Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Muszę zaprotestować!  Wbrew dziwnym słowom Darka Rohnka w artykule pt. Oj, lękam się polemik, nigdy nie byłem optymistą w kwestii polemiki jako formy wypowiedzi.  Jestem jak najbardziej pesymistą w tej sprawie, jestem bowiem zdania, że sztuka prowadzenia polemiki zamiera.  Nie może być inaczej w czasach, gdy z rzadka tylko czytuje się z uwagą cokolwiek, kiedy akcent kładzie się nieodmiennie na wyrażanie, a nie na argumentowanie.  Skoro wystarczy tylko wypowiedzieć własną opinię i nie trzeba jej w żaden sposób uzasadniać, to oczywiście mowy być nie może o dyskusji.  Stacje radiowe całego świata nadają programy, w których zaprasza się publiczność do wypowiedzenia się: jeden mówi x, a drugi y, jeden a, drugi nie-a – i co z tego wynika?  Nie ma żadnego zaangażowania intelektualnego, żadnej wymiany myśli.  Dwie strony pozostają w zupełnej izolacji, obojętne na przeciwne zdanie, pogardliwe wobec wszelkiego uzasadnienia, ale za to dumne ze swej tolerancji.  Tolerancja bowiem jest wysoko cenioną cnotą demokratyczną.  Nie jest to, rzecz jasna, prawdziwa tolerancja, a wyłącznie jej karykatura: indyferentyzm.

Jest wszakże możliwe popadnięcie w drugą skrajność: w sofistykę (często nazywaną także erystyką), tj. chęć wygrywania sporów niezależnie od obiektywnej prawdy bądź słuszności.  Próbując więc zachować sztukę polemiki w Podziemiu, musimy zastosować się do recepty Darka Rohnka, by „w ferworze polemicznych zabiegów” dostrzegać w odmiennym zdaniu ziarno prawdy, by unikać „naciągania faktów” i nie zapominać, „że ponad dążeniem do uzasadnienia naszych własnych racji, istnieje coś znacznie ważniejszego – sama prawda”.

A więc do rzeczy!  Widzę w artykule Darka trzy strefy, w których nasze opinie poważnie się różnią.  Pierwszą i najważniejszą jest masowość ruchów antykomunistycznych; tutaj przynależy także kwestia żołnierzy wyklętych, a ściślej: kto ich naprawdę wyklinał.  Drugą, jest rzekomy spór o potencjał dwóch kultur, masowej i elitarnej; tu z kolei wartą rozważenia jest recepcja Burke’a i jemu podobnych.  I wreszcie ostatnią sferą niezgody (a może tylko nieporozumienia) jest rola internetu, punkt wyjścia niniejszej debaty.

Czy istniał kiedykolwiek masowy ruch antykomunistyczny?

Cóż za pytanie?  A małoż to ludzi walczyło z bolszewią?  Czy Hitler i Goebbels nie wojowali ciągle z bolschevismus?  A ogromny Kuomintang Czang Kaj-szeka, czyż nie był masowym właśnie ruchem, zwróconym przeciw komunizmowi?  Potężny opór Rosjan wobec bolszewii w latach wojny domowej, czyż nie był kolejnym przykładem masowego ruchu?  A wojna polsko-bolszewicka?  Czyż nie cały naród polski wystąpił przeciw czerwonemu najazdowi?  No, i wreszcie te „tysiące organizacji” wymienione przez Darka.

Rzecz jednak w tym, że jeśli poskrobać, to wszystkie te organizacje okazują się albo ociupinkę za małe, by zasłużyć na miano „masowych” (w moich oczach, to je raczej wyróżnia pozytywnie, bo „masowy ruch” przykro zalatuje kołchozem, ale w tym wypadku poszukujemy „masowości”), albo okazują się cokolwiek odbiegać od antykomunizmu.

Nie będę tu powtarzał setek argumentów świadczących, że nazizm był wyłącznie wersją bolszewizmu; wersją ograniczoną przez przywiązanie do ideałów nacjonalistycznych, skazaną na porażkę przez zacieśnienie leninowskiej ortodoksji do ram jednego narodu.  Kuomintang należy niestety do tej samej kategorii.  Czang był rewolucjonistą, a na domiar złego współpracował z sowieciarzami znacznie dłużej niż Hitler.  Tak zwany „antykomunizm” Hitlera i Czanga był wyłącznie oportunistyczną walką z totalitarnym konkurentem.

No, dobrze, ale przecież, nasz polski rodowód antykomunistyczny jest nieposzlakowany: „hej, szablę w dłoń, bolszewika goń, goń, goń!”  A czyż nie „powiedział Piłsudski słowami wielkiemi, że nie będzie bolszewika na piastowskiej ziemi”?!  Powiedział… tylko, że w rzeczywistości Polska nie była skora do walki z komunizmem.  Piłsudski walczył z „czerwoną Rosją”, ale się jej bał mniej niż białej i wiele jego pociągnięć politycznych w praktyce uratowało międzynarodowy komunizm.  O hańbie ryskiej nie będę wspominał, pisaliśmy tu o tym wielokrotnie.  1 września 1939 roku Wódz Naczelny, marszałek Rydz-Śmigły, wydał słynny rozkaz do żołnierzy: „Za każdy krok zrobiony w Polsce musi wróg drogo zapłacić krwią.”  A 17 września: „Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrojenia oddziałów.”  Pozwolę sobie zostawić te słowa bez komentarza.

Pozostawmy na boku akcję „Burza”, przekazywanie danych wywiadowczych sowieciarzom podczas II wojny, wysadzanie pociągów z uzbrojeniem podążających na front wschodni, wspólne „wyzwalanie” Wilna przez AK i armię czerwoną.  Zostawmy to, bo płakać się chce.  Pisaliśmy tu także kilkakrotnie o losach Kotwicza-Kalenkiewicza i Łupaszki-Szendzielarza.  A więc jaka była sytuacja, kiedy już nie mogło być żadnych wątpliwości co do intencji sowieckich, to znaczy po klęsce Operacji Ostra Brama, po aresztowaniu 16 przywódców Polski Podziemnej (nawiasem mówiąc, jest to z mojej strony tylko figura stylistyczna, gdyż w rzeczy samej nigdy nie można było mieć żadnych wątpliwości co do intencji sowieckich), kiedy bohaterski Kotwicz, autor planu operacji „wyzwalania Wilna”, już nie żył, a bohaterski Łupaszka otwarcie walczył z bolszewikami?  Jaka była wtedy sytuacja?  Czy istniał „masowy ruch antykomunistyczny” na ziemiach polskich?  Nie spierajmy się o drobiazgi: ilu żołnierzy czyni ruch masowym?  Nie ma na takie pytanie dobrej odpowiedzi.  Zgadzamy się z pewnością, że opór był znacznie poważniejszy na wschodnich ziemiach Rzeczpospolitej, czyli na dzisiejszej Litwie, Białorusi i Ukrainie, niż w prlu.  Ale i w prlu były oddziały, które podniosły oręż przeciw sowieckiemu najeźdźcy.  W dzisiejszym prlu bywają oni fetowani jako „żołnierze wyklęci”.  Jeśli masowość tego ruchu pozostaje dyskusyjna, to jak wygląda ich „antykomunizm”?  Przyjrzyjmy się jednemu z „wyklętych”.

Józef Kuraś, ps. Ogień, miał dobry patriotyczny rodowód.  Bracia walczyli w wojnie z bolszewikami, a on sam w kampanii wrześniowej.  W konspiracji już od listopada 1939 roku, znalazł się w AK w 1943 roku w randze kaprala.  Skazany na śmierć za niesubordynację (przez którą miało zginąć dwóch żołnierzy AK, ale zaznaczyć warto, że cała sprawa wyroku nie jest jasna), uciekł z kilkoma innymi do batalionów chłopskich, a w 1944 roku nawiązał kontakt z sowiecką jaczejką pod dowolną nazwą armii ludowej.  Brał czynny udział w propagandzie sowieckiej oskarżającej Akowców o współpracę z Gestapo, uznał „bolszewicki rząd lubelski” i całkowicie podporządkował się dowództwu al.  Wreszcie szczyt kariery tego „antykomunisty”: wspomagał armię czerwoną w zdobywaniu Nowego Targu.  Mianowany komendantem bolszewickiej milicji, odwołany, mianowany na szefa ub i znowu odwołany, uciekł w końcu do lasu (już w stopniu majora), obawiając się wyroku śmierci.  Innymi słowy, dopiero wtedy zaczął walczyć z sowieciarzami, gdy jego życie było zagrożone.  A dziś uważany jest za bohatera antykomunistycznego podziemia.  Jego obrońcy twierdzą, że współpraca z ub była zaledwie „próbą infiltracji”, a że wspomagał armię czerwoną?  No to co?  AK też wspomagało!  Trudno odmówić im słuszności.  W panteonie prlowskiego „antykomunizmu” bohaterskie negocjacje z msw, heroiczna pomoc dla krasnoarmiejców w okupacji Polski, wszystko to nie kłóci się z „antykomunizmem”.  Kuraś był klasycznym oportunistą: zwrócił się przeciw sowieciarzom dopiero wówczas, gdy (choć nie wiadomo tego na pewno) dowiedział się, że wiezie wyrok śmierci na siebie samego.  Był z pewnością fascynującą postacią, i pod piórem wielkiego pisarza, stałby się złożonym i ciekawym bohaterem – ale nie ideowym antykomunistą.  Jestem gotów wybaczyć mu wiele, bo w końcu zwrócił się przeciw bolszewickiemu najeźdźcy, ale jego motywy nie były czyste, a jego uprzednie zachowanie wobec tegoż najeźdźcy było zdradą.  Nazywanie Kurasia antykomunistą jest analogiczne do określania Czesława Miłosza tym mianem.  I jeden, i drugi przysłużył się bolszewickiemu najeźdźcy, po czym z jakichś powodów porzucił okupanta i obrócił się przeciw niemu: Kuraś z karabinem w ręku, Miłosz piórem.  Wydaje mi się, że należy uznać ich przemianę, wybaczyć im błędy, ale nie wolno czynić z nich bohaterów i wynosić ich na piedestał.

Nie sądzę, że Kuraś był reprezentatywny dla antybolszewickiego podziemia, ale nie był przecież także wyjątkiem.  Nie mam wątpliwości, że wśród licznych żołnierzy walczących z bolszewią w latach 40. byli ideowi antykomuniści, mam natomiast zastrzeżenia co do tego, jak „masowe” mogły być takie motywacje.  Musimy pamiętać, że źródłem wiedzy na temat liczebności oddziałów podziemnych była na ogół komunistyczna propaganda (dawniej), a dziś archiwa ub.  Ta pierwsza nie przejmowała się nigdy faktycznym stanem rzeczy, a przedstawiała taki obraz, jaki na danym etapie był jej właśnie potrzebny.  Historia WiNu jest w tym wypadku bardzo pouczająca.  Na archiwach ubeckich nie można w ogóle polegać, o czym pisałem obszernie w tekście o Operacji polskiej nkwd, i ta sama historia WiNu jest dobrym przykładem, jak należy w takich punktach być ostrożnym i sceptycznym.

Darek Rohnka wspomina także NSZ, wyklęte oddziały narodowe, które nigdy nie próbowały „dogadywać się z komunistami, a cel stawiali sobie jednoznaczny – usunięcie sowieckiej okupacji”.  Po czym zapytuje retorycznie: „Czy Twoim zdaniem to nie był ruch antykomunistyczny?”  Nie wypada mi doprawdy wobec wielkiego znawcy dzieła Józefa Mackiewicza powoływać się na Zwycięstwo prowokacji, gdzie w moim mniemaniu, autor wykazał, że nacjonalizm wyłącza się wzajemnie z antykomunizmem.  Muszę więc z przykrością odpowiedzieć, że podobnie jak Banderowcy na Ukrainie, NSZ – pomimo swej bohaterskiej walki, pomimo całej antykomunistycznej retoryki – nie były siłami prawdziwie antykomunistycznymi.

Rzecz jasna, poszukiwanie czystego i niezłomnego antykomunizmu nie jest naszym zadaniem.  Nie zamierzamy wystawiać cenzurek ani wysuwać oskarżeń w imię czystości intencji, należy jednak być świadomym, że nie każda walka z komunizmem podniesiona może być do rangi antykomunizmu.  Przykład Hitlera, który antykomunistą nie był, wydaje mi się rozstrzygający.

Dalej stawia Darek kolejne retoryczne pytanie na temat żołnierzy wyklętych: „Czy rzeczywiście większość społeczeństwa ich ‘wyklęła’ czy raczej wychowywała jeszcze wówczas młodzież śniącą o wyzwoleniu z pęt komunizmu, a epitet ‘wyklęci’ zawdzięczamy półwieczu komunistycznej indoktrynacji?”

Nie może być żadnych wątpliwości co do słuszności słów o indoktrynacji.  Propaganda prlowska konsekwentnie nazywała oddziały partyzanckie, które pozostały w lesie i kontynuowały walkę z sowieckim najeźdźcą – „bandami”.  Popiół i diament zarówno w wersji powieściowej Andrzejewskiego, jak i w znacznie lepszej i sławniejszej wersji filmowej Wajdy, jest przykładem takiej „inteligentnej roboty propagandowej”.  Bohaterami takich „dzieł” byli biedni, zagubieni chłopcy z lasu; chłopcy jak malowanie, ale ogłupieni propagandą z Londynu; ofiary zaplutych reakcjonistów, śliczni chłopcy, co szczerze pragnęli żyć i pracować dla Polski, ale zginęli w egzystencjalnym absurdzie pomylonych lojalności…  Bywała także propaganda mniej inteligentna, jak choćby niesławnej pamięci film Kuca pt. Znikąd donikąd (tytuł niewątpliwie celowo nawiązujący do arcydzieła Józefa Mackiewicza).  Zostawmy więc znowu bolszewicką propagandę na boku, bo robiła jedyne, co robić mogła.  Kazali wyklinać?  To wyklinano.  A tzw. społeczeństwo?  Czy rzeczywiście marzyło o wyzwoleniu z pęt bolszewii?  Jaki był jego stosunek do oddziałów leśnych?  Czy te liczne organizacje miały rzeczywiste poparcie w szerokim społeczeństwie?  Wyznaję, że nie badałem tego zagadnienia, ale delikatnie mówiąc, nie mam takiego wrażenia.  Co rzekłszy, chętnie dam się przekonać.

Tymczasem (tj. do czasu aż ktoś mnie przekona) spójrzmy na to w ten sposób: społeczeństwo z jednej strony bało się bolszewików, a z drugiej oczekiwało porady i przewodnictwa od przedstawicieli Kościoła, bo niby do kogo miało się zwrócić?  A jakie było oficjalne stanowisko Episkopatu?  14 kwietnia 1950 roku, zawarto w Krakowie „porozumienie między przedstawicielami Rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Episkopatu Polski”.  Żeby uniknąć nieporozumień: ów „rząd” to była bolszewicka jaczejka z Bierutem i Cyrankiewiczem czyli reprezentacja sowieckiej okupacji Polski.  Natomiast na czele Episkopatu stał wówczas nie kto inny, jak Prymas Polski, Stefan Wyszyński.

Warto przyjrzeć się punktom 7 i 8 porozumienia.  Przytaczam je in extenso.

„7. Kościół – zgodnie ze swymi zasadami – potępiając wszelkie wystąpienia antypaństwowe, będzie przeciwstawiał się zwłaszcza nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych.

8. Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej.” *

Więc jeszcze raz: kto wyklinał żołnierzy wyklętych?

Z mojego punktu widzenia, zasadniczej wagi wydaje mi się uświadomienie sobie, że niestety nie było nigdy żadnych ruchów masowych przeciw bolszewikom.  Kiedy rzeczywiście strzelano do nich, to (jeśli tylko trochę poskrobać antyczerwoną patynę) okazywało się, że powody były inne.  Najbardziej masowym ruchem oporu była prawdopodobnie partyzantka kułacka w latach 20. głównie na Ukrainie, ale nie tylko.  Tłukli się z bolszewią bezlitośnie, ale ich motywy były bardzo różne, głównie bolesna świadomość, że sowiety są przeciw nim na śmierć i życie, że pragną ich zniszczyć bez reszty.  (Nawiasem mówiąc, nie jest to wcale zły motyw oporu, tylko nie do końca antykomunistyczny.)  Dalej był opór wśród ludów muzułmańskich imperium rosyjskiego, ale ci walczyli wyłącznie z „Rosją” i czerwonych nienawidzili tylko tak samo jak białych (w czym zresztą niewiele różnili się od Polaków).

Kiedy w latach 40. i 50. Józef Mackiewicz znalazł się w izolacji na „niepodległościowej emigracji polskiej”, to głównym problemem, pierwszą i naczelną przyczyną niezgody z otoczeniem, było jego głębokie przekonanie, że nikt nie walczył z okupacją bolszewicką.  „Wybijcie sobie z głowy, że Kraj walczy,” nawoływał, „odrzućcie ten mit.”  Cała emigracja, jednym głosem wołała o „oszczędzanie substancji narodowej”, a nie o walkę.  Nawet wówczas, gdy masowo podnoszono broń przeciw bolszewikom, nie czyniono tak z pobudek antykomunistycznych.  Gdybyż tylko wzniósł się okrzyk, „Dałoj, sowietskuju włast’!” i przerodził się w masowy ruch… – ale tak się nigdy nie stało.

Możemy się domyślać, że izolacja Mackiewicza-antykomunisty miała coś wspólnego z działalnością służb sowieckich wśród emigracji, ale była także naturalnym efektem pro-lewicowego nastawienia dominującego wówczas – tak samo jak dziś – na całym świecie.  Pozwolę sobie powrócić do tego punktu za chwilę.

„Nad słabością antykomunizmu można się długo rozwodzić, ale dlaczego stawiać sprawę tak drastycznie?”  Te słowa Darka zastanowiły mnie, przyznam.  Rozwodzenie nad czyjąś słabością uznałbym w zasadzie za znęcanie się, ale jak inaczej „stawiać sprawy”, jeśli nie drastycznie??  Sytuacja antykomunizmu jest, jaka jest, dlaczego nie nazywać jej po imieniu?  Czyżbym jednak był rzeczywiście winny odmawiania „przywileju pamięci” tym wszystkim dzielnym i szlachetnym ludziom, którzy z bronią w ręku walczyli z bolszewikami?  Jeśli którekolwiek z moich słów można zinterpretować w ten sposób, to wystarczyłoby zupełnie, żebym bez zwłoki wdział worek pokutny i podreptał do Kanossy.

Dwie kultury

Czy z dwóch kultur – masowej i elitarnej – ta pierwsza musi zawsze dominować, pyta Darek Rohnka.  Pytanie jest oczywiście paradoksalne, bo kultura masowa nie jest w ogóle kulturą.  Jest zaledwie pseudo-kulturą.  Jeśli kulturę definiować, jako uprawę ludzkich wartości, to tzw. kultura masowa jest ich tak doszczętnie pozbawiona, że nie może tu być mowy o jakiejkolwiek uprawie.  To co nazywamy masową kulturą jest jałowe, choć bez wątpienia wywodzą się z niej autentyczne prądy kulturalne, tylko muszą zostać wysublimowane i przeszczepione na żyzny grunt.  Nie może więc być mowy o żadnej dominacji.

Przypuszczam, że Darek miał na myśli narzucającą się dominację „popularności” czyli bezapelacyjne (bo statystyczne) zwycięstwo najniższych form kultury nad jej wyższymi wcieleniami.  Tylko że kultura nie powinna stawać w takich szrankach.  Wielka sztuka nigdy nie była popularna.  Poważna myśl nigdy nie mogła liczyć na masowy odbiór.  Nie ze względu na środki przekazu, ale raczej z powodu niewystarczających możliwości odbioru wśród szerokich mas…, ale zacznijmy od środków przekazu.  Zanim to uczynimy, musimy się tylko zgodzić, że można porównywać!  Jeśli bowiem nie wolno porównywać sytuacji przeciętnego czytelnika w AD 1791 i 2013 (a tak można zrozumieć słowa Darka) – to niczego w ogóle nie wolno porównywać, a gdzieżbyśmy byli bez porównań??  Brnijmy więc śmiało w porównania, a jakże!

W moim głębokim przekonaniu, zasadnicza, jakościowa różnica w metodzie rozpowszechniania idej zaszła wraz z wynalezieniem prasy drukarskiej.  Tak się składa, że zajmuję sią akurat innym tematem, w którym zastanawiam się dokładnie nad tym samym punktem: skryba w średniowiecznym klasztorze mógł przepisać jedną wielką księgę rocznie, a Guttenberg mógł wydać powiedzmy 150 egzemplarzy nakładu w ciągu pół roku, a może nawet kilku miesięcy.  Różnica jest więc kolosalna: 150 razy więcej!  Pojawienie się internetu nie dokonało takiej samej przemiany.  Różnica pomiędzy internetem a radiem (albo prasą, albo telewizją) nie jest tej samej miary.  W latach 50. szmatława angielska gazeta News of the World rozchodziła się w 9 milionach nakładu.  Na krótko przed zamknięciem w roku 2011 brukowiec nadal sprzedawał 2,6 miliona kopii.  Proszę mi pokazać witrynę internetową, na którą wchodzi – płacąc za to – 150 razy 9 milionów ludzi tygodniowo!  Nie ma tak masowego odbioru.  Internet nie jest więc zasadniczą zmianą na skalę guttenbergowską, jest po prostu kolejnym masowym medium, kolejnym środkiem masowego przekazu i musowego przykazu – to wszystko.  Podczas gdy druk był taką właśnie istotną przemianą.

A teraz wróćmy do atrybutów koniecznych dla odbioru kultury.  Niezależnie od środków przekazu, niezależnie od ich masowości bądź względnej elitarności, czy możemy się zgodzić, że Piero della Francesca nie może być popularny?  Czy Gesualdo może trafić do milionów?  Czy masy będą czytać Elliota albo Wittgensteina?  Darek wysuwa przykład Burke’a i jest to godne zastanowienia.

Przyznaję z radością, że nie wiedziałem nic o nakładach i wydaniach Refleksji.  Bardzo to było ciekawe i bardzo jestem wdzięczny za te informacje.  (Na marginesie dodam, że internet jest komicznym źródłem, bo moje poszukiwania na witrynie British Library dały inne rezultaty: większość tekstów na temat rewolucji w 1791 roku dotyczyła … Haiti.)  Czy jednak zmienia to moją percepcję dzieła Burke’a?  Nie zmienia.  Działa tu następujące prawo: percepcja nie powinna być funkcją recepcji.

Rewolucję (anty)francuską przyjęto na świecie zgodnie jako „jutrzenkę swobody”, pozwolę sobie jednak ograniczyć do recepcji w Anglii, gdzie ton w salonach (a nic poza salonami się nie liczyło) nadawali czterej wybitni poeci, Byron, Shelley, Wordsworth i Coleridge – wszyscy czterej (przynajmniej początkowo) popierali rewolucję (nawet sam Burke wahał się początkowo między admiracją i potępieniem).  Burke pisał wszakże na krótko po pierwszej fazie rewolucji, a poeci pisali wiele lat później.  Burke pisał przed królobójstwem i przed jakobińskim terrorem, ale precyzyjnie przedstawił naturę rewolucji; poeci perorowali na temat oderwanych idej i to oni sformułowali romantyczną wersję przewrotu.

Nakłady Refleksji rzeczywiście rozchodziły się, ponieważ  posiadanie tomu na poczesnym miejscu na półce uznane zostało za oznakę dobrego tonu wśród posiadaczy ziemskich (zaznaczam, że jest to wyłącznie moje osobiste odczucie, na które nie mam żadnych dowodów, ale szczerze wątpię, żeby rzeczywiście szeroko czytywano Burke’a).  Oddźwięk był wyjątkowy, ponieważ nie było żadnych innych dzieł, broniących ancien regime na tak wysokim poziomie.  Nie może jednak ulegać wątpliwości, że przeważająca większość reakcji na dzieło Burke’a była ostro krytyczna, począwszy od Paine’a The Rights of Man, poprzez pre-feministkę Mary Wollstonecraft (nb. była ona matką Mary Shelley), aż do wspomnianego uprzednio Williama Hazlitta.  Nie wspominam o żywiołkach drobniejszego płazu, ale tak czy owak Burke płynął pod prąd tak dalece, że nawet członkowie jego własnej partii Wigów obawiali się go poprzeć publicznie.  Chciałbym uniknąć fałszywego wrażenia, że czytywano Paine’a, Byrona, a nawet Mary Shelley więcej niż Burke’a!  Nawet ta ostatnia zdobyła prawdziwą popularność i stała się częścią masowej pseudo-kultury, dopiero wraz z hollywoodzkimi ekranizacjami Frankensteina.

Wracając do Burke’a, mamy tu do czynienia z XVIII-wieczną wersją pro-lewicowych sympatii wspomnianych wyżej.  Józef Mackiewicz określał to hasłem „lewa wolna!”, tzn. wróg jest tylko na prawicy.  Niestety nie inaczej było za czasów Burke’a i nie inaczej jest dziś.  Po co się narażać?  Po co wychylać się i oberwać po łbie?  Po co płynąć pod prąd?

To oczywiście ironia z mojej strony, bo naprawdę z prądem płyną tylko śmiecie.  Zmierzam jednak do tego, że w świetle faktów nie mogę się zgodzić co do recepcji Burke’a.  Darek pisze:

„W czasach Burke’a jego elitarne słowo nie tylko nie było skazane na niebyt, ale z niewątpliwą łatwością zdobywało popularność, i nie było to wyłączną zasługą jego oczywistego talentu.  Mądry głos nie był ignorowany.  Dlaczego?  Wymienię 3 powody: ponieważ intelektualne właściwości (i gusta) czytających ówcześnie pozwalały na jego ogarnięcie; ponieważ wszyscy roszczący pretensje do samodzielnego myślenia, w tym i pretendenci, nie śnili nawet, że poziom zostanie obniżony, dostosowany do ich aktualnych możliwości, byli za to gotowi na podjęcie intelektualnego trudu; sankiuloccy protoplaści dzisiejszych bolszewików nie znali widać konceptu, że najskuteczniejszą formą polemiki z myślą niebezpiecznie mądrą jest jej przemilczenie.”

Obawiam się, że jest to idealizacja przeszłości.  Jeśli było tak dobrze, to dlaczego było tak źle?  Co rzekłszy, Burke bronił istniejącego stanu rzeczy, nic więc dziwnego, że znalazł jakieś śladowe oparcie.  A od tego czasu jest zamilczany i przemilczany.  W dzisiejszych czasach Burke raczej „nasadziłby czapkę na oczy i poszedł z dwururką do lasu”, niżby miał przyłożyć rękę do obrony status quo.  Jeżeli jednak czegoś możemy się od niego uczyć, to chyba przekonania, że nie należy nigdy obniżać lotów dla dostosowania się do gustów chwili.

Internet jako Wolna Trybuna

Taki był punkt wyjścia niniejszej debaty: internet może być Wolną Trybuną.  Powiedzmy otwarcie: nie jest nią, ale zawiera taki potencjał.  Czy może być gorzej w kwestii świadomości? – zapytuje Darek.  Szczerze mówiąc, wyobraźnia podpowiada mi, że w tym względzie możliwości są nieograniczone.  Darek widzi w internecie obniżenie lotów w porównaniu z „dorożkarzem i gazetą” z wieku XIX.  Wyznaję, że nie widzę wielkiej różnicy.  Na koźle dorożkarskim z rzadka tylko czytywano filozofię, częściej brukowce.  Rynsztok jest popularniejszy niż Wieża z Kości Słoniowej, a gdyby nie był, to stałby się ucieczką dla łaknących i pragnących.  Z mojego punktu widzenia, atrakcją internetu jest ten niezwykły potencjał: może stać się Wolną Trybuną, a czy się stanie, to zależy tylko od nas.

Zaczynam dostrzegać, że moje trzy punkty są w istocie jednym i tym samym.  Antykomunizm nie mógł być masowy, bo nie przynależy do „masowej kultury”.  Burke nie może być powszechnie znany z tych samych dokładnie powodów.  Zasada „lewa wolna!” panuje niepodzielnie na wszystkich ideowych drogach świata od kilkuset lat.  Internet pozostanie rynsztokiem, bo taka jest jego natura.  Ale wszystko to furda!  Czy aby nie powinno nam być szczerze obojętne, z jakich motywów Kuraś strzelał do uboli?  Antykomunistą nie był, ale strzelał.  Burke’a nie będą czytać masy, i Bogu niech będą dzięki.  Czy nie wystarczy, że czytają go ludzie inteligentni?  Nie widzę powodów, dla których elitarna (czyli jedyna możliwa) kultura, miałaby kiedykolwiek „dominować” masową swą karykaturę.  Nie widzę powodów, dla których miałaby o to zabiegać, ale gdyby takie zabiegi podjęła, to poszłaby na kompromis, z definicji, przestałaby być kulturą i coś innego zajęłoby jej miejsce.

To coś innego byłoby jak drobny strumyczek, płynący w przeciwnym kierunku niż potężna, rwąca rzeka dziejów.  Byłoby jak wąziutka, niepozorna ścieżka, skryta w mroku, niewidoczna z wielkiej, rzęsiście oświetlonej, jednokierunkowej autostrady.  Byłoby jak płynięcie pod prąd.  Byłoby jak Podziemie, jak Wydawnictwo Podziemne w rynsztoku internetu.

Wyobraźmy sobie, że nie ma strony Wydawnictwa Podziemnego, czy tak byłoby lepiej?  Internet nie będzie nigdy barykadą, ale dzięki niemu mamy Wolną Trybunę, gdzie możemy się wypowiedzieć bez cenzury i bez nacisków.  Wielu przed nami nie miało takiej szansy.  Dlaczego więc narzekać na przemilczanie?  Czy nie powinniśmy w zamian zrzędzić, że być może nasze wypowiedzi nie są wystarczająco „mądre”, na wzór Burke’a?  Jedyne na co wolno nam wyrzekać, to poziom naszych własnych wypowiedzi, bo tylko na to jedno mamy wpływ…

Powrócę jeszcze na koniec do erystyki, tej diabolicznej sztuki wygrywania sporów.  Erystyka jest zawsze złym doradcą, ponieważ spór wygrany zgodnie z jej zasadami, nie przybliża nas do prawdy.  Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż nazwa tej złej sztuki wywodzi się od Erydy, ciemnej bogini gniewnej niezgody.  A nam chodzi o twórczą niezgodę, nieprawdaż?

_______

* http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TH/THW/porozumienie_RP_1950.html



Prześlij znajomemu

38 Komentarz(e/y) do “Kto wyklinał żołnierzy wyklętych? czyli o masowym antykomunizmie”

  1. 1 Marek

    Panie Michale,
    dywagacje, czy chłopcy z NSZ byli prawdziwymi czy fałszywymi antykomunistami nie mają sensu. Jak można w ogóle w ten sposób podchodzić do ich postawy? Mackiewiczowi
    chodziło o uratowanie wolnej myśli na emigracji. Ograniczanie tej myśli nazywał polrealizmem i o tym jest „Zwycięstwo prowokacji”. Natomiast czyny chłopców z lasu to przede wszystkim świadectwo patriotyzmu, a nie bandytyzmu, faszyzmu, nacjonalizmu, antysemityzmu, jak głosiła bolszewicka propaganda.
    Porozumienie z 1950 r. to hańba i słusznie Pan jego fragmenty przytoczył w kontekście wyklinania chłopców z lasu. Ja z kolei czasami zastanawiam się, jak wielu było takich zwykłych, spokojnych współrodaków, chcących po prostu ułożyć sobie jakoś życie po wojnie i wyklinających ich właśnie z powodu zakłócania tego spokoju. Termin „wyklęci” niezbyt mi odpowiada, ale pobudza jednak do refleksji. Tu w prlu coraz więcej młodych ludzi obchodzi święto „wyklętych”, więc istnieje pewna nadzieja, że na marszach i okrzykach nie skończy się, że wezmą z nich czynny przykład. Młodość jest po to, żeby się biła, a nie gniła, jak mawiał Tadzio Zakrzewski.

  2. 2 michał

    Drogi Panie Marku,

    Gdyby zechciał Pan przeczytać uważniej, na co z pewnością mój artykuł nie zasługiwał, to dostrzegłby Pan, że nie zamierzałem ani szukać czystego antykomunizmu, ani wystawiać cenzurek. „Dywagacje” miały jednak sens w kontekście dyskusji.

    Mam nadzieję, że nie każdy czyn każdego chłopca w lesie uważa Pan za świadectwo patriotyzmu. Wstyd byłoby się przyznać, co też ja nie nawyprawiałem w lesie.

    Czy łączy Pan nadzieje z marszami i okrzykami na cześć Kurasia?

  3. 3 Marek

    Panie Michale,
    może i nie zasługiwał, ale go przeczytałem. Nie zamierzał Pan cenzurek wystawiać, ale w mojej ocenie nie do końca to się udało.
    „Kuraś nie był reprezentatywny dla antybolszewickiego podziemia”, więc dlaczego Pan tak wiele uwagi mu poświęca?
    Nadzieje moje dotyczą raczej marszów na cześć Dekutowskiego, Młota, Tabortowskiego i wielu, wielu innych..

  4. 4 michał

    Panie Marku,

    Dlatego właśnie, że „w prlu coraz więcej młodych ludzi obchodzi święto „wyklętych”” przez wynoszenie na piedestał Kurasia.

    Prawdę mówiąc, marsze na cześć kogokolwiek w ogóle mnie nie interesują – kto tam znowu rusza prawą?! lewa! lewa! – choćby nawet były na cześć Józefa Mackiewicza. W końcu więc pewnie będzie mi obojętne, czy równy tłumów marsz to dla Kurasia czy innych. Będę raczej milczał wsłuchany w kroków huk.

    Co rzekłszy, jeśli interesuje Pana wypowiadanie się na temat tych żołnierzy antykomunistycznego podziemia, których Pan poważa, w przeciwieństwie do maszerowania na cześć, to wie Pan sam, że łamy Wydawnictwa Podziemnego stoją dla Pana otworem.

  5. 5 Marek

    ,, na piedestał Kurasia” – to jakieś nieporozumienie. Kuraś należał do UB, więc po prostu antykomunistą nie był. Nie słyszałem o marszu go upamiętniającym. Wiem natomiast, że w Lublinie odbył się marsz na cześć Dekutowskiego – Zapory. I bardzo dobrze.

  6. 6 michał

    Panie Marku!

    Jak już powiedziałem, marchons, marchons, mnie nie interesuje.

    Z Panem zawsze tak jest, że stawia Pan jedno nieporozumienie na drugim. To ja właśnie napisałem, że Kuraś antykomunistą nie był………

  7. 7 Marek

    Jedno uzupełnienie – „coraz więcej” nie oznacza tłumów. Mówiłem o marszach nielicznych grupek właśnie wbrew tłumom, a nie na odwrót.
    Brałem kiedyś udział w dwuosobowym marszu, milczeliśmy wsłuchani w kroków huk mając przeciwko sobie całe miasto. Dość pouczający spacer…

  8. 8 Łukasz Kołak

    Panie Marku,

    Problem również w tym, że organizatorzy tych marszów „ku czci” uważają, że obecna Polska jest już „wolnym” i „niepodległym” krajem. To uczestnikom marszów zaciemnia tylko obraz rzeczywistości…

  9. 9 Marek

    Panie Łukaszu,
    ma Pan rację, to zaciemnia. Dobrze jednak, że upamiętniają „żołnierzy wyklętych”. To byli antykomuniści i pokręcony życiorys jednego Kurasia, przytaczany wielokrotnie przez Pana Michała, tego nie zmieni. Nie chcieli Polski czerwonej i walczyli z bolszewickim najazdem. Mam nadzieję, że młodzi wezmą z nich przykład. Wówczas o zaciemnianiu obrazu rzeczywistości nie będzie już mowy.

  10. 10 michał

    Drogi Panie Marku,

    Jeżeli powiedziałem choćby słowo nieprawdy o Kurasiu, to proszę mi to łaskawie wykazać, a natychmiast się wycofam i z chęcią przeproszę. Jak dotąd niczego takiego Pan nie wykazał.

    Czy pokręcony życiorys Kurasia coś zmienia czy nie, to już jest kwestia interpretacji i ja – czy Pan pozwoli czy nie – pozostanę przy mojej, do czasu aż zostanę przekonany, że jest niesłuszna.

    Czy zastanawiał się Pan kiedykolwiek nad słowami: Niemcy robią z nas bohaterów, a bolszewicy robią z nas gówno? Nie trzeba mówić, że opór przeciw komunistom na ziemiach polskich był masowy, kiedy nie był. Reakcja społeczeństwa wyglądała tak, jak to opisał Mackiewicz w „Drodze donikąd”, a nie tak jak to przedstawiała polrealistyczna propaganda, ani tak jak się to widzi dziś w prlu.

    Osobiście, chętnie pochylę czoło nawet wobec pamięci Kurasia, bo pomimo wszystko zwrócił się przeciw bolszewikom, a to było rzadkością – żaden masowy opór nie istniał, bolszewicy zrobili z nas gówno. Nie zamierzam jednak nazywać Kurasia antykomunistą, bo to byłoby absurdalnie śmieszne. Wedle tej zasady Hitler byłby antykomunistą.

    Pan tak bardzo pragnie znaleźć w przeszłości pozytywne postacie, tak bardzo pragnie czcić i maszerować, że nawet Kalenkiewicza uznał Pan tu kiedyś za antykomunistę. Nie zamierzam odgrzewać tamtej (i tak gorącej) dyskusji, ale w moim mniemaniu układanie planów „wspólnego wyzwalania Wilna wraz z krasnoarmiejcami” kłóci się z antykomunizmem. Kotwicz był na pewno bohaterem i zginął w walce z bolszewikami, ale to nie czyni go antykomunistą. Wedle tej z kolei zasady, antykomunistami byliby Tuchaczewski i Bluecher, sowieccy gieroje, którzy zginęli z rąk czeki.

  11. 11 Marek

    Panie Michale,
    na temat Kurasia podzielam Pana zdanie, więc o czym mamy rozmawiać? Odnośnie Kotwicza może i trochę się różnimy, ale temat uważam za wyczerpany.

    Nigdy opór nie był masowy – ani pod zaborami, ani pod Niemcem, ani pod bolszewikiem. Zawsze walczyła garstka, a masy chciały jakoś ułożyć sobie życie. Skąd więc ten pomysł, że walka z komunistami miała masowy charakter?

    Pragnę czcić pamięć bohaterów, ale niekoniecznie w marszu. Gdzie napisałem, że chcę maszerować? Napisałem, że młodzi maszerują z okazji „wyklętych” i mnie to cieszy. Niech biorą z nich przyklad.

  12. 12 michał

    Panie Marku,

    Tu chyba są dwie różne sprawy. Opór nie może być „masowy” w tym sensie, że „masowa konspiracja” to jest contradictio in adiecto. Rzecz jednak w tym, że opór wobec okupacji niemieckiej właśnie BYŁ masowy, na ile to w ogóle możliwe. Taki jest właśnie sens tej niezwykłej konstatacji Mackiewicza, że Niemcy robili z Polaków bohaterów.

    W porównaniu z niezwykłym oporem polskiego społeczeństwa wobec niemieckiego okupanta, opór wobec bolszewików był prawie nieistniejący, bo sowieci zrobili z nas gówno.

  13. 13 Łukasz Kołak

    To konsekwencja rozkazu „Z bolszewikami nie walczyć” – to i nie walczono… Podobnie dzisiaj, „masowo” nawołuje się do walki z Tuskiem, Putinem, a nie z neobolszewizmem jako takim.

  14. 14 michał

    Drogi Panie Łukaszu,

    To jest dobrze powiedziane, ale czy tu rzeczywiście zachodzi pełna analogia?

    Po pierwsze, skąd wziął się rozkaz „z bolszewikami nie walczyć”? Nie mam tu na myśli okoliczności tego pojedynczego rozkazu, ale raczej sytuację, w której taki niesłychany rozkaz może być choćby rozważany. Otóż wydaje mi się on pochodną wszechświatowego pochodu pod hasłem „lewa wolna!”, pochodu trwającego już setki lat.

    Po drugie, czasami tak bywa, że podobne działania mają odwrotny sens, i dlatego właśnie wydaje mi się ważne artykułowanie motywacji politycznych. Nawołuje się dziś (czy aby często?) do walki z Tuskiem, w imię politycznego partyjnictwa. Nazywa się dzisiejszą Polskę prlem tylko po to, by przypiąć łatkę jednej „ekipie” i poprzeć drugą. Jeśli to jest prl, to nie wolno brać udziału w jego wyborach. Kropka. Jeśli to jest prl, to jak można opowiadać w kółko o „śmierci Prezydenta Polski w Smoleńsku”? Albo-albo.

    Po trzecie, w Putinie widzi się co najwyżej autokrację rosyjską albo „neonazizm”, co byłoby komiczne, gdyby śmiech nie zamierał na ustach ze zgrozy. Ta cała „walka” z Putinem czy z Tuskiem, to w ogóle nie jest żadna walka, a kopanie dołków dla celów ograniczonych do wąskiego partyjniactwa. W dzisiejszym prlu napada się na Putina, żeby zdobyć głosy, podczas gdy ci co nie mają i tak szans w żadnym głosowaniu, oskarżają krytyków Putina o „brak realizmu”.

    Ci którzy poszli do lasu w roku 1945 , podnosili broń przeciw sowietom, ale szli przeciw całemu światu. Nie mieli w sobie krzty pseudo-realizmu, bo wiedzieli, że realizm nie dotyczy szans zwycięstwa, ale zbożności celów. Mieli przeciw sobie nie tylko ubecję, nkwd i smiersz, ale całe społeczeństwo, nawet włącznie z emigracją, i cały świat, który założył Wielką Spółkę z sowietami.

    Ta Wielka Spółka trwa.

  15. 15 Jaszczur

    Łukaszu, Panie Marku,

    Organizatorzy (a przynajmniej ich duża część) marszów ku czci żołnierzy podziemia antykomunistycznego nie tylko uważają, że „Polska jest wolna”, że „komunizm upadł” i mamy do czynienia nie z neokomunizmem, a efemerycznym „postkomunizmem”, ale także widzą w kremlowsko-łubiańskich czekistach schmittiańskich „katechonów”, „obrońców chrześcijańskiej cywilizacji przed masonami i Żydami”, w czynownikach chińskiej kompartii – „konserwatywnych liberałów, w KRLD – „ostatni bastion porządku sakralnego”…

  16. 16 michał

    No, ale w tym ostatnim punkcie to Pan chyba przesadził. Nie wiem nic o organizatorach marszów – i wiedzieć nie ścem! jak mawiała pewna młoda dama – ale bolszewicka Korea jako bastion porządku sakralnego, to chyba nawet prezesowi Wielomskiemu nie przeszłoby przez gardło.

  17. 17 Jaszczur

    No niestety, bywa i tak.

    Tekst chwalący KRL-D z „reakcjonistycznego” punktu usunięto, ale… są ludzie, którzy takie kur(w)ioza głoszą.

    Tutaj inny przykład radosnej twórczości „polskiego duginisty i eurazjaty”: http://www.konserwatyzm.pl/artykul/3750/manowce-marksizmu-przeciwko-materializmowi-i-racjonalizmowi

  18. 18 michał

    Cha, cha!! Genialne!

    „materialistyczna aksjologia komunizmu jest finalizacją okcydentalnego projektu racjonalistycznego i jako taka prowadzi do jego całkowitej autodestrukcji. W omawianym wówczas przypadku taką kolej rzeczy musi spowodować zetknięcie się tej świeckiej ideologii z archaiczną umysłowością człowieka orientalnego – prędzej czy później dojdzie do kryzysu po jednej ze stron, jakiegoś rodzaju konfrontacji, a w końcu koreańskie elity będą musiały postawić sobie pytanie „co dalej?”.”

    Kto to jest Tomasz Wiśniewski? Taż ta, panie, ministerialna głowa! Mógłbym pokusić się o wykazanie, że pomiędzy poszczególnymi członami powyższej wypowiedzi nie zachodzi związek wynikania logicznego, a także, że przystaje toto do rzeczywistości tak jak pięść do nosa. Ale nie zrobię tego, a za to pogrążę się w melancholii.

    Co rzekłszy, Panie Jaszczurze, on jednak nie mówi o porządku sakralnym w krl(b), ale o „logice sakralnej”. Nie mnie wyjaśniać różnicę, bo czkawki dostaję ze śmiechu na myśl o tych „elitach” krlowskich, które będą musiały sobie postawić pytanie „co dalej maturzysto?”

  19. 19 Jaszczur

    Panie Michale,

    Nie wiem, kto to jest ów Tomasz Wiśniewski. Głowa ministerialna, a i owszem! Bo nie sądzę, żeby agent wpływu był taki dobry. Poza tym, żadna bezpieka ani razwiedka nie szukałaby bazy werbunkowej w takich środowiskach.

    Tak, tak, on pisze o „logice”, nie „porządku” sakralnym w KRLD, ChRL i Rosji Sowieckiej. Umknął mi ten niuans, ale to dlatego, że w środku tygodnia nie zwykłem pić alkoholu. A w tym przypadku – bez wodki nie razbieriosz.

  20. 20 michał

    On sam pisze o sobie tak:

    „Nie lubi ludzi, dzieci, kobiet i zwierząt. Religiant i antyliberalna ironistka zarazem. Zwolennik katolickiego socjalizmu utopijnego i komunizmu wojennego. Urodzony lojalista i kolaborant. Partycypuje mistycznie w osobowościach kilku wdzięczących się w internetach modelek. Poza tym studiuje.”

    http://www.rekurencje.pl/redakcja/wi%C5%9Bniewski/

    Tylko płomienny geniusz może pisać o sobie w trzeciej osobie. Ach ta ironistka!

  21. 21 amalryk

    @Jaszczur, Michał;

    To jest jakiś ko(s)miczny bełkot! Tu nawet wódka, pita na czczo, nic a nic nie pomoże!

  22. 22 Andrzej

    Wielomskich i Wiśniewskich ci u nas dostatek. Ku chwale bolszewickiej wszech-ojczyzny!
    Ich bełkot jest odpowiedni do ich czasów. Wódka, wódką ale tu trzeba nie tyle „lać w mordę” co dać w mordę. Ale kogoż na to dziś stać? Pożytecznych głupców którzy posługują się podobną logiką i tezami i narzucają je „obywatelom IIIRP”?
    A wracając do tematu marszów: hasło „Wielka Polska” powszechnie i z dumą wykrzykiwane na wspomnianych marszach zupełnie mi nie odpowiada. Nie ma ono nic wspólnego z antykomunizmem.

  23. 23 michał

    Eee tam. Ja myślę, że po prostu nie dorośliśmy i rozpiera nas zawiść. Za sto lat ludzie będą czytać Wiśniewskiego, a Wydawnictwo Podziemne nie będzie nawet przypisem do egzegezy tekstów mistrza.

  24. 24 michał

    Panie Andrzeju,

    Proszę wybaczyć, Pański komentarz z nieznanych przyczyn (albo przez nieznanych sprawców!) umieszczony został wśród spamu…

    Józef Mackiewicz napisał kiedyś o swoim zmarłym przyjacielu, Włodzimierzu Popławskim:

    „Nie należał nigdy do wyjącego tłumu. Skądkolwiek by ów maszerował, i niezależnie w jakim kierunku wymachiwał pięściami. Stąd może jego antykomunizm z przekonania, ale niejako i z nerwu, z poczucia dobrego smaku, ze sceptycyzmu wrodzonego, z wyobraźni nie wyobrażającej sobie życia bez autentycznej wolności myśli. Z głębokiej wiedzy.”

    Dla mnie te słowa są kwintesencją antykomunizmu. Maszerujący tłum, czy kołchoz, czy koszary, to już wszystko jedno i żadne zbożne hasło nie uczyni maszerujacego tłumu czymś lepszym, ani „Polska od morza do morza”, ani nawet wolna Polska.

  25. 25 Andrzej

    Panie Michale,

    Bardzo Panu dziękuję za uratowanie mojego wpisu. Jego klasyfikacja przez oprogramowanie wzięła się chyba stąd, że od pewnego czasu przestałem „akceptować cookies”. Tak na przekór. Każą w peerelu akceptować „ciasteczka” to odpowiadam im, że nie. Zresztą, po co sobie dodatkowo zaśmiecać komputer. Tak więc najpierw „wyciąłem” wszystko co już było i przy okazji też to bardzo mi smakujące „ciasteczko” z WP. Już dodałem jako wyjątek.

  26. 26 michał

    Mam nadzieję, że to jedno ciasteczko wyjdzie Panu na zdrowie.

  27. 27 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pomyślałem, że zamiast kolejnego polemicznego tekstu, ograniczę się do możliwie krótkiego (a więc, mniej nużącego dla czytelnika) komentarza, który poniżej.

    Kuraś przedstawicielem antykomunistycznego podziemia (choćby tylko części)? Teza poważna czy tylko żart? Gdyby to wyszło spod pióra niejakiego Korbońskiego, dla którego za czy przeciw bolszewikom – ot… wsio ryba (takie duchowe z Ogniem pobratymstwo), pomyślałbym, że to na poważnie. Ale w Twoim przypadku? Ani chybi, żart i tylko głupi dałby się nabrać.

    Zostawmy temat żołnierzy niezłomnych. Przełóżmy na inny czas dyskusję, czy za masową (i antykomunistyczną) wypadałoby uznać poznańską kontrrewolucję z czerwca 1956 roku; czy przez kilkanaście lat walki Józefa Franczaka wspierało dwustu czy tylko dwóch zwolenników sprawy; czy dla nastrojów tamtego czasu bardziej reprezentatywne są deklaracje katolickich hierarchów czy postawa Danuty Siedzikówny? To są kwestie wzbudzające dziś wielkie zainteresowanie i nie grozi im zapomnienie.

    Powróćmy jeszcze tylko na chwilę do Burke’a i dwóch zazębiających się kwestii istotnych. Po pierwsze czy Burke’a w ogóle czytano? Z niejasnego dla mnie powodu, twierdzisz, że absolutnie tego nie czyniono, że dziesiątki tysięcy egzemplarzy jego Refleksji (wydanych jeszcze za jego życia) służyły wyłącznie do meblowania salonów ziemskich posiadaczy. Tego, rzecz jasna, wykluczyć się nie da, nasuwają mi się jednak przy tym dwie grubsze wątpliwości. Przede wszystkim czy ówczesny przeciętny przedstawiciel angielskiej elity to ograniczony umysłowo gbur, pochłonięty bez reszty polowaniem, jazdą konną i rżnięciem w karciochy czy może człek poszukujący, od czasu do czasu, nieco innych, bardzie intelektualnych rozrywek, dla którego domowa biblioteka nie była tylko miejscem sączenia szlachetnego trunku? Czy książki czytał czy tylko stawiał na półce? Skąd przekonanie, że dwieście lat temu było dokładnie tak jak jest w erze demokracji, telewizji oraz internetu, teraz, gdy nobles nie oblige, bo nie ma już nobles?

    Jeszcze jedna sprawa – kwestia oddziaływania. Wymieniasz czterech poetów nieco innej (niż Burke’a) epoki, stwierdzając, że to oni, nie zaś nieczytany Burke, kształtowali polityczne gusta. Pomijając dość oczywiste pytanie, w jaki sposób utrzymać przekonanie, że gdy wyborna publicystyka polityczna pokrywana była kurzem zapomnienia, czytelnictwo poezji rozkwitało, chciałbym tylko wtrącić, że przynajmniej dwóch z pośród wymienionych czterech poetów gwałtownie (i bardzo rychło) porzuciło swoje rewolucyjne złudzenia. A stało się tak nie bez duchowego na nich wpływu Burke’a. Wymieniany przez Ciebie Wordsworth w swoim Preludium pisał około 1805 roku, myślę, nieironicznie:

    Genius of Burke! forgive the pen seduced
    By specious wonders, and too slow to tell
    Of what the ingenuous, what bewildered men,
    Beginning to mistrust their boastful guides,
    And wise men, willing to grow wiser, caught,
    Rapt auditors! from thy most eloquent tongue–
    Now mute, for ever mute in the cold grave.
    I see him,–old, but vigorous in age,–
    Stand like an oak whose stag-horn branches start
    Out of its leafy brow, the more to awe
    The younger brethren of the grove.

    Prawda, że ładnie? Ale Preludium nie dotarło do rąk (i na półki!) czytelników przed 1850, więc dopiero bardzo późno ludzkość mogła dowiedzieć się, co o Burke’u myśli poeta. Więc, choć ten poemat jest dowodem, że wpływał, to może to pływanie nie było skuteczne?

    Weźmy inny przykład, jednego z głównych polemistów Burke’a z 1792, Jamesa Mackintosha, który, co chyba warto zaznaczyć, jako pierwszy uznał Refleksje za Manifest kontrrewolucji. Tenże Mackintosh, po spotkaniu z Burke’m w grudniu 1796 roku, radykalnie zmienił reprezentowane dotąd poglądy. Pisał:

    Burke was one of the first thinkers as well as one of the greatest orators of his time. He is without parallel in any age, excepting perhaps Lord Bacon and Cicero; and his works contain an ampler store of political and moral wisdom than can be found in any other writer whatever.

    Czy to nie dowód realnych wpływów? Tego mianowicie, że jego słowo wbrew okolicznościom, wbrew bezmyślnej modzie na francuską rewolucję, nie tylko wywoływało paroksyzmy złości wśród oponentów oraz części partyjnych kolegów, ale trafiało celnie i do przekonania, i nawet było politycznie skuteczne (w 1793 roku większość partyjnych kolegów Burke’a stanęła po jego stronie, wspierając konserwatywny rząd Williama Pitta Młodszego)? Czy warto udowadniać jak wielki wpływ wywarł na polityków (i konserwatywnych i liberalnych) kolejnych pokoleń?

    Masz oczywiście rację – nie wyplenił swoim piórem wszystkich rewolucyjnych sentymentów, ale z drugiej strony: czy Tower została zburzona, król zgilotynowany, a w Londynie zapanował terror?

  28. 28 michał

    Darek,

    Kuraś jest uważany w prlu za „bohatera walki z komunizmem”. To przecież nie je wymyśliłem! Zresztą Korboński też, bardzo dobrze nawiązane. Czy tylko głupi to powtarzają, to ja już doprawdy nie wiem. Nie badałem ich inteligencji.

    Nie znalazłem nigdzie potwierdzenia, że Refleksje wyszły w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy w bardzo krótkim czasie, ale nie mam powodu w to nie wierzyć. Moja supozycja, że nie były czytywane jest niemożliwa do udowodnienia, a bierze się z dwóch źródeł: zdrowego rozsądku i … literatury. Zdrowy rozsądek podpowiada mi, że tak trudne dzieło jak Refleksje nie mogło nigdy być czytane masowo – OK, wycofuję od razu to słowo – nie mogło być czytane przez dziesiątki tysięcy ludzi w krótkim czasie. Literatura angielska natomiast podsuwa mi obraz angielskich właścicieli ziemskich (ale także po prostu ludzi zamożnych albo tzw. kulturalnych domów), którzy byli mało oczytani. Z pochwał oponentów pod adresem Burke’a wynika na pewno, że byli szlachetnymi ludźmi, skoro dostrzegali wielkość człowieka, z którym się nie zgadzali, ale nie wynika, że Burke był masowo czytany.

    Natomiast „wpływ” – „realny wpływ”, jak to formułujesz – to jest chyba trudniejszy problem. Jeśli Burke miał wpływ na mnie (a miał!), to mogę stwierdzić z pewnością, że miał „realny wpływ”, ale czy miał rzeczywiście wpływ na tak wielu polityków? Burke jest ojcem myśli konserwatywnej, przynajmniej w krajach anglosaskich, ale wpływ jego jest zupełnie minimalny. Był Wigiem, a Wigowie z czasem nazwali się partią liberalną i przyjęli zupełnie odmienną drogę. Ich wrogowie – nie ideologiczni wrogowie, bo nie było wówczas mowy o ideologii – Torysi, przyjęli z czasem miano partii konserwatywnej, ale rozumieją ten konserwatyzm jako „kłanianie się każdej potędze”, co doprawdy niewiele ma wspólnego z Burke’iem, nie sądzisz?

  29. 29 amalryk

    Żołnierze wyklęci przez bolszewików, a traktowani z co najmniej chłodną rezerwą przez resztę publiki – to margines w stosunku do podziemia antyniemieckiego (a i motywacje do walki mieli w cale nie takie znów antykomunistyczne). Ale nie ma tu sprzeczności; walką z Niemcami Polacy rozpoczęli wojnę, a z sowietami (pomijając kuriozalny rozkaz Rydza) niebawem mieliśmy się stać sojusznikami, dzięki decyzji aliantów – a wobec w zasadzie wiadomego finału wojny, po przystapieniu do niej USA,była ona (tzn ta walka) wszak z góry skazana klęskę.
    W naszym interesie była klęska obu okupantów.

  30. 30 michał

    Panie Amalryku,

    Poniekąd poszerza Pan temat, ale to nie szkodzi. Pańskie pytanie dotyczy opcji polityki polskiej podczas wojny. W 1945 roku te opcje były bardzo ograniczone, ale wcześniej nie były. Trwanie wojny na Wschodzie było, jak Pan zauważa, w interesie polskim, wycieńczenie i wykrwawienie się obu wrogów – taki powinien być jasny cel polskiej polityki. Sowieci to rozumieli, toteż z miejsca oskarżali AK o „stanie z bronią u nogi”, w odpowiedzi na co zarówno rząd londyński jak i propaganda podziemna wysuwała, jak to na każdym kroku wspomagała sowieciarzy.

    To jest prawdziwe zwycięstwo sowietów w tamtej wojnie: Polacy, potencjalnie największy kąsek do przełknięcia, sami wspomagali krasnoarmiejców w podboju Polski. Na zdrowy rozum to jest nie do wiary. Ale jakoś nikt nie chce tego dostrzegać.

  31. 31 amalryk

    Panie Michale!

    Polacy (tzn. nasi ówcześni polityczni reprezentanci) gdy już mleko się wylało (czyli rozpoczęła się II WŚ) nie mieli na tą poruszoną lawinę praktycznie żadnego realnego wpływu! Ale naturalnie dopomaganie bolszewikom w podboju własnego kraju nie świadczy najlepiej ani o politykach ani o dobrowolnych uczestnikach tej imprezy (i nieco zaburza nam też na ten nasz propagandowy, szalenie modny wizerunek „organicznego polskiego antykomunizmu” – Pan wie i ja wiem, że to gówno prawda; „Lewa wolna!”

  32. 32 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    „Organiczny polski antykomunizm” to są oczywiście mrzonki wszystkich polrealistów od Jasienicy i Korbońskiego do Ściosa i jemu podobnych, więc tu się zgadzamy. Interesuje mnie jednak co innego. Czy rzeczywiście inna postawa zajęta wobec bolszewików nie miałaby w rzeczywistości innego wpływu na przebieg wydarzeń. Oczywiście realnego wpływu na spadającą lawinę mieć nie mogła, ale mogła stworzyć postawę oporu, uzbroić Polskę na przyszłość – zamiast ją do szczętu rozbroić.

    A że wypadki potoczyłyby się podobnie? No, to jest oczywiście prawda.

  33. 33 amalryk

    Czy rzeczywiście inna postawa zajęta wobec bolszewików nie miałaby w rzeczywistości innego wpływu na przebieg wydarzeń.
    ———————————————————————————————-
    Ale zajeta przez kogo? Przez władze RP czy przez „społeczeństwo”?

    I na ile władze miały jeszcze wpływ na nie?

  34. 34 michał

    Panie Amalryku,

    Józef Mackiewicz mówił na to, że podczas wojny nie należało marnować energii na propagandę antyniemiecką, gdyż idiotyczna polityka Hitlera zupełnie wystarczała, by „społeczeństwo” było nastawione antyniemiecko. Należało natomiast skoncentrować wysiłek propagandowy na froncie (anty)sowieckim, ponieważ bez wielkich wysiłków ze strony sowieciarzy, sam fakt, że walczyli ze znienawidzonym Hitlerem podnosił ich w oczach Polaków.

    Kto mógł tego dokonać? Na pierwszy rzut oka, obowiązek spoczywał na rządzie londyńskim, ale nawet gdyby chcieli taki wysiłek podjąć (a nie chcieli), to zamknęłaby im usta angielska cenzura wojenna – bo przecież nie wolno było postponować „wielkiego alianta”, wujaszka Józia.

    Wypada więc, że tylko AK mogła była podjąć to wyzwanie. Niestety AK była nastawiona prosowiecko.

    Pańskie pytanie wydaje mi się jednak bardzo trafne. Rząd londyński nie miał wielkiego znaczenia, ale miał nadal „wpływ”, w tym sensie, że słowa z Londynu były słuchane jak słowa z ambony.

    Wyraźna postawa antysowiecka wówczas, miałaby znaczenie przede wszystkim dziś. Tak jak jest, trzeba wymyślać „antykomunizm jako polską rację stanu”, co nigdy nie miało miejsca.

  35. 35 amalryk

    Niestety AK była nastawiona prosowiecko.
    ——————————————————————————————
    Czyżby AK składała się z sowieciarzy, a nie Polaków?

    Rząd londyński nie miał wielkiego znaczenia, ale miał nadal „wpływ”, w tym sensie, że słowa z Londynu były słuchane jak słowa z ambony.
    ——————————————————————————————
    A tu ani z Londynu, ani z ambony…

  36. 36 michał

    A czy Polacy nie mogą być nastawieni prosowiecko?? Nie tylko mogą, ale są. AK chyba składała się z Polaków. Rzepecki, Mazurkiewicz, Korboński – czy to nie Polacy?

  37. 37 amalryk

    No i wydusiłem to w końcu z Pana! To nie ambona, Londyn i konfiguracje gwiazd są winne. Sam pacjent (Polacy) był już ciężko zarażony. (Jak to powiedział „Grydz”?; „Nie myślałem, że to tak gładko pójdzie!”)

  38. 38 michał

    Nie wiem, dlaczego miałby Pan aż „dusić”. „Droga donikąd” prosowieckości, „lewa wolna” apriorycznego nastawienia ideowego i „nie trzeba głośno mówić” nastawienia do prawdy, były trójcą, która skazała Polskę na sowietyzm. Ale z tego nie wynika, że zajęcie innego stanowiska wówczas nie było możliwe. To inne stanowisko nie zmieniłoby zapewne nic w przebiegu wydarzeń, ale dałoby nam dziś jakiś punkt odwołania. Tak się nie stało i mamy dziś jednego Józefa Mackiewicza, do którego wolno nam się odwoływać, jako do wyraziciela postawy jednoznacznie ontykomunistycznej.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja