Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




„…patriotism – a somewhat discredited sentiment, because the delicacy of our humanitarians regards it as a relic of barbarism.  Yet neither the great Florentine painter who closed his eyes in death thinking of his city, nor St. Francis blessing with his last breath the town of Assisi, were barbarians.  It requires a certain greatness of soul to interpret patriotism worthily – or else a sincerity of feeling denied to the vulgar refinement of modern thought which cannot understand the august simplicity of a sentiment proceeding from the very nature of things and men.”
Joseph Conrad [1]

 

Conrad pisał te słowa o księciu Sanguszce, uczestniku powstania listopadowego i wieloletnim zesłańcu na Sybir, ale wypowiadał je w pierwszym rzędzie dla czytelnika angielskiego.  Anglicy zamieszkują wyspę – wzniosła prostota miłości do własnej ziemi, jest więc dla nich czymś odruchowo zrozumiałym.  Kiedy Conrad mówił o patriotyzmie jako „zdyskredytowanym relikcie barbarzyństwa”, to zabierał głos w innej, o wiele starszej polemice, poprzedzającej czasy (anty)francuskiej rewolucji.  Głośni myśliciele francuskiego Oświecenia głosili idee, które doprowadziły później do potworności rewolucji, gdy zbroczeni krwią sankiuloci nazywali siebie samych „patriotami”, a ich bezbronne ofiary piętnowane były mianem „zdrajców ojczyzny”.  W proroczej wizji czasów, które miały nadejść krótko po jego śmierci, Dr Johnson twierdził, że „patriotism is the last refuge of a scoundrel” (patriotyzm jest ostatnim schronieniem łajdaka), a Edward Gibbon rozwijał tę myśl: „The mask of patriotism is allowed to cover the most glaring inconsistencies” (maska patriotyzmu pokrywać może najbardziej oczywiste sprzeczności).

Kiedy Conrad mówił o „wulgarnym wyrafinowaniu współczesnej myśli”, to zwracał się ku starszej koncepcji, ponad głowami łajdaków i ich patriotycznymi kryjówkami, ponad jakobińskimi maskami, ku prostemu i dostojnemu uczuciu miłości do własnej ziemi.  Conrad miał więc na myśli „właściwy patriotyzm”, gdy Gibbon, Johnson i ich XIX-wieczni spadkobiercy krytykowali patriotyzm fałszywy, ten pod którego sztandarem idzie się zabijać bezbronnych ludzi, za którego maską kryć się lubią najrozmaitsi łajdacy.  W tym samym opowiadaniu, pt. Książę Roman, Conrad pisze dalej o miłości rodzinnego kraju:

„That country which demands to be loved as no other country has ever been loved, with the mournful affection one bears to the unforgotten dead and with the unextinguishable fire of a hopeless passion which only a living, breathing, warm ideal can kindle in our breasts for our pride, for our weariness, for our exultation, for our undoing.  There is something monstrous in the thought of such an exaction till it stands before us embodied in the shape of a fidelity without fear and without reproach.” [2]

Kraj, który domaga się tej strasznej miłości, to Polska.  Dziwny kraj, gdzie miłość do rodzinnej ziemi nie wystarcza za rękojmię patriotyzmu.

***

Zachęcony przez jeden z komentarzy pod moim tekstem o podziemnym polrealizmie, przeczytałem artykuł profesora Andrzeja Nowaka pt. Polski patriotyzm wieku niewoli – trzy formuły. [3]  Wyznaję, że brałem się do lektury bez entuzjazmu, ale artykuł okazał się nadzwyczaj ciekawy.  Pytanie postawione w kontekście eseju Nowaka przez autora komentarza jest wielkiej wagi.  Zapytał pan Maciej mianowicie: czy wobec utraty niepodległości nacjonalizm nie jest jedyną możliwą postacią patriotyzmu?  Spróbuję najpierw zrekonstruować tok myślenia prowadzący do takiej konstatacji, a dopiero później przejdę do artykułu Nowaka. 

Wydaje mi się, że ciąg myśli wiodący do nacjonalizmu – niejako usprawiedliwienie nacjonalizmu – wyglądać musi mniej więcej tak.  W sytuacji gdy znika państwo, jedynym nośnikiem wartości – obojętne, rzeczywistych czy tylko wyimaginowanych – jakie to państwo reprezentowało, może być naród; albo raczej Naród, bo trzeba go wówczas z konieczności wynieść na piedestał.  Skoro zabrano nam ziemię, do której byliśmy przywiązani, do której odnosiło się słowo „ojczyzna”, dzielące źródłosłów w dość oczywisty sposób ze starszą „ojcowizną”, to trzeba do czegoś ów emocjonalny związek podczepić.  „Ojczyzna to ziemia i groby”, brzmi wielokrotnie cytowana (i różnorodnie przypisywana) mantra; ale co począć, gdy zaborca nie daje dostępu do grobów, kiedy tępi pamięć o przeszłości zawartą symbolicznie w „ziemi i grobach”?  Wtedy zastąpić należy ojczyznę narodem, a tym samym przeistoczyć patriotyzm w nacjonalizm.

Tak mniej więcej widzę łańcuch przyczyn wiodący pana Macieja do jego konkluzji.  Przyznajmy, że jest to myśl przekonująca, bo jak inaczej zogniskować wysiłki rodaków na odzyskaniu państwa?  Jeśli przy tym wszystkim zadbać, by ów nacjonalizm nie przybierał postaci nienawiści do innych narodowości, zarówno zaborczych jak i mniejszościowych, można zapewne zbudować sensowną podstawę dla tego, co pan Maciej nazywa, za Nowakiem, „patriotyzmem niepodległościowym”.  Przyjrzyjmy się zatem artykułowi Nowaka.

Odróżnia on przede wszystkim „stary” patriotyzm polski, który nazywa republikańskim, od „nowego”, wykuwanego mozolnie w wielkich debatach Sejmu Czteroletniego, patriotyzmu imperialnego czyli niepodległościowego.  Jako klasycznych przedstawicieli tej pierwszej tradycji widzi Nowak konfederatów barskich, zaś drugą reprezentować miał Staszic ze swą apologią oświeconego absolutyzmu.  O ile ta pierwsza jest często karykaturowana jako śmieszne i anachroniczne sobiepaństwo o mocno anarchicznych odcieniach, to w drugiej, równie często pomija się elementy kluczowe dla Staszicowej krytyki.  Nowak tego nie czyni i otwarcie cytuje czysto pragmatyczne, choć nie mniej przez to złowrogie, argumenty Staszica:

„Rzeczpospolita wpośród krajów despotyzmem obarczonych nie może ani większej wolności, ani większej własności obywatelowi zostawić, tylko taką, jaką pozwalają despotyzmy zewnętrzne”

O ile więc tradycyjny polski patriotyzm republikański widział w ojczyźnie dziedzictwo przodków i wspólnotę wartości, a poszanowanie dla indywidualnej wolności cenił wyżej niż samo państwo, to postawa taka stawała się w oczach reformatorów niczym więcej niż „prywatą” i naiwnym egoizmem.  Konfederaci bronili niezawisłej polskiej państwowości, ponieważ w niej jednej widzieli jedyną ostoję indywidualnej wolności i tradycyjnych wartości, gdy reformatorzy nawoływali do poświęcenia owych przeżytków w imię przetrwania państwa, ponieważ przyczynę upadku państwa widzieli właśnie w kultywowaniu takich tradycji.

Ojczyzna konfederatów, to wspólnota ludzi wolnych.  Rzeczpospolita była dla nich polem walki o wolność; nie tylko wolność od obcej ingerencji, ale także wolność od własnej władzy, stąd tak istotna w tej koncepcji idea podziału (rozproszenia) władzy i nadrzędności prawa (władza prawa a nie ludzi).

Wobec utraty niepodległego państwa reformatorzy wysuwali ów republikański patriotyzm jako przyczynę klęski Polski, chrzcząc stanowisko swych oponentów mianem anarchii.  Nowy patriotyzm był zatem imperialny, gdyż dla wybicia się na niepodległość Polska musiała się zmierzyć z mocarstwami.  Temu celowi podporządkowana zostać musiała „hierarchia politycznych wartości”, jak mówi Nowak, choć naprawdę podporządkować temu trzeba było wszystko: wszelkie wartości, nie tylko polityczne, całą kulturę i tradycję.  I tak patriotyzm polski stał się ideologią niepodległości.  Wrócę jeszcze do tego punktu za chwilę.

Trzeci typ patriotyzmu profesor Nowak nazywa modernizacyjnym.  Miał się on sprowadzać do pracy u podstaw, do cywilizacyjnego podniesienia polskiej ziemi.  W ujęciu modernizatorów, brak państwa nie był wielkim nieszczęściem, niski poziom cywilizacyjny Polski – był.  Ostrze ich krytyki skierowane było przeciw „republikańsko-romantycznemu zaściankowi”, przeciw mrzonkom niepodległości za wszelką cenę, ale także przeciw indywidualnej wolności.  Nowak trafnie jednak wskazuje, że Dmowski zdołał połączyć modernizacyjny zapał z patriotyzmem imperialnym, a Piłsudski zwarł swą osobą pierwiastek republikański i imperialny (albo przynajmniej próbował).  Tak czy inaczej, punktem krytycznym polskiego patriotyzmu musiał być stosunek do niepodległości: miejsce niezawisłości państwa w hierarchii wartości i metody walki o niepodległość.

Patriotyzm modernizacyjny utożsamiał się z szerszą ojczyzną, jako źródłem wartości, z szeroko rozumianym „Zachodem”, do którego pragnął podnieść zacofaną Polskę.  Walka o niepodległość jest tu niebezpieczną mrzonką, która cofnąć może marsz postępu.  Tymczasem republikanie nie chcą Polski dla niej samej, ale dla wolności i tradycyjnych wartości, których była ostoją.  Wobec tego patriotyzm imperialny staje się w istocie jedyną możliwą ideologią niepodległości.  Słowo ideologia jest tu kluczowe.

Pozwolę sobie wrócić teraz do początku artykułu Nowaka.  Otóż jego typologia odnosić się ma właśnie do „patriotyzmu jako ideologii”… co jest, prawdę mówiąc, intelektualnie trudne do przyjęcia.  Czy na przykład ktokolwiek przy zdrowych zmysłach mówiłby o „miłości jako ideologii”?!  A przecież patriotyzm to miłość, jak słusznie pisał Conrad.  Ideologia natomiast to sprostytuowana filozofia.  Mamy zatem do czynienia z traktatem o miłości jako prostytucji.  Nie poprzestanę jednak na błyskotliwym skrócie i zajmę się tym bliżej (pomimo ryzyka zanudzenia czytelnika). 

Poznanie filozoficzne stawia sobie za cel zrozumienie rzeczywistości, a zatem jedynym celem filozofii jest prawda.  Ideologia zastępuje ów nadrzędny cel jakimkolwiek dobrem, np. dobrem klasy robotniczej, dobrem narodu albo dobrem ludzkości, w rezultacie czego podporządkowuje opis rzeczywistości pragmatycznym celom, odrzuca prawdę, która nie służy postawionemu dobru.  Rzecz jasna, co służy ludzkości, jest dość dyskusyjne na dłuższą metę, bardzo prędko więc pojawiają się tzw. elity, które przypisują sobie monopol na określanie, co jest słuszne a co nie, i czem prędzej tłumią dyskusję na ten temat „w imię dobra ludzkości”.  I tak np. „zaprzeczacz” globalnego ocieplenia, który wypowiada tylko prawdę, odsądzany bywa od czci i wiary.  Używam powszechnie dziś znanej zielonej ideologii wyłącznie jako przykładu ideologicznego oglądu świata, bo chodzi mi naprawdę o to, że profesor Nowak nie powinien był sprowadzać pięknego uczucia, jakim może być patriotyzm, do intelektualnej prostytucji, jaką musi być każda ideologia.

Nie wolno nam jednak winić Nowaka, że takie sprostytuowanie w Polsce nastąpiło i doprowadziło do utożsamienia patriotyzmu z nacjonalizmem – on wyłącznie opisuje stan faktyczny i czyni to z rzetelnością naukowca.  Jak widzieliśmy choćby w dyskusji z Nyquistem na niniejszej stronie, owo utożsamienie jest już dziś zjawiskiem niestety powszechnym. [4]

Kiedy naród stał się totemem, utracił wiele ze swego wdzięku.  Jak to zwykle bywa z totemami, zatracił głębię, odcienie i szczegół, bo wszystkie pochodziły od jednostek, które nie pasowały do czarno-białego obrazu, do płaskości dwóch wymiarów, do płytkiego reliefu.  Tę barwną różnorodność indywidualizmu wyrzucić trzeba było poza nawias totemicznego nacjonalizmu, stąd taka wrogość niepodległościowców do republikańskiej odmiany patriotyzmu; w patriotyzmie imperialnym pozostało miejsce tylko dla uwielbienia i nienawiści.  Czy tak być musiało?  Patrioci polscy XIX wieku skutecznie stworzyli z narodu coś więcej niż totem, stworzyli machinę do walki o niepodległość; sprawną machinę, w której każda jednostka stawała się niczym więcej niż trybem, kółkiem, śrubką, podporządkowaną wyższemu celowi.

Wyznaję z ochotą, że pan Maciej miał absolutnie rację przypuszczając, iż najbliższy jest mi ideał patriotyzmu republikańskiego (muszę tu zaznaczyć: przyjmuję tę terminologię wyłącznie na potrzeby niniejszego artykułu; dla mnie, jest to po prostu patriotyzm, jedyny, który na takie miano zasługuje).  Najbliższy jest mi ideał tradycji Rzeczypospolitej, w której państwo było o tyle tylko ważne, o ile chroniło obywatela, ale samo było podejrzane, kiedy chciało indywidualną wolność ograniczyć, stąd nieufność tego patriotyzmu do wszelkiej władzy, każdego „centrum”.  Ideał współdziałania ludzi wolnych, dla obrony ich wolności i wspólnych im wartości.  Ideał Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, która nie potrzebowała się z nikim mierzyć ani z nikim współzawodniczyć.  Dla niepodległościowców te wzniosłe i wyniosłe ideały były anatemą, bo oni niczego tak nie pragnęli, jak właśnie zmierzyć się z potężnymi mocarstwami dla odzyskania niepodległości.  Dla zmierzenia się z potęgą Rosji i Prus, potrzebowali sprawnej jednolitej organizacji.  Domagali się zatem jednoczenia i uniformizacji, żądali podporządkowania wszystkiego nadrzędnej idei; każda tożsamość odrębna była im nienawistna, bo osłabiała ich centralizujące, imperialne ciągotki.  Stąd wzięła się mania polonizacyjna i niechęć do Żydów, Rusinów i innych mniejszości.  Cena, jaką musiała za to zapłacić polska kultura, jest oczywista, ale mnie interesują tu raczej koszty polityczne.

Nacjonalizm jest z definicji ideologią kolektywistyczną, przekłada narodowe „my” ponad indywidualne racje, o ile jednak wielowiekowa polska kultura mogła się (z niejakim trudem i, jak się w końcu okazało, bezskutecznie) ostać kolektywistycznym zakusom – „zestrzelmy myśli w jedno ognisko i w jedno ognisko duchy”, domagał się wieszcz na sto lat przed bolszewickim „jednostka niczym, jednostka bzdurą” – to polityczne skutki były opłakane.  Jest faktem znanym, że młode nacjonalizmy, litewski, białoruski i ukraiński, wzorowały się na nacjonalizmie polskim.  Naśladownictwo jest z pewnością formą pochlebstwa, w tym jednak wypadku stało się przekleństwem, gdyż owe nacjonalizmy musiały z konieczności przybrać ostrze antypolskie.  Polski patriotyzm typu republikańskiego nie był dla nich zagrożeniem, ponieważ obejmował swym zasięgiem wielonarodową Rzeczpospolitą, gdy wąski nacjonalizm wyłączał ich ze wspólnoty.  Wyłączeni zaś, byli zagrożeni zagładą po prostu ze względu na przemożną siłę atrakcyjną polskiej kultury.  Nakaz antypolonizmu stał się dla nich kwestią przeżycia.  I tak zamiast mieć w Rusinach i Bałtach, a z czasem także i Żydach, sprzymierzeńców w walce o niepodległość, polski nacjonalizm uczynił z nich zaciętych wrogów.

Wydaje mi się udowodnione, że tak być nie musiało.  Dowód tkwi w istnieniu Konfederacji Barskiej.  To przecież konfederaci barscy a nie kto inny, walczyli w pierwszej insurekcji przeciw obcej kurateli.  Nie bez powodu rzadko są wspominani w popularnej polskiej historiografii, gdyż tak bardzo nie pasują do kolektywnego, ideologicznego nacjonalizmu polskiego, który leżał u podstaw późniejszych zrywów niepodległościowych.  (Już powstanie kościuszkowskie uważa Nowak słusznie za „pierwszą wielką manifestację patriotyzmu niepodległościowego”.)  Czy wobec utraty niepodległości należało zatem kultywować wąską dyscyplinę narodową?  Czy należało odcinać polskość od tego wszystkiego, co czyniło ją tak niezwykle atrakcyjną, ba! wyjątkową w historii Europy?  Chciałbym uniknąć wrażenia, że idealizuję Pierwszą Rzeczpospolitą.  Kiedy wielkie państwo upada w tak haniebny sposób – a Rzeczpospolita Obojga Narodów była państwem wielkim i jej upadek był hańbą – to przyczyn należy szukać przede wszystkim w instytucjach tego państwa raczej niż w perfidii sąsiadów, którzy w końcu mają obowiązek kierować się swą własną racją stanu.  Rozważanie przyczyn upadku Polski przekracza ramy tego artykułu, ale chyba raczej nie należy ich szukać w niedostatkach polskiego patriotyzmu…

Drugim i ważniejszym skutkiem zwycięstwa polskiego nacjonalizmu była postępująca kolektywizacja społeczeństwa.  Kolektywizacja, która objawia się choćby w bezustannych utyskiwaniach na rzekomy polski indywidualizm, w nawoływaniach do jedności i dyscypliny narodowej, w piętnowaniu i wyrzucaniu poza narodowy kolektyw tych, którzy ośmielają się wyrażać własne zdanie, którzy mają czelność odstawać od ustalonej linii.  Ostateczna ironia tej sytuacji leży chyba w fakcie, że w zamierzeniu twórców niepodległościowy patriotyzm miał wyposażyć Polaków w narzędzie walki z ościennymi mocarstwami, gdy w rzeczywistości każde dziecko wie, że stronnictwo o silnej wewnętrznej dyscyplinie jest bardziej podatne na manipulację z zewnątrz.  Zawężenie polskiej racji stanu do ram wewnątrzpartyjnej dyscypliny osłabiło Polskę na nadchodzące czasy, najtrudniejsze czasy w jej historii – na straszne próby wieku XX.

I w ten sposób doszliśmy do zasadniczej kwestii postawionej przez pana Macieja.  W dyskusji z nim wyraziłem opinię, iż formuła niepodległościowa wpędziła Polskę w bagno prlu.  Na pierwszy rzut oka wydać się to może niedorzecznością, bo oczywiście pierwotną i podstawową przyczyną zaistnienia prlu była sowiecka okupacja, tymczasem polski patriotyzm niepodległościowy, wykuty wobec zaborców, przystosowany był znakomicie do walki z zagrożeniem narodowym, ponieważ wysuwał na pierwszy plan jedność narodowego kolektywu.  Jakże więc można winić mechanizm obronny za prl?  Rzecz jednak w tym, że z tego właśnie powodu (i niejako z definicji), nacjonalizm nie potrafił bronić Polaków przed zagrożeniem ponadnarodowym.  I z tej to przyczyny, wedle nieśmiertelnych słów Henryka z Nie trzeba głośno mówić, Niemcy robili z Polaków bohaterów, a bolszewicy robili z nas gówno: „Niemcy do nas strzelają, a Sowieci biorą gołymi rękami.  My do Niemców strzelamy, a Sowietom wpełzamy w dupę.”  Stąd moja teza, że typ patriotyzmu, który w tych rozważaniach nazywamy za Nowakiem, niepodległościowym, rozbraja Polaków wobec śmiertelnego zagrożenia, jakim jest bolszewizm.

Antagonizowanie sąsiednich (i bratnich) narodowości, najnaturalniejszych sprzymierzeńców Polaków w ich XIX wiecznej odysei, było błędem w każdej sytuacji, stało się jednak niewybaczalnym błędem wobec bolszewizmu, uniemożliwiło bowiem zgodne wystąpienie przeciw nowej, straszliwej potędze.

Nie przypadkiem jednym z pierwszych posunięć Lenina po październikowym puczu była deklaracja o prawie narodów do samostanowienia.  Lenin rozumiał zasadę divide et impera i wiedział, jak najlepiej obrócić na swą korzyść narodowe partykularyzmy.  Deklaracja miała podsycić narodowe niechęci, miała zwrócić narody przeciw sobie wzajem, a tym samym odwrócić ich uwagę od leninowskiej władzy.  Jednakże już podczas marszu Tuchaczewskiego „na Berlin poprzez trupa Polski” przygotowywano „polski” rząd dla nowej sowieckiej republiki: polrewkom Dzierżyńskiego i Marchlewskiego był prawdziwym zaczątkiem prlu.  Sytuacja zmieniła się co nieco od owych czasów, pomimo to zasada narodowej formy i komunistycznej treści jest do dziś stosowana z wielkim sukcesem na całym świecie, od Kuby i Wenezueli do Chin i Korei.

Słowo jeszcze o trzecim typie patriotyzmu, o pozytywistycznej chęci poprawy bytu współrodaków.  Była to, rzecz jasna, ulubiona formuła władców prlu.  Typowo polskie, a trudne do zrozumienia poza kontekstem XIX-wiecznej Polski, przeciwstawienie pozytywizmu i romantyzmu, było i jest na rękę władcom prlu.  Wspominałem tu niedawno o prlowskiej „naszej małej stabilizacji”, o owych piewcach „realizmu”, co to pragną akceptować rzeczywistość taką, jaka jest, i pomstują na romantyczne mrzonki.  To jest właśnie (przynajmniej w pewnym aspekcie) patriotyzm modernizacyjny.  Jeśli więc prlowscy władcy mają wybór pomiędzy patriotyzmem tego rodzaju, a formułą niepodległościową, która nie może im zaszkodzić, to ich władza jest zapewniona ad infinitum.

***

Spróbujmy zatem odpowiedzieć wprost na pytania postawione przez pana Macieja.  Kiedy Polski nie było na mapie, niewątpliwie można było przyjąć inny model patriotyzmu i wybić się na niepodległość.  Powstanie II Rzeczpospolitej było i tak funkcją zewnętrznej sytuacji i republikańscy patrioci byliby równie gotowi z takiej koniunktury skorzystać.  Czy następnie „rezygnacja z formuły niepodległościowej” była możliwa podczas Dwudziestolecia?  Realistycznie, prawdopodobnie nie, ale to nie znaczy wcale, że ze względu na polską rację stanu nie należało wówczas przynajmniej próbować przestawić polski patriotyzm na tory republikańskie, bo czy można sobie wyobrazić Barżan idących na kompromis z bolszewikami?  Czy można sobie wystawić sarmackich patriotów, obrońców Polski jako ostoi wolności, idących obok towarzysza Bieruta na czele procesji na Boże Ciało?

Dominujący typ polskiego patriotyzmu, który Nowak nazywa (trochę na wyrost) typem imperialnym, wolę określać za Józefem Mackiewiczem mianem polrealizmu.  Ma on niestety wszelkie wady nieodłączne od ideologii, a na domiar złego cechuje go straszna deklaratywność oraz przekładanie patriotycznej ikonografii i frazeologii ponad wszystko.  Mówiąc brutalnie, Polska nie schodzi Polakom z ust, ale czy zaiste mają ją w sercu?

„Czy nie można być niepodległościowcem, któremu nie wystarczy ‘parę patriotycznych frazesów i ukoronowany orzeł’?” – zapytuje pan Maciej.  Można.  Trzeba tylko wówczas wyrzec się polrealizmu, który stał się samym jądrem polskiego patriotyzmu, co zresztą w pewnej mierze opisuje Nowak.  Cechą naczelną polrealizmu jest bezkrytyczna akceptacja wszystkiego co polskie wraz z nieustępliwą ideologizacją pojęcia patriotyzmu.  Dodajmy do tego nieprzyzwoitą rytualizację polskości, wytworzenie swoistej narodowej liturgii wypełnionej po brzegi stereotypami i czczą frazeologią, a mamy zaiste straszny przepis na „opium dla Polaków”.  Twierdzę, że można pragnąć niepodległości Polski, nie popadając w nacjonalistyczne zawodzenie tak typowe dla polrealizmu.  Utrzymuję, że nacjonalizm rozbraja Polaków wobec sowieciarzy, ponieważ bolszewicy nie walczą na poziomie narodowym.  Wręcz odwrotnie, propagują lokalne rozwiązania, lokalne wersje swej diabolicznej ewangelii.  Chávez nie rusyfikuje przecie Wenezuelczyków, a przeciwnie, na każdym kroku podkreśla swój patriotyzm.  Mugabe czy Evo Morales nie akcentują swej bolszewickiej proweniencji, ale raczej chowają się pod maską patriotyzmu.  W tej sytuacji wydawałoby się, że nawrót do tradycyjnego polskiego patriotyzmu, który nazywaliśmy powyżej republikańskim, powinien być ze wszech miar popierany.  Ale tak nie jest.  Polrealizm króluje niepodzielnie.  Tymczasem polrealizm predestynuje Polaków do przełykania rozwiązań byle-polskich, jak np. „gomułkizm” roku 1956, kiedy bolszewicki agent uznany został za symbol polskiej niepodległości, bo rzekomo „stawiał się ruskim”.  Śmieszne?  Nie wówczas, gdy ta sama farsa powtarza się w kółko, jak jakaś przeklęta diabelska katarynka.  Emigracja „tzw. niepodległościowa”, walcząca o granice na Odrze i Nysie, czyli emigracja, która utraciła wolne państwo, ale „odzyskała ziemie”.  Śmieszne?  Nie.  Żałosne.  Solidarność, która była mieszanką bolszewickiego kolektywizmu z polskim nacjonalizmem, powtarzała tylko tę samą sztuczkę uprzednio zastosowaną przez Gomułkę i „cała Polska” dała się nabrać.  Powszechna akceptacja okrągłego stołu i tego, co tak niezgrabnie nazywamy tu prlem nr 2, ma także korzenie w polrealizmie. 

Czy nie czas już dostrzec wreszcie, że polrealizm jest drogą donikąd?  Drogą do trzeciego, czwartego prlu, pod nazwą czwartej czy piątej rp.  Ale nie jest ani drogą do niepodległości, ani ku wolności i tradycyjnym wartościom, nie jest ani patriotyzmem, ani – strach powiedzieć – „świętą miłością kochanej ojczyzny”.

***

Nietożsamość ojczyzny i narodu leży chyba u podstaw trudności, z jakimi przyszło się Polakom borykać od stuleci.  Różnica między tymi pojęciami jest zupełnie oczywista, ponieważ ta sama ziemia może być ojczyzną dla rozmaitych narodowości, co widać przecież nie tylko na byłych ziemiach Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, gdzie ludzie chwalący Boga w różnych językach i różnych obrządkach potrafili żyć obok siebie w zgodzie.  Nie było wprawdzie takiej samej zgody na Bałkanach, ani w Ziemi Świętej, ale ludzie żyli nadal obok siebie.  Przykładów nie warto zresztą mnożyć, jest ich mnóstwo także w dzisiejszej, reglamentowanej rzeczywistości politycznej, bo pomimo wysiłków Stalina i współczesnych nacjonalistów z ich „etnicznymi czystkami”, różne narody nadal zamieszkują te same ojczyzny.  Kiedy nacjonalizm zastępuje patriotyzm, nie może już być mowy o wspólnej ojczyźnie.  Nie ma już miejsca na „wielkoduszną interpretację patriotyzmu”, o której pisał Conrad, a pozostaje tylko „patriotyzm” sankiulotów, ferwor wyjącego tłumu „patriotów”, tłuszcza wymachująca „patriotycznie” pięściami.  Nie ma miejsca na ojczyznę, jako historyczny przejaw kulturowego porządku wieczności, skoro depozytorem wszelkich wartości jest Naród.  Jest już tylko równy tłumów marsz i kroków huk – i mury rosną, rosną, rosną…

__________

  1. Podaję cytaty z Conrada w oryginale, ponieważ dostępne mi polskie przekłady nie oddają jakości tej prozy.  W przypisach przybliżone tłumaczenie: „…patriotyzm, uczucie co nieco zdyskredytowane, gdyż wrażliwość naszych humanitarystów uważa je za pozostałość barbarzyństwa.  A przecież ani wielki florentyński malarz, który zamknął oczy na zawsze myśląc o rodzinnym mieście, ani Św. Franciszek, udzielający błogosławieństwa Asyżowi swym ostatnim tchnieniem, nie byli barbarzyńcami.  Potrzeba duchowej wielkości, by należycie ocenić patriotyzm – albo może szczerości uczuć, nieznanej wulgarnemu wyrafinowaniu nowoczesnej myśli, która nie potrafi pojąć dostojnej prostoty uczucia, płynącego z samej natury rzeczy i ludzi.”
  2. „Tego kraju, który domaga się, by go kochać bardziej, niż jakikolwiek kraj był kochany, żałobną miłością, jaką darzy się niezapomnianych zmarłych, z niewygaszalnym ogniem beznadziejnej namiętności, które wyłącznie żywy, oddychający i ciepły ideał może wzniecić w naszych piersiach, na naszą dumę, na mękę naszą, na wyniesienie i na zagładę.  Jest coś potwornego w myśli o takich wymogach, do czasu aż staje przed nami wcielona w kształt wierności bez lęku i bez wyrzutów.”
  3. Andrzej Nowak, Polski patriotyzm wieku niewoli – trzy formuły, http://www.omp.org.pl/artykul.php?artykul=174#_ftn3)
  4. Por. Szachrajstwo polemiczne http://wydawnictwopodziemne.com/2010/04/25/szachrajstwo-polemiczne/ i wcześniejsza wymiana myśli.


Prześlij znajomemu

78 Komentarz(e/y) do “O polskim patriotyzmie”

  1. 1 Maciej

    Drogi Panie Michale,

    Dziękuję za bardzo ciekawy artykuł. Postaram się odpowiedzieć w ciągu 2-3 tygodni, a na razie proszę o wyjaśnienie pewnej kwestii. Napisał Pan: „każde dziecko wie, że stronnictwo o silnej wewnętrznej dyscyplinie jest bardziej podatne na manipulację z zewnątrz”. Przyznam, że dla mnie nie jest to takie oczywiste, dlatego zapytam: jak uzasadnia Pan swój pogląd?

  2. 2 michał

    Być może ma Pan rację, że nie jest to jasne dla każdego dziecka. W ogóle wydaje mi się to teraz mniej oczywiste niż zdawało mi się wcześniej, spróbujmy się więc nad tym zastanowić. Pisząc te słowa, miałem na myśli, że stronnictwo o silnej dyscyplinie wewnętrznej zachowuje się przewidywalnie i stąd jego podatność na manipulację. Widzę teraz, że wyraziłem się niezręcznie.

    Są dwa zasadnicze typy nowoczesnych partii politycznych (jak każda tego rodzaju typologia, jest to ogromne uproszczenie): typ leninowski i typ stalinowski. Bolszewicy Lenina spierali się o wszystko bezustannie i w ciągłej dyskusji wykuwali swą giętką strategię. Lenin nie nakazywał, ale przekonywał i zachęcał towarzyszy do wolnego wyrażania opinii, co nie znaczy, żeby miał się powstrzymywać przed najostrzejszą krytyką pomysłów, które wydawały mu się nieskuteczne w jego walce najpierw o zdobycie, a potem utrzymanie władzy. Bolszewicka partia miała jednak zdecydowaną dyscyplinę wewnętrzną: po pierwsze, okazywała zjednoczony front na zewnątrz; a po wtóre, obowiązywała zasada, że kiedy decyzja została podjęta, to należało skierować wszystkie siły na jej realizację.

    Stalinowska partia jest niczym więcej, jak aparatem, i opinie poszczególnych członków nie mają znaczenia. Samo wyrażanie ich byłoby już groźne. Dyscyplina jest tu narzucona z góry, ponieważ aparat jest wyłącznie narzędziem w rękach przywódcy. Ten typ partii, jest więc z natury rzeczy przeznaczony do bezustannej manipulacji przez przywództwo. Partie takie są skrajnie nieprzewidywalne i niepodatne na manipulację z zewnątrz, ponieważ są monolitem. Partią typu leninowskiego manipulować o wiele łatwiej, bo można podsycać spory i tak istniejące, grać na rozbieżnych interesach rozmaitych frakcji itp. Stąd więc naleganie na okazywanie jedności na zewnątrz.

    Już z tak pobieżnego obrazu widać, że moje przekonanie o rzekomej oczywistości mego dictum było zupełnie chybione. A jednak oprócz partii zorganizowanych dla zdobycia władzy za wszelką cenę, istnieją także na świecie ugrupowania polityczne, szeroko rozumiane obozy, a nawet ruchy polityczne. Mają one często charakter luźnych, czasami nieformalnych powiązań. Tego rodzaju ugrupowania są w moim mniemaniu najsilniejsze i najbardziej trwałe, gdy zezwalają na podtrzymywanie najróżniejszych opinii, kiedy te opinie są w ciągłym stania tarcia. Przeciwnicy polityczni nie wiedzą wówczas, która opinia zwycięży w wewnętrznym sporze, a w rezultacie poltyka takiego ugrupowania zachowuje pożądaną giętkość.

    Ugrupowania tego typu nie mogą osiągnąć monolitycznej dyscypliny jedności typu sowieckiego – ani narzuconego w stylu Stalina, ani okazywanego na zewnątrz w stylu Lenina – jedyne do czego mogą aspirować, to zawężanie wyrażanych opinii, wedle znanej recepty, że „ważne jest tylko to, co nas łączy”.

    W moim przekonaniu, taki mechanizm jest zgubny, bo odbiera potencjalną giętkość polityce, uniemożliwia taktyczne posunięcia w praktyce politycznej rozgrywki. Jestem jednak zmuszony przyznać, że nie miałem racji, twierdząc, iż ułatwia to manipulację z zewnątrz.

    Co rzekłszy, nie zmienia to w niczym słuszności wywodu. Sprowadzenie polskości do wąskiego zestawu haseł, zubożyło polską kuturę, a polskiej polityce odebrało giętkość. Polityka tak zdyscyplinowanej grupy jest przewidywalna, a partie typów sowieckich radzą sobie z tym bez trudu, czego bolszewicy dowiedli wielokrotnie, podsuwając polskiemu nacjonalizmowi atrapy w złym guście.

    Muszę zatem Panu przyznać rację, że moje określenie było chybione – nie mogło to być oczywiste dla każdego dziecka – i podziękować, że zechciał mnie Pan uratować przed tkwieniem w błędzie.

  3. 3 Amalryk

    Dziwnym zbiegiem okoliczności, rozpad państwa polskiego zbiegł się z eksplozją „ruchów modernizacyjnych” uwolnionych wówczas we Francji, i z równoczesnymi narodzinami nowoczesnego człowieka masowego z równie nowoczesnym patriotyzmem. Powiem szczerze, że nie widzę żadnego punktu styczności owego republikańskiego patriotyzmu konfederatów barskich, z patriotyzmem członków masowych, wielotysięcznych armii, które niebawem miały zaludnić europejskie pola bitew – a wszak czymś tę hałastrę, przecież ich wodzowie, musieli zagrzewać do walki.

    Przypadek haniebnego upadku Rzeczypospolitej jest o tyle ciekawy , że dotyczy państwa dużego, ale paradoksalnie jego wielkość wynikała właśnie dzięki wyrwaniu się spoza zaściankowości postrzegania tylko interesów jednego narodu. Późniejszy partykularny nacjonalizm, który pewnie w zamierzeniach miał chronić przed wynarodowieniem przez zaborców, ani nie był siłą sprawczą w odzyskaniu państwa, ani tym bardziej nie okazał się skuteczną barierą antysowietyzacyjną.

    Język, co prawda, wydaje się najbardziej naturalnym wyróżnikiem ludzkich społeczności, ale szczerze mówiąc nigdy nie miałem zaufania do takiego „szyboletowania” ludzi, a z wiekiem , i z obserwowanym tempem kretynienia obywateli współczesnych państw „policyjno-garnizonowych” ,ten proces mi się tylko pogłębił. W zasadzie jestem już na tym etapie, że; ”Z moimi obecnymi rodakami łączy mnie tylko taki sam paszport.”

    A, że ów „nowoczesny”, stadny patriotyzm nie stanowi zabezpieczenia przed niczym, świadczy fakt, iż komuniści właśnie na tej, narodowej fujarce zawsze wygrywali swoje najpiękniejsze melodie . To ten właśnie „patriotyzm” przyświeca tym wszystkim nieborakom odczuwającym jakąś idiotyczną dumę z faktu, iż ktoś „z pośród nich” gdzieś ciepnął czymś tam najdalej, czy też skoczył, czy też wygrała w coś tam „ich” drużyna „narodowa”. Oczywisty kretynizm czerpania z podobnych faktów jakiejkolwiek satysfakcji jest zresztą wprost proporcjonalny do skali tego zjawiska.

    Niestety nie wygląda to wszystko dobrze, a „wzniosła prostota miłości do własnej ziemi” i do ludzi wraz ze mną ją dzielącymi, staje się wartością coraz rzadszą i zanikającą.

  4. 4 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Patriotyzm Barżan nie ma oczywiście żadnych punktów stycznych z „patriotyzmem” mas. Panuje tu pełna konfuzja semantyczna i mam wrażenie, że Nowak ją tylko pogłębił, nadając konfederackiej odmianie nazwę „patriotyzmu republikańskiego”, co słusznie przywodzi na myśl republikanizm (anty)francuski, który jest sprotytuowaną matką nacjonalizmu. Dlatego podkreślałem powyżej, że przyjąłem tę terminologię tylko na potrzeby artykułu. W moich oczach, mamy do czynienia z patriotyzmem w postawie konfederatów, a z nacjonalizmem u ideologów od Abbé Sieyésa, przez Staszica do Dmowskiego. Bez cudzysłowów i przydawek.

    To co z tego, że każdy jakobin i każdy ubek chcą się nazywać patriotami? To nie znaczy, żeby oddać im to pojęcie we władanie, choć ja na pewno nie będę się o to z nimi bił, bo tylko przyczyniłbym się do dalszej gmatwaniny pojęć.

    Język być może jest naturalnym wyróżnikiem, ale niech Pan spojrzy na Serbów i Chorwatów, przecież mówią tym samym językiem. Szkoci, Walijczycy i Irlandczycy mówią po angielsku, tj. językiem zaborców, ale zachowali pomimo to zupełną odrębność narodową.

    Zgadzamy się oczywiście co do stadnego nacjonalizmu, ale jak Pan sądzi, czy przyjęcie tradycyjnego patriotyzmu w stylu Barżan, nie uzbroiłoby Polski lepiej do walki z bolszewizmem?

  5. 5 Maciej

    Drodzy Panowie,

    Spróbujmy skoncentrować się na sytuacji z lat 90-tych XVIII w. Jaki jest Panów stosunek do Konstytucji 3 Maja? Czy 1792 r. należało walczyć w jej obronie? Czy po przystąpieniu króla do Targowicy należało zrobić to samo? Czy należało poprzeć Powstanie Kościuszkowskie?

    Z tych pytań wypływa zasadnicze pytanie o hierarchię wartości: czy ważniejsze było zachowanie dawnego ładu, nawet kosztem niepodległości, czy też ważniejsza była niepodległość, nawet kosztem obalenia starego porządku?

    Wydaje mi się, że można wskazać na 2 momenty, w których można było zapobiec utracie niepodległości i utrzymać stary porządek w Polsce. Po pierwsze, gdyby Konstytucja nie zawierała elementów radykalnych, które niepokoiły przede wszystkim Rosję, być może nie doszłoby do 2-go rozbioru (choć być może decydująca była tu postawa Prus). Po drugie, gdyby po 2-gim rozbiorze nie wybuchło powstanie, Rzeczpospolita w okrojonym kształcie mogłaby doczekać lepszych dni, które nastąpiły już w 1796 r. (śmierć Katarzyny II i wstąpienie na tron przeciwnego rozbiorom Pawła I). Oczywiście wszystko to tylko gdybologia, ale cóż nam pozostaje…

    Panie Michale, zgadzam się z Panem w krytyce nacjonalizmu i jego destrukcyjnego wpływu na odporność Polski na zarazę bolszewizmu. Niewątpliwie „zasługą” kolektywistycznego nacjonalizmu jest fakt, że bolszewicy nie napotkali tu znaczącego oporu.

    Natomiast główny mankament Pańskiego artykułu dostrzegam w tym, że zbyt szeroko rozumie Pan termin „nacjonalizm”. Zapewne z tego powodu (podświadomość?) niedokładnie zacytował Pan treść pytania, jakie postawiłem w jednym z komentarzy. Pisze Pan: „Zapytał pan Maciej mianowicie: czy wobec utraty niepodległości nacjonalizm nie jest jedyną możliwą postacią patriotyzmu?”. Moje pytanie brzmiało nieco inaczej, a mianowicie: „Czy w takiej sytuacji [tzn. przy braku niepodległości] możliwe jest porzucenie formuły niepodległościowej?”. Widać wyraźnie, że Pana zdaniem przyjęcie formuły niepodległościowej implikuje przyjęcie postawy nacjonalistycznej, z czym nie mogę się zgodzić. Być może sam przyczyniłem się do tego zamieszania, jako podstawę do naszej dyskusji proponując artykuł prof. Nowaka, który również wydaje się dokonywać takiego utożsamienia. Moim zdaniem sprawa jest trochę bardziej złożona.

    Część patriotów, jako główny cel stawiających utrzymanie niepodległości, zbliżyła się do obozu nacjonalistycznego nie z pobudek ideologicznych, ale po to, by wykorzystać ich (i masy) jako narzędzie do walki o niepodległość. Proszę zauważyć, ze kiedy król zdecydował się przystąpić do Targowicy, Kościuszko i inny podporządkowali mu się i nie wszczęli buntu. Charakterystyczny jest również fakt, że kiedy Kościuszko, a później Brass, starali się we Francji o poparcie dla przyszłego powstania, nie uzyskali wsparcia. Robespierre uznał, że ze względu na szlachecki charakter tego ruchu był on za mało radykalny. Zachwytu nie wzbudzała również osoba Kościuszki jako przywódcy.

    Niewątpliwie wśród przywódców i uczestników powstania większość stanowili nacjonaliści, owładnięci nową ideologią (prof. Bartyzel powiedziałby: nacjonalitaryści), ale można było znaleźć tam również patriotów, którzy uznali, ze w imię głównego celu, jakim jest niepodległość, należy czysto taktycznie zbliżyć się do nacjonalistów (przypomina to trochę postawę Piłsudskiego, który przed wojną z podobnych pobudek współpracował z socjalistami). Tego rozróżnienia najbardziej brakuje mi w Pańskim artykule.

    Ciąg dalszy za chwilę.

  6. 6 Maciej

    Moim zdaniem zbyt szeroko definiuje Pan nacjonalizm, a zbyt wąsko patriotyzm. Patriotyzm to coś więcej niż miłość do ziemi i indywidualnej wolności. To, oparte na prawie naturalnym, przywiązanie do kultury, tradycji i i obyczajów własnego narodu, bez jednoczesnego ideologizowania go, wynoszenia na piedestał i czynienia suwerenem. Taka postawa nazywana jest różnie: od patriotyzmu (do czego się przychylam), poprzez nacjonalizm pozytywny, umiarkowany, chrześcijański aż po nacjonalizm integralny, czy po prostu nacjonalizm (prof. Bartyzel) . Tak rozumianemu patriotyzmowi należałoby przeciwstawić nacjonalizm typu jakobińskiego: Nacjonalitaryzm demokratyczny lub demoliberalny opiera się na doktrynie suwerenności ludu/narodu, uznawanego za (jedyne) źródło prawomocności władzy, która wyraża „wolę ludu”, zawiera w sobie także skłonność do deprecjacji innych narodów i dążenie do podporządkowania ich sobie (http://metapedia.konserwatyzm.pl/wiki/Nacjonalizm). Taka postawa także nazywana jest różnie: jak wspomniałem, prof. Bartyzel określa ją mianem nacjonalitaryzmu, autorzy przytoczonego cytatu nazywają ją nacjonalizmem skrajnym, inni nacjonalizmem negatywnym, szowinistycznym itd. Ja nazywam ją po prostu nacjonalizmem.

    Odnoszę wrażenie, że obie wymienione wyżej postawy Pan zbiorczo określa mianem nacjonalizmu, termin patriotyzm rezerwując wyłącznie dla obrońców „złotej wolności”.

    Na koniec chciałbym poświęcić chwilę koncepcji imperialnej. Uważam, że jej przyjęcie nie musi oznaczać akceptacji nacjonalizmu. Świadczy o tym przykład działającej w II RP „Myśli mocarstwowej”:

    Punktem wyjścia ideologii mocarstwowej było dążenie do najważniejszego celu jaki społeczeństwo miało osiągnąć – stworzenie „potęgi państwa polskiego”. Według Rowmunda Piłsudskiego jedynie „Polska – Mocarstwo”, posiadająca silne struktury społeczne, polityczne, administracyjne i ekonomiczne może realnie przeciwstawić się śmiertelnemu niebezpieczeństwu wynikającemu z geopolitycznego położenia. Pomiędzy wrogimi, kulturowo i politycznie różnymi organizmami państwowymi, realizującymi imperialistyczną i ekspansywną politykę – Niemcami i Rosją. Uwzględniając wewnętrzne uwarunkowania państwa polskiego, głównie narodowościowo – geograficzne oraz ekonomiczne, psychikę i tradycję historyczną narodu polskiego, Rowmund Piłsudski podkreślał, że cel, jakim jest „Polska – Mocarstwo”, można osiągnąć jedynie na drodze imperializmu państwowego, nie zaś polskiego nacjonalizmu (podkr. moje – M.). Realizacja programu, u podstaw którego leżałaby doktryna nacjonalistyczna nie mogłaby przynieść pożądanego efektu, gdyż nie pozwalały na to warunki etniczno-geograficzne. W konsekwencji realizacja doktryny nacjonalistycznej, bez uwzględnienia potrzeb licznych mniejszości narodowych mogłaby doprowadzić do ograniczenia państwa polskiego do granic etnograficznych. (http://www.kulturaswiecka.pl/node/54).

    Można zatem, za autorami manifestu „Polska Idea imperialna”, twierdzić, ze w tym położeniu geograficznym co Polska może istnieć tylko naród wielki, mocarstwowy, o własnej, odrębnej kulturze, promieniującej potężnie na zewnątrz i zdolnej do stworzenia wału ochronnego przeciwko naporowi idącemu równocześnie ze Wschodu i Zachodu, a jednocześnie odrzucać egalitarystyczny nacjonalizm. W tym wydaniu imperializm może jawić się jako próba realizmu.

  7. 7 michał

    Drogi Panie Macieju,

    Rozróżnienie „nacjonalizmu” od „nacjonalitaryzmu” jest zabiegiem dwuznacznym, delikatnie mówiąc. Bartyzel potrzebuje takiego różniczkowania, żeby bronić swego stanowiska, które jest zdecydowanie nacjonalistyczne. Potrzebuje go dla odróżnienia się od jakobińskich źródeł nacjonalizmu, przeciw którym występuje. Ale to jest zwykłe owijanie w bawełnę: żaden nacjonalitaryzm nie istnieje – to jest czysty nonsens. Istnieje jeden – równie kaprawy w każdym wcieleniu – nacjonalizm. Nacjonalitaryzm ma więc być nacjonalizmem egalitarnym, gdy nacjonalizm Bartyzela i Action Francaise miał być rzekomo tradycyjny i uznawać miał za suwerena państwo, które nie musiało być homogeniczne narodowościowo i obejmować mogło nawet inne grupy językowe, rasowe etc. Tylko że w praniu to „obejmowanie” sprowadzało się do podboju. Nacjonalizm konserwatystów jest śmieszniejszy niż nacjonalizm jakobiński, bo tak zupełnie przeciwstawny ich własnym założeniom.

    Wbrew Pańskiej opinii, mam wrażenie, że definiuję nacjonalizm raczej wąsko: jest to ideologia, która w miejsce naturalnego umiłowania ojczyzny wtyka bezpodstawnie przywiązanie do narodu. Mam wrażenie, że Pan (idąc za przykładem Bartyzela, prezesa Wielomskiego i innych) w chęci odróżnienia się od nacjonalistów spod ciemnej gwiazdy, zakałapućkał się w drobnych rozróżnieniach. Użyję więc Pańskich własnych słów, dla uwypuklenia różnicy pomiędzy nami.

    Pisze Pan: „patriotyzm to coś więcej niż miłość do ziemi i indywidualnej wolności.” Jakże słusznie, pisałem o tym w powyższym artykule. Ale dalej: „To, oparte na prawie naturalnym, przywiązanie do kultury, tradycji i i obyczajów własnego narodu.” I tu się rozchodzimy, bo patriotyzm nie jest przywiązany do obyczajów własnego narodu, ale do obyczajów narodów te kochaną ojczyznę zamieszkujących. Kiedy przekładać zaczyna własny naród i jego tradycje nad inne narody, staje się nacjonalizmem. I to właśnie stało się na ziemiach Rzeczypospolitej. Prawdziwy patriotyzm przywiązany jest do owych różnorodnych obyczajów, ponieważ rozumie doksonale, że bez nich, jego ukochana ojczyzna nie będzie tą samą. I o tym także pisałem obszernie powyżej.

    Mam wrażenie, że niechcący dolałem oliwy do ognia płonącej konfuzji. Ponieważ za punkt wyjścia uczyniłem esej Nowaka, przyjąłem roboczo jego terminologię, ale widzę teraz, że to był poważny błąd. Nie mówmy więc już o patriotyzmie imperialnym czy niepodległościowym, bo to niestety kontynuuje zamęt semantyczny. Jest tylko patriotyzm, który – jeśli wolno mi przytoczyć moje własne słowa powyżej – widzi „ojczyznę, jako historyczny przejaw kulturowego porządku wieczności” i nacjonalizm, dla którego Naród jest „depozytorem wszelkich wartości”.

    Pańskie rozważania nad „myślą mocarstwową” wydają mi się bardzo ciekawe, ale natury raczej akademickiej, zważywszy sytuację. Och, gdybyż tylko było to możliwe, żeby powrócić móc do szczęsnych rozważań o „sytuacji geopolitycznej Polski”. Tylko że geopolityka nie jest determinantą bolszewickiego zagrożenia. A skoro zgadzamy się, że nacjonalizm rozbraja Polaków wobec nadrzędnego wroga, to imperializm w tym świetle wydaje się raczej formą surrealizmu…

  8. 8 Maciej

    Drogi Panie Michale,

    „(…) patriotyzm nie jest przywiązany do obyczajów własnego narodu, ale do obyczajów narodów te kochaną ojczyznę zamieszkujących.”

    To zależy, czy ojczyznę zamieszkuje jeden naród, czy więcej. Jeżeli jeden, nie ma innego wyjścia – można wtedy miłować obyczaje tylko jednego narodu. Zapytam retorycznie: czy przed unią w Krewie Polak przywiązany do swojego jednonarodowego państwa był nacjonalistą?

    Jesteśmy w szczególnej sytuacji, bo od końca XIV wieku nasze państwo zamieszkiwały co najmniej dwa narody, więc w tym przypadku można jakoś wytłumaczyć miłość do obyczajów dwóch czy trzech nacji… Choć, z drugiej strony, czy nie byłoby to nieco naciągane? Załóżmy, że mieszkam w dużym domu razem z dwiema innymi rodzinami. Szanuję je i ich zwyczaje, staram się z nimi dobrze żyć, mając na uwadze wspólne dobro, jakim jest nasz dom, ale to nie są moje rodziny, więc ich nie kocham. Podobnie z narodami (naród jest wszak wspólnotą rodzin) – dlaczego mam kochać obyczaje Ukraińców czy Litwinów? Łączyłoby mnie z nimi kiedyś wspólne dobro – państwo, o które powinniśmy byli dbać, ale nie przestawalibyśmy być odrębnymi narodami. Czy nie wystarczy wzajemny szacunek?

    Jeżeli dla Pana nacjonalistą jest ktoś, kto kocha tylko swój naród (bo tylko jeden naród jest jego narodem), a szanuje inne i nie wywyższa swojego, choć jego interes ma przede wszystkim na uwadze, to podtrzymuję tezę, że zbyt szeroko rozumie Pan termin nacjonalizm i w żadnym wypadku nie mogę się zgodzić z takim rozumowaniem.

  9. 9 michał

    Drogi Panie Macieju,

    Tym razem zupełnie nie mogę się z Panem zgodzić. Nie ma wielu miejsc na świecie, które zamieszkiwałby „jeden” naród. Bywają „narody”, które poddane były takiej presji nacjonalizmu, że w wysokiej temperaturze tego kotła wytworzyły się jednolite, monolityczne twory, ale nawet wówczas istnieją zazwyczaj ogromne różnice lokalne pomiędzy częściami rzekomego monolitu.

    Nawet dziś, Francuz ze Strasburga nie ma wiele wspólnego z Francuzem z Langwedocji, a co dopiero mówić o czasach krucjaty przeciw Albigensom! Anglicy mówią o sobie samych, że są „mongrel race”, czyli rasa kundli. Brytonowie nienawidzili Rzymian, ale razem nienawidzili saksońskich najeźdźców, a wspólnie bali się Wikingów, żeby wreszcie zostać zepchniętymi do stanu ludu przez zwycięskich Normanów. Wszystkie te narody, żyły obok siebie w niezgodzie. Człowiek kochający Anglię, kocha tę różnorodność. A ten, co identyfikuje się z Wielką Brytanią, dodaje do swej narodowej tożsamości jeszcze Walię i Szkocję z ich zasadniczą niechęcią do Anglii.

    Państwa jednonarodowe są mitem nacjonalzimów. Istnieje rzeczywiście jeden naród w historii, który zachował spójnię jednej rodziny, jednego szczepu. Jest to naród, od którego wywodzi się wszelki nacjonalizm, ale to jest naród wybrany. Pan Bóg nakazał mu te jedność w swym planie Zbawienia, ale za karę rozsypał go po całym świecie w disporze.

    Nie rozumiem, jak może Pan mówić o „Polakach przed unią w Krewie” – to jest anachronizm. Nie istniało w XIV wieku pojęcie narodu we współczesnym sensie. Były to feudalne społeczności o pionowych zależnościach i pionowej lojalności. Ludzie byli przywiązani do swoich własnych zwyczajów i byliby zdziwienie, gdyby im ktoś zechciał tłumaczyć, że to są zwyczaje narodowe i polskie. Z pewnością były te tradycje zupełnie inne wokół Gniezna niż wokół Krakowa. Inne na Mazowszu i inne na Kujawach. To dopiero nacjonalizm chce te tradycje ujednolicać.

    Zostawmy zresztą Polskę. Niech Pan spojrzy na historię Włoch bądź Niemiec. Nic prawie nie łączyło włoskich miast, nawet język. Nienawidzili się wzajem straszną nienawiścią Co mogło łączyć Genuę z Parmą? Albo Pizę ze Sieną? A na Wenecję wszyscy patrzyli – nie bez powodu – jak na bizantyjską obcość.

    Jeżeli Pan nie chce kochać obyczajów innych narodów zamieszkających Pana dom, to jest oczywiście Pańskie prawo. Ale ja je kocham. Bo ja kocham tę nieistniejącą Rzeczpospolitą. Nie dwojga, ani nawet trojga narodów – ale po prostu wielonarodową. Kocham Wilno, którego już nie ma, gdzie było 1% Litwinów, a oprócz nich Rusini różnych odcieni, Żydzi, Tatarzy i Karaimi, Rosjanie i Niemcy, francuskie niedobitki Grand Armée, Szkoci… a! i jeszcze Polacy. Bez nich wszystkich to nie jest tamto Wilno. Ja kocham tamtą Rzeczpospolitą, gdzie obok siebie były wioski prawosławne i protestanckie, gdzie Żydzi żyli w zgodzie z Polakami, dokąd prześladowani uciekali z Hiszpanii, z Anglii, z Włoch, z Niemiec, z Bośni… I wszyscy byli mile widziani, bo nikt nie wymyślił jeszcze chamskiego zawołania „Polak-katolik”, a razem z nim numerus clausus.

    W moich oczach, ten kto kocha tylko swój naród jest nacjonalistą. Wielu jest wśród nacjonalistów uczciwych ludzi – między innymi moi bliscy przyjaciele – którzy szanują inne narody i nie wywyższają swojego, ale kiedy przychodzi co do czego, to powtarzają: „Right or wrong – my country!”

    Za Dr Josephem Goebbelsem?

  10. 10 Amalryk

    Ech! Jak to szło?

    „Piękna nasza Polska cała,

    Piękna żyzna i niemała!

    Wiele krain, wiele ludów,

    Wiele stolic, wiele cudów!”

    I komu to przeszkadzało? Jest oczywistym, że wolność w Europie przeminęła wraz ze średniowieczem. A potem im dalej tym gorzej, aż wreszcie oświeceniowe „przyśpieszenie” wraz ze swoją infekcją „patriotyzmu” sankiulockich protobolszewików.

    Przecież Rzeczpospolita nie była żadnym wyjątkiem , gdy mówimy o państwach wielonarodowych – w przypadku państw dużych obszarowo to jest raczej regułą a nie wyjątkiem. A ludzie, jak to ludzie , są porządni i są szmaty – narodowości tu nic do tego.

  11. 11 michał

    Komu to przeszkadzało? Nacjonalistom rzecz jasna.

    A Rzeczpospolita nie była wyjątkiem, jeśli chodzi o wielonarodowość; była jednak wyjątkiem, gdy chodzi o to wszystko, o co walczyli Konfederaci Barscy. Nie na darmo, to do Polski właśnie uciekali uciśnieni.

  12. 12 Amalryk

    Wolność to nie powietrze – nie jest darmowa i dostępna bez ograniczeń. A gdy „modernizacyjne” prądy objęły swym zasięgiem Prusy i Rosję – los Polski został przesądzony.

    A dwóch szumowin, z rozlicznej galerii typków władających podówczas tymi krainami, nie cierpię szczególnie; Fryderyka II – ciekawego „filozofa”, który rozdął pruską armię do 200tys. i w przeciwieństwie do swego ojca (jak na ironię przezywanego „kapralem”) toczył nieprzerwanie wojny z sąsiadami, oraz Piotra I – dewianta, który spacyfikował Rosję. Jeden i drugi wprowadzili w swych „sielskich krainach” nowy wynalazek – przymusowy pobór do wojska.

    Konfederaci Barscy muszą być drodzy każdemu, kto nie trawi oświeceniowych wynalazków, u kresu których czai się państwo „opiekuńczo-garnizonowe”.

  13. 13 Maciej

    Drogi Panie Michale,

    Polacy przed unią w Krewie to nie anachronizm. W XIV w. Polacy byli dość mocno (choć jeszcze nie całkiem) ukształtowanym narodem w nowożytnym tego słowa znaczeniu. Niektórzy historycy twierdzą nawet, że na skutek rozbicia dzielnicowego i reakcji w postaci tendencji centralizacyjnych nowożytny naród Polski uformował się wcześniej, niż narody zachodnie, bo już w XIII w.

    Cóż, wygląda na to, że musimy pozostać przy swoich stanowiskach… Szkoda tylko, że twierdzi Pan, iż Pańska wizja patriotyzmu jest jedyną, która na tę nazwę zasługuje. Ja nie odmawiam Panu prawa do nazywania się patriotą, mimo, że się z Panem nie zgadzam. Również kocham tę nieistniejącą Rzeczpospolitą, dlatego nie chcę, by ktokolwiek, kto żywi to uczucie, był z kręgu patriotów wyłączony. Nie widzę sprzeczności pomiędzy moją postawą i afirmacją wielonarodowej Rzeczpospolitej. Odmawianie komuś prawa do patriotyzmu i nazywanie go nacjonalistą tylko dlatego, że nie kocha obyczajów kilku innych narodów, choć je szanuje, to nadużycie.

    Mimo wszystko, miło było podyskutować.

  14. 14 michał

    Panie Amalryku,

    Wolność nie jest za darmo, to z pewnością prawda, ale pragnąłbym uniknąć wrażenia, że w jakikolwiek sposób absolutyzuję wolność w którymkolwiek z jej rozlicznych przejawów. WOLNOŚĆ NIE JEST WARTOŚCIĄ. Jest ważna, jest wartościowa, ale nie może być celem naszych działań. Wolność jest tylko – tylko i aż! – warunkiem. Warunkiem koniecznym i niezbywalnym dla sensu, który ludzie nadają światu. Warunkiem moralności i odpowiedzialności.

    Nie wolno jednak nigdy nadawać jej statusu wartości, bo kiedy wolność staje się wartością, to wszystkie prawdziwe wartości muszą być jej podporządkowane; hierarchia zanika, ponieważ wystarczy postępować w sposób wolny i wtedy wszystko wolno.

    Analogicznie, nie należy nigdy absolutyzować wolności państwa czyli jego suwerenności, gdyż w wielu suwerennych państwach nie ma wolności w ogóle. Barżanie rozumieli to chyba doskonale, a ich przeciwnicy w ogóle.

  15. 15 michał

    Panie Macieju,

    Szczerze wierzę, że „niektórzy historycy twierdzą nawet, że na skutek rozbicia dzielnicowego i reakcji w postaci tendencji centralizacyjnych nowożytny naród Polski uformował się wcześniej”, a inni, że Polacy nie gęsi i swój język mają… Czy zarzuci mi Pan, że w piętkę gonię, jeśli wyznam podejrzenie, że to endeccy historycy? Nowoczesne pojęcie narodu nie istniało nawet za czasów Konfederacji Barskiej, a co dopiero za króla Łokietka.

    Moja wizja patriotyzmu z pewnością nie jest jedyna i chyba nie sugeruje Pan, że pragnę ją narzucać. Mówiłem raczej o semantyce. Wydaje mi się sensowne oddzielenie patriotyzmu jako przywiązania do ojczyzny, od nacjonalizmu, który jest przywiązaniem da narodu. Takie rozróżnienie jest uzasadnione ze względu na źródłosłów obu pojęć. Ale jednocześnie nie odmawiam wcale patriotyzmu nacjonalistom, mówię tylko, że każdy kto uważa swój własny naród za depozytora wartości jest nacjonalistą. Prawdę mówiąc, wydaje mi się to niekontrowersyjne. Podkreślam jeszcze raz, że nie „odmawiam prawa do patriotyzmu” ani Panu, ani nikomu innemu. Nie wyłączam także „nacjonalistów z kręgu patriotyzmu”, chcę ich tylko nazywać po imieniu.

    A teraz proszę pozwolić, że wrócę do Pańskiego poprzedniego komentarza, a w nim do przykładu życia w dużym domu. Napisał Pan:

    „Załóżmy, że mieszkam w dużym domu razem z dwiema innymi rodzinami. Szanuję je i ich zwyczaje, staram się z nimi dobrze żyć, mając na uwadze wspólne dobro, jakim jest nasz dom, ale to nie są moje rodziny, więc ich nie kocham.”

    Zdawałoby się – oczywistość. Ale życie płata nam figle, więc co Pan zrobi, kiedy w Pańskiej rodzinie, którą Pan kocha, pojawi się Bolek? Jeżeli to jest tylko ogólnikowa miłość do własnej rodziny i jej zwyczajów, która nie rozciąga się na pojedynczych ziomków i ich dziwne obyczaje, to jest to uczucie pozbawione desygnatu. Jeśli natomiast jest to uczucie ślepe, rozciągnięte na poszczególnych członków rodziny niezależnie od ich konduity (czyli odpowiednik polrealistycznego: „co polskie jest dobre”), to ma ono poważne konsekwencje dla Pańskich wyborów moralnych. Jeżeli bowiem w każdym wyborze, na który natknie się Pan, żyjąc pod jednym dachem z wieloma rodzinami, każdy konflikt rozstrzygnie Pan na rzecz członków swojej rodziny, bez względu na rację, to oczywiście w przeniesieniu z rodu na naród – staje się Pan ideologicznym nacjonalistą.

    Obawiam się, że ja po prostu cierpię na atrofię poczucia narodowego. Nie widzę powodu, dla którego miałbym kochać Bolka, bo jest Polakiem. To zwykła kanalia. Jego narodowość czyni mi go tylko bardziej obrzydliwym, niż gdyby był z Puerto Rico.

    Zdaję sobie doskonale sprawę, że miłość do polskiego narodu, prezentowana przez kulturalnych i uczciwych ludzi, jak np. Pan , nie zawiera w sobie ani krzty szowinizmu, ani odrobiny wynoszenia się, ani nienawiści do innych. Ale nakazuje nam „kochać”, co na miłość w niekoniecznie zasługuje. A ja odmawiam. Moja miłość jest zarezerwowana dla tego, co pociąga moje serce, a nie dla tego co jest mojej narodowości. Mój zachwyt zachowuję dla tego, co podziwu godne, a nie dla tego co polskie.

    Wydaje mi się, że na miejscu będzie tu zacytować jeszcze raz Conrada:

    „I have never been able to love what was not lovable or hate what was not hateful out of deference for some general principle.”

  16. 16 Julek

    A miłość matki jest zarezerwowana dla syna. Dla tego jednego, jedynego syna, który może być głupim, brzydkim, złym, leniwym i którego nie ma za co podziwiać. Z prostej przyczyny: bo to jest jej syn, jej krew, jej troska, jej niepokój, jej odpowiedzialność itd. itd. I podobnie jest z nacjonalizmem i nacjonalistami.

    Przecież tu nie chodzi tylko o miłość, rozumianą jako zakochanie się, zachwyt, podziw. Ale o poczucie więzi, wspólne wartości, podobne wierzenia, odpowiedzialność jeden za drugiego, wspólne obcowanie, i nie ograniczone do spotkania się na targowisku.

    Zresztą sam to pan Michale potwierdził, kiedy nadmienił, że Bolek – Polak to jeszcze większa kanalia, niż Bolek z Puerto Rico. Im bliższe pokrewieństwo tym większa waga oceny. Coż, bardzo normalne i naturalne zachowanie.
    Ja uważam nacjonalizm (czy jakkolwiek inaczej ktoś chciałby je nazwać) za dość naturalne, wręcz biologiczne zachowanie.

  17. 17 michał

    Szanowny Panie,

    Chyba nie rozumiem, co Pan chce powiedzieć. Czyżby relacja pomiędzy matką i synem była analogiczna do relacji między nacjonalizmem i nacjonalistami? Może… może ma Pan rację, w tym sensie, że nacjonalizm dba o swoje dzieci, ale poza tym niestety – nie pojmuję ni kuku.

    Ale dalej mówi Pan o poczuciu więzi, wspólnych wartościach, podobnych wierzeniach, a nawet obcowaniu (!) – ale matka kocha swoje dzieci niezalezżnie od ich wartości, wierzeń i nawet niezależnie od tego z kim obcują (!). Nadal ni kuku nie rozumiem.

    Wreszcie, ja miałem sam potwierdzić wszystko, czego nie pojmuję, twierdząc, że Bolek-Polak to większa kanalia niż gdyby sobie w portki narikał – ni kuku.

    Pozwoli Pan, że zajmę się króciutko Bolkiem; króciutko, bo to paskudztwo. Bolek nie jest większą kanalią, tylko dlatego, że jest Polakiem. Powiedziałem, że jest mi bardziej obrzydliwy, ponieważ Havla czy Chaveza mogę od biedy ignorować, a to bydlę zamienia moją ojczyznę w zagrodę dla bydła. Nie ma tu więc, żadnego potwierdzenia czegokolwiek oprócz dość oczywistej prawdy, że mur w który wali się głową bardziej zawadza, niż mur po drugiej stronie wielkiej rzeki.

    Jakie poczucie więzi może mnie łączyć z taką kanalią? Jakie mogę z nim dzielić wspólne wartości, których nie dzielę z większością ludzi stworzonych na obraz i podobieństwo Boże? Jakie podobne wierzenia mogę mieć ja i taki Roman Dmowski? Ja jestem katolikiem on był agnostykiem, ja jestem antynacjonalistą – on przyczynił się do zamienienia mojej ojczyzny w poletko dla hulaj nacjonalizmów, wykuwając najbardziej niemoralne i niechrześcijańskie hasło: Polak-katolik… Tfu! Nie pragnę ani obcowania ani nawet spotkania na targowisku z Bolkami i Dmowskimi.

    Rzekłszy to wszystko, muszę Panu przyznać rację w jednym punkcie: nacjonalizm jest zachowaniem biologicznym. To prawda. Tylko że, widzi Pan, w moim mniemaniu, człowiek jest bytem granicznym: z jednej strony poddani jesteśmy zwierzęcym instynktom i materialnym koniecznościom, ale jednocześnie Pan Bóg dał nam duszę i wolną wolę, by się tym koniecznościom i tym instynktom opierać w imię wartości, które same nie należą do materialnego świata. To bolszewizm apeluje na każdym kroku do tego, co w człowieku zwierzęce, biologiczne, a ja – póki mi starczy tchu – będę się opierał redukcji człowieka do tego co w nim bydlęce. I dlatego (między innymi) nacjonalizm jest mi wrogi.

    A oprócz tego, całe to chamstwo nacjonalizmu jest zupełnie nie na poziomie…

  18. 18 Julek

    Matka i syn to analogia oczywiście do Polski i Polaków. Oczywiście bacząc na proporcje. I podobnie tak jak matka potrafi zatroszczyć się o dziecko swojej przyjaciółki, tak też Polak potrafi zatroszczyć się o interes przedstawiciela innego narodu/państwa czy kontynentu.

    Matka i ojciec pokazują swojemu dziecku świat, przekazują mu system wartości i swoje wierzenia, które są wynikiem matczynej/ojcowskiej troski i odpowiedzialności, aby nową istotę przysposobić do życią. Im zgodniej to postępuje, tym silniejsza jest rodzinna więź. A im więcej nas żyjących w zgodzie tym życie bezpieczniejsze, piękniejsze itd itd.

    Bolek boli bo to jest zdrajca. Zdrajców nie lubi nikt i nigdzie, a najbardziej nie lubią ich ci, którzy poczuli się zdradzeni. Im większe pokrewieństwo, im więcej nas łączy, tym zdrada bardziej boli.

    Z Dmowskim łaczy Pana walka o tożsamość Polaka. Ja nie mam wyrobionego stanowiska. Nie potrafię podać definicji.

    Pan Bóg dał nam duszę i wolną wolę. Owszem. Ale przecież ciało też mamy od niego, czyż nie? Czy dał on nam ciało tylko po to, abyśmy je zwalczali duchem? Czy harmonia między ciałem i duchem nie jest możliwa?

    Każde chamstwo jest nie na poziomie.

  19. 19 michał

    Z Dmowskim, drogi Panie, nie łączy mnie nic. To Dmowski jest odpowiedzialny za stoczenie się polskiej kultury do nacjonalistycznych koszar, a polskiej kultury politycznej do rynsztoka. Jest odpowiedzialny za morderstwo idei wielonarodowej Rzeczpospolitej, za lata nienawiści Rusinów, Litwinów i Żydów – do Polski i Polaków. Polska, którą skrystalizował ten cham, nie mogła być ojczyzną dla nich wszystkich, bo nie byli ani Polakami, ani katolikami. A dawna Polska mogła i była ojczyzną wielu. Czy też, używając Pańskiej metafory, Najjaśniejsza Rzeczpospolita była matką dla wielu i dla różnych, była bogata, hojna i wielkoduszna, potrafiła przyhołubić obcych, dać im dom i traktować ich jak własnych synów, a nie grzebać im w genach i kazać ich pra-prawnukom siedzieć w osobnych ławkach na uniwersytecie.

    Zdrajca, jak Pan słusznie zauważa, to insza inszość, ale mnie prawdę mówiąc nie chodzi wcale o zdradę w jego wypadku. Proszę sobie wyobrazić taką nieprawdopodobną sytuację, że wszystkie oskarżenia pod adresem Wałęsy są wyssane z palca; że działał z najlepszymi intencjami (on sam powiedziałby „dla dobra Narodu!”); że nie był nigdy niczyim agentem. Otóż i w tej sytuacji, nie byłoby żadnej spójni pomiędzy nim a mną. Jak wielu polityków przed nim, Wałęsa jest pozbawiony inteligencji i finezji, ale nie pozbawiony instynktu politycznego. Ten instynkt podpowiadał mu, że tylko fala nacjonalizmu może go wynieść w górę.

    Natomiast co do stosunku naszej powłoki cielesnej do duszy… Już samo polskie określenie, „powłoka cielesna”, jest dobrą wskazówką co do owej harmonii. Jedno jest nieśmiertelne, a drugie śmiertelne i zmienne. A jednak bez tej powłoki, nieśmiertelna dusza nie może być obecna w materialnym świecie, więc to co w nas bydlęce jest bez wątpienia ważne. Czy wynika z tego, że należy poddać to co duchowe temu co cielesne? Biologiczna strona człowieka potrzebuje, krótko mówiąc, „chleba i igrzysk”. Nie ma w tym wielkiej niespodzianki, że takie są wymagania każdego motłochu, bo tłuszcza składa się wyłącznie z ludzi biologicznych. Nacjonalzim jest ideologią stadną.

  20. 20 Maciej

    Drogi Panie Michale,

    „Jeżeli teraz wszystkie przeobrażenia stosunków społecznych i politycznych zestawimy razem, to przekonamy się, ze z końcem XIII wieku pierwotne państwo polskie patriarchalne upadło, a nowe państwo polskie się wytworzyło. (…) Nowy ten ustrój polityczny stał się tez bezpośrednią pobudką i przyczyną znaglającą pojedyncze dzielnice, na jakie się Polska po śmierci Krzywoustego rozpadła, do połączenia się w jedno potężne państwo. (…) Z końcem XIII wieku powstał też w całej Polsce ruch potężny, zmierzający do połączenia dzielnic, ruch polityczny, a zarazem na wskroś narodowy. Cały naród oglądał się za księciem, który by na czele tego ruchu stanął i wielkiego dzieła dokonał.”

    Ten „endecki historyk” to Michał Bobrzyński („Dzieje Polski w zarysie”, Warszawa 1974, strony 170-171), o którym bardzo krytycznie, podobnie zresztą jak o pozostałych „Stańczykach”, wyrażał się Roman Dmowski.

    Z treści Pańskiej wypowiedzi wnioskuję ze zdziwieniem, że chyba nadal nie rozumie Pan mojego stanowiska, co przejawia się w tym, że przypisuje mi Pan skrajną, materialistyczną interpretację pojęć ojczyzny i narodu. Nie wiem, co jest tego przyczyną, bo wydaje mi się, że to stanowisko nie jest skomplikowane, ale być może moja to wina, bo wyrażałem się nieprecyzyjnie. Spróbuję zatem wyłożyć je raz jeszcze (tym razem może bardziej filozoficznie), szczególnie, że przykład, który Pan podał, stanowi dobry punkt wyjścia.

    Pyta Pan, co zrobię, gdy pojawi się ktoś taki, jak B.? W imię miłości do mojej ojczyzny i wspólnoty, jako czegoś więcej, niż zbioru jednostek (tu przydałoby się wskrzesić spór o uniwersalia – ojczyzna byłaby wtedy chyba universale in re?) odetnę od niej członki zarażone wiadomym wirusem. Jeżeli B. wejdzie w konflikt z przedstawicielem innej rodziny (narodu), będę zmuszony wyłączyć B. poza nawias mojej rodziny i potępić go w imię JEJ dobra. Miłość do wspólnoty nie karze Panu kochać tego, co w niej złe – cóż by to była za prymitywna interpretacja! (Wiem, że Pan jej nie podziela, ale chyba niesłusznie mi ją Pan przypisuje.) Nie, ona wymaga od Pana, aby w imię tej miłości piętnował i tępił Pan to, co jest złe i polskie, nawet bardziej, niż to, co polskie nie jest, bo należy przede wszystkim tępić swoje wady, a dopiero później wskazywać na wady innych.

    Nie wiem, skąd wysnuł Pan wniosek, że mój patriotyzm „nakazuje nam „kochać”, co na miłość w niekoniecznie zasługuje”. Problem polega na tym, że Pan od razu widzi ten patriotyzm w kategoriach czysto endeckich, tak jakby nie był Pan zdolny postrzegać rzeczywistości w inny sposób (a przecież tak nie jest). Proponuje Pan radykalną alternatywę: ojczyzna jest albo bytem czysto abstrakcyjnym, i wówczas miłość nie ma materialnego desygnatu, albo bytem czysto materialnym (i tak chyba Pan ją widzi) i wówczas nie można wznieść się ponad materię, aby odmówić miłości do tego, co złe i polskie zarazem. Stąd wyprowadza Pan wniosek, że skoro wspólnota to tylko jednostki i miłość do nich musi być bezwarunkowa („co polskie, jest dobre”), to w takim razie nie należy darzyć tej wspólnoty miłością. Tymczasem wspólnota ma źródło w bycie materialnym, ale przekracza materię i staje się jednocześnie pewną ideą (przez co staje się wartością, choć, rzecz jasna, nie najwyższą), jednak nie istniejącą samoistnie i ściśle zależną od swojego materialnego desygnatu. Fakt, że go przekracza, pozwala spoglądać krytycznie na ten desygnat, co z kolei daje możliwość usuwania chorych członków ze społeczności w jej własnym interesie. Uprzedzając Pańskie ewentualne wątpliwości zapewniam, że fakt utraty przez Polskę niepodległości nie determinuje mojej materialno-duchowej wizji ojczyzny. Myślę, że jest ona uniwersalna.

    Nie napisałem, że chce Pan swoją wizję komukolwiek narzucać, ale z Pańskiej wypowiedzi można było wywnioskować, że odmawia Pan innym patriotyzmu. Napisał Pan o patriotyzmie Barżan, że dla Pana „jest to po prostu patriotyzm, jedyny, który na takie miano zasługuje”. Jeśli było to tylko rozróżnienie semantyczne, to oczywiście ma Pan do niego prawo.

  21. 21 michał

    Drogi Panie Macieju,

    Bobrzyński z pewnością nie był endekiem, ale chyba tylko w Polsce jest możliwe, żeby partia konserwatywna przyjęła nazwę Stronnictwa Prawicy Narodowej. Polski konserwatyzm jest bez wątpienia – i bez wstydu – nacjonalistyczny. Ani pożal się Boże konserwatysta jakim jest prezes Wielomski, ani konserwatysta z prawdziwego zdarzenia w osobie Bartyzela, nie są w tej kwestii wyjątkami w tradycji polskiej myśli zachowawczej.

    Natomiast co do meritum, to cytat z Bobrzyńskiego po prostu wydaje mi się z gruntu niesłuszny. Działalność Łokietka nie miała w moim mniemaniu charakteru „potężnego ruchu politycznego”, a tym bardziej nie była „ruchem na wskroś narodowym”. Ludzie wówczas nie myśleli takimi kategoriami. Przeważały kategorie interesów dynastycznych, a nie narodowych, bo nie było takich pojęć.

    Wydaje mi się, że cały czas obracamy się w kole semantycznej konfuzji. Mówi Pan o „miłości do mojej ojczyzny i wspólnoty” i jak sądzę, dla nas obu to jest patriotyzm. Jednak ja nazywam wspólnotą, wszystkich ludzi zamieszkujących moją ojczyznę (wracając do Pańskiego przykładu domu: wszystkie rodziny), a Pan tylko swój własny naród (swoją rodziną w dużym domu). Na tym chyba polega różnica między nami. Ja nie odmawiam Panu patriotycznych uczuć, twierdzę tylko, że to subtelne przestawienie z „wspólnoty zamieszkującej moją ojczyznę” na „wspólnotę mego narodu” jest zwrotnicą, za którą patriotyzm staje się nacjonalizmem. W tej pierwszej koncepcji, różne narodowości są „częścią pejzażu”, że zapożyczę od Mackiewicza, a w tej drugiej stają się „innymi rodzinami we wspólnym domu”. Innymi słowy, akcenty rozkładają się z gruntu inaczej.

    Bardzo się cieszę, że nie podziela Pan poglądu, wedle którego wszystko co polskie jest dobre. Nie sądziłem, że Pan tak robi i przepraszam, jeśli sprawiłem takie wrażenie. Jednak przyzna Pan chyba, że polski patriotyzm niepostrzeżenie przerodził się w niemiłościwie nam panujący od lat polrealizm, który właśnie każe kochać, co na miłość nie zasługuje. Całkowicie zgadzamy się kednak, że tępienie tego co złe jest obowiązkiem chrześcijanina, a zacząć trzeba od siebie samego i od tych których się kocha.

    Pańskie słowa o dychotomicznych koncepcjach ojczyzny, wydają mi się godne uwagi. Mam wrażenie, że polski patriotyzm przeszedł przez te wszystkie stadia: od ojczyzny czyli ziemi, przez „Polskę dyndającą” (jak to nazwał Stary chrzan http://wydawnictwopodziemne.com/2008/08/27/chcieliscie-polski-no-to-ja-macie/) do narodu jako depozytora wartości.

    Jestem przekonany, że idea jest wcześniejsza od wspólnoty w polskich warunkach, bo wspólnota stworzona została w dziwnych okolicznościach XIX wieku przez wielkich poetów, którzy niejako narzucili tę ideę i stworzyli wspólnotę. Pan natomiast – wydaje mi się – nadaje wspólnocie moc sprawczą, której żadna wspólnota mieć nie może, bo jest – nazwijmy to po imieniu – kolektywem.

    Wspólnoty są bardzo przereklamowane.

  22. 22 Julek

    Niestety ale chyba mam zbyt mało wiadomości, aby ciągnąć tę dyskusję, która jak wiele innych na temat Polski i Polaków wpada w tę polsko – żydowską koleinę.
    Dwie różne kultury na jednym poletku. Trochę jak mieszanka wybuchowa. Wystarczy odpowiednia proporcja składników i nawet małą iskierka.

    Wiem tyle, że limity Żydów na studia wyższe wprowadzały nie belejakie uniwerki w USA na początku XX w. Nie jest to więc coś szczególnie charakterystycznego dla Polaków ery Dmowskiego. Nie jest to oczywiście usprawiedliwieniem bijatyk, ale przykład na to, że skoro coś takiego dzieje się na drugiej półkuli, to chyba nie jest to sprawka ducha Dmowskiego.

    Przysłowie mówi: w zdrowym ciele zdrowy duch. Chleb i igrzyska dla tłuszczy i motłochu… To zbyt duże uproszczenie. Czym jest dla Pana np. poczucie bezpieczeństwa? Czy jest ono ważne tylko dla tłuszczy i motłochu?

  23. 23 Maciej

    Drogi Panie Michale,

    Utożsamienie wspólnoty z kolektywem wydaje mi się błędne. Wspólnota tworzy się w sposób naturalny, jako wynik długotrwałych procesów i idea nie może być od niej wcześniejsza. Kolektyw jest tworzony w sposób sztuczny, jako wynik założeń ideologicznych. Poeci XIX wieku stworzyli kolektyw, który w dużym stopniu zastąpił wspólnotę. Nieco upraszczając: różnica między nami polega na tym, że ja odrzucam kolektyw, a Pan, mam wrażenie, odrzuca jedno i drugie.

  24. 24 michał

    Drogi Panie Julku,

    Te dwie różne kultury współżyły na tych samych ziemiach przez setki lat, podobnie jak Rusini i Polacy, czy Litwini i Polacy. Przez wieki całe nie była to wcale mieszanka wybucha, więc co się stało? Ja winię nacjonalizm, a Pan?

    Róznica pomiędzy numerus clausus w Polsce i nieomal gdziekolwiek indziej, polagała właśnie na głębokim zakorzenieniu Żydów w Polsce. A teraz proszę sobie wyobrazić, że jak wielu Polaków jest Pan pochodzenia szkockiego. Wielu Szkotów czmychnęło przed straszliwymi prześladowaniami angielskimi do Polski. Pańska rodzina jest całkowicie spolonizowana, ale z dumą zachowuje Pan pamięć o swym szkockim pochodzeniu. Aż tu nagle jakiś bałwan z czysto ideologicznych i politycznych względów głosi, że Szkotom trzeba utrudniać dostęp do uniwersytetów, kazać im siedzieć w ławkowych gettach i pić ich laskami. Czy uważałby Pan to za coś normalnego i zwykłą kwestię „proporcji składników”?

    Pomijam już ten drobiazg, że grzechy innych nie usprawiedliwiają naszych grzechów.

    Nie bardzo Pana rozumiem co do poczucia bezpieczeństwa. Kolektyw zawsze w imię swego kolektywnego bezpieczeństwa tłamsił wybijające się jednostki. Kolektyw jaskiniowców w imię bezpieczeństwa stada, próbował siłą powstrzymać tego niebezpiecznego indywidualistę, który zapragnął żyć na zewnątrz, na świeżym powietrzu, a nie w smrodliwym bezpieczeństwie jaskini. Kolektyw szczurów lądowych, chciał powstrzymać wariata, co sklecił mizerną tratwę i wypłynął na morze, żeby zobaczyć, co się kryje za horyzontem. Tłuszcza wyśmiewała też Noego i jego Arkę, ale pewnie dlatego, że Żyd…

    Gdyby tłuszcza ze swym poczuciem bezpieczeństwa triumfowała, to mieszkalibyśmy nadal w jaskiniach. Czyżbym upraszczał?

  25. 25 michał

    Drogi Panie Macieju,

    Dostrzegam różnicę pomiędzy ideałem wspólnoty, a kolektywem. Dostrzegam, ale nie jestem nią do końca przekonany, bo niezależnie od przyczyn powołujących wspólnotę do życia, mechanizmy jej działania są kolektywne. Na przykład pierwotna wspólnota ludzi zamieszkujących jaskinie, o której pisałem przed chwilą, powstała samorzutnie, z potrzeby, a nie z narzuconej idei, ale czy mniej przez to była kolektywem?

    Mnie się wydaje, że nie.

  26. 26 Julek

    Ach, ale co to było za współżycie… Żydzi pozamykani w swoich gminach… To do sytuacji Szkota, który już pewnie na drugi dzień smakował białogłowe i płodził potomstwo w ogóle nie ma co porównywać. Obecnie muzułmankom zabrania się nosić burki we Francji, podobnie w UK zaostrza się przepisy imigracyjne. Proszę sobie wyobrazić taką gminę żydowską w UK, w której dość duży procent nie zna angielskiego. A mamy już XXI w.

    No i kogo mam winić jak nie Polaków, którzy są podobno najgościnnejszym narodem na świecie. Przecież nie Żydów, którzy zawsze kierowali się swoim interesem, obojętnie czy zamieszkują u siebie czy w diasporze, czego oczywiście ja nie potrafię im (ani nikomu innemu) zarzucić. Dla mnie jest to normalne zachowanie.

    No ale gdyby inaczej być nie mogło, to „co się stało”? Ten nacjonalizm Dmowskiego w perspektywie dwóch stuelci i tych wszystkich wydarzeń, które wywarły wpływ na Polskę widzi mi się trochę przewartościowany. Dla mnie jest on raczej skutkiem, a nie przyczyną.

    Uważam, że tak i jak najbardziej, że Pan upraszcza. Nie ma czegoś takiego jak: „kolektyw w imię swojego…”. Nie ma! (sory za wykrzyknik). Ten „kolektyw” to jakaś ruska ściema. Tam są żywi ludzie: przywódcy, inspiratorzy, poklepywacze, oponenci, mięso armatnie itp. Indywidualiści też są, zgoda. Grają na gitarach albo latają na paralotniach. Ale czy ktoś widział dwóch indywidualistów razem? Czy istnieje ktoś, kto chciałby mieszkać sam na księżycu?

  27. 27 michał

    Drogi Panie!

    Cóż to za niestworzone rzeczy Pan opowiada? To jest typowo nacjonalistyczny absurd: kiedy Żydzi żyją we własnych gminach, to „tworzą swoje getta”, a kiedy asymilują się, to „rozpełzają się gady i zatruwają zdrową tkankę narodu”.

    Nie było wcale tak, jak Pan sugeruje. Wielu Żydów żyło w Rzeczypospolitej w gminach, ponieważ taki przywilej nadali im mądrzy Jagiellonowie. Ale inni rozeszli się po całej Polsce. Czy słyszał Pan o żydowskich karczmach? Czy one obsługiwały tylko Żydów? To się nazywa „wolność”: jedni robią tak, a inni inaczej. Wiem, że nie doświadczył jej Pan, ale może Pan o niej słyszał. W tym aspekcie Rzeczpospolita była raczej niezwykłym tworem w owych czasach i dlatego właśnie przyciagała uchodźców. Żydzi uciekali przed pogromami w Anglii, w Hiszpanii, we Flandrii – do Polski. Mnie przechodzi dreszcz po plecach, że moi przodkowie byli tak niezwykle mądrzy, a Pana to zdaje się obrażać. Pan zdaje się mówić: „Co za zacofani durnie! Zabrało im setki lat, żeby się nauczyć od ‚Zachodu’, jak dokonywać pogromów na niewinnych ludziach.”

    Nie ma Pan także racji, co do stanu obecnego. W Londynie istnieją zwarte „gminy żydowskie”. Są one bardzo ostro krytykowane, ale tylko przez innych Żydów, którzy – nie bez słuszności – utrzymują, że to jest dobrowolne tworzenie getta. Ale jednocześnie, tak jak w starej Polsce, nie przeszkadza to ludziom wokół. To się nazywa wolność. Czy słyszał Pan o „Chinatown” w różnych miastach Ameryki, Australii itp.? To są takie właśnie dobrowolne getta. Nie inaczej jest z Little Italy w Londynie czy w Nowym Jorku. Mnie się to nie podoba, bo ja nie jestem nacjonalistą, a ludzie trzymający się razem „na obczyźnie” są skolektywizowanymi nacjonalistami. Z tego co Pan mówi, wnioskuję, że i Pan do nich należy. Nie rozumiem zatem, dlaczego krytykuje Pan nacjonalizm Żydów. Ja mogę ich krytykować, bo jestem anty-nacjonalistą, ale w Pana wypadku to jest… przyganiał kocioł garnkowi.

    Nie sądzę, żeby słyszał Pan w dzisiejszych czasach jakiekolwiek nie-polskie głosy o rzekomej polskiej gościnności. Kiedy w Londynie pracowało niedawno milion nowo przybyłych Polaków, to byli wynoszeni pod niebiosa za pracowitość, do czasu aż ktoś wskazał na oświadczenie związku zawodowego „Solidarność” (tfu! i ja kiedyś to słowo wypisywałem na murach…), przeciw napływowej sile roboczej! Oczywiście orły solidarnościowe protestowały przeciw Białorusinom, Ukraińcom itp. którzy gotowi byli wykonywać W POLSCE tę samą pracę za mniej -czyli robili dokładnie to samo, co POLACY ZA GRANICĄ. W tym pierwszyn wypadku to jest skandal, w tym drugim osiągnięcie.

    Wybaczy Pan, ale nie rozumiem zdania: „Ten „kolektyw” to jakaś ruska ściema”, ani następnych zdań. Może z wyjątkiem słów o „żywych ludziach przy wódce”. Czyżby chciał Pan pić wódkę na księżycu? To może się nie udać, ale, hej! nie ma to jak indywidualizm!

  28. 28 Julek

    Przykro mi czytać słowa, które włożył Pan w moje usta, a które starają się sugerować, że jestem zwolennikiem pogromów. Szlaban to nie pogromy. Polityka imigracyjna każdego obecnego państwa, teraz w XXI w. jest dość restrykcyjna i nikt nie pisze, że tam gromi się kogokolwiek. Dlatego bardzo proszę troszkę przystopować.

    Nie mogę odmówić Panu bycia dumnym z gościnności przodków. Wg mnie było to trochę bez pomyślunku.

    Proszę mi przypomnieć, w którym miejscu skrytykowałem nacjonalizm Żydów? Nie skrytykowałem! (jeszcze raz sory za wykrzyknik). Wyraźnie napisałem, że zachowania nacjonalistyczne traktuję jako normalność. Tak po prostu jest, że człowiek mocniej wspiera swoich. Dlatego też żaden kocioł nie przyganiał żadnemu garnkowi. Słowa o „Żydach pozamykanych w swoich gminach” użyłem jako argumentu na rzekome porównanie Żyda do Szkota. Nawiasem dość trafne, i tu się uśmiechnę, jeśli chodzi o stosunek do forsy. Ale poza tym, to są jednak troszkę inne światopoglądy.

    Owszem, istnieją Chinatowns, Little Italy, Petit France, Jackowa itp. ale… ich wszystkich obowiązuje jedno prawo. Inaczej było z Żydami. Za obupólną zgodą zresztą, Żydzi rządzili się i sądzili po swojemu. Porównać to można bardziej do Szariatu niż do Chinatown. Brak asymilacji Żydów w Polsce przez wieki to jest już dobrze wszystkim znany fakt. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Nie chcę tego wartościować. Tak jak Pan mówi, była wolność, jedni chcieli być Żydami, inni chcieli poznawać świat. Ale do czego dążę? A do pytania: dlaczego Pan tak mocno krytykuje Polaków Dmowskiego i na nich pluje („tfu…”) za jego próbe zdefiniowania samych siebie? Dlaczego? Dbali o swoje tak, jak Żydzi przez wieki dbają o swoje. Niestety nie odbyło się to bez ofiar. Niestety.

    Moim zdaniem nie ma tu łatwej odpowiedzi, jak zorganizować społeczeństwo tak, aby wszystkim żyło się wesoło, bogato, bezpiecznie, szczęśliwie i aby wszyscy się wzajemnie kochali. To wszystko dzieję się „tu i teraz”. Nie można tego łatwo zaplanować, a w przypadku kilku kultur żyjących na jednym terenie, z których każda kieruje się własnym kodem etycznym, i jeszcze dodać do tego zagrożenie zewnętrzne… Nie ma łatwych odpowiedzi, a winę najłatwiej zwalać na „tamtych”.

    Kolektyw nie istnieje. Proszę mi podać przykład z życia, a postaram się udowdnić, że jest tam ktoś kto nadaje temu kształt, ktoś, kto się przeciw temu kształtowi buntuje itd itd. Ja kolektyw rozumię jako bezkształtą masę bezmyślnych niewolników. I poza więzieniem czegoś takiego nie ma.

  29. 29 michał

    W którym miejscu krytykuje Pan nacjonalizm żydowski? Cytat: „Żydzi pozamykani w swoich gminach… To do sytuacji Szkota, który już pewnie na drugi dzień smakował białogłowe i płodził potomstwo w ogóle nie ma co porównywać.”

    Nacjonaliści wszystkich krajów, łączcie się! Jeśli to nie jest krytyka, to ja się nie nazywam Michał Bąkowski. Szkot smakował i płodził, i dał nam Herberta, więc kochamy Szkota. A Żyd zamknął się w Drohobyczu, więc bić mu szyby. O pardon, nie ośmieliłbym się wkładać Panu w usta, więc może lepiej: „w ogóle nie ma co porównywać”?

    Ale potem mówi Pan coś o „innych światopoglądach”. Niechże się Pan koniecznie podzieli. Więc jakie są cechy światopoglądu szkockiego wobec żydowskiego? A polskiego wobec żydowskiego?

    Brak asymilacji ma, proszę wybaczyć moją ignorancję, tłumaczyć co właściwie? Pogromy, których nie trzeba Panu wkładać do ust? Ma wytłumaczyć Dmowskiego i jego „Polaka-katolika”, czy jak? Ma wyjaśnić dlaczego w jego próbie „zdefiniowania samych siebie nie było się bez ofiar”? Bez ofiar, które endecy byli gotowi zaakceptować… wśród Żydów, wśród Rusinów itd.

    Prosi Pan o przykład kolektywnego myślenia: właśnie go Pan podał. A że kolektyw nie istnieje, to oczywiście zgoda. Nie istnieją żadne wspólnoty, ani narody, ani żadne tego rodzaju bzdury. To są tylko hipostazy, które ułatwiają nam rozmowę. Jedynym realnym bytem w świecie ludzkim jest pojedynczy człowiek.

  30. 30 Julek

    Filozoficznie Pan zakończył: „pojedynczy człowiek”. Być może złapię tu za słówko, ale czy wie Pan, że „pojedynczym” to może być jedynie ktoś, kto został wyciągnięty z wiekszej grupki? A przecież wg logiki nie może być coś realnego częścią czegoś nierealnego.

    Bardziej filozoficznie brzmiałby „samotny człowiek” i takim się czasami czuję kiedy patrzę w rozgwieżdżone niebo. Ale kiedy po tej chwili zawieszenia we wszechświecie widzę znajomą mordę, która pyta się „gdzie byłem”, że „się martwił”… No niech mi Pan powie, jak ja mam temu nie wierzyć?

  31. 31 michał

    ??? Że jak???

    „Nie może być coś realnego częścią czegoś nierealnego”? Przecież rzecz właśnie na tym polega, że człowiek nie jest żadną częścią, nie jest trybikiem w maszynie, jak chcą bolszewicy, nie jest częścią kolektywu, jak chcą nacjonaliści – jest jedyną realną całością.

    Człowiek współczesny, człowiek masowy, redukuje siebie samego do cząstki czegoś większego, nadając temu czemuś przerażająco wiele podobieństwa do realnego bytu, ale – Bogu niech będą dzięki! – nie może nadal wywołać bytów społecznych z niebytu.

    Niechże Pan nie ulega błędom hipostazowania: te byty nie istnieją. Jest Pan i to co Pan sam myśli jest ważne, ta znajoma morda, co pyta i się martwi też jest ważna, bo też jest indywidualna. A od mas trzeba wiać, gdzie pieprz rośnie, bo ich reprezentanci pytają „gdzie Pan był?” z zupełnie innymi intencjami.

  32. 32 Julek

    Człowiek „całością” dla jednych, dla innych całością jest np. rodzina, a sam jeden „pojedynczy” człowiek to nawet nie stanowiłby jej połowy.

    Ja nie potrafię powiedzieć, że rodzina nie istnieje, albo, że rodzina nie jest realna.

    Pojedynczy człowiek będący jedyną realną całością, to nic innego jak właśnie zatomizowane społeczeństwo. Brak struktur społecznych. To jest właśnie masówka.

    Pojedynczy człowiek jest jak pojedynczy atom. I nawet w tym chemicznym świecie chyba nie istnieją pojedyncze atomy. Wszystkie są połączone, tworzą różnego rodzaju substancje, z samym sobą lub z innymi atomami.

  33. 33 michał

    Drogi Panie Julku,

    Koncepcja człowieka jako jedynej całości, jest dość stara, ma źródła w teologii, która postrzega człowieka jak osobę. Stworzeni jesteśmy na obraz i podobieństwo. W jakim sensie? Czyżby Stwórca miał dwie nogi i dwie ręce? Nie. Chyba raczej, tak jak Ojciec w niebiesiech, jesteśmy osobami. Jesteśmy tylko osobami ludzkimi, ale jako tacy jesteśmy całością. Nie potrzebujemy dopełnienia w postaci narodu, jak chciał np. Hitler. W sobie samych, tj. w danej nam od Boga naturze, mamy wszystko, czego potrzeba do Zbawienia. Bycie osobą, to tyle co trwałe ugruntowanie duchowości ludzkiej w niej samej, w kierunku Boga, jako swego źródła i celu.

    To nasza osobowa, czyli indywidualna, relacja z Bogiem, daje nam moc nadania sensu naszym związkom z innymi, jednostkowymi bytami ludzkimi, daje nam moc samostanowienia czyli wolności decydowania o samym sobie (choćby przeciw naszej własnej naturze).

    Rodzina jest z pewnością ważną wspólnotą w rozwoju człowieka jako osoby. Zatomizowane społeczeństwo pozbawione naturalnych wspólnot przemienia się w masę. Ale rodzina nie istnieje jako całość większa niż poszczególni jej członkowie, chyba że mówimy o sycylijskich Familiach.

    Natomiast naród jest tym, co niektórzy nazywają „wspólnotą wyimaginowaną”, w tym sensie, że nikt nie zna wszystkich członków swego narodu, a tylko wyobraża sobie, że są w jakiś określony sposób tacy, jak on sam. W dzisiejszym świecie, ludzie czasami nie znają swej własnej rodziny, ale nawet 100 lat temu ogromna większość ludzi na Ziemi znała wszystkich członków rodziny. Stąd więc spójnia rodziny nie jest wyimaginowana.

    Przedstawiam tu tylko pewną koncepcję, ale wyznaję, że nie do końca mnie ona przekonywa. Wyobrażona wspólnota narodu, z całą swą nierealnością, ma niestety bardzo realne skutki w postaci stworzenia narodowego kolektywu. Pozwoli Pan, że odejdę od emocjonalnie naładowanego przykładu Polski. XIX wieczna Italia była zbiorem zwaśnionych miast-państw, regionów, których nie łączyło nic, nawet język (mniej niż 20% ludności półwyspu mówiło językiem identyfikowalnym z dzisiejszym włoskim). A jednak skoncertowana akcja polityczna zdołała stworzyć włoski nacjonalizm – zdołała stworzyć coś, co istnieć nie powinno i co, w terminach czysto filozoficznych, w ogóle nie istnieje.

    Kiedy człowiek staje się cząstką kolektywu, to rezygnuje z części siebie jako osoby, redukuje siebie jako osobę, jako jedyną całość do trybiku w machinie. Hipostazy takie jak naród czy społeczeństwo, trzeba brać za to czym są, tj. pojęcia, które umożliwiają nam porozumiewanie się, ale pozbawione są rzeczywistego desygnatu.

  34. 34 Wojciech Majda

    Witam,

    przeczytałem prawie wszystkie Państwa artykułu. Muszę przyznać, że jako młodemu człowiekowi rozjaśniły wiele spraw. Dzięki lekturze Golicyna i rozpoczęciu słuchania „Drogi donikąd” Mackiewicza upewniłem się w tym, że moja decyzja o emigracji jest słuszna.

    Dziękuję za tę stronę!

  35. 35 Dariusz Rohnka

    Witam,

    Czyli, Pana zdaniem, lektura Golicyna, Mackiewicza, także pisujących dla WP wiedzie prostą drogą do decyzji o emigracji? To dość przygnębiające, ale nie zamierzam z tym wnioskiem polemizować, tym bardziej, że wśród czytanych przez Pana autorów emigranci zdecydowanie dominują.

    Jeśli jednak emigrować, to dokąd? Czy istnieje gdzieś jeszcze kraj nieskażony demobolszewicką ideą? Europa, Azja, Ameryka Płn., także Płd. chyba nie wchodzą w rachubę. Ale może lubi Pan ciepły klimat, za to nie przepada za morzem? Jest takie jedno miejsce w Afryce subsaharyjskiej – Botswana. Na komunistów głosuje tam podobno znacznie mniej niż 1% populacji – znikoma przynajmniej szansa, że sąsiad okaże się bolszewikiem.

  36. 36 Wojciech Majda

    Z perspektywy młodego, prostego człowieka, który chce sobie życie dopiero ułożyć taka decyzja jest najbardziej racjonalna. Wiedza zdobyta dzięki tym książkom (i Państwa stronie) pokazała mi pewien kontekst w którym można zinterpretować otaczającą mnie rzeczywistość. A ta rzeczywistość wydaje się (jest!) przerażająca, stąd postanowienie wyjazdu. Wcześniej różne elementy układanki były takie jakby niepoukładane i niezwiązane ze sobą. Np. to, jak mój przyjaciel (koniarz) napisał o tym, jak pewni ludzie dążą do zakazania hodowli koni i jeździectwa w ogóle. Dziwnym zbiegiem okoliczności jest, że głową tej szkoły „jeździectwa” jest… oficer KGB Aleksandr Newzorow.
    http://boskawola.blogspot.com/2011/03/zrownowazony-odwrot-w-wersji-na-cztery.html
    Zapewne w innych dziedzinach wpływy bolszewickich służb są podobne, choć może nawet nie aż tak bardzo jawne.

    Prawdopodobnie na stałe wyemigruję do Argentyny. Nie jest to kraj szczególnie „antykomunistyczny”, jednak jest dość skorumpowany, łapówki nie są wysokie, nie za bardzo przestrzega się tam prawa, rozwija się gospodarczo i co mnie szczególnie interesuje jest tam tania ziemia rolna. W Polsce ziemia jest droga, biurokracja sprawia, że niemożliwe jest mieszkanie „na ziemi” jeśli nie ma się dobrze ponad sto kilkadziesiąt tyś zł. Nie mówiąc już o tym, że stosowanie wielu wydajnych sposobów upraw np. agroleśnictwo (hodowla drzew i w międzyrzędach prowadzi się inny rodzaj działalności rolniczej np. wypas krów) jest w praktyce z powodów biurokratycznych niesamowicie trudna (zdobycie pozwolenia na wycięcie drzew). Dopłaty zaburzają rynek powodując, że trzeba prowadzić produkcję rolniczą w określony, wytyczony przez władców sposób, gdyż inaczej się nie dostanie dopłat co sprawia, że pozycja ekonomiczna na rynku takiego gospodarstwa jest znacznie gorsza.

    Mam świadomość, że krajów bez bolszewizmu już praktycznie nie ma (wymieniona przez Pana Bostwana jest ciekawa). Liczę (może naiwnie),że fizyczna odległość (od ośrodków władzy – miast) umożliwi znośniejsze życie z mniejszym bolszewickim wpływem. Postęp technologiczny działa na moją niekorzyść, ale… Zabrzmi to może jak wielce przez Panów potępiane „jakoś przecież trzeba żyć”: gdzieś trzeba przecież żyć?

  37. 37 Dariusz Rohnka

    Panie Wojciechu,

    To co Pan pisze o dążeniu do zakazu hodowli koni oraz jeździectwa jest bardzo frapujące, ale – jako zdecydowanie laik – niewiele z tego rozumiem. Czy mógłby Pan mnie i ewentualnych czytelników nieco w tej materii oświecić?

    Niewiele wiem na temat Argentyny, poza oczywistą bolszewicką przemianą, jaką ten kraj przechodzi w ciągu ostatnich lat, podejrzewam jednak, że dokonał Pan wyboru rozważywszy wszelkie możliwe za i przeciw. Skoro kleszcze nakazów-zakazów nie są tam jeszcze tak zaciśnięte jak w Europie, nie powinien Pan się za długo wahać – zdecydowanie szkoda czasu.

    Absolutnie nie dostrzegam nic zdrożnego w Pana potrzebie „jakiegoś przecie życia”, jeśli to ma być pierwszy krok w kierunku jakże potrzebnej normalności. Być może od tego właśnie trzeba zacząć – od stworzenia wokół siebie małej, nikłej, ale jednak sfery niezależności i wolności.

    Mam szczerą nadzieję, że się Panu w tej Argentynie powiedzie!

  38. 38 Wojciech Majda

    Jeżeli chodzi o te konie to… są ludzie, którzy uważają, że jeżdżenie konno koniom szkodzi, dlatego powinno się tego zakazać. Pozwolę sobie wkleić obszerny cytat:

    „Some day, may be not in our life, equestrian sport will be outlawed and our grandchildren will try to forget this shameful fact of man’s biography. They would burn with shame thinking of this practice of the past as we are ashamed now thinking of slavery and concentration camps.

    The film “The Horse Crucified and Risen” (The Horse Encyclopedia) by Alexander Nevzorov is really an outstanding thing. Nevzorov fomented a revolution in the minds of millions of people.

    Now every horseman’s life is divided into two parts: before and after “The Horse Crucified and Risen”. Nevzorov let them see in a different light what was treated as a norm for centuries. He pointed out the only true way to establish a relationship between horse and rider: a way without violence, a path which horse and rider would follow together.

    He gave everyone a chance to decide what position to take and to join those whose grandchildren will look into horse’s eyes without any shame. Alexander Nevzorov, being a revolutionary and a brilliant thinker in essence, was one of a few people who understood the core of equestrian sport and was not afraid of calling things aloud by their names.

    He was the first to tell everyone what equestrian sport really consists of:

    ” … equestrian sport by nature can’t be even defined as a sport. Yes, any sport includes records and victories, but these records and victories are gained by one’s own sweat and blood, by one’s own pains and efforts. And equestrian sport (if we study the issue) represents parasitizing on physical abilities of another living being which does not want to be engaged in this sport but forced to it by pain and beating. So why the hell we call it a sport?

    Among all sportsmen there are no more than two percent of real sadists, and others just do not realize what they’re doing”.

    A. Nevzorov “The Horse Crucified and Risen”

    http://www.hauteecole.ru/en/alexander_nevzorov.php

    Ot „zwyczajny” sterowany przez odpowiednich ludzi „postęp” który ma doprowadzić do tego, ze koni nie będzie się wykorzystywać do rekreacji, sportu czy pracy np. w leśnictwie, gdzie są zwłaszcza niezastąpione. Podobne zjawisko obserwuję również w innych dziedzinach.

    Niestety mam wrażenie i to chyba nie tylko moje wrażenie, że sowietyzacja cały czas postępuje a te wszystkie postępowe pomysły są na świecie w szybszym czy wolniejszym tempie, ale jednak cały czas wprowadzane. Wszystko to oczywiście prowadzi do poszerzania zakresu władzy sił rządzących światem, bo przecież jakoś tych nieczułych na cierpienia koni trzeba będzie zdyscyplinować (że użyję takiego eufemizmu)..? Trochę to straszne.

    Mam pytanie to o książki Mackiewicza. Czy wiedzą Panowie gdzie i czy można dostać jego książki w wersji elektronicznej? Po torrentach i chomikach jest kilka pozycji a chciałbym mieć wszystkie. Z racji planów wolałbym jak najmniej bagażu mieć. Za odpowiedź byłbym bardzo wdzięczny.

    Za życzenia serdecznie dziękuję. Z ciekawości zapytam jeszcze: Panowie w jakich krajach siedzą (jeśli to nie tajemnica)?

  39. 39 michał

    Drogi Panie,

    Przez chwilę myślałem, że cytuje Pan nadzwyczajnego Andreia Navrozova… to jeden z niewielu antykomunistów na świecie. Tymczasem Pański Nevrozov jest przykładem, jak opętanie jedną ideą zamyka oczy na świat. On jest zaślepiony swoją miłością do koni i niech mu będzie. Prawdę mówiąc, nie przejmowałbym się nim zbytnio.

    Tak się składa, że takie samo opętanie jedną ideą zarzucano wielokrotnie Józefowi Mackiewiczowi – jakże niesłusznie. On właśnie nigdy nie zamykał oczu na świat i nigdy nie był obsesjonatem. Jego powieści są przesycone zrozumieniem nawet dla wrogów.

    O ile mi wiadomo, Kontra nie sprzedaje książek w wersji elektronicznej, więc jeśli Pan rzeczywiście ma jakieś, to nie jest dobrze, bo wygląda na to, że dostał je Pan od jakichś podejrzanych typów.

    Nie jest tajemnicą, że mieszkam w Zjednoczonym Królestwie, ale wp nie jest witryną „emigracyjną”, tylko podziemną.

  40. 40 Jacek Kobu

    Witam,

    Trafiłem tu analizując ruch na mojej stronie – dzięki linkowi podanemu przez koiegę Wojciecha.

    Mam wrażenie, że mamy dość podobne poglądy na różne kwestie – powiedzmy – „metapolityczne” – z tym, że ja jestem jeszcze większym pesymistą i w zasadzie każde w ogóle działanie o charakterze zbiorowym, publicznym, uważam za daremne – cokolwiek nie zrobimy, ONI i tak wygrają. Komunizm to nie aberracja. To norma. Odpowiada bowiem najniższym, najbardziej prymitywnym i przez to najsilniejszym ludzkim instynktom: nażreć się, lenić się, zgnoić każdego, kto tylko odstaje od przeciętnej…

    Pozwolę jednak sobie nie zgodzić się co do interpretacji „ruchu”, czy też „sekty” p. Niewzorowa. Akurat to, że jest on oficerem KGB raczej nie ma większego znaczenia. Oczywiście, że jest to na razie ruch marginalny i na pierwszy rzut oka – szalony.

    Jednak tak samo jak dla Pana, tak dla 99,97% społeczeństwa (to dane oficjalne – wg statystyk Polskiego Związku Hodowców Koni COKOLWIEK wspólnego z koniem miało 0,03% współcześnie żyjących Polaków – to tak a propos jednego z popularniejszych mitów narodowych…) sprawa czy są w ogóle na świecie jakieś koniki czy ich zgoła wcale nie ma i czy cokolwiek się z nimi robi czy nie robi – nie ma najmniejszego znaczenia. To po prostu całkowicie nieistotne.

    Jednak takich, 99,97% „większości” da się zebrać bardzo wiele! Skoro sprawa jest dla tak przytłaczającej większości obojętna, to wystarczająco zdeterminowana grupka ekstrymistów MA duże szanse narzucić swoje szaleństwo ogółowi – opór przeciw takiej legislacji będzie przecież praktycznie niesłyszalny… A życie składa się z drobiazgów! Poddając zniewoleniu jeden taki drobizag za drugim, można całkiem „fajny” totalitaryzm zbudować. A jak powstał Jewrosojuz..? Ano właśnie dzięki takim drobizagom – od przewozu serwatki po emisję CO2, wszystko to są „drobiazgi”, które w punkcie wyjścia interesowały może 0,03% ogółu. I co mamy w efekcie..? Ano mamy eurosocjalizm pełną gębą – a wiele jeszcze przed nami..!

    Dlatego zawsze powtarzam: Człowieku dobry! Ogarnia Cię przemożna chęć polepszyć ten nasz łez padół, naprawić świat, ludziom Nieba przychylić..? Idź, pomódl się, usiądź gdzieś cichutko w kąciku, ogródek skop – cokolwiek: poczekaj, a może Ci ta chętka przejdzie?! Świat będzie o wiele lepszy – jeśli nie będziemy próbowali go poprawiać…

  41. 41 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie,

    Bardzo możliwe, że mamy podobne poglądy na wiele kwestii, choć one nie są bardzo popularne w dzisiejszym świecie. Rozumiem Pana skrajny pesymizm, ale go nie podzielam – stawianie tak definitywnie kropki nad i w odniesieniu do walki z komunizmem wydaje mi się grubą przesadą. Bolszewicy świetnie grają na naturze ludzkiej, wykorzystując dla swoich celów wszelkie jej ujemne cechy, potrafią doskonale manipulować tłumem i pojedynczym człowiekiem, ale, szczęśliwie, mają i tę właściwość, że nie są nieomylni. Jeśli zaś idzie o naturę człowieczą – wie Pan, równie dobrze jak ja, że jej obraz nie jest bynajmniej jednobarwny i płaski.

    Nie mam sprecyzowanego zdania w kwestii zakazu hodowli koni, ale panów przestrogi w odniesieniu do tej sprawy nie wydają mi się jakoś grubo przesadne. Istotnie, w ciągu ostatnich lat przeforsowano sporo szalonych – na oko – projektów. Dlaczego by nie miano zakazać hodowli koni i jeździectwa, tym bardziej, że ludzi zainteresowanych koniarstwem jest z pewnością znacznie, znacznie więcej niż przytoczone 0,3 promila populacji – proszę to sobie, choćby pobieżnie, przeliczyć.

    Czy rzeczywiście uważa Pan, że świata, w którym żyjemy, nie należy poprawiać? Co pozostaje? Burzenie?

  42. 42 michał

    Problem „poprawiania” wydaje mi się jednak bardziej złożony. Mam wrażenie, że pan Jacek mówi o „poprawiaczach”, o „uszczęśliwiaczach” na siłę. Pisał o nich wielokrotnie Mackiewicz, choćby w tym kapitalnym fragmencie z „Miasojedowa”:

    „Zawsze przedstawiam sobie taki obrazek: za stołem siedzi, jak dwunastu rozbójników, dwunastu rewolucjonistów różnych odcieni, i debatuje gorąco nad uszczęśliwieniem ludzkości; spiera się, układa plany, programy. Aż tu otwierają się drzwi i wpada trzynasty z zawiadomieniem, że wszystko jest już niepotrzebne, bo stał się cud i ludzkość już została uszczęśliwiona! Pan wie, co by to oznaczało dla tych dwunastu? Oznaczałoby największe rozczarowanie jakiego doznali kiedykolwiek w życiu… Rozczarowanie osobiste. Czy nie mam racji?”

    Do takich właśnie uszczęśliwiaczy należy chyba ów Niewrozow, bo przecież jego pomylone pomysły biorą się z pewnością z miłości do koni i z tej miłości wynika okrzyk niejako w imieniu konia: „dosiadł mnie osioł okrakiem i krzykiem obwieszcza donośnym, że na wierzchowcu takim będzie jeźdźcem wolności!” Świat pełen jest pomyleńców, którzy nie potrafią żyć bez prowadzenia jakiejś kampanii, bez nawoływania, bez zbierania pod sztandar; to o nich właśnie jest powyższy cytat.

    Wydaje mi się także, iż występujemy tutaj zgodnie przeciw „poprawiaczom” innego gatunku, tj. poprawiaczom sowieckiej łżeczywistości. Za czasów pierwszego prlu, ludzie pokroju Stefana Kisielewskiego pragnęli „poprawiać prl”, pragnęli usprawniać go, czynić go bardziej znośnym, sfinlandyzować prl. Nie owijajmy w bawełnę: oni wygrali. Stworzyli najlepszy z możliwych prlów, który zaspokaja potrzeby wszystkich Polaków (z nielicznymi wyjątkami, które tkwią w podziemiu).

    Wygląda więc na to, że czasami poprawianie jest dobre, a czasami nie; że nie można poprawiać czegoś, co jest inherentnie złe, ale potrzeba chyba bezustannej melioracji ludzkich instytucji, by były „lepsze”; że nie trzeba prowadzić kampanii przeciw jeździe konnej, bo nie ma w niej nic złego, bo jeźdźcy prawdziwie kochają konie, tak jak myśliwi kochają zwierzynę, na którą polują, czego oczywiście oponenci polowań i konnej jazdy zrozumieć nie mogą i nie chcą.

  43. 43 Amalryk

    Po lekturze komentarzy Panów Wojciecha i Jacka tak sobie pomyślałem;

    Od lekceważenia komunizmu, i traktowania go jako przebrzmiałej, dawno wypalonej utopii, wegetującej gdzieś na peryferiach spuścizny intelektualnej ludzkości, bardziej niebezpieczną postawą jawi się przekonanie o jego jakiejś ponadnaturalnej omnipotencji, czy też fizycznej niepowstrzymywalności w jego tryumfalnym pochodzie poprzez ludy i kontynenty naszej planety. Powiedzmy sobie to głośno i wyraźnie; komunizm , wraz ze swoimi niebezpiecznymi wyznawcami , musi wyginąć! A my musimy im w tym dopomóc – i to bez melancholijnego wykręcania się, iż wszystko na tym lichym Świecie, w końcu przecież, zawsze znajdzie swój kres.

    Niewątpliwie obraz rzeczywistości wyłaniający się z lektury tekstów zamieszczonych na łamach „Wydawnictwa Podziemnego” nie skłania do radosnych konstatacji (ba, ale czy nie dość jest piewców, również w internecie, szaleńczo zachwyconych tym „Nowym Wspaniałym Światem”, jaki się powoli nam rysuje na horyzoncie?) wszelako, jak mniemam, ostatnią intencją autorów byłoby budowanie obrazu bezsilności, czy też tragicznego pogodzenia się z nieuchronnym losem. Wiedza zawsze jest siłą, a od nas samych zależy zaś jaki robimy z niej użytek.

    Że komunizm swą niezwykłą żywotność zawdzięcza sile jaką czerpie z najniższych instynktów człowieka i ogromnych pokładów zła jakie w każdym z nas drzemią, to jest dość trywialną konstatacją. Ale mogę się podzielić też własną. Nigdy nie wierzyłem w możliwość ostatecznego tryumfu komunizmu. Co może się wydawać dziwnym to, pomijając argumenty natury metafizycznej, właśnie wręcz fizycznym odczuciem, jakie nieodparcie w kontakcie z tym tworem we mnie zawsze dominowało, było uczucie obrzydzenia. Żadnego strachu, niepokoju czy jakiejś tam beznadziejnej bezsilności, lecz właśnie obrzydzenia. Jakbym się znalazł obok czegoś plugawego, obślizłego czegoś od czego sam odór odrzuca na bezpieczną odległość…

  44. 44 michał

    Józef Mackiewicz podkreślał wielokrotnie, że z komunistów „ani geniusze, ani nadludzie”, że jest w zasięgu ludzi inteligentnych i kulturalnych pokonanie tego plugastwa. Protestował także przeciw przedstawianiu jego własnej publicystyki jako defetystycznej.

    Muszę Panu podziękować, Panie Amalryku, za tak dosadne wyrażenie tej samej myśli.

    Komunizm jest silny potęgą „chcenia być oszukanym” przez resztę świata. „Na przekór temu powszechnemu ‚chceniu'” pisał Mackiewicz. Na przekór istnieje niniejsza witryna.

    Zacząć trzeba od jasnego obrazu sytuacji; od zdania sobie sprawy z tego, gdzie stoimy. Tylko wtedy możemy oprzeć się owemu powszechnemu chceniu. Jeżeli więc nasza publicystyka nie skłania do radosnych konstatacji, to nie po to, by stworzyć obraz bezsilności, ale by móc w przyszłości znaleźć drogę, która nie wiedzie donikąd. Nie piszemy „ku pokrzepieniu serc”, ale ku rozjaśnieniu głów.

  45. 45 Jacek Kobus

    Cóż mam dodać? Kwestią przetrwania indywidualnego nadchodzącej apokalipsy zajmujemy się wspólnie m.in. z Wojciechem Majdą na portalu Agepo.pl (choć nam ostatnio takim już pesymizmem zawiało, że w zasadzie raczej o możliwościach ucieczki niż przetrwania na miejscu jest mowa…). Że apokalipsa nadejdzie – niezależnie od tego, czy za sprawą kurczących się zasobów ropy naftowej czy z innego powodu – w to wątpić nie można. Zło jest bezpłodne. Zasobem który bolszewizm wszelkiej maści zużywa i niszczy w sposób najbardziej rabunkowy jest ludzka pomysłowość – centralizując, koncentrując, ograniczając i regulując walnie zatem zmniejsza zdolność naszego gatunku do homeostazy.

    Tyle tylko, że wcale nie uważam, iż świat post-apokaliptyczny będzie w jakikolwiek sposób lepszy… Historia uczy tylko jednej rzeczy: że ludzie się z historii niczego nie uczą!

  46. 46 michał

    Drogi Panie,

    Pisywał niegdyś na naszej stronie pan o nazwisku Jeff Nyquist. Twierdził on między innymi, że „teoria nieuchronnego konfliktu zbrojnego nie jest wcale teorią, zbrojny konflikt jest zawsze nieunikniony.” A dalej: „żeby podzielić świat pomiędzy sobą, Rosja i Chiny muszą zniszczyć amerykańską potęgę.”

    Ale prawda jest taka, że nic nigdy nie jest nieuniknione, ponieważ oprócz zdeterminowanych łańcuchów przyczyn i skutków, w działalności istnieje także nieprzewidywalna przyczynowość wolna. Innymi słowy, ja nie wiem, co Panu strzeli do głowy jutro, ani Pan nie ma pojęcia, co za głupstwa ja będę wyprawiał w niedługiej przyszłości. I Bogu dzięki, bo inaczej życie byłoby nudne.

    Jest to banalna prawda, że nie wiemy, co niesie nam przyszłość, np. amerykańska potęga może być unicestwiona bez zbrojnego konfliktu. Pragnienie zgłębienia tego, co jest przed nami zakryte, jest bez wątpienia szlachetne, ale przewidywanie jest najbardziej niepewną z logicznych operacji myślowych. Ja akurat zgadzam się z Panem, tak jak zgadzałem się z Nyquistem, co do „apokaliptycznej” natury tego co nadchodzi, ale to postępowałbym nieracjonalnie, zapominając, że pozostaje to niepewne. Nyquist przewidywał nieuniknioną wojnę tuż za węgłem w latach 90., a potem mniej więcej każdego roku.

    A mnie się wydaje, że powinniśmy próbować przewidywać rozwój wypadków, ale pozostać gotowymi na najbardziej nieoczekiwane sytuacje.

  47. 47 Wojciech Majda

    Szanowny Panie Amalryku,

    Pana twierdzenie, że komunizm musi wyginąć jest w moim przekonaniu pobożnym i nie powiem, również przeze mnie podzielanym życzeniem. Ale cały czas życzeniem. Mam wrażenie, że komunizm „nic nie musi”, a na pewno nie musi upaść. Bo niby dlaczego?

    Zastanawia mnie również co skłania Pana do takiego myślenia.

  48. 48 Amalryk

    Panie Wojtku!

    A i owszem, pobożne (swoją drogą ciekawe czemu ten zwrot doczekał się w naszym języku tak wyraźnie negatywnego wydźwięku) i bez wątpienia życzenie. A więc najpierw zacytujmy oryginał będący źródłem mego poetyckiego natchnienia (który ze złośliwą satysfakcją nieco „przekonstruowałem”):

    „Słabi i wątli muszą wyginąć: oto pierwsza zasada naszej filantropii. I trzeba im w tym dopomóc!” (F.Nietzsche)

    Lecz zostawiając na boku piewcę Zaratustry z jego przesłaniem, uważam że w ten sposób zredagowane owo pobożne życzenie zasługuje, bez wątpienia, przynajmniej na status imperatywu kategorycznego. I tak należałoby je tu rozumieć.
    Zaś logiczne problemy z niewyprowadzalnością zdań normatywnych ze zdań opisowych (a o ile się orientuję, nikt jeszcze nie unieważnił „gilotyny” Hume’a) i tak niewiele mają tu do rzeczy, gdyż nawet gdyby doczekały się pozytywnego rozstrzygnięcia, to niewątpliwie i tak nie uwolniłyby nas od zła.

    Oczywiście nie takiej argumentacji Pan oczekiwał, ale nie posiadam, niestety (lub stety), ani szklanej kuli ani też nie złamałem serca Apolla, ale też wszelkie lepiej lub gorzej umotywowane hipotezy pozostaną tylko nimi właśnie, dopóki nie przejdą weryfikującej ich próby czasu.
    Zresztą zauważyłem, już dawno temu (a nie jestem młodzieńcem), iż dziwnym trafem dar proroczy dotyczy tylko kasandrycznych przepowiedni właśnie, jakby apollińskie przekleństwo objęło również swym zasięgiem wszystkich jej duchowych pobratymców. A zagłada komunizmu do takich proroctw się wszak nie zalicza. Nieprawdaż?

  49. 49 michał

    Panie Amalryku,

    Chapeau bas. Bardzo to dowcipnie Pan wyłożył. Ale czy ja dobrze Pana rozumiem? O ile mnie pamięć nie myli, przekleństwo Kasandry polegać miało na tym, że jasno widzieć będzie przyszłość, ale nikt nie będzie wierzył jej ostrzeżeniom. Z jakiego zatem powodu przepowiednia zagłady komunizmu nie zalicza się do proroctw kasandrycznych? Ponieważ jest nieprawdziwa, czy też dlatego, że wszyscy wierzą, iż dawno już się spełniła?

  50. 50 Amalryk

    Panie Michale,

    Nie zapominajmy jednak o tym, że Kasandra była prorokinią złowróżbną. Czy przebieg wojny a w jej efekcie ostateczny upadek Troi, czy dokładne przepowiedzenie kto z czyich rąk zginie, czy prawdziwe przeznaczenie konia trojańskiego, ba i swój własny los u boku Agamemnona – czy to są proroctwa radosne? Związek między apollińskim przekleństwem a charakterem głoszonych proroctw, wydaje się być czymś o wiele bardziej nierozerwalnym niż sami jesteśmy skłonni to zauważać. I czy nie oddaje rzeczywistej immanentnej skłonności ludzkiej? A notoryczny, godny pożałowania los posłańców niosących złe wieści, które wszak przepowiedniami już nie są?
    Czy pamięta Pan „Esej dla Kasandry” Stempowskiego? Mnie w pamięci utkwiła przytoczona w nim rozmowa autora z Szymonem Askenazym przeprowadzona w Warszawie na parę lat przed wojną…

    Ale się rozgadałem. Do rzeczy; przepowiednia zagłady komunizmu nie zalicza się, moim zdaniem, do proroctw kasandrycznych w sensie jej niezłowróżbności – jest wszak proroctwem radosnym!

  51. 51 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Nie mówiłem tego do końca poważnie, ale… może jednak trzeba się zająć Kasandrą na serio.

    Czy przekleństwo Apollina dotyczyło złych wróźb, czy mówienia prawdy? Jak Pan słusznie zauważył, klątwa rozciągnięta jest na duchowych powinowatych, ale w jakim sensie? Pan zdaje się skłaniać do przekonania, że klątwa odzwierciadla tylko naturalną niechęć człowieka do złych wiadomości – czyli skłonność do optymizmu – ale być może to po prostu oddaje powszechny stosunek do prawdy?

  52. 52 Jacek Kobus

    Tu akurat chyba mógłbym wtrącić moje trzy grosze. Żeby się nadto nie rozpisywać, odeślę do tekstu który właśnie „dylematów Kasandry” dotyczył: http://agepo.pl/2010/11/jan-bloch-albo-dylematy-kasandry/

  53. 53 Amalryk

    Panie Michale,

    Nie jestem co prawda szczególnie zdeklarowanym wielbicielem rodzaju ludzkiego (pozostawiam ten zaszczytny tytuł bolszewickim i protobolszewickim zawodowym naprawiaczom ludzkości od oświecenia począwszy) ale jednak nie zdecydowałbym się na stwierdzenie że: „…klątwa (Apollina) … oddaje powszechny stosunek do prawdy?” Niewiara w prawdę nigdy nie kończy się dobrze, wątpliwe aby przy powszechności tej skłonności udało się nam dotrwać, jako gatunkowi ,aż do dnia dzisiejszego.

    Zresztą proroctwo nie ma statusu prawdy , przynajmniej dla jego odbiorców, dla nich stanie się nią dopiero wtedy gdy zostanie spełnione. ( Inna sprawa że prorok uzyskuje „szczątkowo” atrybut Boga, Tego który istnieje poza czasem, który JEST wszędzie teraz w tej chwili; i wtedy pod Troją ,i tu i teraz, i gdziekolwiek np.5000 lat po n.Chr. i kiedykolwiek. Jak trafnie to ujął Angelus Silesius; „Ich selbst bin Ewigkeit, wenn ich die Zeit verlasse. Und mich in Gott und Gott in mich zusammenfasse.”) Więc ze stosunku ludzi do „kasandrycznych” proroctw nie mamy podstaw do wnioskowania o ich stosunku do prawdy.

  54. 54 michał

    Hmmm… Anioł Ślązak mówi chyba o czym innym. Poza czasem jest ‚trwanie’, Bóg jest poza czasem, więc kiedy ja jestem poza czasem, jestem w Bogu, a Bóg we mnie. To nie ma nic wspólnego z logiczną operacją myślową, jaką jest przewidywanie.

    Moja pierwotna uwaga wypowiedziana była żartobliwie w zachwycie nad Pańską notką, ale teraz jestem coraz mniej przekonany. Pan Jacek ma po części rację w tekście, do którego nas skierował. A to dlatego, że Grecy mieli nie tylko deterministyczne, ale fatalistyczne pojęcie przyszłości. Tragedia grecka opiera się niekiedy na ingerencji bóstwa, by przywrócić przewidziany bieg rzeczy. Gdyby Edyp nie chciał dowiedzieć się o swej przyszłości, to nie porzuciłby ludzi, których uważał za ojca i matkę i nie dokonał czynów, których próbował uniknąć. A zatem, gdyby nie proroctwo, to nie byłoby tragedii.

    Z naszego (nowożytnego) punktu widzenia, proroctwo jest przewidywaniem, może się okazać słuszne bądź nie. Logicznie rzecz biorąc, gdyby Trojanie wysłuchali Kasandry, to jej przepowiednia okazałaby się nieprawdą. Ale dla Greków taka możliwość nie istniała. Rozumiał to chyba Kaczmarski, kiedy śpiewał o Kasandrze:

    Ja wam nie bronię radości
    Bo losu nie zmienią wam wróćby
    Ale pomyślcie o własnej słabości
    Zamiast o tryumfie nad ludźmi.

    Wszystkie mity mówiły Grekom, że ich przyszłość jest zapisana, i nie ma od niej ucieczki. Przekleństwo więc Apollina polegało na tym, że dał Kasandrze pełen ogląd rzeczy przyszłych – czyli ogląd prawdy – i zupełną bezsilność wobec wizji, jaką ją obdarzył.

    Dlatego interpretacja klątwy Kasandry jako przekleństwa rzuconego na tych, co mówią ludziom prawdę, wydaje mi się coraz bardziej uprawniona.

    Zabawne, że o tym samym mówimy u Jaszczura: niekonsekwencja w imię popularyzacji, bo konsekwentnie przedstawiona prawda jest trudna do przełknięcia.

    Przekleństwo jakieś czy co?

  55. 55 Amalryk

    Zaraz, zaraz! Od operacji myślowych typu (nowożytne) przewidywanie to my mamy panie i panów pogodynków w telewizorze, analityków giełdowych, bankowych, politycznych i różnych innych od tego co tam się komu zamarzy, ale zestawianie z tą menażerią proroka?

    Kasandra, owszem, mówiła ludziom prawdę lecz skąd oni mieli o tym wiedzieć?
    Czym innym jest zaś zamykanie oczu na fakty, nie na te przyszłe które się nimi staną, lecz zaistniałe i ośmieszanie, ignorowanie czy też robienie wariatów z ludzi je przedstawiających – to jest świństwo, które ma służyć jego zleceniodawcom, najczęściej w nie najszczytniejszych celach. A że niby „ludzie lubią być okłamywani” – wolne żarty; owszem wszyscy mamy jakiś udział w próżności, ale nie rozciągajmy tego na wszystkich i poza rozsądne granice!

  56. 56 michał

    Zestawienie ma o tyle sens, że postać Kasandry jest przywoływana wobec świadectw ludzi takich jak Józef Mackiewicz czy Anatolij Golicyn. Nie dlatego przecież, że Apollo pokazał im przyszłość i obarczył klątwą, tylko dlatego, że widzieli fakty. Widzieli świat takim, jakim był, a nie takim jakim go chcieli widzieć. Tak jak Kasandra, która widziała Konia nie jako dar wotywny, ale jako źródło klęski i odmawiała udziału w zabawach tryumfalnych.

    Wolne żarty? Nie sądzę. Niech Pan spojrzy raz jeszcze na dyskusję pod tekstem Jaszczura. Złorzeczenie na prlowski wymiar sprawiedliwości jest właśnie takim okłamywaniem siebie samych, podczas gdy wyzbycie się iluzji i wypowiedzenie wprost zdania: to jest prlowska sprawiedliwość i cokolwiek uczyni, zrobi to dla innych celów niż wymierzenie sprawiedliwości, jest trudne do przyjęcia. Jest wyzbyciem się złudzeń i jest prawdą.

    Twierdzę więc stanowczo, że tak, ludzie lubią być okłamywani, wolą być okłamywani niż spojrzeć prawdzie w oczy. Przykładów tego jest mnóstwo. Na niniejszej witrynie odbywają się równolegle dyskusje pod dwoma tekstami o Listach do Wiadomości. W obu wypadkach pan Paweł broni AK przed, jego zdaniem, nieuzasadnionymi „atakami” Mackiewiczów. W moim przekonaniu woli być oszukany, woli trzymać się tej „prawdy”, której wszyscy uczyliśmy się w szkole – o bohaterskim oporze.

    Nie sądzę wcale, żeby to wszystko można sprowadzić do świństw i manipulacji zleceniodawców. Nie. To jest raczej „przemożna chęć bycia oszukanym”.

  57. 57 Amalryk

    Skoro mówimy o prawdzie to rozumiem, że w domyśle obaj przyjmujemy jej klasyczną definicję.Ja, idąc w ślad za nią, przyjmuję również, iż w sensie semantycznym jest transcendentalna, istnieje niezależnie od tego czy zostanie, lub nie, potwierdzona, i czy mają miejsce jakiekolwiek akty poznawcze.

    Golicyna trudno nazwa prorokiem, w końcu ujawnił „tylko” światu metodologię sowieciarskich łgarstw i ich modus operandi rozpisany na lata. Z Mackiewiczem sprawa jest nie tak oczywista, możemy w tym wypadku przynajmniej wspomniec o duchu proroczym.

    Spojrzałem na wpisy pod tekstem Jaszczura, nie ma tam żadnej dyskusji, jest kilkadziesiąt ochów i achów i dwa wpisy dyżurnych lewackich trolli – lecz tak z grubsza wygląda ten cały burdel24. A ja twierdzę dalej; z tego, że wielu ludzi tkwi w błędzie nie wynika wprost ,iż mają wstręt do prawdy w ogólności! Zresztą do czego to doszło. Ja ,człowiek we własnym domu uważany za mizantropa, staję w obronie ludzkości!

  58. 58 michał

    Nie, chyba nie mówiliśmy o teoriach prawdy, ani o definicjach (wyznaję, że nie wiem co Pan ma na myśli, mówiąc, „prawda w sensie semantycznym jest transcendentalna”), a raczej o dość banalnej prawdzie faktów. Leży w ludzkiej naturze owa niechęć do prawdy. W wielu językach są powiedzenia na ten temat, o patrzeniu prawdzie w oczy, o nie chowaniu głowy w piasku. To właśnie ślad lęku przed prawdą. Nie trzeba wcale być mizantropem, żeby to dostrzegać.

    Ale żeby Pan bronił ludzkości?… No, no, do czego to doszło.

  59. 59 Amalryk

    „Spójrz prawdzie w oczy!”, czy „Prawda w oczy kole!”, etc – tyle mówią o stosunku do prawdy ludzi w ogólności, co opinia mojej żony o mej rzekomej mizantropii. Co oczywiście nie oznacza braku przed nią lęku czy też obawy – ale są to reakcje naturalne na właśnie złe wieści.

  60. 60 michał

    Niezupełnie. Powszechność takich powiedzeń wskazuje na równie powszechny wśród ludzkiego gatunku lęk przed prawdą.

  61. 61 Amalryk

    Lęk jednakowoż nie jest tożsamy z negacją. Mogę się lękać bolesnej terapii ale wiedząc że będzie skuteczna (prawdziwa) jednak ją podejmę – czyż nie jest to analogia i postępowanie powszechniejsze niż odwrotne do niego ?

    I czy nie prowadzimy przypadkiem modelowego sporu o to, czy szklanka jest do połowy napełniona, czy też w połowie pusta?

  62. 62 michał

    Spór może i modelowy, ale jak wiadomo szklanka jest jednocześnie do połowy pełna i do połowy pusta, i ten fakt nie podlega dyskusji. Dyskusyjna jest interpretacja.

    Po pierwsze, mam nadzieję, że utożsamienie skuteczności z prawdą jest drobną pomyłką. Tak samo jak utożsamienie wiedzy z wiarą. OK, w tym drugim wypadku zapewne łapię Pana za słówka, więc proszę mi wybaczyć, ale jednak chciał Pan chyba powiedzieć „wierząc, że będzie skuteczna”, nie?

    Lęk przed prawdą polega chyba na czym innym. To jest strach pacjenta, który woli nie wiedzieć jaki jest jego prawdziwy stan: leczcie mnie, naświetlajcie, ale nie chcę wiedzieć czy ten rak jest złośliwy. To nie jest lęk przed bólem, jak Pan pisze, ale przed prawdą stanu faktycznego. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja wcale nie krytykuję ludzi, którzy tak postępują. Nikt nie ma prawa krytykować innych, stojących wobec takich wyborów. Twierdzę tylko, że w tym zawiera się lęk przed prawdą.

    Stąd moja hipoteza – zainspirowana Pańską notką – że przekleństwo Apollina dotyczyło nie złych wróżb, ale mówienia prawdy. Nie mówienia prawdy w sensie trywialnym (w tej chwili świeci słońce), ale w sensie odważnego opisu stanu rzeczy. Mówiliśmy tu o „prorokach”, ale przecież ani Mackiewicz ani Golicyn prorokami nie byli. Golicyn owszem, przewidywał, ale Mackiewicz wyłącznie opisywał. Obaj wyciągali wnioski z bezkomopromisowego opisu rzeczywistości, z podstawowego realizmu (nie w sensie wielomskim) politycznego. Stawiam niniejszym hipotezę, że taki realizm jest objęty apollińską klątwą.

  63. 63 Paweł

    Jednak Orłoś w czasie rozmowy z Mackiewiczem w 1972 usłyszał ciekawą przepowiednię na temat Sowietów. Rozmowa ta opisana jest w wywiadzie, który można przeczytać na przykład na stronie http://tylkoprawda.akcja.pl/ojm035.htm

  64. 64 Amalryk

    Zgoda, ale ten strach, dotycząc prawdy która jest dla odbiorcy straszną , właśnie na takie prawdy, czyni ludzi ślepymi. Mamy wówczas do czynienia z czymś co od biedy można by nazwać ,kompensacyjną funkcją kłamstwa. Które w założeniu ma chronić psyche ułomnych na duchu jej odbiorców, przed kompletnym załamaniem.

  65. 65 michał

    Panie Amalryku,

    Przez krótką chwilę myślałem, że zgodził się Pan z panem Pawłem!…

    Albo nie rozumiem, co Pan chce przez to powiedzieć, albo nie ma Pan racji, mówiąc o „kompensacyjnej funkcji kłamstwa”.

    Jako ludzie, boimy się prawdy, bo może okazać się straszną. Przyjmujemy kłamstwa, czasami wiedząc w sercu, że to kłamstwa, bo tak nam wygodniej. Lęk więc nie jest przed złą wróżbą, ale przed prawdą.

    Proszę pamiętać, że kłamstwo nie jest przeciwieństwem prawdy, ale prawdomówności. Kłamstwo może kompensować tylko na bardzo krótki czas, bo prawda prędzej czy później wyjdzie na wierzch i trzeba będzie poprzednie kłamstwo zastąpić nowym.

    Kiedy ludzie podczas wojny pokrzepiali serca wiarą w zachodnich aliantów, wiarą w ewolucję sowietów, to lękali się prawdy. Prawdy, że to co nadchodziło, to był koszmar prlu.

  66. 66 michał

    Panie Pawle,

    Członkowie Bandy Czterech nie są rzetelnymi świadkami. Pisałem bardzo dawno o rzekomej „przepowiedni” Mackiewicza i zdumiewającym braku jej zrozumienia ze strony jego siostrzeńca.

  67. 67 Amalryk

    Panie Michale,

    Powiedzmy więc, że klątwa Apollina dotyczy prawd „niewygodnych”.

  68. 68 Paweł

    Panie Michale, a tekst Mackiewicza z 1982 – „Miejmy nadzieję”. Czyż nie jest to forma przepowiedni ?

  69. 69 michał

    Panie Amalryku,

    Na to tak jakby już się zgodziliśmy, ale mnie się wydaje, że Pan podkreśla w tym słowo „niewygodne” (złowróźbne), gdy mnie się wydaje, że każda prawda znacząca – to znaczy z pominięciem banału – jest niewygodna. Żeby nie być gołosłownym: wszyscy umrzemy i w ludzkiej naturze leży, żeby odpychać od siebie tę świadomość.

    Panie Pawle,

    Nie. Tekst Mackiewicza wyraża nadzieję, a nie przepowiada przyszłość. Pan na przykład, mógłby wyrazić nadzieję, że się z nim zgodzę w polrealizmie, ale czy to byłaby przepowiednia?

  70. 70 Amalryk

    Nooo, nie sposób, po dłuższym namyśle, nie zgodzić się z tym, iż każda prawda wymagająca heroizmu ducha (więc w tym rozumieniu niebanalna) nie jest przez ludzi ochoczo witana. Ale nie mam pewności, czy nie zbliżamy się do uzgodnienia stanowisk za cenę nieco swobodnego rozciągnięcia zakresu definiensa „banału”.

  71. 71 michał

    Za taką cenę zgodzić się nie mogę! Co Pan proponuje? Sekundantów?

  72. 72 Amalryk

    Dyskretnie zapytam: A rodzaj broni???

  73. 73 michał

    Miny?

  74. 74 Amalryk

    Zgoda!

  75. 75 michał

    Pański ruch.

  76. 76 Amalryk

    Przejrzałem Pańską grę!

    „Dzisiaj, w godzinach przedpołudniowych, zatrzymano na lotnisku Heathrow pewnego Polaka w średnim wieku, nerwowo rozpytującego o niejakiego Michała Bąkowskiego, z plecakiem wypełnionym po brzegi rosyjskimi minami ppanc.” – niedoczekanie!

  77. 77 michał

    W takim razie na miny gombrowiczowskie?

  78. 78 Amalryk

    Zawsze można zakwestionować kompetencje arbitra!

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja