III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Pomimo formalnego odwołania rozkazów Jeżowa, czystki i prześladowania trwały nadal pod nowym kierownictwem Berii.  Ekipa Berii wykańczała nie tylko ludzi Jeżowa, ale także wszystkich aresztowanych przez Jeżowa.  Podczas gdy w sowietach ciągle padały strzały w tył głowy, w Polsce podjęto debatę na temat Ukrainy.  Jednym z uczestników dyskusji był główny winowajca zdrady ryskiej, Stanisław Grabski.

Przez wiele lat, przy podmiejskiej willi Grabskiego stał posterunek policyjny, w obawie przed zamachem ze strony Ukraińców, którym Grabski zamknął 90% ich szkół.  Niepotrzebnie wszakże obawiano się zamachu.  Działalność ludzi takich jak Grabski, była na rękę ukraińskim nacjonalistom, którzy jak ognia bali się zbliżenia z Polską.  Prawdziwie niebezpieczny dla ukraińskiego nacjonalizmu był Tadeusz Hołówko, adwokat autonomii ukraińskiej, zamordowany przez OUN w 1931 roku – to jego należało strzec.  W 1938 roku, starzejący się Grabski, objeżdżał Polskę z serią odczytów na temat Ukrainy i chwalił się: „Zamknąłem jako minister 1500 szkół ukraińskich, a nie miałem ani jednego wypadku sabotażu za mego urzędowania.”  Publicysta Słowa, Mieczysław Pruszyński, odpowiadał na gorąco:

„Złudna iluzja!  Sabotaży i zamachów nie organizuje się z dnia na dzień.  Dla powstania masowych aktów terroru potrzeba długiego okresu wzbierania, narastania nienawiści w łonie mniejszości.  Reakcja na skasowanie szkół przez Grabskiego przyszła dopiero parę lat później.  Wiadomo, że Konowalec – najzdolniejszy oficer Petlury – był przez szereg lat zwolennikiem kolaboracji Ukraińców z Polską.  O ile wiemy, skasowanie przez Grabskiego ukraińskiego szkolnictwa, wpłynęło na zmianę jego przekonań, miało go jakoby przekonać definitywnie, że z Polską współpraca jest niemożliwa, bo Polacy dążą do wynarodowienia Ukraińców.” [1]

W tym samym czasie wypowiadał się także na temat problemu ukraińskiego w Polsce Adolf Bocheński:

„Małopolska Wschodnia była, jest i pozostanie przynależną do Państwa Polskiego.  Ukraińcom jednak, stanowiącym połowę ludności tego kraju i jego współgospodarzy, musimy zapewnić pełną swobodę rozwoju kulturalnego (szkolnictwo) i gospodarczego.  Musimy bowiem stworzyć Ukraińcom warunki znośnego życia w Polsce – w przeciwnym wypadku pozbawieni wszelkiej nadziei, pójdą za hasłami ekstremistów.  Kolonizacja Małopolski Wschodniej napływowym elementem polskim nie może załatwić sprawy…” [2]

Ilość organizacji ukraińskich w Polsce, o której z taką swadą poinformował nas pan Zeppo, nie mogła zmienić faktu, że mniejszości czuły się w międzywojennej Polsce prześladowane.  Zostawię na boku Litwinów, Żydów, Białorusinów, którym nie było lepiej niż Ukraińcom, i wspomnę tylko o jednym aspekcie polityki „polonizacji Kresów”: o akcji osadniczej.  Ziemia pochodząca z parcelacji nie mogła być legalnie sprzedana miejscowym chłopom, a szła w ręce obce, ręce wojskowych osadników.  Nawet jeśli wielu z nich było bohaterami walk o te ziemie, to nie przestawali przez to być obcy dla „tutejszej” ludności, a na domiar złego obarczeni byli misją polonizacyjną.  Słusznie więc nazywał Bocheński tę politykę „kolonizacją napływowym elementem polskim” – czy tak trudno zatem zrozumieć poczucie krzywdy panujące wśród nie-polskiej ludności tych ziem?  Czy można się dziwić, że Ukraińcy głodzeni i mordowani po jednej stronie granicy ryskiej, patrzyli początkowo ku Polsce z nadzieją, ale z czasem utracili tę nadzieję i obrócili się przeciw Polsce?  Narodowy indyferentyzm, zupełnie naturalny na ziemiach od wieków zamieszkanych przez wiele narodowości, zamienił się w nienawistny nacjonalizm prześladowanych.

Nie spełniły się nadzieje Bocheńskiego; wręcz przeciwnie, koszmarna rzeczywistość przelicytowała najgorsze przewidywania publicystów Słowa.  Bocheński przypominał [3] m.in. sławne dictum Władysława Studnickiego: „Ukraińcy to taki naród, który śpi, ciągle śpi.  Potem budzi się raz na sto lat, rżnie Polaków i znowu zasypia” – przerażająco trafne to słowa.  Bocheński zginął pod Anconą, Studnicki umarł w biedzie na emigracji, zaszczuty przez polrealistyczną większość, a Pruszyński i Grabski zrobili kariery w prlu, odciętym od Wołynia, nie tylko wewnętrzną granicą między dwoma bolszewickimi tworami, ale także strasznym plonem krwawych wydarzeń wojennych.  Nie spełniły się również nadzieje Konowalca, który jak wielu ludzi z tamtych stron, był synem Ukraińca i Polki.  W kilka tygodni po ukazaniu się artykułu w Słowie, Konowalec [4] zginął zamordowany w tajemniczym zamachu bombowym w Roterdamie.  Zabójcą był agent nkwd, Paweł Sudopłatow, zaporoski Kozak, który z czasem stał się bliskim zaufanym Stalina.

*

Po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow i ataku sowieckim na Polskę, stalinowski aparat terroru przeniósł się dalej na zachód i skoncentrował na nowo podbitych ziemiach.  Wolno chyba przypuszczać, że kiedy rozpoczęły się masowe deportacje ze Lwowa a potem z Wilna, terror w Berdyczowie, Winnicy i Żytomierzu zelżał nieco.  Ale była to tylko cisza przed kolejną burzą.  Hitler wkrótce zaatakował sowiety i żołnierze zwycięskiego Wehrmachtu witani byli na tych ziemiach jako wyzwoliciele.  Ku wielkiemu zaskoczeniu Niemców, chłopi ukraińscy samorzutnie budowali dla nich bramy powitalne.  W ciągu pierwszych sześciu miesięcy konfliktu, niespotykana liczba prawie trzech i pół miliona krasnoarmiejców znalazła się w niewoli niemieckiej.  Żołnierze niezwyciężonej armii czerwonej woleli pójść do niewoli, niż bronić nieludzkiego reżymu, który ich gnębił od dwudziestu kilku lat.  Ale przez potworną ironię historii, stali się kolejnymi ofiarami Stalina, ponieważ wiele lat wcześniej odmówił on podpisania Konwencji Genewskiej, ani nie czuł się związany Konwencją Haską, czym dał Hitlerowi pretekst do traktowania jeńców sowieckich z niesłychanym bestialstwem.  Czerwonoarmiejcy, którzy poszli do niewoli w nadziei, że będą mogli walczyć przeciw znienawidzonemu systemowi, zostali w większości zagłodzeni na śmierć w warunkach równie nieludzkich, co przymusowa praca w kopalniach Workuty.

Tymczasem terror stalinowski przybrał na sile.  Istnieje dziwnie uparty mit, że jedyny moment w historii, gdy władza sowiecka nie prowadziła wojny przeciw własnym poddanym, to lata wojny z Niemcami.  Jak wiele mitów, nie ma to żadnego potwierdzenia w faktach.  Od wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej do końca 1942 roku 994 tysiące żołnierzy zostało skazanych, z czego 157 tysięcy rozstrzelanych.  W sierpniu 1941 roku Stalin podpisał rozkaz nr 270, który w praktyce zrównywał jeńców wojennych z dezerterami i wyjmował ich rodziny spod prawa (jakiekolwiek było to stalinowskie prawo, odebranie praw obywatelskich równało się w sowietach przymieraniu głodem, bo nie wolno było zatrudniać rodzin „zdrajców”).

Polityka niemiecka na ziemiach okupowanych była bezwzględna, czemu być może nie należy się dziwić, bo okupanci z rzadka tylko bywają sympatyczni.  Ale polityka Hitlera była przede wszystkim głupia, zamieniała bowiem w zaciętych wrogów miliony potencjalnych sojuszników.  Miliony skolektywizowanych chłopów na Ukrainie i Białorusi sowieckiej, którzy po 20 latach bolszewickich prześladowań, pragnęli tylko rozwiązania kołchozów i zaprzestania prześladowań, poddani zostali w zamian kolejnym prześladowaniom hitlerowskiej wersji bolszewizmu.  Zdziesiątkowana sowieckim terrorem ludność Berdyczowa wpadła w kleszcze dwóch wrogów: SS i sowieckiej partyzantki.  Ofiarami pierwszej fali prześladowań padli przede wszystkim Żydzi.

Na początku lipca 1941 roku założono w Berdyczowie getto, do którego spędzono także Żydów z okolic.  Już w trzy miesiące później getto zostało zlikwidowane, a wszyscy mieszkańcy wymordowani.  Zginęła w nim między innymi matka Wasyla Grossmana, słynnego sowieckiego reportera wojennego, a później głośnego „antystalinowskiego” powieściopisarza.

Tymczasem OUN pracował nad przebudzeniem narodu ukraińskiego.  Wiele było powodów, dla których to właśnie Stepan Bandera wyszedł zwycięsko z frakcyjnych podziałów i osobistych waśni z innymi przywódcami.  Był bardziej bezwzględny niż umiarkowany Melnyk i bardziej zacięty niż bardziej realistyczny Bulba-Borowiec, który z trudem uszedł z życiem z zasadzki zastawionej nań przez Banderowców.  Ale spory wśród ukraińskich nacjonalistów nie są przedmiotem moich rozważań; dość powiedzieć, że zwycięski Bandera wykazywał się przemożną chęcią „rezania Lachów”, co jak trafnie zauważył wcześniej Studnicki, zdaje się być narodowym sportem pewnego typu Ukraińców.

Ale tym razem było inaczej.  O ile rzeź humańską z 1768 roku wraz z koszmarem Koliszczyzny można od biedy zaliczyć do hajdamackich tradycji, tak żywo opisanych przez księdza Kitowicza w jego memuarach, to Rzeź Wołyńska leży już na innym planie ze względu na przerażający kontekst polityczny.  Kiedy na hulaszcze tradycje kozackich mołojców nałożono chamską dyscyplinę nacjonalizmu, tępą karność partii politycznej i bezkrytyczny posłuch bojówkarzy, to stała się rzecz niesłychana: prawdziwa operacja polska odbyła się na Wołyniu i w Galicji, i dokonana została nie przez gpu, ale rękami Ukraińców.  Nie była to hajdamacka burda, ale precyzyjnie zaplanowana i przeprowadzona z żelazną konsekwencją operacja eksterminacji Polaków i wymazania wszelkich śladów wielowiekowej obecności kultury polskiej na tych ziemiach. Diaboliczność metod nie była kwestią przypadku, ani hajdamackiego rozpasania; krwawe tortury i odrażające okrucieństwo miały na celu zastraszenie Polaków, a jednocześnie zmuszenie Ukraińców do walki do upadłego, związanie ich męczeńską krwią ofiar.  UPA posunęła się nawet do dokonania egzekucji 384 Ukraińców, którzy odważyli się ukrywać Polaków.

Ogromna ilość ofiar (wedle różnych źródeł zginęło od 30 do 80 tysięcy ludzi, w tym ogromna liczba kobiet i dzieci) i makabryczność metod stosowanych wobec Polaków z Wołynia i Galicji – piły i siekiery, kosy i sierpy, widły i młotki były rutynowo używane w masakrach, a księży katolickich notorycznie krzyżowano – czyni z Rzezi Wołyńskiej jedną z najgorszych zbrodni tej zbrodniczej wojny, ale prawdziwą tragedię robią z niej dopiero paradoksalne okoliczności sytuacji politycznej.  Józef Mackiewicz tak pisał o tych czasach w powieści Nie trzeba głośno mówić:

„Podobnie jak ćwierć wieku temu, gdy narastała wielka fala międzynarodowego bolszewizmu, narody nie łączyły się we wspólnym interesie obrony przed tą falą, lecz każdy we własnym zakresie walczył wyłącznie o swoje – takoż stało się i teraz: gdy w dalekim Teheranie, pod whisky z lodem i dobre humory zwyciężających potęg, losy i ziemie ludów układane były na stole z lekkością wyjętych z pudełka zapałek, gdy przesuwano granice i w konwersacji towarzyskiej ustępowano terytoria, przesądzając o powojennym arrangement – narody o których decydowano bez ich udziału i bez ich wiedzy, rozpoczęły między sobą krwawą walkę.  O miedzę, o wykładnię historyczną, o teoretyczne pretensje do tego lub innego miasta.  Rzuciły się sobie we włosy, targając niemiłosiernie i bez tego okrwawione głowy.  Pod wierzchnią warstwą wielkiej wojny, rozpaliła się w płaszczyźnie nacjonalistycznych, tzw. realnych interesów, druga wojna: polsko-ukraińsko-litewsko-białoruska; kozacka, tatarska, biało-rosyjska…  Katolicka, greko-katolicka, prawosławna…  O panowanie na tych ziemiach!  O Wilno, o Mińsk, Grodno, o Polesie, Wołyń, o Lwów…  O granicę na Sanie czy Bugu, na Prypeci czy Dniestrze.

Niemcy ustępowali wciąż.  Armia czerwona parła naprzód, zwycięska.”

Hitlerowskie Niemcy zostały wnet rozbite i zdenazyfikowane w bezprzykładny sposób.  Stalin zasiadł w glorii zwycięzcy na stolcu sędziego, oskarżyciela i kata.  Największy zbrodniarz najgorszej z wojen ferował wyroki i rozdawał laurki.  Vae victis.  Niemcy przegrały wojnę, ale biada Polsce, Ukrainie, Białorusi i krajom bałtyckim, które były jej największymi ofiarami.  Jeszcze w 1940 roku pisała Barbara Toporska: „nie ma ziemi, na której rozbrzmiewałby język polski, litewski, czy języki ruskie, która byłaby dla nas obcą ziemią,” ale Toporska była odosobniona w swych sentymentach już wówczas, a co dopiero w kilka lat później, po „niemiłosiernym targaniu i tak już okrwawionych głów”?

Ziemia, którą Ukraińcy „oczyścili” z wszelkich śladów polskiej kultury, znalazła się w krwawych rękach Nikity Chruszczowa.  Owiany chwałą najsprawniejszego siepacza Stalina, rządził Ukrainą jak wicekról, jak perski satrapa.  Po skutecznym rozkułaczeniu i rozkozaczeniu, wymordował unickich biskupów, zdławił niedobitki nacjonalistów, po czym w 1948 roku zorganizował deportacje elementów szkodniczych ze wsi: aresztowano prawie milion ludzi w operacji nie ustępującej brutalnością wielkim czystkom z lat trzydziestych.  Ale zanim do tego doszło, na zniszczonej wojną Ukrainie zapanował kolejny głód: 282 tysiące ludzi zmarło z głodu w roku 1946 i dalszych 520 tysięcy w 1947.

„…wtenczas po włosku: addio!
Po polsku: pisuj do mnie na Berdyczów.
Okropne słowa!  jeśli nie zabiją,
To serce schłoszczą tysiącami biczów.”

Piszcie do mnie na Berdyczów!…, wołał Słowacki w Beniowskim, czyli odczepcie się ode mnie, zostawcie mnie w spokoju.  Zaprzepaściliśmy tę ziemię, choć serce się kraje pod chłostą tysiąca biczów na sam dźwięk tych słów.  Czego nie osiągnęła ryska zdrada, oddająca współbraci pod bezbożną bolszewicką władzę, czego nie zamierzali nigdy osiągnąć czekiści ze swą „operacją polską”, to udało się zdziałać chamskim nacjonalizmom.  Nacjonaliści wszystkich krajów łączcie się w nienawiści.  Łączcie się w zawołaniu, „Polska dla Polaków”, „Szkocja dla Szkotów”, a Ameryka dla amerykańskich Indian…  Ale przecież w oczach nacjonalistów sąsiednie narody to w ogóle nie narody, a podejrzana hołota, zasługująca co najwyżej na miano „żywiołu”.  Nic więc dziwnego, że rosyjski czy niemiecki nacjonalizm poddawały Polaków rusyfikacji i germanizacji.  Trudniej pojąć, skąd wobec takiej historii wziął się u Polaków zapał do polonizacji.  Skąd ta straszna pogarda dla pobratymczych narodów?  To z braterstwa tych narodów właśnie, które polski nacjonalizm lubi zbywać jako „hołotę”, bierze się jedyna pretensja Polski do wielkości.  Koncepcja polskości wprowadzona przez Dmowskiego do tego co w Polsce uchodzi za „myśl polityczną”, polegała na zawężeniu jej do rozmiarów jednego stronnictwa.  To jest koncepcja Polski, w której nie byłoby miejsca dla Sapiehów i Sanguszków, Radziwiłłów i Chodkiewiczów, Wiśniowieckich i Czartoryskich, i to wcale nie ze względu na ich wielkopańskość, ale dlatego że żaden z tych wielkich polskich rodów nie był polskiego pochodzenia.  Jest to polskość, w której nie ma miejsca na wielkość, bez sprawdzania rasowej czystości.  Jest to koncepcja polskości, która nie przyciągnęłaby ani Wincentego Pola, ani Mikołaja Chopina, ani tysięcy Szkotów uciekających przed prześladowaniami, ani rzecz jasna Żydów.  Nie byłoby więc w tej Polsce miejsca dla Fryderyka Chopina, ani Bruno Schulza, ani dla Zbigniewa Herberta.

Zastąpienie patriotyzmu nacjonalizmem jest typowe dla współczesnej kultury, w której tylko masa się liczy, a ziemia nie niesie ze sobą żadnych wartości.  Pojęcie ojczyzny nie ma wszakże nic wspólnego z narodem, wywodzi się bowiem z ziemi jako sceny dramatu, jako źródła natchnienia, jako duchowej dziedziny zamieszkujących ją ludów.  W ojczystej ziemi znajdujemy korzenie naszej kultury i w fakcie, że dzielimy te korzenie z Rusinami i z Litwinami, z Prusakami i z Żydami, powinniśmy widzieć jej siłę, a nie słabość.

Czy już tylko dla mnie ziemia, na której rozbrzmiewają języki ruskie, nie może być ziemią obcą?  Czy tylko w moich uszach Bob Dylan, którego dziadkowie uciekli z tych ziem, brzmi jak berdyczowski kantor, gdy śpiewa:

Your breath is sweet
Your eyes are like two jewels in the sky
Your back is straight, your hair is smooth
On the pillow where you lie
But I don’t sense affection
No gratitude or love
Your loyalty is not to me
But to the stars above

One more cup of coffee for the road
One more cup of coffee ’fore I go
To the valley below

Your daddy he’s an outlaw
And a wanderer by trade
He’ll teach you how to pick and choose
And how to throw the blade
He oversees his kingdom
So no stranger does intrude
His voice it trembles as he calls out
For another plate of food

One more cup of coffee for the road
One more cup of coffee ’fore I go
To the valley below

Your sister sees the future
Like your mama and yourself
You’ve never learned to read or write
There’s no books upon your shelf
And your pleasure knows no limits
Your voice is like a meadowlark
But your heart is like an ocean
Mysterious and dark [5]

Dylan miał ponoć napisać tę piosenkę pod wpływem wizyty w Saintes-Maries-de-Mer w Prowansji, gdzie był świadkiem obrzędów kultu Świętej Sary Egipcjanki, patronki Cyganów.  Ale ja nie widzę w tym żadnego echa cygańskich wpływów.  Głos Dylana wznosi się jak głos kantora w berdyczowskiej bożnicy, a akompaniament skrzypiec nieomylnie przywodzi na myśl klezmer.  Czy już tylko ja jeden to słyszę?  Treść Dylanowej kantyleny jest jak żywcem wzięta z kozackiej dumki: dziewczyna, co umie rzucać nożem i nie jest przywiązana do niczego, wygląda w słowach Dylana tak samo, jak wolna kozacka dziewoja pod piórem Michała Czajkowskiego, Tołstoja, ba, nawet Sienkiewicza.  Bandyta, który jest „królem” w swoim świecie czymże różni się od Tarasa Bulby albo od Bohuna?  – Ale może to tylko ja mam takie skojarzenia?  Może meksykańscy bandidos i hajdamacy z zielonych stepów Ukrainy, są tak podobni do siebie, bo z takich samych zrodzeni okoliczności?

*

Nie ma już tamtej ziemi.  Nie ma już tamtych ludzi.  Lenin, Stalin i Chruszczow wykonali swoją robotę pierwszorzędnie.  Hitler i Banderowcy też nie zasypiali gruszek w popiele.  Ale czego innego oczekiwać od zbrodniarzy i bandytów?  Bolszewicy nauczyli świat, że narody i ojczyzny można przesuwać po mapach jak zapałki po stole, i Churchill zapamiętał sobie tę naukę.  Jedynym efektem jego „jałtańskich posunięć” było powstanie „polskich patriotów Szczecina”, „patriotów rosyjskiego Kaliningradu” itp., podczas gdy na wysiedlonych z Breslau czy ze Lwowa wszyscy plują i odmawiają im wszelkich praw.  W latach czterdziestych pod bolszewickimi plakatami opiewającymi uroki ziem wyzyskanych: Wrocław – twoje miasto! Szczecin – twój port! Odra – twoja rzeka!, dopisywano: Kurwa – twoja mać.  Tak to drzewiej bywało, tak nieokrzesani bywali jeszcze wówczas ci nieliczni, których nie wtłoczono wystarczająco skutecznie w bolszewickie „państwo jednego narodu”.

Problem z ojczyzną polega na tym, że tak długo jak wiąże się ona z ziemią i grobami, jest czymś namacalnym, bliskim i rzeczywistym, jest tym, co Niemcy nazywają Heimat.  Ale kiedy – jak stało się w wypadku wielu narodów, w tym niestety także Polski – ten namacalny związek przestał istnieć, to ojczyzna staje się czymś oderwanym i absolutnym, przestaje być rzeczywista i staje się przedmiotem ideologii (Niemcy, dla odróżnienia, nazywają ten fenomen Vaterland).  Tęsknimy za naszą bliższą ojczyzną (Heimat), tj. za rodzinnym majątkiem albo wioską (polskie słowo „ojcowizna” ma oczywiste konotacje z tym znaczeniem „ojczyzny”), lub choćby tylko za ulicą, po której biegaliśmy w krótkich spodenkach; inaczej mówiąc, tęsknimy naprawdę za młodością, która oblekała w nadziei złote malowidła.  Ojczyzna (w sensie Vaterland, tj. ta oderwana od ziemi i nierzeczywista) jest oczywiście nietożsama z państwem i jest czymś więcej niż „ziemią i grobami”, bo z tym da się utożsamić tylko bliższa ojczyzna (w sensie Heimat).  Niestety!  Od dwóch wieków z górą zaślepieni symboliką nacjonalizmu, Polacy sami odebrali sobie wszelkie prawa do tych ziem.  Gwoździem do trumny Najjaśniejszej Rzeczypospolitej było wyrzeczenie się jej dziedzictwa, czego najjaskrawszym symbolem była zdrada dokonana przez polskich nacjonalistów w Rydze.

Piszcie do mnie na Berdyczów!  Tam już Polski nie ma.

W profetycznym natchnieniu Juliusz Słowacki pisał o tej ziemi:

„Dobrze ją poznaj – bo wkrótce utracisz.
Jak sny przez dobre duchy malowane;
Żywot… tysiącem żywotów zapłacisz
– A zawsze jedną tę serdeczną ranę
Przyciśniesz w piersi rękami obiema
– Tę jedną smętną ranę – że Jej nie ma!
Sławę ci damy… lecz tobie obrzydnie
– Serce ci damy… ale spustoszeje.
Przyjdzie do tego, że będziesz bezwstydnie
Urągał w Bogu mającym nadzieję.”

______

  1. M. P. [Mieczysław Pruszyński], „Grabski i Bocheński”, Słowo nr 99, 10.4.1938
  2. tamże
  3. Odczyty Adolfa Bocheńskiego omawiał Pruszyński, ale ukazały się w Słowie także artykuły w nr 85 i 92 z roku 1938: Adolf Bocheński, „Sojusz polsko-ukriański 1920 r.”
  4. Pruszyński mylił się, co do wpływu polityki Grabskiego na postawę Konowalca, który był antypolski od samego początku.  Konowalec był założycielem i pierwszym liderem OUN.
  5. Bob Dylan, One More Cup of Coffee


Prześlij znajomemu

24 Komentarz(e/y) do “Piszcie do mnie na Berdyczów czyli „operacja polska” V”

  1. 1 Andrzej (Pomorzanin)

    Od lat zastanawiam się, co takiego tak silnie łączy komunistów z wieloma nacjonalistami, że nierzadko ci drudzy kolaborują z tymi pierwszymi (tak jak wymieniony w tekście Stanisław Grabski). Być może to, że mają podobne postrzeganie świata zewnętrznego (są otoczeni przez wrogów) oraz podobną definicję celu (całkowite panowanie w „swoim świecie”) i dlatego „jest im po drodze”?
    Jednakże bolszewicy stoją ponad nacjonalistami i w sposób doskonały opanowali posługiwanie się nacjonalizmami do swoich celów. Nacjonalizm kontrolują jego własnymi metodami.

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Ojciec Święty Pius XI pisał w Encyklice „Ubi Arcano”:

    „Tym oto niepohamowanym namiętnościom, ukrywającym się pod płaszczykiem dobra publicznego czy patriotyzmu, przypisać należy nienawiść i walki pomiędzy narodami. Albowiem z jednej strony, miłość Ojczyzny i narodu, kierowana miłością chrześcijańską, jest silną pobudką do wielu cnót i mężnych poczynań, tak z drugiej strony staje się źródłem licznych niesprawiedliwości i krzywd, jeśli przekraczając słuszne granice zamienia się w nieumiarkowaną narodu swego miłość. Kto się da jej porwać, zapomina, że wszystkie narody jako części wielkiej rodziny ludzkości związane są węzłem braterstwa, i że także inne narody mają również prawo do życia i do pomyślności. Niebezpieczną jest rzeczą dbać tylko o to, co przynosi korzyści, a nie zważać przy tym na uczciwość, albowiem ‘sprawiedliwość wywyższa narody, a grzech czyni ludzi mizernymi’. (Prz 14, 54)”

    Nie ma tu chyba żadnej tajemnicy: tak postępują nacjonaliści wszędzie jak ziemia długa i szeroka. Bolszewicy natomiast wykorzystują idiotyzm nacjonalistów dla swoich własnych celów.

  3. 3 gniewoj

    Panie Michale, Panie Andrzeju,

    wtrącę się ze swoim niepoukładaniem przyczyn i konsekwencji tego co nas otacza.

    Pytanie takie: czy według Panów Świat nieuchronnie parszywieje i nawet gdyby, dajmy na to, taki Piłsudski zmiótł z powierzchni Ziemi bolszewickie łajno to i tak, prędzej czy później, jak nie tu to gdzieś indziej, pod taką czy pod inną nazwą łajno to by ponownie wypłynęło?

  4. 4 michał

    Drogi Panie Gniewoju,

    Piłsudski oczywiście zmieść bolszewizmu nie mógł, bo walczył z Rosją. Ale poza tym jest tak, jak Pan mówi. Najlepszą wskazówką, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby kontrrewolucja zwyciężyła w Rosji, jest historia Hiszpanii i status pariasa nadany przez cały świat – tzw. „cywilizowany świat” – generałowi Franco. Czerwoni Hiszpanie utopili swój kraj w morzu krwi, ale do dziś to oni są przedstawiani jako herosi, gdy Franco ma być zbrodniarzem. Hemingway, Orwell, Ingrid Bergman i cały Hollywood byliby opowiadali łzawe historie o bohaterskim Trockim, o Dzierżyńskim, co kochał dzieci, o Stalinie, płomiennym kaukaskim kochanku. Zresztą co ja mówię? I tak opowiadają.

    Czy świat nieuchronnie parszywieje? Mam wrażenie, że gdyby zapytać o zdanie jaskiniowca z epoki kamienia łupanego, co myśli o tych dziwacznych grotach z brązu, to pewnie odparłby, że to już koniec, że świat się kończy i że odtąd już tylko poruta. Wrażenie regresu jest równie powszechne co odczucie postępu, i zapewne i jedno i drugie znajduje swe korzenie w ludzkiej naturze. O ile jednak dawniej, to grupa była zachowawcza i występowała przeciw jednostkom, które chciały wyjść z jaskini albo wypłynąć na morze, to w dzisiejszych czasach jest na odwrót, grupy poddane są ciśnieniom „opiniotwórczym” i pragną „postępu”, gdy jednostki muszą się przed tym bronić.

    Myślę, że na nas w Podziemiu czyha inne niebezpieczeństwo. Zbyt łatwo nam przyjąć, że świat schodzi na psy, wyidealizować przeszłość, stworzyć obraz Złotego Wieku. Nigdy nie było idealnie, i nigdy nie będzie. Każdemu pokoleniu jest dane jakieś wyzwanie, każdy pojedynczy człowiek musi borykać się z jakimś złem. Nam dano triumfujący bolszewizm i nie radzimy z nim sobie zbyt dobrze. Mniejsza więc o to, co by było gdyby (choć to interesujące ćwiczenie). Lepiej zająć się tym, co jest.

  5. 5 gniewoj

    Panie Michale,

    Wizja masy czy też tłumu zmieniającego z biegiem czasu swą orientację z zachowawczej na progresistowską przemawia do mnie.

    Co do czyhających niebezpieczeństw to czy gdzieś, mimowolnie, mniej czy bardziej nie dotyka nas dążenie do naprawy otaczającej rzeczywistości? A na to tylko czeka tłum wokół nas. Tłum wołający: chcesz zmian, przyłącz się do nas!
    Chyba zaczynam rozumieć Pana przywiązanie do możliwości swobodnego szwędania, żeby nie powiedzieć wałęsania, się swoimi ścieżkami. To rzeczywiście najskuteczniejsza, jeżeli nie jedyna, broń w walce z tłumnym zbaranieniem.

  6. 6 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Michale,

    Wracając do kwestii nacjonalizmu to dla mnie doskonałym przykładem idiotyzmu i ślepoty nacjonalistów a także wykorzystania tego faktu przez komunistów jest przypadek serbski. Posługując się nacjonalizmami w Jugosławii, komuniści – przede wszystkim serbscy (ale także w pozostałych „republikach socjalistycznych”) – przeprowadzili „rozpad Jugosławii”, rozpętując długoletnią wojnę, w czasie której zbrodnie nacjonalistów stanowiły normę. Skończyło się to źle dla Serbów którzy w większości poparli tę rozgrywkę: utracili nie tylko swoje wpływy ale też ziemie na których mieszkali, zmuszeni zostali do opuszczenia ich (Kosowo, Krajina i Slavonia w Chorwacji), stracili swoje domy, nierzadko rozpadły się ich rodziny itd.

  7. 7 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Gniewoju,

    Jestem zdania że gdyby bolszewicy nie zwyciężyli w Rosji to zwyciężyliby gdzie indziej (w Europie najprędzej w Niemczech). Myślę, że od Rewolucji Francuskiej, Świat nieodwołanie zdążał w kierunku komunizmu zatem tak czy inaczej komunizm by gdzieś zwyciężył. Wydaje mi się, że to kwestia prądów kulturowych, coraz mniej opierających się na chrześcijaństwie, coraz bardziej negatywnych i niszczących życie wspólnot. Wiek XIX te prądy tworzył i rozwijał, a ich owocem był wiek XX. Łajno wypłynęło przecież i tak we Włoszech i w Niemczech pod postacią bolszewizmu narodowego.
    Józef Piłsudski był dzieckiem tej epoki (jak też Roman Dmowski; uważam, że nacjonalizm jaki znamy, wziął się od jakobinów). Nie widział zagrożenia komunistycznego we właściwej skali. Tzw. „Biali” Rosjanie także wtedy go nie widzieli, przeważały u nich ambicje imperialne (najpierw, co oczywiste, chęć odzyskania Rosji).

    Nieustająca „naprawa rzeczywistości” jest faktem od czasów gilotyn i masakry Wandei. Ci, którzy się do niej przyłączają stają się jej ofiarami.

  8. 8 michał

    Panie Gniewoju,

    Wałęsa, wałęsa, bez przeproszenia tego bydlaka,
    Człowiek się po świecie, a życie ucieka.

    Poddanie się presji tłumu, to jest ostateczna klęska jednostki. To jest zezwolenie na nijakość, na przeciętność, na szarość, na płynięcie z prądem. Trzeba płynąć pod prąd, z prądem płyną tylko śmieci.

  9. 9 michał

    Panie Andrzeju,

    Nacjonalizm jest niestety starszy od komunizmu, starszy do jakobinów (a propos, to raczej Sieyes jest ojcem republikańskiego nacjonalizmu), starszy od wyborów, z którymi nam się przyszło borykać. Cały Stary Testament jest poświęcony historii jednego, zamkniętego, odciętego od innych narodu. Można tę historię rozumieć jako historię nacjonalizmu, ale Kościół uczy nas widzieć w nim historię Zbawienia.

    XIX wiek nie bez powodu zbiera cięgi za zrodzenie potworów, które zapanowały w wieku następnym, ale ja jestem raczej zdania, że XIX wiek był czasem nieudanego dobra w przeciwieństwie do bardzo udanego zła wieku XX. Zło zaczęło się o wiele wcześniej, przed Oświeceniem, przed Renesansem, chociaż Bóg jeden raczy wiedzieć, kiedy dokładnie. Pewien młody człowiek wskazał mi kiedyś na bardzo interesujący punkt, który można by uznać za „dobre złego początki”, ale jeśli czyta niniejsze, to niech lepiej sam wyłoży swoja hipotezę.

  10. 10 gniewoj

    Szanowny Panie Michale,

    Proszę o wyrozumiałość za być może niewczesny powrót do Pańskiego stwierdzenia: „zbyt łatwo nam przyjąć, że świat schodzi na psy”. Nie daje mi ono spokoju. I nie to żebym chciał je obalać tyle, że nęka mnie poczucie pewnego niedoprecyzowania tak zdefiniowanego zagrożenia. Czyż nie wymaga doprecyzowania również: wyjątkowość ewentualnie normalność dla ludzkiej natury pojawienia się i tak łatwego rozprzestrzeniania bolszewickiego łajna?

    Jeżeli przyjąć, że bolszewickie łajno jest jedynym złem na tym Świecie popadniemy w pułapkę tak ogromnego uproszczenia jak i łatwo wykazywalnej nieprawdy (oczywista, że nie jest jedynym złem). Z drugiej strony, przyznając, że bolszewickie łajno nie jest jedynym złem na Świecie popadamy w pułapkę relatywizacji tego zła w myśl: nie może być tak groźne bo ani ono pierwsze ani ostatnie.

  11. 11 michał

    Drogi Panie Gniewoju,

    To jest bardzo dobre pytanie. Zbyt łatwo i zbyt często wpadamy w te pułapki. W moim przekonaniu pułapka jest pochodną samej natury komunizmu. Komunizm włazi z butami w każdy przejaw życia, a zatem ideowy antykomunizm z natury rzeczy wydaje się obsesyjny, gdy wszędzie postrzega ślady bolszewickich machinacji.

    Co rzekłszy, pytanie: czy jest jedynym złem, czy tylko jednym z wielu, wydaje mi się fałszywą alternatywą. Pozwolę sobie użyć przykładu związanego z powyższym artykułem. Nie ulega wątpliwości, że wschodnie ziemie Rzeczpospolitej zostały zniszczone przez bolszewizm, ale usiłowałem nieudolnie wskazać, że być może jakaś cząstka winy musi być przypisana także nacjonalizmom, w tym niestety nacjonalizmowi polskiemu. Takie twierdzenie nie relatywizuje w żaden sposób zła bolszewizmu; nie odejmuje ani jednej słomki z ciężaru winy spoczywającej na stalinach, ale jednocześnie próbuje doszukać się obiektywnej prawdy w minionych dziejach.

    Bolszewicy nie stworzyli nacjonalizmu. Nie możemy winić Lenina i Marksa za Dmowskiego. Bolszewicy tylko wykorzystali nacjonalistyczne zboczenie dla swoich celów.

    „Normalność czy wyjątkowość?”, pyta Pan. Paradoksalnie, i jedno i drugie. Komunizm odpowiada naturze ludzkiej (w tym sensie, że do niej „pasuje”), ponieważ bolszewicy nie wymyślili niczego nowego. Wszystkie elementy składowe ich Metody są stare jak świat, ale sama Metoda jest nową jakością. I dlatego właśnie, świat zmienił się wraz z jej pojawieniem, bo nawet gdyby zwalczono ją bardziej skutecznie w Rosji, to wypłynęłaby na powierzchnię gdzie indziej.

  12. 12 Andrzej (Pomorzanin)

    Drogi Panie Michale,

    Pozwolę sobie nie zgodzić się z Panem w tym, że komunizm odpowiada naturze ludzkiej. To tak samo jakby stwierdzić, że kłamstwo odpowiada naturze ludzkiej. Wydaje mi się że to uproszczenie.
    Aby kłamstwo zostało przez człowieka przyjęte, potrzebne jest przecież jego przyzwolenie na nie. To może wynikać z głupoty, lenistwa albo strachu. Są to niewątpliwie cechy natury ludzkiej ale nie jest to cała natura ludzka i jej cechami są także mądrość, aktywność umysłu i odwaga. Zgadzam się z tym że te cechy już u niewielu ludzi można spotkać.
    Powiedziałbym jednak raczej, że komunizm wykorzystuje negatywne cechy natury ludzkiej.
    Być może to właśnie oznacza dla Pana że „pasuje” do niej. Jeśli tak to wycofuję swoje obiekcje.

    Napisałem wcześniej o jakobinach, ponieważ sądziłem, że tzw. demokratyczny nacjonalizm wziął się od Rousseau którego idee rozwinęli.

  13. 13 michał

    Panie Andrzeju,

    Ach, jak to dobrze, że się Pan nie zgadza. To właśnie dążenie do zgody jest tym elementem ludzkiej natury, który tak bardzo lubią bolszewicy.

    Pisze Pan, o negatywnych cechach tej natury. Słusznie. Ale ja nigdzie nie powiedziałem, że bolszewizm odpowiada ludzkiej naturze w całym jej nieskończonym bogactwie, bo w tym sensie odpowiada jej tylko wiara w jedynego Boga, na którego obraz i podobieństwo zostaliśmy stworzeni.

    Pogańskie żądanie chleba i igrzysk odpowiada ludzkiej naturze, o wiele bardziej niż obietnica wolności i Zbawienia.

    „‚Chcesz iść między ludzi i idziesz z pustymi rękami, z jakąś obietnicą wolności, której oni w swojej prostocie i przyrodzonej skłonności do nieładu nie mogą pojąć, której boją się i lękają, albowiem nie ma i nie było nic bardziej nieznośnego dla człowieka i dla ludzkiej społeczności niż wolność! Czy widzisz te głazy w nagiej, rozpalonej pustyni? Przemień je w chleby, a pójdzie za Tobą cała ludzkość, jak trzoda, wdzięczna Ci i posłuszna, chociaż wiecznie drżąca, że możesz odjąć rękę Swoją i przepadną im chleby Twoje.’ Ale nie chciałeś pozbawić człowieka wolności, cóż to bowiem za wolność, pomyślałeś, jeżeli posłuszeństwo kupione jest chlebem?”

    Tak mówi Wielki Inkwizytor Dostojewskiego do pojmanego Jezusa. W imię chleba powstanie potęga, która odbierze wolność i zastąpi ją szatańską obietnicą szczęścia tu i teraz. I ludzkość poszła za tą potęgą.

  14. 14 Andrzej (Pomorzanin)

    Panie Michale,

    Jednakże Dostojewski na koniec pozostawia sprawę nieprzesądzoną.

    „Starzec chciałby, żeby Ten coś przecież odpowiedział, coś rzekł, chociażby to była rzecz gorzka, straszna. I oto nagle więzień w milczeniu przybliża się do starca i spokojnie, łagodnie całuje go w blade, bezkrwiste dziewięćdziesięcioletnie usta. I to jest cała Jego odpowiedź. Starzec drgnął, jego wargi zaszeleściły; zbliżył się do drzwi, otworzył je na oścież i rzekł do więźnia: «Idź sobie i nie przychodź więcej… nie przychodź wcale… nigdy, nigdy!» I wypuszcza Go na «ciemne ulice i place miasta. Więzień oddala się.”
    (cytat ze strony http://niniwa2.cba.pl/dostojewski_wielki_inkwizytor.htm)

    Chodzi mi o to, że jest też ta druga (słabsza) strona natury ludzkiej. Czy można wobec tego stwierdzić że antykomunizm też odpowiada naturze ludzkiej?

    Aby użyć tej tarczy trzeba jednakże oderwać się od „tłumnego zbaranienia” jak słusznie zauważył Pan Gniewoj, czy też nie płynąć z prądem wraz „ze śmieciami” jak Pan to określił.

  15. 15 michał

    Panie Andrzeju,

    Rzecz chyba w tym, że zbaranienie jest naturalnym stanem tłumu. Człowiek woli płynąć z prądem. Ba, w sprawach ludzkich „prąd” jest właśnie wyznaczony tym, gdzie płynie większość, gdzie płyną wszyscy, wobec czego to „śmieci” wyznaczają prąd, decydują o kierunku. Z definicji zatem, nie może większość płynąć pod prąd.

    Wielki Inkwizytor mówi wprost do Jezusa, że jego przesłanie jest tylko dla wybitnych, a nie dla wszystkich, ale Inkwizytor się myli, bo przesłanie jest skierowane do każdego z osobna, a trafi tylko do nielicznych. Stąd moje naleganie, żeby nie zajmować się tłuszczą, ale każdym człowiekiem z osobna. Każdy tłum składa się z osobnych ludzi i ich kochać się godzi, nie przestając nienawidzieć tłumu.

  16. 16 Paweł

    Na temat „operacji polskiej” NKWD w 1937 ciekawie wypowiada się kilka osób w ostatnim numerze czasopisma ARCANA. Oczywiście, że był to terror komunistyczny wymierzony we wszystkich wrogów bolszewizmu, ale natężenie represji wobec Polaków każe przypuszczać, że niektóre narodowości były bardziej prześladowane niż inne. Ciekawe, że temat wywołał wcale nie Polak, lecz rosyjski historyk mieszkający w Opolu Mikołaj Iwanow już w 1991 swoją książką „Pierwszy naród ukarany”. Ale też on sam przypomina, że największe straty poniósł naród czeczeński.

  17. 17 michał

    Panie Pawle,

    Napisałem długi artykuł w pięciu częściach, którego zamiarem było wykazanie, że tzw. operacja polska nkwd, nie była skierowana przeciw Polakom. Jeżeli zechce Pan podjąć dyskusję z argumentami wytoczonymi powyżej (a także poniżej, z boku, i wspak), to ja na pewno nie uchylę się od polemiki, ale nie czuję się zobowiązany wypowiadać na temat, który omówiłem obszernie, tylko dlatego że kilka osób w prlowskim pisemku wypowiedziało się na ten sam temat. Juz sam tytuł książki Mikołaja Iwanowa wydaje się wskazywać, że jest on przeciwnego zdania, niż to, które starałem się niezgrabnie wyłożyć. Oczywiście mógłbym przeczytać prlowskie kwity i książkę sowieckeigo autora z Opola i pojąć z nimi polemikę, ale – niechże mi Pan wybaczy! – szkoda mi na to życia. Czy zna Pan zasadę łyżki zupy? Nie trzeba przecież zjeść całego kotła zupy, żeby wiedzieć, jak smakuje – wystarczy jedna łyżka do skosztowania.

    Podtrzymuję więc w całej rozciągłości moje zdanie, że operacja polska nie była skierowana przeciw Polakom jako narodowi.

  18. 18 Paweł

    Panie Michale, zgadzam się z tym że polski nacjonalizm przesłania niektórym osobom właściwe widzenie problemów. Ale nie można przejść obojętnie wobec twierdzenia Bogdana Musiała z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego iż:

    „Okres Wielkiej Czystki (1937 i 1938) stanowi natomiast apogeum prześladowania mniejszości polskiej w Związku Sowieckim, które zakończyło się wymordowaniem około 80 do 90 procent męskiej (dorosłej) populacji mniejszości polskiej. O skali tego ludobójstwa świadczy również fakt, że około 19 procent wszystkich zamordowanych podczas Wielkiej Czystki to Polacy, podczas gdy stanowili oni wówczas około 0,4 procenta całej populacji Związku Sowieckiego.” (ARCANA 2012, nr 4-5, str. 64).

    W tej publikacji wypowiada się też Tomasz Sommer który właśnie jest w trakcie pisania monografii dotyczącej „operacji polskiej”; w książce tej chce zawrzeć tezy dotyczące przyczyn tak wielkiej skali represji w odniesieniu do Polaków.

    Zgadzam się z tym, że „operacja polska” nie była wymierzona w naród polski, Sowietom chodziło o przemianę narodu w społeczeństwo sowieckie, a mordy ludzi, których uznali za niemożliwych do przemiany były elementem większego planu.

    Problem jest nieco podobny do oceny zbrodni w Katyniu; ludobójstwo ?

    Ja osobiście sądzę, że byłoby dobrze aby ktoś napisał dzieło o Wielkim Terrorze, gdzie „operację polską” umieszczono by we właściwych proporcjach.
    Gdy byłem dzieckiem sądziłem że druga wojna była między Polakami a Niemcami. Echa takiego myślenia nadal się błąkają po kraju.
    Ale jako Polak chyba mogę podkreślać sprawy dotyczące Polaków ?

  19. 19 michał

    Drogi Panie Pawle,

    Można rzecz jasna, przejść obojętnie wobec wypowiedzi Musiała z Uniwersytety Kardynała, nawet wówczas, jeśli (jak rozumiem) to moja własna Alma Mater. Mnie udaje się to obojętne przejście całkiem łatwo, a to dlatego, że przestudiowałem operację polską i twierdzę stanowczo, że Musiał nie wie, co mówi.

    Problem nie jest w ogóle podobny do zbrodni katyńskiej – w przeciwieństwie do „zbrodni w Katyniu”, mam na myśli wymordowanie przez sowiety 22 tysięcy oficerów w różnych miejscach, nie tylko w Katyniu – która właśnie była wyraźnie skierowana przeciw potencjalnej klasie rządzącej narodu przeznaczonego na podbicie (to nieładnie brzmi po polsku…) Operacja metodycznego wymordowania tysięcy oficerów była właśnie „operacją polską”, gdy to co za operację polską uchodzi, nią nie było. Nie będę przytaczał tutaj argumentów uzasadniających moją tezę, bo wyłożyłem je szczegółowo w długim tekście. Ma Pan rację, że należy widzieć operację polską w należytych proporcjach – te właśnie proporcje usiłowałem przedstawić.

    W jednym się zgadzamy, że infantylne myślenie jest skazą; nie nazwałbym tylko jego przejawów „echem” ani „błąkaniem się”.

    A na koniec, jeśli jako Polak ma Pan prawo podkreślać sprawy dotyczące Polaków, to przez inferencję nie ma Pan prawa zarzucać innym, że ich nie podkreślają, skoro Polakami nie są. Czy nie byłoby lepiej przyjąć zasadę, że „podkreślać” należy tylko to, co jest podkreślenia warte?

  20. 20 Paweł

    Panie Michale, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego (w Warszawie) to zupełnie inny uniwersytet niż Uniwersytet Warszawski istniejący nadal pod tą samą nazwą.

    Co do meritum to wypowiem się później. Wspomnę tylko teraz, że w czasopiśmie ARCANA, którego Pan nie lubi z zasady, wspomniano że bardziej niż inne były prześladowane narodowości, które miały (przepraszam za niezręczność) własne państwo graniczące ze Związkiem Sowieckim. Brzmi to bardzo logicznie (syndrom oblężonej twierdzy).

    Kogo ma Pan na myśli mówiąc o osobach, które „Polakami nie są”?

  21. 21 michał

    Drogi Panie Pawle,

    Nie rozumiem z tego ani słowa. Co ma UW wspólnego ze mną? W imię jakiej zasady nie lubię pisma Arcana? Jakie narodowości były bardziej niż inne? Co brzmi logicznie i co ma z tym wspólnego syndrom oblężonej twierdzy?

    Czy naprawdę muszę tłumaczyć „kogo mam na myśli mówiąc o osobach, które „Polakami nie są”?” Czyżby uważał Pan „bycie Polakiem” za stan naturalny ludzkości? Ja znam mnóstwo ludzi, którzy „Polakami nie są”.

  22. 22 Paweł

    Panie Michale, sądziłem że Pan studiował na UW, ale chyba jednak na ATK. Co do ARCANA to przypuszczam że nie lubi Pan tego pisma tak jak Józef Mackiewicz podejrzliwie patrzył na niektóre pisma podziemne (ZAPIS).

    Pogląd wyrażony był taki, że bardziej prześladowane w Sowietach były takie narodowości jak Litwini, Polacy, Estończycy, Łotysze, Finowie, Rumuni, Turcy i inni gdyż ZSRR graniczył z Litwą, Polską itd. Syndrom oblężonej twierdzy ja rozumiem tak, że bolszewicy rządzący na Kremlu czuli się osaczeni przez wrogie, kapitalistyczne państwa (z wyjątkiem Mongolii i Tuwy).

    W filmie „Austeria” według Stryjkowskiego jest scena gdy chasydzi mówią: „rozkosz być Żydem”. Na tej zasadzie ja lubię być Polakiem chociaż znam wiele wad mojego narodu.

    Prywatnie sądzę, że byłoby dobrze aby każdy człowiek był „trochę” Polakiem a także Amerykaninem, Murzynem czy Indianinem oraz Czeczeńcem.

    Gdy Sowieci napadli na Polskę w 1939 w piśmie „Times” ukazał się artykuł zatytułowany „Nóż w plecy”. Otóż dzięki temu że autor tego tytułu odczuł tragedię Polski, ja odczuwam pewną sympatię do Anglików i jestem trochę Anglikiem.

    Wszystkim którzy Polakami nie są życzę pomyślności.

  23. 23 Paweł

    Trochę się pomyliłem, w latach 1921-1938 Sowiety nie graniczyły z Litwą.

    Wracając do „operacji polskiej”; dopiero precyzyjne określenie przyczyn, które doprowadziły do skazania poszczególnych osób ze stu tysięcy ofiar mogłoby odpowiedzieć na pytanie: dlaczego ?
    Przyczyny, które Pan wymienił dotyczą pewnej części aresztowań, ale były zapewne też inne.

    Zupełnie inną sprawą jest to co pewien publicysta, którego nazwiska nie wymienię z uwagi na obyczajność, określił jako „triumfalizm bólu”. Faktycznie, od 1945 wielu Polaków lubi się licytować w liczbie ofiar.

  24. 24 michał

    Panie Pawle,

    Jedno mnie w tym wszystkim uradowało. A mianowicie, że sądzi Pan, tak a nie inaczej, „prywatnie”, ale zaraz potem zgroza mnie przejęła: czyżby miał Pan także inne opinie? Czy niekiedy mówi Pan „państwowo”, a inną razą „kolektywnie”? Kolektywnie jako Polak?

    Wie Pan, ja naprawdę nie rozumiem, co mają znaczyć słowa o byciu „„trochę” Polakiem a także Amerykaninem, Murzynem czy Indianinem oraz Czeczeńcem”. Czy chodzi Panu o to, żeby rozumieć, co znaczy być Murzynem? A czy nie byłoby lepiej dostrzegać w bliźnim po prostu człowieka, który tak samo jak ja powołany został do Królestwa Bożego, i tak samo jak ja, może to powołanie odrzucić dzięki swej strasznej, ludzkiej wolności? Czy bycie Polakiem albo Polinezyjczykiem, nie wydaje się Panu drugorzędne? Pan się rozkoszuje byciem Polakiem, co mnie się wydaje nacjonalizmem. Nie trzeba brać żydowskiego nacjonalizmu za wzór, tak samo jak nie trzeba czerpać z wzorów niemieckich czy rosyjskich. Te trzy potężne nacjonalizmy niestety ukształtowały nacjonalizm polski, i zastąpiły stary, piękny patriotyzm polski, o czym pisałem obszerniej tu: http://wydawnictwopodziemne.com/2011/03/17/o-polskim-patriotyzmie/

    Więc jest Pan trochę Anglikiem, bo jakiś Anglik kiedyś napisał coś miłego o Pańskim narodzie? Niech Pan tego tylko nie mówi angielskim nacjonalistom!… Chyba że zna Pan dobrego dentystę.

    Pragnę jeszcze tylko zrozumieć, czy już wypowiedział się Pan co do meritum, jak Pan obiecał, czy nadal odkłada to Pan na bliżej nieokreśloną przyszłość? Jeśli to już jest „ustosunkowanie się do meritum” – to znaczy ta część aresztowań, ale nie wszystkie (czy Pan studiował logikę?!) – to ja wówczas rzuce się do walki, ale jeśli to tylko takie harce, to pozowoli Pan, że zostanę na murach mojej twierdzy, w basztach historycznej wiedzy, w barbakanie twardej logiki.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja