Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Potrójny agent

W doskonale napisanej książce Bagleya (mimo wskazanych ograniczeń niewątpliwie nadal zasługuje na polecenie) nieustannie natykamy się na ciekawe fragmenty. Do tych ostatnich należy opinia byłego majora KGB, Piotra Deriabina, analityka Agencji, który miał okazję osobiście przesłuchiwać Jurija Nosenkę. Nie ulega wątpliwości, że z racji swojej dotychczasowej praktyki zawodowej, znajomości zagadnień związanych z sowieckim wywiadem oraz innych kwalifikacji, Deriabin był osobą najlepiej przygotowaną do tego zadania. W oświadczeniu podpisanym 15 marca 1981 roku Deriabin pisał:

Jestem przekonany, że człowiek znany CIA jako Jurij Nosenko jest wtyczką KGB. /…/ Nosenko nie wstąpił do KGB w czasie i w okolicznościach, o których mówił. Nie zajmował wskazanych przez siebie stanowisk w KGB i prawdopodobnie nie był prawdziwym oficerem KGB z kwatery głównej. Nie prowadził sprawy Lee Harveya Oswalda i wiedział tylko to, co na rozkaz sowieckich przywódców, KGB nakazało mu powiedzieć Amerykanom na temat Oswalda. Jego informacje na temat działalności i operacji KGB zostały mu przekazane przez KGB w celu wzmocnienia jego legendy i dla odwrócenia naszej uwagi od ważnych działań KGB. Jego życiowa historia, obejmująca wykształcenie i służbę wojskową, nie może być uznana za godną zaufania. Sposób w jaki wyjaśnia swoją obecność w Genewie, w okresie jego kontaktów z CIA, nie może być prawdziwy.

Deriabin doszedł do tych wniosków na podstawie setek stron raportów przygotowywanych dla CIA na przestrzeni wielu lat i wnioski te opatrzył dodatkowo komentarzem, który zdaje się jednoznacznie rozstrzygać sprawę wiarygodności Nosenki. Rozpoczyna od kwestii okoliczności przyjęcia Nosenki do służby w KGB (Nosenko wahał się pomiędzy rokiem 1953, 52, a nawet – w jednym przypadku – 1951), stwierdzając przede wszystkim, że żaden prawdziwy eks-oficer sztabowy KGB nie miałby wątpliwości przynajmniej w kwestii miesiąca, w którym został przyjęty do służby. Za całkowicie nieprawdopodobne uznał też twierdzenie Nosenki, jakoby ten nie pamiętał czy miało to miejsce przed czy po śmierci Stalina. Nieprawdopodobne pozostają także okoliczności jego przyjęcia. Był w tym czasie chory na gruźlicę, miał złe wyniki w szkole; w okresie pobytu w szkole marynarki wojennej dokonał samookaleczenia, co samo w sobie eliminuje potencjalnego kandydata do służby w KGB. Jakby tego było jeszcze mało, Nosenko nie zaliczył kursu z marksizmu-leninizmu w Instytucie Stosunków Międzynarodowych. Miał kłopoty małżeńskie, a jego teść siedział w więzieniu. Czynnikiem negatywnym było także szlacheckie pochodzenie matki oraz kompromitujące materiały na temat jego ojca i rodziny. Do tego istniała wówczas zasada, która nie zezwalała na przyjmowanie do KGB synów ministrów i generałów (Nosenko był synem ministra przemysłu stoczniowego). Jeśli zakładać trafność tych uwag, wniosek końcowy może być tylko jeden – historia rekrutacji Nosenki to jeden z najbardziej niewiarygodnych elementów kagebowskiej legendy. Ale to zaledwie początek.

Nosenko utrzymywał, że przez pierwsze trzy lata służby nie powodziło mu się najlepiej, nie osiągał zadowalających wyników w pracy, przełożeni byli w stosunku do niego zdecydowanie krytycznie nastawieni, wykonywał tylko najmniej istotne zadania itp. Twierdził ponadto, że sytuacja zmieniła się radykalnie w połowie 1956 roku, po śmierci jego ojca, kiedy, jak stwierdził, „odnalazł siebie”. Zdaniem Deriabina taka wypowiedź to w praktyce przyznanie, że w okresie 1953-1956 w ogóle nie służył w KGB. Świadczy o tym także nieumiejętność odpowiedzenia na najprostsze pytania z tego okresu. Tym bardziej zaskakuje nieprawdopodobne pasmo błyskawicznych sukcesów. W ciągu zaledwie dwóch lat dostał nominację na zastępcę szefa sekcji. Następnie, półtora roku później, został przeniesiony do bardziej prestiżowej sekcji. Po kolejnych zaledwie dwóch latach zostaje szefem innej jednostki. Sześć miesięcy później, z czego trzy miesiące spędził zagranicą bez istotnego celu i w zupełnie innym charakterze, po raz kolejny otrzymał awans – tym razem na stanowisko zastępcy szefa wydziału. Jednocześnie, w tym dokładnie czasie, nie awansował na wyższy stopień oficerski ponieważ wyniki jego pracy były złe. W oczach byłego oficera KGB, jakim przecież był Deriabin, był to po prostu czysty nonsens, który nie mógł się wydarzyć w „prawdziwym Związku Sowieckim”.

Opisując swoją drogę służbową Nosenko mówił o sukcesach jakie odnosił w akcjach przeciwko amerykańskim i brytyjskim turystom, nie potrafił jednak przytoczyć szczegółów choćby jednej takiej operacji, nie znał obowiązujących w takich sytuacjach procedur. W jedynej operacji, w której jego udział mógł być poświadczony przez niezależne źródło, okazało się, że Nosenko występował jako szeregowy agent lub nawet tylko jako tłumacz.

Nosenko kłamał na temat swojej rangi oficerskiej, co zresztą sam po czasie przyznał. W 1964 roku legitymował się dokumentem podróżnym do miasta Gorki z grudnia 1963, w którym występował jako podpułkownik. Celem tamtej misji było odnalezienie niejakiego Czerepanowa. Problem jednak w tym, podpowiada w swoim oświadczeniu Deriabin, że Nosenko z racji swojego służbowego przydziału nie mógł być przydzielony do tej sprawy. Co więcej, taki dokument podróży musi być niezwłocznie zwrócony władzom zwierzchnim po powrocie – w innym przypadku oficer nie otrzyma zwrotu należnych za delegację pieniędzy oraz nie zostanie mu wydany kolejny dokument, niezbędny choćby w przypadku podróży do Genewy.

Nosenko nie potrafił wyjaśnić swojej podróży na Kubę w październiku 1960 roku. Powiedział, ni mniej ni więcej, że centralny komitet KPZS wystąpił z następującym żądaniem do KGB: „macie Nosenkę – on pojedzie na Kubę”. Zdaniem Deriabina to kolejny nonsens i wypada się z nim oczywiście zgodzić. Poza tym Nosenko nie potrafił powiedzieć jednego słowa na temat swojej aktywności na Kubie. Powiedział, że nie wie dlaczego podczas tej podróży posługiwał się nazwiskiem Nikołajew. Podobny brak świadomości jest oczywiście niemożliwy w przypadku oficera KGB.

Deriabin podkreśla wyjątkowy brak kompetencji Nosenki w odniesieniu do stosowanych w KGB procedur. Nosenko nie wiedział na czym polega praca z teczkami, przy których przeciętny oficer KGB spędza większość swojego zawodowego życia. Nie potrafił odróżnić określonych typów teczek, wskazać ich przeznaczenia etc. Jako rzekomo oficer bezpieczeństwa sowieckich delegacji do Genewy nie wykazywał znajomości podstawowych procedur, ani nawet sposobu sprawdzania sowieckich obywateli przed ich wyjazdem z kraju. Jako doświadczony funkcjonariusz musiał mieć częsty kontakt z procedurą wysyłania telegramów do oficerów, którzy w danej chwili znajdowali się poza centralą. I w tym przypadku nie potrafił jednak powiedzieć nic konkretnego.

Nosenko zeznał, że był w swoim czasie sekretarzem komsomołu w jednym z oddziałów KGB. Okazało się jednak, że bardzo niewiele albo nic nie wie na temat komsomołu: nie zna limitu wieku obowiązującego w tej organizacji, obowiązków, nie rozumie celów organizacji. Zeznał, że po wyjściu z komsomołu nie stał się automatycznie członkiem partii komunistycznej. Zgodził się z Deriabinem, że to w zasadzie niemożliwe, ale powiedział, że był pod tym względem wyjątkiem – to znaczy, jedynym funkcjonariuszem KGB, który przez ponad rok nie był ani członkiem partii komunistycznej ani komsomołu. Deriabin, nieco przewrotnie, skłonny jest w tym punkcie zgodzić się z Nosenką – ignorancja Nosenki w kwestii partyjnych procedur może sugerować, że Nosenko nie tylko przez rok, ale nigdy nie był członkiem partii komunistycznej. W tej sytuacji należy zadać proste pytanie – kim był, a raczej kim na pewno nie był?

Na tak postawione pytanie Deriabin odpowiada bez najmniejszego wahania:

Nosenko wiedział tak mało na temat codziennych procedur, rzeczy, które każdy oficer KGB powinien znać jak swoje pięć palców, że jedyny wniosek jaki się nasuwa to ten, że Nosenko nigdy nie był oficerem KGB; przynajmniej nie w moskiewskiej Kwaterze Głównej.

Deriabin wiedział co mówił, ponieważ doskonale wiedział o co pytał, a pytał między innymi o rzeczy najbanalniejsze, które na pozór w ogóle nie powinny się stać przedmiotem przesłuchania sowieckiego dezertera: o pobliską (z punktu odniesienia moskiewskiej kwatery głównej) restaurację, bufet, rozkład wind w jednym z budynków. Niewiedza Nosenki w odniesieniu do tych drobiazgów mogła oznaczać tylko dwie rzeczy: albo z jakiegoś przedziwnego powodu kłamał w kwestiach całkiem bez znaczenia, albo nigdy nie był oficerem KGB. Deriabin skłaniał się zdecydowanie ku tej drugiej możliwości, a ugruntowywał go w tym przekonaniu sam Nosenko, który usiłując znaleźć wyjaśnienie jakieś spornej kwestii, podawał – zdaniem Deriabina – odpowiedzi w tym stopniu naiwne i bezsensowne, że żaden oficer KGB nie mógłby ich nigdy wymyślić.

Deriabin zwrócił też uwagę na zachowanie, sposób mówienia, tatuaże na ciele Nosenki, także sposób w jaki reagował na obecność przedstawicieli amerykańskich władz – były to wszystko cechy charakterystyczne dla kogoś, kto długo przebywał w obozie koncentracyjnym lub w więzieniu… To kolejne odkrycie zasługujące na wnikliwą analizę. Czy możliwe jest, aby ktoś taki, były więzień sowieckiego systemu penitencjarnego, awansował w ciągu niewielu lat do stanowiska oficera KGB?

Ale na tym nie koniec wątpliwości. Nie ma możliwości – pisał Deriabin – żeby nowo mianowany szef sekcji został przydzielony do trwającej miesiąc genewskiej delegacji i to w charakterze oficera bezpieczeństwa, jeśli oczywiście nie wiązało się to z jakąś inną tajną misją zaplanowaną przez Moskwę. Wyjaśnienie Nosenki, powołującego się na znajomość z generałem Gribanowem, szefem II Zarządu Głównego (Nosenko przyznał nieco później, że jego stosunki z Gribanowem nie były aż tak bliskie), nie miało najmniejszego sensu, tym bardziej, że w zaledwie dwa tygodnie po miesięcznej delegacji, Nosenko został awansowany ponownie. I na tym jednak nie koniec. Jak się okazało, Nosenko nie potrafił podać żadnych istotnych informacji na temat uczestników konferencji; jako rzekomo oficer bezpieczeństwa mieszkał w dużej odległości od miejsca zakwaterowania delegacji – były to oczywiste, kolejne absurdy, układające się w niebywałej wprost długości korowód, do którego dołączyć także należy wątpliwości związane z rzekomą służbą Nosenki w marynarce wojennej: brak znajomości podstawowych pojęć z zakresu marynarki wojennej; niemożność określenia obowiązków jakie miał wypełniać w tym okresie, a nawet nieznajomość własnego stopnia służbowego; nieznajomość nazwiska dowódcy, a także nazwiska szefa wywiadu floty bałtyckiej; poważne problemy z lokalizacją baz, w których służył (o istnieniu obwodu kaliningradzkiego dowiedział się prawdopodobnie dopiero od samego Deriabina).

W świetle nie tylko książki Bagleya, ale może przede wszystkim okrojonego raportu Deriabina, Jurij Nosenko jest agentem o zdecydowanie podejrzanej tożsamości. Nie tylko nie był tym za kogo się podawał, ale być może nie był nawet oficerem KGB. W kontekście tego ustalenia niezwykle frapujące wydają się przynajmniej cztery kwestie (trzy pierwsze związane z działaniem sowieckich służb, czwarta związana z funkcjonowaniem wywiadu amerykańskiego): po pierwsze – jaki był mechanizm, procedura, metoda ukształtowania Nosenki (którego można by pewnie uznać za archetyp potrójnego agenta w nowej erze długofalowej strategii); wedle jakiego klucza, jakich norm, w jakim środowisku prowadzona była rekrutacja; czy szkolenie Nosenki zostało przeprowadzone już po ucieczce Golicyna, czy też odwrotnie – skorzystano z bazy gotowych „potrójniaków”? Po drugie – na czym polegała prawdziwa rola Nosenki w 1964 roku? Czy, podobnie jak za pierwszym razem, była wymierzona w działania podejmowane przez Golicyna? Jeśli nie – czy sowieckie władze uznały już wówczas, że Golicyn ze swoimi rewelacjami nie przedstawia dla nich poważniejszego zagrożenia? Jeśli tak – dlaczego obarczono Nosenkę dodatkowo tak poważnym zleceniem jak cała sprawa z Oswaldem? Czy w kagebowskiej stajni brakowało „potrójniaków” i stąd tak intensywne obarczanie Nosenki? Czy może sprawa Golicyna i Oswalda w jakiś przedziwny sposób ze sobą korespondowały? Po trzecie – dlaczego pomimo oczywistego faktu potrójnej tożsamości Nosenki zdecydowano się w końcu na potwierdzenie jego wiarygodności także przez innych agentów? I po czwarte – skoro po upływie dekady niewiarygodność Nosenki nie uległa jakiemuś tajemnemu zamazaniu, a straty dla amerykańskiego wywiadu (czy szerzej, amerykańskiej obronności) były dostrzegalne gołym okiem, dlaczego w dalszym ciągu robiono wszystko, aby prawda nie wypłynęła na powierzchnię, produkowano najbardziej fantastyczne argumenty wymierzone w oficerów prowadzących sprawę tego potrójnego sowieckiego szpiega; z jakiego powodu zdecydowano się na krok tak drastyczny jak zamknięcie ust najbardziej kompetentnemu oficerowi w tej sprawie – Deriabinowi?

Ta ostatnia kwestia wydaje się dostatecznie wstrząsająca, aby ją przytoczyć w relacji samej ofiary:

Moje poglądy na temat wiarygodności Nosenki pozostały niezmienne od czasu, kiedy po raz pierwszy zapoznałem się ze szczegółami tej sprawy, a mój pełen raport na temat tej sprawy jest przechowywany w archiwach CIA.

Od dawna chciałem ponownie przedstawić moje jednoznaczne stanowisko w tej sprawie, szczególnie od czasu przesłuchań z 1978 roku przed Komisją Izby Reprezentantów ds. Zabójstw. Zeznania Nosenki przed tą komisją nie były błahą sprawą; zabity został prezydent Stanów Zjednoczonych, nie zaś kurczak na drodze. Zeznawałem pokrótce przed tą komisją, ale wówczas CIA powiedziała mi, abym tego dalej nie robił. Kiedy przedstawiłem swoją opinię na ten temat swoim zwierzchnikom, zostałem ostrzeżony, abym siedział cicho, ponieważ to może zaszkodzić mojej pozycji w CIA.

Teraz, gdy jestem na emeryturze, mam wciąż nadzieję, że CIA zmieni swoje mylne i niebezpieczne stanowisko w sprawie Nosenki.

Można oczywiście rozważać autentyczność przytoczonych powyżej faktów. Możliwe, że z jakichś sobie znanych powodów Deriabin najzwyczajniej w świecie konfabulował. Sam przecież wspomina, że zabiera głos „na emeryturze”, niejako „poza zasięgiem” bezpośrednich przełożonych. Cóż jednak, jeśli mówi prawdę? Jeśli istotnie jego przełożeni, kierownicy Centralnej Agencji Wywiadowczej nakazali mu „siedzieć cicho”, zakazali mówić na temat wiarygodności Jurija Nosenki, albo też okoliczności, w jakich uznany został za wiarygodnego dezertera? Wydając takie dyskretne polecenie, chcieli może uchronić siebie i całą Agencję przed powrotem do trudnej (w ich mniemaniu niejednoznacznej) przeszłości; uchronić przed rozdrapywaniem zabliźniających się powoli ran? Może kierowali się jedynie dbałością o dobro Agencji oraz troską o integralność służb? Jeśli tak właśnie było (a nie jest to hipoteza całkiem pozbawiona sensu), mylili się drastycznie. Równie drastycznie myliłby się szkutnik, naprawiający uszkodzenie w burcie statku przy pomocy grubego stosu papieru. Tyle, że w odróżnieniu od urzędników, łatających dziurę w swoim własnym państwie poprzez serię urzędowych decyzji, szkutnik nie zawsze pływa na naprawianym przez siebie kadłubie.

O wiele bardziej prawdopodobne i prostsze wydaje się jednak zupełnie inne przypuszczenie, potwierdzone expressis verbis przez samego Deriabina – Agencja została spenetrowana przez KGB. Deriabin twierdzi zatem to samo, co Bagley, Angleton, Golicyn – na podstawie mniej lub bardziej bezpośrednich dowodów i poszlak wszyscy doszli do tego samego wniosku.

 



Prześlij znajomemu

78 Komentarz(e/y) do “Golicyn, Nosenko i kilka zapomnianych drobiazgów III”

  1. 1 amalryk

    No nieee! Wytatuowany jak urka gruźlik, po samookaleczeniu, z teściem w kryminale i „szlacheckimi korzeniami”, nie należący nigdy do partii, podpułkownikiem KGB ?! – To jest jakiś kosmos!!! Pojawienie się choć jednego z tych zarzutów dyskwalifikowało całkowicie takiego „kandydata” do jakichkolwiek marzeń o werbunku w szeregi czekistów, a tu proszę!

    Nic dziwnego, że Nosenko nie pamiętał daty wstąpienia do „organów” – trudno sobie przypomnieć coś czego nigdy nie było! A sraczka jaka zapanowała w zarządzie II, po dezercji Golicyna , zaiste musiała być kosmiczna , skoro w pośpiechu wyprodukowali, i wysłali w „bój”, takiego „babola”. Deriabin bez najmniejszego wysiłku „rozjechał” tę jego kulawą na obie nogi legendę. Skompromitował chłopinę na dziesiąta stronę, nie zostawiając nawet cienia wątpliwości z kim tu mają do czynienia.

    Ale gdy reakcja „profesjonalistów” z CIA na rewelacje Nosenki budzi tylko gromki śmiech politowania, to na jego zdekonspirowanie przez Deriabina i Angeltona wprawia w prawdziwe przerażenie! To nie ma nic wspólnego z zamiataniem pod dywan gówna dla dobra Agencji, to jest obraz kompletnego rozkładu spenetrowanej na wylot, jak życiorys Hitlera, organizacji! Jedyne co pozostaje Amerykanom to rozwalić tę ruderę do gołej ziemi, zaorać i budować od fundamentów!

  2. 2 Anton

    Z tego co czytałem to Golicyn głównie obwiniał Żydów za zaprowadzenie komunizmu w Rosji, znany jest jego słynny list…

  3. 3 Sonia Belle

    Moim zdaniem, najbardziej logiczna hipoteza jest ze zarowno Golicyn jak i Nosenko byli falszywymi agentami, wyslanymi przez wrogie sobie nawzajem kregi KGB i partii. Golicyn byl wyslany przez partyjny „beton”, by zniechecic Zachod od udzielania pomocy dysyndentom, „reformistom” i innym „naprawiaczom” komunizmu. Nosenko zostal natomiast wyslany przez owych „naprawiaczy”.

    Jak widac, „beton” zrobil bardziej fachowa robote z swoim agentem. Ale „beton” w koncu przegral. Wygrali „reformisci”.

  4. 4 michał

    Soniu! A gdzież Ty się podziewałaś tak długo?

    Ale do rzeczy, do rzeczy. Zdajesz się brać poważnie podział na „beton” i „reformistów”, na „chamów” i „żydów”, gdy ten podział sam przez się jest tylko prowokacją. Zresztą to też nie jest ścisłe: podział i osobiste niechęci itp., były wystarczające prawdziwe, ale były (i są) wygrywane z wirtuozerią przez bolszewików dla ich celów.

    Ale dobrze, weźmy to poważnie. Jakie są dowody na to, że Golicyn był fałszywym dezerterem? Dowody porównywalne z tymi, jakie mamy co do fałszywości Nosenki? A dalej, jakie dobrodziejstwa miałyby płynąć z uplasowania Golicyna dla rzekomego betonu?

    Z jednej strony mamy Golicyna ze szczegółowymi danymi, z akuratnymi iinformacjami i wreszcie ze sprawdzonymi przewidywaniami, a z drugiej Nosenkę z tatuażami zeka i legendą, która się kupy nie trzyma. Ten pierwszy musi się ukrywać, ten drugi jest fetowany. Pierwszy nawołuje do przebudzenia, a drugi namawia do kontynuowania drzemki, bo „tam się wszystko wali”, jak to ładnie mówi odpowiednik Nosenki w filmie Roberta De Niro o Angletonie.

    Nie widzę niestety żadnych powodów, by ufać lewackiej wierchuszce Hollywoodu w jakiejkolwiek kwestii, ale już na pewno nie w rozumieniu sowietów. Wygrali reformiści, tzn. kto właściwie? Putin? Czy Miedwiediew?

  5. 5 michał

    Panie Amalryku,

    Tak. Książka Bagleya jest szczegółową i skuteczną odprawą daną Nosence i CIA, ale jak słusznie zwraca uwagę Darek, Bagley z nieznanych przyczyn odmawia wyciągnięcia ostatecznych wniosków z tej sytuacji. Przerażający wniosek jest taki: CIA nie istnieje.

  6. 6 michał

    Panie Antoni, przypuszczam, że gdyby nawet czytałby Pan Golicyna, to pewnie wyczytałby Pan obwinianie Żydów, ale tez nie wątpię, że jest Pan w stanie znaleźć żydowską winę nawet w napisie na murze, że Mańka jest kurwa.

    Ech, ta niezgłębiona magia antysemityzmu! Jedno dotknięcie magicznej różdżki i wszystko jest jasne: wszystkiemu winni Żydzi. Komunizm? Żydzi! Hitler? Żydzi! I do matury też Żydzi nie dopuścili?

  7. 7 Sonia Belle

    Michal,

    Zdajesz się brać poważnie podział na „beton” i „reformistów”,
    ———————————–

    Naprawde myslisz ze zaden czlonek wierchuszki partyjnej w Sowietach nie kwestionowal tak ambitnego i ryzykownego planu prowokacji, jaki opisal Golicyn ? Przeciez z punktu widzenia wielu komunistow taki plan wydawalby sie z pewnoscia postepem CIA by obalic komunizm. I w roku 1991 z pewnoscia wielu komunistow za taki go uznalo.

    jakie dobrodziejstwa miałyby płynąć z uplasowania Golicyna dla rzekomego betonu?
    ———————————————————————

    Gdyby Zachod uwierzyl Golicynowi, strajk w stoczni Gdanskiej w 1980 tez uznany by zostal za czesc owej prowokacji, Solidarnosc nie otrzymala by zadnej pomocy z Zachodu, Walesa nie dostalby Nobla i nie byloby komu „oddawac” wladzy w 1989, bo o Walesie nikt by nigdy nie slyszal.

  8. 8 michał

    Soniu,

    Czy w tym nie ma sprzeczności? Jeśli to rzekomy „beton” miał uznać prowokację opisaną przez Golicyna za plan obalenia komunizmu, to dlaczego mówisz, że to ów mityczny beton właśnie wysłał Golicyna? Co więcej, prowokacja pt. „upadek komunizmu” musiała z definicji być uznana za prawdziwy upadek przez niektórych komunistów, bo jak inaczej mogłaby być uznana za prawdziwą??

    Gdyby Zachód uwierzył Golicynowi, to o Wałęsie nikt by nie słyszał! Ach, mów mi tak, mów! To by dopiero było dobrze, ale nadzieje na to były zawsze nikłe. Nie byłoby komu „oddawać władzy” – słusznie! W zamian trzeba by obalić komunizm: Dałoj! Won!

  9. 9 gniewoj

    Znowu z uwagą śledzę wymianę opinii. Przyznam, że nadal nie zapoznałem się książką A.Golicyna, ale… Ale zawsze mnie zastanawia, dlaczego w przypadku rzeczywiście niekontrolowanej, niesterowanej przez bolszewików ucieczki informatora nie mieliby takowego po prostu zlikwidować. Z drugiej strony pytanie: po co mieliby wypuszczać Golicyna? Tu sprawa wydaje się mi być prostsza. Po to żeby oswoić Zachód ze swoją strategią, tak żeby przeciwnik nie był zaskoczony. Będąc zaskoczonym mógłby podjąć nieprzewidywalne a przy tym niekorzystne działania a tak wszelkiej maści analitycy i sowietolodzy dostają materiał do przetrawienia i przygotowania pokojowych scenariuszy.

    Pamiętając całkowitą bierność Zachodu wobec wydarzeń węgierskiego października wydaje się, że ryzyko podjęcia jakichkolwiek zbrojnych działań było zerowe jednak operacja mistyfikacji z lat 89-91 to naprawdę ogromne przedsięwzięcie, więc i przygotowania do niej musiał być zakrojone na szeroką skalę.

  10. 10 Jaszczur

    Panie Gniewoju, a może Golicyn po prostu poróżnił się ze swoimi szefami np. na tle czysto… finansowym czy ambicjonalnym? (tak twierdził np. Józef Darski w opracowaniu o Golicynie) A motywacje antykomunistyczne, o których pisze (Golicyn) przyszły później?

  11. 11 amalryk

    Chociaż wewnątrz bolszewicy żrą się między sobą jak wściekłe psy, to nigdy nikomu spośród nich, będącemu przy zdrowych zmysłach, nie strzeliło do głowy aby przenosić te rozgrywki na areną międzynarodową, gdyż dla takiej frakcji byłoby to równoznaczne z popełnieniem zbiorowego samobójstwa.

    Nikt nie dopuściłby też, do wysłania kluczowego agenta wraz z najbliższa rodziną, mocodawcy muszą mieć zawsze wykupioną jakąś „polisą ubezpieczeniową”, na wypadek gdyby delegatowi coś odbiło i raptem „wybrał wolność”. Owszem, funkcjonują na taką okoliczność ekipy bardzo sprawnych egzekutorów, ale ich uaktywnienie ,w takich wypadkach, to już najczęściej musztarda po obiedzie, serwowana w celu zminimalizowania skali strat i pełniąca niewątpliwą funkcję dydaktyczną dla potencjalnych naśladowców.

    Ponadto, wydelegowany podwójny agent, „tradycyjnie”, w celu uwiarygodnienia, powinien poświęcić jakąś drugorzędną siatkę. Ale, na miły Bóg, nie demolować budowaną latami całą strukturę wywiadu operacyjnego, którą potem trzeba ratować wysyłaniem kontragentów w formie improwizacji graniczącej z chaosem!

    A w wypadku Golicyna podejrzewam, iż to co ostatecznie zadecydował o jego dezercji z szeregów kagiebowskich, paradoksalnie stało się również przyczyną jego „ambiwalentnego” odbioru wśród „kolegów po fachu” (z pominięciem oczywistych „kretów”) na Zachodzie. Mam tu na myśli jego „trudny we współpracy” charakter, często występujący u bardzo uzdolnionych jednostek, które mają naturalna skłonność do konfliktowania się z nienadążającym za ich zdolnościami analitycznymi otoczeniem, i które zawsze mają trudności z aklimatyzacją do pracy w zespole jak i z przełożonymi .

    Ubawiło mnie, że niejaki Nosenko; według jednych dziarski oficer KGB wysłany w celu neutralizowania Golicyna, według innych dezerter z ich szeregów , w rzeczywistości nie jest ani jednym, ani drugim – jest wywleczonym z gułagu chłopcem na posyłki wysłanym do zachodnich geszefciarzy z misją przywrócenia im ich błogiego snu…

  12. 12 Jaszczur

    Cóż, jeżeli trudno było się – z takimi jak wyżej cechami psychicznymi i charakterologicznymi – dogadać Golicynowi z Amerykanami i Brytyjczykami, to co dopiero z bolszewikami…

  13. 13 gniewoj

    Panie Jaszczurze,

    Nie sądzę żeby względy finansowe grały jakąkolwiek rolę. Istotna jest władza i świadomość posiadania wpływu na bieg wydarzeń.

    Zapadł mi w pamięci fragment z książki Akwarium traktujący o tym jak miano uzasadniać bezsensowność przechodzenie na stronę wroga. Chodziło mniej więcej o to, że uciekając do USA będzie się miało więcej pieniędzy, duży dom i piękny samochód. Tyle, że wyjeżdżając z domu szybko się zorientujesz, że dookoła są takie same piękne domy i tak samo drogie samochody. Za to w raju krat wystarczy mieć zdezelowaną ladę (marka samochodu), przejechać nią po placu czerwonym i wszystkie kobiety są twoje.

  14. 14 Jaszczur

    A no, właśnie…

    Swoją drogą, Suworow mówi/pisze w wielu miejscach to samo, co Golicyn. Podczas, gdy Golicyn musi się ukrywać (bądź raczej być ukrywanym o ile jeszcze żyje), nikt nie wie, jak wygląda (poza jednym zdjęciem, które może nie być jego), a Rezun – jeździ po całym świecie (w tym i do Moskwy) podpisywać swoje książki i w serialu dokumentalnym pokazuje, jakie stosuje techniki maskujące…

  15. 15 Jaszczur

    Wracając do meritum – czy naprawdę było aż tak źle z CIA? Jeśli tak, to strach pomyśleć, jak było w latach 80., 90. i pierwszych XXI w.!

    Nasunęła mi się jeszcze jedna przyczyna takiej, a nie innej opisywanej tu sytuacji. Zachód, jego elity polityczne wyznają poczciwą, a naiwną ideologię, czy wręcz świecką religię demoliberalizmu, która ogranicza perspektywę i uniemożliwia, a w każdym razie bardzo mocno przeszkadza w zrozumieniu istoty komunizmu.

    Stąd to, co przekazywał Golicyn odrzucono, bo nie mieściło się to w głowach „zapadników”, nie pasowało do ich dogmatów i paradygmatów, burzyło obraz Ameryki/Zachodu walczącego z komunizmem o wprowadzenie „demokracji”, „praw człowieka” czy „wolnego rynku”; burzyło obraz „dobrej demokracji”, która niejako z definicji „musi” wygrać ze „złą tyranią”. Stąd, działania sowieciarzy mające na celu metamorfozę (a raczej pseudomorfozę) komunizmu były co najmniej przyjęte bezkrytycznie przez Zachód.

  16. 16 amalryk

    „[…]Za to w raju krat wystarczy mieć zdezelowaną ladę (marka samochodu), przejechać nią po placu czerwonym i wszystkie kobiety są twoje.[…]” – No, ale dzięki pieriestrojce udało się i ten feler usunąć. Rzęchowate Łady nareszcie można było wymienić na Mercedesy, no i wszystkie blachary nadal są dostępne!

  17. 17 gniewoj

    Panie Amalryku,

    Nieporozumienie. Nie jest ważny twój stan posiadania, ale to jak wypadasz w porównaniu z otoczeniem. Może to być tylko osiołek, jeżeli reszta przemieszcza się piechotą. A jeżeli możesz jeszcze decydować dokąd idą ci spieszeni to już nic więcej nie jest potrzebne, jesteś bogiem.

  18. 18 Sonia Belle

    Czy w tym nie ma sprzeczności? Jeśli to rzekomy „beton” miał uznać prowokację opisaną przez Golicyna za plan obalenia komunizmu, to dlaczego mówisz, że to ów mityczny beton właśnie wysłał Golicyna?
    ——————————————-

    Nie ma sprzecznosci. Z jednej strony mamy „reformistow”, czyli w 1961 (gdy Golicyna wyslano na Zachod) Chruszczowa, a z drugiej strony „beton”, czyli w 1961 Brezniewa. Brezniew dowiaduje sie ze Chruszczew planuje owa prowokacje. Brezniew jest przeciw, weszy podstep (nie Zachodu, ale wewnatrzpartyjnego puczu anty-komunistycznego). Wysyla wiec swojego czlowieka, Golicyna, by powiadomic Zachod o podstepie Chruszczowa. Chruszczow, na wiesc o „zdradzie” Golicyna, robi to co wiadomo. Wysyla Nosenke, by zneutralizowac Golicyna. Ale zaraz po wyslaniu Nosenki, Chruszczew traci wladze. Brezniew odwoluje prowokacje. Nosenko zostaje na lodzie. Po smierci Brezniewa, Antropow i Gobaczow reaktywuja plan prowokacji, ktory zakwita w 1989 roku.

    W zamian trzeba by obalić komunizm: Dałoj! Won!
    ———————————————

    Niestety, takiej alternatywy nie bylo. Wybor byl tylko miedzy prowokacja opisana przez Golicyna, albo „status quo” faworyzowanym przez „beton”.

  19. 19 amalryk

    Panie Gniewoju!

    Ależ ja muszę robić wrażenie kretyna! Nie ma nieporozumienia, przynajmniej w relacji Pan – ja. Pozostając przy „komparatystyce” jednak Łada (choćby nie wiem jakimi obłożona bajerami) nadal pozostaje rzęchem, nieprawdaż? A mysli Pan, że młodocianych adeptów czekistowskiego fachu nie skręcało w dołku na widok Astona Martina agenta 007 (choć filmy te w oficjalnym obiegu nie istniały, to w cale nie znaczy, że ich nie oglądali)? Pozbycie się przez bolszewię chitynowego pancerza ideologii, to arcymistrzowski ruch na szachownicy Świata – nie ma zmartwionych, wszyscy zachwyceni! (No i młodzi czekiści nie musza tłuc sie Ładami, a i neonepowscy nuworysze nie wygarnią im sprzed nosa co atrakcyjniejsze blachary.)

  20. 20 Orzeł

    Pani Soniu!

    Teoria o wewnętrznych tarciach między reformatorami, a betonem jest interesująca, przyznam, że takiej jeszcze nie słyszałem (w kontekście planu Mironowa/Szelepina). Ale dla mnie wydaje się ona nieprawdopodobna. Wynika z niej bowiem, że Breżniew i Andropow (który jak Pani słusznie zauważa doprowadził do wielkiego finału plan, o którym pisał Golicyn) stali w takim sporze po przeciwnej stronie barykady. Tymczasem to za panowania Breżniewa Andropow zostaje mianowany szefem KGB, a proszę pamiętać, że dla każdego genseka obsadzenie tego stanowiska było sprawą życia lub śmierci. W tym sowieckim trójkącie władzy (KC, KGB i GRU) osoby mianowane na szefów resortów siłowych musiały być stuprocentowo godne zaufania. Inaczej równowaga mogła się rozchwiać, co prowadziłoby do puczu. Breżniew zwyczajnie nie pozwoliłby swojemu oponentowi zająć tak ważnego stanowiska. To mogło dla niego oznaczać wyrok śmierci. A tu nie tylko powierza Andropowowi (i to na wiele lat) szefostwo KGB, ale jeszcze namaszcza go na swojego następcę. Rzecz jasna nie mam stuprocentowej pewności, że to niedomagający Breżniew bezpośrednio wskazał Andropowa, ale jego frakcja z pewnością musiała go zaakceptować. Więc nie sądzę, żeby Golicyn pojawił się na zachodzie w wyniku takich intryg dworskich.

  21. 21 michał

    Panie Gniewoju,

    O ile pamiętam, wyrok śmierci na Golicyna jest nadal w mocy. Musi się ukrywać dlatego właśnie, że chciano go zlikwidować. Nie ma żadnych wskazówek, że Golicyn został wysłany, ale oczywiście pewności mieć nie można, a sowieciarze są w satnie stworzyć archiwalne dane, dowodzące czegoś przeciwnego.

    Pański przykład z Akwarium zdaje się sprowadzać do stwierdzenia, że zek w gułagu posiadający bochenek chleba jest bogaczem, a milioner wśród bilionerów jest biedakiem. To jest oczywiście prawda, ale wskazuje ona co najwyżej na względność wszelkich bogactw…

  22. 22 michał

    Panie Jaszczurze,

    Czy może Pan wskazać źródła? Gdzie Darski tak pisał i, co ważniejsze, skąd to wziął? Cały ten nacisk na osobiste cechy Golicyna wydaje mi się fałszywym tropem. Szczerze wierzę, że był trudnym człowiekiem, ale co z tego?

    Jeśli obrońcy oblężonego miasta odrzucą wojownika ze strony przeciwnej, który nie tylko zgłasza się do walki przeciw najeźdźcom, ale jeszcze przywozi ze sobą wieści na temat nadchodzącego szturmu i podkopywania murów, tylko dlatego że on im się wydaje niesympatyczny, to są po prostu durniami.

    Suworow może i mówi „w wielu miejscach to samo, co Golicyn”, ale nie w całości. Suworow przyjeżdża do prlu i wygłasza peany na jego wolność. Raczy Pan żartować? Suworow zasługuje na surową krytykę.

    A CIA? CIA albo nie istnieje w ogóle, albo jest zachodnim oddziałem kgb. A że działania sowietów były dopasownae do zachodnich oczekiwań, to oczywistość. Tak konstruuje się skuteczne prowokacje.

  23. 23 michał

    Panie Amalryku,

    Żrą się od zawsze, a odkąd spostrzegli, że te frakcje i walki fascynują zachodnich obserwatorów i zaciemniają im obraz, to karmią ich nimi do mdłości.

    Pańska analiza, wskazująca dlaczego Golicyn nie mógł być podwójnym agentem wydaje mi się całkowicie słuszna.

  24. 24 michał

    Soniu,

    Czyli to był beton, ale inny beton niż ten, który wysłał Golicyna na Zachód w 1961 roku?

    Andropow i Gorbaczow reaktywowali prowokację?! Ale mnie się wydawało, że Ty nie dopuszczasz możliwości, że to była prowokacja, więc jak to jest?

    Jak słusznie zauważył pan Orzeł, Breżniew nie był nigdy wrogiem tej prowokacji. Bez jego „okresu stagnacji” pierestrojka nie byłaby równie wiarygodna. Żeby zacytować z klasyka Kiszczaka: to są dwa końce tej samej polityki.

    Panie Orle,

    Pańska wykładnia nie przekownywa mnie do końca. Andropow był bliskim współpracownikiem Szelepina i Mironowa i jako taki był bardzo ważnym członkiem kolektywnego kierownictwa. To było jedno i to samo kierownictwo, jeden zespół: Andropow i Kosygin, Breźniew i Kriuczkow. Niech Pan łaskawie spojrzy na wymiany pomiędzy nimi na krótko przed inwazją Afganistanu, które przytaczam tu:http://wydawnictwopodziemne.com/en/2010/02/22/charlie-wilson-i-wojna-w-afganistanie-2/ (o ile pamiętam przytoczenia są obszerniejsze w angielskiej wersji tego tekstu).

    Podziały między nimi były tylko na pokaz.

  25. 25 Anton

    Oj Panie Michale z tą Mańką to pan przywaliłeś – ale teraz nie odpiszę bom przeziębiony i słabuję…

  26. 26 Sonia Belle

    Michal,

    Ale mnie się wydawało, że Ty nie dopuszczasz możliwości, że to była prowokacja, więc jak to jest?
    ———————–

    Hm, nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek napisala ze „nie dopuszczam mozliwosci” czegokolwiek. Wszystko jest mozliwe.

    Nasza roznica zdan wynika mniej z „dopuszczania mozliwosci” owej prowokacji, a wiecej z oceny, czy owa prowokacja byla zjawiskiem pozytywnym, czy negatywnym. Oczywiscie, nasza roznica zdan wynika rowniez z tego, ze zakladamy istnienie roznych alternatyw. Dla ciebie, alternatywa byla pomiedzy prowokacja i prawdziwa walka z komunizmem. Moim zdaniem, alternatywa byla tylko pomiedzy „statusem quo” i prowokacja.

    Wedlug ciebie, lepiej by bylo gdyby Sowieci nigdy owej prowokacji nie wprowadzili w zycie. Moim zdaniem, szkoda tylko ze owa prowokacja nigdy nie ogarnela rowniez Kuby i Korei Polnocnej.

    Orzel,

    Teoria o wewnętrznych tarciach między reformatorami, a betonem jest interesująca, przyznam, że takiej jeszcze nie słyszałem (w kontekście planu Mironowa/Szelepina). Ale dla mnie wydaje się ona nieprawdopodobna.
    ———————————————————

    Dla mnie jest nie tylko prawdopodobna, ale wrecz nieunikniona. Ja znam komunistow. Obok wielu dolegliwosci, najbardziej cierpia oni na paranoje. Jakikolwiek nowy pomysl, a zwlaszcza pomysl tak radykalny jak pozorowany, falszywy upadek Sowietow, z pewnoscia natrafil by na ogromny opor w szeregach kierownictwa partii. Nie dlatego, zeby nie wiezyli w jego ewentualny sukces, ale dlatego ze na pewno weszyli by podstep, czyli probe obalenia sowieckiej wladzy od srodka, pod pozorem wielkiej prowokacji.

  27. 27 Sonia Belle

    Michal,

    Jeśli obrońcy oblężonego miasta odrzucą wojownika ze strony przeciwnej, który nie tylko zgłasza się do walki przeciw najeźdźcom, ale jeszcze przywozi ze sobą wieści na temat nadchodzącego szturmu i podkopywania murów, tylko dlatego że on im się wydaje niesympatyczny, to są po prostu durniami.
    ————————————

    Tak, tylko ze ow wojownik nie przywiozl wiesci o „szturmie i podkopowaniu murow”, tylko o tym ze wkrotce najezdzcy wycofaja swoje wojska, a prawdziwa wojna odbedzie sie wsrod obroncow miasta….

    Taki wojownik przyjety by zostal dokladnie tak jak Golicyn.

  28. 28 michał

    Soniu,

    Wojownik przywiózł wieści o pokopywaniu murów przez krety. Czymże innym w wolnym społeczeństwie powinny być wywiad i kontrwywiad, jak nie murem przeciw najeźdźcom? Ten właśnie mur był podkopywany i o tym przywiózł był wieści Golicyn.

    Mur został podkopany, a wśród obrońców byli agenci przeciwnika. Czy mam Ci przypominać, co się działo? Połowa Europy zagarnięta przez bolszewików, a w zachodnioeuropejskich i amerykańskich uniwersytetach trwała cierpliwa praca marksistów takich, jak Fromm, Reich, Adorno i Marcuse. Maszerowali otwarcie przez instytucje, które dziś są w ich pieczy. Zgoda, nie nazywajmy tego szturmem. Czy „pełzająca rewolucja” odpowiadałaby Ci bardziej?

    Nasza różnica zdań wynika z różnych poglądów na to, co się wydarzyło w 1989 roku. W moim przekonaniu to umacnia ich władzę, a w Twoim ją osłabia.

  29. 29 amalryk

    „[…]Teoria o wewnętrznych tarciach między reformatorami, a betonem […]” – Tarcia jak najbardziej, nawet rzekłbym starcia, co prawda , po bezpowrotnym wyjeździe do piekła „wielkiego Gruzina”, widowiskowość pojedynków znacznie straciła na atrakcyjności, ale te określenia (reformatorzy, beton) to nadają się co najwyżej na jakiś scenariusz do hoollywod’zkiego kabaretu.

    Rzeczą powszechnie wiadomą przecież jest, że w zeteseserze, z definicji, władali sami „reformatorzy”! Mało kto pamięta ,że erotoman Ławrentij, po pamiętnym zgaśnięciu „słońca narodów”, samowolnie wypuścił z gułagów ponad 1mln ludzi i umorzył kilkaset tysięcy nowych skierowań do tych pensjonatów (o wcześniejszych wyczynach naturalnie taktownie zapomnijmy).Więc jak byk, reformator!

    Sławny Nikita – wiadomo, pełna destalinizacja etc, choć nie wiem jak wspominają wielkiego reformatora w Budapeszcie czy Nowoczerkasku lub Tbilisi (zapewne nie miał żadnego udziału w „stalinowskich” mordach, bo skąd!).

    Sławny rekordzista od medali, godny księgi Guinessa,(który wypłynął dzieki kartkom na chleb, jakie trzeba było znów wprowadzić po ekonomicznych reformach poprzedniego reformatora), Leonid Illicz, mający niby robić za „betoniarza”, a to wszak nie on zainstalował taktyczne rakiety nuklearne na Kubie. A przesławna KBWE, a loty „Sojuz-Apollo” i temu podobne z radosnym zachwytem witane na Zachodzie popierdułki, to co? Nie liczy się?(O jakimś tam Wietnamie, Czechosłowacji i Afganistanie etc nie wypada tu wspominać).Czyli nie byle jaki, ale międzynarodowy reformator!

    Po tem znowu superreformator Andropow (to ten co wypłynął na szersze wody dzięki sprawnemu kierownictwu w budapesztańskich „reformach ’56”),a po nim , chyba znów robiący za „betoniarza” reformator Czernienko (to ten z jedną nogą w trumnie) i nareszcie hiperreformator Gorbaczow!

    Tak się teraz pogubiłem, że sam już nie wiem czy tow.Putin to reformator czy superreformator? I jak tam jest w „te klocki” z tow. Miedwiediewem? Może ktoś mi podpowie?

  30. 30 michał

    Słusznie! W sowietach zawsze są u władzy reformatorzy. Oczywiście! Taż to, panie, rewolucjoniści, więc i jak miałoby być inaczej?

    A ja kontrrewolucjonista, więc wszystkie te reformy mnie martwią, bo wzmacniają rewolucję.

  31. 31 gniewoj

    Panie Michale,

    Czy nie dopuszcza Pan prawdziwości tezy, że wyrok śmierci wydany na Golicyna to element mistyfikacji? Czyż skuteczne uchodzenie wyrokowi nie wskazywałby na dwie, chyba mało prawdopodobne, jednocześnie niewykluczające się nawzajem możliwości.
    Po pierwsze, sowieciarze są nieudolnymi amatorami, niepotrafiącymi ustalić miejsca pobytu zbiegłego agenta.
    Po drugie, służby amerykańskie są tak skuteczne, że mimo totalnego zinfiltrowania własnych szeregów potrafią ukryć w tajemnicy miejsce pobytu Golicyna.
    Można domniemywać, że wykonanie wyroku po tym jak ujawnił szczegóły planowanej mistyfikacji mogło w oczach służb amerykańskich uwierzytelniać informacje Golicyna, dlatego wykonanie wyroku zawieszono. Tyle, że rodzi się pytanie, czemu nie zlikwidowano Golicyna zaraz po jego ucieczce? Wtedy, kiedy to sowieciarze znali skalę zagrożenia natomiast amerykanie nie znali jeszcze wartości zbiegłego agenta. Według mnie żadna z zachodnich służb nigdy nie pozyskała żadnej informacji, której sowieciarze nie planowali po prostu przekazać tymże służbom (teza postawiona czysto intuicyjnie).

    Odnośnie przykładu z książki Akwarium to widzę w nim coś więcej niż Pan. Mianowicie to, że jakiekolwiek działania mające na celu pozyskanie sowieckiego agenta za pomocą pieniędzy musiały być z założenia bezskuteczne, to z jednej strony. Z drugiej strony, nie wykluczając autentycznych dezercji sowieckich agentów, wątpię, żeby motywowane były one chęcią poprawy statusu materialnego. Wszystko to dlatego, że dla kogoś kto posiadł władzę nad innymi ludzi (ew. możliwość wpływania na losy tychże ludzi) pieniądze są wartością drugorzędną, nadrzędna jest władza a tego zachodnie służby nie były i nie są w stanie zaproponować.

  32. 32 michał

    Panie Gniewoju,

    Ależ oczywiście, że dopuszczam taką możliwość. Mało tego, śmierć także mogłaby w pewnych warunkach być zaaranżowana wyłącznie w celu uwiarygodnienia. Pewności mieć w tym względzie nie można, bo taka jest natura sowieckiej rzeczywistości.

    Co do szczegółów natomiast, to przyzna Pan chyba, że jest jeszcze trzecia możliwość, dlaczego Golicyn przeżył: nie ufając amerykańskim agencjom rządowym, ukrywa się przed nimi także. Proszę zwrócić uwagę, że nie ma żadnych wskazówek co do jego miejsca pobytu.

    Czy rzeczywiście sowieci przekazali przez Golicyna informacje? Nie zgodizłby się z Panem chyba Philippe de Thiraud de Vosjoli, który w wyniku golicynowskich rewelacji, musiał prosić o azyl polityczny w Ameryce. Sądzę, że Martin, De Mowbray i Wright także nie zgodziliby się z Panem. Ale niech Pan powie, jak uzasadnia Pan swą intuicję?

    Przyjmuję bez zastrzeżeń Pańską interpretację motywów, a zwłaszcza władzy, jako najsilniejszego motywu. Z tego samego powodu nb., sowieci nie mają nigdy kłopotów z rekrutacją. Kimowi Philby na pewno lepiej żyło się w wolnym świecie niż w sowietach, ale nie taka była jego motywacja.

  33. 33 gniewoj

    Rzeczywiście pominąłem trzecią, wspomnianą przez Pana ewentualność. Zrobiłem to nie przez przeoczenie, ale dla uniknięcia niepotrzebnego rozbudowywania mojego wpisu. Mnogość interpretacji wydarzeń (tych, które miały miejsce i tych, które nie miały miejsca) po ujawnieniu informacji przez Golicyna jest nieograniczona. Nie zmieniają one mojej opinii, że jeżeli sowieciarze chcieliby przeciwdziałać fatalnemu wypływowi informacji mieli na to czas jedynie od momentu jego dezercji do rozpoczęcia jego przesłuchań. Można przyjąć, że dezerterów miary Golicyna było więcej, ale dopiero jemu udało się cało przedostać na Zachód i przekazać ważne informacje. Nie będę się o to spierał. Po pierwsze nie mam praktycznie żadnej wiedzy w tym temacie. Po drugie nie chciałbym bezpodstawnie posądzać A.Golicyna o niecne działania nie mając ku temu żadnych dowodów.

    Uzasadniając swoje odczucia muszę przytoczyć powielekroć powoływany przez Pana cytat z Biblii: „po owocach ich poznacie ich”. Zastanówmy się jaki był efekt przekazania planu wielkiej mistyfikacji Zachodowi. Postać Golicyna przywodzi mi na myśl postać cyganki z filmu Barei „Brunet wieczorową porą”. Cyganki, która przepowiada Michałowi Romanowi ciąg wydarzeń po to by wpleść go w planowane morderstwo, za które wina ma spaść na Romana. Przepowiednia spełnia się, wydarzenie po wydarzeniu, ostatecznie po dokonaniu przez Kowalskiego morderstwa Michał Roman czuje się odpowiedzialnym śmierci Krępaka. Tyle moje skojarzenia. Teraz wrócę do mistyfikacji lat 89-91. Według mnie swoieciarze wykorzystując Golicyna (jeszcze raz podkreślę, że pomijam całkowicie rozważanie czy był narzędziem w ich rękach czy też działał dla dobra Wolnego Świata) zapowiedzieli i zaprosili Świat do udziału w wielkim spektaklu. Spektaklu cudownej ich anihilacji. Spektaklu zapowiedzianego po to, żeby widownia miała czas na przygotowanie się na ciąg nadchodzących, cudownych wydarzeń. Po to, żeby nikt z widowni nie krzyknął w kulminacyjnym punkcie przedstawienia: jak to znikacie?!, opuszczacie scenę od tak, po prostu?!, wyrządziliście tyle zła, że nie możecie spokojnie odejść, musimy was powywieszać na przydrożnych drzewach!!. Do niczego takiego nie doszło. Spektakl udał się wspaniale. Komuniści zeszli ze sceny, nie muszą już być aktorami, mogą się skupić na reżyserii i choreografii bez pokazywania swoich twarzy. Przy takiej interpretacji A.Golicyn jawi się jako posłaniec przekazujący zaproszenie do teatru wraz ze szczegółowym programem przedstawienia.

  34. 34 michał

    Panie Gniewoju,

    To jest cecha wielu przepowiedni, że same wpływają na bieg wydarzeń. Gdyby Edyp nie usłyszał wyroczni, że zabije ojca i posiądzie swą matkę, to żyłby dalej w Koryncie z przybranymi rodzicami. Tylko dlatego, że chciał uniknąć przeznaczenia, wpadł był w pułapkę losu.

    Sowieciarze i ich amerykańscy koledzy, robią wszystko, żeby Golicynowi zamknąć usta. Christopher Story twierdził, że New Lies For Old zostało wykupione przez agentów sowieckich (nie mam żadnych sposobów zweryfikowania tego twierdzenia).

    Co rzekłszy, hipoteza, że zapowiedź szczegółowego programu także należy do prowokacji – jest interesująca. Czy i Józef Mackiewicz należy do tej samej prowokacji?

  35. 35 amalryk

    Och! Czekiści są tylko ludźmi. I nie ma co powtarzac , w ślad za nimi, tych baśni z tysiaca i jednej nocy o ich galaktycznej wszechmocy, bo się samemu wówczas aktywnie uczestniczy w fundamentalnym założeniu ich strategii dezinformacji i obezwładniania.

    A o hipotetycznym rozwiązaniu UW to chyba wspominał Sejna, zaś o lipnej „kłótni” Caucescu z zetesererem Pacepa, wiec to nie tylko Golicyn.

    Zaś brak informacji o zgładzeniu Golicyna możemy, jak najbardziej, odczytać jako dowód na to jak wygląda „wszechmoc” czekistów, jeżeli mają do czynienia z prawdziwym przeciwnikiem. Golicyn znający czekistowski modus operandi, na dodatek po stażu w kontrwywiadzie (którego jednym z głównych ,w sowietach, zadań jest nadzorowanie, tak,tak, własnego wywiadu) to przeciwnik bardzo trudny do ustrzelenia – zwłaszcza gdy potrafił, a tak sie pewnie stało, narzucić Amerykanom własną strategię autokonspiracji.

    Sowieciarze nigdy nie darują Golicynowi tego „numeru” jaki im wykręcił i bedą się starali zabić go chocby na łozu śmierci.

  36. 36 gniewoj

    Panie Michale

    Zbyt wiele różni te dwie postacie żeby choćby cień podejrzenia wobec Józefa Mackiewicza uznać za uzasadniony. Po pierwsze, nigdy nie był komunistą. Po drugie, o ile dobrze odbieram jego dorobek pisarski, nigdy nie próbował przewidywać czy też wieszczyć kolejne posunięcia komunistów. Swoją uwagę poświęcał analizowaniu wydarzeń, które się już wydarzyły. Tyle odpowiedzi na Pana pytanie.

    Teraz wrócę do swojej hipotezy. Jeżeli nie widzi Pan żadnych korzyści dla sowieciarzy w ujawnieniu swojego planu wielkiej mistyfikacji z lat 89-91, to jakie zagrożenia dla jego realizacji widzi Pan w jego wcześniejszym ujawnieniu?

  37. 37 gniewoj

    Panie Amalryku,

    Zgoda, nie znamy faktycznej siły czekistów. Na pewno są tylko ludźmi i na polu działań czysto operacyjnych mogą zostać pobici. Wskazują na to doświadczenia roku 1920, kiedy bolszewicką zarazę uratowała krótkowzroczność Piłsudskiego i roku 1941, kiedy uratowała ich głupota pewnego malarza idioty. Dlatego z taką mocą walczyli o pokojową koegzystencję, dlatego, w mojej ocenie, wprowadzili w życie plan swojej cudownej anihilacji. Wiedzą, że na polu propagandy i dezinformacji są nie do pobicia.

  38. 38 amalryk

    Zachód nie ma z komunistami żadnych rachunków do wyrównania. Nie ich dotknęły bezpośrednio dobrodziejstwa wcielania w życie tej „płomiennej” idei. Postoświeceniowy świat sklepikarzy, którzy nigy nie byli w stanie spojrzeć na niego ponad swymi kramarskimi budami, dostał dokładnie to czego od komunistów oczekiwał. – Nie ma terroru, króluje duch porozumienia i rozbrojenie, a na dodatek sowieci zgodzili się na wielką własność prywatną;ach, więc jest super!

    Golicyn być może nie mógł wiedzieć, że geszefciaże nie są poprostu w stanie pojąć, iż istnieje siła potężniejsza niż pieniądz, gdyż taki Świat nie pasuje do ich struktury pojęciowej na nim właśnie zbudowanej.

  39. 39 michał

    Panie Gniewoju,

    Ależ ja widzę potencjalne korzyści dla bolszewików w Pańskiej hipotezie. Absolutnie tak. Dlatego wydaje mi się to nadzwyczaj interesujące.

    Zagrożenia w wyjawieniu planu byłyby poważne tylko w wypadku, gdyby istniała na Zachodzie siła zdolna wykorzystać taką wiedzę. Pytanie, czy sowieci mogli być aż tak bardzo pewni siebie w 1961 roku. Raczej wątpię. Jestem nadal przekonany, że do każdego sowieckiego dezertera trzeba podchodzić sceptycznie.

    Najważniejsze jednak wydaje mi się, że do podobnych wniosków doszedł Józef Mackiewicz, nie będąc ex-gebistą. Doszedł do nich wyłącz nie na podstawie racjonalnej analizy faktów. Czy to nie jest najlpesze potwierdzenie bona fide Golicyna?

    Mackiewicz nie wierzył w spór Stalina z Tito. Ten spór mógł być akurat autentyczny, ale jego zalety nie umknęły czujnym oczom Szelepina i tak powstały fałszywe spory z Ceausescu i Mao, w które Mackiewicz także nie wierzył. Nie trzeba więc być czekistą, żeby rozumieć, co się dzieje.

  40. 40 gniewoj

    Panie Michale,

    Nie daje mi spokoju Pana pytanie czyżbym i J.Mackiewicza przypadkiem nie był gotów podejrzewać o agenturalną robotę. Zdania nie zmieniam, ale… Ale jest coś takiego jak biały wywiad. Przecież zarówno sowieciarze jak i Zachód na pewno studiowali jego publikacje. Dla pierwszych to jak spojrzeć w lustro, dla drugich to nieoceniony, logiczny i spójny obraz komunistycznego zagrożenia. Czy nie sądzi Pan, że ślepota, indolencja i niewykorzystywanie przez Amerykanów wiedzy jaką czerpali z publikacji Mackiewicza nie budowała przekonania u sowieciarzy, że nawet prawda nie jest w stanie im zagrozić?

  41. 41 michał

    Tak sądzę. A jednak nic innego nam nie pozostaje jak mówienie prawdy.

    Dlatego drugorzędne wydaje mi się pytanie czy Golicyn mógł był być sowieckim agentem, skoro mówił prawdę. Wedle tej samej zasady, obojętne czy Wałęsa był agentem czy nie, skoro działał na rękę bolszewikom. Według tejże zasady, któż miałby wykorzystywać wiedzę z publikacji Mackiewicza, skoro CIA przyjęła pijacki bełkot Nosenki za prawdę?

  42. 42 gniewoj

    Wrócę do swojej intuicyjnej hipotezy o wysyłaniu przez sowieciarzy „dezerterów” mających ujawniać ich zamierzenia w celu oswajania Zachodu z nadchodzącymi wydarzeniami. Wracam do tej hipotezy w związku z postacią Ryszarda Kuklińskiego. Wiadomo, że stan wojenny i okrągły stół to związany ze sobą ciąg wydarzeń, stanowiący istotny element wielkiej mistyfikacji z lat 89-91. W takim wypadku czy informacje Kuklińskiego o planach wprowadzenia stanu wojennego nie były, w Pana ocenie, właśnie prapremierą wydarzeń z grudnia 1981? Znowu, prapremiera miałaby na celu wyeliminowanie elementu zaskoczenia, tak żeby nikomu nie przyszło do głowy zbrojnie interweniować.

  43. 43 michał

    Ja niestety nie wiem wystarczająco dużo o Kuklińskim, żeby mieć wyrobioną opinię, a fakt że go uważają za zdrajcę w prlu nie wystarczy sam przez się jako rekomendacja (choć na pewno jest to dobry znak).

    Natomiast co do samej hipotezy, że chodziło o wyeliminowanie możliwości zbrojnej iterwencji, to wydaje mi się zupełnie oczywiste, że takiej możliwości nie było nigdy.

  44. 44 amalryk

    Och! Interwencja?? W wewnętrznej strefie sowieckiej? A niby quomodo? Że co? 101 i 89 DPD się desantują na Warszawę?

    „Festiwal” Solidarności zaś, to kilkanaście cennych miesięcy, niezbędnych do intensywnej weryfikacji kadr przyszłej „IIIrp”, i sprawnego oddzielenia ziaren od plew, tzn „konstruktywnej opozycji” od „ekstremy”.(Pierwsi mogli w „międzyczasie” korzystać garściami z „zielonego strumienia” pomocy od Wuja Sama (jakoś strasznie trudno to rozliczyć, bo tu konspiracja, czas wojny, bezpowrotne straty bojowe, itd. a tu niektórzy wyskakiwali z jakąś buchalterią, i to do do bohaterów) , drugim w miarę chętnie Czesław wydawał paszporty z biletem w jedną stronę.) I tyle.

    Reszta poszła już ekspresowo. Od zniesienia stanu wojennego do pierwszych przymiarek „okrągłostołowych” upłynęło raptem 5 lat.

  45. 45 gniewoj

    Panie Michale,

    Bynajmniej, twierdzę, że istniała taka możliwości (mój wcześniejszy wpis o całkowitej bierności Zachodu wobec wydarzeń węgierskiego października 56) nie mniej uważam, że metodą oswajania sowieciarze eliminowali wysoce mało prawdopodobne, ale jedyne realne zagrożenie dla ich dalszej egzystencji. Zagrożenie konfliktem zbrojnym o niemożliwych do przewidzenia dla nich skutkach. Zagrożenie podjęcia nieprzewidywalnych działań, w tym interwencji zbrojnej, przez zaskoczonego przeciwnika.
    Podobnie do budowy domu. Ryzyko, że uderzy w niego piorun jest niewielkie, jednak nikt nie podejmie ryzyka i nie zrezygnuje z instalacji odgromowej. Oszczędność niewielka za to strata ogromna gdyby jednak przydarzył się dopust boży.

  46. 46 gniewoj

    Korekta do powyższego wpisu. Pierwsze zdanie zaczyna się od:

    „Bynajmniej, nie twierdzę, że …..”

  47. 47 gniewoj

    Panie Amalryku,

    Co do ‚zielonego strumienia’ to czyż możemy być pewni, że podobne strumienie nie zasilały sowieciarzy via ‚dezerterzy’ opuszczający blok krat? Interes obopólny, zachodnie agencje uzasadniają swoje istnienie ilością ‚dezerterów’ a sowieciarze cieszą się z napływu żywej gotówki. Prawdziwy hit eksportowy.

  48. 48 michał

    Drogi Panie Gniewoju,

    To oczywiście brzmi prawdopodobnie, ale cała pierestrojka była niczym innym jak metodą oswajania, tj. przekonywania wszystkich, że to kolos na glinianych nogach. Jak to powiedział Gorbaczow o Czarnobylu „taka nasza bieda”. Do oswajania nie potrzeba było wysyłać Golicyna na Zachód z odkryciem całego planu, bo proszę sobie wystawić hipotetyczną sytuację, że władza sowiecka NAPRAWDĘ upada w roku powiedzmy 1980. Przecież cały Zachód rzuciłby się na ratunek! Oni naprawdę kochali i kochają sowiety. Żadne oswajanie nie było konieczne, skoro jedli im z rąk.

    Pan Amalryk ma rację, bo wykłada tylko to, co powiedział Kiszczak: stan wojenny i okrągły stół są dwoma końcami tego samego kija.

    Nie jestem tylko do końca pewien, czy sugeruje Pan, że Zachód płacił za dezerterów?

  49. 49 amalryk

    Cha! Skąd wziąłem tą 89-ą, czyżby magia cyfr („o roku ów…”) ? Chodziło mi oczywiście o 82 DPD (All Americans).

    Co do sugestii Pana Gniewoja; jak to miał rzec onegdaj Hindenburg: „Przekonałem się , że na wojnie udają się rzeczy najprostsze.” Lub inaczej:” Entia non sunt multiplicanda sine necessitate.” – Idiotyzmem jest poganiać batem rumaka co i tak rączo mknie!

    Odnośnie zaś Kuklińskiego. Po uzupełnieniu, przez Jaruzelskiego swojej bolszewickiej tytulatury w październiku o I sekretarza (premier, minister ON, przew. KOK, czł. politbiura, poseł etc, etc) i nie zwolnieniu na jesieni do cywila poborowych (kolejnych 200tys. na wiosnę nie byłoby już gdzie pomieścić, o aprowizacji nie wspominając) można było z dokładnością do dwóch miesięcy określić termin imprezy pt. „stan wojenny” – do tego nie był potrzebny żaden ekstra emisariusz.

  50. 50 gniewoj

    Tak, Panie Michale, dokładnie to chciałem zasugerować. Tyle, że moja sugestia jest owocem już nawet nie intuicji a tylko i wyłącznie nieokiełznanej fantazji.

  51. 51 michał

    Pan Amalryk ma – niestety, niestety – rację. W prlu wszystkim się wydaje, że termin wprowadzenia stanu wojennego był podyktowany rozmowami w Radomiu czy strajkiem w szkole pożarniczej, czy cholera wie czym, gdy oczywiście decydowały naprawdę inne czynniki. Nie inaczej było nb. w Czechosłowacji w 1968 roku itp.

    Stosowanie Ockhamowej brzytwy jest na ogół dobrym pomysłem.

  52. 52 gniewoj

    Panie Michale,

    Z każdą przeczytaną stroną „Nowych kłamstw w miejsce starych” A.Golicyna wzrastał mój podziw i szacunek dla Józefa Mackiewicza. Z jednej strony analizy członka kc kpzr, jednocześnie agenta kgb z drugiej strony przenikliwość zwykłego śmiertelnika. Obydwaj doszli do tych samych wniosków i ocen jeżeli chodzi o badanie metod i celów komunistów. Jedyna rozbieżność jaką zauważyłem to ocena prlowskiego października 1956.

    Według Mackiewicza wydarzenia października ’56 były inspirowane, reżyserowane i kontrolowane przez komunistów. Uważał, że nawet wybór miesiąca nie był przypadkowy, że chodziło o to, żeby poza rewolucją październikową Polacy mieli też swój październik, miesiąc wielkiego przełomu.

    Golicyn praktycznie całkowicie pomija gomułkowską zmianę warty. Wiele za to poświęca wydarzeniom praskiej wiosny 1968 roku. Jednoznacznie i wielokrotnie twierdząc, że była to operacja zaplanowana i zrealizowana według nowej długofalowej strategii.
    I w tym miejscu mam największe wątpliwości co do rzetelności Golicyny. Nie jestem w stanie zrozumieć w jaki sposób prlowski październik ’56, tak doniosłe wydarzenie, zakończone takim sukcesem miałoby nie być inspiracją (obok wskazywanego przez Golicyna doświadczenia leninowskiego NEPu i akcji „Trust”) dla tworzenia zrębów nowej strategii?

  53. 53 michał

    Długofalowa strategia została sformułowana po 1956 roku, więc gomułkizm był bez wątpienia jednym z licznych wzorów. A że Golicyn o tym nie mówi? Nie mógł powiedzieć wszystkiego. Ale to nie jest chyba „rozbieżność”, bo o ile pamiętam Golicyn po prostu nie wspomina o 1956 roku. Nie bardzo też rozumiem, dlaczego nasuwa to Panu wątpliwości co do rzetelności Golicyna. Ja np. nie pisałem chyba nigdy o komunie paryskiej – czy to znak braku rzetelności?

  54. 54 amalryk

    „[…]analizy członka kc kpzr, jednocześnie agenta kgb […]” – Golicyn, o ile dobrze pamiętam, poza funkcję zastepcy sekretarza kagiebowskiej jaczejki, w hierarchii partyjnej, nie wyszedł, a kudy tam do KC… I choć był on świetnym analitykiem, to jako oficer operacyjny (więc ten „pracujący” z agenturą) o ile mi wiadomo, zadnych oszołamiających sukcesów nie odniósł (no,może poza „przewerbowaniem” samego siebie – ale już na pewno nie na agenta i nie kgb!).

    Gdy anioł apopleksji uwolnił ten świat od „drogiego Koby” wiadomym było, iż w bolszewickim imperium „bedzie się działo”. Tubylcze komuchy i tak długo „srały w gacie” zanim zaczęli próbować swoich radosnych, demokratyzujących harców. Problemem tu nie jest wiarygodność Golicyna lecz raczej skala marginesu swobody pozostawionego komunistom w poszczególnych „peerelach”. (A to pewnie jest sprawa złożona, zależna od wielu czynników: wielkość danego „peerelu”, jego odległość od najbliższych jednostek armii czerwonej, indywidualnych relacji tubylczej nomenklatury z kremlowską itp, itd…)

  55. 55 gniewoj

    Panie Amalryku,

    Zarzucam Golicynowi nierzetelność jednocześnie sam się takową wykazuję. Rzeczywiście były jedynie konsultowany przez członków kc kpzr.

    Ze wstępu książki: „W latach 1952-1953 był zaangażowany w prace nad projektem reorganizacji sowieckiego wywiadu, przygotowywanego dla kc kpzr” i dalej „W związku z propozycją, wziął udział w spotkaniu sekretariatu kc, któremu przewodniczył stalin, a także w spotkaniu prezydium kc, kierowanym przez malenkowa,z udziałem chruszczowa, breżniewa i bułganina”.

  56. 56 michał

    Panowie,

    Mam wrażenie – nic ponad to, niestety, tylko wrażenie – że margines swobody zostawiony poszczególnym kacykom jest większy niż się może wydawać na pierwszy rzut oka. Ani Gomułka, ani Kadar, Jaruzelski czy Dubcek, nie byli marionetkami w rękach sowieckiego centrum, ale raczej wysokimi urzędnikami tegoż centrum.

    Pytanie, jak jest dzisiaj?? Czy Tusk (czy to się tak nazywa?) jest także urzędnikiem? Szczerze wątpię. Chyba raczej awansował na marionetkę…

  57. 57 gniewoj

    odnośnie poprzedniego wpisu Pan Michał,

    Komuna paryska zapisała się w historii bez związku z powstaniem bolszewii, natomiast bez narodzenia się bolszewii nie byłoby prlowskiego października ’56, więc to, że nie poświęca Pan uwagi komunie paryskiej nie wyjaśnia przyczyn, dla których Golicyn pomija, w „Nowych kłamstwach..” prlowską rewolucję październikową.

    Mogę sobie wyobrazić, że gdyby praska wiosna wydarzyła się w 1956 a prlowski październik w 1968 to właśnie ten drugi byłby przykładem na sposób w jaki powinna być stosowana przez Zachód, zaproponowana przez Golicyna, Nowa Metodologia, ale czy to kompletne wyjaśnienie?

    Przyjrzymy się temu o czym Golicyn pisze, a które wydarzenia pomija.
    1. Dość dokładnie opisuje sytuację i działania sowieciarzy w Finlandii. Dlaczego? Dlatego, że czynnie brał w nich udział.
    2. Pomija całkowicie wydarzenia dotyczące formalnego zakończenia okupacja wschodniej części Austrii, chociaż kulisy musiały być mu w jakimś chociaż stopniu znane. Przytoczę tu fragment wpisu Pana Dariusza: „Nic na ten temat nie pisał Golicyn, choć, co ciekawe, w latach 1953-1955 pracował w wiedeńskiej rezydenturze, osiągając tam zresztą rangę drugiego sekretarza miejscowego partyjnego popu. Można chyba założyć, że gdyby szykowano wówczas w Austrii coś bardzo specjalnego, Golicyn wiedziałby o tym i nie omieszkał opisać.”
    3. Jeżeli chodzi o prlowskie wydarzenia 1956 roku to odnosi się bardzo ogólnikowo i właściwie tylko do poznańskiego czerwca ‘56. A przecież mamy tu cały ciąg wydarzeń: śmierć bieruta, poznański czerwiec i wreszcie prlowską rewolucję październikową.

    Być może był funkcjonariuszem działającym dość wysoko w strukturach sowieckiej władzy, ale nie na tyle wysoko aby poznać wszystkie szczegóły. Być może austriackie wydarzenia z 1955 i prlowskie z roku 1956 były mało znaczące dla opracowywania długofalowej strategii. Być może golicynowskie pominięcia nie dają podstaw do podważania jego rzetelności, ale mimo wszystko zwróciły moją uwagę i nie wiedzieć czemu nie dają mi spokoju.

  58. 58 michał

    Ależ Panie Gniewoju! Nawet mi na myśl nie przyszło wyjaśniać przyczyny przemilczenia przez Golicyna 1956 roku. Nie mam pojęcia, dlaczego pominął te wydarzenia. Wydawało mi się, że gdzieś trzeba zacząć, więc skoro strategia została sformułowana w jakimś momencie, to jest dobry punkt wyjścia. Mógł był oczywiście mówić także o Truście albo o WiNie. Oponowałem tylko przeciw nazwaniu golicynowskiej analizy nierzetelną, stąd mój nieudolny przykład z komunardami, choć nie do końca zgadzam się z Panem, że paryska komuna nie ma nic wspólnego z bolszewizmem.

    Golicyn nie pisał także o powstaniu w enerde w czerwcu 1953 roku. W ogóle rzadko kto o tym pisywał, Mackiewicz także. Jest to wydarzenie bez wątpienia bardzo ważne, miało ogromny wpływ na sowiecką grupę rządzącą i walczącą o władzę po śmierci wielkiego Soso.

    Myślę, że nie ma powodów do niepokoju. A w zamian, powinien się Pan zająć analizą października 1956 w świetle Golicyna.

  59. 59 gniewoj

    Panie Michale!!!

    Bardzo dziękuję za zachętę, ale cóż by mogła taka analiza wnieść nowego biorąc pod uwagę powstałe już analizy autorstwa J.Mackiewicza jak również Pańską serię artykułów „Polski październik i okrągły stół”?

    Z drugiej strony może rzeczywiście wart analizy byłby cały ciąg prlowskich wydarzeń z 1956 roku z uwzględnieniem okresu, w którym się wydarzyły. Mam na myśli to, że umiejscowione zostały w okresie, przepraszam za wyrażenie, bolszewickiej smuty, tj. po śmierci stalina a przed ustaleniem zasad kolektywnego rządzenia i podstaw długofalowej strategi opisanej przez A.Golicyna, ale to za wysokie progi na moje nogi.

  60. 60 michał

    Lata pomiędzy śmiercią wielkiego Soso i tzw. kubańskim kryzysem rakietowym, kiedy sowieci ustalili wreszcie, że mogą sobie amerykańskiego prezydenta okręcić wokół palca niegorzej niż sam zmarły batiuszka, to jest z pewnością ważny okres w historii bolszewizmu. Przede wszystkim, pozostali przy życiu stalinowscy potentaci nie byli pewni, czy zdołają sobie poradzić bez genialnego Koby i równie utalentowanego Berii (strach przed nim przeważył jednak nad lękiem wobec życia bez niego). Czerwcowe zamieszki w enerdowie, kazały odłożyć wszelkie plany liberalizacji, bo po prostu bali się o własną skórę. Na poznańskie wydarzenia zareagowali w jedyny znany sobie sposób, tj. pogróżkami („odrąbiemy rękę podnisioną na socjalizm”) aż przypadkowo – przypadkowo czy nieprzypadkowo? oto jest pytanie – natknęli się na rozwiązanie w postaci gomułkizmu.

    Ciekawe. Warto na pewno, żeby poświęcił Pan temu trochę czasu.

  61. 61 amalryk

    W ogóle całe to cackanie się Bieruta z Gomułką wydaje mi się od początku mocno podejrzane i jakoś tak strasznie nie w duchu „partyjnej pryncypialności”. W końcu przypomnijmy jak wyglądała sukcesja w tej rewolucyjnej ppr: Nowotkę stuknął Mołojec i został za niego „pierwszym”, tego zaś ekipa Findera, który zajął jego miejsce, nie nacieszył się nim długo, bo jakoś dziwnym trafem wpadł w ręce gestapo.(Biorąc pod uwagę intensywną współpracę tutejszych komunistów z ta instytucją w donoszeniu na wszelką konkurencję, nic mnie tu już nie może zadziwić.) Zaniepokojeni towarzysze w Moskwie, że im się tubylczy bolszewicy nawzajem powybijają, wysłali samolotem niejakiego Kolskiego, ale ten też był zszedł, i tak nastał tow. Wiesław.

    Pobyt Wiesława w miedzeszyńskim „Spacerze” też bardziej przypominał turnus w jakimś sanatorium, niż to co w takich razach zwykle bolszewicy fundowali swoim konkurentom do władzy. Jakaś prasa, jakaś biblioteka, niezłe wyżywienie, spacery. Właśnie podczas takiego spaceru Gomułka zauważył przechodzącego funkcjonariusza informacji wojskowej, którego znał jeszcze z czasów okupacji niemieckiej, gdyż ten wchodził w skład grupy jego zewnętrznej ochrony. (Były dwie kilkuosobowe grupy ochrony tzw. zewnętrzna bez broni z nienagannymi papierami, której zadaniem było robienie zamieszania w wypadku jakiegokolwiek zagrożenia, i druga uzbrojona, gdyby już przyszło co do czego.)
    Po krótkiej wymianie zdań Gomułka poprosił tegoż „znajomka” o drobną przysługę, wysłania listu do siostry… I mimo, iż po tej „kurtuazji” sam szef „specu” Frydman wałkował delikwenta „od listu” przez tydzień na „konwejerze”, to po tygodniu wrócił do swych zadań jak gdyby nigdy nic, bez żadnych, najmniejszych konsekwencji.

    Gomułkę odkurzono i zaserwowano ogłupiałej publice przy pierwszej lepszej okazji. I tak rasowy bolszewik, nastajaszczij czlen wkpb wystartował do swego drugiego życia jako „płomienny polski patriota” – czarna rozpacz !

  62. 62 gniewoj

    Zapadnięcia na zdrowiu tow.bieruta dość dobrze pasuje do działań planowanych na okoliczność wizyty tow.tito w Moskwie. Cytat za Golicynem:
    „Techniki otrucia zostały opisane w raporcie generała KGB, Żelezniakowa, który
    był przedstawiony podczas operacyjnego instruktażu, poświęconego
    propozycji zabójstwa Tito w 1953 roku w Moskwie. Żelezniakow
    twierdził, że głównym wymogiem dla powodzenia operacji
    jest jedynie kontakt fizyczny z celem, gdyż służby sowieckie
    posiadają środki techniczne (specjalne trucizny) do zadania
    śmiertelnych chorób, nie pozostawiających w ciele śladu po truciznach,
    więc nawet nagła śmierć jest przypisywana przyczynom
    naturalnym.”

    Jednak ponad pół roku między śmiertelnym zejściem bieruta a prlowską rewolucją październikową wskazuje na nie do końca planowe działanie.

  63. 63 michał

    Mówiłem, że to ciekawe! Który z Szanownych Panów się tym zajmie bliżej?

    Timothy Snyder pisze ciekawie o tym okresie. Otóż jego zdaniem kierowniczy triumwirat prlu – Bierut, Berman, Minc – zdołał odwrócić uwagę Stalina od antyżydowskich czystek, przez zaprzeczenie Holocaustu. W komorach gazowych ginęli obywatele polscy, „ofiarami faszystowskiego terroru” byli przede wszystkim obywatele sowieccy, a nie Żydzi. Zrównali także fałszywie ilość ofiar: 3 miliony Żydów i 3 miliony Polaków. W ten sposób można było np. uzasadnić prześladowanie Akowców, którzy brali udział w akcji Żegota, skoro Żydzi nie ucierpieli bardziej niż inni, to każdy kto nie wykonywał woli Stalina, był faszystą. Ważniejsze jednak dla Minca i Bermana było, że zdołali tak uniknąć losu Rajka, Slanskyego i wielu innych.

    Nie do końca się ze Snyderem zgadzam, bo w moim przekonaniu nie było oficjalnej polityki antysemityzmu w sowietach, jak powiedział Józef Mackiewicz „Żydzi nie stanowią wyjątku”. Tak jak operacja polska nie była antypolska, tak mordowanie żydowskich lekarzy pod koniec życia Soso, nie było przejawem antysemityzmu.

  64. 64 amalryk

    „[…]triumwirat prlu – Bierut, Berman, Minc – zdołał odwrócić uwagę Stalina od antyżydowskich czystek[…]” – wątpię. Sądzę, iż Stalin był zbyt „głęboko” bolszewikiem, aby pozwalać sobie na jakieś antynarodowe fobie .Nie na darmo Gospodarz nakazał ustam,i nie byle kogo tylko, Ilii Erenburga wygłośić znamienne ostrzeżenie po powstaniu Izraela; „[.,.]u nas nie istnieje antysemityzm i kwestia żydowska. Nie istnieje też takie pojęcie jak „naród żydowski”, ponieważ ZSRR zamieszkuje jeden naród radziecki. Izrael jest potrzebny Żydom z krajów kapitalistycznych, w których szaleje antysemityzm.[…]” – Inna sprawa że „radzieccy” Żydzi nie zrozumieli groźnego ostrzeżenia, a wówczas… Wówczas wystarczyło tylko dać zielone światło i mometalnie pojawił się znów, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, stary, dobry antysemityzm. Cóż, jak widać, Izrael nie spełnił, pokładanych w nim przez Gospodarza, nadziei.

  65. 65 michał

    Panie Amalryku,

    Takie jest też moje zdanie, żadnego antysemityzmu w sowietach nie było (oprócz pozostałości starego rosyjskiego antysemityzmu, któremu nie bardzo było politycznie dawać upust), ale to nie znaczy, że Snyder nie stawia ciekawego zagadnienia i nie udziela interesującej odpowiedzi. Dlaczego usuwanie komunistów żydowskiego pochodzenia, nie rozciągnęło się na prl? Sebag także o tym pisze (i także się myli), że rzekomo wrodzony Stalinowi antysemityzm ujawnił się pod koniec jego życia. Ofiarami mieli paść Rajek, Slansky i nawet małżeństwo ukochanej córki (chociaż nie mąż), a dlaczego nie Berman?

  66. 66 amalryk

    Przecież ze starego (jeszcze z udziałem Lenina) politbiura; Kamieniew, Trocki i dokooptowany w ’21 Zinowiew, nie dlatego skończyli, zresztą tak jak powinni, że byli Żydami!!! Jawnie gryźli się jak wściekłe psy ze Stalinem i w nagrodę spotkał ich wiadomy los (Salin, w wypadku przegranej, miał zagwarantowaną podobną imprezę). A przecież tacy: Krestiński, Rykow, Tomski czy Bucharin z Żydami nic wspólnego nie mieli, ba a ci już ewidentnie ze stalinowskiego nadania: Kirow, Kosior, Ordżonikidze czy Czubar??? A finał ten sam – kula w łeb.

    Z kolei żydowskie pochodzenie Kaganowicza jakoś nie wadziło wielkiemu językoznawcy i on gładko przeszedł przez wszystkie komusze wyżynanki. Stalin nie potrzebował Żydów, Gruzinów czy też Marsjan, tylko sprawnych i posłusznych wykonawców. On nie był antysemicki, antypolski czy antychiński tylko antyludzki, tak jak ten cały komunizm z Żydami czy bez.

    A czy tylko peerelowscy Żydzi? Berman i Minc ? Ejże! Nie jestem jakimś ekspertem , ale M.Rakosi, E.Gero, M.Farkas, G.Peter, J.Revai to kosmici, czy też może nieistotni aparatczycy n-tego szczebla? I włos im z głowy z tytułu ich pochodzenia, ani może jednak bardziej ich „wiekopomnych” dokonań, nie spadł!!!

  67. 67 michał

    Mam nadzieję, że te wykrzykniki to nie pod moim adresem? Zgadzamy się, Panie Amalryku, że nie było w sowietach antysemityzmu. Że operacja polska nie była antypolska itd. Że narodowość była drugorzędna dla bolszewików.

    Jesteśmy w tym względzie w ogromnej mniejszości, czego np. – skądinąd bardzo dobre – książki Snydera czy Sebaga Montefiore są dobrym przykładem.

  68. 68 amalryk

    Niee, te wykrzykniki to pod adresem tej, moim zdaniem, strasznie „kulawej” hipotezy Snydera iż; „[…]kierowniczy triumwirat prlu – Bierut, Berman, Minc – zdołał odwrócić uwagę Stalina od antyżydowskich czystek, przez zaprzeczenie Holocaustu.[…]”

    Po pierwsze; żaden Bierut i s-ka nic nie mieli do gadania w obszarze powszechnie obowiązującej wykładni, iż największe i nieporównywalne z niczym w dziejach, ofiary w walce z międzynarodową hydrą faszyzmu (wyhodowaną przez zachodnią burżuazję) poniósł bohaterski naród radziecki, który to też niezłomnie i niemal samodzielnie, wiódł bezprzykładną walkę z największym zagrożeniem w dziejach świata, pod przewodnictwem awangardy wszelkich płomiennych idei ludzkości (w tym wolności i postępu) kpzr, prowadzonej nieomylnym geniuszem jej wiekopomnego przywódcy, Stalina.

    Po drugie; komuniści żydowskiego pochodzenia nie byli jakoś szczególnie promowani ani w drodze na szczyty, ani pod ścianę. Jeżeli zaś ich żydostwo rzeczywiście stanowiło dla nich jakąś wartość, to ex definitione, sami się wykluczali spośród bolszewików, pośród których nie było miejsca na tolerowanie tak niebezpiecznych, kardynalnych wad.

    I na koniec interpretatorzy komunizmu nieustannie próbujący redukować go a to do żydowskości, azjatyzmu, jedynowładztwa, zamordyzmu, gnostycyzmu, prometeizmu, ekonomii etc, etc nieustannie strzelają w pustkę…

  69. 69 michał

    Amen.

  70. 70 michał

    Posłałem powyższą wiadomość i z miejsca pożałowałem tego.

    Słowo „amen” ma kolokwialne znaczenie „dobrze powiedziane”, „słusznie” – i w takim znaczeniu go użyłem – ale ma też oryginalne, głębokie znaczenie: „niech tak będzie”. Wyszło więc nagle, że pragnę, żeby interpratorzy komunizmu na wieki trafiali tylko w pustkę!

    To ich zapewne czeka, ale ja tego nie pragnę.

  71. 71 MichałK

    Szanowny Panie Michale
    Przypadkiem (tropiąc J. Nyquista) trafiłem do Podziemia i się zaczytałem. Czasu niewiele minęło, tak więc i niewiele przeczytać zdołałem, ale i to, co zdołałem obudziło we mnie kruka (sójkę) polemistycznego. Wybaczyć proszę te ornitologiczne analogie. Polemiczność budzi się we mnie skrajnie rzadko – chłonąć o wiele bardziej zwykłem, niźli dzielić się wydzielinami mózgowymi – ot taki rys egoistyczny. A może to zwykłe lenistwo?
    Primo – szacun – jak to mawiają ziomy – pancerz Pańskich poglądów (ze szczególną wkładką podtrzymującą kręgosłup) wydaje się lśnić w słońcu Prawdy i skazy na nim nie znać… Spróbować jednak poszukać w nim szczeliny się ośmielę.
    Secundo – pozycję swoją z grubsza, bardzo z grubsza, pozwolę sobie przedstawić:
    Koncepcja monolitycznego bolszewizmu do mnie nie przemawia – może dlatego, że miałem okazję przyjrzeć się z bliska osobnikom zakażonym w naturalnym środowisku. Kilka lat bowiem spędzilem w cccp schyłkowym, o v.2 zahaczając. A i wcześniej wielokrotnie tam bywałem. Nadmienię, że język znam równie dobrze, jak polski, więc za inturista brany byłem tylko wtedy, gdy sam miałem na to ochotę. Tak więc po próbie organoleptycznej monolit ów wydaje mi się być konstrukcją teoretyczną jeno, bytem idealnym. Brakuje w konstrukcji tej mużyka i baby z Tambowa, a choćby i z Moskwy, a nawet z Pitra. To mużyk i baba są tym bolszewizmem, tworzą i kształtują ten byt, jeśli możemy uznać jego istnienie w rzeczywistości (możemy, ja mogę). Dopiero zrozumienie czym jest mużyk, czym jest babionka, czym jest ich spotkanie z jewrejem, pozwoli na poznanie istoty zjawiska bolszewizmu. Bolszewizm nie narodził się w 1917, lub kilka lat wcześniej, jak kto woli – on tylko wtedy ubrał się w ideologię. Kradnąc ją zresztą. Jak wszystko. I sukcesem tego genialnego dress up jest to, że do dziś świat cały (prawie) walczy z ideologią, a nie z bolszewizmem. A raczej z jego mrocznym pomiotem.
    Ad meritum
    Monolityczność bolszewii? Czy wataha wilków jest monolitem? w pewnym sensie oczywiście jest, szczególnie jesteśmy o tym przekonani patrząc na nią z zewnątrz i niezbyt uważnie. Bo to i część prawdy. Ale druga część tejże prawdy jest taka, że w watasze wilki się gryzą, zmienia się hierarchia, zmieniają się doraźne cele i sposoby działania, pojawiają się frakcje i koterie, grupy koleżeńskie i buntownicy oraz outsiderzy. Co nie zmienia faktu, że wataha watahą pozostaje. Ale zrozumienie i poznanie szczególnych stosunków panujących w szczególnym momencie w tej szczególnej watasze pozwoli zrozumieć jej działania teraźniejsze i przewidzieć przyszłe.
    Bliski prawdy w swej diagnozie jest według mnie Oleg Greczeniewski w swym monumentalnym dziele. W diagnozie jedynie, bo szczegóły i tłumaczenie ich wydaje się jednak być wynikiem nieco zbyt podporządkowanej założeniu analizy.
    Według tego rozumowania, według założenia, że bolszewią rządziły i rządzą klany (przynajmniej dwa) czekistów fakt „ucieczki” Golicyna i jego późniejszej działalności w nowym każe się świetle. Nie miał, krótko mówiąc, szans na przeżycie Golicyn, nie mając kryszy…
    pozdrawiam

  72. 72 michał

    Drogi Panie,

    Nie wiem, jak Pan sobie radzi bez polemiki! Mnie trudno. Ach, zaraz! A może tak jak wszyscy inni? (Proszę tylko tego nie brać ad personam, bardzo jestem wdzięczny za każdą rzeczową polemikę, bo jak inaczej zbliżyć się do prawdy?)

    Wataha wilków, to chyba bardzo dobry przykład i zaraz do niego wrócę. Przed laty napisałem tekst (nieopublikowany), który zastanawiał się między innymi nad dynamiką tego monolitu, używając innej alegorii: drużyny piłkarskiej. Czy jest to monolit? Zapewne nie. Czy lewoskrzydłowy musi się przyjaźnić z prawoskrzydłowym? Raczej nie. Ale wobec przeciwnika te różnice są bez znaczenia, a lewe i prawe skrzydło są wyłącznie liniami ataku. Analogia była mi wówczas potrzebna (były lata 80.) dla wykazania absurdalności polityki, w której popiera się środkowego napastnika (G), bo biedakowi zagraża rzekomo z lewa J, a z prawa L. Innymi słowy, nawet nie będąc monolitem w rzeczywistości, jest monolitem wobec przeciwnika i nie można liczyć na to, że drobne różnice między nimi mogą być wykorzystane. A teraz do watahy.

    Wilki gryzą się między sobą, walczą o władzę, o miejsce w grupie, o wilczyce. To wszystko prawda. Ale czy przyjmą barana na wodza? Czy pod jego baranim wpływem porzucą swoje wilcze metody? A dalej, kiedy gonią łosia wśród kniei, to czy wtedy także gryzą się pomiędzy sobą, walczą o suki? Czy też niektóre z nich biegną do łosia z gałązką oliwną (hmm, to może zbyt daleko posunięta metofora) i proszą o poparcie w walce z innymi wilkami? Rozumieć watahę to jedno, ale przykładanie zbyt wielkiej wagi do walk między wilkami, otwierałoby nas tylko na atak ze strony podzielonej, ale dziwnie monolitycznej watahy.

    Wyznaję, że nie bardzo rozumiem Pańskie słowa o mużyku i babie. Wynikałoby z nich, że chyba należy Pan do szkoły pt. „od białego do czerwonego caratu”.

    Nie znam Greczeniewskiego. Kto zacz?

    Czy tropiąc Nyquista, znalazł Pan coś ciekawego?

  73. 73 MichałK

    Syanowny Panie
    alegoria drużyny piłkarskiej świetną jest, ale:
    1.
    możliwość transferów wszelakich z drużyny do drużyny monolityczność wyklucza. Poza tym napastnik raczej bramkarzem nie zostanie, nawet w innej drużynie – raczej to jest maszyna, niżeli żywy organizm – drużynę oczywiście mam na myśli.
    2.
    Piłkarz A przechodząc z drużyny A do drużyny B pozostaje nadal piłkarzem, nadal napastnikiem, lub nadal bramkarzem, ale staje się bez podejrzeń raczej reprezentantem drużyny B, a nie zdrajcą! Chyba, że o Turcji mówimy :)
    Wilk zaś skrajnie rzadko z własnej woli ze stada do stada przechodzi. Chyba, że zostanie wypędzony, a w drugim stadzie przyjęty. Zdarzają się czasem jednostki, które wypędzone z jednego stada, w innym stają na czele. Ale to rzadkość. Tym niemniej wilk pozostaje wilkiem. I to jest jego główny opis, z jakiej watahy – mało ważne w zasadzie. Chociaż? Patrząc ze strony łosia warto się orientować, czy ten akurat wilk, którego widzę przed sobą w krzaczorach przynależy do watahy polującej obecnie, czy raczej sytej po wczorajszej uczcie? Znaczenie ma ta wiedza istotne dość dla losów dalszych łosia, choć przecież wilk pozostaje wilkiem.

    Tak więc pozostanę jednak przy mojej pasji poznawania relacji w obrębie watahy, lub też dokładniej rzecz ujmując, populacji wilczej.

    Oleg Greczeniewski (Олег Греченевский) – niestety żadnych tłumaczeń prócz rumuńskiego nie znalazłem. http://www.belousenko.com/wr_grechenevsky.htm

    Mużyk i baba + jewrej to temat dłuższy. NIe znam szkoły wspomnianej przez Szanownego Pana, ale domyślam się o co chodzi (chyba). W pewnym sensie tak. Carat=bolszewia, czy też czerwony carat, to jest jednak dość duże uproszczenie prowadzące do zapętleń. Bardziej bym to ujął tak: carat i bolszewia to bracia bliźniacy. Z jednej matki (mużyk i baba) i ojca (jewrej) wyszli. Zrozumienie panujących w tej rodzince stosunków, poznanie rodziców… itp, itd.

    tropiąc Nyquista znalazłem wiele ciekawostek :) Na ten przykład osobnika o wdzięcznym imieniu „kabud”. Tu i w innych ciekawych miejscach (w Rosji)

    z poważaniem

  74. 74 michał

    Cha, cha! Wiem, pamiętam Kabuda. To rzeczywiście zjawisko z czerwonej planety …

    Co do caratu i bolszewii, proponuje Panu przeczytanie Zwycięstwa prowokacji, jest po angielsku, rosyjsku, niemiecku, nawet po polsku. I wtedy podejmijmy debatę.

    Ja nie mam nic przeciw porównaniom wilczom. Wręcz przeciwnie, bardzo mi się podobają. Wydają mi się trafnie opisywać sowieckie kierownictwo, które jest monolitem wobec wrogów, tak jak wataha.

    Proszę zwrócić uwagę, że nigdzie nie wspomniałem piłki nożnej. Moja metafora dotyczyła innej piłki. To niezupełnie tak, że ten sam piłkarz nie może grać na różnych pozycjach, bramkarzy nie wyłączywszy. Wiele jest na to przykładów, ale nie będziemy tego debatować. Trafność metafory bierze się jednak z czego innego: ze spełniania określonej roli wewnątrz kolektywu, robienia tego właśnie, czego kolektyw potrzebuje. Przechodzenie z jednej drużyny do drugiej, też wydaje mi się adekwatne do sytuacji. Stalin, Dymitrow, Dzierżyński i tysiące innych, zaczęli w jednej drużynie, a przeszli do innej.

  75. 75 MichałK

    Drużyna piłkarska (bądź to piłka jakakolwiek) zakłada walkę, owszem, lecz nie z wrogiem, lecz z przeciwnikiem. I zakłada również zasady zwane fair play (czy piłkarze się do nich stosują to już inna sprawa, ale one są w założeniu).
    Wilki też nie są wrogami baranów. Ani łosi. Nie są nawet ich przeciwnikami. Wilki muszą, podkreślam, muszą barany jeść. (oraz łosie, jeśli się polowanie uda, jeśli wilki są zdrowe, silne i wataha dobrze zgrana). Baran baranem, zawsze widzi w wilku wroga, taka jego natura. Ale już dzik, lub też borsuk, chociaż w pewnych okolicznościach może stać się daniem głownym, to może być i towarzyszem biesiady. Ależ fontainowsko się zrobiło :) Pozwolę sobie powrócić do dyskusji po lektórze Mackiewicza, choć wiele sobie po niej nie obiecuję (choć wstyd, że nie znam)

    S i D oraz D wilkami będąc z natury, jedynie stado odnalazły, właściwą, polującą akurat, młodą i głodną watahę. Zmiana drużyny w tym wypadku do mnie nie przemawia zupełnie.

    bronię mojej wilczej teorii, a co?
    pozdrawiam

  76. 76 michał

    Jak już mówiłem, nie mam nic przeciwko wilczej teorii, ani wilkom w ogóle. Ale dopiero po Pańskiej ostatniej notce zauważyłem, że wilki działają tak, jak działają, bo taka jest ich natura. Wilki nie mają wolnego wyboru. A bolszewicy mogą jednak, choć bardzo rzadko tak się dzieje, mieć wybór, mogą porzucić swój bolszewizm. Inaczej nie byliby odpowiedzialni za swe zbrodnie.

  77. 77 MichałK

    I tutaj się kompletnie z Panem nie zgadzam! Obawiam się, niestety, że bolszewik, podobnie jak i wilk, swej istoty wyrzec się nie może, nie może jej porzucić. Wilka można schwytać, oswoić, ucywilizować i zatrudnić, za godziwą miskę, do pilnowania baranów. Podobnie bolszewika. Ale z własnej woli na drugą stronę nie pójdzie. Ani jeden, ani drugi. Inna rzecz, że pies, (a podobno człek nawet) może zaadoptować się w watasze, przez watahe może zostać zaakceptowany. A później z niej odejść do swoich.
    I tu zbliżamy się do meritum. Tak jak bolszewikom z zasady nie wierzę, tak muszę przeznać istnienie przewrotnej prawdy w wypowiedzi jednego z nich, z czołowych: „Byłych czekistów nie ma”

    Co do odpowiedzialności: uważamy wilki za piękne, wolne itd stworzenia, dotąd, aż nie dorwą naszego stada baranów, (lub naszego dziecka). Wtedy nie mamy problemów z odstrzałem. Odpowiedzialne? Tak? Czy mogły inaczej? Hmmm… niby tak, aczkolwiek…

    Na tych łamach przewinęła się dyskusja z jakimś młodzieńcem o Saddamie H i ingerencji w jego podwórko. Niestety muszę tu stanąć po stronie lewaka. Nie widzę potrzeby, tym bardziej moralnego przymusu ingerowania w to, co dzieje się w kniei. Jeśli wilki żrą sarny – a niech żrą! Ingerencja zmusi wilki do wyjścia z lasu i wzięcia się za barany. By pozostać przy La F.

  78. 78 michał

    Wilk nie ma wolnej woli, jak pouczał nas Doktor Anielski, a człowiek ma. Jeżeli nie mamy wolnej woli, to nie ma moralności, nie ma odpowiedzialności ani moralnej, ani prawnej, nie ma winy, ani zasługi, nie może być kary, bo niby za co? Za postępowanie zgodne z naszą naturą?

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja