Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Nie zdziwi z pewnością nikogo, że wbrew wyrażonym tu opiniom, polemika wydaje mi się najłatwiejszą możliwą formą wypowiedzi.  Cóż może być prostszego ponad przedstawienie i uzasadnienie swojej własnej niezgody?  Co rzekłszy, polemika jest domeną indywiduów pozbawionych kreatywności, wyzutych z Bożej iskry (o ile można być wyzutym z iskry); jest dziedziną próżniaków, jak na przykład niżej podpisany*; którzy leżą martwym bykiem i kontemplują świat, swobodnie błądząc myślą to tu to tam, aż nagle, użądleni wypowiedzią, z którą zgodzić się nie sposób, przebudzeni z drzemki na jawie, zrywają się z zielonej łąki, niczym byczek Fernando, i z zajadłością godną lepszej sprawy wykrzykują swoje „nie pozwalam!”  „Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby: To samoluby!”, rzekł był wieszcz i pewnie miał rację, bo jeśli niezgoda ma się skończyć na owym liberum veto, jeśli polemista miałby poprzestać na wrzasku i tupaniu nogami, tj. na wyrażaniu miast uzasadniania, to byłby niewiele więcej niż pieniaczem, byłby człowiekiem szukającym sporu dla niego samego, niezależnie od meritum; człowiekiem, dla którego zaprzeczenie ma już wartość samo przez się, a względne pozycje zajęte w debacie mają tylko drugorzędne znaczenie.  Polemika jest więc najłatwiejszą formą wypowiedzi dla pieniacza, ale także dla owych nieszczęśników, którzy pragną poddać swoje własne myślenie próbie.  Dla tych ostatnich jest koniecznością, a cóż jest łatwiejszego niż uświadomiona konieczność, to przeciwieństwo trudnej wolności?

Ba, ale po co poddawać się dobrowolnie torturom?  Po co narażać się na śmieszność?  Na niechęć, na odrzucenie?  Po co stawiać się bezustannie w żałosnej sytuacji, w której zaczepiony z wyższością milczy, a w najlepszym wypadku puka się w głowę z protekcjonalnym uśmieszkiem na ustach?  Obawiam się, że moja odpowiedź zabrzmi górnolotnie i pretensjonalnie.  Trzeba to robić w imię prawdy.  Prawda nie jest nam dana, możemy co najwyżej zbliżać się do niej asymptotycznie, ale i wówczas nie mając wcale pewności co do zbliżenia.  „Co to jest prawda?” zapytał Piłat Zbawiciela i nie czekając na odpowiedź, wyszedł oznajmić Żydom, że nie widzi w Nim winy; w Nim, który narodził się by dać świadectwo prawdzie.  Nie będziemy tu jednak rozważać Prawdy Syna Bożego, Baranka bez skazy.  Nie będziemy mówić o prawdzie bytu ani o logicznej bądź semantycznej definicji prawdy, w zamian zajmiemy się czymś o wiele bardziej przyziemnym: adekwatnością naszego obrazu świata do świata, zgodnością naszych wypowiedzi ze stanem faktycznym.  To ostatnie znaczenie ma polityczne zastosowanie, bo nie można zajmować się polityką, nie przyjmując za punkt wyjścia realistycznego opisu sytuacji, w jakiej się znajdujemy.  Pisałem tutaj kiedyś w cyklu pt. Żuraw i landrynka**, na temat realizmu politycznego i podstawowych jego elementów: realizmu opisu, realizmu środków i realizmu celów.  Pozwolę sobie nieskromnie odesłać czytelnika do tamtych rozważań, a przejść w tym miejscu do istoty polemiki, która od paru miesięcy toczy się na stronach naszej witryny.

Odnoszę wrażenie, iż ta dziwna „zgoda przy jednoczesnej niezgodzie”, którą zauważyli niektórzy uczestnicy dyskusji, to podejrzanie bolkowe „jestem za, a nawet przeciw”, da się wyjaśnić nie dość wyraźnym rozróżnieniem pomiędzy elementami należącymi do opisu a metodami działania oraz stawianymi celami.  Pan Orzeł zdaje się zgadzać z redaktorami Wydawnictwa Podziemnego w kwestii opisu stanu faktycznego.  Pozwolę sobie określić ten stan następująco: 1. postępy sowietyzacji na świecie są zastraszające, co wyznacza najszersze ramy naszej sytuacji; 2. tzw. „upadek komunizmu” był wielką prowokacją obliczoną na globalny efekt, na przyspieszenie sowietyzacji tzw. „wolnego świata”; 3. sowiety istnieją nieprzerwanie od roku 1917, a od kilkunastu lat ukrywają się pod mianem „Rosji” i innych państw ościennych, jak „Kazachstan” czy „Białoruś”; 4. prl istnieje nieprzerwanie od lat czterdziestych i jako taki jest kontynuacją struktur sowieckich, a nie polskich, nie jest ani państwem, ani polskim.

Przypuszczam, że większość stałych czytelników niniejszej witryny podziela powyższy opis.  Pan Orzeł mówi na to: zgoda, i co dalej?  Co robić?  Jeżeli rzeczywiście jest tak źle, to czy nie przyczyniamy się do pogorszenia sytuacji przez oddanie pola?  Czy zejście do Podziemia nie jest przyznaniem się do porażki?  Katakumby?  To dobre dla pierwszych chrześcijan, a nie dla politycznej myśli.  Pan Orzeł porównał nas do getta, ale nie do hitlerowskiego getta dla koncentracji Żydów przeznaczonych do zagłady, tylko do współczesnych gett w bogatych miastach zachodnich, gdzie biedota żyje częściowo z wyboru a po trosze z konieczności, w oderwaniu od społeczeństwa „na powierzchni”, pełna ignorancji i całkowicie ignorowana.  Getta są z łatwością kontrolowane bez potrzeby pacyfikacji i taką przyszłość przepowiada pan Orzeł Podziemiu.  Pan Amalryk natomiast porównał nas do leprozorium.  Jednakże trędowaci wyrzuceni są poza margines zdrowego społeczeństwa dla obrony przed bakcylem choroby, którą niosą.  My zaś zeszliśmy do Podziemia dobrowolnie i celowo, gdyż w naszym oczach to właśnie społeczeństwo na powierzchni jest zarażone bakcylem sowietyzacji.

Skąd biorą się tak zasadnicze różnice w ocenie sytuacji, skoro nie różnimy się w jej opisie?  „Ocena sytuacji” jest tu ciekawym określeniem.  Kiedy „oceniamy” polityczną sytuację, to patrzymy na nią poprzez cele, jakie chcemy osiągnąć.  Opis jest pozbawiony elementu oceny, np. zdanie: „deszcz pada” jest beznamiętnym opisem, podczas gdy „leje jak z cebra, a ja muszę przejść 10 mil po błocie” zawiera niewypowiedzianą ocenę trudności sytuacji, ze względu na cel.  Jakie zatem cele stawia sobie Pan Orzeł?

O ile rozumiem, jego aspiracją jest Wolna Polska, tj. stworzenie prawdziwej Rzeczypospolitej, która by na takie miano zasługiwała.  Dla takiego celu namawia nas do wyjścia z Podziemia, gdzie nasza prawidłowa analiza marnuje się, bo jest jego zdaniem zamknięta jak w getcie i nie może mieć wpływu na wydarzenia.  Pan Orzeł zapytuje trafnie, czy wszystko musiało pójść bolszewikom zgodnie z planem w roku 1989?  „Przecież dla zachowania pozorów trzeba było mimo wszystko poluzować nieco smycz, tak pomocną we wcześniejszych dekadach do sprawowania pełnej kontroli.”  A skoro tak, konkluduje, to można było śmiałymi działaniami na powierzchni wyrwać wydarzenia spod ich kontroli.  Nie można przecież osiągnąć niczego, oddając im monopol na „dowolne manipulowanie opinią publiczną, co też z powodzeniem robili.  I robią do dziś.  Mieli również wyspecjalizowane służby, które na sygnał rzucały się do wyszukiwania haków na przedstawicieli środowisk, które stanowiły potencjalne zagrożenie dla systemu.”

Myśl chyba słuszna w ogólnych zarysach, nawet jeśli trudno się zgodzić, że moja osobista decyzja odrzucenia tzw. przemian, kiedy je na żywo obserwowałem w 1989 roku, była podstawą ich sukcesu.  Słuszna jest bez wątpienia uwaga, że nie można zwyciężyć, nie biorąc udziału w grze.  I tu znajdujemy pierwszą istotną różnicę między nami a Panem Orłem.  Z naszego punktu widzenia – Darek! wybacz, ale to „my” jakoś strasznie mi śmierdzi kołchozem, więc odtąd będę używał pierwszej osoby liczby pojedynczej – a więc z mojego punktu widzenia, bolszewicka gra obliczona jest nie na skuteczne manipulowanie opinią publiczną, która w ostatecznej analizie nic ich nie obchodzi, ale właśnie na wciągnięcie do gry jak największej ilości sił autentycznie „anty” (waham się przed nazwaniem ich antykomunistami, bo autentycznego antykomunizmu w dzisiejszych czasach w prlu nie ma).  Nie było więc nigdy możliwości, żeby „jacyś tam ekstremiści wszystko zepsuli”, ponieważ sama ich obecność w grze była już wystarczającym dla bolszewików zwycięstwem, legitymizowała ich władzę, ich grę, ich zasady gry.

Pan Orzeł nie zgadza się z takim postawieniem sprawy i wskazuje, że w 1992 roku system był w autentycznym zagrożeniu:

„Ktoś spaprał robotę. Do władzy doszli ludzie, którzy co prawda też mówili, że żyjemy w wolnej Polsce, też występowali na specjalnie przygotowanej scenie politycznej (a to w odczuciu redaktorów Wydawnictwa Podziemnego jest niewybaczalnym postępkiem), a jednak z jakiegoś powodu byli dla systemu śmiertelnie niebezpieczni. Niebezpieczni do tego stopnia, że trzeba było uruchomić już nie fachowców w białych rękawiczkach, jakichś tam Lesiaków, czy innych majorów, tylko zwyczajnie jedną kukłę, której kazano brutalnie, bez żadnej finezji dokonać nocnej zmiany. Na parę lat zagrożenie zostało odsunięte.”

Rozumiem z tego, że rząd Olszewskiego miał być szansą na prawdziwe odrodzenie.  Mam jednak wiele zastrzeżeń do powyższego wywodu.  Po pierwsze, sam Olszewski należał z pewnością do koncesjonowanej opozycji, o której tak trafnie pisze Pan Orzeł.  Ale po drugie i ważniejsze, szczerze wątpię, czy projektowana lustracja, która doprowadziła do wałęsinego puczu, była aż tak bardzo nie na rękę bolszewikom.  To nie oni „uruchomili kukłę”, ale kukła uruchomiła się sama.  Wałęsa czuł się zagrożony osobiście, więc bronił systemu, który go wyniósł na piedestał – cóż w tym dziwnego? To nie system bronił swego agenta (a już na pewno nie bronił się przed jakimś śmiertelnym zagrożeniem), tylko raczej agent bronił swojej kariery.  Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że kompromitacja Bolka leżała jak najbardziej w sowieckich planach i raczej byli niemile zaskoczeni, że nie została dokonana rękami rządu prlu.  Kompromitacja Wałęsy była bowiem równoznaczna z obaleniem mitu, dlatego nb. jest do dziś tak trudna do przyjęcia dla wielu Polaków.  Było to zniszczenie mitu, który nagle wysunął ich ojczyznę na pierwsze strony gazet; mitu pt. „w moim kraju obalono komunizm”, mitu „ruchu społecznego”, gdy w rzeczywistości była to agenturalna gra luster i dymnych zasłon.  Po trzecie wreszcie, wyobraźmy sobie, że nie było puczu i dokonano lustracji, czy dzisiejsza sytuacja byłaby zasadniczo inna?  Tak, prawdopodobnie byłaby znacznie gorsza, ponieważ wskazywanoby bezustannie, na autentyczną dekomunizację, gdy w istocie żadna nie byłaby zaszła.

Pan Orzeł widzi działania rządów Olszewskiego i Kaczyńskiego jako „nieskuteczne, zbyt słabe i ostatecznie zakończone klęską, ale jednak w zamierzeniu właściwe.”  Proponuje zatem więcej takich samych działań.  Stworzenie elit niezależnych od służb sowieckich, by móc w przyszłości odbudować państwo.  Pytanie: czy sam fakt uwikłania w prl nie jest już wystarczająco kompromitujący dla tych nowych elit?  Jakie nowe państwo mogą zbudować, skoro sami są beznadziejnie zaplątani w prlowską sieć?  Czy tylko ja widzę tu analogię z rokiem 1989, kiedy to elity prlu zbudowały „nowe państwo” na kształt i podobieństwo poprzedniego?

I w ten sposób powróciliśmy do pytania o cel.  Celem nie może być w moim przekonaniu odbudowa polskiego państwa, ponieważ (jak zresztą zauważa Pan Orzeł) nawet autentycznie Wolna Polska byłaby dziś otoczona czerwonym morzem demobolszewii sowieckiej i niunio-europejskiej.  Nadrzędny cel polityki jest wyznaczony przez obiektywne i absolutne wartości, jest to cel w istocie swej moralny.  Możemy się spierać, jakie stosunki ekonomiczne i społeczne, jaki system prawny, jaka władza wykonawcza, najbardziej sprzyjają realizacji wartości; możemy dyskutować nad środkami i metodami, ale tylko wówczas, gdy uznajemy nadrzędny cel polityki.  Z czego wynika, że nie może być żadnej dyskusji, żadnego kompromisu z siłami, które tego moralnego a priori nie uznają.  Nie może być kompromisu z komunistami ani z ich świadomymi bądź nieświadomymi towarzyszami podróży.  I dlatego nie ma godnego miejsca na powierzchni prlu.

Dopiero z tak określonego celu wynikać muszą przedsięwzięte środki i metody działania.  Zgadzamy się z Panem Orłem co do opisu sytuacji, ale nadrzędny cel polityki, tak jak ja go widzę, narzuca mi wniosek, że jedyne realistyczne działanie może być w podziemiu.  Czy zejście do podziemia nie jest przyznaniem się do porażki?  Ależ oczywiście, że jest!  Antykomunizm przegrał z kretesem już dawno temu.  Czyżby zatem Pan Orzeł miał rację, że oddając pole zwycięskiej propagandzie demobolszewickiej, przyczyniamy się do umocnienia jej zwycięstwa?  A co powinniśmy innego zrobić?  Stać dalej na polu bitwy, kiedy bitwa już dawno przegrana?  Czy może stanąć do wyborów do sejmu prlu?  Walczyć z wybiórczymi gazetkami?  To nie my oddaliśmy pole, zostało one oddane przez polskie społeczeństwo, które woli dopatrywać się polskości w prlu.  Jedyni, którzy jeszcze opierają się prlowi, to skrajni nacjonaliści polscy, którzy oskarżają dzisiejszą prlowską wierchuszkę o sprzyjanie „ruskim”.  Niestety, nacjonalistów stosunkowo łatwo zadowolić, bo wystarczy odrobinka „antyruskiej” retoryki i przezwą na nowo prl „trzecią rp” albo czwartą, albo entą.

Wielokrotnie pisaliśmy tu o postaci Antoniego Macierewicza, niezłomnego bohatera podziemia z lat 70. i 80., który odmówił udziału w rozmowach okrągłostołowych, by z czasem stać się filarem nowej koncesjonowanej opozycji wobec autorytetów współczesnego prlu.  Co konkretnie osiągnął Antoni Macierewicz, wychodząc „na powierzchnię”?  Rozwiązał jakąś agencję, na której miejsce powstała inna.  Jego głównym tytułem do chwały wydaje się, że jest ulubionym oszołomem prlowskich elit, więc jaką cenę zapłaciłby, gdyby był ogłosił wszem i wobec, że cała ta wolna Polska to blaga, to prl i nic więcej, że popełnił błąd, legitymizując sowiecki twór jako państwo polskie – po czym zszedł do podziemia.  Pozostałby nadal ulubionym oszołomem prlowskich elit, ale zasłużyłby sobie na szacunek uczciwych ludzi.

_______

* Przed laty pewien komentator zwrócił mi uwagę, że na naszej witrynie artykuły nie są podpisywane poniżej, ale powyżej, więc utarta fraza „niżej podpisany” jest u nas pozbawiona sensu.  Miał bez wątpienia rację, ale jest to „racja” tego rodzaju, że żal ściska serce.  Dla niego samego byłoby lepiej, żeby miał restaurację.

** http://wydawnictwopodziemne.com/2008/07/12/zuraw-i-landrynka/ http://wydawnictwopodziemne.com/2008/07/15/zuraw-i-landrynka-ii/ http://wydawnictwopodziemne.com/2008/07/18/zuraw-i-landrynka-iii/ http://wydawnictwopodziemne.com/2008/07/22/zuraw-i-landrynka-iv/



Prześlij znajomemu

54 Komentarz(e/y) do “Jestem za, a nawet przeciw czyli o uświadomionej konieczności polemizowania”

  1. 1 amalryk

    Och! „Czy coś jest lub nie jest błędem – jest błędem w określonym systemie. Podobnie, coś jest błędem w pewnej grze, a nie jest w innej.”

    Wszak to takie proste! Nie można, bez oczywistego popadania w sprzeczność, twierdzić iż obecny kształt peerelu jest kolejną, sprytną bolszewicką modyfikacją a zarazem z pasją i błyskiem w oku uczestniczyć w niej radośnie, w oczekiwaniu na bliżej nie określony cud.

    Wracając do wittgensteigenowskiego motta; błędem jest stosowanie reguł funkcjonujących w wolnym państwie do tego tworu, po czym naiwnie oczekiwać na zwycięstwo w bolszewickiej grze…

  2. 2 michał

    Ależ tak, Panie Amalryku! Jak zwykle świetnie powiedziane.

    Bukowski powiedział kiedyś, że sowieciarze są jak zero i nieskończoność w arytmetyce, nie można wobec nich stosować normalnych zasad. Jeśli wziąć dwie wielkości, to można je dodać, pomnożyć, podzielić i otrzyma sie inną wielkość, ale z zerem i nieskończonością się nie uda, bo to nie jest normalne wielkości.

    Drugi akapit Pańskiego komentarza można by chyba umieścić pod każdym tekstem Ściosów i Fymów. Być może zresztą Pan to robi… nie wiem, bo nie mogę ich więcej czytać.

  3. 3 Orzeł

    Panie Michale!

    Żeby uporządkować pewne kwestie chciałbym określić brzegowe warunki, w jakich uznałby Pan, że warto wyjść z podziemia i zaangażować się na powierzchni. Jak rozumiem, uważa Pan, że jakakolwiek aktywność „na górze” nie ma obecnie sensu, bo grawitacja komunistycznej czarnej dziury wszystkie potencjalnie niebezpieczne dla niej inicjatywy „zasysa” i wykorzystuje dla własnego przyrostu masy, że tak to nazwę.
    No dobrze, ale skąd wiadomo (nie sugerując analogii do wydarzeń z przeszłości), że każda próba pójścia pod prąd komunistycznej prowokacji skazana jest na porażkę. Z czego wynika Pańska pewność, kiedy pisze Pan, że:

    „Po trzecie wreszcie, wyobraźmy sobie, że nie było puczu i dokonano lustracji, czy dzisiejsza sytuacja byłaby zasadniczo inna? Tak, prawdopodobnie byłaby znacznie gorsza, ponieważ wskazywanoby bezustannie, na autentyczną dekomunizację, gdy w istocie żadna nie byłaby zaszła.”

    Tego zupełnie nie rozumiem. Wyobraźmy sobie teoretycznie, że Olszewskiemu udało się sfinalizować to, co zaczął. Sowieccy agenci zostali odsunięci poza nawias życia politycznego, komunistyczne służby specjalne rozbito, a na ich miejsce powołano nowe, całkowicie niezależne od Moskwy (ale i od Berlina, Waszyngtonu, itp). Dawny układ nie ma już szans na odtworzenie swoich wpływów. Czy taki proces byłby dekomunizacją nieautentyczną? Dlaczego? Czy tylko z powodu uwikłania Olszewskiego w PRL? Czy wobec skuteczności działań dekomunizacyjnych nie warto by zapomnieć o jego przeszłości? (Chociaż szczerze mówiąc, nie wiem, co ma Pan na myśli pisząc o „uwikłaniu” w przypadku Olszeskiego akurat)

    Oczywiście, nadal mielibyśmy do czynienia z wrogo nastawionymi sąsiadami bliższymi i dalszymi, ale nie o tym teraz dyskutujemy, tylko o sytuacji wewnętrznej.

  4. 4 Amalryk

    Że się wtrącę.

    „No dobrze, ale skąd wiadomo … że każda próba pójścia pod prąd komunistycznej prowokacji skazana jest na porażkę.” – Nie każda Panie Orle, nie każda – tylko każda na ich warunkach.

    „Tego zupełnie nie rozumiem. Wyobraźmy sobie teoretycznie, że Olszewskiemu udało się sfinalizować to, co zaczął. ” – No właśnie! Na tym polegał cały myk, że rząd Olszewskiego nie mógł sfinalizować niczego! Jak się niebawem okazało; nawet tego co zaczął.

    Pan naprawdę wierzy, że „strategiczną” agenturę towarzysze zostawili „różowym solidaruchom” a sami udali się na zasłużoną, błogą emeryturę? Sam onegdaj na własne uszy słyszałem sugestię, że ” tego głupawego megalomana i lipnego zootechnika Bułę zrobili szefem (WSW) chyba tylko po to aby zrobił „porządek” w archiwum”…

  5. 5 Sonia Belle

    Orzel,

    Wyobraźmy sobie teoretycznie, że Olszewskiemu udało się sfinalizować to, co zaczął. Sowieccy agenci zostali odsunięci poza nawias życia politycznego, komunistyczne służby specjalne rozbito, a na ich miejsce powołano nowe, całkowicie niezależne od Moskwy (ale i od Berlina, Waszyngtonu, itp). Dawny układ nie ma już szans na odtworzenie swoich wpływów. Czy taki proces byłby dekomunizacją nieautentyczną?
    ——————————————————

    To jest opis preludu do sowieckiej interwencji militarnej. Jezeli komunisci rzeczywiscie kontroluja wszystkie wydarzenia w Europie Wschodniej od 23 lat, to po takim wydarzeniu MUSIALABY nastapic militarna interwencja sowiecka.

    A gdyby do niej nie doszlo, to bylby niezbity dowod, ze komunizm rzeczywiscie upadl w latach 1989-91 i Olszowski szykanowal, rozbijal i odsuwal zupelnie niewinnych ludzi…

  6. 6 Orzeł

    Pani Soniu!

    Interwencja militarna w roku 1992?! Po „upadku komunizmu”?! To jest nieprawdopodobne niepodobieństwo. Jeden sowiecki czołg przekraczający granicę na Bugu zniweczyłby całe dekady misternej roboty. To był już inny etap, interwencja absolutnie nie wchodziła w grę.

    Panie Amalryku!

    Proszę mi udowodnić, że Olszewski działał na „ich warunkach”. Naprawdę ciekaw jestem Pańskich argumentów.

  7. 7 Andrzej (Pomorzanin)

    Proszę Państwa,

    Nie „demonizujmy” rządu Olszewskiego. To że ktoś chciał poprawić pookrągłostołową rzeczywistość, której to powstania był przecież czołowym rzecznikiem, nie zmienia istoty rzeczy. Tenże sławny „rząd Olszewskiego” składał się także m.in. z agentury na czołowych stanowiskach Wprawdzie na korzyść Jana Olszewskiego można zaliczyć to że ją częściowo ujawnił, ale to było wszystko (poza poprawieniem makijażu) co mógł zdziałać i na co mu zezwolono (TW Bolek i reszta „grupy wsparcia” biła się o własne stołki). Nigdy nie odrzucono nie tylko komunizmu ale też modelu jaki wypracowano wspólnie z sowieciarzami 3-4 lata wcześniej, aktywnie wpisując się w jego realizację.
    Nie było innego wyboru? O ile chodziło tylko o to aby „poprawić makijaż” to był to właściwy wybór. Udało się na długie lata. A twierdzenie potem że nie wyszło bo „ukrzywdził nas wróg, jak on tak mógł” jest dość żałosne. No przecież to było więcej niż pewne dla każdego kto zachował choć trochę zdrowego rozsądku.

  8. 8 michał

    Drogi Panie Orle,

    „Dekomunizacja” po roku 1989 nie mogła być przeprowadzona na innych warunkach niz sowieckie. Ważne akta zostały wywiezione albo zniszczone, pozostawiono tylko te, które można było lustrować. Stąd moja hipoteza, że sowieciarze byli raczej zaskoczeni puczem Bolka. Przypuszczam, że woleliby, że rezydentowi prlu publicznie utarto nosa.

    Odsunięcie komunistów poza nawias życia politycznego nie było – i wydaje mi się, że nie jest nadal – możliwe bez kontrrewolucji, a na kontrrewolucję nie ma teraz żadnych szans. Nie było także w po 1989 roku, bo tzw, większości wydawało się, że obalili komunizm.

    Olszewski jest klasycznym członkiem prlowskiej elity, tj. koncesjonowanej opozycji.

  9. 9 Sonia Belle

    Orzel,

    Ciekawe. Jeden sowiecki czołg przekraczający granicę na Bugu zniweczyłby całe dekady misternej roboty. A setki czolgow przekraczajacych granice Czeczni go nie zniweczyly. Nie mowiac juz o czolgach ktore ostrzelaly rosyjski parlament w Moskwie w 1993.

  10. 10 michał

    Soniu,

    Absolutnie nie mogę się zgodzić, że w jakichkolwiek warunkach mogła nastąpić „interwencja sowiecka” po roku 1989. Nie mogła nastąpić także w roku 1970 ani w 1976, ani 1980, 1981, 1983, 1989 itd. To są strachy na Lachy. Zajrzyj do Golicyna.

    Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, w której poważny człowiek, który odrzucił okrągły stół, jakimś niesłychanym cudem zdobywa władzę w 1990 roku, dokonuje lustracji, aresztuje agentów i rezydentów, zrywa ciągłość prawną z prlem, dokonuje czystki (bardzo podjerzane słowo) w sądownictwie, prasie, radiu, telewizji, wojsku, policji, aparacie bazpieczeństwa, w zarządach państwowego przemysłu itd., zrywa stosunki z sowietami i wsyztkimi tworami sowieckimi. Po pierwsze, musiałby wprowadzić dyktaturę, bo nie miałby żadnych szans na zwycięstwo w następnych wyborach, ale po drugie, miałby przeciw sobie dosłownie cały świat. Kim Jong il i John Major, George Bush ojciec i Fidel Castro, Helmut Kohl i Chavez – wszyscy zjednoczeni w potępieniu polskiego „faszysty”.

    Nie byłoby wówczas żadnej interwencji, bo nie byłaby potrzebna. Tak zdekomunizowana Polska byłaby skazana najpierw na odosobnienie, a potem porażkę. A to dlatego, że NIE MA „POLSKIEJ DROGI” DO WYZWOLENIA.

  11. 11 michał

    Soniu,

    „Jeden sowiecki czołg przekraczający granicę na Bugu zniweczyłby całe dekady misternej roboty. A setki czolgow przekraczajacych granice Czeczni go nie zniweczyly. Nie mowiac juz o czolgach ktore ostrzelaly rosyjski parlament w Moskwie w 1993.”

    To JEST dobre pytanie. Po zastanowieniu wskazałbym na jedną drobną różnicę: zarówno Czecznię jak i strzelanie do własnych „demokratów”, Zachód uznawał zawsze za „wewnętrzne sprawy sowieckie”, do których nie zamierzał się mieszać. Rzecz jednak w tym – i dlatego właśnie to jest świetne pytanie – że prl także należał w oczach Zachodu do „spraw wewnętrzno sowieckich”.

    Nie wiem, nie widzę na to wyjaśnienia w tej chwili, ale podtrzymuję przekonanie, że nie było możliwości „interwencji” w prlu, bo to był inny etap i potrzebowali budować obraz imperium na glinianych nogach, więc być może jedyna możliwa interwencja, to byłoby wejście do prlu i celowe przegranie wojny. W ten sposób stworzyliby mit Wolnej Polski, która w śmiertelnych zmaganiach pokonała odwiecznego wroga. Ale to jest „a little far fetched”, nie sądzisz?

  12. 12 Sonia Belle

    Michal,

    Absolutnie nie mogę się zgodzić, że w jakichkolwiek warunkach mogła nastąpić „interwencja sowiecka” po roku 1989. Nie mogła nastąpić także w roku 1970 ani w 1976, ani 1980, 1981, 1983, 1989 itd. To są strachy na Lachy. Zajrzyj do Golicyna.
    —————————————————

    Nie podzielam twojego uwielbienia do Golicyna. Moim zdaniem byl on prowokatorem wyslanym przez Chruszczowa po to by Zachod przestal pomagac dysydentom i innym opozycjonistom w Sowietach.

    Nie rozumiem rowniez dlaczego Sowieci nie mogli zrobic w Polsce w 1980 roku tego co zaledwie rok wczesniej zrobili w Afganistanie (albo w 1970 tego co dwa lata wczesniej dokonali w Czechoslowacji). Albo dlaczego wolno bylo komunistom mordowac bosniackich muzulmanow w 1992 roku, a nie Polakow.

  13. 13 amalryk

    Panie Orle!

    Nie mam ani nic nowego, ani specjalnie odkrywczego do zaprezentowania. Mogę tylko dyskretnie przypomnieć fakty dość powszechnie znane. „Lustracyjny” rząd Olszewskiego sam miał w swym składzie (oczywiście mówimy o informacjach które się z czasem „umediowiły”) bodaj 9-ciu tw/ko w tym ministrów: Olechowski, Skubiszewski, Siciński; szefem doradców premiera był słynny „Zapalniczka” (Najder). Ba, można iść dalej i zadać pytanie co robili „rasowi czekiści” w otoczeniu samego Maciarewicza z wyjątkowo szmatławym Anklewiczem na czele itp, itd…

    Powtórzmy sobie głośno raz jeszcze. W 1989r. to komuniści określili jak będzie wyglądać „wolna Polska” i to oni, a nie szeroko rozumiana „Solidarność” komunistom, postawili warunki (zresztą skwapliwie przez drugą stronę przyjęte) na jakich pozwolą niebolszewikom działać. Nie wykonali tego ruchu ani z mitycznych powodów ekonomicznych, ani z żarliwego umiłowania Polski, ani z porywów swego gorejącego serca komunisty, tylko na polecenie czy jak kto woli, za zezwoleniem Moskwy !

    Taki jest nasz punkt wyjścia, czy jak Pan woli warunki brzegowe. A czy po przesławnym ’89 mówiąc słowami „wielkiego językoznawcy”; „Życie stało się łatwiejsze, życie stało się przyjemniejsze!”, to już kwestia indywidualnych priorytetów, ale z wolną Polską, to nie mają one żadnego związku.

  14. 14 michał

    Soniu,

    Generalnie rzecz biorąc, staram się nie popadać w uwielbienie. Nie „uwielbiam” nawet najwybitniejszego powieściopisarza, jakiego ziemia nosiła, Fiodora Dostojewskiego, ani największego kompozytora, Johana Sebastiana Bacha, więc dlaczego miałbym „uwielbiać” Golicyna? Golicyn jednak dobrze tłumaczy, dlaczego nie było nigdy zagrożenia inwazji sowieckiej w tych wszystkich latach.

    Afganistan w 1979 roku był w moim przekonaniu, głęboko uzasadniony w kontekście długoterminowej strategii sowieckiej, podczas gdy z każdego innego punktu widzenia inwazja Afganistanu nie miała żadnego sensu. Ale pisałem o tym obszernie dawno temu.

  15. 15 Sonia Belle

    Michal,

    Inwazja na Polske w 1981 roku (gdyby na przyklad Jaruzelski odmowil wprowadzenia stanu wojennego), rowniez mogla byc „głęboko uzasadniona w kontekście długoterminowej strategii sowieckiej”. Zamast bronic „sil postepowych” przed „banda muzulmanskich fantatykow religijnych”, broniono by „postepowych idealow” przed „banda antysemickich fanatykow katolickich”…

    Slogan zawsze sie znajdzie…

    A 10 lat pozniej i tak i tak mogliby zapraszac wszystkich to roznego formatu stolow, i okraglych i kwadratowych…

    A gdyby Olszowski zaczal komunistow wieszac na drzewach w 1992, pretekst tez by sie znalazl (a wlasciwie, nie potrzeba by bylo zadnego pretekstu – trup Jaruzelskiego zastapil by trupa Che Guevary jak ikoniczny symbol antykomunistycznego bestialstwa). Kto wie, moze najwyzej premier Gruzji probowal by wyladowac na lotnisku w Warszawie grozac degradacja swojemu wlasnemu pilotowi. Zachod by troche pokrzyczal, ale kiedy by im pokazano „mass graves of former Communists and their famillies”, to by sie uspokoil. A kilka lat pozniej premier Gruzji zginal by tragicznie pod Smolenskiem podczas wielkiej mgly.

  16. 16 michał

    Soniu,

    Niestety nie mogłaby być uzasadniona w żaden sposób, chyba że za dobrą monetę przyjąć to, co bolszewicy sami mówią, ale w takim razie wychodziłoby na to, że niczego nie nauczyliśmy się od Mackiewicza.

    Slogan zawsze się znajdzie, ale slogany w bolszewickiej taktyce nie są na użytek własny, ale dla kontroli innych i na podkopywanie przeciwnika. Sloganów brac poważnie także nie należy.

    Jaruzelski nie jest tak fotogeniczny jak Che, więc nie sądzę, żeby mógł go zastąpić.

    A gruziński prezydent to bardzi podejrzana figura…

    W jednym masz rację: cokolwiek by się stało, Zachód nie kiwnąłby małym palcem.

  17. 17 Andrzej (Pomorzanin)

    Nie rozumiem po co miałaby nastąpić sowiecka interwencja zewnętrzna skoro w chwili rzeczywistego zagrożenia kontrrewolucją całkiem pewną wydaje się być sowiecka interwencja wewnętrzna (typu „stan wyjątkowy”) na czele z „okrągłostołowymi” towarzyszami i z pełnym poparciem UE, NATO etc.

    Nie wiem jak wygląda w rzeczywistości sprawa u Węgrów ale niewątpliwie jest to jakaś nauka co do zakresu dopuszczalnych działań i podjętych przeciwdziałań.

  18. 18 michał

    Rzecz chyba w tym, że interwencja zewnętrzna nie jest nigdy podejmowana wówczas, gdy istnieje autentyczne zagrożenie kontrrewolucyjne. Wyjątek mogą stanowić Węgry w 1956 roku, ale to jest bardzo dziwna i ciemna historia. W końcu na czele powstania stał Imre Nagy, stary dobry bolszewik. Czy jest możliwe, że odgrywał tę samą rolę co Dubczek? Osobiście wątpię, ale nie można tego wykluczać.

  19. 19 Sonia Belle

    Michal,

    interwencja zewnętrzna nie jest nigdy podejmowana wówczas, gdy istnieje autentyczne zagrożenie kontrrewolucyjne.
    ———————-

    ????

    Korea w 1950. Niemcy w 1953. Wegry w 1956. Czechoslowacja w 1968. Afganistan w 1979. Angola. Bosnia. Kosowo. Czecznia. Gruzja.

    Jedynym wyjatkiem jest Kambodza w 1979 roku. Interwencja zewnetrza wobec zagrozenia rewolucyjnego, a nie kontrrewolucyjnego.

  20. 20 amalryk

    Motto: „Zdawałoby się, że każdy zdrowy na umyśle człowiek jest w stanie skonfrontować tę napowietrzną strukturę słowną z rzeczywistymi faktami i zwalić ją jednym ruchem. Ale siła magii słownej jest wielka. I konfrontacja z faktami nie taka prosta. Nad światem hula szaleństwo słów.”

    O czym my tu rozprawiamy? Jaka kontrrewolucja?? Czyżbyśmy też, zagubiwszy „semantyczną lampę” , odfruwali w mgłę narkotycznych oparów bolszewickich łgarstw? Bo bolszewicy obudziwszy się pewnego poranka zameldowali zachwyconemu światu, że już nie są bolszewikami i luks? Że te miliony trupów, i rzeki wylanej krwi, te całe pokolenia żałobami czarne, to nic? Ot tak, jak psu w dupę? Było minęło?

    Czy my tutaj też nie potrafimy się wyrwać z zaklętego kręgu komunistycznej nowomowy i wszystkie mniej lub bardziej udane czekistowskie prowokacje w ślad za nimi nazywać będziemy „kontrrewolucją”???

    A więc mason na czele neopeerelowskiego rządu, próbujący nieporadnie upublicznić garstkę ze 100tys. ubeckich donosicieli, to w rzeczywistości cristeros dumnie dzierżący sztandar kontrrewolucji i bezlitośnie rozprawiający się z miazmatami przeklętego oświecenia – dobre sobie!

  21. 21 michał

    Kto ma uszy, niechaj słucha Pana Amalryka.

    Nie należy czekistowskich prowokacji nazywac kontrrewolucją. A skoro już nazywa się takie poputniczestwo kontrrewolucją, to nie trzeba się potem dziwić, że komunizm rośnie w siłę i ohydna prlowska gęba wyziera zza orła w koronie.

  22. 22 michał

    Soniu,

    Czy ja śnię, czy Ty napisałaś powyżej, że komuniści zdecydowali się na interwencję z zewnątrz, ponieważ w wymienionych przez Ciebie wypadkach istniało autentyczne zagrożenie dla ich władzy – zagrożenie kontrrewolucji?

    Czyli Kim Ir Sen zaatakował Koreę w czerwcu 1950 roku z błogosławieństwem Stalina i pomocą Mao, bo obawiał się kontrrewolucji??

    Wiele wskazuje, że tzw. powstanie w Berlinie w 1953 roku było autentyczne i spontaniczne; ale są także pewne wskazówki na to, że przyczyniło się do odrzucenia planów Berii na „postalinowską liberalizację”, więc nie można do końca wykluczyć, że wydarzenia zostały wywołane, by w celu użycia ich przez całą wierchuszkę przeciw Berii. W żadnym wyoadku nie wynika z tego jednak, że była to kontrrewolucja, bo jeśli tak, to Kronsztadt byłby także kontrrewolucją, co rozciąga sens tego pojęcia już nadto. Poza tym nazwanie interwencji sowieckich wojsk stacjonowanych w Berlinie mianem „zewnętrznej inwazji” wydaje się mało uprawnione, nie sądzisz?

    Węgry są wyjątkowym przypadkiem, o czym już mówiłem. Z pewnością jest to wydarzenie godne uwagi i głębszej analizy. Ale Praska wiosna?? Chyba raczysz sobie żartować! Czy też poważnie chcesz mi wmówić, że Dubczek i spółka byli kontrrewolucyjnym zagrożeniem?? Nie, Soniu, to w takich właśnie wypadkach – jakkolwiek paradoksalnie może to zabrzmieć – można sobie pozwolić na interwencję, kiedy nie ma żadnego zagrożenia.

    Afganistan w 1979 roku?? Jakie było zagrożenie? Cytuję słowa Breżniewa do Tarakiego z marca 1979 roku w odpowiedzi na nalegania o interwencję zbrojną: “We have examined this question from all sides, weighed the pros and cons, and I will tell you frankly: We must not do this. It would only play into the hands of enemies – both yours and ours.” A Kosygin dodał: “If our troops went in, the situation in your country would not improve. On the contrary, it would get worse. Our troops would have to struggle not only with an external aggressor, but with a significant part of your own people.”

    Stąd m.in. moje twierdzenie, że przy autentycznym zagrożeniu kontrrewolucyjnym, ostatnią rzeczą na którą zdecydowaliby się sowieciarze, byłaby zbrojna inwazja. W wypadku Afganistanu mieli, moim zdaniem, inne cele.

    Chciałbym zawołać za panem Amalrykiem: chwyć semantyczną lampę, Soniu, i nie bierz sowieckich prowokacji za kontrrewolucję, bo w ten sposób stawiasz się na równi z bezmyślnym tłumem na powierzchni, co to cieszy się żałośnie, że obalił komunizm.

  23. 23 amalryk

    Kto, choć z grubsza, zna misterny mechanizm nadzoru i kontroli nad społeczeństwem, jego rozpiętość i zasięg, który został zbudowany i jest stale udoskonalany przez komunistów; ten wie, iż niemal nieprawdopodobieństwem jest znalezienie przykładu takich spontanicznych, „antykomunistycznych” wydarzeń, aby skrupulatnie badając ich genezę, po mozolnym dłuższym poskrobaniu spod grubej warstwy szpachli i kilku warstw propagandowego „antykomunistycznego”, „patriotycznego”, „niepodległościowego” etc, etc lakieru nie wyłoniła się nam na końcu skupiona, uśmiechnięta twarz czekistowskiego prowokatora.

  24. 24 michał

    Zgoda. Ale jaka jest Pańska opinia na temat węgierskiego powstania? Wyznaję, że jest to dla mnie trudny do rozgryzienia problem.

  25. 25 Sonia Belle

    Michal,

    Węgry są wyjątkowym przypadkiem
    —————————————–

    Nie bardzo rozumiem dlaczego akurat Wegry to autentyczna kontrrewolucja, a Praga w 1968 albo Angola w latach 1980-tych to „czekistowskie prowokacje”. Jaka niby ma byc roznica miedzy Nagy i Dubcekiem ? I dlaczego kontrrewolucjonisci w Budapeszcie walczacy z sowieckimi najezcami maja byc inni niz kontrrewolucjonisci Sawimbiego w Angoli walczacy z kubanskimi najezcami ?

  26. 26 michał

    Soniu,

    Ja wcale nie powiedziałem, że na Węgrzech to była autentyczna kontrrewolucja; powiedziałem, że mam co do tego wątpliwości, ale po prostu nie wiem. Natomiast nie mam żadnych wątpliwości co do praskiej wiosny: od początku do końca prowokacja. Jaka różnica między Nagy’em a Dubcekiem? Ogromna, ale wcale niekoniecznie na korzyść Nagy’a. Dubcek był zwykłym partyjnym aparatczykiem, bolszewickim zerem, gdy Nagy mógł być nawet obecny przy mordowaniu rodziny carskiej (popularne nazwisko na Węgrzech, więc pewnie nigdy nie dowiemy się czy to rzeczywiście on) – stary bolszewik, z tych co mieli ręce we krwi po łokcie.

    O ile mi wiadomo – a czasami już sam nie wiem, co mówię – to nigdzie ani słowem nie wspomniałem o Angoli.

  27. 27 amalryk

    Owszem, nieuprzedzony obserwator porównując październikowe wydarzenia pamiętnego ’56-go w Polsce i na Węgrzech może mieć tysiące pytań. Ale nie zapominajmy też, że zawsze będziemy zdani na domysły i zgadywanki ,w wypadku próby analizy wydarzeń których to reżyserzy nigdy ,nie tylko że nie publikują scenariusza, ale wręcz nachalnie, konsekwentnie wmawiają publice, iż ma do czynienia z porywającym, spontanicznym reality show.

    Polska październikowa „kontrrewolucja” była kabaretem z pogranicza absurdu – w jej efekcie I sekretarzem komunistycznej partii został, wyciągnięty z przechowalni w „Spacerze” i zaprezentowany zachwyconej tłuszczy jako lider przemian demokratycznych… członek WKPb! Że jeszcze tu wspomnę ,o owych „mrożących krew w żyłach” manewrach, obecnych w Polsce jednostek armii sowieckiej, którym „bohatersko” się kontr manewrowały polskie jednostki kbw (dla niewtajemniczonych; to taka tutejsza odmiana, uwaga, uwaga: wojsk wewnętrznych NKWD!!!) co nam pięknie dopełnia obraz tego kabaretu. Ale całość nie wymknęła się, ani na chwilę, spod kontroli tubylczych bolszewików, którzy poza rzeczywistą, bezwzględną walką o władzę postalinowskiej koterii przemodelowali wewnętrzny jej krąg , a na dodatek „sprzedali”, te wewnątrz mafijne porachunki, złaknionemu „liberalizacji komunizmu” zachodniemu światu, jako … „demokratyzację”!

    Wszelako, przy takiej skali prowadzonej z rozmachem inscenizacji na żywo, nie zawsze da się uniknąć niespodziewanych i zaskakujących zwrotów akcji. Być może „liberalni demokraci” wewnątrz węgierskiej kompartii nie stanęli na wysokości zadania, być może ich „format” okazał się tak małego kalibru, że trzeba było awansować na demokratę starego czekistowskiego „stukacza” Nagy, który tak się wczuł w nową rolę, że z rozpędu odfrunął z nią grubo poza ramy scenariusza (jakaś bezczelna próba finlandyzacji – czy aby na pewno nie uzgodniona)? Koniec końców doszło do rozruchów na skalę „kronsztadzką” ,lecz z cywilami w roli głównej i narodową w treści, w zasadzie ograniczonych do Budapesztu i z awoszami przyozdabiającymi okoliczne latarnie. Wojsko węgierskie zdało tylko częściowo egzamin z sowietyzacji pozostając w koszarach, a resztę za nich wykonała w tri miga niezawodna armia radziecka. Lecz w efekcie tych krwawych wydarzeń ichniejszy Gomułka okazał się tak doskonałą wersją, że przetrwał aż do kolejnej odsłony bolszewickiego teatru pt. „upadek komunizmu”, a wszystkim ewentualnym następnym buntom w demoludach zawsze już towarzyszył pojawiający się jak ostrzegawcze memento „głos rozsądku” wzywający do opamiętania bo „skończy się jak w ’56-tym na Węgrzech!”

  28. 28 Marek

    Sonia,
    jeżeli Golicyn był agentem Chruszczowa, to mógł nim być także Mackiewicz, bo o dysydentach miał takie same zdanie. Zachód i tak stawiał na Sacharowa i Kuronia, bo chciał poprawienia, a nie obalenia komunizmu. Żadni agenci nie zmieniliby tego nastawienia…

  29. 29 Marek

    Panie Michale,
    odnośnie sytuacji na Węgrzech w 1956 r. Golicyn zwraca uwagę na fakt, że powstańcy słali na Zachód prośby o broń, choć mieli jej u siebie pod dostatkiem. Żaden oddział węgierski nie opuścił koszar. Mnożą się pytania. Jedno natomiast jest pewne – Węgrzy mieli niezłomnego Prymasa. Tego im czasami zazdroszczę.

  30. 30 Marek

    Panie Amalryku,
    Pan bardzo trafnie podsumował „rząd Olszewskiego” i właściwie temat został wyczerpany.

  31. 31 amalryk

    Wie Pan, Panie Marku; jest to chłodnym okiem i z dystansu patrząc, tylko żałosny obraz skali naszego zbolszewizowania. Gdy ten próbujący wykonywać jakieś nieśmiałe, pokraczne, w zasadzie nawet nie antybolszewickie, gdyż w niczym nie naruszające ich istotnego stanu posiadania, ruchy lustracyjne, rząd, z biegiem lat i z biegiem dni zaczyna obrastać w legendę jakiejś wręcz niewyobrażalnej antybolszewickiej krucjaty! (Chciałoby się rzec za tym, pożal się Boże, aforystą z Budy Ruskiej; „Jacy antykomuniści, taka kontrrewolucja!”).
    I mówię to bez jakiejkolwiek satysfakcji.

  32. 32 michał

    Panie Amalryku,

    Październik 56 roku w prlu był reakcją na czerwcowe zamieszki w Poznaniu, które najpierw bolszewicy pokazali jako kontrrewolucję („odrąbiemy rękę” itp.), a potem jako słuszną krytykę, na której stanął mit „polskiego października”. Węgierskie powstanie wyglądało mi zawsze na odpowiednik poznańskich zamieszek, tylko na większą skalę, ale przyznaję, że nie rozumiem tamtych wydarzeń. Jest zupełnie oczywiste, że sowieciarze wyciągnęli z nich wielkie korzyści, ale nie musieli ich wcale instygować, żeby wyciągnąć korzyści. Tak samo jak nie musieli „wyrzygać Hitlera na Europę”, żeby wyciągnąć korzyści z II wojny (wbrew Suworowowi). Takie już ich modus operandi, że lubią zbierać tam, gdzie nie posiali.

    Może należałoby przestudiować uważnie węgierskie powstanie?

  33. 33 michał

    Drogi Panie Marku,

    Przypuszczam, że hipoteza Soni jest taka: sowieci bali się, że sowiety im się rozpadną pod ciosami samizdatu i dysydencji, no i proszę, mieli rację! Rozpadły się pod ciosami wydawnictw podziemnych i Adama Michnika. 50 lat temu chcieli temu zapobiec i posłali na Zachód Golicyna, żeby skonfundował wysiłki amerykańskie i próbował namówić CIA, żeby nie popierała dysydencji, bo to sowiecka prowokacja. Nie udało się, bo na nieszczęście sowietów uciekł na Zachód także heroiczny Nosenko i obnażył w pijanym widzie nędzne machinacje kgb i Golicyna. Historia wróciła na prawidłowe tory i komunizm upadł pod ciosami… itd.

    Najzupełniej jednak poważnie, nie wolno nigdy odrzucać możliwości, że Golicyn także był podwójnym czy potrójnym agentem. Kiedy ktoś powiedział Angletonowi, że sytuację w CIA dałoby się wytłumaczyć także przyjmując, że sam Angleton był agentem sowieckim, to odpowiedział, że nie wolno takiej hipotezy odrzucać bez uważnego rozważenia.

    Ma Pan oczywiście rację co do Mindszentyego. Nadzwyczajna postać.

    A rząd Olszewskiego? Mój Boże, tonący brzytwy się chwyta, więc uznanie tego rządu za antykomunistyczny jest oznaką naszej desperacji. Ja także chciałem mieć co do niego złudzenia…

    Nieobeznany z prlem, nie wiem, kim jest ten aforysta z Budy Ruskiej, ale najwyraźniej wie, co mówi: skoro Bolek nazywa się antykomunistą, to trudno spodziewać się kontrrewolucji. Coś takiego mógł był powiedzieć Kiszczak, zacierając łapki i chichocząc szatańsko.

  34. 34 sławek

    Panie Michale spieszę wyjaśnić pan Amalryk parafrazował wypowiedź Pierwszego Łowczego miedzy Bugiem i Odrą – jakim jest PĄ PREZYDĄ!

  35. 35 tomasz

    Problem Pana Orła (i wielu innych) jest problemem psychologicznym… Czytając teksty WP nie można spać spokojnie jednocześnie mieszkając w tym naszym peerelku. Wydaje mi się, że Pan Orzeł nie przyznaje się do końca, że w głębi duszy jest polrealistą. Piszący te słowa też. Nie chcę Pana urazić; raczej chciałbym pomóc w rozpoznaniu zjawiska. To jest problem wielu ludzi w kraju. Potrzebujemy normalnego państwa, normalnej polityki. Tęsknimy za tym. Chcemy brać w tym udział, więc złudzenia zastępują nam prawdę. Czytamy WP i widzimy coraz wyraźniej, że mają rację. Ale nasze serca się buntują, bo jak żyć bez wody, bez bohaterów, bez „naszych”. Być może walka tutaj jest beznadziejna, ale coś robimy, kogoś popieramy, wybieramy… Oj, ciężko jest żyć w peerelu i czytać WP. Jeszcze większym problemem jest to, że właściwie z nikim nie można o tym porozmawiać. Każdy się wije, robi uniki, niby nie rozumie…

  36. 36 michał

    Wcale nie jestem przekonany, że taki jest problem pana Orła.

    Co rzekłszy, jeśli komuś potrzeba bohaterów, pokrzepienia serc i żeby „nasi górą”, to lepiej nie zaglądać do Podziemia.

  37. 37 Andrzej (Pomorzanin)

    Błędne koło złudzeń toczy się bez końca. Stare złudzenia napędzają nowe złudzenia i o to sowieciarzom chodzi. Lata mijają i sytuacja jest coraz gorsza ale nikt się temu skutecznie nie sprzeciwia. Czy taka jest natura ludzka? Nadzieja to niezbędna rzecz w życiu ale nadzieja wbrew prawdzie to zguba. Sowieciarze robią spokojnie swoje bo wiedzą że nikt tak naprawdę się im nie sprzeciwi. Wiedzą, że zawsze znajdą sie tacy którzy się włączą w „demokrację”, uwiarygodnią ją. Że Ci co trzeba są już częścią „nowej-starej maszynerii”. Takich są legiony i to oni decydują za wszystkich. Pozostali nie mają szans. Prowokacja zwyciężała i zwycięża.

  38. 38 Orzeł

    Drodzy Panowie!

    Zżera mnie zazdrość. Wiem, że to uczucie nieładne, ale nic na to nie poradzę. Zazdroszczę i koniec! A zazdroszczę mianowicie Panom tej niezłomnej pewności co do oceny skuteczności, bądź (oczywiście) nieskuteczności wysiłków podejmowanych przez tych nielicznych śmiałków na „powierzchni”, którzy dysponując jedynie kruchą kopią i stępionym mieczem usiłują jednak walczyć z czerwonym smokiem.

    Nie uzyskałem jak dotąd konkretnych odpowiedzi na moje pytania, przyjmuję zatem, że sformułowanie takowych odpowiedzi stanowi pewien problem… Co poniekąd wspiera stawiane przeze mnie tezy.

    Ale zostawmy moje pytania w cieniu i skupmy się na zarzutach dotyczących tej legendarnej nieskuteczności działań antysowieckich prowadzonych według sowieckich reguł. A zatem, czy podjęcie walki na spreparowanej przez bolszewików scenie może, czy nie może być skuteczne? Przypominam, że rozważamy tę kwestię czysto teoretycznie, mając w pamięci stwierdzenie, że świat jest nie tylko bardziej złożony, niż myślimy – on jest bardziej złożony, niż potrafimy to sobie wyobrazić. A więc, czy w ogóle do pomyślenia jest, żeby siły antysowieckie działając pod kontrolą mogły sowietom zagrozić? Panowie pozwolą, że posłużę się cytatem:

    „”Czy ilość przejdzie w jakość?…

    Marks pouczał nas, że tak, że przejdzie. Daj Boże, żeby miał rację.
    Dotychczasowe „opozycje” w bloku sowieckim, wypierające się kontrrewolucji w istocie swojej są na rękę Moskwie, gdyż działają dla ulepszenia komunizmu, działają dla wzmocnienia komunizmu a nie ku osłabieniu komunizmu. Ale wszyscy jesteśmy ludźmi. Komuniści dążący do zapanowania nad światem, też są tylko ludźmi. Ludzka rzecz to omyłki, przeliczania się w rachubach. Wstrząsy wewnętrzne w bloku sowieckim, jeżeli się rozszerzą, jeżeli wyślizgną się z rąk planistów komunistycznych, mogą się przeistoczyć nagle z ilości w jakość. Przy sprzyjających okolicznościach zewnętrznych mogą, owszem, mogą doprowadzić do obalenia komunizmu. Imponderabilia grają wielką rolę w życiu ludzi, w życiu narodów, w zestawie różnorodnych okoliczności historycznych. „Opozycja” częściowo manipulowana przez Partię, opozycja przy jej wzroście ilościowym może się nagle przeistoczyć w wielki, zbiorowy okrzyk: „Dałoj sowietskuju włast!” Precz z sowiecką władzą!

    Dość tego bratania się z komunistami, tej zabawy we wzajemne porozumienie i partykularne solidarności narodowe w imię interesu „państwowego”! Okrzyk, który zerwie się jak wichrem, przeskoczy granice, obejmie wszystkich, nie dla „pojednania społecznego”, ale dla wyrzucenia ze społeczeństwa zarazy komunistycznej. Okrzyk, który przywróci rozsądek i uciemiężonym, i wolnym jeszcze ludziom na świecie.
    Miejmy nadzieję, że tak się stać może.””

    Sądzę, że nie muszę dodawać, z kogo jest to cytat…

  39. 39 michał

    Drogi Panie Orle,

    Nie wiem, jak odczuwają to inni uczestnicy dyskusji, ale ja nie mam nigdy żadnej niezłomnej pewności w kwestiach dotyczących rzeczywistości. Obdarzeni zostaliśmy przez Stworzyciela niedoskonałym poznaniem, więc prawda nie jest nam dana. A żeby już zejść z wyżyn teoriopoznawczych, nie jest nam także dana pewność, co do skutków naszych działań. Z tego jednak nie wynika, abyśmy mieli rezygnować z przewidywań. Dla przykładu, jeśli posadzi Pan za kierownicą auta kogoś, kto nigdy nie prowadził, i pośle go Pan na autostradę, to on zapewne spowoduje karambol. Zapewne, ale nie koniecznie. Przewidywanie kraksy jest racjonalne i nie przestaje być racjonalne nawet wówczas, gdy nieopierzony kierowca uniknie cudem wypadku. Niechże Pan więc wyzbędzie się zazdrości.

    Powtarza Pan po raz któryś, że nie otrzymał odpowiedzi na pytania. Czy pozwoli mi Pan zaproponować, żeby Pan sformułował te pytania raz jeszcze? Bo widzi Pan, w mojej naiwności myślałem, że nie pozostawiliśmy pytań bez odpowiedzi. Czy znajdzie Pan zatem cierpliwość, by wyłuszczyć raz jeszcze te problematyczne pytania, na które nie ma odpowiedzi?

    Natomiast co do cytatu z Józefa Mackiewicza, to pisałem o nim obszernie w mojej książce. Powtórzę więc tylko w skrócie, że wydaje mi się on zasadniczo nie-Mackiewiczowski. Wedle jego własnych założeń, ilościowy wzrost koncesjonowanej, legalistycznej opozycji podkomunistycznej nie może doprowadzić do niczego innego, jak do wzmocnienia ich władzy. Sam Mackiewicz sformułował zasadę, że nie można jednocześnie czegoś poprawiać i obalać.

    A jednak, powiedziawszy to wszystko, muszę wznać z pokorą, że Józef Mackiewicz miał nadzieję, „miał nadzieję, że tak stać się może”, i ocena czy to jest konsekwentne czy nie (a nie jest!), to już należy do innego planu. Jeśli Pan „ma nadzieję”, że z posłowania na sejm prlu wyrosnąć może wielki zbiorowy okrzyk: „Dałoj!”, to chylę przed Panem czoła.

    Ale Pańskiej nadziei nie podzielam.

  40. 40 Orzeł

    Panie Michale!

    Jeśli chodzi o szanse nowicjusza na autostradzie, czy też w parlamencie, to zgadzam się z Pańską diagnozą, co do prawdopodobnych skutków. Wracając zaś do cytatu z Mackiewicza, to ja odczytuję go jako pochwałę zwielokrotnionych prób, bo one zwiększają prawdopodobieństwo sukcesu. Coś jak z tymi milionami małp wystukującymi bez sensu w miliony maszyn do pisania, aż któraś wystuka niechcący sonet Szekspira. Kto wie, może to jest właśnie metoda…

  41. 41 Andrzej (Pomorzanin)

    Drogi Panie Michale,
    W tekście z którego zaczerpnął cytat Pan Orzeł („Miejmy nadzieję…”) Józef Mackiewicz przypisuje hasło „Nie można czegoś »obalać« i »ulepszać« jednocześnie…” Stefanowi Kisielewskiemu, swojemu przeciwnikowi politycznemu z peerelu.
    (punkt V „kardynalnych błędów” wymienionych na początku tekstu). Piszę to wyłącznie gwoli prawdy bo nie tak dawno ponownie ten tekst czytałem.

  42. 42 michał

    Panie Andrzeju,

    Ma Pan rację. Kisielewski chciał poprawiać, więc namawiał emigrację do wyrzeczenia się chęci obalania. Mackiewicz używał tej samej formuły, dla uzmysłowienia emigracji, z czym ma do czynienia. Emigracja tymczasem, wraz z wszystkimi w prlu i mówiąc prawdę, z całym światem, postawiła na poprawianie i wyrzekła się obalania.

  43. 43 michał

    Panie Orle,

    Wychodzi więc na to, że posłowanie do sejmu prlu jest tyle warte, co małpie stukanie w klawiaturę. Mogę się z tym zgodzić…

  44. 44 Orzeł

    No cóż, może to wszystko kwestia probabilistyki…

  45. 45 michał

    Tak, jeśli nieskończona liczba małpich posłów będzie posłować przez nieskończone wieki do prlowskiego sejmu, to jest matematycznie możliwe, że stworzą wolną Polskę. Czysty rachunek prawdopodobieństwa.

  46. 46 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Orle i Panie Michale,
    W tym rzecz. Kiedyś w peerelu1 Kisiel i inni przynajmniej twierdzili otwarcie że chcą „poprawiać” a nie „obalać”. Tymczasem obecnie powszechnie mówi się „obalać” w miejsce „poprawiać”. To istotnie małpia ekwilibrystyka, wynik nie tylko utrwalonego już na stabilnych fundamentach „myślenia życzeniowego” ale też, w wielu przypadkach, skutek zaakceptowania „semantycznego kłamstwa”.
    Przecież jest to także „małpi gaj”.

  47. 47 Andrzej (Pomorzanin)

    ps. miałem naturalnie na myśli nazywanie poprawiania „obalaniem”. Trochę to wyszło niejasno za co przepraszam..

  48. 48 michał

    Paradoks jest chyba taki: Kisiel słusznie twierdził, że nie można jednocześnie poprawiać i obalać, a dziś twierdzą, że poprawiając obalili, że komunizm upadł dzięki wysiłkom poprawiaczy.

  49. 49 amalryk

    Ów popularny „Teoremat o nieskończonej liczbie małp”, to akurat jest dość dobrze, z matematycznego punktu widzenia, zanalizowany, a prawdopodobieństwo napisania przez owe małpy „Hamleta”, oszacowane i… równe zeru dla każdej możliwej realizacji.

    Ach ten nieznośny ciężar semantyki! Panowie oczywiście zauważyli, iż ten tak oczekiwany okrzyk: „Dałoj sowietskuju włast’!” Pierwsi wznieśli, a jakże … czekiści!!!

  50. 50 michał

    Hmmm, chyba nie, Panie Amalryku. Zdaje mi się, że teoremat zakłada nieskończoną liczbę małp i nieskończoną liczbę prób (czyli w nieskończonym czasie), a w takim razie – niejako z definicji – wszystkie możliwe zestawy liter powstaną, więc między nimi także Hamlet.

  51. 51 amalryk

    Panie Michale!

    Żyjemy w takim a nie innym świecie i obowiązują nas takie a nie inne prawa. Gdy zbiór zdarzeń elementarnych dotyczący tego ćwiczenia umysłowego jest wielokrotnie wyższego rzędu niż całkowita ilość atomów szacowana we wszechświecie, to wkraczamy w rejony, w których wszelkie dywagacje o prawdopodobieństwie tracą jakikolwiek sens.

  52. 52 michał

    Panie Amalryku,

    Czy nie na tym polegają ćwiczenia umysłowe? Czy nie jest tak, że dla uzmysłowienia konkretnego punktu, tworzymy sztuczne zasady, w których ów punkt, który chcemy uwypuklić, widać jaśniej? Nie chce Pan przecież powiedzieć, że dotąd brał Pan teoremat nieskończonej ilości małp dosłownie! Teoremat – już w samej nazwie mieści się wskazówka, że nie ma on nic wspólnego z rzeczywistością, bo rzeczywistość opisują teorie – opiera się zawsze na z góry przyjętych aksjomatach. W tym wypadku aksjomatem jest, że bezmyślne stworzenia będą łomotać w klawiatury w nieskończoność. Czyżby nie wolno nam było wspominać o nieskończoności, bo nie mamy żadnego jej doświadczenia? Zbiór zdarzeń elementarnych nie ma z tym doprawdy nic wspólnego. Pańska refutacja aksjomatu zresztą także dowodzi jego użyteczności, bo czyż nie jest prawdą, że w rzeczywistości nie istnieje żadna możliwość, żeby małpa wystukała bezmyślnie Hamleta, taka możliwość istnieje tylko w nieskończoności – czyli nie naprawdę.

    I tak samo jest z posłowaniem do sejmu prlowskiego. Po eonach wieków i nieskończonej ilości posłów może i istnieje możliwość stworzenia przez to wolnej Polski. Ale w rzeczywistości? Nigdy.

  53. 53 Andrzej (Pomorzanin)

    Wobec takiego stanu rzeczy, zbawiennym dla wielu wyjściem z sytuacji okazuje się prosta zmiana układu współrzędnych (kierunek osi i/lub punkt zerowy). Niewielki to wysiłek, bowiem wystarczy tylko nieco zmienić definicję i już można twierdzić że przecież jest to funkcja rosnąca. Próby nieustannie trwają.

  54. 54 michał

    A więc jest szansa! Powinniśmy zatem wszyscy stanąć do prlowskich wyborów. Żalić się na prl, jeśli przegramy, a wysławiać wolną Polskę, kiedy wygramy. Cudownie.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja