Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Dariusz Rohnka


Katakumby stoją otworem

Bo czem jest bolszewictwo? Politycznie jest ideą demokratyczną doprowadzoną do absurdu, filozoficznie jest zwyrodnieniem wiary w człowieka…
Marian Zdziechowski, Renesans a rewolucja.

Przejdźmy od razu do sedna, czyli do ostatniego fragmentu wypowiedzi Pana Orła, który pisze w ten oto sposób:

Oczywiście w tym miejscu padnie zarzut powiększania semantycznego chaosu i legitymizowania spreparowanej sceny, na której toczy się bitwa. Niewątpliwie w starciu z bolszewicką dżunglą luster można się nieźle poobijać, a nawet całkiem zagubić i stracić kurs. Takie ryzyko istnieje. No cóż, jest to koszt, jaki trzeba ponieść próbując realizować przyjęte cele. Czy na taki koszt warto się decydować? Czym tak naprawdę to grozi?

Stawiając to retoryczne pytanie, nie chce dopuścić do siebie oczywistego, jak mi się zdaje, wniosku, że dwa prezentowane tu „programy”: „semantycznej lampy” z jednej, oraz działania na warunkach podyktowanych przez bolszewickiego wroga, z drugiej strony, że te programy wykluczają się wzajemnie, że nie ma między nimi ani jednego stycznego punktu, że są jak dwa kawałki metalu, namagnesowane odwrotną wartością. Czym tak naprawdę to grozi? Tym, że miliony ludzi w tym kraju nadal będą trwały w przekonaniu, że żyją w wolnej Polsce; tym że stracona zostanie kolejna szansa (albo i tylko cień szansy), że jakiś, choćby znikomy, procent tych ludzi przejrzy na oczy; zrozumie w jakim świecie, w jakiej rzeczywistości żyje.

Pan Orzeł ma swój plan. Chce realizować swoje cele, działać tu i teraz, a nie w jakieś mglistej, odległej przyszłości; działać, a nie tylko dyskutować, nie tylko toczyć wirtualne spory. Czy to źle? Nikt chyba, ani ja, ani ktokolwiek czytający te słowa nie odpowie twierdząco. To oczywiście bardzo dobrze, tyle że zdecydowanie nie za każdą cenę.

Poszperajmy w przemyśleniach naszego adwersarza i spróbujmy przekonać go do naszych racji. Co robić? – zapytuje Pan Orzeł, i przyznać zaraz muszę, że tak sformułowany tytuł wydaje mi się niezwykle trafny. Bo też istotnie, czyż odwołanie do programu działacza, który przewrócił świat do góry nogami, sprawiając, że żadna sfera życia nie miała być już taka jak dawniej, nie jest możliwie najtrafniejszym posunięciem? Co robić? – napisał Lenin i w mgnieniu oka, boć w ciągu zaledwie piętnastu lat, runęły fundamenty starego porządku. Czyż nie okazał się skuteczny, funkcjonalny, pragmatyczny, nietrwoniący nadmiernie czasu na inteligenckie rozterki? Dokładnie takie metodyczne zacięcie w działaniu przedstawia i proponuje Pan Orzeł. Mówi wprost i wyraźnie, że nic nie zdoła go odwieść od raz podjętej decyzji. Pisze całkiem brutalnie:

Ale nie zmienia to mojej opinii o zmaganiach na powierzchni, bo po prostu nie ma innej areny. Skoro liczą się wybitne jednostki, powiedzmy wysocy rangą oficerowie, a szeregowi żołnierze i tak nigdy nie ogarną całej skomplikowanej strategii, to ten napiętnowany rozwidlony język okaże się nie jakimś tam pogwałceniem etyki, tylko czystym pragmatyzmem, stosowanym z powodzeniem od czasu, kiedy wynaleziono ludzkość. No jakby to wyglądało, gdyby Napoleon pod Borodino tłumaczył każdemu ze swoich szwoleżerów, że, wiecie, z lewej flanki ich zaskoczymy, uderzymy tu i… no sami rozumiecie…

Nasz adwersarz, mimo deklaratywnie rozdwojonego języka, mówi prosto i zrozumiale. „Sowietyzacja” – powiada – jest problemem, ale skoro i tak liczą się tylko wybitne jednostki, Napoleony, którym (z racji zapewne ich wybitności) „sowietyzacja” nie zagraża, problem nie jest aż tak wielki jak się redaktorom Wydawnictwa Podziemnego zdaje. W każdym razie na tyle mały, że spokojnie można przejść nad nim do porządku i robić swoje, czyli zwalczać komunistów na ich własnym pseudodemokratycznym podwórku, wedle reguł jakie ustanowią.

Czy z tak naszkicowanym programem można się zgodzić? Czy jest dostatecznie ambitny, dostatecznie racjonalny? Zastanówmy się przez moment. Co my tu mamy tak, jakże klarownie, wyłożone? Po pierwsze, nie przejmujmy się masą armatniego mięsa, która przecież i tak nie posiada (i nie posiądzie) umiejętności racjonalnego myślenia. Nie ważne zatem, co myśli, bo to i tak myślenie bezwartościowe poznawczo. Czy w takim razie gra, jaką zamierzamy prowadzić (albo i prowadzimy) z komunistami, może pogłębić proces „sowietyzacji”? Oczywiste jest, że nie może. Tak przynajmniej zdaje się twierdzić Pan Orzeł.

Przyznam się, że już ten tylko punkt argumentacji wprowadza mnie w stan konsternacji. Skoro, a tak powiada nasz adwersarz, pomiędzy grupką (kliką?) kilku uduchowionych przywódców, a resztą, czyli ową masą, jest dokładnie nic, ludzka pustynia, do której przemawiać nie ma sensu, dla kogóż, w takim razie, cały ten znój, owo „Polskie Państwo”? Czy uduchowiony przywódca sam dla siebie nie jest już dostatecznie „Państwem”? Czy może, aby lepiej się poczuć, rządzić, potrzebna mu jednak owa ludzka masa?

Wróćmy teraz do początku, do celu, który na wstępie swojego artykułu naszkicował Pan Orzeł, do „reanimacji Państwa Polskiego”. W percepcji Pana Orła nie ma celu wyższego, ważniejszego; zakłada przy tym apriorycznie, że nie jest to w żadnym razie kwestia sporna, ale oczywista dla wszystkich uczestników dyskusji. To wyznanie, traktowane jako oczywistość, daje wiele do myślenia, myślenia na temat priorytetów. Może tu właśnie tkwi istota problemu?

Zacznijmy jeszcze raz, tym razem od drobiazgu. Pan Orzeł, pisze, w kontekście Polskiego Państwa, o „reanimacji”. Sugeruje w ten sposób, że Polskie Państwo jednak nie umarło, że mizernie, ale przecież – żyje? Może myśli tak istotnie, dlaczego jednak ten swój nad wyraz subiektywny pogląd przypisuje wszystkim uczestnikom dyskusji? Czyżby tylko lapsus? Jeśli tak, to zastąpmy „reanimację” „przywróceniem” i wróćmy do istoty pytania: czy przywrócenie Państwa Polskiego jest celem w hierarchii wartości najwyższym?

Państwo we wszystkie dziedziny się wciska, wszystko nadzoruje i „narody poczynają godzić się z tem, że rząd za nie myśli, nimi komenderuje dla ich dobra i wygody”, ludzie niewieścieją i głupieją, odwykając od samodzielności. Zanika barbarzyński nieraz, lecz niezbędny w zdrowym społeczeństwie pierwiastek osobistej dzielności.

Tak wypowiadał się na temat „Państwa” Marian Zdziechowski, cytując przy tym książkę dziewiętnastowiecznego filozofa, polityka oraz kawalarza, Wojciecha Dzieduszyckiego; książkę zatytułowaną (czy nie ironia losu?): Dokąd nam iść wypada? Dzieduszycki pisał niemal dokładnie w tym czasie, gdy swoje słynne pytanie zadawał wódz bolszewizmu. Już wówczas, a jeszcze przed kataklizmem, pojęcie „Państwa” niosło ze sobą coś podejrzanego, źle pachnącego, ograniczającego, ogólnie rzecz ujmując, liczne negatywne cechy, których osobiście nigdy bym nie chciał wspierać, tym bardziej przywracać. „Państwo” zaczęło przejmować funkcje, które wcześniej pozostawały daleko poza obszarem jego zainteresowania, ingerować w dziedziny, które wcześniej objęte były zwyczajowym tabu prywatności. „Państwo” demokratyzowało się, wykazując, co wydać się może paradoksem, coraz więcej pogardy wobec szeregowego „obywatela”.

Był to pogląd wyłożony na samym skraju dwóch epok, pomiędzy wiekiem dziewiętnastym i dwudziestym. Czy od tego czasu zaszły jakieś zmiany? Czy z biegiem lat proces się pogłębiał? Józef Mackiewicz, pracujący w latach 20-tych i 30-tych jako publicysta wileńskiego Słowa, nie miał wątpliwości, że tak właśnie jest. W felietonie Szabla i pałka gumowa pisał na ten temat:

Oczywiście, Rosja jest kulminacyjnym przykładem ujemnych przeobrażeń ustrojów powojennego czasu. Ale ten powszechny pęd w ograniczaniu, w totalizowaniu, prześladowaniu, zglajchszaltowaniu swobód obywatelskich, indywidualnego romantyzmu, przybrał w nowej Europie znamiona piętna i zdecydowanego jarzma.

Nie był to obraz przypadkowy, ani podyktowany subiektywną oceną zjawisk. Ulegając pod naporem nowoczesnych ideologii: demokracji, nacjonalizmu, totalitaryzmu, świat zmieniał swoje oblicze i zmienia je dalej. A to co sto lat temu mogło się wydawać skrajnym radykalizmem politycznym czy społecznym, dzisiaj stało się już tylko normą:

Nie potrzebujemy szczegółowego procesu dowodowego pisałem kilka lat temu – aby stwierdzić jedno z całkowitą pewnością: widmo komunizmu nie krąży już dłużej nad Europą. Podobnie, nie krąży w żadnym innym zakątku świata, pod żadną szerokością geograficzną, na żadnym kontynencie. Czy zostało zdemaskowane i zniszczone? Bynajmniej! Zostało zmaterializowane i wprzęgnięte w służbę państw i społeczeństw. Wystarczy sięgnąć do treści „Manifestu komunistycznego”, aby ze zdziwieniem skonstatować, że jeśli nie z litery to z ducha, główne postulaty Marksa, Engelsa i towarzyszy zostały zrealizowane w tzw. państwach demokratycznych.

Pojęcie „Państwa”, przynajmniej „Państwa” ukształtowanego w tradycji polityczno-ustrojowej dwudziestego wieku nie stanowi dla mnie osobiście jakiejś przemożnej wartości. Nawet okraszenie tego „Państwa” epitetem narodowym niewiele tu zmieni, tym bardziej, jeśli miałoby to być „Państwo” zbudowane na fundamencie demobolszewickiego kompromisu. Nie tędy droga.

Droga, która wiedzie do wymarzonego celu (a każdemu z nas cel ten wyznacza jego osobiste pragnienie) jest zdecydowanie prostsza, choć może i dłuższa, i bardziej wyboista. Dłuższa, bo sięgnąć trzeba po same korzenie bolszewickiego, czy też demobolszewickiego chwastu, prostsza ponieważ nie wymaga politycznego meandrowania, a wręcz przeciwnie – prostolinijnego postawienia sprawy, czy raczej silnego zaparcia się nogami i rwania, aż po wytrzebienie ostatniego korzonka.

W przełożeniu na język quasi-polityczny, zastosowania programu, który dziesiątki lat temu sformułował Józef Mackiewicz w postaci jakże nęcącego zwoje mózgowe pragnienia: „tęsknoty za życiem na prawie stuprocentowego ‘człowieka prywatnego’”. Osobiście jestem zdania, że to jedyny realny program polityczny, pod którym podpisać się może człowiek wolny albo uwalniający się dopiero spod wpływów bolszewickiego skażenia.

Czy taki program da się stosować w praktyce, czy może doprowadzić do celu, jakim jest zmiecenie bolszewizmu i demobolszewizmu z powierzchni ziemi? Niewątpliwie tak. Należy tylko założyć laboratoryjny fartuch, sięgnąć po stosowne przyrządy i wyławiać z ciżby ludzi, gotowych za taki program, jeśli nawet nie iść na wojnę z bolszewizmem, to przynajmniej powalczyć z własnym zniewoleniem. Katakumby stoją dla wszystkich otworem.

Efekty, cele polityczne nie są w tej wojnie najważniejsze, ale i o nich nie musimy zapominać. Teraz „walka jest niemożliwa, więc tym bardziej należy do niej dążyć” – pisała przed laty Barbara Toporska, a pisała tak, ponieważ walka prowadzona gdzieś w bardzo odległej przyszłości nie będzie możliwa bez zachowania samej idei walki. Przebudzenie z bolszewickiej „hypnozy”, jeśli tylko przytrafi się dostatecznej ilości pojedynczych ludzi, może łatwo przerodzić się w pragnienie nagłego działania. Czy godzi się to zepsuć programem kompromisu z bolszewizmem? W żadnym wypadku! 



Prześlij znajomemu

17 Komentarz(e/y) do “Katakumby stoją otworem”

  1. 1 Andrzej (Pomorzanin)

    Nie potrafię niestety równie dobrze sformułować tego co myślę ale w pełni podzielam wyrażone powyżej zdanie.
    Wg mnie jest to jedyna droga do przyjęcia w naszym kręgu cywilizacyjnym jeśli się chce zachować uczciwie. W żadnym wypadku nie jest to jednak dla mnie romantyczne „plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi” lecz konkretna potrzeba działania w konkretnych warunkach tak jak pisał Pan w swoim poprzednim artykule pt. „Rubikon rzeczywistości” a Pan Michał Bąkowski w artykule pt. „Podziemie czy Katakumby”.
    Nie traktuję dosłownie terminu „Katakumby” choć nie jestem w stanie wywołać z pamięci żadnego innego, bardziej stosownego na tę chwilę.

  2. 2 gniewoj

    Panie Dariuszu,

    Czy przywołana przez Pana „tęsknota za życiem na prawie stuprocentowego ‘człowieka prywatnego’” nie może być osiągnięta jedynie przez pustelnika? A przecież człowiek jest zwierzęciem stadnym. Decydując się na założenie rodziny godzimy się z ograniczeniem swojej prywatności. Tworząc wspólnotę składająca się z kilku rodzin dążymy do zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Godzimy się na kogoś, kto będzie nas chronił. Potrzebny jest jakiś zbrojny. Ten zbrojny nie wytwarza niczego czym może się pożywić, więc ogół go najmujący musi łożyć na jego utrzymanie. Co prawda chcemy mieć zapewniony spokój i bezpieczeństwo, ale jeżeli chodzi o regularne łożenie na utrzymanie zbrojnego nie jesteśmy już tacy bardzo wyrywni. Mam dwie możliwości albo rozbudowujemy struktury naszej społeczności (powstaje państwo) i jesteśmy przymuszani (ograniczenie naszej wolności) do regularnego łożenia na zbrojnego albo nieopłacany zbrojny odchodzi za to przychodzą bardziej zdyscyplinowani sąsiedzi ze swoim zbrojnym i łupią nas i nasz dobytek. (Czy właśnie nie w taki sposób Rzeczpospolita Obojga Narodów utraciła niepodległość?)

    Cały ten wywód skonstruowałem po to żeby wykazać, że „Państwo” to nie samo zło a problem zniewolenia człowieka nie tkwi w tym, że funkcjonuje taki twór jakim jest to czy inne państwo. Tworzenie coraz bardziej rozbudowanych struktur społecznych leży w naturze człowieka. Problem, według mnie, tkwi w tym, że demobolszewckie czy demokratyczne państwo stało się bytem całkowicie bezosobowym i anonimowym, zwolnionym z wszelkiej odpowiedzialności i poza jakąkolwiek kontrolą za to skutecznie i coraz bardziej „zaczęło przejmować funkcje, które wcześniej pozostawały daleko poza obszarem jego zainteresowania, ingerować w dziedziny, które wcześniej objęte były zwyczajowym tabu prywatności”.

  3. 3 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    Pewnie ma Pan rację, że termin „katakumby” nie jest w stu procentach precyzyjny w odniesieniu do sytuacji, w jakiej żyjemy, niemniej jest nośnikiem wyjątkowo trafnych konotacji, choć owe konotacje tkwią podobno w naszej kulturze głównie za sprawą powieści Sienkiewicza. Potrzebujemy przemiany duchowej (albo przynajmniej przemiany mentalnej), w jakimś sensie porównywalnej z tą, jaka stała się udziałem Rzymian pierwszych wieków chrześcijaństwa.
    Wszyscy pewnie trochę powątpiewamy, czy jest to możliwe na wielką skalę, ale – zgodzi się Pan ze mną – nawet bardzo mała skala jest w naszym przypadku nie do pogardzenia.

  4. 4 Dariusz Rohnka

    Panie Gniewoju,

    Staje Pan bardzo słusznie w obronie państwa, tyle że obalanie tej idei nie leżało w moich intencjach. Jest dla mnie całkiem oczywiste, że normalnie funkcjonujące społeczeństwo potrzebuje struktur o charakterze państwowym, w jakieś tam formie ustrojowej. Takie dziedziny jak sądownictwo, bezpieczeństwo obywateli, reprezentacji kraju na zewnątrz, obronność, zagadnienia monetarne wymagają oczywiście pewnej formy organizacji.
    Nie wydaje mi się jednak, aby tworzenie coraz bardziej rozbudowanych struktur społecznych leżało w naturze człowieka, a przynajmniej jest to dla mnie kwestia mocno dyskusyjna, podobnie zresztą jak bardzo wiele spraw szczegółowych związanych z budowaniem struktur państwowych.
    Można się na przykład zastanawiać czy (albo w jakim stopniu) dopuścić ingerencję państwa w takich dziedzinach jak: oświata, służba zdrowia, kultura, sport i szereg innych. Ale są to na ogół sprawy szczegółowe, które nie mają – przynajmniej dla mnie – charakteru fundamentalnego.
    Inna zupełnie kwestia to ingerowanie przez demobolszewickie państwo w sferę ściśle prywatną szarego obywatela. W tym przypadku nie może być mowy o żadnym kompromisie.

  5. 5 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Gniewoju,

    Jestem przekonany że dla Pana tak samo jak dla mnie „rzeczpospolita” oznacza właśnie rzecz wspólna. Dodam, że bliska mi jest w tym względzie polska tradycja republikańska XVIw. w początkowej fazie swojego rozkwitu.
    Zapewne zgodzi się Pan ze mną że taka wspólnota musi być oparta na solidnych podstawach.
    Jeśli chcemy ją odtworzyć teraz na podstawach jakie aktualnie istnieją to zadajmy sobie pytanie: jakie są te podstawy?
    Odpowiedź jest taka, że są praktycznie żadne, że są w swojej naturze sowieckie, że są narzucone. Twór państwo-podobny który zaistniał w 1944 roku jako faza zniewolenia (przez fizyczne do duchowego i mentalnego) i który następnie tylko i wyłącznie ewoluował, jest właśnie na nich oparty. Niech Pan nie da się oszukać jego aktualną maską tylko się mu dokładnie przypatrzy (i nie chodzi tu przecież o „suwerenność w UE”).
    Dlatego uważam, że ciągle nie mamy Polski jako wolnego kraju.
    Nigdy tych podstaw nie zburzono a przeciwnie, Polacy w swojej większości przyjęli wspomniany twór jako swój. Czy uważa Pan że powinni to zrobić?
    Te podstawy to przecież aktualnie, zapowiedziany 25 lat temu przez sowietów, „wspólny europejski dom” (teraz już światowy). To dla mnie jasne.
    Powie ktoś że „nie żyjemy w próżni”. No jasne, ale czy w związku z tym, że jest to świat już niemal w pełni zbolszewizowany, a przynajmniej na równi pochyłej w tym kierunku (w dolnych partiach) nie należałoby próbować z niej zeskoczyć i ostrzegać innych, także przed tym że sanie na których siedzą istnieją tylko w ich umysłach?
    Dopiero radykalne odrzucenie tych fałszywych podstaw a nie próba „otynkowania” ich oraz przy tym próba stworzenia nowych opartych na pełnej prawdzie da jakieś pozytywne rezultaty także dla zaistnienia Polski jako naszej autentycznie wspólnej rzeczy.

  6. 6 gniewoj

    Panie Dariuszu,

    Czy zgodzimy się twierdząc, że z Państwem jest podobnie jak z chociażby ze słodyczami, potrzebny jest umiar? Przesada tak z jednym jak i z drugim doprowadza do torsji. W obydwu przypadkach cechą indywidualną każdego człowieka jest próg tolerancji po przekroczeniu, którego powstają odruchy wymiotne. I problemem nie jest to, że niemożliwym jest ustalenie uniwersalnego, wspólnego dla wszystkich progu tolerancji. Problemem jest to, że pojawiają się szarlatani, którzy twierdzą, że wiedzą jakie są właściwe proporcje dla relacji państwo – jednostka. Co jeszcze gorsze zaczynają uszczęśliwiać wszystkich dookoła na siłę zaprowadzając raj na ziemi.

  7. 7 gniewoj

    Panie Andrzeju,

    Po kolei:

    Pisze Pan: „Jestem przekonany że dla Pana tak samo jak dla mnie „rzeczpospolita” oznacza właśnie rzecz wspólna.”

    Tak, jak najbardziej tyle, że nie przywiązuję wagi czy będzie ta Wspólna Rzecz w granicach od morza do morza, czy też będzie od Odry do Bugu. Dla mnie może być tak mała jak wyspa Wolin (to bodajże myśl pani Sonii Belle, popełniającej od czasu do czasu wpisy na witrynie WydPod), ważne żeby była suwerenna i żeby była wspólna rzeczą wolnych ludzi.

    Pisze Pan: „Zapewne zgodzi się Pan ze mną że taka wspólnota musi być oparta na solidnych podstawach.”
    Tak, zgadzam się bez zastrzeżeń.

    Dalej: „Jeśli chcemy ją odtworzyć teraz na podstawach jakie aktualnie istnieją to zadajmy sobie pytanie: jakie są te podstawy?
    Odpowiedź jest taka, że są praktycznie żadne, że są w swojej naturze sowieckie, że są narzucone. Twór państwo-podobny który zaistniał w 1944 roku jako faza zniewolenia (przez fizyczne do duchowego i mentalnego) i który następnie tylko i wyłącznie ewoluował, jest właśnie na nich oparty. Niech Pan nie da się oszukać jego aktualną maską tylko się mu dokładnie przypatrzy (i nie chodzi tu przecież o „suwerenność w UE”).
    Dlatego uważam, że ciągle nie mamy Polski jako wolnego kraju.
    Nigdy tych podstaw nie zburzono a przeciwnie, Polacy w swojej większości przyjęli wspomniany twór jako swój. Czy uważa Pan że powinni to zrobić?”

    Przyznam, że się gubię. Nie wiem czy według Pana istnieją podstawy dla odrodzenia niepodległej Rzeczpospolitej czy też ich nie ma.
    Według mnie solidność podstaw na których miałaby odrodzić się (czy też zostać odbudowana) Rzeczpospolita jest odwrotnością stopnia zoswietyzowania i rozbudzenia żądań socjalnych ludzi, którzy mieliby utworzyć tę Wspólną Rzecz. Żeby być dobrze zrozumiałym: czym bardziej ludzie uznają otaczającą ich rzeczywistość za zdrową i normalną, czym bardziej oczekują, że opiekuńcze państwo będzie rozwiązywało ich bytowe problemy tym słabsze są podstawy dla budowy Rzeczypospolitej.

    Pisze Pan: „Dopiero radykalne odrzucenie tych fałszywych podstaw a nie próba „otynkowania” ich oraz przy tym próba stworzenia nowych opartych na pełnej prawdzie da jakieś pozytywne rezultaty także dla zaistnienia Polski jako naszej autentycznie wspólnej rzeczy.”

    W tym miejscu przypomina mi się pewna myśl Józef Mackiewicz, który wyraźnie ustalał kolejność przywracania normalności. Najpierw skuteczna i wygrana walka z komunizmem a dopiero potem regulowanie sprawa państwowych.

  8. 8 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Gniewoju,

    Odnośnie tych „podstaw” to uważam że ich w tej chwili nie ma, choć widocznie mało precyzyjnie lub też niejasno to wyraziłem. Należy je dopiero stworzyć i aby to zrobić trzeba zacząć od poznania i powiedzenia sobie bezkompromisowo prawdy. Trzeba właśnie odrzucić to zsowietyzowanie o którym Pan pisze (moim zdaniem rozbudzone żądania bytowe ludzi zawsze będą obecne w naszym kręgu kulturowym) a potem można dopiero zajmować się „odrodzeniem Niepodległej Rzeczypospolitej”.

    Zgadzam się w pełni z wymienioną przez Pana myślą Józefa Mackiewicza które są mi tym bardziej bliskie jako osobie szkolonej w tzw. naukach ścisłych. Nie da się napisać działającego programu komputerowego zanim się nie opracuje poprawnie jego założeń a potem nie zastosuje właściwego algorytmu.

    Co do pojęcia granic tej Rzeczypospolitej to dla mnie także nie mają większego znaczenia bowiem tak naprawdę będą one takie na jakie nas będzie stać. Nie jest to w żadnej mierze podstawowa rzecz o jaką mi chodzi. Na temat państwa jako Wspólnej Rzeczy napisałem aby wykazać że stanowi to kwestię drugorzędną, jako że jesteśmy w sytuacji, w której nie mamy szans na zbudowanie takiego jakiego bym oczekiwał.

    Kwestią dla mnie podstawową nie jest więc aktualnie „jakie państwo Polskie” (jakkolwiek o moim wzorcu wspomniałem) lecz jak się można wyzwolić z komunizmu który nas zniewala od lat i jest coraz bardziej zabójczy i wszechogarniający.

  9. 9 Andrzej (Pomorzanin)

    postscriptum:
    naturalnie mam na myśli program działający bez błędów i zgodnie z oczekiwaniami.

  10. 10 Dariusz Rohnka

    Panie Gniewoju,

    Zaprowadzający raj na ziemi „szarlatani” to oczywiście bardzo istotne źródło naszych problemów. Znacznie gorsze jest jednak to, że ich „nauki” znajdują łatwo masowego odbiorcę. Niestety nie wszyscy ludzie na świecie cierpią na zamiłowaniem do wolności i swobody. Bardzo wielu woli tę swoją wolność przekazać w pewne ręce wyspecjalizowanych opiekunów i nadzorców, wychodząc z założenia, że owi zarządcy dóbr (doczesnych, ale i duchowych) wiedzą lepiej jak dysponować majątkiem, czasem, jak organizować egzystencję, wychowywać dzieci etc.

    Toniemy w absurdach doczesności nie wyłącznie dlatego, że rządzą nami bolszewicy i niełatwo ich obalić, także dlatego, że ich bolszewickie rządy natrafiają w dużej mierze na społeczny aplauz. Ludzie po prostu chcą by nimi rządzono, by podejmowano za nich decyzję. Nie wyobrażają sobie nawet innego świata.

    To jest chyba najpoważniejszy problem, a mamy na jego temat ledwie nikłe wyobrażenie. Nie wiemy nawet o jakie liczby chodzi. Czy jest ich 90, 75, 50 czy ledwie 30% populacji? Co decyduje o takim, a nie innym trybie myślenia i postępowania? Czy zjawisko się pogłębia czy ustępuje? Czy możemy na nie w jakiś sposób realnie wpływać?

    Nic nie wiemy. A od odpowiedzi na te (i wiele innych pytań) może zależeć bardzo wiele.

  11. 11 gniewoj

    Szanowny Panie Andrzeju,

    dwie kwestie wydają się potrzebować doprecyzowania.

    Pierwsza to ta, że nie widzę problemu w „rozbudzonych żądaniach bytowych”.
    Wierzę, że aktywizują one ludzką przedsiębiorczość. Ta z kolei przynosi postęp techniczny (do istnienia postępu społecznego nikt mnie raczej nie przekona) dzięki czemu życie nasze jest coraz łatwiejsze i wygodniejsze (co nie znaczy, że szczęśliwsze).
    Problemem jest oczekiwanie, żeby żądania bytowe były zaspokajane przez bezosobowe „Państwo”. Można oczywiście wskazać przykłady państw, którym udaje się fundować obywatelom rozbudowaną sferę zabezpieczeń socjalnych, tyle że nikt chyba nie zna faktycznych kosztów takiej „hojności”. Pewne koszty społeczne wskazuje Marian Zdziechowski w przytoczonym przez Pana Dariusza cytacie („ludzie niewieścieją i głupieją, odwykając od samodzielności”).

    Druga kwestia to opracowywanie i realizacja planów.
    Jeżeli mają one dotyczyć społeczeństw to wolę żeby nasze losy były elementem realizowania się tylko i wyłącznie boskiego planu i żeby żaden ze śmiertelników nie ważył się go zmieniać (przynajmniej nie poprzez rewolucje). Myślę, że Mackiewiczowi chodziło raczej o wskazanie kolejności i porządku rzeczy, które muszą dokonać się dla oczyszczenia Świata z komunizmu a nie o tworzenie planu uwolnienia ludzkości od komunistycznego łajna. Według tego porządku nie wolno przedkładać interesów narodowych nad walkę z komunizmem. A do tej walki nie trzeba, żadnego planu (to już jest moje). Wystarczy „bronić zdrowego rozsądku, bronić fundamentalnej przyzwoitości” a poza tym robić to co lubię robić najbardziej, czyli nic nie robić. Niech Pan sobie wyobrazi wieczór wyborczy, w trakcie którego zafrasowani komentatorzy donoszą o zerowej frekwencji wyborczej.

  12. 12 gniewoj

    Panie Dariuszu,

    Co do czynników decydujących o takim a nie innym trybie myślenia i postępowania mam pewną teorię. Otóż jednym z celów mistyfikacji lat 89-91 było upowszechnienie „prywatnej inicjatywy” po to żeby skanalizować ludzką aktywność. Pozwolono podnieść poziom i jakość życia, ale zrobiono to w taki sposób aby cała (słownie: CAŁA) energia ludzka kierowana była na sferę materialną.
    Swego czasu wymieniliśmy poglądy na temat zwrotu własności zagrabionej przez bolszewików. Czemu w żadnym z „krajów”, które w cudowny sposób wybiły się na „niepodległość” nie dokonano zwrotu zagrabionych majątków? Według mnie dlatego, żeby nie powstała warstwa, która ma zabezpieczone podstawowe potrzeby, która nie jest absorbowana codzienną troską o to co jutro włożyć do gara, skąd wziąć na spłatę kolejnej raty kredytu zaciągniętego na zakup samochodu czy nawet mieszkania. Taka warstwa miałaby wolny czas i mogłaby zacząć myśleć. Co gorsza, mając nadmiar wolnych środków, mogłaby próbować założyć niezależną gazetę, radio czy telewizję. Oczywiście prosty system koncesji sprawę by rozwiązał, ale po co kusić licho (przepraszam, licho akurat w przypadku sowieciarzy nie jest zbyt fortunnym sformułowaniem, ale co tam!).
    Jak Pan sądzi, broni się chociaż trochę powyższa teoria?

  13. 13 Dariusz Rohnka

    Panie Gniewoju,

    O tyle się ta teoria broni, że z dużym przekonaniem można ją uznać za praktykę. Sfera materialna, czysto bytowa, ma ogromny wpływ na ludzką aktywność, przynajmniej w czasach spokoju. Rzeczywiście, jeżeli których z szarych obywateli zapragnął osiągnąć sukces finansowy (nie istotne o jakiej skali sukcesu mówimy, czy o milionach, czy o przetrwaniu do pierwszego), musiał się wybranej przez siebie sferze zarobkowej poświęcić niemal bez reszty.

    Zawsze mnie zdumiewała skala zafundowanej nam przez nadzorców bytowej „transformacji”: z jednej strony ogromne, powstające w mgnieniu oka, fortuny uwłaszczeniowe, z drugiej potworny niedostatek (w najlepszym razie) każdego normalnego domu. A przy tym, całość przeprowadzono w nieprawdopodobnie bezczelny i pewny siebie sposób.

    Utarło się przekonanie, że komunistyczni zarządcy peerelu to ekonomiczne półgłówki, nie potrafiący zliczyć do trzech. Pora chyba zrewidować to myślenie. To przecież oni przeprowadzili ową „transformację” gospodarczą, przeprowadzili ją na niewyobrażalnie wielką skalę, w oparciu o model, który nie tylko nigdy wcześniej nie został sprawdzony, ale który nawet nigdy nie ujrzał światła dziennego. A przy tym nie było w ich poczynaniach najmniejszych oznak wahania, niezdecydowania.

  14. 14 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Dariuszu oraz Panie Gniewoju,

    Proszę mi wybaczyć że się wtrącam w dyskusję pomiędzy Panami.

    Myślę że „transformacja” gospodarcza nie była zbyt trudnym zadaniem dla komunistów. Mieli przecież swoje rozbudowane „ośrodki badawcze” (tzw. jawne, tajne i dwupłciowe) a poza tym dostatecznie liczną grupę „swoich” po stronie zachodniej (jw.). Zatem dość dobrze przeanalizowali istotę zachodniego modelu gospodarczego (także doskonale rozpoznając jego słabe strony) a przy tym byli pewni co do tego, że na czele dążeń ludów ujarzmionych jest bynajmniej nie wolność od komunizmu ale podniesienie poziomu konsumpcji na podobny do zachodniego poziom, nawet za dużą cenę. Wystarczyło zatem tylko kontrolować ten proces. Doskonale też wiedzieli, że uzyskają wszelką pomoc z zewnątrz w zamian za odpowiednie koncesje. Nie była to żadna skomplikowana rozgrywka, po prostu wykorzystując swoją wiedzę zrealizowali scenariusz „transformacji” w kierunku jakiego wszyscy oczekiwali.
    „Transformacja” była zasadniczym krokiem ku oczekiwanej, z praktycznie wszystkich stron, konwergencji. Kwestią było tylko to kto do kogo w jakiej dziedzinie i w jakim zakresie ma się zbliżyć.

  15. 15 michał

    Szanowni Panowie,

    I ja się wtrącę, bo mam wrażenie, iż zdołaliście Panowie skomplikować coś, co naprawdę jest w miarę jasne (przynajmniej dla mnie).

    Transformacja gospodarcza z przełomu lat 80. i 90. była wprawdzie wprowadzona na niewyobrażalnie wielką skalę, ale wcale nie była pozbawiona modelu. Modelem rzecz jasna nie był wcale nep, a w każdym razie nie tym najbliższym. Modelem był nieodzowny dla istnienia każdego komunistcznego tworu: czarny rynek. Oni po prostu uwolnili czarny rynek – to wszystko. Skala przedsięwzięcia pozostaje nadal zdumiewająca.

    Czarny rynek utrzymuje przy życiu bolszewickie twory w stanie ortodoksji. Nie jest wcale „niechętnie tolerowany”, jak się zazwyczaj twierdzi, ale aktywnie podtrzymywany przy życiu, bo bez niego nie byłoby nic. A przecież skądś musiało się znaleźć zaopatrzenie dla suto zakrapianych przyjęć w Kuncewie albo w Natolinie. Kiedy mięsa nie sprzedawano już nawet w partyjnych sklepach za żółtymi zasłonami, to jednak nadal się to mięso jadło. To czarny rynek smarował koła komunistycznej anty-gospodarki.

    Słusznie twierdzi Pan Gniewoj, że „jednym z celów mistyfikacji lat 89-91 było upowszechnienie „prywatnej inicjatywy” po to żeby skanalizować ludzką aktywność”. Tak jest. Aktywność, która przejawiała się dotąd w postaci pędzenia bimbru albo podziemnego wydawania książek (na czym dobrze można było zarobić, dziękuję bardzo), albo instalowania anten satelitarnych, albo sprowadzania starych Mercedesów z Reichu (jak to się wówczas mówiło), mogła wówczas wypłynąć legalnie na powierzchnię. Nic dziwnego, że sowieciarze wprowadzali ten model bez wahania, właśnie dlatego że był doskonale sprawdzony i nie mógł im w najmniejszym stopniu zaszkodzić. Co więcej, sami mogli się jeszcze na tym dobrze urządzić. A już najlepsze, że można było otrąbić także „upadek komunizmu” – niechże mi ktoś pokaże jakąś złą stronę tego planu! Nic dziwnego, że się nie wahali, ale pryncypialnie i skromnie, po leninowsku, parli do swojego celu.

    Nie sądzę także, żeby konwergencja wchodziła tu w grę. Stawka na konwergencję była dla zachodnich głuchoniemych ślepców, gdy gra pt. „upadek komunizmu” miała wszystkim zamknąć gęby na zawsze.

    Nie oszukujmy się. Ich gra zakończyła się sukcesem.

  16. 16 sławek

    Gratuluję Panom dyskusji, jestem tu nowy ,ale z racji wykonywanego zawodu w którym spotykam mnóstwo ludzi i rozmawiam na wiele tematów ( poza pracowniczych..) wiem że teoretyzowanie nawet na najwyższym poziomie nie przekłada się na tzw. życie codzienne. Dlaczego? Ano po pierwsze- w każdym społeczeństwie ludzi po prostu dobrych jest niewielu ,najwięcej jest złych. Wykształconych zawsze jest mniej niż idiotów. Tych którym się chce o wiele mniej niż leniwców. Wiadomo że leniami, idiotami, paskudami rządzi się najłatwiej, można im obiecać gruchy na wierzbie i takie tam – uwierzą!Słowa piosenki jakże trafne – najważniejsze to -„najeść się,wyspać, wypić i zapalić” to główna myśl w naszym społeczeństwie ( bez obrazy nie tylko w naszym). Chcąc przeprowadzić jakiekolwiek reformy trzeba by powiedzieć wszystkim prawdę – o jak to by zabolało! Potrzeba by męża stanu któremu zależałoby na dobru Polski. Znacie takiego?
    Dla siebie widzę rolę malutką ( jestem tylko przeciętnym obywatelem mojego kraju) – siać ziarno wiedzy , reklamować Mistrza Mackiewicza zawsze i wszędzie , nawet a zwłaszcza wbrew dyskutantom- co gdzieś tam coś słyszeli,jakiś mackiewicz…,a tak no cat itd itp. Cierpliwie wyjaśniam kto to był o czym pisał i jak! Naprowadzam jak kupić jego pozycje ,ceny podaję… To niewiele wiem , ale każde im więcej „ziaren rozrzucę” mam nadzieję że niektóre padną na dobrą glebę i dojdą kiedyś do głosu ludzie lepsi i mądrzejsi przejmą władzę,dla dobra większości…( broń Boże wszystkich!)

  17. 17 michał

    Szanowny Panie Sławku,

    Słusznie mówi Pan, że ta mityczna większość jest nieciekawa, ale tu nie chodzi wcale o przeciwstawienie wykształconej mniejszości idiotom, bo problem w tym, że zbyt często mamy do czynienia z wykształconymi idiotami. Tylko, widzi Pan, oni tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia. Ta mityczna opinia publiczna, czyli opinia ludzi, którzy są pozbawieni opinii, więc trzeba im koniecznie podsunąć cudzą opinię, a najlepiej moją własną, żeby móc potem ogłosić z triumfem, że „wszyscy myślą tak jak ja!” – to jest sztuczka lewicy. Pchać nogą tę magmę. ALE…

    W moim głębokim przekonaniu, społeczeństwo i rozmaite jego przejawy – jak choćby naród – nie istnieją realnie, a są wyłącznie hipostazami, które ułatwiają nam dyskurs. Realnie istnieją tylko jednostki i to z nich składa się właśnie ta nieciekawa magma. Każda z tych jednostek, choć czasami trudno w to uwierzyć, jest osobą, została stworzona na obraz i podobieństwo i obdarzona została duszą, a zatem wyłuskanie każdej z tych osób z osobna, jest zajęciem godnym.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja