Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Czego nie dotyka Bagley? ­

A w każdym razie dotyka powierzchownie. To w pierwszym rzędzie sprawa nagłej, absolutnie niewytłumaczalnej, nazwijmy ją, „rehabilitacji” Jurija Nosenki. Jakie były jej przyczyny, przebieg,­ skutki. Bagley pisze na temat Nosenki całą książkę, wnikliwie analizuje najdrobniejsze, niezwykle cenne, detale, aby w efekcie nie uchylić nawet rąbka tajemnicy w kwestiach o pierwszorzędnym znaczeniu, bez których casus Nosenki jest tylko zwykłą agencyjną pomyłką. Wspomina gdzieś, mimochodem, o „rosnącym w połowie 1966 roku sceptycyzmie w kręgach kierowniczych CIA”, sugeruje nawet, choć nader ostrożnie: „stało się oczywiste, że na ich decyzje wpłynął jakiś nieznany czynnik”, temat ten jednak szybko porzuca, skupiając się w zamian na wyjaśnieniach o charakterze zdecydowanie trzeciorzędnym, personalnym (odrobinę emocjonalnym), przywołując postać Bruce’a Soliego, funkcjonariusza, który najwyraźniej po prostu przyjął swoją rolę, certyfikując bez zastrzeżeń wiarygodność Nosenki. Czy rzeczywiście niekompetencja jednego, czy nawet pół tuzina agencyjnych urzędników, która – wedle Bagley’a – niczym epidemia hiszpanki ogarnęła nagle i niespodziewanie wszystkie szczeble i zakamarki CIA, może nas zadowolić jako wyjaśnienie? Mowa tu przecież o dokładnie tym kamieniu, który w niedalekiej przyszłości wywoła lawinę nieszczęść, spadających na pracowników Agencji, cały amerykański wywiad, na możliwości oceny komunistycznego zagrożenia, bezsilność i impotencję służb, w nieco tylko dalszej perspektywie – moszcząc drogę dla sowieckiej pierestrojki.

Bagley żmudnie i drobiazgowo, przy tym bez najmniejszego trudu obala raport Soliego. To co najważniejsze pozostawia jednak w sferze domysłu. Nowe przesłuchania, sam Raport i stwierdzenie wiarygodności Nosenki są, co oczywiste, robione na zamówienie. Finalizacja całej sprawy przebiega w błyskawicznym tempie. Zastępca dyrektora CIA Rufus Taylor w ciągu zaledwie kilku godzin w pełni akceptuje obszerny raport Soliego, wystosowując stosowne memorandum do dyrektora Helmsa, który w trybie równie błyskawicznym uznaje sprawę za zamkniętą. Niby nic takiego, ale nie do końca. Był to bowiem ten sam Richard Helms, który 4 lata wcześniej, w czerwcu 1964, odradzał przewodniczącemu Warrenowi włączenie do znanego raportu całkowicie niewiarygodnych zeznań Nosenki, i który znacznie później, po upływie kolejnych dziesięciu lat, pełniąc obowiązki amerykańskiego ambasadora w Teheranie, skłaniał się zdecydowanie ku wersji Bagleya, jeśli idzie o wiarygodność Nosenki. Z jakiegoś niezmiernie istotnego powodu w 1968 roku było inaczej – jako dyrektor Centralnej Agencji Helms bez najmniejszych oporów przyjął memorandum Taylora, w którym musiał przeczytać:

Jestem obecnie przekonany, że nie istnieją powody, które uzasadniałyby wniosek, że Nosenko jest kimś innym aniżeli twierdzi, że świadomie i z premedytacją nie przekazywał nam pewnych informacji, że nie istnieją sprzeczności pomiędzy tym, co od niego usłyszeliśmy, a co usłyszeliśmy od innych dezerterów lub informatorów, które mogłyby wpłynąć na jego ocenę. W szczególności nie dostrzegam żadnych istotnych sprzeczności pomiędzy informacjami dostarczonymi przez Nosenkę, a opiniami przekazanymi przez Golicyna.

Niebywałe, ale tak właśnie zostało to rozegrane. Ostentacyjnie, bezapelacyjnie, w trybie niemal decyzji administracyjnej, wiarygodność Nosenki została urzędowo potwierdzona, potwierdzona ponad wszelką wątpliwość. Czy można w tej sytuacji stawiać na brak kompetencji i biurokratyczną mentalność? Bagley nie poszukuje innego wyjaśnienia. Pisze: „odpowiedź leży częściowo w psychice – w naszej nieuleczalnej skłonności do wierzenia w co chcemy wierzyć i odrzucania, co chcemy odrzucać”, po czym, aby to swoje przekonanie uzasadnić, załącza obszerny apendyks pełen niezwykłych historii: Tichborne-Ortona, Azefa, Romana Malinowskiego i wielu innych.

Niekompetencja i pobożne życzenia znajdują się w głównym trendzie Bagleyowskiej argumentacji. Stanowią narzędzie służące do wyjaśnienia każdej wątpliwości, od bardzo drobnych po największe katastrofy. Dokładnie w tej samej kategorii umieszcza Bagley Williama Colby’ego, centralną postać wielkiej wywiadowczej pierestrojki w Centralnej Agencji Wywiadowczej, przeprowadzonej w okresie jego dyrektorowania, cytując niezwykłą wypowiedź swojego szefa:

Spędziłem kilka długich posiedzeń starając się ogarnąć wyczerpujące teorie [szefa zespołu kontrwywiadowczego, Angletona] na temat długiego ramienia wszechwładnego i podstępnego KGB, jego aktywności na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, umieszczenia jego agentów w centralnych instytucjach naszych sojuszników i państw neutralnych, na temat wysyłania fałszywych dezerterów, po to aby wpływać na amerykańską politykę i podkopywać jej fundamenty. Przyznaję, że nie mogłem tego przyswoić, być może dlatego, że nie posiadam odpowiednich umiejętności, aby zrozumieć tak złożone zagadnienia, być może dlatego, że nie udało mi się podążyć za wyjaśnieniami Angletona, a może dlatego, że fakty jakie przytaczał nie były odpowiednio dopasowane do wniosków, jakie wysnuwał… Nie podejrzewałem, że Angleton i jego zespół angażują się w jakieś niestosowne przedsięwzięcia. Po prostu nie mogłem pojąć czym oni w ogóle się zajmują.

Bagley pozostawia tę kwestię bez komentarza, skupiając się jedynie na kadrowych posunięciach dyrektora: wymuszeniu (przy pomocy przecieku prasowego) dymisji Angletona oraz odejściu na emeryturę jego najbliższych współpracowników (przy tej okazji Wydział Kontrwywiadu CIA został zredukowany z 300 do zaledwie 80 pracowników). Być może Bagley obawia się wstąpienia na chybotliwą kładkę spiskowych teorii. Wyznanie Colby’ego wydaje się jednak warte komentarza, nawet jeśli miałoby prowadzić prostą drogą na manowce. Niecodziennie dyrektor tak ważnej instytucji jak Centralna Agencja Wywiadowcza dokonuje faktycznej czystki w podległym sobie urzędzie ponieważ, jak twierdzi, nie ogarnia intelektualnie pracy tego zespołu, a jeśli już nawet od czasu do czasu tak właśnie bywa, trudno oczekiwać, aby podobna prawda wypłynęła na forum publiczne i to z ust głównego jej bohatera. Cóż takiego motywowało działaniami Colby’ego, że przełożył własną kompromitację nad wyjawienie rzeczywistych powodów? Czyżby rację miał Angleton, podejrzewając swojego dyrektora o kontakty z wrogiem, o to że na długo zanim objął stanowisko szefa amerykańskiego wywiadu został zwerbowany przez KGB? Bagley ostrożnie omija tę sprawę – czyżby w obawie? W obawie przed niesprawiedliwym oskarżeniem, a może w obawie przed czymś całkiem innym? W dziedzinie, w której pracowali, obawa, czy po prostu strach, nie musi być wyłącznie efektem przewrażliwienia.

W tym kontekście szczególnie pouczający jest epilog drogi życiowej Williama Colby’ego. Colby zginął na długo po zakończeniu służby, pod koniec kwietnia 1996 roku. Oficjalną przyczyną śmierci było utonięcie w wyniku wywrócenia się łodzi, którą miał rzekomo płynąć 76-letni wówczas były dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej. Ogromna liczba poszlak podważa oficjalną wersję, według której Colby miał nabrać ochoty na przejażdżkę swoją kanoe już po zmierzchu, do tego w trakcie samodzielnie przygotowanej kolacji, którą pozostawił na kuchennym stole ledwie napoczętą. Niewiarygodne pozostają: chronologia wydarzeń, okoliczności domniemanego wypadku, szczegóły autopsji. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że mimo szczególnej rangi ofiary tego „wypadku”, śledztwo pozostawiono w gestii lokalnej policji. Jak w wielu innych tego typu przypadkach, nie sposób ustalić niczego z absolutną pewnością. Po pierwsze, czy rzeczywiście było to morderstwo polityczne; po drugie, czy za domniemanym (bardzo prawdopodobnym) morderstwem stali sowieccy mocodawcy Colby’ego (jeśli wierzyć w jego agenturalność); po trzecie, czy ta śmierć może być wiązana z jakimś innym wydarzeniem (Colby prowadził między innymi śledztwo w sprawie zagadkowej śmierci Vince’a Fostera, blisko związanego z Białym Domem. Zginął w zaledwie dwa tygodnie po innej tajemniczej śmierci, śmierci Rona Browna, sekretarza handlu w gabinecie Clintona, który miał rzekomo oskarżać swojego pryncypała o udział w sprzedaży tajnych technologii wojskowych komunistycznym Chinom)?

Niestety, po raz kolejny już, pozostają nam tylko domysły. Poszukiwanym intensywnie przez ponad dekadę „kretem” mógł być, oczywiście, Colby, mógł być całkiem ktoś inny. Ani stosunek do trudnej i zawiłej metodologii Angletona, ani też ocena wiarygodności takich potrójnych agentów jak Nosenko, nie mogą być sprawdzianem lojalności któregokolwiek z członków wywiadowczej społeczności, kwestie te mogą być co najwyżej pomocne przy próbie oceny ich pracy. Nosenko, słusznie uznany za fałszywego agenta przez pracowników CIA w połowie lat sześćdziesiątych, od oficerów Federalnego Biura Śledczego uzyskałby zapewne certyfikat wiarygodności bez najmniejszych problemów. Dokładnie tak postąpili w przypadku przynajmniej dwóch agentów, którzy pojawili się w ich zasięgu niemal nazajutrz po dezercji Golicyna. Szef FBI, Hoover, zwykł stosować możliwie proste metody pracy: agent dostarcza informacje, zatem agent jest pożyteczny. Bez zbytniego stresu, za to z dobrymi bieżącymi wynikami (informacje od tych agentów trafiały, za pośrednictwem Hoovera, na biurko prezydenta), przynajmniej do momentu, kiedy to obaj okazali się być kontrolowani przez sowieckiego pracodawcę. Czy takie postępowanie miałoby oznaczać, że Hoover czy też inny wysoko postawiony urzędnik FBI, są sowieckimi „kretami”? Oczywiście, byłby to wniosek zdecydowanie za daleko idący. Można natomiast z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że nikomu w FBI nie przyszłoby do głowy nicować do znudzenia Nosenkowe kontrowersje.

Podobnie jak w każdym innym środowisku, także członkowie wywiadowczej społeczności różnią się od siebie pod wieloma względami: cechami charakteru, zdolnościami, umiejętnościami, doświadczeniem. Nie zawsze na te same kwestie potrafią, czy też mogą, patrzeć w jednakowy sposób. Doskonałym przykładem jest konglomerat spraw związany z jednym nazwiskiem – Golicyn. Nie chodzi tu o skrajnie różne reakcje, jakie odnotowano w związku z jego osobą. Można uznać za zupełnie naturalne, że jednych drażnił, innych nie. Oczekiwał od swoich zachodnich partnerów, że traktowany będzie z należytą powagą, więc jednych irytował, a innych zjednywał swoim twardym stanowiskiem. Rzecz w tym, że nawet w gronie osób, które w pełni uznawały jego kwalifikacje, wagę i trafność przekazanych informacji, nie wszyscy chcieli wsłuchiwać się w najbardziej istotną, strategiczną część Golicynowskiego przekazu. A byli to często ludzie, których ideowość, oddanie dla służby nie może budzić najmniejszych wątpliwości, ludzie tacy jak Bagley, czy Peter Wright, którzy gotowi byli poświęcić bardzo wiele, aby odkryć prawdę. W przypadku Bagleya ta ukryta prawda wiązała się z nazwiskiem Nosenko, Wright przez kilkanaście lat swojej wywiadowczej kariery gonił za nieuchwytnym widmem „kreta” w MI5. Obaj wykazali się wyjątkową determinacją i nieustępliwością. Obaj, z pewnego punktu widzenia, nie traktowali Golicyna zupełnie poważnie.

Golicyna wspierała bardzo wąska grupa ludzi po dwóch stronach Atlantyku, może kilka, może kilkanaście osób. Szczegółów ich pracy nie znamy. To co wiemy, pozwala przynajmniej na stwierdzenie, że nie była to grupa bardzo popularna w swoim środowisku, raczej grupa wywiadowczych dysydentów, której pracę w ten czy inny sposób starano się zepchnąć na margines. Peter Wright w swoich bestselerowych wspomnieniach Spycatcher prezentuje kwestię w następujący sposób:

Większość akolitów Golicyna w MI5, między innymi także ja, zerwało wkrótce z szalonymi teoriami Golicyna i oddaniem dla jego metodologii. Jedynie Arthur [Martin] i młodsi oficerowie jak Stephen De Mowbray, który był odpowiedzialny za Golicyna w okresie, gdy był oficerem łącznikowym MI6 w Waszyngtonie we wczesnych latach 60., pozostali lojalni.[…] Mimo, że MI5 uniknęła ekscesów CIA, Golicyn był wciąż źle prowadzony. Pozwolono, aby myślał, że jest bardzo ważny. Wszyscy dezerterzy powinni być trzymani na dystans…

Wright należał do zdecydowanej większości. Nie mógł Golicyna całkiem ignorować, ale robił wiele, aby jego znaczenie pomniejszyć: Golicyn – według Wrighta – nie rozumiał Zachodu, nie był mentalnie przygotowany na taką przemianę, był za to chorobliwie podejrzliwy i brakowało mu poczucia humoru. Jedynie ktoś tak zapalczywy i podatny na wpływy jak De Mowbray – przekonuje w swojej książce Wright – mógł traktować Golicyna z pełną powagą.

Uznawany przez jednych za aroganta i paranoika, przez innych za najważniejszego dezertera w dwudziestowiecznej historii, Golicyn dla żadnej ze stron nie pozostawał obojętny. Stąd nawet w niebywale bulwersującym memorandum Taylora, które ostatecznie uwiarygodnia potrójnego agenta Nosenkę, nazwisko Golicyn pada jako oczywisty punkt odniesienia, bezdyskusyjny probierz kompetencji. Nic zatem dziwnego, że skoro przeciwnicy „szalonych teorii” Golicyna nie mogli przejść obok jego dokonań obojętnie, tym bardziej nie robili tego nieliczni zwolennicy: Scott Miler, Arthur Martin czy Stephen De Mowbray, który po zakończeniu kariery w brytyjskich tajnych służbach spakował walizki i udał się do Stanów Zjednoczonych, aby dopomóc Golicynowi w pisaniu książki na temat sowieckiego podstępu oraz nieopublikowanych do tej pory pamiętników.

To, że zaledwie garstka najbardziej zaufanych przyjaciół i współpracowników pozostała po stronie Golicyna nie było dziełem przypadku, ani agenturalnych knowań. Jedynie ci nieliczni byli w stanie zaakceptować powagę sytuację, rozmiary niebezpieczeństwa, istotę komunistycznego zagrożenia. Inni, owszem, potrafili poświęcić bardzo wiele, łącznie z własną karierą, aby przez dekady tropić nieuchwytnych „kretów”, nie byli jednak w stanie zaakceptować faktu, że świat stoi na krawędzi zagłady, że trwa nie jakaś tam wydumana „zimna wojna”, ale wojna całkiem realna, wojna dwóch cywilizacji: ludzkiej i bolszewickiej. Nie wiemy czy William Colby, kopiący dołki pod najwybitniejszym przedstawicielem amerykańskiego wywiadu Angletonem, był czy nie był sowieckim agentem. Nie mamy bladego pojęcia, jakimi motywami kierowali się Helms z Taylorem, gdy certyfikowali w sposób absurdalny, bo poprzez zestawienie z dorobkiem Golicyna, agenturalną działalność Nosenki. Możemy tylko domyślać się, że w obu przypadkach o podejmowaniu takich, a nie innych decyzji mogło decydować jedno przemożne pragnienie – całkiem banalna chęć uchylenia się od konfrontacji z rzeczywistością.

Jest jeszcze jedna kwestia, o której Bagley wypowiada się nader oględnie – podejrzenia jakie Kontrwywiad CIA (w osobie Angletona) formułował pod adresem jego własnej, Bagley’a, firmy – Wydziału Sowieckiego. Angleton, zgodnie z sugestiami Golicyna, był przekonany, że Wydział Sowiecki jest zinfiltrowany przez służby sowieckie. Z tego właśnie powodu – z obawy przed sowiecką manipulacją – w grudniu 1963 roku prowadzone przez CIA śledztwo w sprawie zabójstwa Kennedy’ego przejął Kontrwywiad CIA z Angletonem na czele. Jednak nie na długo. Zaledwie miesiąc później pojawił się Nosenko i Wydział Sowiecki ponownie wrócił do gry. Mark Riebling, autor książki pt. Wedge. The Secret War Between The FBI And CIA, zadaje w związku z tym niezwykle interesujące pytanie: „Czy KGB zdecydowało się go wysłać w chwili kiedy ich ‚krety’ zostały odcięte od śledztwa i KGB straciło możliwość manipulowania śledztwem?” Czy Bagley, praktycznie pomijając tę kwestię, nie przesadził z lojalnością wobec własnego wydziału?

Śledzeniem przypuszczalnej penetracji zajmowała się powołana przez Angletona Specjalna Grupa Dochodzeniowa kierowana przez Newtona Scott Milera. Dziesięcioletnia praca tego zespołu nie dała rezultatów. Czy wolno na tej podstawie wyciągnąć wniosek, że szukali czegoś co nigdy nie istniało? Nie warto się z tym wnioskiem spieszyć. Przekonanie Angletona i innych pracowników kontrwywiadu oparte było na solidnych podstawach, na informacjach i analizach przekazanych przez Golicyna, a ten nie tylko był przekonany o istnieniu „kreta” w szeregach CIA, twierdził także, na podstawie rozpiętości tajnych informacji jakie widział w Moskwie, że nie mogły one pochodzić od jednego tylko agenta, sugerował w związku z tym poszukiwanie „guza” będącego źródłem przerzutów „raka”. Istnienie „kretów” w obrębie Wydziału Sowieckiego i innych jednostek Agencji można zatem sprowadzić do jednej tylko kwestii – wiarygodności Anatolija Golicyna. Jeśli był fałszywym, wysłanym przez KGB dezerterem (tak w końcu podejrzewał Edgar Hoover) oczywiście żadnych „kretów” nigdy nie było. Jeśli był i pozostał wiarygodny – agenci kontrwywiadu po prostu zawiedli (choć spora część tego zawodu spływa na agentów FBI, odpowiedzialnych za prowadzone w skandalicznym stylu działania operacyjne na terenie USA, na przykład inwigilację osób podejrzanych przez pracowników Agencji o szpiegostwo).

Sprawa Nosenki bardzo mocno zaważyła na biografii i karierze Bagleya, w jeszcze większej mierze na wynikach długoletniej pracy tego wybitnie uzdolnionego, błyskotliwego agenta. Bagley przegrał, bezapelacyjnie, w jakimś sensie nawet kompromitująco, choć można przypuszczać, że nie było w tym jego winy. Być może Nosenko, pomijając już udział ewentualnych sił trzecich, okazał się po prostu zbyt twardym przeciwnikiem. Bagley pisał swoją książkę z niewątpliwą świadomością porażki, w dość zapewne ponurym nastroju, ale też daleki od rozpościerania zdecydowanie mrocznych wizji. Bagley jest przekonany, że straty wywołane złą oceną wiarygodności Nosenki wraz z pozostałymi konsekwencjami choć dotkliwe, nie spowodowały katastrofy. Szczęśliwie dla siebie Bagley wierzy bowiem w zwycięstwo.

Paradoksalnie to właśnie Bagley bagatelizuje przypadek Nosenki. Owszem – powiada – sprawa skandaliczna, skandaliczna niekonsekwencja etc., ale przecież można ją po prostu zamknąć wraz z napisaniem ostatniej karty książki. Mamy koniec „zimne wojny”, rozpad Związku Sowieckiego, nie ma się już czym przejmować.

Co więcej, taka okoliczność jak nagłe zniknięcie wroga z powierzchni ziemi daje wspaniałą okazję do skonfrontowania drugiej strony, kto wie – ostatecznego wyjaśnienia wszelkich wątpliwości. I Bagley pakuje walizki i jedzie do Moskwy. Sowieccy koledzy po fachu okazują się czasem mniej, czasem bardziej ostrożni (zależnie od tego, czy rządzi „liberalny” Jelcyn czy mniej otwarty Putin, jak zapewne myśli Bagley), nieodmiennie jednak wylewni, skorzy do wyjawiania kagebowskich tajemnic. Mniej istotne co mówią, ważne z jak naiwną wiarą podchodzi do ich wypowiedzi człowiek, który zajmował kiedyś pozycję numer 2 w Wydziale Sowieckim CIA. To zdumiewa najbardziej. Po odczytaniu jego wyznań, Bagley wydaje się znacznie mniej odpowiedni do roli głównego sprawozdawcy sprawy Jurija Nosenki i wszystkich powiązanych z nią wątków. Zatem – niech mi czytelnik wybaczy – nie widzę innego wyjścia jak powrócić do tych kwestii, kwestii związanych ze sprawą Nosenki, tym razem w zdecydowanie szerszym ujęciu, jeszcze raz.

 



Prześlij znajomemu

28 Komentarz(e/y) do “Golicyn, Nosenko i kilka zapomnianych drobiazgów II”

  1. 1 Orzeł

    Szanowny Panie Dariuszu!

    Niejako przy okazji rozważań na temat Nosenki chciałbym poznać Pańskie zdanie w kwestii autentyczności innego uciekiniera z Sojuza, (a właściwie formalnie w 1992 roku już Rosji), Wasilija Mitrochina. Z nielicznych zamieszczonych na tej witrynie komentarzy na temat pracy Christophera Andrew wnoszę, że istnieją poważne powody, żeby wątpić w wiarygodność „Archiwum Mitrochina”, przez niektórych historyków uznawanego za najpełniejszy zbiór wiedzy na temat KGB. Jakie poszlaki, oprócz potwierdzenia autentyczności Jurija Nosenki jako prawdziwego uciekiniera przemawiają za tym, by podważać to opracowanie? Czy spotkał się Pan z jakimiś bardziej konkretnymi przesłankami, niż intuicja za tym, że Mitrochin to spreparowany dezerter? Pobieżna i co tu dużo mówić amatorska analiza, jakiej staram się dokonąć nie skłania póki co do takiej interpretacji. Wiele faktów znanych z zupełnie innych źródeł jest potwierdzanych właśnie w „Archiwum Mitrochina”, jak chociażby spektakularna ucieczka Jurija Bezmienowa z Indii, czy agenturalna przeszłość naszego ulubionego Bolka. Jeśli przyjąć np, że Bolek i jemu podobni obalacze komunizmu w pozostałych demoludach byli w sowieckim planie dezinformacji opisanym przez Golicyna dość ważnym elementem, to jaki sens miałoby ujawnianie całemu światu, że taki właśnie „heros” to szpicel bezpieki? Co ciekawe spotkałem się z opinią, że „Archiwum Mitrochina” to fałszywka, ale słowa podobnej treści padły z ust jednego z dyżurnych obrońców dobrego imienia Bolka przy okazji rozprawy medialnej z pracą Cenckiewicza i Gontarczyka. Dowodził on, że praca Andrew’a to stek bzdur i w ogóle nie wolno się sugerować treściami tam zawartymi.

    Rozumiem, że sowieci mogli mieć swoje priorytety i być może woleli poświęcić kilku zgranych agentów ujawniając ich przeszłość (jak np Melita Norwood), żeby większą dezinformacją przykryć dużo ważniejsze postaci. Czy tak było właśnie w przypadku Nosenki? Czy cała operacja przejścia Mitrochina na Zachód pomyślana była jako kolejna próba ośmieszenia Golicyna? Ale jeśli tak, to dlaczego miała ona miejsce tak późno? Po co KGB/SWR miałby przeprowadzać tak skomplikowaną operację PO „upadku komunizmu”, kiedy już wszyscy zachłysnęli się z radości, że oto historia się skończyła i wroga już nie ma? Czy nie logiczniejsze byłoby rozegranie takich manewrów, powiedzmy w połowie lat 80-tych?

    Ciekaw jestem Pańskiego zdania na ten temat.

    pozdrawiam

  2. 2 amalryk

    To jest paradne:

    „[…]Przyznaję, że nie mogłem tego przyswoić, być może dlatego, że nie posiadam odpowiednich umiejętności, aby zrozumieć tak złożone zagadnienia, być może dlatego, że nie udało mi się podążyć za wyjaśnieniami Angletona,…Po prostu nie mogłem pojąć czym oni w ogóle się zajmują.[…]”
    Więc, jako że szef CIA jest debilem, to wszystko to, co przerasta swą skalą złożoności jego fantastyczne zdolności intelektualne, należy wywalić na śmietnik! – Dla mnie bomba! A najlepsze, że tak właśnie zrobiono! I co? Dało się? Dało! Ale najważniejsze, że komunizm upadł! I wszyscy już mogą radośnie pląsać przy wtórze bałałajek, naśmiewając się z tego „podejrzliwego i pozbawionego poczucia humoru” oszołoma, Golicyna!

    A że Bagley ględzi i ględzi aby w efekcie nie powiedzieć niczego? No cóż, najwyraźniej nie chce aby i jego przypadkiem nie dopadła nieprzeparta ochota do nocnej przejażdżki kanoe i to na dodatek tuż przed zjedzeniem już przygotowanej kolacji…

  3. 3 michał

    Drogi Panie Orle,

    Niestety Darek nie będzie mógł odpowiedzieć co najmniej do poniedziałku, więc prosił mnie, żebym go tymczasowo i nieudolnie zastąpił.

    Podniósł Pan kilka interesjuących kwestii. Wydaje się w pierwszym rzędzie, że sam fakt wystąpienia przeciw Golicynowi a za Nosenką nie może być wystarczającym powodem do dezawuowania przekazu. Tak się wydaje, ale w praktyce przyjęcie Nosenki za prawdziwego dezertera ma swoje logiczne konsekwencje, a także domaga się uprzedniego przełknięcia takiej masy sowieckich kłamstw (o czym Darek pisze szczegółowo powyżej), że trudno nie brać tego jako papierka lakmusowego: Nosenko – papierek zabarwia się na czerwono; Golicyn – na niebiesko.

    Dobrze, ale załóżmy, że to jednak nie wystarcza. Przeciw Mitrochinowi przemawia przede wszystkim zgóła nieprawdopodobny sposób, w jaki jego archiwum dostało się na Zachód. Na każdym kroku wygląda to na prowokację. Po drugie, przemawia przeciw niemu postać Christophera Andrew, o którym wypowiadał się jakiś czas temu cytowany w motcie przez Darka, Stephen De Mowbray. Ale po trzecie i najważniejsze, argumentem przeciw Mitrochinowi jest zawartość jego archiwum. Rewelacje są natury komicznej, a wszystko inne to co najwyżej potwierdzenie tego, co i tak było znane z innych źródeł.

    Stawia Pan dwa pytania: o Bolka i o czas tych rewelacji. Wydaje mi się oczywiste, że występowanie apologetów Bolka przeciw Mitrochinowi, nie może mieć jakiegokolwiek znaczenia. O Bolku wiemy nie od Mitrochina, ale z jego czynów. Jego działalność nie z lat 70., ale po sierpniu roku 1980 wskazuje najlepiej na jego agenturalny rodowód. Ale ja wolałbym powiedzieć, że nie wiem, czy Bolek był albo jest agentem, wystarczy, że jego działalność była całkowicie na rękę bolszewikom. A zatem postawa apologetów nie różni się wiele od postawy Goebbelsa wobec Katynia: Goebbels mówił prawdę o Katyniu, ale to nie czyni go mniej zbrodniarzem. Archiwum Mitrochina nie jest zapewne fałszywką, ale misternie skonstruowaną prowokacją.

    Dlaczego Mitrochin nie zwiał w latach 80., to wydaje mi się zupełnie jasne. Golicyn mówił wprost o stworzeniu dramatycznej serii wydarzeń, które stworzą wrażenie upadku komunizmu, jaki sens miałoby kompromitowanie bohaterów na żywo? Po jakimś czasie, kiedy propagandowa wersja wydarzeń zwyciężyła i istnieje w powszechnej świadomości, można przekazywać ułamkowe prawdy. Ma to jeszcze dodatkową zaletę, że trzyma zadufanych w sobie głupków (jak choćby Bolek) w szachu.

  4. 4 michał

    Panie Amalryku,

    Nie mogę się z Panem zgodzić, że Bagley „ględzi”. Nie wydaje mi się także, żeby taka była pozycja Darka. Książka Bagleya jest nadzwyczaj ciekawa i całkowicie obala „bona fide” Nosenki. Już to samo wystarcza, żeby uczynić ją wartą przeczytania.

    Darek zajmuje się tym, czego Bagley NIE mówi. Bagley, jak przytłaczająca większość ludzi na tej planecie, bierze upadek komunizmu za dobrą monetę. Skoro komunizm upadł, to warto się przyjrzeć, jak to było z Nosenką, zdaje się mówić Bagley. I nie dopowiada, że to jest jedna i ta sama sprawa: przyjęcie Nosenki równa się przyjęciu „upadku komunizmu” i zamknięciu oczu na rzeczywistość, gdy przyjęcie Golicyna oznacza odrzucenie „upadku komunizmu” i otwarcie oczu.

  5. 5 Orzeł

    Panie Michale!

    Bardzo dziękuję za odpowiedź. Interesujący punkt widzenia, Wezmę go pod uwagę. Wciąż jednak pozostaje dla mnie niezrozumiała postawa Cristophera Anderw w całym zamieszaniu. Jego sceptycyzm wobec Golicyna jest powszechnie znany (no, powiedzmy powszechnie znany w kręgach, które kojarzą nazwisko Golicyna). Co ciekawe Andrew podaje w zasadzie tylko jeden koronny według niego argument za niewiarygodnością Golicyna, czyli zadenuncjowanie Harolda Wilsona. W „Archiwum Mitrochina” pojawia się ten wątek, dość mętny z resztą, bo co i rusz opisywane są próby werbunku premiera Wielkiej Brytanii, które jakoby nigdy nie przyniosły jednak rezultatu. A jednak z londyńskiej rezydentury KGB szły do Moskwy tryumfalne szyfrówki, że już, towarzysze, już jest nasz. Czyli rezydent byłby na tyle bezczelny, żeby dezinformować swoich zwierzchników? No, ale pal diabli tę kwestię, może Golicyn faktycznie w tym punkcie się mylił, ostatecznie sprawa była bardzo niejasna, nawet w notatkach Mitrochina nie ma jednoznaczności co do Wilsona, chociaż Andrew interpretuje luki w wiedzy na korzyść byłego premiera. Nie spotkałem się jednak z żadnymi innymi argumentami Christophera Andrew przeciwko Golicynowi, poza tym, że zarzuca mu się enigmatycznie wewnętrzne rozbicie w CIA. Skąd bierze się taka niechęć profesora Cambridge do Golicyna? Żadnej próby głębszej analizy, żadnych wątpliwości, za to jednoznaczna krytyka. Podobnie jest w „Inside KGB” napisanej z Gordijewskim. Tu raczej ciężko dopatrywać się prowokacji, Gordijewski chyba podwójnym agentem jednak nie był.

    Jak Pan sądzi, czy rzekome związki Andrew z MI5 mają tu jakieś znaczenie dla jego stosunku do Golicyna? Może chodziło o niezdrową rywalizację między brytyjskimi i amerykańskimi służbami? Może Golicyn zadenuncjował jeszcze kogoś po brytyjskiej stronie Atlantyku i to było zbyt niewygodne dla pewnych kręgów. Bo przecież chyba zgodnie odrzucimy teorię, że profesor działał świadomie w interesie sowietów dezawuując Golicyna.

  6. 6 michał

    Drogi Panie,

    Profesor Andrew jest Tab (czyli z Cambridge), a takim ludziom ufać nie można!

    Jest Pan o wiele lepiej obeznany z radosną twórczością cantabryjskiego eksperta niż ja. Jeśli więc po przeczytaniu jego książek uważa Pan, że można na nim polegać , to proszę mi powiedzieć dlaczego. Andrew nazwał Golicyna „unreliable pedlar of conspiracy theories”; wcale nie mętnie, ale zupełnie wprost oskarżył go o rozbicie służb zachodnich przez paranoiczne poszukiwanie nieistniejących kretów. Niestety nie pamiętam, gdzie czytałem, że Angleton odparł na podobnie postawione pytanie (które zmierzało do sugestii, iż sam Angleton może być sowieckim agentem, któremu zlecono obezwładnienie wywiadu przez szukanie wtyczek), że „takiej hipotezy nie wolno wykluczać”. To wydaje mi się jedynie słuszne podejście, gdy metoda Andrew jest z piekła rodem, bo opiera się na następującej supozycji: będziemy spraliżowani poszukiwaniem kretów, więc lepiej przyjąć, że ich nie ma.

    Związki Andrew z MI5 nie są rzekome, ale jawne: on jest oficjalnym historykiem wywiadu z dostępem do wszystkich tajnych dokumentów. Golicyn wskazał agentów w MI5 (choć chyba nie z nazwiska i nie nazywałbym tego denuncjacją), ale wskazał też we Francji. Pomiędzy MI5 i CIA istnieje z pewnością rywalizacja, ale obie agencje są tak przeniknięte sowieckimi agentami, że rywalizacja nie może mieć wpływu na stosunek Andrew do Golicyna. Innymi słowy, nie mogę się zgodzić z Pańskim ostatnim zdaniem: takiej teorii odrzucać nie wolno.

  7. 7 amalryk

    Panie Michale!

    Cofam to „ględzenie”, choc nie znając książki czynię to polegając na Pańskiej opinii (ostatecznie gdy się dysponuje talentem narracyjnym można ględzić całkiem zajmująco)

    Z drugiej strony Bagley, albo ma istotne problemy z elementarnym wnioskowaniem, albo sam jest jakoś „uwikłany”. Nie można za jednym zamachem dezawuować Nosenki i Golicyna, aut aut, tertium non datur!

  8. 8 michał

    Bagley uwikłany jest bez wątpienia. Dlatego jest tak ciekawym przypadkiem i tym właśnie dziwnym „uwikłaniem” zajmuje się Darek w swoim cyklu.

    Przykładów takich problemów z elementarnym wnioskowaniem mamy wśród tych panów wiele, że wspomnę tylko wystąpienia JR Nyquista na niniejszej stronie: powoływał się na Golicyna, a jednocześnie dzisiejsza Polska i Ukraina były w jego oczach frontem walki z bolszewizmem…

    Ale Bagley nie tyle dezawuuje Golicyna, co nie wyciąga żadnych wniosków z sytuacji, którą opisuje i w której sam odegrał rolę.

  9. 9 amalryk

    „Ale Bagley nie tyle dezawuuje Golicyna…” – Czyżby? To jak mam to rozumieć: „[…]Mamy koniec „zimne wojny”, rozpad Związku Sowieckiego, nie ma się już czym przejmować.[…]” – bo to chyba jednak bagleyowskie „złote myśli”, nieprawdaż?

  10. 10 Orzeł

    Panie Michale!

    Sęk w tym, że ja nie traktuje Andrew jako jedyne i w stu procentach wiarygodne źródło wiedzy na temat KGB. Staram się właśnie wyrobić sobie pogląd na jego temat i wyciągać wnioski. Ciekawa jest na przykład analiza rozdziału „Archiwum Mitrochina” dotyczącego schyłkowego PRL-u, gdzie kilka niewygodnych dla naszych „elit” tez zostało dość jasno potwierdzonych. I tak np jest tam ładny opis Jaruzelskiego żebrzącego rozpaczliwie o pomoc militarną Moskwy w razie fiaska stanu wojennego, jest i wspomniana wcześniej współpraca Bolka z SB. Są również informacje na temat działalności agenturalnej KGB i Stasi w bratniej PRL, jako dość oczywiste przygotowania do spontanicznego „upadku komunizmu”. Ale dalej Andrew już bał się pójść i analizy tych faktów nie zrobił, za to umieścił okrągłe banały na temat sukcesu opozycji demokratycznej w walce z komuną i zwycięstwie demokracji nad despotią. Jest to ewidentny brak logiki w jego wywodach.

    Według mnie jednak taka postawa nie jest spowodowana działalnością agenturalną na rzecz sowietów (w końcu sam fakt wykładania w Cambridge nie świadczy automatycznie o byciu spadkobiercą Pięciu Wspaniałych:)). To raczej sposób myślenia zachodnich elit (wcale nie lewicowych) na temat wydarzeń w Europie Środkowej i Wschodniej na przełomie lat 80. i 90. Oni zwyczajnie nie rozumieją, co się wtedy stało. Pewnie, że jest to również zasługa całkiem sporej agentury wpływu umieszczonej na zachodzie, ale przecież nie każdy, kto głosi zwycięstwo demokracji nad komunizmem robi to za pieniądze, bądź zaszczyty przyznawane na Kremlu. Jest też przecież instytucja pożytecznego idioty, z taką dbałością i cierpliwością hodowana przez Komitiet Gosudarstwiennoj Biezopasnosti do spółki z agencją prasową Nowosti. Jak skuteczny był to proces świadczy choćby reakcja Margaret Tatcher podczas spotkania z Golicynem bodajże w 1992 roku. Na słowa Rosjanina o wielkiej mistyfikacji pani premier miało ponoć odpowiedzieć coś takiego: cóż miejmy nadzieję, że Sowieci okazali się jednak uczciwymi graczami.

  11. 11 michał

    Drogi Panie Orle,

    Nie myśli Pan chyba, że „wygoda prlowskich elit” jest wysoko na liście priorytetów sowieckich planistów! Cóż ich może obchodzić dyskomfort Wałęsy? Gdyby zaistaniała taka sytuacja, w której musieliby spalić legendę Bolka, a uratować coś ważniejszego, to nie wahaliby się ani przez chwilę. Dokumenty potwierdzające, że Jaruzelski żebrał, wydają mi się tak pozbawione znaczenia, że byłbym skłonny podejrzewać fałszywkę: stan wojenny był bardzo ważnym elementem długoterminowej strategii i, cokolwiek mówią „dokumenty” Mitrochina, Jaruzelski miał ważną rolę w jego planowaniu.

    Brak logiki i sposób myślenia zachodnich elit mogą z pewnością wiele wyjaśnić, ale czy wszystko? Andrew jest inteligentnym człowiekiem, czy w ten sam sposób analizowałby inne kwestie? Bagley jest jeszcze dziwniejszym przypadkiem, bo przecież zdruzgotał Nosenkę, ale nie zadał tych pytań, które Darek zadaje w swoim cyklu. Trudno, znając jego książkę, oskarżać go o brak dociekliwości. Może najdziwniejszy jest Nyquist, którego przytoczyłem wczoraj; on zna i przyjmuje Golicyna, a jednocześnie mówi, że prl i współczesna Ukraina są frontem wlaki z bolszewizmem! Nie zarzucam tym ludziom agenturalności, ale jakieś tajemnicze klapki spadają im na oczy, kiedy mówią o sowietach.

    Wyznaję, że nie znałem tej wymiany między Thatcher i Golicynem – bardzo dziękuję, to arcyciekawe i znamienne. Czy może Pan przy okazji podać źródło?

  12. 12 michał

    Panie Amalryku,

    To chyba była ironiczna próba domyślenia się, co powodowało Bagleyem, ale Darek na pewno lepiej na to odpowie.

    Mnie chodziło tylko o to, że Bagley jest po stronie Golicyna w sporze z Nosenką.

  13. 13 Orzeł

    Panie Michale!

    To wszystko prawda, „Archiwum Mitrochina” mogło być fałszywką spreparowaną po to, żeby całkowicie pogrążyć Golicyna. Pytanie tylko czy taka operacja była na początku lat 90. konieczna? Popatrzmy na reputację Golicyna kreowaną w oficjalnych opracowaniach jeszcze sprzed wszystkich malowanych rewolucji końca lat 80. Trudno nazwać jego ówczesną pozycję jako mocną. Owszem, takie postacie jak Golicyn, czy Jurij Bezmienow za czasów prezydentury Reagana przez chwilę jakby zaczęły skupiać na sobie uwagę (polecam zwłaszcza świetne wystąpienia Bezmienowa organizowane bodajże przez John Birch Society na początku lat 80.) New Lies for Old też było wydane w tym okresie. To był taki, można powiedzieć renesans nurtu antykomunistycznego, a zjawisko moim zdaniem ściśle wiązało się z linią pierwszej prezydentury Reagana. Ale chwilę potem, po dojściu do władzy „reformatora” z Kraju Stawropolskiego, po spotkaniach w Genewie i Reykjaviku ta linia stała się z dnia na dzień niesłuszna. Golicyn i Bezmienow zostali odesłani do lamusa. A stało się tak za sprawą ich niedawnych sojuszników, czyli republikanów i torysów. Administracja Reagana, a potem Busha zwyczajnie nie potrzebowała już takich jątrzących „oszołomów”, bo właśnie zawarli pakt z od dziś dobrymi sowietami, którzy się oto nawrócili na demokrację. W tym miejscu wypada przyznać rację panu Nyquistowi, który drugą kadencję Reagana określił jako pasmo fatalnych błędów.

    A wracając do reputacji Golicyna, zostawmy na chwilę opracowania naukowe i popatrzmy jak ta postać była przedstawiana w kulturze masowej, która miała przecież nieporównanie większy wpływ na opinie publiczną, niż wynurzenia Mitrochina, czy Gordijewskiego. Czy ktoś jeszcze pamięta zbiór opowiadań Fredericka Forsytha pt „Fałszerz”? Jeno z nich, „Wiano panny młodej” to śliczna laurką wystawiona Olegowi Gordijewskiemu, gdzie autor przy okazji opisywania historii uciekinierów z KGB malowniczo miesza Golicyna z błotem, nie pozostawiając czytelnikowi wątpliwości, co ma o tym człowieku myśleć (żeby było jasne, nie oskarżam Forsytha o agenturalność:)). Więc skoro nawet w kulturze masowej taki był powszechnie znany wizerunek Golicyna, to po co tyle zachodu z wysyłaniem Mitrochina?

    Z resztą, to są czysto teoretyczne dywagacje i obawiam się, że na podstawie takich analiz nie dojdziemy nigdy do stuprocentowej pewności, jaką strategię przyjęli chłopcy z Jasieniewa u schyłku dekady lat 80. Być może ma Pan rację i były jakieś ważne powody, żeby taką dezinformację zaaplikować, niejako prewencyjnie. Kto wie, kto wie…

    Rozmowa Thacher z Golicynem była opisana z tego, co pamiętam przy okazji promocji „Perestroika Deception” około roku 1995. Któraś z brytyjskich stacji telewizyjnych przeprowadziła wywiad z Christopherem Story, wydawcą Golicyna. Zdaje się, że tam właśnie padła wzmianka o tym spotkaniu. Proszę wybaczyć nieprecyzyjne dane, spróbuję to sprawdzić i podać dokładne źródło.

  14. 14 michał

    Drogi Panie,

    Czy była konieczna, to nie nam oceniać, bo z definicji nie możemy znać wszystkich faktów. Czy zabójstwo księdza Popiełuszki było „konieczne”? Nie wydawało się tak wówczas, a teraz mi się wydaje, że było z ich punktu widzenia koniecznością. Jak Pan słusznie zauważa, nie będziemy mieć w tej kwiestii pewności.

    Nie znam się dobrze na kulturze masowej (czy to nie contradictio in adiecto?), ale wierzę Panu, że źle o Golicynie mówią (jest jeszcze film Roberta de Niro, pt. Good Shepherd…), tylko mam wątpliwości czy Pańskie pytanie nie prowadzi na manowce. To nie jest „złe pytanie” (takich w zasadzie nie ma), ale operacja w rodzaju pierestrojki, składa się z miriady drobnych posunięć, z milionów wolnych – choć niestety przewidywalnych – czynów. Ingerencje bywają bardzo rzadkie i bardzo subtelne. Wydaje mi się oczywiste, że dla utrzymania fikcji „upadku komunizmu” sowieciarze musieli dać jakiś dostęp do archiwów. Skoro otrąbili urbi et orbi, że komunizm zniknął, to dlaczego nie dac wglądu w akta? Musieli to uczynić w sposób kontrolowany: stąd te komiczne historie Bukowskiego, który kopiował dokumenty na oczach strażników, którzy nie mieli rzekomo pojęcia, co on robił. Stąd chętne rozmowy z byłymi wrogami, choćby z Bagleyem. I stąd też przecieki, takie jak Mitrochin.

    Wielu chyba przed Nyquistem widziało błędy Reagana, ale na usprawiedliwienie Reagan warto pamiętać, że tylko wobec antykomunisty mit o upadku mógł się udać. Nie mogli sowieciarze tego zrobić wobec Cartera czy Clintonów, bo ci rzuciliby sie ratować komunizm, podczas gdy Reagan ogłosił zwycięstwo.

  15. 15 amalryk

    Że się wtrącę.

    Golicyna nie da się, niestety, towarzyszom czekistom skwitować takim to a takim numerem sprawy na teczkach, w przepastnym archiwum w Jasieniewie, które z czasem pracowicie pokryje kurz zapomnienia. Właśnie z powodu tego niewidocznego, nieusuwalnego, największego i najniebezpieczniejszego sojusznika Golicyna jakim jest ów czas właśnie.

    Każdy dzień, rok, dziesięciolecie sprawia, że człowiek który pół wieku temu (sic!) zapukał podczas śnieżnej zadymki do amerykańskiej ambasady w Helsinkach staje się, paradoksalnie, coraz bardziej niebezpieczny. A czemuż to o nim nie zapomniano? Dlaczego co jakiś czas jakaś (w rozumieniu drogich czekistów) cholerna menda znowu wyciąga na światło dzienne te jego proroctwa? Popierdywanki z Hollywood’u i okolic są drugorzędne, ten odcinek już dawno został przez czekistów zagospodarowany, tu chodzi o tych którzy ciągle mają jeszcze tendencje do robienia użytku ze swojego rozumu.

    Otóż nie zapomniano, o Golicynie, z jednej banalnej przyczyny – te cholerne proroctwa mu się spełniają! I co gorsza, nie widać kresu tego skandalicznego procederu. Dlatego też, zgodnie z nieśmiertelną zasadą „drogiego Koby” walka z Golicynem będzie się ciągle zaostrzać w miarę postępów w budowie komunizmu! I nie wystarczą na tym „etapie” średnio rozgarnięte typki w rodzaju Nosenki. Czekiści poważne zagrożenia traktują bardzo poważnie, maja bardzo dobrą pamięć. Jak to onegdaj powiedział ulubieniec płk.Putina z profesorskim tytułem?;

    „…Nie wybaczyliśmy nikomu, nie zapomnieliśmy niczego.
    Nie daliśmy się zwieść zmianie społecznej scenerii i politycznych aktorów.
    Mamy bardzo dobrą pamięć, mamy „długie ręce”…”

  16. 16 michał

    To wszystko prawda, ale czas jest po stronie Golicyna w sensie „metafizycznym”, w tym sensie, że prawda zwycięży. Metoda zastosowana wobec najważniejszego antykomunisty XX wieku, Józefa Mackiewicza, jest jednak w miarę skuteczna. Najpierw zamilczeć, potem upupić, a wreszcie nadać „wyłącznie historyczną wartość”.

    Tymczasem i jeden i drugi, i Golicyn i Mackiewicz, chcieli przede wszystkim komunizm obalić.

  17. 17 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Orle,
    Proszę mi przede wszystkim wybaczyć tak długą zwłokę – po prostu w chwili, kiedy raczył Pan przysłać swój komentarz, ja właśnie zamykałem komputer i nie starczyło mi czasu, aby napisać odpowiedź. „Nie ma [jednak] tego złego, co by na dobre nie wyszło” jak mawia stare porzekadło – mój uczony redakcyjny kolega odpowiedział Panu bez wątpienia o wiele bardziej rzeczowo, aniżeli ja mógłbym to kiedykolwiek uczynić, czego dowodem absolutny brak pomysłu z mojej strony, co mógłbym, ewentualnie, wnieść do Panów dyskusji istotnego.

    Z braku spraw istotnych zajmę się zatem kilkoma drobiazgami (to ostatnio moje ulubione zajęcie).

    Przyjął Pan w toku dyskusji jako pewnik, że Oleg Gordijewski był autentycznym dezerterem, nie zaś (coś jakby na wzór Nosenki) dezerterem wysłanym przez sowietów. Nie mam, rzecz jasna, „twardych” dowodów, że jest inaczej, skłaniałbym się jednak do postawienia nad tą kwestią dużego znaku zapytania. Decydujące wydają mi się kilka elementy: to że Gordijewski przyjął na siebie rolę niejako konferansjera Gorbaczowa u progu jego wielkiej kariery (choć jako inteligentny sowiecki oficer musiał zdawać sobie sprawę z natury pierestrojkowego widowiska); to że zwykł przedstawiać swoich sowieckich kolegów i przełożonych jako pozbawionych szerszych horyzontów myślowych paranoików; także i to, że jako agent, na którym ciążył wyrok śmierci nie specjalnie się tym zagrożeniem przejmował, bez ograniczeń pokazując się publicznie (nieco inaczej niż zwykł to czynić po dziś dzień Golicyn).

    Jeśli chodzi o domniemaną rozmowę Golicyna z M. Thatcher wydaje mi się, że nie miała miejsca. Z panią Thatcher rozmawiał Christopher Story, wydawca drugiej książki Golicyna, który przejściowo (czy też dorywczo) odgrywał rolę doradcy pani premier do spraw gospodarczych. Przytaczam stosowny (nieco może zbyt obszerny) fragment w oryginale:

    At the meeting, the former Prime Minister expressed great interest in the texts of the treaties and in my explanation of their significance. After admitting that her officials had not, during her final weeks in office, informed her about them, our conversation broadened to include my developing assessment of Soviet strategy in general, and the Soviet agenda for Europe, in particular. When I had finished explaining, as best I could, that Soviet behaviour and what I understood of Moscow’s strategy bore familiar Leninist dialectical hallmarks, Mrs Thatcher remarked: ‚I don’t think Gorbachev is a Leninist any more’. Later in the interview, after she had become aware of my acquaintance with Anatoliy Golitsyn’s work ‚New Lies for Old’, and after hinting that she did not share Golitsyn’s analysis, the former Prime Minister pronounced: ‚I don’t think we have been deceived -at least, I hope we haven’t’.

    Całkiem nawiasem, wydawca „Soviet Analyst”, a więc tenże Christopher Story zwykł poświęcać sporo uwagi zarówno osobie Gordijewskiego jak i współautorowi książki o KGB, Andrew. Nie przypominam sobie żadnej pochlebnej opinii. Stwierdzenie, że uważał ten autorski duet za wysoce podejrzany byłoby, zdaje się, eufemizmem. Ale to, samo w sobie, nie stanowi, oczywiście, żadnego dowodu.

    Tematu archiwum Mitrochina nie podejmuję. Nie mam w tej kwestii do powiedzenia nic bardzo odkrywczego, w każdym razie ponad to, co zostało już powiedziane.

  18. 18 Dariusz Rohnka

    Panie Amalryku,
    Zdecydowanie muszę poprzeć opinię Michała. Książka Bagleya jest pod wieloma względami doskonała i godna polecenia, co zresztą miałem zamiar powiedzieć na wstępie kolejnego „odcinka”. Z jakiegoś jednak powodu Bagley czasem (bardzo rzadko) uchyla się od dania odpowiedzi na trudne pytania. Trudno powiedzieć dlaczego tak właśnie postępuje. Jego oddanie sprawie zdemaskowania faktycznej roli Nosenki nie może budzić wątpliwości. Angleton wyrażał się o nim w samych superlatywach: podkreślał jego wybitny profesjonalizm, talent, oddanie pracy (robił to przed kongresową komisją). Nie wydaje się człowiekiem o jakoś bardzo ograniczonym horyzoncie, wręcz przeciwnie. Więc to tym bardziej ciekawe.

  19. 19 Orzeł

    Panie Dariuszu!

    Dziękuję za przytoczenie stosownego cytatu. Tak, dokładnie o tej rozmowie myślałem, błędnie przypisując udział w niej Golicynowi .

    Wracając jeszcze na chwilę do Gordijewskiego, mnie też zastanawia jego bezkrytyczne podejście do pierestrojki (czy też może bezkrytyczna interpretacja słów Gordijewskiego dokonana przez Christophera Andrew). Jest to rzeczywiście zastanawiające, z resztą podobnie, jak w przypadku Mitrochina. Tyle że w obu opracowaniach swoje piętno odcisnął brytyjski współautor i stąd może takie podobieństwo w interpretacji danych obu uciekinierów. Przyznam, ze nie znam poglądów Gordijewskiego nie przefiltrowanych przez profesora Andrew, jeśli mógłby Pan polecić jakieś jego bezpośrednie wypowiedzi, byłbym wdzięczny.

    Klarowną ocenę wartości obu wyżej wymienionych uciekinierów utrudniają tarcia pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami Golicyna. Spór jak wiemy ma długą historię i oba obozy trwają dość silnie na swoich pozycjach, więc nawet teoretyczne dywagacje odbiegające od ich poglądów przychodzą im z trudem.

    Ja, przyznam się, od pierwszej lektury „Archiwum Mitrochina” miałem dość bezkrytyczny stosunek do twórczości Christophera Andrew, a historię Golicyna poznawałem w drugiej kolejności, więc chwilę mi zajęło, zanim doceniłem wartość jego analiz. Teraz doznaję czegoś w rodzaju dysonansu poznawczego i muszę się trochę przegrupować w swoich poglądach:)

    Załóżmy, że i Mitrochin i Gordijewski byli częścią większego planu zaimplementowania idei szczerych intencji nowego „refomatora” z Kremla. To, o czym Pan wspomniał na to właśnie wskazuje. Zastanawia mnie jednak pewna sprzeczność. Ujawnienie (w przypadku Mitrochina) Bolka jako agenta nie jest według mnie drobiazgiem i tylko drobną przykrością wyrządzoną naszym „elitom” przez Kreml, jak wspomniał Pan Michał. Przecież takie postacie były właśnie filarami, na których opierał się cały plan! Obalanie takich mitów absolutnie nie leżało w interesie Kremla, wręcz przeciwnie, zresztą wystarczy popatrzeć na nasze rodzime podwórko, gdzie do dziś promoskiewskie kukiełki na wyścigi bronią tej legendy. Dlaczego? Bo to jest fundament tego planu. Nie ma wiarygodnej opozycji, dysydentów – nie ma transformacji, ani dzielenia się władzą. To jest wprost potwierdzenie tez Golicyna, który przecież niemal bezbłędnie opisał mechanizm metamorfozy. Metamorfozy, do której niezbędne były takie Bolki we wszystkich demoludach. To w zasadzie moja jedyna wątpliwość jeśli chodzi o Mitrochina, może jednak ciągle błędnie interpretuję priorytety Kremla.

  20. 20 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Orle,

    Jeśli idzie o wypowiedzi samego Gordijewskiego nie bardzo mogę Panu pomóc w tej chwili. Zapewne znajdzie Pan w internecie jakieś jego wywiady, gdyby jednak Pana poszukiwania nie dały rezultatu, myślę że wspólne prace pisarskie (z Andrew) są wystarczająco reprezentatywne. Nie sądzę, żeby Andrew mógł sobie pozwolić na przefiltrowywanie poglądów Gordijewskiego. Jeśli już taki proces miałby mieć miejsce, to zakładałbym raczej kierunek przeciwny.

    Sprawa Bolka, którą Pan słusznie w tym miejscu porusza, jest istotnie dość frapująca i trudno pokusić się o jakąś jednoznaczną w tej kwestii wypowiedź. Trudno zakładać, że w 1992 roku już przestał być ważny, ale z drugiej strony o decyzji poświęcającej Bolka mógł, owszem, zadecydować kalendarz, tyle że niejako w przeciwnym kierunku. Przecież Bolek sam przyznał się do współpracy z ubecją w czerwcu tego roku, o jakieś 3 miesiące wcześniej. Jeśli materiały Mitrochina do końca były poddawane selekcji, sowieci mogli przyjąć (np. w sierpniu), że Bolek to zgrana karta, która nigdy nie zdoła odzyskać wiarygodności, w każdym razie agent o obniżonej jakości, za którym do końca dni jego i pamięci o nim snuć się będzie woń wątpliwego gatunku.

    Mogło być też całkiem inaczej. Archiwum Mitrochina (dowody spreparowane lub też nie, zależnie od sentymentów) jest wyśmienitą, w pewnym sensie także pokazową, metodą nacisku. Zdaje się krzyczeć: „popatrzcie jak potrafimy niszczyć, względnie – wywoływać permanentny niepokój o własną przyszłość!”, etc. (nie chcę przynudzać). Proszę jednak zwrócić uwagę, że obok Bolka pojawia się np. taki Prodi, któremu identyczne materiały w karierze nie przeszkodziły, a kto wie – może nawet pomogły? Nie każdy przecież może się poszczycić tak szczególnymi koneksjami w bolszewickiej Europie.

    Kolejny ciekawy przykład (nie związany z Mitrochinem) to Klaus – pisałem o nim nieco wcześniej w tym miejscu.

  21. 21 gniewoj

    Witam,

    Z wielkim zainteresowaniem śledzę Panów dyskusje na temat roli poszczególnych agentów, ich ewentualnej podwójności, potrójności a może nawet poczwórności. Nie mając żadnej wiedzy na temat rozważanych przez Panów postaci ani wydarzeń, poszukując papierowego wydania książki A. Golicyna (jako ciekawostkę zwrócę Panów uwagę, że w ostatnim czasie dwa reżymowe periodyki, tj. polityka i wybiórcza, natrząsały się tak z Maciarawicza jak i samego Golicyna) zastanawiam się nad pewną kwestią, ale zanim ja wyartykułuję przypomnę stary kawał.

    Działo się to w czasach kiedy imperializm amerykański zagrażał Światu a jako jedyni przeciwstawiali się mu sowieci ze swoją walką o pokój. Amerykanie postanowili zainstalować w sowietach szpiega. Po dziesięciu latach szkoleń i selekcji pozostała grupa pięciu najlepszych kandydatów, po kolejnych trzech latach już tylko dwóch. W końcu wybrano tego najlepszego z najlepszych. Zrzucono go na teren sowietów. Dano mu pół roku na wtopienie się w środowisko wroga. Mija rok, i nic. Mija kolejny rok, centrala zaczyna się niepokoić. Tyle przygotowań a tu żadnego efektu. Zaczynają się naciski na perfekcyjnie wyselekcjonowanego i wyszkolonego szpiega. W końcu ten postanawia znaleźć odpowiedź na pytanie czemu jego misja jest bez owocna. Wyjeżdża na wieś i tam przy ognisku, spędzając miło czas z pracownikami kołchozu próbuje znaleźć odpowiedź. Po kolejnej butelce wypitego bimbru zadaje pytanie: czemu wszyscy traktują go jak obcego? Szczerość za szczerość. Kołchoźnicy odpowiadają: bo ty nie jesteś nasz. Jak to?, szpieg drąży temat. Ano, tak to, słyszy odpowiedź. Pijesz jak nasz, mówisz jak nasz, śpiewasz jak nasz nawet tańczysz jak nasz, ale ty nie jesteś nasz bo u nas nie ma Murzynów.

    I w ten sposób dochodzę do zasygnalizowanego na wstępie pytania. Czy jest Panom znany jakikolwiek przypadek skutecznego zainstalowania przez Wolny Świat szpiegów czy chociażby szpiega w sowietach? Czy też wszystkie informacji jakie Wolny Świat posiadł o nich to efekt mniej lub bardziej sterowanej i kontrolowanej dezinformacji?

  22. 22 michał

    Pozwolę sobie wtrącić się do powyższej dyskusji na temat możliwych przyczyn dla podania rewelacji Mitrochina w tamtym właśnie czasie.

    Skłaniałbym się zdecydowanie ku ostatniemu wyjaśnieniu podanemu przez Darka. Wydaje mi się to zupełnie zgodne z modus operandi sowieciarzy. Nie inaczej postąpili w sprawie Trustu i w prowokacji WiNu. Dokonali zgrabnej prowokacji, po czym ogłosili wszem i wobec, że to była prowokacja. Oczywistym celem takiego postępowania jest demoralizacja przeciwnika. Mówią w ten sposób: my wszystko możemy, a wy nic. Dajemy wam naszego agenta, a wy robicie z niego bohatera. Coś na kształt tarzania mordki małego pieska w jego własnych odchodach.

    Nawiasem mówiąc, nie mieli nic do stracenia obnażając Bolka, wręcz odwrotnie, same zyski. Przede wszystkim, przypomnieli i jemu i wszystkim innym, że mają ich na widelcu. Ale ważniejsze, że całe to „obnażenie” nie mogło odnieść poważnego efektu, ponieważ podstawowa teza o upadku komunizmu jest wszystkim tak wygodna. Nikt naprawdę nie przyjmuje do wiadomości, że Solidarność była manipulowana, w szkołach uczą o „masowym ruchu” itp. Nie było więc żadnego obalania mitu, W prlu nie jest inaczej niż na Zachodzie.

    Przypomnę w tym kontekście raz jeszcze przytaczany już tutaj cytat z „Nie trzeba głośno mówić”:

    „Pewnie, że nie jest źle, dopóki cały świat walczy ze zbrodniarzem. Będzie źle dopiero, gdy zabroni walczyć ze zbrodniarzem. Ale mówiliśmy o poznaniu prawdy i związanych z tym trudnościach. Najprostszy przykład: Podobno mamy znakomitego szefa drugiego oddziału AK. Ten, powiedzmy, dokonywuje wykrycia niezmiernie ważnej dla sojuszników tajemnicy, dotyczącej, powiedzmy, tajnej broni niemieckiej. Dostarcza tę rzecz na zachód, przez tajnego kuriera. Mówię w płaszczyźnie czysto teoretycznej. Wszystko jedno, jak się ten kurier nazywa: „Janek”, „Franek”, „Drych”, „Brych”, czy „Zych”. Słowem, po przybyciu na zachód, twierdzi, że on nie tylko przewiózł, ale z narażeniem życia sam wykradł te tajemnice. Szalone fetowanie. Król angielski zaprasza go na śniadanie, prezydent Roosevelt na obiad. Sława światowa, bohater narodowy. Cała Polska jest z niego dumna. Czy w takiej sytuacji może komukolwiek zależeć na zdemaskowaniu łapsa, że to lipa, że to nie on, a kto inny tego dokonał? Gdy ma już najpotężniejszych przyjaciół po swojej stronie, gdy takie zdemaskowanie groziłoby kompromitacją narodową? Jasne, że nikomu na świecie.”

  23. 23 michał

    Panie Gniewoju,

    To prawda, ale przyzna Pan, że tak być musi niemal z definicji. Totalitarnemu systemowi zawsze będzie łatwiej umieścić agentów wśród wolnych ludzi niż na odwrót.

    Mój Boże! Tylko gdzie ci wolni ludzie???

  24. 24 amalryk

    Ach ten Bolek, ten Bolek! Ot problem, z watłym intelektualnie megalomanem, który tak zidentyfikował się z rolą w swojej legendzie, iż utracił kontakt z rzeczywistością – cóż, zdarza się! Po prawdzie, czekiści mieli od dawna powyżej dziurek w nosie tego swojego „trybuna ludowego” i jego ciagłego dyscyplinowania, zwłaszcza jak rola mu się rozrosła poza ramy pierwotnego scenariusza. Więc gdy dograł swą partię w tej operze mydlanej do końca, bez sentymentu pozwolili ukazać publicznie jego „obsraną koszulę”.

    Przypomniał mi się w tym kontekscie wytworny żart Koby pod adresem Krupskiej, gdy ta po śmierci Lenina podjeła lekkomyslnie próbę wsparcia starych towarzyszy męża. Otóż miał jej rzec: „Jeżeli nie przestaniecie rozrabiać, to znajdziemy Leninowi inną wdowę!” – Krupska zrozumiała, Bolek chyba nie bardzo – cóż, trudno!

    W strategicznym, czyli długofalowym planowaniu, rozpatruje sie wszystkie wyobrazalne warianty. Ot typowe zagadnienie optymalizacji dynamicznej, polegające na poszukiwaniu takiego ciągu decyzji w danym przedziale czasu, który zapewni ekstremum wskaźnika jakości zależącego od przebiegu zmian tej decyzji.
    (Funkcjonałem jakości w tym wypadku jest tryumf komunizmu, a nie doklejanie kolejnych listków wawrzynu do wieńca sławy polrealistycznego bohatera, Bolka.)

  25. 25 gniewoj

    Panie Michale,

    Zgoda co do tego, że trudniej zainstalować szpiega wewnątrz systemu totalitarnego, ale czy trudniej musi oznaczać, że jest to mission impossible?

    Bolszewicka zaraz rozplenia się na naszym padole łez od blisko stu lat, ale przecież nie stało się tak, że Wolny Świat sczezł z kretesem wraz ze zwycięstwem wielkiej bolszewickiej rewolucji. Czy naprawdę w tym okresie, tj. od 1917 roku, nie udało się zainstalować w sowietach (bliżej bądź dalej kolektywu trzymającego władzę) ani jednego szpiega?

  26. 26 michał

    Panie Amalryku,

    Bolek jest zerem. Im mniej o nim mówić będziemy, tym lepiej. Im prędzej będzie zapomniany, tym lepiej. Obawiam się tylko, że sowieci nie pozwolą nam o tym zadufanym w sobie półgłówku.

  27. 27 michał

    Panie Gniewoju,

    Oczywiście byli szpiedzy w sowietach. Zwłaszcza Polska miała wielu szpiegów w sowdepii przed wojną. Niemcy mieli sieć szpiegowską, Japonia także. Po wojnie był Popow i Pieńkowski, a także wielu innych. Nie byli to jednak szpiedzy równie znakomici, jak wielu zainstalowanych przez sowieciarzy na Zachodzie, od Richarda Sorge począwszy, a na nieznanych do dziś wtyczach w CIA i MI5 skończywszy.

    Co do ogólnej trudności, to odniósł się Pan tylko do połowy podniesionej przeze mnie kwestii. Uplasowanie szpiega jest nie tylko trudniejsze W totalitarnym kraju niż w kraju wolnym, jest także trudniejsze DLA wolnych ludzi niż dla totalitarystów. Od tej generalnej zasady są jednakże wyjątki: np. współczesny Izrael, ale sa po temu zupełnie specjalne powody.

  28. 28 amalryk

    Panie Michale!

    Wiem, wiem! Ale nie mogę się oprzeć,w tym kontekście, przed zacytowaniem starego dowcipu krążącego onegdaj w sowieciarni;

    – Kto jest najgenialniejszym alchemikiem w dziejach ludzkości?
    – ???
    – Towarzysz Stalin!
    – A dlaczego?
    – Ponieważ potrafi z byle gówna zrobić wybitnego działacza !
    – Ale to jeszcze nic! Ponieważ potrafi również każdego wybitnego działacza zamienić w zwykłe gówno!

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja