjonalna do niezdecydowania uzbrojonych oponentów. Nie zamierzam – dodam na wszelki wypadek – ośmieszać odwagi jednostek w takich sytuacjach. Potrzeba więcej niż „bigla”, żeby stać obok czołgu z ryczącym silnikiem (wiem coś o tym – zmykałem, gdzie pieprz rośnie!), a co dopiero, żeby wskoczyć na czołg i wyciągać siłą czołgistów. Jest jednak stosunkowo łatwiej o taką odwagę, gdy żołnierze zachowują się w taki sposób, jak ci na ulicach Moskwy.

W wypadku poszczególnych jednostek, przewidywalność ich postępowania, wydaje się być jakoś zależna od ich poziomu intelektualnego. To oczywiście dotyczyłoby niektórych spiskowców, ale nie tylko. Jeżeli otoczyć budynek czołgami, ale pozostawić okrążonym komunikację ze światem zewnętrznym, to da się przewidzieć z niejaką pewnością (niezależnie od inteligencji okrążonych), że wykorzystają tę łączność, by oznajmić światu swą niezłomność oraz, żeby zaapelować do żołnierzy wroga.

W ten sposób stworzona została scena. Teraz należało tylko znaleźć „gwiazdę”. Czy trzeba proroczego daru, by przewidzieć, że Borys Jelcyn będzie się bronił, kiedy go zaatakować? Że użyje wszelkich możliwych środków, by rozgłosić swój heroizm na cały świat? Że wreszcie skutecznie obroniwszy „demokrację w Rosji”, zostanie okrzyczany bohaterem na Zachodzie? To jest jasne, jeśli widzieć Jelcyna tylko jako nieświadomego wykonawcę. Ba, ale kto zaręczy, że gwiazdor nie miał wpływu na inscenizację? Wiele jest niebezpośrednich dowodów na bliską współpracę między Jelcynem a Gorbaczowem, np. historyjka Gorbaczowa o rzekomym podsłuchu kgb podczas rozmów pomiędzy nim, Jelcynem a Nazarbajewem; albo nieszczęsna wzmianka o podwójnej kontroli rezerw złota (por. The Times, 14.11.1991). Wedle rzeczników nowej sowietologii, zgoda na wspólną kontrolę rezerw (która była widziana jako jedna z nagród rzekomej walki o władzę), nie wyklucza samej walki o władzę. Jest to zapewne logicznie słuszne, niemniej jednak mało prawdopodobne, żeby rzekomi rywale, zgodziwszy się na podział kontroli rezerw, nie omówili także szerszego podziału władzy.

Niełatwe stosunki pomiędzy Gorbaczowem i Jelcynem wydają mi się raczej relacją równych, pełną osobistej animozji. Tego rodzaju relacja może się z łatwością przerodzić w walkę o władzę. Trzeba jednak pamiętać, że „Rosja” miała być przede wszystkim wehikułem, który miał wynieść Jelcyna na szczyt, co tylko bardziej zmąciło, i tak już mętne, wody rosyjskiej walki o zrzucenie komunizmu. W rzeczywistości bowiem, Jelcyn nie zniszczył wcale sowieckiego centrum; wręcz przeciwnie, zrobił wiele, by utrzymać je przy życiu. Idea „Wspólnoty Niepodległych Państw” jest tego znakomitym przykładem. Podobny projekt wysuwany był przez Gorbaczowa nie dalej jak w październiku 1991 roku; poprawka Jelcyna polegała wyłącznie na wykluczeniu Gorbaczowa. Jelcyn mówił jednak zupełnie wprost, że jego koncepcja miała „powstrzymać dezintegrację” związku.

Relacja między Gorbaczowem i Jelcynem wydaje się klasyczną sowiecką grą, jak np. Moczar-Gomułka, której używają, kiedykolwiek pragną stworzyć pozory walki o władzę, zagrożenia dla jedynie słusznej linii. W początkach swej kariery genseka, Gorbi zaangażowany był w „walkę o władzę” z tzw. „konserwatystą”, Ligaczowem, którego bezustanna krytyka reform uzasadniała rzekome trudności. Z „lewej” strony napadał na biednego Gorbiego nieprzewidywalny Jelcyn. Otoczony przez łajdaków, Gorbaczow był widziany jako jedyna nadzieja na przyszłość, a pierestrojka jako jedyna sensowna droga naprzód, zatem Zachód uczyniłby mądrze, popierając go. Prędko musiało się stać jasne, że aparat partyjny będzie się opierał przemianom sam z siebie, bez żadnej manipulacji, jak zresztą każdy establishment na świecie. W rezultacie, Ligaczow stał się zbędny, natomiast Jelcyn potrzebował bazy. W każdym państwie komunistycznym najprostszą drogą do popularności, jest wypowiedzenie krytyki pod adresem komunistycznej partii. Dramatyczny gest podarcia legitymacji partyjnej bardzo podniósł popularność Jelcyna, który w rezultacie wygrał prezydenckie wybory – niespotykany wypadek w historii komunizmu. Nie wystarczyło to jednak, by podnieść jego status na arenie międzynarodowej. Potrzeba było nadzwyczajnych wydarzeń, by stworzyć obraz Jelcyna jako „męża stanu”; status, którego tak jaskrawo mu odmówiono podczas wizyt w Stanach Zjednoczonych i w Strasburgu. Pucz bardzo tu się przydał.

Ale czy nie jest równie możliwe, że Jelcyn jest uczciwym człowiekiem i szczerze pragnie demokratyzacji Matki Rosji? Gdyby tak rzeczywiście było, to w moim głębokim przekonaniu byłby tylko pionkiem w rękach Gorbaczowa.

Krótkowzroczność zachodnich polityków i komentatorów jest, jak zwykle, podstawą sowieckiej strategii. Nie inaczej było podczas tzw. wschodnioeuropejskich rewolucji w 1989 roku. To co się działo wówczas, jest doskonałym przykładem dla unaocznienia, jak wydarzenia mogą być kształtowane w taki sposób, by „pasowały” do zachodniej wrażliwości.

Mieliśmy wówczas do czynienia z niezwykłym łańcuchem dramatycznych wydarzeń, który przyniósł w końcu „upadek komunizmu”. Komuniści zostali zmieceni, np. czeski premier oddał legitymację partyjną, a zachodnie media ogłosiły go „pierwszym nie-komunistycznym premierem Czechosłowacji od 40 lat”. Demokracja została przywrócona, np. 35% posłów w sejmie prl, zostało wybranych w „wolnych wyborach”. Kapitalizm był na ustach wszystkich, zwłaszcza na ustach aparatczyków, gdyż jako jedyni ludzie z pieniędzmi i z doświadczeniem, bardzo prędko zbierali plony prywatyzacji. Straszne policje polityczne poddane zostały reformom, czystkom i … pozostawione bez większych zmian, np. z 3051 oficerów SB w ministerstwie spraw wewnętrznych prlu, 2867 zostało zaakceptowanych do dalszej służby. (Tygodnik Powszechny, 26.8.90) Podobnie było w wojsku, w sądownictwie, a nawet do pewnego stopnia w środkach przekazu.

Najdziwniejszą cechą wspólną „rewolucji ‘89” był fakt, że wszystkie były rozpoczęte przez służby bezpieczeństwa. Tyle jest po temu dowodów, że wyznawcy nie mogli tego dłużej lekceważyć i wystąpili z odpowiednim „wyjaśnieniem”. Zaakceptowali oczywisty stan rzeczy, że Gorbaczow zapoczątkował przemiany dla swych własnych celów, prawdopodobnie dla przyspieszenia pierestrojki, ale raz rozpoczęte, wydarzenia wyrwały się spod kontroli, czego wyniki mają być najlepszym dowodem: czyż można sobie wyobrazić, żeby Moskwa planowała utratę kontroli nad Europą Wschodnią? – zapytają retorycznie wyznawcy.

W rzeczywistości jednak, w wyniku „rewolucji” ex-komuniści wraz z ex-poputczikami zagarnęli wszystkie istotne ośrodki władzy, podczas gdy narody świętowały wyzwolenie. Wszelkie ślady autentycznego anty-komunizmu były z miejsca uciszone przez głośną retorykę ludzi takich jak Havel czy Wałęsa, czy Michnik. Zachód zadziwiony prędkością przemian, z radością zaakceptował koncepcję „wspólnego europejskiego domu”. Z punktu widzenia sowieckich strategów, sukces był tak znaczący, że należało jak najprędzej powtórzyć całą operację w samych Sowietach.

Jeszcze raz, spróbujmy jednak dać kredyt wyznawcom, gdzie im się wcale żaden kredyt nie należy; spróbujmy wziąć ich wyjaśnienie za dobrą monetę. Przyjmijmy, że wydarzenia wyrwały się spod kontroli tych, którzy je z taką zuchwałością rozpoczęli, że rozwój wypadków we wschodniej Europie przybrał zły obrót z punktu widzenia kgb. Przyjmując to za dobrą monetę, akceptujemy, że służby bezpieczeństwa miały jakiś plan, miały środki do jego przeprowadzenia, miały konieczną wizję, by podjąć się aranżowania wypadków na ogromną skalę (w co najmniej pięciu różnych krajach, prawie jednocześnie), ale nie miały żadnych planów, na wypadek niepowodzenia, na wypadek, gdyby rozpętane siły „wyrwały im się spod kontroli”. Co więcej, gdy utracili kontrolę w jednym kraju, rozpoczynali podobną akcję w następnym. Samobójcy? „Nie! Po prostu utracili wiarę w ideologię i chcieli dać szansę demokracji”, brzmieć by mogła odpowiedź wyznawców. Zważywszy jednak globalne znaczenie całej operacji, musiała ona być nadzorowana przez szefa kgb, Władymira Kriuczkowa. Jeśli i on pokochał serdecznie demokrację, bo utracił wiarę w ideologię, tak jak jego wschodnioeuropejscy towarzysze, to jego moskiewski pucz musiał być tylko grą! – a w to zdaje się nikt nie chce wierzyć. Oto dokąd prowadzi logika wyznawców koncepcji składanego komunizmu. Kriuczkow nie był jednak ani „demokratą”, ani „konserwatystą”, ani „liberałem”, „betonem” czy jakkolwiek go jeszcze chrzczono – był komunistą wysokiej rangi i jako taki, służył długoterminowemu celowi komunizmu. Wszystkie jego akcje podporządkowane były temu celowi, a akcje ostatnich lat przygotować miały grunt dla ostatniego etapu wieloletniego planu.

Tymczasem ogromna większość obserwatorów chciała widzieć w moskiewskim przewrocie „zemstę betonu” za utratę wschodniej Europy. Skoro jednak Kriuczkow uwikłany był w obu wydarzeniach, to czy mścił się na sobie samym? Jeżeli wydarzenia wymknęły mu się z rąk w 1989 roku (a taka jest hipoteza wyznawców), to czy zdecydowałby się na kolejny dramatyczny krok w tym samym stylu?

Dla wyznawców, to wszystko nie ma jednak żadnego znaczenia: że komunizm upadł, każdy widzi. Czy Kriuczkow jest sfrustrowanym demokratą, czy samobójczym autokratą? – Kogóż to może obchodzić?!

Jest ni mniej, ni więcej, tylko głupotą, uważać wroga za głupca. Napoleon wygrał bitwę pod Marengo, ponieważ postępował tak, jakby austriacki generał, Melas, był Napoleonem; podczas gdy Melas, nie przypisywał swemu przeciwnikowi zdolności większych, niż jego własne, Melasa.

Jest takie powiedzenie: można oszukać niektórych ludzi za każdym razem i można oszukać wszystkich, niekiedy; ale nie można oszukać wszystkich ludzi za każdym razem. Trzeba prawdziwego geniuszu, by nabrać cały świat – ani Gorbaczow, ani Jelcyn, nie wyglądali nigdy na geniuszów. Jakkolwiek zgrabnie by postępowali, nie byli bezbłędni. Łatwo przecenić ich zdolności, a nie docenić Metody, którą się tak dobrze posługują. Źródło ich siły leży na Zachodzie, gdzie nie ma ani woli, ani wiedzy, by zakwestionować powszechnie przyjętą wykładnię wydarzeń. Jednostki wyrażające wątpliwości – jak wspomniany już Peter Simple – są prędko zepchnięte na margines i uciszone.

Język angielski ma piękne określenie na sytuację, w której ktoś jest nabijany w butelkę: to be taken for a ride. „Być wziętym na przejażdżkę.” Dokąd wiedzie ta przejażdżka? Do wycofania się Ameryki z Europy, do stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy, które staną się łatwym kąskiem dla Sowietów – o, pardon! dla Federalnego Związku Rad. Nie ma potrzeby, by armia czerwona miała maszerować do Portugalii czy Danii – to kawał drogi. Politycy europejscy sami oddadzą swe kraje do wspólnego europejskiego więzienia narodów, rozciągającego się od Pacyfiku po Atlantyk.

Kto nie chce znać historii, skazany jest na błędy, których mógłby uniknąć.

(*) Jest to zmieniona i rozszerzona wersja tekstu, pisanego jesienią 1991 roku, który ukazał się w Soviet Analyst w 1992 roku.

(**) Warto w tym miejscu dodać, że od tamtego czasu, zwłaszcza podczas procesu konspiratorów, wskazywano na rozmaite akcje podjęte przez Kriuczkowa przed puczem, jako dowód, że pucz nie był tylko spektaklem. Kriuczkow (który był szefem kgb!) miał się dowiedzieć przypadkiem o planie „nowej konstytucji” (o którym wiedzieli wszyscy), wobec czego zamówił 250.000 par kajdanek i 300.000 formularzy niezbędnych do dokonania aresztowania. – I takie były przygotowania do przejęcia władzy w największym kraju na świecie.



Prześlij znajomemu

33 Komentarz(e/y) do “Składany komunizm Część II (*) Moskiewski pucz”

  1. 1 Sonia Bellechasse

    Logicznie rzecz biorąc są trzy możliwości:

    Niezupelnie. Jest jeszcze czwarta mozliwosc, moim zdaniem prawdziwa:

    1. Komunisci zdradzili komunistyczny system i komunistyczna doktryne, po to by utrzymac sie u wladzy i utrzymac nagromadzone przez nich bogactwa.

    Kapitalizm był na ustach wszystkich, zwłaszcza na ustach aparatczyków, gdyż jako jedyni ludzie z pieniędzmi i z doświadczeniem, bardzo prędko zbierali plony prywatyzacji.

    Zgadzam sie w 100%.

    Sa trzy rodzaje rewolucji:

    1. Rewolucja, ktora utrzymuje „stary” system ekonomiczny i polityczny, zmienia tylko obsade stolkow. Przyklady: wszystkie rewolucje nie-komunistyczne; np. przewrot majowy.

    2. Rewolucja, ktora obala zarowno system (i doktryne rzadzaca tym systemem), jak i obsade stolkow. Przyklady: wszystkie rewolucje komunistyczne, od „pazdziernikowej” po kubanska.

    3. Rewolucja, ktora obala system i doktryne, utrzymuje natomiast obsade stolkow (z wyjatkiem kilku „pokazowych” pozycji). Przyklady: wszystkie anty-komunistyczne rewolucje w 1989, 1991 i pozniej.

    Nasza ocena tego trzeciego typu rewolucji zalezy od tego, czy nienawidzimy bardziej sam system (i doktryne), czy tez ludzi ktorzy doktrynie tej sluzyli. Jezeli nienawidzimy przede wszystkim doktryny, to rewolucje ta oceniamy pozytywnie. Jezeli nienawidzimy przede wszystkim ludzi, to oceniamy ja bardzo negatywnie. A jezeli nienawidzimy i ludzi i doktryny, to mamy nie lada dylemat, kiedy te dwa czynniki znajduja sie po przeciwnych stronach barykady.

    Jedno pytanie: jesli ty masz racje, a nie ja, to jak wytlumaczysz to co sie stalo w Chinach w 1989? I dlaczego Kuba i Polnocna Korea nigdy nie dokonala takiej „maskarady”? I dlaczego Wietnam dokonal tej samej ewolucji bez zadnych puczow i maskarad?

  2. 2 michał

    Soniu,
    Trzy logiczne możliwości dotyczyły wytłumaczenia tego zdumiewającego skądinąd zjawiska, że nie było żadnych ostrzeżeń na temat przygotowań do puczu, ze strony żadnych służb wywiadowczych. Rzekome przygotowania zostały dopisane dopiero podczas procesu spiskowców. Przyznasz chyba, że to jest dziwne…
    Twoja natomiast „czwarta” możliwość jest hipotezą proponowaną od lat przez bardzo wielu komentatorów na wyjaśnienie tego, co się stało: komunizm sam upadł, zapadł się w sobie itd. Innymi słowy, nie ma komunizmu, są tylko komuniści. Tu właśnie wizja składanego komunizmu wydaje się pomocna jako teoretyczne narzędzie do opisu, bo jeśli komunizm jest tak niezwykle trudny do zdefiniowania, do uchwycenia w rygorystyczne karby spójnej logicznie teorii, jeśli jest politycznym kameleonem, wymykającym się rzeczowej analizie – ani system gospodarczy, ani ideologia, ani doktryna, a li tylko Metoda zdobycia i utrzymania władzy – to wizja składania i rozkładania kramiku wydaje się akurat całkiem adekwatna do tego fenomenu.
    Twoje trzy typy rewolucji są, jak zwykle, błyskotliwie zestawione, ale miałbym wątpliwości, co do terminologii.
    1. Dla tego typu, historiografia zachowuje zazwyczaj nazwę coup d’etat albo puczu, kiedy niezmieniony system przejmuje nowa ekipa.
    2. To jest właściwa rewolucja.
    3. To jest pozorna rewolucja. Gdyby „stan trzeci” wygrał rewolucję we Francji, ale pozostawił Ludwika na tronie, arystokrację z wszystkimi jej przywilejami i sam nie przejął żadnych elementów władzy, to nie byłoby żadnej rewolucji i Burke nie miałby nic do powiedzenia. Innymi słowy, nie można rewolucyjnie „zmienić systemu i doktryny, nie zmieniając przy tym obsady stołków”. Takiej możliwości nie ma w prawdziwym świecie, dlatego nie jest dla mnie możliwe zaakceptowanie, że jakakolwiek rewolucja zaszła w prlu.
    Twoje uzasadnienie jest znowu genialnie błyskotliwe, ale niemożliwe do zaakceptowania: jakby powiedzieli Anglicy, „you put the cart before the horse”. To nie dlatego odrzucam tzw. rewolucje ’89, że „nienawidzę ludzi bardziej niż doktryny”, ale dlatego że Twój trzeci typ rewolucji nie jest możliwy, bez udziału tych ludzi, bez gry z ich strony; w końcu, ci ludzie pozostają w jej rezultacie na swoich stołkach! To nie jest Talleyrand czy Fouche, tylko Kaczyński albo Iliescu!
    Nie wydaje mi się przypadkiem, że tego samego dnia, którego w prlu odbyły się 35 procentowe wybory, Li Peng dokonał masakry na placu Tianamen. Pamiętaj, że za Golicynem, uważam chińsko-sowiecki spór z czasów Mao za grę prowadzoną dla benefisu CIA. Sytuacja w Wietnamie wydaje mi się identyczna z tą w Chinach, a Kuba i Korea Półnoncna mają swoją rolę do spełnienia w grze pomiędzy „strukturą a rozwojem”, jak to świetnie wyjaśnia profesor de Carvalho w odpowiedzi na naszą ankietę.
    A na koniec, bardzo miło od Ciebie usłyszeć!

  3. 3 Marek

    Komunisci zdradzili komunistyczny system i komunistyczna doktryne, po to by utrzymac sie u wladzy i utrzymac nagromadzone przez nich bogactwa.

    Zdecydowanie popieram powyższy pogląd Pani Soni, jak również zaprezentowaną przez Nią klasyfikację rewolucji. Powiem nawet więcej – czerwoni przemalowali się, bo my im na to pozwoliliśmy. Rok 1989 mógłby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby Polacy uznający się za antykomunistów (przykładowo jak Pan Michał) nie wyjechali z prlu, ale zostali w nim i powywieszali komunistów na przysłowiowych latarniach. Nic takiego się jednak nie stało, jednych nie było, inni siedzieli cicho, a Bolek dobijał targów ze Spawaczem. Teraz możemy jedynie płakać nad rozlanym mlekiem lub wymyślać udziwnione historie spiskowe o „długofalowej strategii”, które nadają się tylko na scenariusz filmu sensacyjnego i są na rękę przemalowanym komunistom, ponieważ odwracają uwagę od rzeczywistego stanu rzeczy. A przecież przyszedł czas na pracę nad sobą i innymi, aby sowieckie myślenie odeszło wraz z doktryną do lamusa historii.

    Pani Sonia ma rację, rok 1989 mimo wszystko oceniam pozytywnie, bo nienawidzę doktryny, a nie ludzi. Doktryna jest martwa, więc pozostaje zmieniać ludzi, zmieniać siebie i innych.
    Mackiewicz, którego tak często Pan Michał cytuje, wierzył w przemianę człowieka, ponieważ „nawróconego” bolszewika Szechtera uznał za swojego przyjaciela. Piękny przykład realizacji chrześcijańskiej idei.

  4. 4 Sonia Belle

    Michal,

    Gdyby “stan trzeci” wygrał rewolucję we Francji, ale pozostawił Ludwika na tronie, arystokrację z wszystkimi jej przywilejami i sam nie przejął żadnych elementów władzy, to nie byłoby żadnej rewolucji i Burke nie miałby nic do powiedzenia.

    Zla analogia. „Trzecia rewolucja” prawie sie udala we Francji w 1789 roku, dopoki arystokraci jak Mirabeau i Lafayette byli u wladzy. Niestety, po „trzeciej rewolucji” lat 1789-1791 nastapila „druga rewolucja” (czyli Terror Robespierra) i arystokraci utracili nie tylko stolki, ale i glowy.

    Ciagle nie wyjasniles dlaczego doszlo do „maskarad” w Europie Wschodniej, a nie doszlo w Hawanie, Hanoi i Pyonjang, i dlaczego doszlo do „nieudanej maskarady” w Beijing.

    nie można rewolucyjnie “zmienić systemu i doktryny, nie zmieniając przy tym obsady stołków”. Takiej możliwości nie ma w prawdziwym świecie

    Owszem jest. Gdyby Lafayette aresztowal Robespierra i jego zausznikow w 1791 roku, to „trzecia rewolucja” zatriumfowalaby we Francji. Gdyby Kierenski aresztowal Lenina i innych bolszewikow w maju 1917 roku, to byc moze mielibysmy „trzecia rewolucje” i w Rosji.

    Marek,

    Doskonaly przyklad z Szechterem. Osobiscie jestem przekonana, ze Mackiewicz, gdyby zyl, do zmian w 1989 odnioslby sie z nieufnoscia, ale rowniez z nadzieja. Ale nigdy chyba nie przyjechalby do Warszawy. Mysle jednak, ze wrocilby do Wilna, gdyz Landsbergis na pewno by mu sie podobal.

  5. 5 michał

    Szymon Szechter nie jest dobrym przykładem na cokolwiek, ponieważ był taką rzadkością. Jak można porównywać człowieka, który autentycznie porzucił komunizm, by stać się jego wrogiem i równie autentycznym antykomunistą, z ludźmi, którzy „porzucają” komunizm, po to tylko by utrzymać się u władzy (albo jak mówi Sonia „zachować swoje stołki”)?!? Jak można porównać Jelcyna, który wyrzuca legitymację partyjną, by móc zostać prezydentem, z kimś, kto ucierpiał w rezultacie swego nawrócenia? Ostensywne porzucanie komunizmu, które stało się powszechną chorobą wśród komunistów we wschodniej Europie w 1989 roku, było wyłącznie koniunkturalnym aktem – nazwanie czegoś takiego „nawróceniem” i „realizacją chrześcijańskich idei” jest szokujące.
    Święcie wierzę w potencjalną przemianę człowieka. Święcie wierzę, że każdy bolszewik i gestapowiec może się zmienić: odczuwać skruchę i żal za grzechy i pragnąć odpokutować za swoje postępki. Proszę mi jednak wybaczyć, jeśli będę cokolwiek cyniczny wobec bolszewików, którzy rzekomo zmieniają swoje poglądy, i zachowują swoje stołki w rezultacie. Proszę wybaczyć, jeśli wydaje mi się, że porównanie Szymona Szechtera do oficerów kgb, którzy dziś są oficerami fsb – poniekąd obraźliwe. Proszę wybaczyć, jeśli powiem, że ludzi nigdy nie trzeba nienawidzieć, nienawidzieć należy tylko zło, które reprezentują. Kiedy je porzucą i są gotowi za nie odpokutować, zasługują na nasz najwyższy szacunek.
    Odpowiem na pozostałe kwestie, jak tylko będę mógł, niestety nie mam w tej chwili więcej czasu – ale to bardzo ciekawe!

  6. 6 michał

    Przepraszam za zwłokę, ale obejrzenie „Mewy” Czechowa wydało mi się pilniejsze. Zatem do rzeczy.

    Soniu,
    Będę się upierał, że to była dobra analogia. Po pierwsze, Lafayette był bardziej rewolucjonistą niż arystokratą; wyrzekł się swego tytułu i nie chciał mieć nic wspólnego ze swą klasą. Zarówno on sam, jak Mirabeau byli bez wątpienia zwolennikami konstytucyjnej monarchii, ale nie byli zwolennikami ewolucyjnych zmian. Najważniejsze w moim przykładzie (i dlatego upieram się przy tej analogii) było zdanie: „nie byłoby żadnej rewolucji i Burke nie miałby nic do powiedzenia”, ponieważ tezą Burke’a było, że ludzkie instytucje, wytworzone przez wieki ewolucji, są warte obrony przeciw wydumanym tworom ludzkiego rozumu. Innymi słowy (czy też, żeby użyć Twojej terminologii), warto zachować system i go ulepszać, jeśli sam przez się nie jest zły – to jest istota konserwatyzmu, który nb. bolszewicy zawsze chcieli stosować wobec systemu, który sami stworzyli, nazywając takiego Ligaczowa „konserwatystą”, co jest pozbawione sensu. Otóż moja analogia była pełna, ponieważ ani Mirabeau, ani Lafayette, ani inni przeciwnicy jakobinów z „prawej strony”, nie chcieli zachować systemu, ale pragnęli jego obalenia i zastąpienia go konstytucyjną monarchią na drodze rewolucyjnej.
    Na marginesie, Mackiewicz odpowiedział na pytanie dlaczego ani Kiereński nie mógł zaaresztować Lenina, ani Lafayette Robespierre’a: lewa wolna! Czyli wróg jest tylko z prawej strony – żelazne prawo każdej rewolucji.
    Co do rewolucji w Hawanie itp. wydawało mi się, że odpowiedziałem, wskazując na Carvalho. Ale dobrze, spróbujmy to wyartykułować: maskarada w Hawanie może zajść teraz, kiedy komunizm jest wystarczająco silny w Wenezueli, Argentynie, Peru itd.
    Chiny… kiedy Marchlewski wyruszał podbić Polskę w 1920 roku, to Lenin powiedział mu: – Zrobicie to samo w Polsce, towarzyszu – na co Marchlewski odparł: – Nie, zrobimy to samo, ale lepiej. – I Leninowi bardzo podobała się ta odpowiedź, bo Lenin nie był doktrynerem. Chińczycy robią to samo, tylko inaczej, po swojemu, na swój sposób, lepiej. W Chinach panuje rzekomo kapitalizm, ale pod pełną kontrolą politbiura. Zrobili dokładnie to samo, co we wschodniej Europie, uwolnili czarny rynek i czerpią z tego korzyści, nie dokonując jednocześnie maskarady darcia legitymacji partyjnych.

    Panie Marku,
    Pańskie słowa bardzo miło łechcą moje ego, ale przecenia mnie Pan. Gdybym był został w prlu, to pewnie razem z wszystkimi moimi przyjaciółmi byłbym się dał nabrać na to, co się działo. Pytam ich do dziś: jak to było możliwe? Jak można było być tak ślepym? Ale gdybym był na miejscu, to nie miałbym dystansu do tego, co się działo. Czy utknął Pan kiedykolwiek w korku? Czy rozumiał Pan wtedy, co go spowodowało, a co następnie rozładowało? Nie. Widział Pan tylko samochód przed sobą, a inny w lusterku. Żeby pojąć przyczyny tego korka, trzeba mieć dystans…
    Rozumiem, że ta „udziwniona historia długofalowej strategii” to o składanym komunizmie… Tak mi przykro, że naraziłem Pana na taką lekturę. Jeśli ten tekst napisany w 1991 roku wydaje się Panu aż tak oddalony od rzeczywistości, to niech Pan, broń Boże, nie czyta Golicyna albo broszury „Trust nr 2″ niejakiego Józefa Mackiewicza, bo oni to opisali ZANIM się wydarzyło.
    Mniejsza jednak o takie drobiazgi. Interesuje mnie, że (w Pańskiej ocenie) komuniści się przemalowali, „my” na to pozwoliliśmy (ja samym faktem emigracji), a teraz ja osobiście oraz wp, „odwracamy uwagę od rzeczywistego stanu rzeczy” i „działamy na rękę przemalowanym komunistom”. Niech Pan łaskawie wspomoże moją skołowaną mózgownicę: „przemalowani komuniści”, to komuniści, którzy udają, że są czymś innym, czy tak? Ja uważam, że nawet się nie przemalowali, w jaki zatem sposób działam im na rękę?!? Wbrew pozorom, wcale się z Pana nie nabijam. Jest zupełnie możliwe, że działam im na rękę (kiedy uświadomiłem sobie, że moja działalność w podziemiu w 80. latach była im na rękę, to zdecydowałem wyemigrować), więc bardzo Pana proszę, żeby był Pan tak dobry i wyartykułował to zupełnie wprost. To jest dla mnie osobiście ważne.
    Z góry dziękuję.

    PS. Jeszcze krótki dopisek do mojego poprzedniego komentarza na temat nawróconych bolszewików. Tak się składa, że Józef Mackiewicz wypowiedział się na temat nawróceń takich, jak te z 1989 roku: „Polak, który pod Sowietami staje się bolszewikiem, a po ich obaleniu przestaje być bolszewikiem, nie jest ani Polakiem, ani bolszewikiem, tylko – szmatą.”

  7. 7 Marek

    Napisałem:

    Mackiewicz, którego tak często Pan Michał cytuje, wierzył w przemianę człowieka, ponieważ “nawróconego” bolszewika Szechtera uznał za swojego przyjaciela. Piękny przykład realizacji chrześcijańskiej idei.

    Pan Michał odpisał:

    Szymon Szechter nie jest dobrym przykładem na cokolwiek, ponieważ był taką rzadkością.

    Nie wiem, co autor powyższych słów miał na myśli. Dlaczego nie można wspomnieć o Szechterze jako o przyjacielu Mackiewicza? Taką, to znaczy jaką rzadkością był
    Szechter? Czy był on jedynym bolszewikiem rozczarowanym doktryną komunistyczną?

    Następne zdania brzmią jeszcze bardziej niezrozumiale:

    Jak można porównywać człowieka, który autentycznie porzucił komunizm, by stać się jego wrogiem i równie autentycznym antykomunistą, z ludźmi, którzy “porzucają” komunizm, po to tylko by utrzymać się u władzy (albo jak mówi Sonia “zachować swoje stołki”)?!? Jak można porównać Jelcyna, który wyrzuca legitymację partyjną, by móc zostać prezydentem, z kimś, kto ucierpiał w rezultacie swego nawrócenia?

    Kto Panie Michale porównywał Szechtera do kogokolwiek?

    Kolejne zdanie jest równie enigmatyczne:

    Ostensywne porzucanie komunizmu, które stało się powszechną chorobą wśród komunistów we wschodniej Europie w 1989 roku, było wyłącznie koniunkturalnym aktem – nazwanie czegoś takiego “nawróceniem” i “realizacją chrześcijańskich idei” jest szokujące.

    Kto „ostensywne porzucanie komunizmu” nazwał “realizacją chrześcijańskich idei”?

    Dalej pisze Pan, niestety, w podobnym stylu. Stąd wniosek: nie czyta Pan zbyt uważnie tego, co piszą inni i nie zależy Panu na podejmowaniu rzeczowej polemiki.

    Przemalowanymi komunistami, czy postkomunistami, czy farbowanymi lisami nazywam za Panią Sonią komunistów, którzy:

    zdradzili komunistyczny system i komunistyczna doktryne, po to by utrzymac sie u władzy i utrzymac nagromadzone przez nich bogactwa.

    Działa im Pan na rękę prezentując wyssaną z palca hipotezę o długofalowej strategii, bo zajmuje Pan siebie i swoich czytelników bytami, które nie istnieją. Obraca się Pan w świecie fikcji, a im przecież tylko o to chodzi, abyśmy bujali w obłokach i nie dobrali się im do skóry.
    Zapytam raz jeszcze: Dlaczego w 1989 r. nie wystrzelaliśmy czerwonych? (Pan po prostu wyjechał przed mającą nastąpić konfrontacją.) Dlaczego od czasu odzyskania niepodległości pozwalamy im na panosznie się w naszym Kraju? Dlaczego później nie przyjechał Pan do Polski, aby działać na rzecz rozliczenia komunizmu, tylko przebywając poza Krajem wykłada Pan pełne sensacji i tajemnic spiskowe teorie. W dodatku powołuje się na Mackiewicza, szermuje Pan cytatami z jego dzieł, które nijak się mają do Pańskich poglądów.
    Czemu ma więc służyć wp, a czemu i komu faktycznie służy?

  8. 8 michał

    No, no, no. Ale mi się oberwało.
    Czytam zawsze uważnie, wszystkie komentarze na wp, najwyraźniej jednak źle zrozumiałem Pańskie intencje. Proszę zwrócić uwagę, że odpowiadałem jednocześnie Panu i Soni, ponieważ Sonia uznała Szymona Szechtera za „dobry przykład”. Nie powiedziałem nigdzie, że nie można o nim wspomnieć, to śmieszne. Porównanie zawiera się zawsze implicytnie w przywołaniu przykładu, to się zazwyczaj rozumie samo przez się. Mój enigamtyczny passus odnosił się do następującego fragmentu:

    „Mackiewicz, którego tak często Pan Michał cytuje, wierzył w przemianę człowieka, ponieważ “nawróconego” bolszewika Szechtera uznał za swojego przyjaciela. Piękny przykład realizacji chrześcijańskiej idei.”

    Wziąłem to za sugestię, że powszechne porzucanie komunizmu w 89 roku, bierze Pan za dobrą monetę, a zatem zaprzyjaźnienie się z nimi byłoby realizacją idei wybaczenia – teraz sam muszę prosić o wybaczenie, skoro źle Pana zrozumiałem.

    Natomiast co do ostatnich kilku akapitów, musi Pan sam zdecydować, z kim chce się Pan wdawać w dyskusję. Ze swej strony mogę tylko dodać, że jestem gotów podjąć dyskusję z każdym, niezależnie od jego stylu, natomiast zależnie od treści jego wypowiedzi, ponieważ dla intelektualistów wymiana poglądów jest „nerwem życia”. Dla mnie zatem jest wyłącznie przyjemnością wdanie się w wymianę na ten temat i „styl” nie ma z tym nic wspólnego (nawet jeśli jest prawdą, że styl to człowiek…)
    Czemu służy wp? W moim przekonaniu służy prawdzie – to brzmi górnolotnie, ale nie ma sensu unikać w takiej sytuacji wielkich słów; prawdzie, tak jak widzą ją redaktorzy wp. Zastanówmy się zatem wspólnie: jeśli w Pana przekonaniu działam na rękę komunistom „prezentując wyssaną z palca hipotezę o długofalowej strategii”, to naturalnie będzie Pan w stanie mi wykazać, że ta hipoteza jest wyssana z palca. Jak już pisałem gdzie indziej na wp, zastosowałem w tym i innych tekstach tu publikowanych, zasadę sformułowaną przez Poppera: należy stawiać śmiałe hipotezy, a następnie poddać je rygorystycznej falsyfikacji. Jestem gotów porzucić tę hipotezę natychmiast, jeśli ktoś wykaże mi jej fałszywość. Sam starałem się ją sfalsyfikować w miarę swych ograniczonych możliwości, ale nie mogę znaleźć innych hipotez wyjaśniających wystarczająco logicznie to, co się stało. Muszę wyznać atoli, że nie jestem gotów jej porzucić, jeśli ktoś powie mi po prostu, że została wyssana z palca, nie prezentując żadnych przeciw niej dowodów.

    Czy to im służy? To jest poważny problem. Problem, z którym nie mogę się uporać od wielu, wielu lat. To jest problem tak zwanej „wrażej pieczeni”, ale nie będę go tu rozwijał, bo to byłoby nadal w tym stylu, który aż tak Pana irytuje.

  9. 9 Marek

    Panie Michale, jeśli doczepię sobie do pleców 2 garby z tektury i twierdząc, że jestem wielbłądem poproszę Pana, aby udowodnił mi, że jest inaczej, to postawię Pana w sytuacji, w jakiej Pan stawia mnie w obecnej chwili. Wykazywanie fałszywości Pańskiej hipotezy uważam za zbędne bicie piany. Szkoda czasu i energii. Gdybym podjął dyskusję, wkroczyłbym w urojony Świat Baśni, a o to właśnie postkomunistom chodzi. Zawsze pragnęli oderwać nas od rzeczywistości i pchnąć na drogę jałowych dysput i polemik. I cały czas im się to udaje.

    Włączyłem się do rozmowy zainspirowany mądrymi słowami Pani Soni. Zgadzam się z nią, gdy pisze, że „Mackiewicz, gdyby żył, do zmian w 1989 odniosł by sie z nieufnoscia, ale rowniez z nadzieja”. Tych słów brakowało na wp. Bowiem nie pojmuję, jak można idąc tropem myśli Mackiewicza wysuwać hipotezy typu „długofalowa strategia”. JM chodził twardo po ziemi, widział realnego wroga i daleki był od tworzenia bytów fikcyjnych.

    Pan natomiast upiera się, że komunizm nadal w Polsce istnieje. Zamiast dyskutować proponuję przyjechać do Kraju i sprawdzić naocznie, co tu się dzieje. Kiedy był Pan ostatnio w Polsce?

    Jeszcze raz powtórzę realne pytania.

    Dlaczego w 1989 r. nie wystrzelaliśmy czerwonych?
    Dlaczego od czasu odzyskania niepodległości pozwalamy im na panosznie się w naszym Kraju?

    Czy stanowię wyjątek uważając je za niezmiernie istotne?

  10. 10 michał

    Przykro mi, ale nie potrafię pojąć, dlaczego stawia Pan jakiekolwiek pytania komuś, kto wedle Pana porusza się w urojonym świecie, co nota bene ma być samo przez się zrozumiałe i nie domaga się żadnego dowodu.

    Było mi bardzo miło etc.

  11. 11 przemek

    Panowie!!! Polecam „Canon in D” Pachelbela.
    Myślę, że mamy się przekonywać do swoich racji, ale nie musimy się koniecznie przekonać. W dyskusji siła.
    A tak się ciekawie czytało.
    „Żyliśmy jak królowie. Wódkę piliśmy szklankami. Kochały nas ładne dziewczyny. Chodziliśmy po złotym dnie. Płaciliśmy złotem, srebrem i dolarami. Płaciliśmy za wszystko: za wódkę i za muzykę. Za miłość płaciliśmy miłością, nienawiścią za nienawiść.” Sergiusz Piasecki

  12. 12 Marek

    Panie Michale, dyskusjami na temat fikcyjnych bytów nie jestem zainteresowany. Pan jedynie takie preferuje. Nie dał się Pan skusić i choć na chwilę opuścić swój urojony świat, aby podjąć rozmowę dotyczącą realnej problematyki. Cóż, pozostaje mi życzyć Panu spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Pozdrawiam serdecznie.

  13. 13 michał

    Drogi Panie Przemku,
    Bardzo dziękuję za Pachelbela, przyjmuję go jako prezent świąteczny. Ma Pan oczywiście rację, co do różnicy między przekonywaniem, a przekonaniem, ponieważ uzasadnienie jest obiektywne, a uznanie wyłącznie subiektywne.
    Jedyne co mogę zrobić, to wyłożyć i uzasadnić mój osobisty, subiektywny pogląd na rzeczywistość; ten pogląd (np. w postaci artykułu powyżej) staje się zatem obiektywnym faktem (nie przestając być subiektywnym poglądem) i jako taki podlega falsyfikacji; podlega dwu testom: adekwatności do rzeczywistości, którą opisuje, oraz wewnętrznej logicznej spójności. Każdy czytelnik ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek (choćby tylko moralny obowiązek), poddać to co czyta co najmniej tym testom. Jeśli jednak czytelnik ma tylko tyle do powiedzenia, że powyższy opis rzeczywistości jest urojony, to ja nie potrafię z tym podjąć rzeczowej dyskusji. Nie „nie chcę”, ale nie potrafię. W moim przekonaniu, wysunięcie takiego argumentu jest w istocie uchyleniem się od dyskusji, ponieważ kiedy uznaję pogląd za absurdalny aż do urojenia, to po prostu milczę na jego temat.
    Najzabawniejsze w powyższej wymianie wydaje mi się jednak co innego, a mianowicie wewnętrzna sprzeczność poglądów zaprezentowanych przez Pana Marka. Wedle mojego wyczucia języka polskiego, określenie „przemalowani komuniści” oznaczać może tylko jedno: to są ludzie, którzy udają, że są czymś innym, niż są naprawdę. Zabawne, bo to jest właśnie samo sedno hipotezy „składanego komunizmu”, podczas gdy Soni koncepcja, z którą Pan Marek rzekomo się zgadza, jest z moją hipotezą w pełnej niezgodzie, bo Sonia uważa, że oni ZDRADZILI komunizm, a zatem przestali być komunistami, by utrzymać bogactwa i władzę. Zdrajcy komunizmu, to nie to samo, co przemalowani komuniści.
    Tak się składa, że ja nie zgadzam się z Sonią w ogóle. Ponieważ wedle takiej wykładni zdrajcą komunizmu byłby już Lenin po wprowadzeniu Nepu. Nep byłby niczym innym, jak zdradą komunistycznej doktryny, po to by WKP(b) mogła utrzymać się przy władzy. Istotą bolszewizmu jednak nie jest wcale doktryna, której nigdy się nie trzymali, czego są tysiące dowodów, ale taktyczna giętkość przy jednoczesnej jasnej świadomości strategicznych celów.
    Jeśli Pan Marek tego nie widzi, to mówiąc prawdę, przyjmuję jego epitety za komplement, bo rzeczywistość jest zawsze światem baśni w oczach ślepców.

  14. 14 Sonia Belle

    Michal,

    wedle takiej wykładni zdrajcą komunizmu byłby już Lenin po wprowadzeniu Nepu. Nep byłby niczym innym, jak zdradą komunistycznej doktryny, po to by WKP(b) mogła utrzymać się przy władzy.

    NEP bylby zdrada komunizmu, gdyby NEP sie utrzymal. Ale NEP zostal rozwiazany pod koniec lat 20, nie bylo wiec zdrady.

    Podobnie dzisiaj. Jezeli Putin obali kapitalizm w Rosji i znacjonalizuje cala gospodarke, wowczas twoja teoria okaze sie prawdziwa. Ale jezeli przyszlosc Rosji to rzady DZIEDZICZNYCH oligarchow, to tego nie mozna nazywac komunizmem. I nalezy stwierdzic, ze taka KAPITALISTYCZNA przyszlosc Rosji jest LEPSZA od jej KOMUNISTYCZNEJ przeszlosci, gdy cala sowiecka gospodarka byla w rekach urzednikow, ktorzy zarzadzali mieniem publicznym, ktorego nie mogli ani sprzedac, ani zostawic w spadku swoim dzieciom.

  15. 15 michał

    Soniu,
    Ile lat zmiana musi się utrzymać, żeby stała się zdradą komunizmu?? Wedle Twojej koncepcji, NEP byłby zdradą komunizmu, do czasu aż został porzucony! Ale to się nie da utrzymać, bo Lenin wprowadził swoją nową politykę wbrew opozycji ze strony towarzyszy, ale z całą świadomością, że zostanie porzucona, kiedy nie będzie potrzebna. Zupełnie tak samo stało się w 90. latach, kiedy dokonano „prywatyzacji”, oddając całe gałęzie przemysłu w ręce pojedynczych ludzi. Po pierwsze, ludzie tacy jak Chodorkowski czy Abramowicz byli dobrymi komsomolcami, a po drugie byli… POJEDYNCZYMI LUDŹMI – a takich można z łatwością kontrolować, bo mają BARDZO DUŻO do stracenia. Rozbieżne losy Chodorkowskiego, Bierezowskiego i Abramowicza doskonale tę zasadę ilustrują. Tę taktyczną zmianę porzucono, kiedy spełniła swoją rolę. Nie inaczej niż z leninowskim NEPem.

    Miałabyś rację w powyższym komentarzu, gdyby istotą komunizmu było centralne zarządzanie gospodarką, a tym samym gdyby „kapitalizm” był biegunowym przeciwieństwem komunizmu, jak komuniści zawsze twierdzili. Tak jednak nigdy nie było, czego dowodów historia ma mnóstwo. Skoro Cię nie przekonywa NEP, to co byś powiedziała na Armanda Hammera? Na Tito? Na ostrą konkurencyjność w sferach gospodarki, w których taka konkurencja była niezbędna? Na konsekwentną tolerancję czarnego rynku?

    Ironia Twojej pozycji leży jednak gdzie indziej, a mianowicie w pewności, z jaką wyrokujesz, że tam panuje kapitalizm. Gazprom jako wcielenie kapitalizmu? Wedle jakiej definicji kapitalizmu, to co się dzieje w Sowietach można określić tym mianem? Kapitalizm, to jest wolność: wolność posiadania, wolność produkcji i wolność handlu, ale nade wszystko wolność konkurencji. Ponieważ taka wolność niczym nieograniczona doprowadziłaby z miejsca do monopolu firm najbardziej sprawnych w danej dziedzinie, to państwo powinno ingerować, ale wyłącznie w obronie wolnej konkurencji. Stąd między innymi bierze się słynny paradoks, że kapitalizm naturalnie ewoluuje w stronę socjalizmu, a nie z jakiejś mitycznej konwergencji. Najważniejsze w tym punkcie wydaje mi się, że wedle żadnej znanej wykładni kapitalizmu, to co się dzieje w Sowietach lub w Chinach nie da się określić tym mianem. Oni używają wolnej konkurencji dla swoich celów, to wszystko.

    Podnosisz jednak także poważną kwestię semantyczną, z którą nie potrafię się uporać od dawna: „jeżeli przyszłość Rosji to rządy DZIEDZICZNYCH oligarchów, to tego nie można nazywać komunizmem”. Problemem są nie tyle nawet dziedziczni oligarchowie, co bezustanna zmienność tego fenomenu, dla którego nazwa „komunizm” jest po prostu nieadekwatna, bo zanurzona w bezustannych nieporozumieniach wiekowej prawie konfuzji semantycznej. Przyjmuję zatem Twoją uwagę, ale z braku alternatywnych rozwiązań, pozostanę przy określeniu „komunizm”, „bolszewizm”, „sowiety”.

  16. 16 Beata

    O, widzę dysputę nad kwestią, która mnie interesuje: bolszewicy czy nie bolszewicy? Moim zdaniem to nie są bolszewicy. Bolszewizm to jest ideologia. Prawda? Ideolog to jest taki świr. Każde wydarzenie i każdą teorię przymierza do swojej ideologii, a zawsze w wyniku tego przymierzania dochodzi niezmiennie do jednego tylko wniosku, że jednak jego ideologia jest słuszna i mądra. Najsłuszniejsza i najmądrzejsza. Głosi swoją ideologię gdzie tylko się znajduje. Mówi o niej bez przerwy, wręcz nie umie nie mówić. Dlaczego ja tu w Polsce nie spotkałam nigdy takiego świra? Nikt mnie tu na ideologię bolszewicką nigdy nie nawracał. Ani przed Okrągłym Stołem, ani po. Prześladowali mnie, tłukli, torturowali, okradali, rujnowali, ale ani razu nie usłyszałam wymogu nawrócenia się na „właściwą drogę”.

    Cały czas dostrzegam tu psychologię szantażu. W efekcie szantażu człowiek ma ślepo podporządkować się szantażującym. Ta psychologia grała rolę przy konstruowaniu pookrągłostołowego systemu. Politycy czołowi kraju zmuszani byli do wydawania ustaw, różnych przepisów, które w sumie składały się na ustrój-dziwoląg mający udawać demokrację kapitalistyczną. Bardzo mało jest takich ludzi, którzy w obliczu zagrożenia życia, bezpieczeństwa rodziny czy utraty swych dóbr są w stanie odmówić szantażystom wykonania ich poleceń. Reguła jest taka: ludzi milczą i wykonują. Żadne wieści o procederze nie wydostają się na zewnątrz. Wlekła się więc taka „demokracja” naście lat, bez zakłóceń. Wyniki bandyckiej „demokracji” stawały się coraz bardziej widoczne. (Cieszmy się, bo rozwiązano nam WSI, inspiratora i manipulanta zła w Polsce!) Nikła z tego korzyść, że widoczne, skoro natura ludzka się nie zmieniła i nadal ludzie będą wykonywać tajne polecenia szantażystów. Nadal też będą milczeć. Ci, którzy się dorobili majątków i wysokich pozycji w państwie, teraz już mają dużo do stracenia. Jeśli nawet utracą połowę z tego, w dalszym ciągu będą bać się utracić resztę. A gdy utracą połowę z tej połowy, którą mają, będą się bali utracić i to.

    Pan Michał ma rację mówiąc, że nie ma Polski. Nie ma bowiem dokąd zwrócić się ze zgłoszeniem w/w procederu. Władze centralne ani służby specjalne, wywiady, takich zgłoszeń nie przyjmują. Szantażowani zdani są na pastwę szantażystów. Aparat państwowy nie reaguje, nie wszczyna działań nawet jeśli jest powiadomiony o konkretnym przypadku sterroryzowania osoby. Mechanizm funkcjonuje w skali kraju. Czy ów mechanizm to jest metoda bolszewików mająca na celu krzewić tą ideologię? Według mnie nie chodzi o krzewienie ideologii, lecz wyniszczanie Polski. Czysta zbrodnia, czyste ludobójstwo.

  17. 17 michał

    Dla mnie, ideologia to jest sprostytuowana filozofia; wizja świata poddana czyjemuś dobru, a nie prawdzie. Bardzo wielu komunistów było ideologami, zwłaszcza ci na Zachodzie, którzy nie mieli nigdy władzy. Ale to nie znaczy, że komunizm jest ideologią. Będąc Metodą zdobycia i sprawowania władzy, jest pod wieloma wezględami a-ideologiczny, wolny od więzów ideologii, gotów zaakceptować każdą ideologię i porzucić ją bez żalu. Ich jedyną ideą jest władza. Karykaturalny sposób, w jaki Pani opisuje ideologa, wydaje mi się trafny, ale pasuje chyba bardziej do kogoś, komu np. Manchester United przesłania świat i nie widzi nic poza tym, o niczym innym nie potrafi mówić; jest w ekstazie, kiedy jego drużyna wygrywa, węszy spiski, kiedy przegrywa. Ale raczej mało pasuje to do bolszewików.

    Gdyby celem bolszewizmu było „wyniszczanie Polski”, to z całym szacunkiem dla Pani niewątpliwych cierpień, nie byłby wówczas żadnym zagrożeniem dla świata. Bolszewizm jest jednak ponadnarodowym fenomenem, czego najlepszym dowodem jest Wenezuela i Kuba, Korea i Chiny, Iran i Taleban.

  18. 18 Beata

    „Gdyby celem bolszewizmu było “wyniszczanie Polski” /…/ nie byłby wówczas żadnym zagrożeniem dla świata.”

    Z tego może wynika, że wyniszczanie Polski to nie sprawka bolszewizmu?

    „Ich jedyną ideą jest władza.”

    A czyją „ideą” było (jest) wyniszczanie Polski? Uruchomiony został po Okrągłym Stole mechanizm wyniszczania. Sam Pan utrzymuje, że Polska nie jest niepodległa. Mechanizm uruchomiły te siły, względem których Polska jest zależna. A te siły, to kto, jeśli nie bolszewicy? cbdu.

  19. 19 michał

    Droga Pani,

    Żaden mechanizm wyniszczania nie został uruchomiony, o ile mi wiadomo, po okrągłym stole, ani na okrągłym stole, ani nawet pod nim. Mechanizm wyniszczania, skoro chce to Pani tak nazywać, uruchomiony został w 1917 roku i Polska padła jego ofiarą dość prędko. Okrągły stół jest w historii tego mechanizmu meblem stosunkowo małej wartości.

  20. 20 Beata

    Drogi Panie,

    I tym mechanizmem jest według Pana bolszewizm. A ja mam taką myśl: z bolszewizmem jest podobnie jak z islamem, pokojową religią. Czego się Rosjanie tkną, staje się zbrodnicze.

  21. 21 michał

    Pomijając drobiazg, że islam nie jest pokojową religią, bo Prorok nakazał używać zbrojnego podoboju, dla rozprzestrzenienia wiary, droga Pani jest po prostu „polrealistką”, jak to określał Józef Mackiewicz.

    „Całość koncepcji [polrealizmu] wychodzi z założenia, że Związek Radziecki [sic], a dziś centrala tzw. ‚Światowego systemu socjalistycznego (komunistycznego)’ jest w substancji swej dawną Rosją. Ponieważ jednocześnie wielu innym czynnikom w wolnym świecie – jakkolwiek z rozmaitych względów – takoż zależy na utrzymaniu definicji: „Rosja”, przeto polrealizm nie tylko włącza się do akceptowanej powszechnie, mylącej percepcji politycznej, ale przyczynia się do jej pogłębienia, a tym samym do podtrzymania kapitalnej dezinformacji.” Zwycięstwo prowokacji, s.41, Londyn 2007.

    Czego Rosjanie się tkną, staje się zbrodnicze?? Trudno doprawdy racjonalnie z tym polemizować. Ani Dostojewski, ani Szostakowicz nie wydają mi się zbrodniarzami, ale Pani pewnie powie, że to Polacy. Czechow? Puszkin? Lermontow? Cudowna literatura rosyjska XIX wieku przeczy Pani twierdzeniu. Irracjonalna nienawiść do Rosji zaślepia Panią na tyle, że nie widzi Pani oczywistości. Ale najsmutniejsze, że w niczym nie różni się Pani od tzw. „polakożerców”, czy to ze szkoły Nowosilcowa, czy też Goebbelsa. To z ich szkoły pochodzą takie zdania: „Czego się [tu proszę podstawić dowolnie: Polacy, Rosjanie, Żydzi, Słowianie itd.] tkną, staje się zbrodnicze.”

    Niechże Pani założy nową międzynarodówkę pod hasłem: Nacjonaliści wszystkich krajów łączcie się – w nienawiści!

  22. 22 Beata

    Po cóż Pan w temacie politycznym przytacza nazwiska z dziedziny sztuk pięknych Rosji? Ja będę mówić, że arszenik jest szkodliwy, a Pan oponował, że Wieża Eiffla jest pięknym dziełem architektonicznym. I proszę mnie nie sterroryzować etykietką osoby nienawidzącej. Wypraszam sobie.

  23. 23 michał

    „Czego się Rosjanie tkną, staje się zbrodnicze.” Tak brzmi Pani lejtmotyw. W którym miejscu dokładnie, napisała Pani, że to nie dotyczy literatury, kultury itd.? Co więcej, polityka przecina się z kulturą o wiele częściej niż Pani byłoby wygodnie przyznać, począwszy od Pani pierwotnego przykładu „rusyfikacji”, która była polityką kulturową. Wobec czego Dostojewski i Czechow mają o wiele więcej wspólnego z Pani twierdzeniem na temat rzekomo nieuniknionej zbrodniczości Rosjan (przepraszam, staram się nadać pozory racjonalności czemuś, co jest z gruntu nieracjonalne), niż architektoniczny koszmarek wieży Eiffla może mieć wspólnego z arszenikiem.

    Co do terroryzowania… z najwyższym szacunkiem, nie wygląda Pani na osobę, którą można sterroryzować, ale to z pewnością nie było moim zamiarem. Czym innym, jak nie nienawiścią do wszystkiego co rosyjskie, można wytłumaczyć takie zdanie?

  24. 24 Beata

    Nie było Pana zamiarem, ale tak się stało. Ja wyrażam pogląd, a Pan mi zarzuca emocje. Drogi Panie, to jest pogląd: „Czego się Rosjanie tkną, staje się zbrodnicze.” Jest tak począwszy od samego komunizmu. Nie było komunizmu przecież, bo go Rosjanie schrzanili na samym wstępie. Nie zrealizowali idei komunizmu, lecz stworzyli reżim, makabrycznie zbrodniczy. A literaturę z polityką całkowicie Pan zmiksował. Co ma Dostojewski i Czechow z Wielkim Głodem, na przykład?

  25. 25 michał

    Droga Pani, różnimy się najwyraźniej tym, że ja uważam „ideę komunizmu” za zbrodniczą, a Pani nie. Nie można „schrzanić” czegoś, co jest zbrodnią od początku do końca (zresztą, ja lubię chrzan). Dostojewski i Czechow nie mają nic wspólnego z komunizmem, tak samo jak cała rosyjska kultura. Ale kręcimy się w kółko, to już było.

    Stało się, przepraszam, jak? Że ja Panią „sterroryzowałem”? Nie wydaje mi się Pani „sterroryzowana”. Pogląd, że wszystko co rosyjskie jest zbrodnicze, jest zbyt oczywiście absurdalny, by go dalej debatować. Co rzekłszy, myli się Pani w kwestii rzekomego zarzucania Pani emocji: nienawiść jest bez wątpienia uczuciem, ale ja na przykład nienawidzę komunizmu całym sercem, tak jak nam przykazał Pan Nasz, Jezus Chrystus: kochać wrogów, ale nienawidzieć zła, które reprezentują. W ten sposób nienawiść traci swój emocjonalny ładunek, a staje się intelektualną postawą.

    Pozostaję z szacunkiem

  26. 26 Sonia Bellechasse

    Beata,

    Nie było komunizmu przecież, bo go Rosjanie schrzanili na samym wstępie. Nie zrealizowali idei komunizmu, lecz stworzyli reżim, makabrycznie zbrodniczy.

    Jest to bardzo niebezpieczna idea, propagowana przez komunistow na Zachodzie, po to by powtorzyc tam zbrodnie komunistyczne, manipulujac dume narodowa („my, Anglicy, Francuzi, Amerykanie, itd, jestesmy madrzejsi od tych glupich Rosjan, i nam uda sie wprowadzic „prawdziwy” komunizm, ktory polepszy byt ludzkosci”).

    Polski nacjonalizm i polska nienawisc (i pogarda) do Rosji to dwa glowne powody dlaczego komunizm zapanowal w Polsce. Za bardzo nienawidzilismy Rosjan, a za malo nienawidzilismy samego komunizmu. Za ksenofobie sie placi. My zaplacilismy bardzo drogo.

  27. 27 Beata

    Soniu,
    Nie jest ta teoria niebezpieczna, ponieważ sam komunizm też jest zbrodnią, ale innego rodzaju. Przede wszystkim dlatego, że wyniszcza psychikę ludzką, wypacza ją. Wyniszcza też osobowość narodów. Gdyby na całym świecie zapanował komunizm, wszyskie narody stałyby się do siebie podobne, a natura domaga się różnorodności. Komunizm prowadzi do zwyrodnienia psychiki, a dalej łatwo sobie wyobrazić, do czego zdolni są ludzie o psychice zwyrodniałej. Taki proces w skali świata to samozagłada ludzkości.

  28. 28 przemek

    A ja jednak wierzę w ludzi. W ich wrodzoną dobroć i rozum. I pamięć. Choć zwątpić nietrudno.

    „Szumi za oknem Świsłocz. Mrocznie stoją drzewa. Lampka rzuca nikłe promienie na pokój i zbiedzoną postać dziewczyny, której dałem w ręce broń i możność zemsty na krzywdzicielach. A wokoło rosną inni mściciele. Wyrastają wrogowie „najidealniejszego ustroju na świecie”. Tylko coraz większy ucisk może ich zgnieść. Lecz im większy będzie terror, tym więcej będzie pokrzywdzonych i tym straszliwszy nadejdzie odwet. Bo żadna krzywda nie powinna minąć bezkarnie… Szumią za oknem fale Świsłoczy, a w mózgach naszych nienawiść, która jednak jest silniejsza od miłości, a nawet od śmierci, bo się nie kończy z życiem człowieka, tylko wsiąka w krew i mózgi innych ludzi”

    Sergiusz Piasecki „Bogom nocy równi”

  29. 29 michał

    Drogi Panie Przemku,

    Czy nadszedł Pańskim zdaniem odwet, który przepowiadał Piasecki? Czy raczej krzywda minęła bezkarnie? Mieliśmy w ostatnich tygodniach przykłady na wp, w jaki sposób pamiętane są te krzywdy w Polsce: albo jako zbrodnie „rosyjskie”, albo „żydowskie”. Ktoś przypomniał postać rotmistrza Pileckiego, ale nie po to, żeby zachować pamięć tego niezwykłego człowieka, który dobrowolnie spędził ponad dwa lata w Oświęcimiu, by móc poinformować świat o zbrodni; nie po to, by wspomnieć kolejną ofiarę bolszewickiego terroru. Nie. Tylko po to, żeby nawyzywać takiej bolszewickiej kanalii jak Cyrankiewicz – od Żydów.

    Nie myślę, żeby Piasecki miał rację: im większy terror tym straszniejszy odwet? Historia nie wydaje się tego potwierdzać. Żeby wziąć odwet za te potworności, należałoby zsunąć się do poziomu oprawców, a czyż nie nakazano nam wybaczać?

    Nie, to nie zemsty nam trzeba, ale zrozumienia i pamięci.

  30. 30 przemek

    Panie Michale,

    Miło mi bardzo, że kolejny raz się z Panem zgadzam. Choć i tym razem Pan tego nie dostrzega. Powtórzę pierwsze zdania poprzedniego wpisu ” A ja jednak wierzę w ludzi. W ich wrodzoną dobroć i rozum. I pamięć. ….”
    Czyż nie jest to zgodne z ostatnim zdaniem Pana komentarza?
    A odwet? Jakże różne formy może przybierać. Czasami bardzo proste, wręcz niezauważalne.
    „…wsiąka w krew i mózgi innych ludzi”.

  31. 31 michał

    Mój Boże! Dlaczego Pan myśli, że nie dostrzegam?? Wbrew obiegowym poglądom, mnie się wydaje ważne nie to, co nas łączy, lecz to, co nas dzieli. Nad tym warto się pochylić i zastanowić. Ale przeczytałem ponownie powyższą wymianę i mam wrażenie, że nie było tu żadnej polemiki, a wyłącznie refleksja nad treścią Pańskiej zapiski i nad cytatem z Piaseckiego. Piasecki spodziewał się odwetu i wierzył w ludzką pamięć, a ja nie pragnę odwetu, ale nie ufam pamięci ludzkiej.

    Ktoś mi tu ostatnio zarzucał, że „wojuję na cytaty, a nie argumenty”, ale Pan na pewno wie, że cytowanie to przejęcie argumentu od kogoś, kto lepiej go wypowiedział. Powołam się więc na – nie zgadnie Pan! – Józefa Mackiewicza:

    „Oto gdzie jest prawda! Zawieszona nad bezdenną przepaścią najbardziej różnorodnego pojmowania rzeczywistości, w ostatecznym rezultacie rozstrzygana nie przez nas, ludzi w pętach namiętności, nie przez autora, nie przez czytelnika, ale gdzieś we wszechświecie, być może w sensie wiecznego obrotu wszystkich rzeczy.”

    Pamięć ludzka (żeby nie było wątpliwości, moja także) jest w pętach interesu i namiętności, może być zamglona powodzeniem, tak samo jak cierpieniem. Nie, nie ufałbym pamięci…

  32. 32 przemek

    Hejże panie Michale,

    Pana chęć do dyskursu i polemiki jest zaiste godna podziwu.
    Pisze Pan „Nie, to nie zemsty nam trzeba, ale zrozumienia i pamięci.” aby zaraz potem powiedzieć, czy o ile się nie mylę zacytować???? „Nie, nie ufałbym pamięci…”
    Pozdrawiam

  33. 33 michał

    Czyżby zarzucał mi Pan sprzeczność? Nie widzę takowej. Pamięć jest jedną z podstaw kultury, wobec czego pamięci nam potrzeba. Ale pamięć ludzka jest uwikłana w tysiące więzi i w rezultacie nie ma wiele wspólnego z prawdą, tą „zawieszoną nad bezdenną przepaścią najbardziej różnorodnego pojmowania rzeczywistości” – nie można więc pamięci ufać. Trzeba wielkiego wysiłku, a także często wielkiego talentu, by ocalić prawdę od zapomnienia. Powtórzę jeszcze raz: brak nam pamięci i rozumienia, ale nie ufałbym ludzkiej pamięci. Zdawało mi się to w miarę niekontrowesyjne. W końcu, na każdym kroku mamy do czynienia z niedoskonałością naszej pamięci: Ziutek powiedział „tak”, a ja „pamiętam”, że powiedział „nie”…

    Jeżeli to był cytat, że nie ufałbym pamięci, to nie jestem świadom źródła.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja