III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




„Kiedy chce się zrobić omlet, trzeba stłuc jajka,” miał powiedzieć Stalin w czasach brutalnej kolektywizacji wsi.  Inni przypisują to powiedzenie Leninowi, który w ten poetycki sposób miał uzasadnić czerwony terror z czasów „romantycznej fazy rewolucji”.  Ale prawdziwym autorem tych słów był jak się zdaje hrabia Piotr Pahlen, jeden z zabójców cara Pawła.  Jak wielu inteligentnych złoczyńców, wszyscy trzej próbowali usprawiedliwić swe zbrodnie przy pomocy zasady, że cel uświęca środki.  W wypadku Lenina i Stalina, celem była pierekowka, sowietyzacja społeczeństwa.  Niezwykłym „osiągnięciem” Stalina było, że potworności leninowskiego terroru, wojny domowej, masowego głodu, kolektywizacji i 20 lat codziennych prześladowań, zbladły wobec terroru rozpętanego na jego rozkaz przez Jeżowa.  Droga prowadząca Stalina do Wielkiego Terroru po latach „zwykłego” terroru, była mniej więcej taka: najpierw rozkaz z góry, a potem dopasowanie rzeczywistości do rozkazu.  Tak na przykład w kilka godzin po zabójstwie Kirowa, Stalin orzekł, że stał za tym Zinowiew i zażądał na to dowodów.  Zajmuję się tu wyłącznie wąskim wycinkiem Wielkiego Terroru, wycinkiem znanym pod nazwą „operacji polskiej”.  Z czyjej inspiracji padły pierwsze oskarżenia o przynależność do POW, jest obojętne; być może wzięły się z powszechnej paranoi (jak sugerują autorzy ipnowskiego wyboru), ale Wiktor Żytłowski rzucał swe oskarżenia przeciw bolszewikom potężniejszym od niego, znając więc modus operandi Stalina, jest więcej niż prawdopodobne, że ktoś stał za Żytłowskim od początku.  Dopasowywanie rzeczywistości do rozkazu przybierało postać wymuszania zeznań, które z kolei nakręcały koło zamachowe dalszych represji. 

Lektura sowieckich dokumentów czyni jasnym, że takie dopasowywanie rzeczywistości do z góry powziętej tezy, nie było ograniczone do czystki wśród polskich komunistów, ale rozciągało się do najmniejszych trybów sowieckiej machiny terroru.  Wątłe, odległe w czasie i historycznie uzasadnione związki między polską lewicą i POW były pretekstem do czystki i tak samo cokolwiek innego mogło bez trudności stać się pretekstem.  Na krótko przed październikowym puczem, Stalin, zapytany przez mienszewickiego znajomego, Sagiraszwili, dlaczego pisze tyle kłamstw o mienszewikach, odparł: „Kłamstwo ma zawsze silniejszy skutek niż prawda.  Liczy się tylko osiągnięcie celu.”  Aż dziw bierze, że nie wykuto tych słów w kamieniu jako bolszewickiego motta.

Szczegółowy raport specjalnego oddziału ugb dla Balickiego na temat polskiego szpiegostwa [s. 103-133] [1] z 14 kwietnia 1935 roku, podaje między innymi szczegóły „najciekawszych spraw”, wybranych przez czekistów dla narkoma.  Jedną z nich jest sprawa o kryptonimie „Staryj”, która jest zaiste znakomitą ilustracją czekistowskich metod.

Wedle raportu, przemytnik Jefim Komar zbiegł do Polski w 1930 roku, jednak sieć agenturalna doniosła, że „bywa na Ukrainie z zadaniami szpiegowskimi i odwiedza byłego przemytnika Kucha Andrieja”.  Następnie agenci ujawniają „dawne kontakty Komara z okresu jego działalności przemytniczej”, np. Jefima Szwieca („rozkułaczony, dysponuje znacznymi środkami pieniężnymi i wraz z Kuchem Andriejem często jeździ w głąb [Ukrainy]”).  Brat Szwieca „jest agentem wywiadu polskiego”.

Przemyt przez sowiecką granicę, choć nadzwyczaj niebezpieczny, musiał być zajęciem nader intratnym wobec permanentnych braków wszystkiego w proletariackim raju.  Przemytnicy mają zawsze, bo muszą mieć, swą dość naturalną sieć kontaktów, muszą bowiem gdzieś się zatrzymywać po przejściu granicy, komuś sprzedawać kontrabandę i wreszcie od kogoś brać towar na drogę powrotną.  Tak działa przemyt na całym świecie, nie tylko w sowietach.  Chłopi, którym odebrano ich gospodarstwa – w sowieckiej terminologii „rozkułaczeni kułacy” – z łatwością nawiązywali stosunki z przemytnikami, bo po pierwsze, mieli zazwyczaj coś do sprzedania – a to ikonę, a to niepotrzebny już drobny sprzęt gospodarski – w sowieckiej biedzie wyglądali więc nadal na bogaczy.  Ale po drugie, nienawidzili sowieckiej władzy, głęboką, zaciętą, kułacką nienawiścią, byli więc mniej skłonni wydawać przemytników w ręce czeki.  Wszystko wskazuje, że Kuch, Komar i bracia Szwiec, byli niczym więcej, jak luźno związaną bandą przemytników, toteż czekistowscy wywiadowcy, dla dodania wagi „sprawie ‘Staryj’”, wprowadzili jedno zdanie do swego „raportu”: „Matwiej Szwiec jest agentem wywiadu polskiego.”  Nie podali na to żadnych dowodów, ale też nie musieli podawać, ponieważ takie oskarżenie szło „po linii” wcześniejszych rozkazów.  A gdyby ktoś domagał się dowodów, to znaleźć mogli dziesiątki ludzi, którzy zeznaliby przynależność Szwieca do dowolnej organizacji, o której nikt nigdy nie słyszał, choćby i do nieistniejącej POW.  Sowiecki system polega jednak na tym, że nikt takich dowodów domagać się nie mógł, bo nie istnieje w nim żaden ośrodek, żadna sfera, w której interesie leży podważanie jakichkolwiek oskarżeń.

Ipnowskie tomy nie zawierają danych na temat dalszych losów Komara, Kucha i Szwieców – Panie świeć nad ich duszami.

Sprawa „Siemja” jest równie pouczająca przez swą banalność. [s. 313-317]  Głównym aresztowanym był Karol Szmidt, który przybył do sowietów w 1923 roku wraz z ojcem Ludwikiem, członkiem PPS od roku 1896.  Ludwik Szmidt znał Tomasza Dąbala (o którym była mowa w poprzedniej części), co wystarczyło dla skonstruowania sprawy „Siemja”.  Z Karola zrobiono szefa POW w Berdyczowie, gdzie założyć miał sieć szpiegowską i prowadzić działalność wojskową w postaci kółek strzeleckich (dosłownie: kółek strzeleckich, w latach 30. w sowietach!).  Organizacja berdyczowska miała mieć swój „kanał przerzutowy do Polski”, zorganizowany przez berdyczowskich księży i właścicieli domów.  Zwrócę w tym miejscu uwagę, że losy księży katolickich w sowietach były szczególnie straszne.  Poddawani prześladowaniom pod byle pretekstem od 1917 roku – zsyłkom, łagrom, więzieniu nie było końca – ale w przeciwieństwie do komunistycznych ofiar terroru, księża często znikają bez śladu w okolicach roku 1937. 

W ramach operacji polskiej aresztowano „byłych petlurowców, Galicjan, kułactwo, a w poszczególnych przypadkach element kryminalny”, donosił z dumą major Szarow w sierpniu 37 roku. [s. 305]  Podczas gdy ofiarami równolegle prowadzonej operacji kułackiej padało wielu Polaków.

15 grudnia 1937 Leplewski zgłaszał się do Jeżowa o nagrody dla swych pracowników „w związku z przeprowadzoną operacją eliminacji prawicowo-trockistowskich szpiegów bucharinowskich, dywersantów, burżuazyjnych nacjonalistów, polsko-niemieckich i rumuńskich rezydentur szpiegowskich i organizacji nacjonalistycznych na Ukrainie…”  Wylicza następnie ilu „trockistów prawicowców”, ilu Polaków, ilu harbińczyków, ilu enkawudzistów, a ilu kułaków zlikwidowano. [s. 703-705]

Zważywszy zupełną dowolność definicji – brak bliższego określenia, kto zaliczał się do „prawicowo-trockistowskich szpiegów bucharinowskich”, kto był kułakiem [2], a kto „polsko-niemcem”, nie spędzał na pewno snu z oczu czekistom – mam wrażenie, że wpadamy w sowiecką pułapkę, biorąc na serio istnienie „operacji polskiej” jako operacji skierowanej konkretnie przeciw Polakom.  Opisując ją jako operację „antypolską”przyjmujemy sowiecką łżeczywistość za prawdę, gdy była ona kłamstwem, bo przecież zgodnie z dictum Stalina, „liczy się tylko osiągnięcie celu”.

Przyjrzyjmy się podejrzanym i skazanym, co zresztą w systemie sowieckim jest jednym i tym samym.  15 sierpnia 1937 roku, śledztwo w ramach operacji polskiej ustaliło, że Reinhard Christianowicz Heitke, Niemiec i luteranin, był agentem wywiadu polskiego. [s. 271]  Dokument nr 30 wylicza takich np. „polskich szpiegów i dywersantów” [s. 343-355]: Gersztejn, Błoch, Birnbaum, Cybienko, Popow, Klimienko, Staniuk, Kapustiański, Własow, Krut’ko, Krasnogorodskij, Rieszetka, Cycariew, Podlipnyj, Tymczuk, Nikodon.  Na s. 419: Niestierczuk, Kostiuk, Tarasiuk; na s. 447: Griwa, Bożul, Kutiszenko; na s. 593: Dubniak, Diemczenko i nawet Koreańczyk Kim – wszyscy byli aresztowani w ramach operacji polskiej.  Z drugiej strony, wśród czekistów zarządzających operacją znajdują się nazwiska: Balickiego, narkoma spraw wewnętrznych ukraińskiej ssr od 1934 roku do 1937, kiedy został rozstrzelany; Kosiora, genseka ukraińskiej kompartii, ulubieńca Stalina, aresztowanego w 1938, rozstrzelanego w 1939; Leplewskiego, Kurskiego, Redensa, ale także niższych rangą oficerów, jak Wiktor Osmołowski.  Warto przyjrzeć mu się bliżej.

Wedle biogramu w ipnowskim tomie, Osmołowski urodził się w roku 1907, a wstąpił do czeki w roku 1920!  W roku 1922 był już pracownikiem operacyjnym mińskiej czerezwyczajki.  O ile można jeszcze od biedy wyobrazić sobie, że 13 letni chłopiec był np. gońcem, to określenie „pracownik operacyjny” nasuwa przypuszczenie, że w wieku lat 15 Osmołowski był prawdopodobnie donosicielem lub prowokatorem, ponieważ ludzie mniej bali się mówić głośno w obecności podrostka, którego nie podejrzewali o czekistowskie konszachty – był przecież dopiero rok 1922, nikt jeszcze nie słyszał o Pawce Morozowie.  28 maja 1936 roku, kapitan bezpieczeństwa Wiktor Józefowicz Osmołowski, brał udział w zatrzymaniu Alberta Rana, którego następnie przesłuchiwał przez prawie dwa tygodnie.  Wrócę do szczegółów tego przesłuchania osobno, na razie interesuje mnie tylko ów 13-letni chłopiec, który wstąpił do czeki.  Z nazwiska można wnosić, że był to chłopak z Polesia lub Białorusi, jeden z tych, których polska delegacja na negocjacje ryskie wolała oddać bolszewikom.  Mińsk był zajęty przez wojska polskie w roku 1920, możemy sobie więc wyobrazić, że młody Osmołowski widział, jak Polacy wycofali się bez walki, a na ich miejsce przyszli czerwonoarmiejcy.  Bez walki, a tylko dlatego że tak się podobało panu Grabskiemu, który nie chciał mieć do czynienia z wrzodem mińskim.  Za czerwonoarmiejcami przyszli czekiści i do nich jakoś przypałętał się 13-latek.  Po odebraniu nagród za wzorowy udział w operacji polskiej, został aresztowany i skazany w 1938 roku, rozstrzelany 29 sierpnia.  „Nie zrehabilitowany,” dodaje cierpko ipnowski biogram.  Osmołowski był na pewno jednym z wykonawców rozkazu nr 00485, ale czy był także ofiarą operacji polskiej?  Czy raczej ofiarą traktatu ryskiego?

Widać już choćby z podanych powyżej przykładów, że „polskość” owej operacji była jednak trochę naciągana.  Oczywiście nie zamierzam wyciągać wniosków co do narodowości sprawców i ofiar na podstawie brzmienia ich nazwisk.  Wręcz odwrotnie, chcę wykazać, że na tamtych ziemiach narodowość była kwestią wyboru, tak jak zresztą i gdzie indziej, ale właśnie na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej jest to bardziej widoczne, a co za tym idzie, o wiele łatwiej było czekistom Jeżowa przypisać ofiarom pożądaną narodowość.  Ponieważ jednak polskość oskarżonych była pretekstem do represji – w tym sensie, że ci sami ludzie mogli zostać zlikwidowani pod dowolnym innym pretekstem – to nazywanie operacji polskiej „antypolską” wydaje się nadużyciem.

Autorzy wyboru rozważają pokrewną kwestię w słowie wstępnym.  Czy operacja polska była „ludobójstwem dokonanym na naszych niewinnych rodakach”?  Przytaczają i obalają trzy argumenty przeciw takiej interpretacji wytoczone przez brytyjskiego historyka, prof. Michaela Ellmana.  Ellman twierdzi, że rozkaz 00485 był wymierzony nie przeciw Polakom, ale przeciw członkom POW.  Po drugie, tylko 22% Polaków w sowietach zostało poddanych represjom, i wreszcie, trzecia część skazanych nie była Polakami.  Komitet redakcyjny wyboru odrzuca punkt pierwszy, słusznie argumentując, że skoro rozkaz był skierowany przeciw nieistniejącej polskiej organizacji, to potencjalnie każdy Polak był jego przedmiotem, i taka też była praktyka operacji polskiej.  Trzeciego punktu nie kwestionują, bo jest faktem, natomiast przeciw drugiemu punktowi wysuwają argumentację zupełnie zdumiewającą (a może właśnie oczywistą z ipnowskiej perspektywy); cytuję verbatim:

„Po drugie – według Ellmana – tylko 22% Polaków w Związku Sowieckim zostało poddanych represjom (148 tys. aresztowanych, z czego 140 tys. skazanych do 1 lipca 1938 roku).  Nie jest jednak to [sic!] dostateczny argument przeciw nazwaniu ‘operacji polskiej‘ mianem ludobójstwa, ponieważ art. II Konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa z 9 grudnia 1948 roku podaje jako kryterium ludobójstwa zarówno całość grupy etnicznej, jak i jej część.  W drugim przypadku interpretacja mówiąca o ludobójstwie byłaby uzasadniona.” [s. 43-45]

Ach, więc to ludobójstwo, ponieważ tak mówi konwencja onz?!  Onz czyli międzynarodowa jaczejka bolszewicka, założona pod protektoratem Stalina, w której Stalin miał od samego początku, trzech reprezentantów: „Rosję”, „Ukrainę” i „Białoruś”, a z czasem dodał wszystkie demoludy.  Czy to o tę onz chodzi?  Ukraińscy następcy Kosiora, Balickiego i Leplewskiego brali udział w debatach nad „definicją ludobójstwa” i ipnowska redakcja wytacza tę artylerię wobec ludobójstwa na Ukrainie?  Niewątpliwie ludzie tacy jak Chruszczow (zarządca Ukrainy w roku 1948) mogli wypowiadać się na temat ludobójstwa z doświadczenia.  I cóż to za konwencja?  Konwencja, która miała zapobiegać ludobójstwu, promowana przez najgorszych ludobójców, jakich ziemia nosiła?  Konwencja ta definiuje ludobójstwo jako „działanie w celu zniszczenia w całości lub części, grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych”.  Jednakże wstępny projekt owego dokumentu zawierał inną definicję, która obejmowała także działanie przeciw grupom zidentyfikowanym przez podobne poglądy polityczne oraz przez społeczny status.  Nie proponuję żadnych nagród za odgadnięcie, kto sprzeciwił się takowej definicji.

Ludobójstwo dokonane na mieszkańcach Ukrainy, Rosji i Białorusi w latach 1917-1939 nie miało charakteru narodowego.  Porzućmy mrzonki oenzetowskich definicji, porzućmy surrealistyczny obraz świata propagowany przez komisję ścigania zbrodni przeciwko narodowi polskiemu – i zacznijmy wreszcie nazywać rzeczy po imieniu.

Gdy stetryczały paranoik na Kremlu rozpętał w latach 50. kolejną czystkę, tym razem wokół „spisku lekarzy”, zachodni kremlinolodzy komentowali ze zdziwieniem, że po raz pierwszy w historii bolszewizmu, sowiecka polityka wewnętrzna przybrała kierunek antysemicki.  Józef Mackiewicz napisał wówczas artykuł pt. „Nie ma (żadnego) antysemityzmu w Sowietach” [3], w którym ostrzegał:

„…przypisywanie Sowietom aktów czy celów o treści tak politycznie prymitywnej, jak np. antysemityzm, rusyfikacja i inne z podobnej kategorii – o czym się powszechnie mówi nie tylko w potocznej propagandzie antysowieckiej, ale nieraz w poważnych studiach – jest objawem zwykłego anachronizmu, a w skutkach odwracaniem uwagi od istotnego niebezpieczeństwa.”

Sowieciarze prześladowali zawsze wszystko to, co nie-sowieckie.  Ani rasa, ani narodowość nie miała dla nich żadnego znaczenia, wszystkie traktowali dokładnie tak samo: wszystkie pragnęli przeistoczyć w jeden naród sowiecki.

„Od trzydziestu pięciu lat bolszewicy oskarżali i skazywali na śmierć miliony Rosjan, Ukraińców, Białorusinów, Polaków, Litwinów, Łotyszów, Finów, Tatarów i wszystkie narody muzułmańskie Kazukazu i średniej Azji, a obecnie także Niemców, Czechów, Węgrów, Rumunów, Bułgarów itd. itd. za – przynależność do nacjonalistycznych ugrupowań i organizacji antysowieckich.  W liczbie skazanych bywało też niemało Żydów, nie tylko pod pretekstem opozycji wewnętrznopartyjnej lub innych odchyleń.  Ehrlich i Alter oskarżeni byli o przynależność do żydowskiego Bundu, a ponadto o działanie na rzecz Hitlera.”

Ehrlich i Alter uciekli w 1939 roku przed wkraczającą armią Hitlera do sowietów, skazani na śmierć, zwolnieni po układzie Sikorski-Majski, aresztowani ponownie po sowieckim oświadczeniu, że obywatele polscy żydowskiego pochodzenia nie mogą wstępować do armii Andersa, i rozstrzelani.  Ludobójstwo przeprowadzone na grupach ludzi połączonych podobnymi poglądami politycznymi, to jest właśnie definicja ludobójstwa sowieckiego, nic dziwnego, że Stalin odrzucił taką definicję w oenzetowskiej konwencji.

„W dziedzinie ‘ludzkiej’, jeżeli w ten sposób nazwiemy ten najbardziej nieludzki w dziejach eksperyment, bolszewicy dążą do przeistoczenia człowieka w bezduszną maszynę.  Dotychczasowa jednak praktyka wykazała, że przeistoczyć w maszynę można raczej tylko kończyny, ewentualnie pewne części ciała ludzkiego.  Natomiast całość człowieka, a zwłaszcza to co popularnie rozumiemy pod pojęciem ‘duszy’ ludzkiej, przeistacza się pod wpływem tego eksperymentu w – szmatę.  Określenie ‘szmata’ nie jest w tym wypadku użyte jako połajanka, lecz świadoma definicja.”

Celem operacji polskiej nie było wynarodowienie ani wyniszczenie narodu polskiego.  Celem było obrócenie ludzi w szmaty, co jest równie ścisłym i precyzyjnym określeniem, jak bardziej poprawna i technicznie słuszna nazwa „sowietyzacji”.  Zbrodnie Lenina, Stalina i spółki nie były zbrodniami przeciw narodowi polskiemu, ale zbrodniami przeciw ludzkości.  Były ludobójstwem, niezależnie od kompromisów oenzetu ze zbrodniarzami, niezależnie od opinii instytutów prlowskich i ukraińskich, założonych przez państwa, które same są niczym więcej, tylko spadkobiercami zbrodniarzy.

***

Pragnę jeszcze zatrzymać się nad kilkoma dokumentami w ipnowskim wyborze, które rzucają pewne światło na działalność polskiego wywiadu w sowietach, choć raz jeszcze podkreślić muszę zastrzeżenia uczynione wcześniej na temat zasadniczej kłamliwości sowieckich źródeł.  Pomimo to, obraz „Dwójki” wyłaniający się z tych dokumentów jest zastanawiający.

Oto 28 maja 1936 roku, wspomniany już Wiktor Osmołowski, bierze udział w zatrzymaniu na ulicy w Moskwie niejakiego Alberta Rana.  Ran był pracownikiem konsulatu RP w Kijowie, a naprawdę agentem II Oddziału, Stefanem Kasperskim.  Zatrzymany miał przy sobie tajne dokumenty sowieckie, rewolwer i książeczkę adresową.  Mamy protokoły z dwunastu przesłuchań [s. 709-783], przy czym pierwszych dziesięć sesji odbyło się pomiędzy godziną 10 w nocy 28 maja (tj. w dniu zatrzymania) i czwartą po południu 4 czerwca czyli w ciągu odrobinę więcej niż tygodnia.  Przesłuchania były bardzo intensywne.  Najkrótsze z nich trwało dwie godziny, najdłuższe osiem. 

Przebieg przesłuchań wskazuje, że nie starano się wymusić od Kasperskiego konkretnych zeznań, ale próbowano wydobyć od niego przyznanie się, że jest agentem Dwójki.  Kasperski wymyśla początkowo mało prawdopodobne historie o tajemniczym nieznajomym, który prosił go o przechowanie dokumentów.  Ponieważ jednak po każdej prawie przerwie w protokołach, Kasperski zaczyna kolejną sesję od odwołania poprzednich zeznań, trudno sobie wyobrazić, jakie metody inne niż bicie, odbieranie snu, czy niesławne „stójki”, zmuszały go do odwołania zeznań podpisanych chwilę wcześniej.  Zważywszy jednak jego status dyplomaty, wolno chyba przypuszczać, że przymus fizyczny nie przybrał w jego wypadku strasznych wymiarów stosowanych wobec obywateli sowieckich.

W świetle protokołów, Kasperski jawi się jako agent nieprawdopodobnie naiwny i źle przygotowany do swych zadań.  Wymyśla niestworzone historie, które musi następnie odwoływać skonfrontowany z faktami.  Ale najbardziej zdumiewa fakt, że agent wysłany do sowietów przez Dwójkę, miał przy sobie notatnik z adresami i numerami telefonów, które całkowicie kompromitowały jego rolę.  Miał tam zapisany między innymi numer telefonu do kapitana Jana Urjasza, swego bezpośredniego zwierzchnika, prawej ręki Niezbrzyckiego-Wragi, numer telefonu w Sztabie Głównym Wojska Polskiego! 

Kasperski został wymieniony na sowieckiego szpiega, zdołał więc uniknąć losu większości oskarżonych w ramach operacji polskiej.  Nie miał takiego szczęścia Marian Wolniewicz.  Jego przypadek [s. 831-855] zadziwił nawet przesłuchujących czekistów.  Zatrzymano go 12 czerwca 1937 roku na granicy z Polską w pobliżu Olewska.  Przeszedłszy granicę wraz z przewodnikiem, wpadł w pułapkę enkawudzistów.  Po krótkiej wymianie strzałów i rzuceniu granatu, przewodnik zdołał przedostać się z powrotem do Polski, a Wolniewicza aresztowano.  Pierwsze pytanie zadane przez oficera nkwd oddaje osłupienie sowieciarzy:

„Dlaczego napisane na maszynie zadanie, wydane Wam przez kapitana ekspozytury lwowskiej, nie zostało Wam odebrane przed przejściem granicy na stronę ZSRS?”

Wydano Wolniewiczowi szczegółowe instrukcje dotyczące zdobycia informacji na temat wyposażenia stanowisk ogniowych w sowieckich obiektach wojskowych i miał te instrukcje przy sobie, gdy został zatrzymany po sowieckiej stronie.  Tego rodzaju pisemne zlecenie byłoby trefne w każdym praworządnym państwie na świecie, ale nosić je przy sobie w sowietach w 1937 roku, to już nie głupota, ale kryminalny brak odpowiedzialności – oczywiście nie ze strony Wolniewicza, ale jego zwierzchników, którzy posłali go na pewną śmierć bez odpowiedniego szkolenia, bez zupełnie elementarnego przygotowania.

Marian Wolniewicz został rozstrzelany 31 października 1937 roku w Kijowie.  Panie świeć nad jego duszą.

***

A co się działo podczas operacji polskiej w Berdyczowie?  Wiemy, że rozstrzelano Szmidtów; z pewnością wymordowano księży, co zorganizować mieli „kanał przerzutowy do Polski”; po właścicielach domów też pewnie śladu nie zostało.  Niestety niczego więcej o Berdyczowie dowiedzieć się z ipnowskich tomów nie można, ale może warto spojrzeć na odległą zaledwie o 80 km Winnicę.  Oto był tam piękny ogród i sad owocowy, jeszcze ze starych, dobrych, carskich czasów, ale nkwd przepędziła stróża i okoliła sad szczelnym płotem.

„Cóż działo się od tego czasu za tym płotem?  Bóg ich wie?  Czy to kto chciał się dowiadywać?  Po co?  Może… chyba że Skrepka, jeżeli coś wiedział…  Afanasij Skrepka, człowiek już stary.  Urodził się w Połtawie w r. 1886.  Kowal, zamieszkały przy ul. Podlinnej 10, był pierwszy, który w marcu 1938 zapytał, ma się rozumieć tak niby, od niechcenia:

– A co za tym płotem będzie?

– Park Kultury i Oddycha.

– Aha, no cóż, może i dobra rzecz…

Ale w nocy wlazł na drzewo, żeby zajrzeć do środka.  Zobaczył wykopanych sześć dołów i zlazł drzewa.  Tymczasem co noc zajeżdżały tam samochody ciężarowe, pokryte brezentem, i wyrzucały jakiś ładunek.  Skrepka był zaprawdę dziwnym człowiekiem, bo po upływie roku jeszcze raz wlazł na to samo drzewo: widzi że za szeregiem zasypanych już dołów powstał ich nowy długi rząd…”

„I nic.  A ‘Park Kultury i Oddycha’ istotnie założono na wyrównanych grobach.  Postawiono huśtawki.  Dzieci się huśtały, latem.” [4]

W starym sadzie znaleziono 5,644 trupy w 34 masowych grobach.  Kolejnych 4 tysiące pomordowanych znaleziono w innych miejscach w Winnicy.  W czerwcu 1943 roku okupacyjna armia niemiecka odkopała groby.  W osobnych dołach zakopane zostały rzeczy skazanych oraz dokumenty ich spraw.  Takie właśnie dokumenty, które trafiły w nasze ręce przez przypadek, a nie bezpośrednio z rąk sowietów, są wiarygodne.

Z oczywistych względów enkawudziści nie mogli mordować ofiar nad otwartymi dołami, jak czyniono to choćby w Katyniu.  Bliskość domostw zmuszała do innego zaplanowania kaźni: trzeba było dokonać mordu gdzie indziej i przewieźć ciała do masowych grobów.

„W Katyniu, jak wiadomo, strzelano w głowę z pistoletu automatycznego kal. 7,6 kulą opancerzoną, a więc nie tylko większych rozmiarów, ale od razu przebijającą czaszkę.  Z tego, że nikt prawie w okolicy Kozich Gór nie słyszał strzałów, wnioskować można, iż nośność głosu, odległość od domów, głuszące działanie lasu, procent możliwego zasłyszenia huku przez mieszkańców itd., wszystko to wzięte było pod uwagę: broń użyta nie była przypadkowa, ale dobrana fachowo.  Tak samo rzecz była uwzględniona w Winnicy, w warunkach odmiennych.  Zastosowano tu wprawdzie stary, czekistowski sposób zapuszczanych motorów, widocznie jednak kal. 7,6 z opancerzoną kulą uznany był za zbyt głośny.  Wobec tego mordowano ludzi z najmniejszego kalibru 5,6 nieopancerzoną kulą ołowianą!  Kule tego typu nie zawsze i nie dość skutecznie przebijały kości czaszki, dlatego ludzie musieli być skrępowani, aby wytrzymać dłuższą procedurę mordu i aby zapobiec wszelkim niespodziankom, szamotaniu się itd.  Strzelano też z reguły do każdego człowieka dwa razy; w 78 wypadkach po trzy razy; w 2 wypadkach po cztery.  Do wielu jednak, wbrew wyraźnej instrukcji, tylko raz.  Ale nawet w wypadkach podwójnego strzelania, śmierć nie zawsze następowała natychmiast.  W ten sposób niektórzy grzebani byli jeszcze żywcem, na co wskazała obdukcja, która u kilku ofiar ustaliła piasek głęboko w przełyku.

Ogółem musiano oddać około 20.000 strzałów, przytykając lufę z tyłu do głowy żyjącego człowieka.  Ale ewentualne nieuwiazki i w tym wypadku były przewidziane.  Człowiek po otrzymaniu nawet kilku małych, ołowianych kulek i mimo skrępowania, mógł się jeszcze rzucać i nawet bronić.  Dowodzi tego fakt, że w 395 wypadkach roztrzaskano czaszkę, zdaje się nie kolbą karabinu, ale specjalnie w tym celu skonstruowaną maczugą.”

Mackiewicz podaje nazwiska niektórych zidentyfikowanych ofiar winnickich.  Niestety nie znalazłem żadnego z nich w indeksie ipnowskiego zbioru.  Zostali aresztowani pomiędzy listopadem 1937 a kwietniem 1938, a więc podczas terroru jeżowszyzny, ale oczywiście nie musieli być ofiarami operacji polskiej.  Jest natomiast w ipnowskim wyborze raport na temat likwidacji rezydentury polskiego wywiadu w Winnicy „wraz ze spisem osób represjonowanych” z 26 lutego 1939 roku. [s. 1543-1549]  Niech ta lista niewinnych ofiar nieludzkich prześladowań będzie requiem dla tej nieistniejącej już Ukrainy, dla wielonarodowej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, zdradzonej przez Polskę i zatopionej w morzu krwi przez Lenina, Stalina i Hitlera.

Fiodor Fridman, ur. 1894, referent

Edward Torman, ur. 1895, kierownik sklepu

Józef Szmulenson, ur. 1897, elektromonter

Józef Mandelbłat, ur. 1902, kierownik oddziału planowania

Jerzy Kaczkowski, ur. 1889, inspektor

Piotr Godziewicz, ur. 1909, mistrz biura udźwiękowienia

Władymir Czagajda, ur. 1906, pomocnik sekretarza winnickiego komitetu obwodowego

Srul Sztejngardt, ur. 1900, inspektor

Jelena Dombrowska, ur. 1888, gospodyni domowa

Władymir Boriszkiewicz, ur. 1911, kinomechanik

Benedikt Wiesiełowski, ur. 1875, inspektor

Konstantin Puzijenko, ur. 1901, kinomechanik

Grigorij Kuczer, ur. 1910, froter unkwd

Porfirij Ilnicki, ur. 1900, inspektor

Galina Matusiewicz, ur. 1909, hafciarka

Serafim Kitnowski, ur. 1906, inspektor

Antonina Zabłocka-Fiłatowa, ur. 1913, sekretarz sądu ludowego w Winnicy

El Mac, ur. 1900, księgowy

Raisa Pinelis, ur. 1911, maszynistka unkwd

Michał Trubecki, ur. 1891, były aktor

Wszyscy zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie ( z wyjątkiem Trubeckiego, który zmarł podczas przesłuchań) przez specjalną trójkę unkwd obwodu winnickiego, za przynależność do „polskiej rezydentury dywersyjno-szpiegowskiej”.

________

  1. Wszystkie numery stron w tekście pochodzą z: Wielki Terror: operacja polska 1937-1938, w serii: Polska i Ukraina w latach trzydziestych – czterdziestych XX wieku.  Nieznane dokumenty z archiwów służb specjalnych.  Tom 8, Warszawa-Kijów 2010
  2. Stalin notował jeszcze w 1929 roku w rozterce: „Co to właściwie znaczy ‘być kułakiem’?”  Mołotow tymczasem pisał w styczniu 1930: „Trzy kategorie kułaków: pierwsza do natychmiastowej likwidacji, druga do Gułagu, trzecia (jakieś 150 tysięcy rodzin) do deportacji.”  Warto zauważyć, że nie ma ani słowa o tym, kto zaliczał się do której kategorii…
  3. Opublikowany przez Grydzewskiego w Wiadomościach pt. „Sowiety i antysemityzm” Wiadomości, nr 12 i 13 z 1953 roku
  4. Józef Mackiewicz, „Klucz do ‘Parku Kultury i Oddycha’”, opublikowany przez Grydzewskiego w Wiadomościach pt. „Klucz do ‘Parku Kultury i Odpoczynku’”, Wiadomości, nr 48 z 1951 roku.


Prześlij znajomemu

30 Komentarz(e/y) do “Piszcie do mnie na Berdyczów czyli „operacja polska” IV”

  1. 1 amalryk

    W kwestii formalnej:

    „Z oczywistych względów enkawudziści nie mogli mordować ofiar nad otwartymi dołami, jak czyniono to choćby w Katyniu.”

    „W Katyniu, jak wiadomo, strzelano w głowę z pistoletu automatycznego kal. 7,6 kulą opancerzoną, a więc nie tylko większych rozmiarów, ale od razu przebijającą czaszkę…”

    No więc; W Katyniu najprawdopodobniej nie mordowano grupowo Polaków nad otwartymi dołami, lecz pojedynczo w piwnicy znajdującej się na terenie owego „ośrodka” nkwd willi.
    Po tylu latach intensywnych mordów w nkwd istniały już zespoły wyspecjalizowane w masowych, sprawnych mordach jednym strzałem. Strzał w potylicę powodował strzaskanie kręgu szyjnego, przerwanie rdzenia kręgowego z wyjściem kuli przez jamę ustną z minimalnym krwawieniem i natychmiastowym zgonem.

    Najprawdopodobniej oprawcy strzelali z Walther’ów PPK na nabój 7,65 Browning. Zaletą tej broni jest mała waga (załadowana waży ok 0,5kG) co jest istotne przy wielogodzinnym sprawnym mordowaniu kilkuset ludzi, ze względu na wytrzymałość nadgarstka oprawcy. Na dodatek jest to broń solidna, niezawodna, o stosunkowo małej (ok 180J) energii początkowej pocisku (gdyż strzela zamkiem swobodnym) co eliminuje ryzyko rykoszetowania pocisku w zamkniętym pomieszczeniu.
    „Kula opancerzona” to tzw amunicja pełnopłaszczowa (ang. FMJ; Full Metal Jacket) bardzo rozpowszechniona i jedyna dopuszczona przez Konwencje haskie z 1899r w konfliktach zbrojnych. Pocisk (najczęściej ołowiany) jest pokryty w całości „płaszczem” z platerowanej miedzią stali. Zaletą tego pocisku jest stosunkowo mały kanał chwilowy profilu rany postrzałowej, w przeciwieństwie do amunicji bezpłaszczowej, która „grzybkuje” (tzn. rozpłaszcza się przyjmując kształt zbliżony do grzybka właśnie) czyniąc „spustoszenie” w ciele ofiary i najczęściej w nim pozostając.

  2. 2 amalryk

    Jeszcze jedno. W swym amunicyno-pistoletowo-postrzałowym zapale zapomniałem o głównym wątku.

    „…surrealistyczny obraz świata propagowany przez komisję ścigania zbrodni przeciwko narodowi polskiemu…” – Surrealistyczna to jest nazwa tej szacownej komisji. A kogóż to, z tych rozlicznych zbrodniarzy, to urzędnicze gremium doścignęło? Surrealizm z pogranicza absurdu, bolszewicy sami generują instytucje, które pracowicie zajmują się „ściganiem” ich zbrodni; różne tam „Komisje Mazura” etc – poezja!

    No i antysowiecki wywiad. Ciemność, widzę ciemność! Skala donosicielstwa, które w komunizmie urasta do podstawowej cnoty obywatelskiej, połączona z wszechobecnym wielopostaciowym terrorem, praktycznie całkowicie uszczelnia przed wywiadowczą penetracją ten „inny świat”. Wszystkie wartościowe informacje, jakie udawało się szczątkom „wolnego świata” pozyskać, pochodziły od czekistowskich dezerterów. A te legendy o polskiej dwójce… Ech! Raczej popatrzmy może na skalę jej infiltracji przez bolszewię, zamiast odpływać w krainę ułudy. Ale kto nas słucha?

  3. 3 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Chylę czoła przed Pańską wiedzą kryminologiczną. Nie jestem kryminologiem, ani ekspertem od mordowania ludzi, ale wydaje mi się, że Pańskie stanowcze twierdzenia co do metod mordu stosowanych w Katyniu, nie są do końca uzasadnione. Z dostępnych mi źródeł wynika, że przynajmniej część ofiar zamordowano w Katyniu nad grobami. Pański opis zdaje się dotyczyć mordów w Twerze (Kalininie) i Charkowie, co tylko potwierdza domniemania Mackiewicza, że inne metody stosowano w miastach, a inne w lesie. To w Twerze właśnie, Wasilij Błochin, jeden z największych zbrodniarzy, jakiego ziemia nosiła, którego nazwisko jest niesłusznie zapomniane, dokonał swego niesławnego „rekordu”, zabijając 7 tysięcy jeńców w ciągu 28 dni, każdego strzałem w tył głowy, wielu własnoręcznie. Dowodów na to, że w Katyniu mordowano także nad dołami, jest wiele, choćby rozliczne łuski znalezione w grobach, czy kule które utkwiły w ciałach już martwych oficerów, po przejściu przez czaszkę innego (mowa o tym w oryginalnym Raporcie Międzynarodowej Komisji).

    A teraz do „komisyjnego ścigania zbrodni”… Jestem ostatni, żeby bronić komisji ścigania zbrodni przeciw jakimkolwiek narodom, ale logicznie rzecz biorąc, można „ścigać” ,nikogo jeszcze nie doścignąwszy. A zatem fakt, że nikogo ta komisja nie doścignęła, to nie jest jeszcze koniec świata. Ale to drobiazg. Niedługo pewnie będzie to gremium mnie ścigać, bo jestem zdecydowanie przeciwko ściganiu zbrodni przeciw narodom. Polskie słowo „ludobójstwo” oddaje prawidłowo sens tego, co robił Stalin. Zabijał „lud”, „ludzi”, podczas gdy angielskie „genocide” czy francuskie „génocide” oddaje właśnie zabijanie tylko pewnego typu ludzi, pewnej grupy, co doskonale opisuje masakry w Rwandzie, ale nie jest adekwatne wobec sowieckiego ludobójstwa.

    Tym większa szkoda, że dysponując tak trafnym terminem, Polacy zawężają jego znaczenie.

    A Dwójka? Mój Boże, płakać się chce, kiedy się czyta o ich nieudolności.

  4. 4 amalryk

    „Chylę czoła przed Pańską wiedzą kryminologiczną.” – No! Bez żartów! Wiedza zaiste powalająca. Ale przypadek Błochina wyraźnie pokazuje nam na jakich to specjalistów wysokiej klasy w czeka występowało nieustanne zapotrzebowanie – w końcu trwał w wierchuszce nkwd i za Jagody, i za Jeżowa, i za Berii.

    Tak! Ten pocieszny plemienny trybalizm to istna woda na młyn towarzyszy – zresztą na nim fiknął właśnie widowiskowego kozła sam Aryjczyk z Dolnej Austrii.

  5. 5 michał

    Błochin wykonywał prawdopodobnie swą czarną robotę dla Stalina jeszcze przed Jagodą, zwłaszcza że Mienżyński bardziej interesował się swą perską poezją niż gpu (przynajmniej ostensywnie).

    Ale jeśli na „pociesznym plemiennym trybalizmie” fiknął kozła Hitler, to co powiedzieć o (niepociesznym) plemiennym trybalizmie panującym w prlu?

  6. 6 Tomasz

    Dobry wieczór.
    „plemienny trybalizm”… czyli trybalny trybalizm albo plemienny plemiennizm:)

  7. 7 michał

    Cha, cha, otóż to. Masło maślane nacjonalizmu, z którego nie możemy się wykałapućkać.

  8. 8 amalryk

    No więc fuerer 1000 letniej Rzeszy fiknął kozła na trybalnym volksiźmie gdyż miał apetyt ponad mozliwości trawienne swego tribus’a. W gnilnym mikroklimaciku peerelu nikomu takie zapędy nawet na myśl nie przyjdą!

  9. 9 michał

    Nie wiem, jak to rozumieć.

    Hitler był bolszewik, ale bolszewik narodowy, więc ograniczony. Zgoda. Gdy tymczasem w prlu bolszewicy są tylko pozornie narodowi, dla otumanienia pospólstwa, które przełyka ich nacjonalizm z ochotą. Czy tak?

  10. 10 amalryk

    Wszak Pan wie lepiej ode mnie że bolszewicy eksploatują śpiewkę narodową ile wlezie jeżeli im się to tylko kalkuluje. Ale bez sentymentu wywalą go ( tzn.nacjonalizm) na śmietnik jak dziurawy kalosz…

  11. 11 michał

    Tak, w całej rozciągłości. Jak Pan napisał w innym miejscu, „narodowa” ta śpiewka jest tylko w formie. A kiedy staje się narodowa także w treści, to nie może wiele bolszewikom zaszkodzić.

  12. 12 Krzysiek

    Według definicja ludobójstwa (owszem, jedyną słuszną treśc zaaprobował Stalin) zabijanie części grup etnicznych lub religijnych lub narodowych (ale nie politycznych) jest ludobójstwem, operacja polska była aktem ludobójstwa większego przedstawienia czyli ogółu operacji narodowościowych, największym i pierwszym z nich. Szacunki Ellmana wkładam między bajki, bo narodowośc była wtedy rozumiana całkiem inaczej i nie sposób jasno stwierdzic, stosujac współczesne definiowanie tego kto był Polakiem a kto Białorusinem jeśli obydwaj mówili o sobie, że są tutejsi.
    Z nazwiskami było tak, ze czasm NKWD brało książke telefoniczną i wyłapywało tych, których nazwisko miało polskie brzmnienie. Aresztowano też nie Polaków – głównie za kontakty z Polakami. wszystkie operacje narodowościowe, były operacjami przeciwko narodom zgodnie z marzeniem o stworzeniu homo sovieticus. W latach 20 mniejszosci mialy mnostwo przywilejow itd, nie dało to zamierzonego efektu więc postanowiono ich wytępic, żeby Ci co przezyją jednak się zsowietyzowali lub chociaż bali się przyznac do swojej odmiennosc. operacje narodowosciowe lat 36-38 są ludobójstwem i to w świetle konwencji z 48! jednak są z jakiś przyczyn zapomniane, często pojawiają się książki artykuły, ale ten mem widac nie jest dośc żywotny.
    ps sorry za literówki ale piszę na jakiejś mini klawiaturce

  13. 13 michał

    Szanowny Panie,

    Czy byłby Pan tak dobry i wskazał źródło wiadomości o użyciu książek telefonicznych w poszukiwaniu nazwisk polskich? Takie zastosowanie spisów nazwisk byłoby osiągnięciem nawet dla nkwd (czy nie raczej gpu?), ponieważ w krajach takich jak Rosja i Polska nazwiska mieszały się przez wieki. Np. rosyjski poeta nazywać się może Żukowski, gdy Szeremietiew to słynna rosyjska rodzina….

    Po drugie, pisze Pan dość apodyktycznie, że „jedyną słuszną treśc zaaprobował Stalin”. Czy byłby Pan łaskaw to rozwinąć? Czy dobrze rozumiem, że Pańskim zdaniem jest ludobójstwem mordowanie ze względu na rasę, ale nie ze względu na klasę? Czy tak? Mordować, bo Polak albo Żyd, to jest ludobójstwo, ale wytłuc bogaczy, to służba na rzecz ludzkości – czy tak?

    Co do rozumienia operacji polskiej nie mogę się z Panem zgodzić, ale napisałem tekst w pięciu długich częściach, żeby wyłożyć swoje stanowisko w tej sprawie, nie bardzo więc wiem, jak odnieść się do Pańskiej pozycji, bo nie widzę dla niej żadnego uzasadnienia.

    Ellman rzeczywiście nie ma racji, ale chyba nie z powodów przez Pana wyłożonych. Niestety, jeszcze bardziej nie mają racji redaktorzy ipnowskiego tomu, ale to jest wyraźnie wyjaśnione powyżej.

  14. 14 amalryk

    Panie Krzysztofie!

    Ludobójstwo to „klasyczny” modus operandi bolszewi, i nie ma ono żadnego wyróżnika narodowościowego. Celem nie jest też zaspokojenie jakiś sadystycznych immanentnych potrzeb bolszewików lecz uzyskanie powszechnej akceptacji na sprawowanie przez nich władzy – ale wówczas to mamy już w zasadzie do czynienia z ukompletowanym człowiekiem radzieckim, więc masowe mordy nie są koniecznością.(Zaś tymi wszystkimi definicjami autorstwa oenzetowskich bolszewików to może Pan śmiało rzucić za psem !)

  15. 15 Andrzej (Pomorzanin)

    Człowiek sowiecki nie jest marzeniem bolszewików. Przynajmniej nie ostatecznym. Ich celem jest pełna władza na całym świecie a do tego potrzebują człowieka im podporządkowanego. Pełna władza zaś oznacza dla nich możliwość urzeczywistnienia ich utopii.
    Założenie że celem bolszewików/sowieciarzy/komunistów itp. jest człowiek to często popełniany błąd. Celem jest całkowita władza nad światem, a złamanie wolnego ducha w człowieku jest etapem na tej drodze.

    To nie jest przeszła historia to także teraźniejszość.

  16. 16 michał

    Ba! Oto jest pytanie: czy stworzyć należy homososa, by móc pozostać przy władzy? Czy też pozostać trzeba przy władzy, by móc przerobić człowieka? Innymi słowy, czy sowietyzacja jest środkiem, a celem władza? Czy też celem jest wykucie nowego człowieka, a koniecznna po temu jest władza?

  17. 17 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Michale,

    Moim zdaniem celem ostatecznym jest władza. Homo sovieticus jest typem ludzkim, który będąc w doskonałym stanie zniewolenia (utożsamienie się ze swoim oprawcą – pełna akceptacja niewoli i wola wspierania go), gwarantuje brak sprzeciwu w realizacji bolszewickiej „religii”. Realizacji, która ma dowieść zupełnej słuszności i pełnego potwierdzenia bolszewickich „założeń naukowych”. „Założenia” te są także praktykowane w trakcie procesu „hartowania” człowieka sowieckiego, co jak sądzę, może stanowić dla bolszewików dwojaki cel pośredni: stopniowego (szybszego) zniewalania oraz stopniowego (szybszego) zdobywania nowych obszarów władzy.

    Podobnie jest w sektach, warunkiem realizacji „religii” sekty jest pełne podporządkowanie się jej członków.

  18. 18 michał

    Panie Andrzeju,

    Rozumiem, ale mnie to do końca nie przekonywa. O ile się nie mylę, wyraziłem podobne do Pańskiego przekonanie w „Votum separatum”, choć być może z mniejszą emfazą.

    Diabelska para – władza i sowietyzacja – wydają mi się nierozerwalnymi ogniwami bolszewickiego łańcucha. Bez jednego drugie nie jest możliwe, warunkują się wzajemnie i potęgują. Leżą razem w sercu bolszewickiej Metody. Ale jednocześnie władza jest pojęciem prostszym, łatwiejszym do zdefiniowania i uchwycenia, więc dlatego byłbym skłonny przyznać jej pierwszeństwo.

  19. 19 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Michale,

    Bez wątpienia sowietyzacja i władza to „siostry syjamskie” bolszewickiej machiny zniewalania świata.

    Czy jednak bolszewicy nie dali i nie dają dowodów na to, że ich żądza władzy nie ogranicza się jedynie do rodzaju ludzkiego? Czy ich „doktryna” i praktyka dotyczy tylko społeczności ludzkich? Nie mieli i nie mają żadnych zahamowań w kwestii esploatacji i dewastacji Ziemi czy nawet jej częściowego zniszczenia jeśli uznają to za potrzebne. „globalne ocipienie” (proszę o wybaczenie jeśli przekraczam dopuszczalną na witrynie granicę wulgaryzmów ale tak to właśnie określam) jest tylko jedną z „pałek”, marzędziem sowietyzacji. Kiedy spełni swoją rolę zostanie odstawione na bok lub zmodyfikowane do realizacji innych celów.

    Wobec tego czy celem jest tylko „nowy człowiek” i nieograniczona władza nad nim? Czy może to być coś więcej? Także jego środowisko życia, cała nasza planeta? Czy nie to jest celem bolszewickiego „zbawienia świata”? Czy ta stara/nowa doktryna nie „modernizuje się” na naszych oczach? Jeśli tak jest to ten prymat władzy sam się definiuje.

  20. 20 michał

    „Zatem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na wyobrażenie nasze, według podobieństwa naszego; a niech panuje nad rybami morskimi, i nad ptactwem niebieskim, i nad zwierzęty, i nad wszystką ziemią, i nad wszelkim płazem, płazającym się po ziemi.”

    Panie Andrzeju,

    Nie wiem, czy mogę się z Panem zgodzić. Czy rzeczywiście pragną bolszewicy rozciągnąć swą doktrynę poza społeczność ludzką? Człowiek jest panem natury, wedle prawa naturalnego ma jej używać dla swojego pożytku, nie wolno mu zatem jej niszczyć bez powodu. Ma wobec niej obowiązki, z czego nie wynika jednak wcale, że natura ma „prawa”, np. że istnieją jakiekolwiek „prawa zwierząt”.

    Eksploatacja natury jest stara jak świat, stara jak człowiek i stara jak grzech. Tak jak powiedziano nam nie zabijaj, a zabijamy; nie kradnij, a kradniemy.

    Zmierzam do tego, że władza nad zsowietyzowanym człowiekiem zupełnie wystarczy dla sprawowania władzy nad naturą. Nie widzę potrzeby modernizacji doktryny.

  21. 21 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Michale,

    OK. Możliwe, że zbytnio „puściłem wodze” choć w dalszym ciągu uważam, że bolszewicy mają większe zamiary niż „tylko” „zarządzanie zasobami ludzkimi” (tfu!).

    Ale tak czy siak, pytanie zasadnicze to: czy sowietyzuje się ludzi aby mieć władzę czy też zdobywa się władzę aby sowietyzować ludzi?

    Dawno temu bolszewicy ogłosili że władza sowiecka plus „postęp” daje w efekcie „komunistyczny raj”. Czyli, sama władza bez sowietyzacji nie definiuje ich celu, tak samo jak sowietyzacja bez władzy też go nie definiuje. Władza i sowietyzacja są zatem dla nich nierozłączne i przynajmniej na tym samym poziomie. Jednakże posiadanie niewolników bez władzy nad nimi nie wydaje mi się sensowne. Może w tym tkwi sedno sprawy?

  22. 22 michał

    A czy oni czasami nie ogłosili, że komunizm = władza rad + elektryfikacja? To mi się wydaje przekonujące, ponieważ wynika z tego jasno, że elektryfikacja = komunizm – władza rad.

  23. 23 amalryk

    To mi się wydaje przekonujące, ponieważ wynika z tego jasno, że elektryfikacja = komunizm – władza rad.
    ————————————————————————————————————–

    No proszę! Tak to elementarna algebra okazuje się pomocną w analizie bolszewizmu!

    Ale, z drugiej strony jako że odjemnik już od stycznia 1918 (po rozpędzeniu sowietów przez Lenina) był równy zeru – to „coś w tym jest”, no i mamy perspektywę niewesołą…

  24. 24 michał

    To był oczywiście żart, ale on ma sens wówczas, gdy „elektryfikacja” jest symbolem postępu, a „władza rad” to nie władza deputatów robotniczych i chłopskich, ale sowieckaja włast’. Wtedy jeśli od komunizmu odjąć sowiecką władzę (czyli jego istotę), to można mieć jakąkowliek szansę na materialny postęp.

    Elementarna algebra zawsze przydaje się w rozumieniu bolszewizmu. Pamięta Pan na pewno przykład używany (chyba) przez Bukowskiego: w normalnej polityce, działają różne siły, które są jak wielkości w arytmetyce; jeśli je dodać, odjąć lub podzielić, to otrzyma się inną znaną wielkość. Bolszewizm natomiast nie należy do normalnej polityki, jest jak zero albo nieskończoność w algebrze, więc nie wiadomo dokładnie, co się otrzyma w wyniku jakiejkolwiek interakcji.

  25. 25 amalryk

    „…(chyba) przez Bukowskiego…” – tak to metafora autorstwa tego co to;

    Pamieniali uligana, na Luisa Korwalana.
    Gdzie najti takuju blat’, sztob na Lońku pamieniat’!

    A bolszewizm, jeżeli już się mam trzymać tej arytmetycznej metafory, to kojarzy mi się głównie z zerem; zdecydowanie z zerem!

  26. 26 michał

    Tak, zerem, ale czy to nie straszne być wystrychniętym na dudka przez zero? Co to mówi o nas?

  27. 27 amalryk

    O nas jak o nas, wszak czyż nie nec Hercules contra plures. „Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą.”

  28. 28 michał

    Zaiste. Wchodźcie przez ciasną bramę.

    Ale jakże nie odnosić tego do nas samych?? Jeśli bolszewicy są zerami – a są! – to tylko tym gorzej o nas świadczy, że nie możemy sobie z nimi poradzić. Jeśli bolszewizm jest zerem – moralnym i każdym innym – to co to mówi o nas, którzy cierpimy pod bolszewickim knutem. Przynajmniej niektórzy cierpią, a inni szczęśliwi nazywają bolszewicki twór wolną Polską. Tfu!

  29. 29 amalryk

    Zaiste chce Pan powiedzieć, że moralna i intelektualna nędza jest już całkowicie wystarczjącą gwarancją klęski w doczesnej rzeczywistości? I że te przymioty w nadmiarze występujące u bolszewików dopiero świadczą wprost o skali naszej mizerii? Czy to nie lrozumowanie żywcem z Diogenesa?

    (Wiwatujący tłum niesie mistrza zapasów. Trafiają na Diogenesa. Filozof wstrzymuje pochód. „A więc wygrałeś?” – pyta. „Tak” – odpowiada zapaśnik. „A lepsi od ciebie byli ci przeciwnicy, czy gorsi?” „Jasne, że gorsi – mistrz się obrusza. – Przecież ich pokonałem.” Diogenes patrzy z politowaniem: „I z czego się cieszysz, głupcze? Że pokonałeś słabszych?”)

  30. 30 michał

    Diogenes oczywiście miał rację. Ale my nie pokonaliśmy bolszewików, więc ich moralna i każda inna nędza (z wyjątkiem strategicznej sprawności, w którą wyposaża ich leninowska Metoda) nie najlepiej świadczy o nas.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja