Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Świat…, od roku 1914, dokonał wielkich przeobrażeń i osiągnął dużo. Między innymi zlikwidował większość królów, cesarzy i carów, a powołał na tron zasadę totalnej Demokracji. Czy to jednak dlatego, że ten nowy władca występuje właśnie tak totalnie, czy też dlatego, że nastawiony jest na człowieka masowego, dość że sprzyja wytwarzaniu ubocznego produktu, który by nazwać można: kolektywnym sposobem myślenia. Stary, wybujały indywidualizm wyszedł z mody. Jak każda rzecz staromodna, poddany został gruntownemu przefasonowaniu, w niektórych wypadkach zbyt może radykalnemu. Niestety, dzieje się to właśnie w epoce, gdy zarówno totalny, jak totalitarny komunizm światowy, skolektywizowaną myśl ludzką podniósł do godności sztandaru. Wiele wskazuje na, że po drugiej wojnie światowej demokracje zachodnie skłonne są nie tyle komunizm zwalczać, ile raczej z nim konkurować. Rodzi się z tego tendencja do jednostronności, prawie niezaprzeczalnej jednostajności.

Józef Mackiewicz, Zwycięstwo prowokacji.

Problem, który pozwoliłem sobie postawić w tytule, nie jest jednorodny, jednopłaszczyznowy, dotyczy przynajmniej dwóch, nader zasadniczych kwestii: pierwszej – skąd biorą się wszystkie kolejne triumfy i zwycięstwa bolszewizmu; oraz drugiej – dlaczego ta parszywa idea, niszcząca ciała, kalająca dusze miliardów ludzi na całym globie, dlaczego nie tyle jest tolerowana, co wciąż zdobywa powszechny poklask gawiedzi?! – i szarej masy gromadzonej na mitingach lub przed środkami masowej indoktrynacji, i „elity” stłoczonej w salonach? Jak wyjaśnić ten afirmatywny trend?

Zatem, dlaczego zwycięża? Odpowiedź rysuje się stosunkowo prosto. Mając pod ręką Zwycięstwo prowokacji nie musimy silić się na poszukiwanie oryginalnej odpowiedzi. Pół wieku temu Józef Mackiewicz odwalił za nas całą tę niewdzięczną, czarną, interpretacyjną robotę. Jakieś 70-80% tego publicystycznego arcydzieła poświęcone jest wyczerpującej odpowiedzi na to, niewątpliwie istotne, pytanie.

Decydujące są dwa czynniki: nacjonalizm oraz wishful thinking. Dwa wynaturzenia ludzkiej psychiki, oba zamykające oczy na rzeczywistość, oba przenoszące zainfekowanego nimi delikwenta w świat irracjonalnego złudzenia: wiary w bezwzględną wartość przynależności do narodowej grupy oraz/albo przekonania, że obiektywne zło, tkwiące w bolszewickim terrorze, może samoistnie przeistoczyć się w coś na kształt dobra. Na tych dwóch czynnikach, na tych dwóch fundamentach zbudowana została potęga bolszewickiego imperium, uzbrajając bolszewickich taktyków w dwa niezwykle wydajne, skuteczne środki uprawiania bolszewickiej zarazy: nieograniczoną niczym swobodę w doborze politycznych i wojennych „sojuszników” (a ściślej biorąc – ofiarnych kozłów) oraz całkowitą dowolność obieranej w danej chwili, w danym dziejowym momencie, taktyki. Pisane w czterdziestą piątą rocznicę bolszewickiego przewrotu Zwycięstwo prowokacji dostarcza dziesiątek stosownych przykładów i argumentów.

Nacjonalizm to, zdaniem Mackiewicza, największy w dziejach, ideologiczny kolaborant bolszewizmu. W znaczącej mierze dzięki temu właśnie zbiorowemu skrzywieniu ludzkiej natury możliwe było przetrwanie Lenina i całej jego bandy. To nacjonalizmy krajów ościennych ratowały bolszewików przed pogromem ze strony sił kontrrewolucyjnych (Kołczaka, Denikina, Wrangla) na przełomie drugiego i trzeciego dziesięciolecia, podobne zjawisko „przytrafiło” się bolszewikom w czasie drugiej wojny światowej, to samo (przynajmniej na obszarze zwanym peerelem) działo się także po jej zakończeniu.

Czytelnik nieobznajomiony głębiej z wykładnią Józefa Mackiewicza, może słusznie zareagować gestem powątpiewania. Jakże tak? Nacjonalizm, zaprzysięgły piewca wszystkiego co z narodem związane, miałby się okazać sprzymierzeńcem szalejącego internacjonału? Obrońca wszystkiego, co narodowe sprzymierzony z tym, co pojęcie narodu chce właśnie wykorzenić? Czy to nie istotna sprzeczność, eliminująca w zarodku podobny związek? Otóż, takie zwątpienie mogłoby być istotnie uzasadnione, gdyby nie pewne czynniki poboczne. Między innymi ten, że największym wrogiem każdego nacjonalizmu jest nacjonalizm obcy, dzięki czemu indyferentny narodowo bolszewizm będzie w najgorszym razie stanowił zawsze mniejsze zło; oraz przemożne wishful thinking wszystkich jeszcze nie-bolszewików, dzięki któremu zasadniczo nawet wrogą wobec siebie postawę, w każdym przypadku bolszewicy potrafią nieco uelastycznić, uplastycznić w pożądaną przez siebie formę. Zwycięstwo prowokacji jest pełne najbardziej zdumiewających przykładów działania tego niewątpliwego fenomenu – jeśli chodzi o grunt rodzimy: od kolaboracji z bolszewikami z doby zdrady ryskiej, poprzez pax z Piaseckim na czele, aż po zachłyśnięcie się gomułkizmem, Odrą z Nysą Łużycką i stawką na narodowy komunizm.

A jednak, mimo że stanowi lwią część książki, historia bolszewickiego triumfu nie jest jej głównym przedmiotem. Jako myśliciel polityczny formułujący swoje wnioski w oparciu o starannie dobrane pod względem wiarygodności przykłady i historyczne doświadczenia, Mackiewicz zdawał sobie sprawę, że mechanika dotychczasowych zwycięstw bolszewizmu, opartych na dwóch opisanych wcześniej czynnikach, nie wyczerpuje jego potencjału. Istotna siła bolszewizmu nie polega na wykorzystywaniu słabości wroga, ale na umiejętnym kreowaniu własnej ideowej, intelektualnej atrakcyjności. Bolszewizm nie dlatego jest groźny, że wygrywa ukształtowany w nieodległej historii nacjonalizm (który prędzej czy później przejść bodaj musi do lamusa dziejów), ale dlatego, że dysponuje umiejętnością przyciągania na swoją stronę swoich, zdawać by się mogło, oczywistych przeciwników – ludzi spod każdej szerokości i długości geograficznej, przynależności rasowej czy narodowej, takiej czy innej deklaracji religijnej lub ideowej. Mackiewiczowskim polem doświadczalnym, służącym obserwacji tego zjawiska, były tzw. sfery intelektualne wolnego jeszcze świata.

Dlaczego właśnie one? W pewnym stopniu decydować mogła prozaiczna kwestia techniczna – zdecydowanie łatwiej jest śledzić sposób rozumowania ludzi, dla których formułowanie własnych myśli (albo też obnażanie bezmyślności) stanowi źródło materialnego dochodu. O wiele ważniejszy był jednak drugi powód – bolszewizm atakuje przede wszystkim obszar intelektualnej oraz duchowej sfery egzystencji człowieka. Jego podstawowym obszarem działania jest kłamstwo, walka ze słowem, z ludzką myślą, a główną troską przyciągnięcie na swoją stronę, przekonanie do swoich racji sfer kształtujących kulturę swojej epoki, swojego środowiska. Stąd taki, a nie inny wybór. Stąd także główny temat, cel pisania Zwycięstwa prowokacji – walka o suwerenność myśli, „stan, w którym myśl ludzka nie ulega ślepo i nie daje się bezapelacyjnie powodować i kształtować z góry narzuconym dogmatom…”.

Suwerenność myśli była dla Mackiewicza podstawową linią obrony i strategiczną linią ataku jednocześnie. Słuszność tego Mackiewiczowskiego wyboru w pełni potwierdza rzeczywistość. Bolszewizm, który ze swojej natury jest wrogiem człowieka, słowa, intelektu, może liczyć na ogromne poparcie ludzi, którzy pracę swojego intelektu wykorzystują zawodowo, a którzy z samej definicji, powinni być wrogo nastawieni wobec wszelkich zakusów na suwerenność myśli:

W dawanych czasach, właśnie spośród tych sfer – przypominał Mackiewicz – rekrutował się największy procent ‚szalonych głów’, szokujących swymi ideami solidnych obywateli istniejącego układu rzeczy. Nagle te zapaleńcze głowy gdzieś zniknęły. Gdzie się podzieli ci indywidualiści starych czasów, ci rozczochrańcy ideowi wzywający do czynów niemożliwych? Wprawdzie po wszystkich bulwarach wielkomiejskich spotykamy dziś nie mniej, a więcej rozczochranych egzystencjalistów, ale nie stanowią już typu indywidualnego, a raczej kolektywny; nie reprezentują zwolenników obalenia tyrani, a przeważnie zwolenników zgodnego współżycia z tą tyranią. Mamy więc do czynienia z niezwykłym paradoksem:

Gwałt fizyczny i masowe zbrodnie nie stanowią jakościowo charakterystycznej cechy ustroju komunistycznego. […] Najcharakterystyczniejszą cechą systemu komunistycznego jest natomiast totalna niewola ludzkiego ducha, zniewolenie ludzkiej myśli, ludzkiego intelektu. Zdawałoby się więc, że największych wrogów tego systemu należałoby szukać nie tyle wśród robotników, chłopów, rzemieślników, burżujów i szarego tłumu ulicznego, co właśnie wśród sfer tzw. postępowych, które ideał wolnej myśli tradycyjnie wygestykulowały ponad tłum; które sprawę ducha wynosiły ponad sprawę chleba powszedniego. Logicznie spodziewać by się należało, że właśnie sfery intelektualne wszystkich krajów staną się awangardą walki z komunizmem. Nic podobnego nie zaszło. Stało się wbrew logicznym przewidywaniom: ci, którzy się buntują, okrzyczani zostali ‚reakcjonistami'; ci zaś, którzy posłusznie wkładają szyję w obrożę komunistycznej tyranii, mianują siebie ‚progresistami’.

Jak wyjaśnić ten fenomen? Fenomen współuczestnictwa wolnego świata, jego intelektualnej awangardy w dziele bolszewickiego podboju. Mackiewicz wskazuje na pewien bardzo istotny element, na powinowactwo idei. Mówi tak: zmienił się świat, zmienił nie do poznania. Upadły monarchie, upadły cesarstwa – nadszedł czas demokracji, demokracji totalnej. Totalnej, a więc takiej, która nie dopuszcza równorzędności innych form ustrojowych. Tak to widział Mackiewicz w Zwycięstwie prowokacji. Demokracja jako zasada totalna, nie dająca pola na ustrojową recydywę, której dogmatem jest nieodwracalność… marsz ludzkości w jednym kierunku (wektorze). Taka bezwzględność, taka monopolizacja wytyczonego celu wytwarza dwie, świetnie przez Mackiewicza wychwycone, cechy uboczne: kolektywny sposób myślenia oraz stan rywalizacji („konkurowania”) z komunizmem-bolszewizmem.

Tak to, całkiem jasno, wynika choćby z cytowanego na wstępie fragmentu. Kolejna frapująca teza. Jakże tak? Demokracja, ten najdoskonalszy wykwit ludzkiego intelektu, ma być jednocześnie katem i ciemiężycielem myśli? Nie wrogiem, nie zaprzeczeniem, a jedynie rywalem totalitaryzmu? Wszak jeszcze przed wojną sam Mackiewicz pytał: „kto dziś nie jest demokratą?” Więc jakże? A no tak, jak się zazwyczaj ma teoria do praktyki. Demokracja zakłada z definicji dwie kwestie: pełną swobodę wypowiedzi oraz supremację większości. To teoria. W praktyce politycznej, czy medialnej, wolność wypowiedzi, owszem, występuje, jednak każda próba wyjścia poza zbiór ustalonych dogmatów, takich jak nieodwracalność demokratycznych przemian, nie jest mile widziana, a ściślej spychana na margines życia publicznego. Z supremacją większości jest właściwie identycznie. Nikt niemal z tą zasadą nie śmie polemizować, ale też równie niewielu ten bezsporny (werbalnie) fundament demokratycznej reguły traktuje poważnie. Większość jest potrzebna do zdobycia władzy, do niczego więcej. Jej wpływ na istotny charakter życia publicznego jest w praktyce żaden. Decydują wyłącznie „elity” tego lub owego politycznego autoramentu. Co oznacza, że demokracja jest ustrojem w podobnym zakresie „egalitarnym” co bolszewizm, choć „wyborca” cieszy się zdecydowanie większym zakresem swobody. To tylko kwestia odmiennej nieco socjotechniki. Podobnie jak pod bolszewizmem decyduje „elita”, choć, biorąc pod uwagę okoliczności, warto by się chyba pochylić nad semantycznym znaczeniem tego terminu. Zarówno „elita” polityczna jak i intelektualna. Obie realizują swoje programy i ideologiczne cele przy użyciu metody nie tak, co prawda, totalitarnej i konsekwentnej jak metoda bolszewicka, ale jednak metody, której głównym zadaniem jest skanalizowanie myślenia w ściśle wytyczonym kierunku – w kierunku postępu.

Doszliśmy wreszcie do punktu, który być może w największym stopniu decyduje o tym zaskakującym dla wielu powinowactwie. Postęp, fetysz, jak mawiał Zdziechowski, demokratycznego ustroju, demokratycznych elit. Czy rzeczywiście taki groźny, złowróżbny? Tak, jeśli uświadomić sobie jego pojemność, nie wykluczającą ze swoich ram takich zjawisk jak bolszewizm. Zwolennicy postępu, demokratycznego w swojej najszerszej interpretacyjnej formule, mimo szeregu dość krytycznych – bywa – uwag, uznają przewrót bolszewicki w Rosji wraz z jego następstwami za zjawisko pozytywne.

Dobrze jest wiedzieć, gdzie przebiega ideowa granica. Bolszewizm ma z demokracją o wiele więcej wspólnego, aniżeli utarło się sądzić. To dlatego krwawy bolszewicki system już nazajutrz po pierwszym swoim zwycięstwie mógł liczyć na co najmniej życzliwość intelektualnych elit zachodniego świata, które albo zbrodni tego systemu po prostu nie dostrzegały, albo też upatrywały w nich element dziejowej konieczności. Czy ślepi, jak wojażujący po sowietach George Bernard Shaw („nigdy nie jadłem tak dobrze jak w Związku Sowieckim”), czy wyrażający aprobatę dla rozbijania dziejowych jaj Aleksander Wat („jak czysta i wielka musi być sprawa, dla której przelewa się tyle krwi, i to krwi niewinnej”), intelektualni piewcy postępu gotowi byli, jak to wyraził Hemingway: „Jeżeli tu zwyciężymy, zwyciężymy wszędzie!…”, solidaryzować się z bolszewizmem bezwarunkowo, ze względów czysto ideowych, dlatego po prostu, że z bolszewizmem było i jest „postępowo” zorientowanym intelektualistom… po drodze, choćby i w ich rozumieniu była to droga odrobinę może zbyt radykalna, stroma i wyboista.

Wygrywając nacjonalizmy, zgrywając ludzkie pobożne życzenia, bolszewizm wielokrotnie ratował się przed upadkiem, niekiedy zaledwie krok od przepaści. Trudno jednak wyobrazić sobie trwały pochód bolszewizmu bez czynnika afirmatywnego. Bez mniej lub bardziej jawnego poparcia ze strony elit zachodniego świata, sympatii okazywanej przez tamtą stronę, także wiązanej z bolszewizmem paradoksalnej nadziei na nowy, lepszy świat, taki trwały pochód nie byłby możliwy. Mackiewicz miał wątpliwą przyjemność obserwowania tego zjawiska. Obserwował i starał się wyjaśnić, obnażał i zwalczał. Argumentował i demonstrował, jak choćby poprzez wystąpienie z międzynarodowego PEN-Clubu na wieść o przyłączeniu do tego gremium komunistycznych pisarzy z Węgier.

Respice finem

Jakiś czas temu w peerelowskim tutejszowie wypłynęło na powierzchnię nazwisko bardziej znanego na Zachodzie włoskiego filozofa i bolszewickiego aktywisty, Antonio Gramsciego. Okazało się, że jego tezy, przekonania, polityczny program, świetnie tłumaczą sytuację, nazwałbym, mentalną nie tyle może samego tutejszowa (gdyż owo z tzw. normalną rzeczywistością nie ma wiele wspólnego), ale tzw. normalnego świata w jego kontaktach z ideą bolszewicką.

Co wykreował Gramsci? Mówiąc w największym możliwym skrócie, Gramsci ośmielił się jakoby postawić samego Marksa na głowie, stwierdzając wbrew przekonaniu autora „Kapitału”, że niekoniecznie (uprzedzam, będą padać terminy wulgarne!) „baza” kształtuje „nadbudowę”, ale może też być całkiem odwrotnie (i jeszcze bardziej dla bolszewickiej sprawy skutecznie). A skoro tak, należy zadbać o tejże „nadbudowy” możliwie sprawne przejęcie. Tak mniej więcej powstały popularne dziś terminy: wojny o hegemonię, marszu przez instytucje, wojny kulturowej.

O ile mi wiadomo, Józef Mackiewicz nigdy o Gramscim nawet nie wspomniał, choć mało prawdopodobne, aby nazwisko tego niebywale uzdolnionego komunistycznego myśliciela nie obiło mu się o uszy. Tego nie wiemy i nie będziemy nawet dociekać. O wiele pożyteczniej będzie rozważyć pytanie, czy koncept owego włoskiego bolszewika istotnie taki nowatorski, niebezpieczny. Czy rzeczywiście tzw. elity, sfery intelektualne, artystyczne, inteligenckie normalnego świata potrzebowały i potrzebują dzisiaj kierowniczej ręki bolszewickiej partii? Czy ideowe „przewagi” myśli postępowej, takiej która dąży do zmiany i zrywa z przeszłością, przybiera maskę równości, o mniej lub bardziej radykalnym obliczu: demokratycznym, socjalistycznym, komunistycznym nie jest dla nich dostatecznie oczywista sama w sobie? Czy nie staje im dostatecznie intelektualnego atawizmu, aby odkryć najtrafniej, skąd właśnie zawiewa rzekomy wiatr historii?

Józef Mackiewicz odpowiadał na te pytania niemal dokładnie w chwili pisania Zwycięstwa prowokacji, tworząc jedno z największych (jeśli nie największe) ze swoich dzieł beletrystycznych. W Sprawie pułkownika Miasojedowa odnaleźć można fragment wymownego dialogu, jaki mógł był się toczyć w kręgach petersburskich wyższych sfer gdzieś w pierwszej dekadzie XX wieku:

A pan, młody człowieku, nie jest jeszcze socjalistą?

Zdaje się, że będę musiał nim zostać, ekscelencjo; w najbliższej przyszłości – odpowiedział Maljuszin z westchnieniem. – Nie da rady.

Za moich czasów – odezwał się generał Błażewicz – mówiono tak: „Kto do trzydziestu lat nie jest socjalistą, to podlec. Kto po trzydziestce jeszcze nim jest, to już dureń.” A pan ile sobie lat liczy?

Czasy się zmieniają, generale. – Odparł dosyć aroganckim tonem malarz. – Mogą przyjść jeszcze takie, że nie być socjalistą będzie wymagało większej odwagi, niż dziś nim być. Nie sądzę osobiście, że to będą czasy najlepsze, ale…

Więc pocóż chce pan nim zostać? – spytał prokurator.

Nie powiedziałem, że chcę, ekscelencjo, tylko że będę musiał. W gruncie jest mi to obojętne. Ale być dziś w opozycji do monarchii, do rządu, do żandarmów jest o wiele łatwiej, niż do środowiska, w którym się przyszło obracać. Do środowiska, czy do mody tego środowiska, na jedno wychodzi… […]

Państwu się dobrze śmiać… […] ale jak się ma zaszczyt należeć do sfery tzw. inteligencji, to trzeba być świadomym obowiązków, jakie ona nakłada. Mówi przysłowie: „Lubisz zjeżdżać z górki, musisz lubić i sanki wozić”.

Zdaje się, że Józef Mackiewicz nie potrzebował nauk wypływających z koncepcji Antonio Gramsciego, nie podzielałby także opinii o ich wielkiej oryginalności. Czy zdołał rozszyfrować tajemnicę, skąd bierze się ten niebywały, afirmatywny trend w podejściu do bolszewizmu, ściśle określić jego praprzyczynę? Wydaje się czasem, że nie bardzo nawet próbował, wychodząc może z założenia, że – jak mawiał inny bohater Miasojedowa – „…przyczyn jest nie kilka, a kilka milionów. Co mówię, kilka miliardów!”

Jeśli już jednak podejmował to niewątpliwe wyzwanie, to wskazywał na szczególny gatunek ludzkiego konformizmu, nie motywowanego dobrami materialnymi ani troską o własną fizyczną powłokę, ale fenomenem szczególnym – bezwolnym przyzwoleniem na kierowniczą rolę kolektywu. Zapewne więc nieprzypadkowo jedna z najbardziej pozytywnych postaci tej wielkiej powieści, nieznany z nazwiska Andrzej Piotrowicz, nosił na piersi znaczek ekskluzywnej akademii, opatrzony łacińską sentencją: „Quidquid agis prudenter agas et respice finem”.



Prześlij znajomemu

103 Komentarz(e/y) do “Dlaczego bolszewizm zwycięża?  Źródła afirmatywnego stosunku do bolszewizmu”

  1. 1 Andrzej

    Skoro „awangarda ludzkości” wiedzie ją ku zgubie (bolszewickiemu zniewoleniu) to sednem sprawy jest sposób wyłaniania tej awangardy. Czyli demokracja i jej praktyka, co też przenikliwie opisał Józef Mackiewicz a Pan Dariusz przytoczył.

    Tak się rzecz ma w b. „wolnym świecie” a jak się ma w tzw. „realiach polskich”? Tutaj, zdaje mi się, dużą rolę odgrywa udana sowietyzacja – bardziej to co Józef Mackiewicz zaobserwował w „Drodze Donikąd”. „Zniewolony umysł” jest faktem i bolszewicy muszą to tylko umiejętnie wykorzystać, nie potrzeba im zdobywać nowych terytoriów wedle wskazań Gramsciego. To już „maszyna i śrubki”, mechanizm działa i trzeba już go tylko „smarować”. Wyjściem jest odrzucenia wewnętrznego zakłamania ale komu się chce i czy w ogóle widzi taką potrzebę?
    Co najwyżej ucieka w nacjonalizm, nazywając go często patriotyzmem (aby dodać uzasadnienia), jeszcze bardziej pogrążając się w tym wewnętrznym zakłamaniu. Zakłada sobie też okulary narodowej poprawności.

    Lenin z towarzyszami ogłosili: bolszewizm (komunizm) za wszelką cenę i dowolnym sposobem.
    Nacjonaliści zaś głoszą: naród za wszelką cenę i dowolnym sposobem.
    Uznając że naród bolszewicki dalej jest narodem, bez problemu znajdują wspólny język z bolszewikami. A kiedy się budzą z tego snu (o ile w ogóle się z niego budzą), jest już za późno.

    A Ci co myślą życzeniowo, w gruncie altruistycznie? Lenistwo i głupota? Wszak bolszewicy sami wymyślili na nich termin: „pożyteczni idioci”.
    Ale czy tylko tyle, czy gdzieś w głębi duszy nie tkwi w nich nakaz „żeby było dobrze i przyjemnie za wszelką cenę i każdym sposobem”?
    Za wszelką cenę i każdym sposobem. Zwycięzca bierze wszystko.

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Widzę z tego, że Pan się zgadza z Darkiem w całej rozciągłości. A ja przeciwnie…, to jest w niecałej. To mi się rzadko zdarza, więc powiem wprost, co mnie w powyższym gnębi.
    Otóż w moim głębokim przekonaniu, Józef Mackiewicz NIE uważał wcale, że „Istotna siła bolszewizmu nie polega na wykorzystywaniu słabości wroga, ale na umiejętnym kreowaniu własnej ideowej, intelektualnej atrakcyjności.” Wprost przeciwnie. Uważał – w moim przekonaniu słusznie – że siłą bolszewików jest słabość przeciwnika (bo nawet nie wroga!), a w kwestii rzekomej atrakcyjności są właśnie do niczego. Siłą bolszewii jest, że nikt nie chce z nią walczyć, a im już jest śmiertelnie obojętne, czy wydają się komuś atrakcyjni czy nie. To nie oni chcą przykładać ludzką twarz do bolszewizmu, tylko ich towarzysze podróży. To nie oni chowają się za rozmaitymi maskami, tylko im się te maski przystawia.

    Teza o zamieraniu nacjonalizmu wydaje mi się równie trudna do zrozumienia. Nacjonalizm ma się dobrze i coraz lepiej. Baskowie, Katalończycy czy Szkoci pragną „wyzwolenia narodowego”, a nie widzą co robi z nimi niunia europejska. Nacjonalizm idzie ręka w rękę z komunizmem w Ameryce Łacińskiej, w Afryce, gdzie tylko rzucić okiem. Jak to mówił Mackiewicz „nacjonalizm uber alles in der Welt!”

    Nie potrafię się zgodzić także z tezą, że problem z demokracją to jest problem stosunku teorii do praktyki (a także, że coś takiego wynika z pism Mackiewicza). Teoria demokracji jest równie idiotyczna co jej praktyka. Z obu wynikają problemy, które są pożywką dla bolszewizmu i Mackiewicz pisał o tym już przed wojną, np. w tekście „Szabla i pałka gumowa” w tomie „Nudis Verbis”.

    Ideowa wspólnota demokracji i bolszewizmu jest przedmiotem wartym drążenia, ale więcej egalitaryzmu i anarchistyczne tendencje nie uczynią demokracji antybolszewicką.

  3. 3 Andrzej

    Panie Michale,

    Proszę wybaczyć, że pozwolę sobie na małą próbkę mojej „chłopskiej filozofii”.

    Wydaje mi się, że u podstawy opisywanej tu słabości wobec bolszewizmu, leży niespotykana zdolność przystosowywania się człowieka do warunków w jakich przychodzi mu egzystować. Coś co jest jego siłą staje się jego zgubą, zawsze bowiem znajdą się tacy wśród innych ludzi, którzy umieją to wykorzystać w celach indywidualnych lub „elitarnych”.

    Gdy się zastanawiam skąd wynika „praktyka demokracji” to dochodzę do wniosku, że z definicji „rządów ludu” (lud bywa głupi, łatwo podatny na oszustwo itp.) oraz ze zdolności dostosowania się do (prawie) każdych warunków (zbiorowość ogromnie zwiększa „siłę przebicia” tej zdolności) . Najważniejszą rzeczą jest co najwyżej doraźna poprawa warunków a nie zmiana ich na zupełnie inne. Tylko niektórzy się opierają takiemu postępowaniu ale wtedy są za to wykluczani z tegoż „ludu”.

    Stąd, moim zdaniem, bierze taka a nie inna „praktyka demokracji”, m.in. w tym duchu powstała unia eurobolszewicka.

    Także nie zgadzam się z tym, że nacjonalizm zamiera. Pewnie w końcu się tak stanie, lecz dopiero wtedy, gdy cele (demo)bolszewików zostaną osiągnięte a ich zwycięstwo zostanie zabezpieczone. Póki co nacjonalizm jest niezmiernie im przydatny bo jak sądzę (co już wyraziłem) jest istotnym pomocnikiem w realizacji ich celu, tym lepszym że wyjątkowo zaślepionym i podatnym na manipulację nim.

  4. 4 Andrzej

    ps. „nim” czyli nacjonalizmem a nie celem. Przepraszam za niejasność wypowiedzi.

  5. 5 michał

    Panie Andrzeju,

    Zdolność przystosowania do wszystkiego jest częścią ludzkiej natury i zgadzam się oczywiście, że bolszewizm żeruje na ludzkiej naturze. Ale „atrakcyjność” bolszewizmu, to jest zupełnie inny problem, to zdumiewające zjawisko, które każe inteligentnym ludziom działać na własną szkodę, intelektualistom działać na szkodę wartościom, których powinni bronić. Otóż w moim przekonaniu, nie należy szukać źródeł tego zjawiska w działaniach bolszewików, tylko w powszechnym chceniu – chceniu bycia oszukanym (jak twierdził Mackiewicz) czy też chceniu, żeby to oni mieli rację, bo dzięki temu można komuś przykopać. Najlepszym znanym mi opisem tego zjawiska pozostaje nadal Zniewolony umysł.

    Powtarzam moje pytanie: skąd to nagłe rozróżnienie między praktyką a teorią demokracji? Czyżby teoria była lepsza? Gdybym miał do wyboru między „czystą teoretycznie demokracją”, gdzie tłuszcza jest zawsze większością i zawsze decyduje, komu skuć mordę, a teoretycznie niedemokratyczną, fasadową demokracją Peryklesa w Atenach, to wybrałbym zawsze to drugie. Co mnie mogą obchodzić demokratyczne teorie, kiedy w każdym wypadku albo mnie zdepczą, albo mi mordę skują?

    Mam wrażenie, że zgadza się Pan raczej z Darkiem co do nacjonalizmu. Nie zamiera teraz, ale z czasem zniknie. Zupełnie nie rozumiem skąd ten optymizm. Kiedy już bolszewicki „związek nasz bratni ogarnie ludzki ród”, to nacjonalizmy będą doskonałym wentylem bezpieczeństwa dla utrzymania hołoty w ryzach.

  6. 6 Andrzej

    Panie Michale,

    Chciałem ostatnio powiedzieć to, że moim zdaniem demokracja ze swojej istoty stwarza warunki do takiej a nie innej praktyki. „władza ludu” wiąże się z tym, że kto zapanuje nad ludem zrealizuje swoje własne cele. Wystarczy więc umieć skutecznie zapanować nad ludem. W tym sensie podzielam pańskie zdanie.

    Sądzę, że chęć bycia oszukanym jest tym większa im więcej w oszustwie jest „dobrej wiary”, czyli na jeśli to oszustwo jest dostatecznie atrakcyjne. Wtedy jest skuteczne. Kiedy jest skuteczne, możliwa jest „władza nad ludem”. I w ten sposób „kręci się bolszewicki świat”: koło demokracji zazębia się z kołem oszustwa i maszyna działa.

    Jakie oszustwo jest najbardziej atrakcyjne? Moim zdaniem takie, które tworzy „piękne pozory”, jest ładnie opakowane i ładnie brzmi: „wolność – równość – braterstwo”, „pokój i dobrobyt dla każdego”, itp. itd. Te hasła doskonale poznaliśmy na własnej skórze.
    Dla elity istotne są też cele „korporacyjne”, jej wysoka pozycja w hierarchii władzy (bo jest elitą i chce nią pozostać – jeszcze jeden kamyk do „ogródka demokracji”). Zapewne niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że podlegają oszustwu ale korzyści jakie uzyskują przeważają aby przymknąć na to oczy.

    Co do nacjonalizmu, to bez wątpienia jest przydatny bolszewikom kiedy tylko czują się w czymś zagrożeni (mamy na to dostatecznie dużo przykładów). Co jednak wtedy, gdy na całym świecie zaistnieje już „nowy człowiek” – bolszewicki produkt, który sam będzie dbał o utrzymywanie swojego stanu zniewolenia (zawsze je wybierając)? Hołota sama będzie się trzymać w ryzach, nieliczni którzy się wyłamią zostaną „w imię bolszewickiej demokracji” wyeliminowani.

  7. 7 Dariusz Rohnka

    Pochylmy się z musu nad niewątpliwie poważnym zgrzytem, który nam się tu ostatnio objawił, a którego istotą „atrakcyjność” (fuj!) bolszewizmu.

    Tzn., aby się nadto nie zapędzić w trudnej sztuce polemiki (co zdaje się [owa trudność] nie podlegać już dyskusji?), owa fuj! „atrakcyjność” zdaje się nie być przedmiotem kontrowersji. Chodzi, jak rozumiem, „jedynie” o to czy ów (fuj!) bolszewizm „atrakcyjny” sam z siebie, na własne niejako życzenia, czy też jakimś dziwnym zrządzeniem opatrzności jawi się tylko jako „atrakcyjny” wszystkim biednym, znękanym, bezrozumnym (a pewnie i rozumnym) ofiarom swoim na całym globie ziemskim.

    Czy zatem „atrakcyjny” sam z siebie nie jest, w każdym razie być nie może? Czy sam z siebie nie potrafi zadbać o własne interesy, przypudrować facjaty, przyciągnąć pożądliwych i nieco bezrozumnych napaleńców nowej idei? Przyznam, że gdy po raz pierwszy zetknąłem się z tak postawionym problemem, sformułowanym nie w formie wątpliwości, ale kategorycznego (jak wyczuwam) twierdzenia, popartego w dodatku autorytetem Józefa Mackiewicza, moje zafrasowane włosy (trochę, dzięka Bogu, ich jeszcze zostało) przyjęły sobie na mej głowie (o)pozycję wertykalną. Jakże tak?

    Czy nie na tym właśnie polega niezwykłość tej ohydnej idei, że przy całej otwartości zbrodniczych celów, jawnych aktów terroru dokonywanych na ciałach i przede wszystkim duszach swoich milionowych ofiar, potrafi jednocześnie unurzaną we krwi i w mózgach rękę wyciągać w notorycznym geście dobrotliwej, ojcowskiej przyjaźni? Czy nie na tym polega wyższość bolszewizmu (któremu się włazi w dupę) w zestawieniu z przedstawicielami tępego narodowego socjalizmu z czasów ostatniej wojny (do których się strzela)?

    Mackiewicz opisał ogromną ilość postaci w ich bezpośrednim zetknięciu ze zbrodniczą ideologią, ogromną i bardzo zróżnicowaną liczbę reakcji. Był wśród tych postaci także człowiek starej daty, wyjątkowo, na pierwszy rzut przebiegłego bolszewickiego oka, asertywny w stosunku do najnowszych politycznych trendów. Jest być może tak, że niekiedy, nadmiernie zainspirowani zdrowym spojrzeniem owego jegomościa, tracimy drobną cząstkę obiektywności, chętniej odnajdując w największym wrogu ludzkości głównie cechy ujemne, zapominając że z jakiegoś tam jednak powodu od stu lat przeważa nadal i zwycięża?

    Czy gdyby nie jego, w pocie czoła wypracowana, „atrakcyjność” mógłby nieustannie liczyć na poklask intelektualnej elity świata, przekradać się zgrabnie i bez zbędnego zgrzytu do tworzonych z jego udziałem (i z jego inspiracji) instytucji o zasięgu globalnym czy choćby, jak w ciągu ostatnich dwudziestu lat, europejskim? Zdaje mi się osobiście, że odpowiedź na to pytanie jest całkiem oczywista.

    Czy warto jeszcze zahaczać w tej i tak za długiej wypowiedzi o teorię i praktykę demokracji. Nie ja ową teorię popieram, napisałem jedynie, że taka, i owszem, powstała. Nie dostrzegam tu kontrowersji, a jedynie grube nieporozumienie.

    Nieco inaczej rzecz się ma z nacjonalizmem. Nie jestem do końca pewien (gdzież bym mógł) swojej w tym względzie intuicji. Swoje nieśmiałe przekonanie oparłem jedynie na bezpośredniej obserwacji, a podpatrywać ludzkie zachowania, wypowiedzi i reakcje (tu będę z rozmysłem buńczuczny!) umiem. Nacjonalizm traci, nie zyskuje, przynajmniej na swojskim gruncie tutejszowa, a czy bardziej traci na rzecz bolszewizmu, czy dzięki jego stracie bardziej zyskuje normalność to już całkiem inna kwestia.

  8. 8 michał

    Może, może ma Pan rację. Mam nadzieję, ze mnie już wtedy nie będzie, ale tak czy owak trudno mi sobie wyobrazić zanik nacjonalizmu. NIe wiem natomiast czy ma Pan słuszność twierdząc, że „chęć bycia oszukanym jest tym większa im więcej w oszustwie jest „dobrej wiary””, a zatem wynika z atrakcyjności tegoż oszustwa.

    Weźmy za przykład chęć bycia oszukanym u Churchilla podczas wojny. Churchill znał i rozumiał bolszewizm. Napisał książkę o nim, to od niego pochodzi określenie „zaraza”. Nie miał żadnych złudzeń co do Stalina, ale chciał być oszukany pomimo to wszystko. Stalin nie ubierał swego oszustwa pod Churchilla, nie było takiej potrzeby. Czy Churchill mógł nie dotrzymać obietnic danych w Jałcie? Mógł! Tak jak nie dotrzymał innych. Ale chciał być oszukany. Czy musiał wydać Własowców i Kozaków na śmierć w męczarniach? Nie musiał. Ale chciał być oszukany. Czy musiał popierać Tito przeciw Michajłowiczowi? Nie musiał. Ale chciał być oszukany.

    A kiedy, oszukany ze szczętem, oddał pół Europy Stalinowi i stracił władzę, to wygłosił mowę w Fulton: żelazna kurtyna przedzieliła kontynent na pół. Kto ją stworzył?

    W żadnym punkcie Stalin nie próbował być „atrakcyjny”. Mordował ludzi podczas wojny nie mniej niz podczas pokoju. Oszukiwał swych zachodnich aliantów na każdym kroku – ale oni pragnęli być oszukani.

  9. 9 Andrzej

    Panie Michale,

    Ale Churchill był nacjonalistą imperium brytyjskiego i wszystko co robił (w tym wymienione łajdactwa) , robił w interesie tegoż imperium. Z drugiej strony bolszewik Stalin proponował mu w tej mierze współpracę, więc się dogadywali. Ja sądzę, że Churchill nie tyle chciał być oszukany co był konsekwentny w swoim wyborze. Oszukać można kogoś kto jest nieświadomy stanu rzeczy, w przeciwnym przypadku można mówić raczej o świadomym współdziałaniu. To jest właśnie ten przypadek.
    Kiedy Stalin i reszta bolszewików zrealizowali swój cel, Churchill przestał być im przydatny. Mógł sobie mówić i robić co chce. Jak widać dalej był konsekwentny bo nawet się nie zająknął o swoim współudziale w zniewoleniu połowy kontynentu i w zbrodniach, o tym że się mylił…

  10. 10 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Załóżmy na chwilę, że Churchill był „nacjonalistą imperium brytyjskiego” albo choćby tylko brytyjskim nacjonalistą (bo w imperium nacji było multum). W jaki sposób wówczas wydanie Michajlowicza na męczeńską śmierć z rąk Tity (ponoć osobiście zamęczył go na śmierć), miało przyczynić się do powodzenia Wielkiej Brytanii?

    Zakładając, że mowa z Fulton jest dowodem, iż Churchill wiedział, co się dzieje (a nie dowodem schizofrenii), dlaczego wydał na śmierć kadry Własowców i Kozaków, które teoretycznie mogły się wkrótce przydać. Ale nawet gdyby mieli się nie przydać, to w wydaniu ich nie leżał interes imperium.

    Pisze Pan: „Oszukać można kogoś kto jest nieświadomy stanu rzeczy, w przeciwnym przypadku można mówić raczej o świadomym współdziałaniu.” Ale ja taki właśnie stan nazywam (za Mackiewiczem) „chceniem”, to właśnie znaczy „chcieć być oszukanym”.

    Nie mówimy wcale o Stalinie i jego postępowaniu, które wydaje się jasne jak słońce, ale o Churchillu, który ani nie był głupi (jak de Gaulle), ani naiwny (jak Roosevelt), anie niedouczony (jak dzisiejsi politycy), ale wbrew Panu ani przez chwilę nie był konsekwentny w swych wyborach. Moim zdaniem dlatego, że chciał być oszukanym. Nie mogę tylko pojąć, dlaczego ktoś miałby tego pragnąć.

  11. 11 michał

    Darek,

    Tak mi dokopałeś, że z trudem się pozbierałem, ale co robić. U nas, w Podziemiu, trzeba być gotowym na wszystko.

    Czy mogę nieśmiało wskazać, że słowa o atrakcyjności wyszły od Ciebie? Cytuję raz jeszcze:

    „Istotna siła bolszewizmu nie polega na wykorzystywaniu słabości wroga, ale na umiejętnym kreowaniu własnej ideowej, intelektualnej atrakcyjności.”

    Piszesz teraz, że „fuj” i że włosy się jeżą, mnożysz retoryczne pytania – „czy nie na tym właśnie polega?” – rozciągasz atrakcyjność nawet do potu czoła! No, dobrze, ale „na czym w końcu to polega?” Czy zechciałbyś dopowiedzieć do końca – dla takich jak ja „tępaczków, prostaczków i chamów polskich”, jak to nam ze smakiem wyzywał Ksiądz Prefekt Suwała w świętej (choć paxowskiej) szkole Augustyna – na czym polega ta atrakcyjność? Skoro to wszystko jest takie jasne, to da się wypowiedzieć klarownie, więc proszę, bo dla mnie niestety oczywiste nie jest.

    Spróbuję jeszcze raz sformułować pytania: skoro bolszewizm jest tak ohydny i obleśny, to na czym polega jego atrakcja? Skoro jest zbrodniczy i nikczemny, to jakie są źródła afirmatywnego stosunku doń? Jeśli jest słaby i niepopularny, to dlaczego jest tak popularny i zwycięża?

  12. 12 Dariusz Rohnka

    Ahoj, witaj dyskusjo, błędny żeglarzu bez steru…

    Michał,

    Nie ma potrzeby, aby mi przypominać rzeczy oczywiste. Jeszcze, podkreślam, jeszcze pamiętam com pisałam ze dwa tygodnie temu. Niemniej, rzecz sama w sobie, owo przypomnienie, zdaje mi się znamienne. Nie wierzę też w Twoje zdumienie; nie tęgim może w biodrach, ale jednak – do trzech zliczyć potrafię. Wiem nawet co to, ale zmilczę.

    Przejdźmy już do konkretów. Do 3 ostatnich pytań, które zdają mi się tyczyć jednej głównie, ważkiej sprawy. Pisząc o „ohydzie” z jednej, o „atrakcyjności” (fuj!) z drugiej strony nie powinniśmy zapominać o pierwszoplanowej kwestii – o dwóch skrajnie odmiennych punktach widzenia.

    To co „ohydne” dla Ciebie, nie jest ohydne dla bliźnich. To co dla Ciebie szczytem brzydoty, głupoty, zbrodni, wnikaniem diabelskiej potęgi w dzieje współczesnego świata, dla innych owszem, całkiem atrakcyjne. Rozumiem Twoją niechęć do takowej dualistycznej perspektywy, ale – obawiam się – inaczej nie dojdziemy do ładu.

    Wróćmy do Wata, którego nawiasowo cytowałem w tekście. Czy brakowało mu bystrości, przenikliwości, własnego z bolszewizmem doświadczenia, szczerości może. Nic z tych rzeczy, prawda? Czy jego relacja nie wydaje się przekonująca? Mnie się zdaje mieć jedną wielką zaletę – opisuje afirmację ohydy w formie czystej, bez naleciałości strachu, wyrachowania, chęci mimikry. Czy wolno odrzucić przypuszczenie, że bolszewizm flirtował z autorem „mopsożelaznego piecyka”? Mnie się zdaje, że nie ma takowej możliwości.

    Cała tragedia naszego położenia sprowadza się właściwie do jednego – bolszewizm jest atrakcyjny pomimo, bo w każdym kolejnym przypadku owo „pomimo” jest przysłaniane przez wiekopomny cel. „…jak czysta i wielka musi być sprawa, dla której przelewa się tyle krwi, i to krwi niewinnej” – to słowa Wata, ale – obawiam się – jest w tej swojej wypowiedzi nie tyle oryginalny, co niestety bardzo nawet typowy.

  13. 13 michał

    Ależ takie jest właśnie moje zdanie! Dlaczego zatem twierdzisz, że boslzewizm pracuje w pocie czoła nad swą atrakcyjnością? Kiedy właśnie nie pracuje! Obojętne im, bo i tak są w jakiś diaboliczny sposób atrakcyjni dla tej zgrai inteligentnych, bystrych, przenikliwych i szczerych poputczików.

    Przypominam Ci Twoje własne słowa, nie dlatego, żebym przypuszczał, że je zapomniałeś, ale z prostej przyczyny, że one są w sprzeczności z Twoją własną postawą. Bolszewizm nie próbuje czynić się atrkacyjnym dla nikogo, a już na pewno nie dla Watów świata tego, a wręcz przeciwnie, pcha ich do więzień, za co tylko bardziej go kochają.

    A zatem (trawestując Cię złośliwie) „istotna siła bolszewizmu polega na wykorzystywaniu słabości wroga, a NIE na RZEKOMYM kreowaniu własnej ideowej, intelektualnej atrakcyjności.”

  14. 14 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Zdaję sobie sprawę z semantycznego „dziwoląga” jaki popełniłem pisząc że Winston Churchill był „nacjonalistą imperium brytyjskiego”. Chodziło mi o to że nie był „czystej krwi” nacjonalistą (jednego narodu) a zarazem był rzecznikiem Zjednoczonego Królestwa i jego (byłych i aktualnych w tamtym czasie) kolonii w danych okolicznościach dziejowych. Tylko tyle, że dbał o te interesy a nie o inne.

    Jak Pan słusznie zauważył, nie był ani głupi ani naiwny. W imię czego zatem nie tylko wydawał na śmierć setek tysięcy ludzi, ale też co jeszcze gorsze zgodził się na oddanie setek milionów na pastę komunizmu? Czy nie w imię wąsko pojmowanego przezeń interesu własnego kraju, spełniał wszystkie życzenia sowietów? Już na samym początku stwierdził że gotów jest sprzymierzyć się z samym diabłem aby uratować Wielką Brytanię (i jak uważam także jej „sferę interesów”). Czy nie był konsekwentny w tym „przymierzu z diabłem” nawet wtedy gdy już wiedział że nie przegra i poświęcał wszystko aby to przymierze podtrzymać? To nie on je zakończył.

    Co zatem mogło nim kierować, jeśli nie głupota, nie niewiedza ani nie naiwność? Skąd wzięła się u niego ta chęć współdziałania (świadomej chęci i decyzji „aby być oszukiwanym”) z bolszewizmem którego był przeciwnikiem? Dlaczego jego myślenie było tak ograniczone i nie dostrzegał przyszłych konsekwencji swoich czynów? Ja sądzę, że z myśli nacjonalistycznej, którą uznawał za ważniejszą od innych idei jakie nim powodowały. Tej samej, która decydowała u wielu politykom przed nim i wielu politykom po nim i który to fakt w doskonały sposób wykorzystywali i wykorzystują bolszewicy aby przetrwać i wzmocnić się, aż do teraz, gdy mają w swoim zasięgu praktycznie cały świat.

    Pomijam tu kwestię wpływów agentury sowieckiej ale nie sądzę aby była ona w tej mierze decydująca. Chociaż kto wie? Najistotniejsze archiwa z tamtych czasów są zakopane głęboko i raczej nie należy się spodziewać ich wydobycia na powierzchnię w teraźniejszości.

  15. 15 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Przytaczam często przykład Churchilla, bo jest tak niezwykle frustrujący. W imię czego postąpił, jak postąpił?? Mówi Pan: „w imię wąsko pojmowanego przezeń interesu własnego kraju”. Tylko że w interesie jego kraju nie mogło leżeć uzbrojenie po zęby molocha, który on sam niedawno nazwał „rozsadnikiem zarazy”.

    Jego słowa na temat diabła, brzmiały: „”If Hitler invaded Hell, I would at least make a favourable reference to the Devil in the House of Commons.” (gdyby Hitler zaatakował piekło, to znalazłbym dobre słowo dla diabła w Izbie Gmin.) Dobre słowo, to ciut co innego, przyzna Pan, niż ścisłe przymierze, jakie zawarł z Lucyferem.

    Trzymanie się paktów nie jest silną stroną polityków, a tym mniej brytyjskich mężów stanu, dlaczego więc w wypadku Stalina, którego uważał za potwora, wykonywał do końca wszystkie swe zobowiązania, nie bacząc, że Stalin nie wykonuje swoich? Niby w imię jakich interesów? Bo nie osobistych, nie swojego kraju i nie Imperium Brytyjskiego. Jeżeli to wszystko ma wychodzić z myśli nacjopnalistycznej – powtarzam: zapomnijmy tymczasowo, że Churchill nacjolaistą nie był, przyjmijmy roboczo, że był! – to musi mi Pan to jakoś pokazać, bo ja tego związku nie widzę.

    U Piłsudskiego np. można z łatwością wskazać, jak nacjonalizm go zaślepił wobec bolszewików. Jak punkt po punkcie narodowy egozim pchał go ku przegranej polityce. Ale ja tego nie widzę u Churchilla, bo o ile zboczony nacjonalizm może „usprawiedliwić” internowanie Petlurowców – fałszywie i perwersyjnie usprawiedliwić – to wydanie Kozaków nie da się uzasadnić w ramach nacjonalistycznych interesów brytyjskich.

    A jeśli nie nacjonalizm, to co powodowało Churchillem? Cokolwiek by o nim myśleć, to nie był człowiekiem tępym, naiwnym i rozumiał komunizm. Więc skąd nagle taka polityka?

  16. 16 dariusz rohnka

    Michał,

    Zupełnie nie mogę się zgodzić.

    Bolszewicy robią bardzo wiele dla nieustannego podtrzymywania własnej atrakcyjności, w licznych obszarach, aspektach, płaszczyznach, gdziekolwiek spojrzeć. Czy myślisz, że Shaw taki zadowolony po wizycie w związku sowieckim z własnej tylko perwersyjnej fantazji, czy jednak bolszewicy mieli jaki wpływ, choćby na gastrykę owego „geniusza”? Nie skarmiali przecie bydlaka parowanymi kartoflami, ale owszem były pewnie i likiery, koniaki, i kawior, i robotnice przystojne a świeże, i wsie potiomkinowskie. Czy to nie wymaga wysiłku, szczególnie gdy dotyczy nie jednego tylko przygłupa, ale tysięcy, setek tysięcy podobnych, naturalnych propagandzistów bolszewizmu?

    To tylko bardzo wąski wycinek w skali całego przedsięwzięcia, ale jednak dość znamienny. Główny wysiłek jest skierowany na odbiorcę masowego, na ofiarę już rzeczywistą i ofiarę dopiero potencjalną. To wysiłek ogromnej, niewyobrażalnej dotąd machiny propagandowej, to kreacja bolszewickiej pseudo rzeczywistości. Po co to robią, zdaniem Twoim? Przecie chyba nie dla siebie. Po co im walka o pokój i o elektryfikację wsi, o awans społeczny robotnika i edukację chłopki; współcześnie o homoseksualizm (żeby kwitł i się mnożył) i feministki (aby może w przyszłości zapanował bolszewicki matriarchat), no po co? Boć przecie chyba z nie troski o człowieka, czy z racji ich niezwykłej społecznej wrażliwości?

    Sfera, o którą zahaczyłeś, przesłuchiwanego Wata, jest może najciekawsza. To właśnie tu atrakcyjność bolszewizmu (z punktu widzenia ofiary, ofiary rzeczywistej) wydaje mi się najbardziej wyrazista, przewrotna, perwersyjna. To szalenie interesujące, tu zawiera się prawdziwe clue, istota bolszewizmu, ale – wybacz – rozwinę ten wątek przy innej okazji.

  17. 17 Orzeł

    Panowie pozwolą, że znowu się wtrącę…

    Mi też trudno się zgodzić ze zdaniem Pana Michała, że bolszewicy nie dbali o swój wizerunek na arenie międzynarodowej. Jeśli spojrzeć na ich strategię w dziedzinie propagandy, to bez trudu można dostrzec olbrzymie wysiłki przypudrowania i polukrowania prawdziwego oblicza komunizmu. W latach trzydziestych symbolem tego wysiłku były pseudo reporterskie wypociny Waltera Duranty i jemu podobnych cymbałów. W latach sześćdziesiątych, tuż po restrukturyzacji KGB powstał osobny departament odpowiedzialny za kreowanie pozytywnego wizerunku sojuza. Agencja Novosti przepuszczała gigantyczne budżety na robienie wody z mózgów różnym Gilbertom Becaud, czy Romeshom Chandra, żeby potem sławili ideę sił postępu jak świat długi i szeroki. Te gigantyczne nakłady finansowe przynosiły Kremlowi wymierne korzyści między innymi w postaci formowania zwartych oddziałów pożytecznych idiotów protestujących potem przeciwko imperialistycznej agresji w Kongo, Wietnamie, na Grenadzie i gdzie tam jeszcze jakiś przytomniejszy polityk próbował tę czerwoną zarazę powstrzymać.

    W przypadku Churchila zadziałał chyba ten sam mechanizm. To nie nacjonalizm skłonił go do wzmocnienia Stalina, tylko raczej właśnie podatność na sowiecką propagandę. Mimo, że do wielkiego Winstona docierały jakieś strzępy informacji o tym, czym jest czerwony reżim, to machina propagandowa komunistów skutecznie całość obrazu zaciemniała. Hitler miał po prostu gorszy PR.

  18. 18 Andrzej

    Panie Michale,

    Dziękuję Panu za ten precyzyjny cytat. Istotnie, nie świadczy on o chęci współdziałania „z diabłem” ale o zrozumieniu dla niego. Czy jednak nie wystarczało ono do tego aby po latach owocnej współpracy z Lucyferem (a jednak), wspomagać go do samego jej końca? Może to „zrozumienie” kazało mu wydawać na śmierć antykomunistów?

    Nie potrafię rzetelnie udowodnić mojej tezy o nacjonalizmie Churchilla. Wynika ona z mojego przekonania po ocenie jego działań i wyborów politycznych. Być może się myle więc godzę się nazywać to hipotezą.
    Jak przyczynek do tego tematu, pozwolę sobie na przytoczenie cytatu z radiowej mowy Churchilla z 1. października 1939 roku (cytat za http://www.churchill-society-london.org.uk/RusnEnig.html – daty tego wystąpieniania nie trzeba komentować):

    “I cannot forecast to you the action of Russia. It is a riddle wrapped in a mystery inside an enigma: but perhaps there is a key. That key is Russian national interest.”

    Jeśli twierdzenie o interesie narodowym (nacjonalistycznym) sowietów nie było naiwnością, nie wynikało z niewiedzy i nie było głupotą, to z czego mogło ono wynikać, jak nie z pojmowania sowieckiego tworu (praktycznej realizacji bolszewizmu) jako „podmiotu” opartego na narodowych interesach? Tak samo jak to było przez nacjonalistów postrzegane w pozostałym, normalnym, współczesnym Churchillowi świecie?

    Swoją drogą, warto też przytoczyć inną wypowiedź Churchilla w Izbie Gmin w dniu 29. maja 1919 roku:

    “Bolshevism is not a policy; it is a disease, it is not a creed; it is a pestilence.”

    A może to tylko bardzo daleko posunięty pragmatyzm jak o tej zmianie postawy można przeczytać w Internecie (http://www.winstonchurchill.org/support/the-churchill-centre/publications/finest-hour-online/725-the-creeds-of-the-devil-churchill-between-the-two-totalitarianisms-1917-1945)?
    Ale i ten powinien mieć swoje „twarde” uzasadnienie i nie bardzo wierzę w to że celem dla niego było „zachowanie >>burżuazyjnej<< wolności – w jego oczach, klucz do przetrwania cywilizacji". Jeśli nie był głupim człowiekiem.

  19. 19 michał

    Szanowni Panowie,

    Mówią Panowie o agit-prop czyli metodycznej agitacji i propagandzie, która jest częścią Metody, ale przyznają Panowie chyba, że tu nie ma czego dyskutować… Czy agitprop to ma być ta tajemnica atrakcyjności bolszewizmu?! Czy w agitprop ma leżeć tajemnica afirmatywnego stosunku do bolszewizmu?! Panowie mówią coś doprawdy dziwnego: bolszewizm przy całym swym paskudztwie jest atrakcyjny, bo tak mówią bolszewicy. Czy to nie jest aż nazbyt absurdlane?

    Darek,

    Przykład z Shawem wydaje mi się komiczny. Czy on pojechał tam antykomunistą będąc? Czy przekonała go wódka i kawior i hoże dziewoje? Używając tej samej logiki, mógłbyś twierdzić, że naziści dbali o atrakcyjność obozów koncentracyjnych, bo kazali więźniom się uśmiechać podczas wizytacji Czerwonego Krzyża! A tamte wizytacje były o wiele mniej przyjazne niż wizyty Shawów, Wellsów czy Aragonów. Jeśli to mają być źródła atrakcyjności bolszewizmu, to ja wymiękam.

    Panie Orle,

    Czy Durnaty (tak mi się napisało, ale niech zostanie, bo on durnowaty) był agentem czy tylko pożytecznym idiotą? W tym pierwszym wypadku (mniejsza o Duranty, ale w ogóle) byłoby to „dbanie o swą atrakcyjność ze strony bolszewii, ale w tym drugim, o wiele ciekawszym, powstaje pytanie, co czyni bolszewizm tak atrakcyjnym w ich oczach, bo przecież nie prymitywna agitprop, ani nie suto zastawiane kolacje w Moskwie. To jest prawdziwa tajemnica, na którą jak dotąd nie widzę odpowiedzi.

    O ile na Shawa czy Wellsa mogli wpływać, to jak wpływali na te tłumy wiwatujące na cześć wujaszka Ho albo Mao? Skąd TA atrakcja? Czy nie mogli się dowiedzieć prawdy o Ho? Kto im zmył mózgi?

    Podam bardziej ekstremalny przykład: każdy wie, że tzw. spisek Lockharta należy do sowieckiej wersji historii bolszewizmu. Lockhart jest w tej wersji synonimem zaciętego wroga, który chciał obalić młodą respublikę krat. Rzadko kto wie, że Lockhart był w rzeczywistości sympatykiem bolszewików… Mniejsza o ironię losu, ale dlaczego był sympatykiem w pierwszym rzędzie?? Jego wychowanie, wykształcenie, emocjonalne uwikłania, wiedza o bolszewikach z pierwszej ręki – wszystko powinno prowadzić go do odrzucenia bolszewizmu, więc dlaczego?

    A Churchill? Mówi Pan: podatność na bolszewicką propagandę, ale to dopiero jest tajemnica! Bo jakże to: nie był podatny w latach 30., gdy pisał o strasznej zarazie bolszewizmu, nie był podatny w 39 roku, gdy zaraza ruszyła z miejsca, nie był podatny w marcu 1946 roku w Fulton, ale był podatny przez krótki okres pomiędzy, kiedy to przez dziwny bieg okoliczności sprawował władzę… Czy wybaczy mi Pan, że mnie to nie przekonywa?

  20. 20 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Chciałbym przede wszystkim podkreślić z emfazą, że ja nie bronię Churchilla. Jego polityka podczas wojny i po niej, wydaje mi się jednak tajemnicza, bo niewytłumaczalna przy pomocy zwykłej hipotezy „egoizmu państwowego”. Gdybyż to było prawdą, ale nie było. Była to polityka na długa metę zgubna dla Imperium i Churchill nie mógł tego nie widzieć. Stąd nb. jego irytacja ilekroć mu to przypominano, a przypominali mu głównie liczni w ówczesnym Londynie Polacy.

    Słusznie przytacza Pan cytaty wskazujące na to, jak głęboko Churchill rozumiał, z czym miał do czynienia. Dlaczego więc z taką łatwością poddał się „dyskretnemu urokowi bolszewizmu”?

  21. 21 Orzeł

    Panie Michale!

    Zupełnie nie rozumiem Pańskiego zdziwienia reakcją Zachodu na bolszewizm. Dla mnie nie ma w tym nic tajemniczego. Przecież oni ze swej perspektywy, będąc pod wpływem czerwonej propagandy zwyczajnie musieli to kupić. Jeśli przyjąć, że każda idea, w tym idea społeczno-polityczna to towar, jak każdy inny, to wygrywa ta, która jest najlepiej sprzedawana. A od początku XX wieku żadna inna idea poza komunizmem nie była tak nachalnie i konsekwentnie promowana. I to wcale niekoniecznie przez „ojczyznę” robotników. Kryzys gospodarczy był dodatkowym katalizatorem nastrojów. Skoro kapitalizm jest taki nieludzki, a za miedzą mamy nowy wspaniały, nagłaśniany przez wszystkich awangardowych intelektualistów, artystów, filmowców, pisarzy, porządek, to na co czekać? Zróbmy sobie natychmiast taki sam raj u siebie. Te masy nie składały się wcale ze zdegenerowanych zwyrodnialców, ludzie chcieli sobie zrobić dobrze. Dlatego komunistyczna propaganda padła na tak podatny grunt.

    Z kolei tacy, jak Duranty niekoniecznie musieli być pożytecznymi idiotami. Sponsorowane wycieczki na Kreml, darmowa wódka i zakąski to zwykły proces korupcyjny, w wyniku którego sowieci stworzyli całą armię dziennikarzy i polityków, którzy po którymś z kolei takim wyjeździe zwyczajnie nie mogli już odmówić współpracy. I nawet w głowie im nie zaświtało, żeby analizować, czy przypadkiem nie propagują fałszywego obrazu rzeczywistości.

    Wróćmy na chwilę do Churchila. Przecież tuż pod jego nosem, w sercu Home Office kiełkowała V kolumna w postaci Kima Philby i jego kompanów. A trzeba pamiętać, że „piątka z Cambridge” to tylko czubek góry lodowej. Ludzi o prosowieckim nastawieniu (chociaż niekoniecznie agentów) było wtedy w rządzie całkiem sporo. Jeśli czerwona dezinformacja sączyła się niemalże wprost do ucha premiera, to nie ma nic dziwnego, że prowadził on tak głupią politykę wobec Stalina.

  22. 22 michał

    Drogi Panie Orle,

    Czy chce Pan przez to powiedzieć, że sowiecka agentura miała wpływ na idiotyzm polityki Churchilla? Czyli jak? Miała wpływ do momentu, jak stracił władzę i wtedy spadły mu łuski z oczu? Czy też Fulton Speech miało być podstawą jego polityki, gdyby NIE przegrał wyborów? A może miał być podstawą nawet wcześniej, tylko że podły Philby to zablokował?

    Nie ma wątpliwości, że brytyjski rząd był i jest naszpikowany agenturą, ale jeżeli potrafi Pan wyjaśnić mi, co sie działo w głowie Churchilla pomiędzy Poczdamem i Fulton, to bardzo proszę, bo dla mnie to jest niepojęte. A Philby tu nie ma nic do rzeczy.

    Z Durantym, to także nie jest zupełnie tak. Są pośrednie dowody, że wiedział, co się dzieje w sowietach (chodzi głównie o głód na Ukrainie), więc jeśli nie był pożytecznym idiotą, to był agentem – ale (o ile wiem) nie ma na to dowodów, a zatem znowu mamy zagadkową sytuację: bo skoro nie wykonywał poleceń, to w imię czego tak łgał?

    Nie przekonywa mnie Pański obraz targowiska idej. Jeśli ma Pan rację – czego nie wykluczam – to tylko byłby dodatkowy powód, dla którego antykomunizm nie powinien nigdy brać udziału w licytacji. Targ idej? Toż to zgroza. Idea jako towar? Zaraz będzie wartość jako towar itd.

    Podtrzymuję moją pierwotną opinię, że bolszewicy nie przypisują wielkiej wagi do „uatrakcyjniania” siebie samych. Nie czynią tego, ponieważ nie muszą, bo komunizm jawi się atrakcyjnym zarówno dla mas jak dla klerków, dla intelektualistów i dla proletów. Tylko dlaczego? I Pan, i Darek, zdają się odpowiadać: ze względu na sowiecką propagandę. Tylko że wszyscy wiemy, że agitprop buduje domki z kart, które nie utrzymują się, bo są fałszem, więc dlaczego to tak trwa?

  23. 23 Orzeł

    Panie Michale!

    Jak najbardziej sowiecka agentura mogła mieć wpływ na politykę Churchila, chociażby poprzez preparowanie fałszywych analiz poziomu zagrożeń, jakie stwarzał sojuz. To z jednej strony, a z drugiej można sobie wyobrazić opozycję na przykład w Izbie Gmin, gdzie bardzo uważnie patrzono premierowi na ręce, czy aby wystarczająco mocno wspiera dobrego wujka Joe przeciwko złemu Adolfowi. Wydaje mi się, że Churchil po prostu lawirował pomiędzy swoim antykomunizmem, a „realpolitik” i wspieraniem mniejszego zła, jak mu się wtedy wydawało. To oczywiście niezbyt dobrze o nim świadczy, jako o mężu stanu, ale i nie ma w tym nic tajemniczego. Kiedy stracił władzę, wrócił do swej poprzedniej retoryki, bo już za nic nie odpowiadał i z żadną opozycją nie musiał się liczyć.

    Natomiast Duranty i jemu podobni albo cynicznie łgali w żywe oczy(ale to chyba mniejszość), albo chcieli wierzyć w nowy wspaniały świat, więc „nieco” pomagali rzeczywistości. A z resztą może i w ogóle się nie zastanawiali nad istotą sprawy, tylko raczej delektowali swoją pozycją ludzi światłych i postępowych na pewnym poziomie.

    Ciągle nie mogę się zgodzić, że sowieci nie dbali o swoją atrakcyjność. Cała czerwona machina propagandowa była przecież nastawiona właśnie na jak najlepsze sprzedanie ich bandyckiej ideologii. Fakt, że te ich domki z kart są fałszem, nie ma większego znaczenia, bo grupa docelowa jest mało dociekliwa i bezgranicznie głupia. Więc i przekaz nie musi być specjalnie finezyjny, ale musi być konsekwentnie dawkowany. A to też jest jakiś wysiłek.

  24. 24 anton_pl

    No właśnie, te idee ktoś musiał propagować a ktoś je czytał i przyswajał na własną szkodę. Właścicielami wielkich wydawnictw i wielu tytułów prasowych na pewno nie byli rosyjscy chłopi ani robotnicy, i o ich szczęście i pomyślność tu nie chodziło. Teraz jest nie inaczej, bo bolszewizm wcale nie upadł on mutuje, dzisiaj zamiast chłopa czy robotnika na sztandarach jest ktoś inny, a tzw. elity europejskie są znacznie bardziej zdemoralizowane jak te z początków XX wieku, nie jest przypadkiem że akurat pan musisz pisać w podziemiu :D

  25. 25 michał

    Panie Orle,

    I co się stało z tymi fałszywymi analizami i ich wpływem, kiedy przyszło do pisania mowy w Fulton?

    Trudno naprawdę utrzymywać, że Churchill nie wiedział, z kim ma do czynienia, cokolwiek mu podsuwała sowiecka agentura. Mówimy o człowieku, który jest autorem określenia bolszewizmu, jako zarazy, na Boga jedynego! Jeszcze będąc u władzy, ale wiedząc już, że najprawdopodobniej przegra wybory, oskarżył w Poczdamie Stalina o zamknięcie wschodniej Europy wbrew wszelkim umowom: „An iron fence has come down around them.” On sam zbudował ten płot, więc gdzieście byli jak grzmiało? Mówi Pan na to: lawirował, zgoda. Ale z tym lawirowaniem trudno pogodzić wydanie własowców, Kozaków i czetników, nie sądzi Pan? Gdyby rzeczywiście lawirował, albo choćby próbował lawirować, to opóźniałby i kazał znajdować wybiegi i biurokratyczne przeszkody, a nie przyspieszał i poganiał.

    Widać nie mam Pańskiej przenikliwości, skoro nie potrafię go przejrzeć. Ale zdecydowanie nie potrafię. Dla mnie to jest właśnie najlepszy przykład tej tajemniczej atrakcyjności bolszewizmu, wbrew wszystkiemu, wbrew oczywistości i na przekór odruchom wymiotnym. Zaraza jakaś i tyle.

    Agitprop jest dla utrzymania zsowietyzowanych mas w stanie słodkiej sowietyzacji. Konsekwentne dawkowanie mało finezyjnego przekazu na zewnątrz w żadnej innej sytuacji nie przyniosłoby nikomu sukcesu. Może spróbuję wytłumaczyć mój punkt widzenia inaczej: Otóż agitprop działa dlatego, że nie ma sposobu zanegować, zakwestionować tych idiotyzmów. Jak w słynnym przykładzie czarnego sukcesu: wskazują palcem na sufit i mówią: ten sufit jest czarny. Kropka. Jak z tym polemizować? Można tylko odwrócić się i pójść sobie, ale tego akurat nie wolno. Tymczasem na zewnątrz mogą się odwrócić i pójść sobie, mogą to wyśmiać, mogą doszukiwać się prawdy, mogą kwestionować, ale nie czynią tego. Dla Pana to jest jasne i oczywiste, a dla mnie nie. Taka już moja ułomność. Nie mogę pojąć, dlaczego wolny człowiek, z własnej nieprzymuszonej woli, chce łykać gówno.

    Nb. Mackiewicz mówił o tym wielokrotnie, że postępy sowietyzacji należy badać na Zachodzie, z dala od czołgów, drutów i pałek, bo te tylko zaciemniają obraz.

  26. 26 michał

    Panie Antonie,

    Nie jest przypadkiem, ale kwestią wyboru. Nie „muszę pisać w podziemiu”, tylko chcę, to jest świadomy wybór. I choćby mnie obłudnik powszechny wraz z wybiórczą gazetką błagali, to nie pójdę do prlowskich pisemek. (Na wszelki wypadek dodam, że się na to nie zanosi, więc to nie jest z mojej strony wielkie wyrzeczenie.)

    Widzę, że wyznaje Pan klasową teorię idej, a także klasową teorię własności wydawnictw; mało tego, posuwa się Pan nawet do klasowej teorii szczęścia i pomyślności. Mam nadzieję, że nie będzie dla Pana zawodem, jeśli wyznam, że to duby smalone. Ludzie są różni, każdy inny. Szczęście i pomyślność są indywidualną sprawą, a nie wektorem przynależności klasowej.

    W jednym się Pan nie myli. Tzw. elity współczesne są o wiele bardziej zdemoralizowane niż te z przed 100 lat. ALE… akurat rosyjskie elity z początku XX wielu były ostro lewicujące i to one właśnie stworzyły tło dla zwycięstwa bolszewików. Natomiast prawdziwie zdemoralizowane elity amerykańskie z czasów przed reformami Roosevelta (Teddy nie FDR), przetrwały tylko ciut zubożałe. Obawiam się więc, że per analogiam, dzisiejszy kryzys przetrwają lepiej zdemoralizowane elity niż te przejęte lewackim bełkotem. Chociaż to jest dziwnie smutna konstatacja.

  27. 27 Orzeł

    Panie Michale!

    Z tymi Kozakami i własowcami to jest faktycznie zagadka, na którą nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Być może były to dalekie echa jakiejś umowy z Jałty, albo nawet Techeranu, o której do dziś nic nie wiemy.

    Natomiast w kwestii „odmiany” poglądów Churchila podczas wystąpienia w Fulton, to przyszła mi do głowy taka hipoteza (od razu zastrzegam, że nie mogę jej poprzeć żadnymi konkretnymi dowodami):

    Być może Winston wpadł po prostu w tą samą pułapkę, w którą wpadli jego poprzednicy przy okazji NEP-u a potem następcy łykający bez zmrużenia okiem pierestrojkę. Podczas wojny Churchil mógł sobie pomyśleć, że może ci wstrętni bolszewicy jednak nie są tacy do końca źli, skoro walczą z Hitlerem, może jednak ewoluują ku cywilizacji zachodniej, skoro sam Stalin przywrócił do łask przedstawicieli kościoła prawosławnego, żeby namawiali do obrony rodiny. Znaczy, jest światełko w tunelu, wystarczy podesłać im trochę spitfire’ów, pomóc w tym trudnym dla nich czasie, a oni potem się odwdzięczą i ucywilizują. No i będą dotrzymywali umów, przecież z tego Stalina to w sumie taki dobry i godny zaufania sojusznik… A potem, wyszło jak zwykle, stąd płacz, rwanie włosów z głowy i wielkie zdziwienie.

    Przepraszam, jeśli to zabrzmiało, jak kpina, ale idę o zakład, że dziś od premiera Camerona po Catherine Ashton wszyscy w Wielkiej Brytanii to samo mówią o Putinie, więc dlaczego Churchil te kilka dekad wstecz miałby się wykazać większą przenikliwością?

  28. 28 Orzeł

    Oczywiście „Teheranu” – diabeł zamieszał…

  29. 29 michał

    Chyba wiemy, że to było w wyniku umowy, ale po pierwsze, Brytyjczycy nie są od tego, żeby nie dotrzymywać umów, kiedy im tak wygodnie, a po drugie, sowieciarze już wtedy złamali mnóstwo umów, czego Churchill był świadom, i czego dowodzą także jego słowa z konferencji w Poczdamie, zacytowane powyżej. Jak już wielokrotnie w toku tej dyskusji wspomniałem, nie bronię Churchilla, ale trzeba jednak pamietać o klasie człowieka, nawet jeśli się z nim nie zgadzać. A Churchill to nie był Cameron ani Ashton (nawiasem mówiąc lejburzystowska biurwa z czysto bolszewickim życiorysem, o której nawet w Anglii nikt nie słyszał, co pewnie jest błogosławieństwem), tylko wyjątkowej klasy mąż stanu.

    Oczywiście jest prawdą, że dał się nabrać, ale mówiąc prawdę to właśnie wydaje mi się najbardziej tajemnicze w tej sprawie: dlaczego inteligentni skądinąd ludzie (Reagan i Thatcher są w tej samej kategorii) nagle okazują się bebronni wobec tej zarazy? Co ich rozbraja? Albo inaczej: jakie są źródła afirmatywnego stosunku do bolszewizmu? Pytanie Darka wydaje mi się trafne, nie przekonywa mię odpowiedź…

  30. 30 tomasz

    A może zastosowano starą i skuteczną metodę: SZANTAŻ…
    Jakieś szczegóły z życia osobistego. Ale to tylko domysły. To tylko literatura.

  31. 31 michał

    Cha, cha! Zabawne, ale nie sądzę. Gdyby sowieciarze mieli haka na Churchill, to z czasem nic nie powstrzymałoby ich przed jego ujawnieniem. Bo niby dlaczego mieliby się powściągać? Dla zachowania godności Churchilla? Ale kto wie?

  32. 32 tomasz

    Nie, nie… Właśnie wizerunek Churchilla jako poważnego, suwerennego polityka jest potrzebny do tej układanki. Oddał kozaków sowietom bez żadnych ceregieli. Ujawnienie takich machlojek nie miałoby żadnego sensu. Po wykonaniu zadania mógł sobie dalej gadać nt. sowietów, co mu się podobało. Połowa Europy była już pod sowieckim panowaniem i nic nie mogło tego odwrócić.

  33. 33 michał

    Tak, ale gdyby mieli w zanadrzu coś kompromitującego, to już by to dawno wypłynęło. W jakim celu mieliby to ukrywać?

  34. 34 tomasz

    W takich wypadkach jest jeden oczywisty cel: cały świat ma myśleć, że delikwent prowadzi suwerenną politykę. Ujawniając zepsuliby cały mechanizm. To by mogło działać uodparniająco, a nie o to czerwonym chodzi.

  35. 35 tomasz

    uodporniająco

  36. 36 michał

    W jaki sposób wykazanie, że polityk czczony jako największy mąż stanu Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich 150 lat, nie prowadził własnej polityki, tylko cudzą, mogłoby uodpornić kogokolwiek na sowiety???

    Mechanizm odkrycia prowokacji po jakimś czasie jest oczywisty: proszę, my możemy wszystko zrobić, potem powiedzieć dokładnie co zrobiliśmy, a wy nam możecie nakukać! Dokładanie tak postąpili z rokiem 1989 w Czechach, o czym pisał Darek w artykule „Spowite w aksamit”: sprowokowali mizerne demonstracje, pozorując śmierć studenta, po czym przyznali się i co? Inaczej mówiąc: a ot, proszę, ten sufit jest czarny, tak wam, durnie, wmówiliśmy, pomimo że przecież jest biały.

  37. 37 tomasz

    „W jaki sposób wykazanie, że polityk czczony jako największy mąż stanu Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich 150 lat, nie prowadził własnej polityki, tylko cudzą, mogłoby uodpornić kogokolwiek na sowiety???”

    Ano w taki, że się iewropejczykom ciągle wydaje, że są suwerenni, a bolszewik spokojnie kręci swoimi młynami. Sowietom zależy na świętym spokoju. Być może teraz po latach mogliby sobie taką tajemnicę upublicznić, ale w czasie wojny i zaraz po niej chcieli być atrakcyjni.

  38. 38 tomasz

    Przyszło mi jeszcze coś takiego do głowy: Zdrada opisana w Kontrze Mackiewicza była, po prostu transakcją za jakieś ustępstwa wobec Aliantów ze strony sowieciarzy. Może chodziło o Austrię, albo coś innego. Trzeba by poszperać.

  39. 39 michał

    Panie Tomaszu,

    To w ogóle nie jest schemat sowieckiej prowokacji. W pewym momencie w prowokacji Trustu, wyłożyli szczegółowo, że to prowokacja, i wydaje mi się zupełnie oczywiste dlaczego. To jest jakby wziąć szczeniaka za kark i wytytłać mu mordkę w jego własnych odchodach. To jest psychologicznie zrozumiałe.

    Pańska hipoteza nie wydaje mi się psychologicznie uzasadniona, ponieważ nikt na świecie nie myśli w taki sposób, jak to Pan wykłada. Kiedy coś jest niewygodne, to się to spycha na margines, „zgarnia pod dywan”, jakmówi angielskie powiedzonko. Niech Pan spojrzy, jak postępują Anglicy wobec zabójców Litwinienki. W ich własnym kraju, agenci obcego mocarstwa zamordowali „brytyjskiego poddanego” (miał chyba paszport brytyjski). I co? I nic? Czasami pohukają na ten temat i tyle.

    Nie wiem, o jakiej transakcji Pan mówi. Chyba ponosi Pana wyobraźnia.

  40. 40 tomasz

    Dlaczego przyjmować tylko jeden schemat działania bolszewików? Przecież było już wielokrotnie powiedziane i napisane, że dla osiągnięcia sowieckich celów każda metoda jest dobra. Jeżeli o transakcję chodzi, to jasne, że to tylko fantazja.

  41. 41 michał

    Zgoda, więc jaki dokładnie cel sowiecki miałby być osiągnięty przez zatajenie swej wyższości? Wydaje mi się to absurdalne.

  42. 42 tomasz

    Celem jest utrzymanie opinii, że tacy wielcy politycy jak Churchil szanują bolszewików i się z nimi układają, że sowdepia jest normalnym państwem. Celem jest utrzymanie pozorów. Polecam przeczytanie wspomnień Tamary Sołoniewicz z wizyty delegacji górników z Anglii w bolszewii w 1926 r. (Karta 62/2010) Można tam zobaczyć, jak czerwonym zależało na „świadectwie” górników z Anglii. Toporna to była robota, ale skuteczna. Anglicy widzeli po jakimś czasie, że są robieni w konia, ale wmanewrowano ich w oświadczenie dla ,,prasy” sowieckiej. Angielska uprzejmość nie pozwoliła im na zbyt stanowczą krytykę tego, co zobaczyli. No i już byli ugotowani, bo dla zachowania twarzy po powrocie do Anglii opowiadali te same bajki. A prawda? Drobiazg.

    Jeszcze na temat Kozaków: może powodem zawierania takich układów ze strony aliantów był strach przed armią czerwoną. Sowieciarze byli już tak blisko ich ciepłych mieszkanek, więc lepiej było spełniać ich ,,zachcianki”.

    Kolejny powód (może naistotniejszy): alianci chcieli się pozbyć świadków bolszewickich zbrodni. Taka ilość uciekinierów z sowdepii – naszego sojusznika – sprawiałaby duży kłopot swoimi świadectwami, aktywnością, pokazywaniem, że zbrodnie bolszewickie pod każdym względem prześcigają hitlerowskie i trwają o wiele dłużej. Oczywiście ktoś powie, że świadectwa były i nic nie dały. Ale tu chodzi o ilość tych świadectw i kłopoty z tym związane. Wyobraźmy sobie wielką demonstrację tysięcy kozaków w Norymberdze podczas procesów… Lepiej było pozbyć się kłopotu. Płakać się chce…

  43. 43 michał

    Panie Tomaszu,

    Dziękuję za wyjaśnienie sowieckich metod. Dotąd zdawało mi się, że je mniej więcej rozumiem, ale teraz już wiem na pewno. Zwracam Panu uwagę, że pytanie dotyczyło raczej siły owego magicznego wpływu tej aż nazbyt prymitywnej propagandy: ci sami ludzie nigdy nie daliby się nabrać, gdyby poddani zostali tej samej operacji przez kogokolwiek innego.

    Co do Churchilla, to przypominam Pańskie własne słowa: „A może zastosowano starą i skuteczną metodę: SZANTAŻ… Jakieś szczegóły z życia osobistego. Ale to tylko domysły. To tylko literatura.”

    Nie ma na takie domysły żadnych dowodów, ale to nieważne. Ważne, że są nieuzasadnione, z powodów wyłożonych przeze mnie wcześniej.

    „Wydano Kozaków z lęku przed krasną armią”?? Czy nie uderza to Pana jako nazbyt już nierealistyczne? Boimy się wrogów, więc oddamy im w ręce najbardziej zaciętych ich wrogów, dobrze wyszkoloną armię, która mogłaby walczyć po naszej stronie. Cała ta historia jest właśnie wbrew wszelkim zasadom real-politik.

    Jedyne w miarę przekonujące wyjaśnienie, jakie ktoś mi podsunął, to że alianci uważali Kozaków i własowców za zdrajców. W głowie im nie postało zastanawiać się nad ich motywami: przeszli na stronę Hitlera, więc zasługują na stryczek. Koniec. Kropka.

  44. 44 tomasz

    A jak się Pan ustosunkowuje do mojej ostatniej hipotezy?

  45. 45 michał

    No, tak. To jest argument typu: baba z wozu, koniom lżej.

    Może po prostu muszę jeszcze raz przeczytać „Kontrę”.

  46. 46 tomasz

    „Wydano Kozaków z lęku przed krasną armią”?? Czy nie uderza to Pana jako nazbyt już nierealistyczne? Boimy się wrogów, więc oddamy im w ręce najbardziej zaciętych ich wrogów, dobrze wyszkoloną armię, która mogłaby walczyć po naszej stronie. Cała ta historia jest właśnie wbrew wszelkim zasadom real-politik.

    Z tego, co wiem to Anglicy nie mieli w planie wojny z sowietami. Oddali pół Europy w ręce zbrodniarzy, więc po co im jeszcze kłopot z kozakami.

  47. 47 michał

    Mam wrażenie, że Pan kręci się w kółko. To była odpowiedź na Pańską sugestię: „może powodem zawierania takich układów ze strony aliantów był strach przed armią czerwoną. Sowieciarze byli już tak blisko ich ciepłych mieszkanek, więc lepiej było spełniać ich ,,zachcianki”.”

  48. 48 tomasz

    „Jedyne w miarę przekonujące wyjaśnienie, jakie ktoś mi podsunął, to że alianci uważali Kozaków i własowców za zdrajców. W głowie im nie postało zastanawiać się nad ich motywami: przeszli na stronę Hitlera, więc zasługują na stryczek. Koniec. Kropka.”

    Teraz też mi się tak wydaje. To raczej było pierwotnym motywem.

  49. 49 michał

    Rzeczywiście kręcimy się w kółko. Tak, to jest wyjaśnienie postawy Brytyjczyków wobec Kozaków i własowców, ale pozostaje zagadka zachowania Churchilla, który był gotów nie dotrzymywać umów – choćby umów z Polakami – a w tym wypadku dotrzymał swojej strony umowy, pomimo że rozumiał już, że jest nabijany w butelkę, o czym świadczy jego mowa w Fulton.

  50. 50 tomasz

    Panie Michale, czy jest w internecie tłumaczenie mowy z Fulton? Znalazłem jakieś fragmenty przetłumaczone bardzo topornie. Mój angielski jest za słaby, żeby to dobrze zrozumieć w oryginale.

  51. 51 michał

    Nie wiem, Panie Tomaszu. Ja z kolei nigdy nie czytałem tego po polsku.

  52. 52 Andrzej

    Panie Michale i Panie Tomaszu,

    Osobiście nie jestem w pełni przekonany co do tego, że było to proste uznanie za zdrajców Kozaków i Własowców. Czy zawarli oni jakikolwiek układ z USA czy też Wielką Brytanią jako suwerenny podmiot i go złamali czy też może „zdradzili sowietów”? .
    Wydanie ich było spełnieniem żądań sowietów które Amerykanie i Brytyjczycy zaaprobowali w Jałcie i które dotyczyły wszystkich których Stalin traktował jako „obywateli sowieckich”.
    Stąd wydano im także cywili, bez względu na to czy odgrywali jakąkolwiek rolę w walce z sowietami.
    Przyjęto za aksjomat: zdrajcy sowietów są naszymi zdrajcami. Wszelkie działania sowietów uznano za niebyłe (także własne wykluczenie ich ze „wspólnoty międzynarodowej” po napaści na Finlandię) a wszystkie ich życzenia za konieczne do spełnienia.
    Myślę że Churchill chciał aby Wielka Brytania wygrała wojnę jak najmniejszym kosztem i płacił za to każdą cenę. Było to myślenie w kategoriach swojego kraju i narodów jakie reprezentował a nie w kategoriach całego świata. Ten koniunkturalizm przeważył jego wcześniejsze postrzeganie komunizmu jako światowej zarazy.
    W roku 1945, Roosevelt i Churchill zawarli ze Stalinem taki sam układ który zawał z nim Hitler w roku 1939. Hitler miał jednak swój cel który prędko zrealizował. A jakie cele mieli Roosevelt i Churchill?

    Pragnę też zwrócić uwagę, że „postawa Brytyjczyków” nie dotyczyła tylko Własowców (gen. Własow został porwany przez sowietów gdy faktycznie był w niewoli amerykańskiej i w trakcie rozmów z lokalnym amerykańskim dowództwem) i Kozaków ale także Chorwatów których setki tysięcy (w tym przynajmniej połowę stanowili cywile, w kolumnie uciekinierów byli też Słoweńcy i Serbowie a nawet jednostki serbskich czetników) wydano na śmierć w ręce Tito. Nie rozumiem dlaczego hasło „Bleiburg”, w naszych polskich rozważaniach, jest praktycznie pomijane wśród zbrodni komunizmu i czynów tych, którzy im pomagali. Czy zbrodniczość ustaszów stanowi tu wystarczające uzasadnienie? Czy tak też odbieramy kwestię niemiecką czy inną?
    Rzecz miała miejsce w miejscu i czasie nie tak odległym od opisywanej przez Józefa Mackiewicza”zbrodni w dolinie rzeki Drawy”.

  53. 53 michał

    Drogi Panie Andrzeju.

    Z jednej strony mówi Pan, że to nie takie proste, jak „uznanie za zdrajców Kozaków i Własowców”, by zaraz potem napisać: „Przyjęto za aksjomat: zdrajcy sowietów są naszymi zdrajcami.” Było zatem tak proste czy nie?

    Przyznaję, że jestem rozczarowany moją własną nieumiejętnością określenia mojego własnego stanowiska. Zacytowałem wcześniej, przekonującą hipotezę podsuniętą mi przez pewnego rozmówcę (niewirtualnego rozmówcę), jako przekonujące wyjaśnienie psychologii wydania Kozaków: skoro Stalin był naszym wielkim sojusznikiem, to ci, co wystąpili przeciw niemu są zdrajcami, a zdrajcy idą na szafot. To wyjaśnia brak jakiegokolwiek zainteresowania dla „ofiar Jałty”, jak ich nazwał w 40 lat później hrabia Nikołaj Tołstoj.

    Ale to nie wyjaśnia postawy człowieka takiego jak Churchill.

    Cokolwiek by nie myśleć o Churchillu, to nie był głupcem. Nie jest on w tej samej kategorii polityków, co Roosevelt, Truman, Eisenhower czy de Gaulle, którzy nie mieli pojęcia z czym mieli do czynienia. Churchill miał dokładnie pojęcie. Wiedział przed wojną, i wiedział po wojnie. Wiedział w miesiąc po wydaniu Kozaków, kiedy w Poczdamie powiedział do Stalina, że tamten ZŁAMAŁ UMOWĘ JAŁTAŃSKĄ. I wiedział, kiedy pisał mowę w Fulton. Ale nie wiedział, kiedy wydawał Własowców?

    Dlatego używam go jako przykładu tego dziwnego wpływu komunizmu na wolnych i skądinąd inteligentnych ludzi. Dlatego podjąłem dyskusję w kwestii „źródeł afirmatywnego stosunku do bloszewizmu”, które pomimo wysiłaków Darka Rohnka, wydają mi się nadal niejasne.

    Zaraza jakaś, czy co?

  54. 54 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Słusznie wykazał Pan oczywistą sprzeczność w moim wywodzie. Chodzi mi jednak o to, że ustalenie przez Churchilla iż „zdrajcy sowietów są naszymi zdrajcami” na podstawie chwilowego „zarażenia się komunizmem”, wydaje mi się zbyt proste. Sądzę, że musiał mieć ku temu racjonalne powody i uważać że robi to w interesie swojego kraju skoro był jego przywódcą. Musiał zrobić rachunek zysków i strat. Ale przecież, jak Pan słusznie pisze, „miał dokładne pojęcie” i nie był głupi. Zapewne więc to dobrze skalkulował.
    Sądzę też, że musiał istnieć dodatkowo inny istotny czynnik, racjonalizujący jego wybór i stawiam na źle rozumiany patriotyzm.

    Zawsze myślałem że w Jałcie Churchill zgodził się na wydanie Stalinowi wszystkich których tamten uważał za „sowieckich obywateli” . Nie uważam aby to co powiedział w Poczdamie było w odniesieniu do wydania Kozaków. Czyżby nie podpisał się pod tym czynem już pół roku wcześniej?
    Czy można uznać, że „wpływ komunizmu” był wystarczającym powodem tej zgody? Czy też może Kozacy (i nie tylko) byli dla niego tylko „blotką” którą rzucał na stół aby nie przegrać (zbyt wcześnie?) partii gry?

  55. 55 michał

    Panie Andrzeju,

    Ja nie przypisuję tego motywu Churchillowi. I sądziłbym, że powinien mieć jakieś racjonalne powody dla swego postępowania, tylko że ich nie widzę. „Źle rozumiany patriotyzm” może wyjaśniać postawę Piłsudskiego wobec Petlury, ale jak można go zastosować wobec Churchilla i Kozaków, tego nie rozumiem. Ale pisaliśmy już o tym, więc znowu kręcimy się w kółko.

    Najczęściej słyszy się od Bytyjczyków argument, że umów trzeba dotrzymywać…, a że nie dotrzymali innych umów tylko tę właśnie? Że jednocześnie Stalin nie dotrzymał swojej strony umowy, czego Churchill był świadom (o tym właśnie świadczy jego wypowiedź w Poczdamie).

    Jeśli Kozacy – i jak Pan słusznie zauważa, Własowcy, Chorwaci, czetnicy, a nawet generał von Pannwitz, który był bohaterem tamtej wojny – byli pionkami, które można poświęcić, to jaką grę Churchill grał?

    Ja tego po prostu nie rozumiem.

  56. 56 michał

    Powyższy komentarz umieściłem w pośpiechu jako „admin”, za co przepraszam.

  57. 57 Andrzej

    Panie Michale,

    Być może odpowiedź jest prostsza niż nam się zdaje. Być może, dopóki nie poznamy niektórych archiwów, rzeczywiście można będzie tylko „kręcić się w kółko”.

  58. 58 michał

    Panie Andrzeju,

    Wykluczyć tego nie można, ale mówiąc prawdę, nie oczekiwałbym żadnych rewelacji. Sowieci dawno pokazaliby cokolwiek, co mogłoby ośmieszyć bądź odbrązowić mit Churchilla, jak próbowałem wykazać wcześniej w wymianie z p. Tomaszem. Brytyjskie archiwa są pewnie ciekawsze i operują tzw. „100 years rule”, tzn. mają prawo w szczególnych wypadkach nie ujawniać zawartości akt przez aż tak długi czas. Wiemy z całą pewnością, że niektóre akta są „zatrzymane na sto lat”, więc na pewno są w nich dane, które ktoś uważa za bardzo delikatne.

    Proszę jednak pamiętać, że wydanie Kozaków (i innych) jest tylko szczytem góry lodowej. Prawdziwą tajemnicą jest nie zachowanie Churchilla wobec Kozaków czy Mihajlovicia, ale wobec Stalina. Nie sądzę, żebyśmy mieli dowiedzieć się czegoś zasadniczo nowego w tym względzie – pozostanie więc tajemnicą, dlaczego inteligentny i przenikliwy mąż stanu, zachowywał się nagle jak zagubiona pensjonarka.

  59. 59 Jaszczur

    Panowie,

    Sowietom nie wydano tylko Kozaków, Własowców, Ustaszy czy Czetników. Przypomnę, że polscy antykomuniści (na czele z płk. Ignacym Matuszewskim) o mało co nie skończyliby w obozach internowania dla „American Germans” i „American Japs”, bo ich antykomunizm, a co za tym idzie, krytykowanie sojuszu mocarstw zachodnich z ZSRS było postrzegane jako stawanie w jednym froncie z państwami „Osi” i działanie na szkodę USA.

    Ale tutaj przyczyna takiego postępowania Amerykanów jest (przynajmniej w jakiejś części) znana – elity były pod silnym wpływem komunistycznej agentury wpływu (w tym „polskich” komunistów).

  60. 60 michał

    Nic się nie zmieniło! Amerykanie pozostają pod wpływem bolszewików. Nie oni jedni. Polacy też.

  61. 61 tomasz

    Demokracja nie jest w stanie pokonać bolszewizmu. Powód: bolszewizm jest najwyższą formą demokracji. Tak, tak. Demokracja wyrosła z zakłamania, odwrócenia znaczeń słów, wyeliminowała bojaźń bożą z życia.

    Czytam teraz Pamietniki Wędziagolskiego. Tam widać wyraźnie ten kompletny brak instynktu samozachowawczego wśród większości demokratów. A wystarczyło kilka strzałów i sprawa skończona.

    Demokracja spłaszcza i eliminuje jednostki wybijające się ponad średnią (patrz Sawinkow, Korniłow). Dlatego zawsze przegrywa z bolszewicką zarazą.

    Komunizm wyzwala w demokratach kompleks niższości, inteligencki podziw dla krzepy, bezczelności, chamstwa… „Inteligencki” nie znaczy inteligentny.

  62. 62 Jaszczur

    Panie Tomaszu,

    Demokracja (liberalizm też!) po prostu torują drogę bolszewizmowi, bo – parafrazując Carla Schmitta – są krytyką polityki, są „masturbacyjną fantazją”, nie mającą nic wspólnego z faktami i prawami życia.
    Jak słusznie stwierdził kiedyś Junger (nie pamiętam tylko który, czy Ernst, czy Friedrich Georg), „po wegetarianach przychodzą kanibale”.

  63. 63 Jaszczur

    Panie Michale,

    Niestety tak jest, i tak było. Ale przykład płk. Matuszewskiego podałem, bo moim zdaniem on również wyjaśnia przyczyny karmienia czerwonego krokodyla przez zachód w czasie II WŚ i po jej zakończeniu.

    Działanie przeciwko sowieckiemu sojusznikowi była traktowana jako „zdrada” tegoż sojusznika, co rozszerzano na całą tzw. koalicję antyhitlerowską.

    Gdyby optyka elit zachodu była inna, to agentura nie miałaby takich sukcesów na tym polu, albo musiałaby zmienić narrację.

  64. 64 tomasz

    Szanowny Panie Jaszczurze,
    „…optyka elit zachodu…”
    Spróbujmy rozebrać to wyrażenie. Elity zachodu to zbiorowisko bezmyślnych leniuchów, wykształconych na uczelniach sparaliżowanych duchem d e m o k r a c j i. Zachód? Demokratyczny! Optyka? Demokratyczna!

    Marian Zdziechowski pisał o półbolszewikach w Polsce przedwojennej. Półbolszewik jako niższa forma, musi patrzeć z podziwem na wyżej stojącego bolszewika. Półbolszewik nie zna bolszewizmu z autopsji, więc wydaje mu się sympatyczny. Półbolszewik żyje w dobrobycie i nie będzie tego stanu ryzykował dla jakiejkolwiek idei.

  65. 65 Jaszczur

    Szanowny Panie Tomaszu,

    Demokracja (ja wolę termin „demoliberalizm” jako bardziej adekwatny) jako półbolszewizm? By być precyzyjnym – to połowa drogi do bolszewizmu, przedpokój bolszewickiego piekła.

  66. 66 Andrzej

    Czy nie uważacie Panowie, że istnieje wiele wspólnych cech bolszewizmu i współczesnej liberalnej demokracji?
    Dla przykładu obie „metody” zakładają tzw. postępowy determinizm dziejowy.
    Czytam obecnie książkę , w której autor (nb. z kręgu „polrealistów”) dość przekonująco to uzasadnia.

    Jeśliby tak było to, czy od lat zapowiadana z obu stron, tzw. konwergencja (stopienie się tych „metod”) nie jest rzeczą łatwą do wykonania i poniekąd naturalną? To, że bolszewizm w tak ogromnym tempie ogarnął już cały świat jest wynikiem słabości tego świata ale może też wyjątkowo skutecznego wykorzystania jego natury. Do przejęcia wystarczyło tylko wejście na jego tory. W ten to sposób sprawdza się leninowska (tfu!) teza o sznurze.

  67. 67 michał

    Wydaje mi się, że wszyscy Panowie wskazujecie trafnie na „źródła afirmatywnego stosunku do bolszewizmu”.

  68. 68 Jaszczur

    Tak Andrzeju, poza tym odsyłam do tego, co pisałem wcześniej P. Tomaszowi (a właściwie do cytatów Schmitta, Jungera i Orwella, w końcu mądrzejsi byli…)

    Masz także rację, że i demoliberalizm, i komunizm/bolszewizm uznają się za ostateczny etap historii. Ale czy aby nie czynią tego ze względów socjotechnicznych i propagandowych?

    O jakiej książce, jakiego autora piszesz?

  69. 69 tomasz

    Panie Jaszczurze,
    wydaje mi się, że termin demoliberalizm został wymyślony właśnie przez półbolszewików grzęznących po uszy w bolszwickim łajnie. Jest terminem używanym namiętnie przez tzw. prawicę w naszym słodkim peerelu. Taka pozorna antynomia: demokracja – demoliberalizm. Celowo używam terminu demokracja. Chodzi mi o pokazanie, że taki twór jest od początku mydleniem oczu szanownej publiczności. Wmawia się publiczności, że jest podmiotem, natomiast faktycznie publiczność jest stale poddawana manipulacji. Demoliberalizm – to niby taka zgniła odmiana demokracji. Nie było żadnej lepszej odmiany demokracji. Tylko do pewnego momenty żyli ludzie wychowani w monarchiach, nie wstydzący się bronić zwykłych zasad moralnych. Totalitaryzm demokratyczny poradził sobie z ty zwyrodnieniem w dość krótkim czasie.

    Churchil na każdym etapie stosował wobec wyborców odpowiednią taktykę. Nazwał bolszewizm zarazą w czasach, kiedy lud brytyjski tego oczekiwał. Bratał się z sowietami, aby obniżyć maksymalnie koszty zwycięstwa nad Hitlerem. Przemówienie w Fulton konserwuje istniejącą sytuację. Mowa jest tylko o prewencji. Byle zachować stan posiadania. Słowa o żelaznej kurtynie i kilka łez uronionych nad ciężkim losem wschodniej Europy niech nam nie zasłaniają ogólnego przesłania tego przemówienia: pokój, pokój… (skąd my to znamy?). Lud po wojnie oczekiwał pokoju, spokoju… Zaznaczam, że opieram się na fragmentach przetłumaczonych na polski i próbach zrozumienia tekstu angielskiego.

  70. 70 michał

    Panie Tomaszu,

    Zgadzam się, że antynomia demokracja-demoliberalizm jest naciągana i zwłaszcza podobają mi się Pańskie słowa o wychowankach monarchii, którzy jeszcze gotowi byli bronić zasad przyzwoitości, ale prędko sobie z nimi poradzonno.

    Mniej mnie przekonują słowa o Churchillu. Jego wypowiedzi o zarazie były z czasów, gdy Brytyjczycy skłaniali się właśnie ku bolszewizmowi, a on się temu opierał – jako jeden z nielicznych. Nikt nie „oczekiwał” takich słów i Churchill szedł w tym wypadku pod prąd. Mowa w Fulton „zachowuje stan rzeczy”, to prawda, ale po raz pierwszy nazywa go po imieniu. Określenie status quo w powojennej sytuacji – gdy jak pisał Józef Mackiewicz, „wielka spółka trwała” – było wielkim osiągnięciem. Proszę zwrócić uwagę, że ani nie bronię Churchilla, ani nie twierdzę, że nie mógł i nie powinien postąpić inaczej. Jednak z mojego punktu widzenia, jego postawa jest tajemnicza, bo w przeciwieństwie do innych polityków owych czasów, on rozumiał z czym miał do czynienia.

  71. 71 Andrzej

    Jaszczurze,

    To książka Ryszarda Legutko „Triumf człowieka pospolitego” (Wyd. Zysk 2012).
    Doprawdy, nie potrafię zrozumieć, dlaczego ten dość trzeźwo myślący człowiek (przy tym wyróżniający się antybolszewicki filozof) wybrał dla siebie demobolszewickie „europosłowanie”. Jakie mogą być inne źródła tej postawy jeśli nie „polrealizm”?

  72. 72 Andrzej

    Panie Tomaszu,

    Chyba ma Pan rację w tym że „demoliberalizm” to nic innego tylko „realna demokracja”, coś jak „realny socjalizm” obecnej chwili. Proszę zwrócić uwagę że także Pan Jaszczur w taki właśnie sposób określa tę „postać” demokracji i widzi ostro tę „pozorną antynomię”.

    Najlepszym przykładem miejsca gdzie w ostatnim stuleciu nadzwyczaj łatwo „poradzono sobie” z obroną „zwykłych zasad moralnych” wydaje mi się Wielka Brytania. Może w tym też tkwi rąbek tajemnicy odnośnie zmian postawy Winstona Churchilla?

  73. 73 amalryk

    Samo zwąchiwanie się Zachodu ze Stalinem aby pokonać Wolfa (ściślej z Dżugaszwilim przeciwko Hitlerowi) jest wystarczająca rekomendacją dla tego całego szmatławego towarzystwa. Nie potrzeba tu żadnych innych wyszukanych analiz.

    Wszak na tej witrynie można przeczytać jakże trafne spostrzeżenie pewnej mądrej kobiety:

    „[…]Mackiewicz wskazywał, że ideologiczne inspiracje Lenina pochodziły raczej z zachodniej Europy niż z Rosji. Lenin był przeciwnikiem wszystkich typowo rosyjskich, niemarksistowskich partii rewolucyjnych; marksizm kroczył raczej z Zachodu na Wschód, aniżeli odwrotnie.[…]”

  74. 74 michał

    Być może najbardziej ironicznym komentarzem wobec całej tej sytuacji jest fakt, że słowa przytoczone powyżej przez Pana Amalryka pochodzą od Niny Karsov, która jest odsądzana od czci i wiary w tej dzisiejszej, rzekomo wolnej Polsce.

  75. 75 Paweł

    Słowa Czesława Miłosza:

    „największym nieszczęściem, jakie może zdarzyć się człowiekowi, to zostać obywatelem sowieckim”

    (Andrzej Franaszek: Miłosz. Biografia, Kraków 2011, str. 296)

  76. 76 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Pawle,

    Nie wiem, co prawda, w jakim kontekście Miłosz wypowiedział powyższe słowa, ale nie są trafne. Z całą pewnością istnieją na świecie większe nieszczęścia, choćby praca w komunistycznej dyplomacji.

    Poza tym jako członek honorowy komunistycznego związku literatów polskich nie wydaje mi się Miłosz w tym swoim wyznaniu uczciwy, a przynajmniej… szczery.

  77. 77 amalryk

    Sentencja Miłosza jest w tak jawny sposób fałszywa, że aż rodzi pełne podejrzeń pytanie o powód wypowiadania tak oczywistych, propagandowych bzdur… (vide; „Proletariusze nie mają […] nic do stracenia prócz swych kajdan.”)

  78. 78 Dariusz Rohnka

    W przypadku Miłosza najważniejsza pewnie rolę odgrywał czynnik subiektywny – chęć usprawiedliwienia swoich poczynań (może tylko podświadoma).

    Jeśli był to rodzaj manifestu, to bardzo osobistej natury.

  79. 79 michał

    Szanowni Panowie,

    Mam mieszane uczucia w tej kwestii. Bo z jednej strony jest oczywiście nonsensem twierdzić, że nie może być gorszego nieszczęścia niż zostanie sowieckim poddanym, wystarczy otworzyć na dowolnej (prawie) stronie tragedie antyczne czy tragedie Szekspira, by natrafić na coś gorszego. Ale z drugiej strony, odkładając na bok trafną uwagę Darka na temat własnej sytuacji Miłosza i jego miedzianego czoła, ja byłbym gotów się zgodzić, że jako twierdzenie ogólne dałoby się powiedzieć sensownie: to jest wielkie nieszczęście zostać sowieckim obywatelem.

    Wiem, co mówię, narodziłem się w Polsce ludowej. Jej zawdzięczam cały swój szpan.

  80. 80 amalryk

    Wiem, co mówię, narodziłem się w Polsce ludowej. Jej zawdzięczam cały swój szpan.
    ==============================================

    Ba! Mnie ta przypadłość dotknęła nieco szerzej; nie dość że się w niej narodziłem, to jeszcze najprawdopodobniej w niej umrę (choć nie wykluczone, że do tego czasu może to być już zupełnie bez znaczenia, bo: „z każdym dniem ubywa na Ziemi zakątków, w których można by się schronić”).

    Wracając do Miłosza – strasznym jednak chłop musiał być desperatem, skoro na starość umościł się w sowieckim, było nie było, peerelu.

  81. 81 michał

    Świat jest zamknięty na klucz, a klucz oddano już dawno głuchoniememu ślepcowi, który nagabywał swym mamlaniem przechodniów, próbując im wcisnąć bilety na demokratyczne igrzyska. Nikt nie wie, co się z nim stało. Może tylko udawał kalectwo. Słowem, Gomez jak zwykle miał rację.

    Ale Miłosz desperatem? Nigdy! On wrócił do wolnej Polski, Panie Amalryku. To tylko my, którym zastały reumatyzm nie pozwala padać na kolana przed „nową” łżeczywistością, odmawiamy całowania jej w dupę.

  82. 82 Dariusz Rohnka

    Czyżby istotnie nie wiedział do jakiej „rzeczywistości” wraca? Nie jestem całkiem pewny. Już raczej pastelowa wersja bolszewizmu po prostu mu nie przeszkadzała.

    A może (że pozwolę sobie na odrobinę fantazji) był dostatecznie przebiegły, aby już wówczas (gdzieś około 1990) przewidywać skuteczny podbój wolnego świata? To by przynajmniej jakoś go tłumaczyło: skoro birnamski las i tak do nas idzie, czy nie warto, niby z głupia frant, wybrać się do niego z koszem na grzyby?

  83. 83 michał

    Któż może wiedzieć, co też chodzi po głowie, aż tak wielkiemu poecie.

  84. 84 Paweł

    Miłosz wyraził się w ten sposób w roku 1940 po swojej podróży z Bukaresztu przez Sowiety do Wilna. Facet był jednak dość pokręcony o czym świadczy jego artykuł zatytułowany „Nie” opublikowany w majowej „Kulturze” z 1951 roku. Gdy zobaczyłem ten tytuł, pomyślałem – ale dołożył komunie! Jednak lektura tekstu ujawnia niepojęte meandry myśli poety. Dołożył, ale dwuznacznie. Najciekawsze jest to, że właściwie zerwał z zarazą, gdyż bał się o swoją niezależność jako twórca. No i dobrze, podziwu godna dbałość o siebie. Nie sądźmy abyśmy nie byli sądzeni.

    Panie Michale, na czym polegał Pana szpan ?

  85. 85 michał

    Skąd ten czas przeszły, Panie Pawle?

  86. 86 Paweł

    Panie Michale, ale w czym rzecz ?

  87. 87 michał

    Piosenka z czasów wojennego stanu brzmiała:

    Narodizłeś się Polsce ludowej
    Jej zawdzięczasz cały swój szpan
    Obywatelu drugiej kategorii
    Jak odpłacić za to – wiesz chyba sam.

    Cytuję z pamięci, więc proszę wybaczyć, jeśli nieściśle. Pan zapytał mnie osobiście, na czym mój szpan polegał (w przeszłości), stąd moje pytanie, dlaczego odmawia mi Pan prlowskiego szpanu dziś?

    Swoją drogą, pisząc powyższe słowa piosenki, uświadomiłem sobie nadmiar optymizmu, w jakim tkwiliśmy w latach 80. Rzecz jasna, nikt nie wiedział, jak im odpłacić! Bo niby jak? Zakazanymi piosenkami?

  88. 88 Marek

    Stary, dobry kawałek, choć język ciut potoczny:

    Piosenka o obywatelu II kategorii

    Ciała ojców w ziemi tej leżą
    W nią wsiąkała ich krew i niedola
    Oni kośćmi ich zasługi swe mierzą
    Wpierw z ich ust ukradłszy obola.

    Narodziłeś się w Polsce Ludowej
    Jej zawdzięczasz cały swój szpan
    Obywatelu II kategorii
    Jak odpłacić za to
    Wiesz chyba sam.

    Odebrano Ci wszystkie sztandary
    Zdarto barwy, pogonie i orły
    Wszystkich powstań tysięczne ofiary
    Splugawiły ich warg kłamstwa podłe.
    Ziemie żyzne, fabryki i porty
    Fach Ci dała Armia Czerwona
    Pracuj dużo, pij wódkę, pal sporty
    Nie podskakuj Ruska nie pokonasz.

    Narodziłeś się…

    Wszystko Twoje i nic Twego nie ma
    Na nizinie, na morzu i w górach
    Ustrojowy trudny ten dylemat
    Soc przybliża Ci literatura
    Kiedy im o swych prawach przypomnisz
    Pięć lat — boś jest warchoł i łobuz
    Już w układ jałtański nie godzisz
    I spokojnie pokoju trwa obóz.

    Narodziłeś się…

    Wyrwą Boga Ci z serca i wiarę
    I nadzieję i miłość podepczą
    Za dewizę słowa mają stare,
    Że żeglować jest rzeczą konieczną
    Ty przeszkadzasz im w stawianiu żagli
    Ty przy wiośle nie w tę zmierzasz stronę
    Ty wyprzęgasz ich konie w pół drogi
    I przeskoczyć chcesz Morze Czerwone.

    Narodziłeś się…

    Nie po drodze Ci z nimi człowieku
    Nie po drodze im z Tobą już wiesz
    Jeszcze trochę bezpieka poczeka
    Humanitarny lubią czasem gest
    Dnia pewnego, o którym nic nie wiesz
    Gdy się wolność otworzy przed Tobą
    Przyjacielu idź prosto przed siebie
    Będziesz żył jeszcze dzień, dwa, może sto.

    Narodziłeś się…

    Zapolują na Ciebie na pewno
    Tresowani wytropią Cię ludzie
    Wtedy Cię poproszą o to jedno
    Byś im oddał swe buty na skórze.

    Narodziłeś się…

  89. 89 amalryk

    Ooo, tak! Odurzający odór tego homososowego szpanu nie opuści mnie już do grobowej deski…
    Choć jak widać bolszewicy czujnie „znepowali” trochę tych wyśpiewywanych postulatów: chcesz sztandarów z orłem w koronie? – ależ proszę bardzo!, chcesz wierzyć w Boga? – a wierz sobie na zdrowie! nawet w kilku! chcesz mieć więcej niż jedno M4 w wielkiej płycie? – ha!a miej choćby pałac, albo i dziesięć (tylko pieniążki…) etc

    Ale niezmiennie: „Navigare necesse est.” I niestety, ciągle, jak to mówił towarzysz Szmaciak:
    „Gdy jeden wiosłem macha żwawo, drugi steruje wtedy nawą…” (przez Morze, coraz bardziej, Czerwone).

  90. 90 michał

    Tak jest! Ku chwale (ludowej) ojczyzny.

    I jeszcze pozwilili wyjeżdżać za granicę, ludzcy panowie, bo właściwie dlaczego nie? I tak wszyscy wrócą. Po co ich trzymać siłą?

  91. 91 Marek

    To jakieś nieporozumienie, przecież nie ma już granic. Wsje respubliki jednogłośnie wstąpiły do jewropiejskiego sojuza… Sto lat w Kraju Rad Panowie, towarzysze…

  92. 92 Łukasz Kołak

    Panie Michale,

    Kto jest autorem słów piosenki?

  93. 93 michał

    Nie mam pojęcia. Próbowałem nawet znaleźć przed chwilą, ale nie udało mi się. Miałem tę piosenkę na podziemnej kasecie, kopiowanej pewnie setki razy. O autorach wówczas nikt nie myślał.

    Jeśli ktokolwiek zna autora, to niech nas łaskawie oświeci.

  94. 94 Jaszczur

    Styl przypomina Kelusa, ew. Stefana Brzozę (piszącego na trzeźwo…) ale strzelam w ciemno.

  95. 95 michał

    To chyba nie jest Kelus, a o Stefanie Brzozie w życiu nie słyszałem. To było chyba na kasecie pt. Idą pancry, gdzie tytułowa piosenka była o kopalni „Wujek”. Miałem zawsze wrażenie, że anonimowi śpiewacy byli autorami piosenek, ale nie wiem doprawdy skąd to wrażenie.

  96. 96 Marek

    Na pewno nie Kelus. Raczej Gall Anonim z Internatu… Ja mam akurat wykonanie z obozu w Strzebielinku.

  97. 97 michał

    Panie Marku,

    Ma Pan rację. To było coś takiego właśnie: kaseta, na której były nagrania z jakiegoś obozu internowanych. Wszystko było rzecz jasna anonimowe w tamtych czasach. Ale dziwne, że nikt się dotąd nie przynał do autorstwa.

  98. 98 amalryk

    Ech! A czemu tu się dziwić gdy najsłynniejsze ballady samego Kelusa mają na YT po kilkanaście tys. wyświetleń (w tym pewnie z pół setki moich)? Z resztą, fortuny na prawach autorskich tu też się nie zbije…

  99. 99 michał

    Och, nie miałem na myśli praw autorskich, ale raczej przyznanie się do autorstwa. Coś jak po latach, rozszyfrowuje się psudonimy: „tak, to ja podpisywałem się tak a tak”.

    Tak się składa, że znalazłem kasetę pt. Idą pancry i wysłuchałem jej w całości przed chwilą (trudniej było znaleźć odtwarzacz…) Widać ktoś z heroiczną odwagą przesłał mi ja pocztą. Kaseta składa się głównie z piosenek, które są przeróbkami innych tekstów, przeróbkami dostosowującami je do realiów stanu wojennego i internowania. Byłbym skłonny zaryzykować hipotezę, że autorstwo było grupowe. Sam brałem udział w takich sytuacjach, kiedy w grupie ludzi, każdy dorzuca jedną linijkę i tak powstaje całość.

    Ale… akurat ta piosenka jest oryginalna, nie opiera się chyba na czymś innym, więc w tym jednym wypadku hipoteza wydaje się trudniejsza do przyjęcia.

  100. 100 amalryk

    To o prawach autorskich, to moja błyskotliwa ironia…

    Nie przekreślałbym wątku o autorstwie zbiorowym tekstu, bo robi wrażenie nieco „nierównego” – ale mój Boże! któż tego teraz słucha?

  101. 101 michał

    Nikt. Oprócz nas, starych kontrrewolucjonistów. Ale te piosenki były mało „kontra”, były solidarnościowe i dysydenckie.

  102. 102 amalryk

    Człowiek dojrzewa, jeden szybciej drugi wolniej większość nigdy…

    Co do tych „Pancrów”; trzy tygodnie po tych wydarzeniach wylądowałem w SPRze oddalonym w linii prostej 6km od „Wujka” (takie roczne wojsko dla absolwentów szkół wyższych). Pamiętam jak na pierwszych zalęciach politycznych (było coś takiego!) poltruk komentując niedawne wydarzenia, zaczął śpiewkę o obronie koniecznej i dostał ryk taki i wygwizd, że aż się zaindyczył. Zdesperowany zaproponował nam wycieczkę, potwierdzającą jego prawdomówność, do szpitala z ciężko rannymi milicjantami, na co z ochotą wszyscy przystaliśmy. Do dziś na nią czekam…

  103. 103 michał

    Oj, żeby się Pan nie doczekał…

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja