Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Michał Bąkowski


Józef Mackiewicz i cenzura II

…ale po co o tym głośno mówić…

Józef Mackiewicz walczył z cenzurą przez całe życie.  Zaczęło się rzecz jasna od wileńskiego Słowa, głośnego na całą Polskę dziennika konserwatystów kresowych, tzw. „Żubrów”, redagowanego przez cały czas swego istnienia przez starszego brata Józefa, Stanisława Cata-Mackiewicza.  Słowo było w pewnych okresach najbardziej cenzurowaną gazetą w Polsce.  Próbowałem wykazać w części I, że walka z cenzurą to coś więcej niż tylko utarczki z urzędem cenzorskim, nie znaczy to jednak wcale, że bezpośrednie ingerencje urzędowe nie są uciążliwe.  Cięcia, białe plamy i konfiskaty są niewątpliwie ważną, choć prymitywną, metodą działania cenzorów.

Słowo było ostro cenzurowane, a artykuły Mackiewicza zdejmowane.  Cały nakład bywał konfiskowany, a numer musiał być drukowany ponownie z białymi plamami, co miało poważne skutki dla opłacalności pisma.  Konfiskata była więc zawsze czymś więcej niż tylko próbą niedopuszczenia do publikacji „niebłagonadiożnych” myśli – była także formą prześladowania.  Żaden wydawca na świecie nie może sobie pozwolić na dwukrotne zwiększenie kosztów wydania numeru bez jakiejkolwiek szansy na zwiększenie dochodu.  Co więcej, traci się regularne reklamy i ogłoszenia, gdy pismo jest często konfiskowane, a więc samo istnienie publikacji staje pod znakiem zapytania.  Na przykład w marcu 1928 roku „wobec bezpodstawnych konfiskat” czterech pism wileńskich, w proteście przeciw postępowaniu władz zawieszono wydawanie gazet w mieście na trzy dni.  Cenzura w Polsce przedwojennej była bez wątpienia formą administracyjnego prześladowania niesfornych redaktorów, ale na szczęście nie była sprawna.  Egzemplarze pełnych wydań, tj. sprzed konfiskaty, zachowały się do dziś w niektórych bibliotekach, a artykuły zdjęte w głównym wydaniu Słowa znajdowały się często w całości w prowincjonalnych odmianach gazety.  Wiemy więc niekiedy dość precyzyjnie, jakie to „przestępstwa” narażały Słowo na niebyt.

Dla przykładu, artykuł młodszego Mackiewicza pt. „Proces ‘żołnierzy’ Doboszyńskiego” z maja 1937 roku został pocięty przez cenzurę, ale jest w nieocenzurowanej wersji zarówno w Kurierze Słonimskim, jak i w niektórych zbiorach bibliotecznych.  Wiemy więc z żenującą dokładnością, że cenzura usunęła następującą odpowiedź świadka przed sądem:

„Wolałbym sam siedzieć 10 lat w więzieniu, byle Doboszyński był wolny!”

Mackiewicz nie występował jednak przeciw istnieniu cenzury w ogóle.  Wobec potężnej propagandy bolszewickiej w Polsce, zdawał sobie sprawę z jej konieczności, bo też jak inaczej miało bronić się młode państwo polskie przeciw zalewowi sowieckiego kłamstwa, uderzającego w same podstawy tej państwowości.  Toteż nie mógł się nadziwić, że pozwala się na komunistyczną agitację, a zdejmuje artykuły o rzeczach, o których wszyscy wiedzą.  Jego główny zarzut wobec cenzorskich zapędów polegał na tym, że cięcia i konfiskaty były częścią wszechobejmującej fikcji, absurdalnego „cicho-sza!” na temat spraw powszechnie znanych.

W zabawnym artykule pt. „Nowy sposób na zmniejszenie przestępczości”, młodziutki, bo zaledwie 22 letni, Mackiewicz pisał o rozporządzeniu wileńskiego komendanta policji, zabraniającym wszystkim urzędom podległym jego władzy „udzielania jakichkolwiek informacji prasie o wypadkach przestępczości na terenie naszego miasta”.  „Rozporządzenie powyższe nie jest wcale tak śmieszne, bezcelowe, niemądre i nieuzasadnione, jak to się wszystkim wydawać powinno,” drwił bezlitośnie autor.  Jego celem jest zmniejszenie przestępczości.  Skoro bowiem dzienniki wileńskie zdają prawdomównie sprawę z napadów, rabunków i kradzieży w mieście, a każda notatka kończy się opisem nieudolnego pościgu policji, to czytający bandyci mogą dojść do słusznego wniosku, że są bezkarni, a zatem należy albo zakazać bandytom czytania, albo gazetom pisania.  Ten sarkastyczny wniosek z prześmiewczego felietonu można niestety zastosować do późniejszych zmagań Mackiewicza o wolność słowa: „Czy to nie jest prawda? Owszem, prawda.  Ale po co o tym mówić?!

Istotę tego niezwykłego zjawiska zawarł po latach w słowach, które stały się tytułem powieści: nie trzeba głośno mówić!…  (Nb. o ile mi wiadomo, zwrot ten pojawia się po raz pierwszy w powieści żony Mackiewicza, Barbary Toporskiej, pt. Siostry.)  Utrzymywał – w moim przekonaniu słusznie – że przemilczanie prawdy, zwłaszcza gdy przybiera postać zmowy milczenia, jest przejawem cenzury nawet wówczas, gdy nie ma z urzędem cenzorskim nic wspólnego.

Odnoszę wrażenie, że nie jest to fenomen wyłącznie polski, ale na polskim gruncie ma długą i fatalną tradycję.  Skąd właściwie bierze się u (wydawałoby się) rozsądnych skądinąd ludzi przekonanie, że przemilczenie problemu usuwa go?  Jest to jakaś chorobliwa wersja polityki strusiej, to znaczy chowania głowy w piasek wobec nadchodzącego niebezpieczeństwa.  Z tą różnicą, że w wypadku zmowy milczenia, zamiast chowania głowy własnej, ucisza się innych, sypie się im piaskiem w oczy, a zwłaszcza w usta, byle tylko nie mówić głośno!…  Uboczny efekt jest taki, że zacieśniają się szeregi narodowej dyscypliny nie przeciw prawdziwym wrogom, ale przeciw tym, którzy głośno mówią – i to także będzie cechą charakterystyczną przyszłych zmagań Mackiewicza.  Zwróćmy uwagę: nie wolno głośno mówić.  Mamy zatem do czynienia z czymś na kształt niewypowiedzianego cenzorskiego nakazu: wszyscy o tym wiedzą, ale mówić głośno nie należy, bo … bo co, właściwie?  Czy aby nie chodzi tu o czar?  Wypowiedziane głośno słowo może spowodować, że czar pryśnie, co nie daj Boże!  Jak w baśni Andersena, kiedy wszyscy widzą, że król jest nagi, ale dopiero głośno wypowiedziane słowo ukazuje im tę nagość w całym majestacie swej królewskiej golizny.

Mackiewicz w setkach – to nie jest czcza retoryka, mowa dosłownie o setkach – reportaży, felietonów i artykułów politycznych pisał o biurokratycznym koszmarze przedwojennej Polski.  O niezliczonym mrowiu zakazów i rozporządzeń, a co gorsza nakazów, przykazów i ukazów, regulujących każdy przejaw życia; o arogancji polskiej administracji wobec tzw. Kresów, które widziano jako poletko dla „polskiej misji kulturowej”; o impertynencji niekompetentnych urzędników, obdarzonych szalonymi przywilejami; i wreszcie o horrendalnym bezprawiu, które podważało szacunek obywatela do państwa, niweczyło jego wiarę w sprawiedliwość i podkopywało poszanowanie prawa, które jest fundamentem każdej państwowości.  Mackiewicz bronił białoruskiego chłopa nie przed jakąś mglistą „niesprawiedliwością” rodem z socjalistycznej propagandy, ale całkiem konkretną niesprawiedliwością wynikającą z nieposzanowania prawa przez administrację do strzeżenia prawa powołaną; polską administrację państwową, która traktowała chłopów kresowych jako „mniejszości narodowe”, gdy on widział w nich „swoich”, „tutejszych”, krajan – niezależnie od wyznania i języka.   Przy tym wszystkim najbardziej irytowała go wszechogarniająca fikcja: fikcja mocarstwowa, fikcja domagania się kolonii – tak! kolonii! – fikcja geniuszów u steru itp., a wszystko to, kiedy tuż, tuż, za granicą ryską, najbliżsi bracia białoruskiego chłopa, sprzedani bolszewikom w Rydze przez pana Grabskiego, żyli jeszcze na polskich ziemiach i skowyczeli pod sowieckim jarzmem.

„Co się wyrabia w odległości 70 km od Mińska”, zapytywał retorycznie w artykule z 1937 roku, „siedziby najruchliwszego, najenergiczniejszego, najwścieklejszego ogniska antypolskiej propagandy na świecie.  Tego Mińska, w którym wydawano karabiny maszynowe dla band dywersyjnych, gdzie drukowane są w milionowych egzemplarzach antypolskie wydawnictwa, skąd idą na i przez zieloną granicę karawany agitatorów, szpiegów, wywrotowców płatnych i ideowych sługusów Stalina.”  I w pobliżu tej strasznej granicy prześladuje się konfiskatami nie bolszewickich agitatorów, ale konserwatywnych dziennikarzy z wileńskiego pisma, „Żubrów”, którzy biorą w obronę białoruskiego chłopa maltretowanego przez idiotyzmy polskiej administracji.

Powtarzającym się lejtmotywem publicystyki Mackiewicza z owych czasów jest wyrzekanie na drażniącą sielankowość opisów kresowej rzeczywistości.

„Tego rodzaju ujmowanie naszego kraju, w fałszywym świetle radosnej frazeologii, jest najfatalniej pojętym obowiązkiem.  Można się poczuwać do obowiązku pocieszania zdawkowymi zapewnieniami o dobrym stanie zdrowia samego chorego, ale nie wolno w ten sam sposób zapewniać lekarza, który winien zdawać sobie sprawę przede wszystkiem z istotnego stanu pacjenta, jeżeli tym lekarzem ma być istotnie państwo polskie…”

Z „radosną frazeologią” przyjdzie mu jeszcze walczyć w przyszłości w zupełnie innych warunkach – podczas wojny i na emigracji – w imię przekonania, że odrzucenie frazesów jest warunkiem postawienia trafnej diagnozy.  „Sytuacja naszego pisma,” pisał jeszcze w 1937 roku, „tym się różni od innych osób cywilnych i prawnych, że się obraca niejako w orbicie permanentnego prima-aprilis, każdego dnia będąc narażone na niespodziankę w postaci konfiskaty.”

Mackiewicz nazywał to manią „tajemnicy i kordonu”.  „Niezliczona ilość rzeczy w Polsce okrywana jest tajemnicą, nie tylko przykra prawda dla tych, którzy dysponują konfiskatami pism.  Najbłahsze, najmniej zda się, uzasadniające poufność zdarzenie – okrywane jest tajemnicą.”  Kordonomania natomiast odcina kordonem „świat obywatelskich ‘dołów’ od biurokratycznej ‘góry’”.  Pozwolę sobie przełożyć jego terminologię na dzisiejsze stosunki: Mackiewicz mówił o tzw. środowiskach opiniotwórczych („góra”) i ich mięsie armatnim, tzw. opinii publicznej.  Kordon oddziela jednych od drugich.  Ci pierwsi tworzą „jedyną słuszną” linię, po czym nazywają ją opinią publiczną, by móc powoływać się na nią, gdy z nadmierną skromnością, dławią tych kilku niepokornych, którzy wskutek zastarzałych kompleksów odmawiają poddania się nakazom rzekomej opinii publicznej.  Mackiewicz określał ten stan mianem „bazowania na fikcji”.

W „szczęsnych latach wolnej Polski” wszechobecna fikcja składała się na równi z radosnych frazesów, których nie powstydziłaby się prlowska propaganda sukcesu, i z upartego przemilczania wszelkich problemów.  Milczenie na temat kwestii istotnych było dla niego bolesne zawsze, ale w 1939 roku przemilczanie sytuacji stawało się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym.  Kiedy na przykład hitlerowskie Niemcy wysiedliły tysiące polskich Żydów, Mackiewicz udał się do obozu przejściowego w Zbąszyniu i napisał trzy reportaże na ten temat.  Od czego zaczęła się sprawa?

„Zaczęła się jak wiele spraw w Polsce: przede wszystkim od zakazu pisania o niej i od konfiskat gazet.  Od tego bezsensownego: ‘cicho, sza’, o którym nikt nigdy nie wie, po co i dlaczego, i w jakim celu ma się milczeć i nakrywać rodzimym korcem? – Może gdyby wybuchł od razu wielki skandal, nie trwałby tak długo.”

Krótko potem napisał artykuł o tajemnicy urzędowej, którą objęte było w przedwojennej Polsce wiele dziedzin codziennego życia.  „Dwie trzecie życia publicznego okryte jest w Polsce tajemnicą, najniepotrzebniejszą w świecie, najszkodliwszą, bo podrywającą znaczenie i zaufanie do istotnej, poważnej tajemnicy, w dziedzinach, które jej wymagają.”  Podczas gdy dyslokacja wojsk na Pomorzu – przypominam: jest rok 1939! – nie jest otoczona oficjalną tajemnicą, to jednocześnie „konfiskuje się gazety o to, o czym wiedzą nawet analfabeci, nie umiejący ich czytać…”

W lipcu tegoż roku, kiedy już zupełnie otwarcie mówiono o nadchodzącej wojnie, Mackiewicz zwracał uwagę na kolejną sztuczkę przemilczania.  Tym razem czynniki oficjalne chciały wykorzystać ogólne napięcie dla osiągnięcia jeszcze większej kontroli nad wszelką krytyką.

„Gdy się porusza jakąś sprawę, chociażby ważną i słuszną, ale oczywiście drugo- czy trzeciorzędną w zestawieniu z naczelnym hasłem obrony – panowie ci w odpowiedzi, chowając się za hasłem, nadużywając go często, załamują demagogicznie ręce: ‘Boże!  Polsce dziś-jutro grozi wojna, a oni tam czepiają się…’”

Kiedy nadeszły pogłoski o podpisaniu paktu niemiecko-sowieckiego, pisał 23 sierpnia 1939 roku:

„Fatalna fikcja, rozpanoszona u nas, przeżera już nie tylko obyczaje, ale psychikę narodu. Wierzymy i widzimy to tylko, co widzieć chcemy, a nie to, co jest zgodne z rzeczywistością.  Ponieważ niepopularne było w tej chwili wskazywanie na sowiecką dwulicowość, tedy nikt nie chciał jej widzieć, chociaż konkretny jej obraz w postaci sowieckich koncepcji ‘pośredniej agresji’ podsuwaliśmy pod nos naszej opinii.”

Ostrzegał, że porozumienie takie daje sowieciarzom „maksimum dogodnych możliwości”, że nie ma już mowy o „podziale wpływów, ale o podziale terytoriów”.  Toteż kiedy nadeszła katastrofa i Polska runęła w przepaść, kiedy sowiety zajęły Wilno, po czym oddały je w ręce Litwy, Mackiewicz od razu zabrał głos.  Napisał w Kownie artykuł pt. „My, Wilnianie…” który wydrukowany został w Lietuvos Zinios 14 października 1939 roku.

„Gdyby mi ktoś teraz powiedział, że piszę paszkwil przeciw Polsce, odpowiedziałbym mu, że piszę nie tylko z rozkrwawionego serca, ale i głębokiego przekonania.  Bo w moim głębokim przekonaniu, obowiązkiem dziś dziennikarza polskiego, jest nie tylko podtrzymywać ducha Narodu, ale i wskazać palcem na tych i ich metody, które doprowadziły do niebywałej w dziejach klęski.  A to dlatego, aby w oczach świata, hańbą za tę klęskę, nie obarczano całego Narodu Polskiego, a tylko jej sprawców.”

Rozwinął to stanowisko w licznych artykułach w Gazecie Codziennej, którą założył i redagował po powrocie do Wilna.  Była to z jego strony konsekwentna kontynuacja tez publicystyki przedwojennej.  Fikcja i przemilczanie doprowadziły do klęski, nie wolno więc popełniać nadal tych samych błędów i trzeba głośno mówić.  Milczenie stworzy tylko miejsce dla odrodzenia się „radosnej frazeologii”.  Domagał się rzetelnej dyskusji o przyczynach klęski i o aktualnej sytuacji Polaków w Wilnie.  Pisał wprost, o czym wszyscy wiedzieli, tylko nie chcieli mówić głośno: o klęsce.

„Przyczynę jej skłonny jestem dostrzegać w tym bezmiarze fikcji, w której brnąc do rzekomego celu po omacku, namacywaliśmy przedmioty codziennego użytku: pomnik, frazes, genjusz itd. i tak się szło, potykając o nożyce do przecinania wstęg. (…) Wiem, że o tych rzeczach nie wszyscy uważają za stosowne dziś mówić głośno.  Że to niby pora nieodpowiednia i nie nam sądzić. (…) Nam strzelać nie kazano! ‑ mogliby powtórzyć z Reduty Ordona, gdy się cofali przed zgrzytem sowieckich tanków.  Ale kto nam milczeć rozkazał?”

Warto może w tym miejscu zwrócić uwagę, że rozkaz NIE-strzelania do sowieckiego agresora, wydany przez marszałka Rydza-Śmigłego, jest do dziś objęty nakazem milczenia w ogromnej większości polskiej publicystyki.  Z górą ćwierć wieku po kampanii wrześniowej, Mackiewicz wspominał sardonicznie o tym nakazie milczenia:

„Byli ludzie, którzy trwali z rozdziawionymi gębami, byli, którzy strzelali sobie w łeb; ale bardzo dużo było takich, którzy zakrzyknęli: ‘Za wcześnie na wydawanie orzeczeń!  Nie czas teraz!’.  Jak wiadomo, taki okrzyk nie przewiduje terminu.  Minęło lat 10, i wciąż było za wcześnie.  Minęło lat 20, i wciąż za wcześnie.  Minie już niedługo lat 30, i fakty zaczną się rozłazić po dogmatach wyroczni narodowych.”

Po latach, Mackiewicz powiedział, że Gazeta Codzienna była „antypaństwowa na dwa fronty”, bo przez krótki czas swego istnienia borykać się musiała jednocześnie z polską opinią i z absurdami litewskiej cenzury, która zabraniała prostować nawet błąd korektorski z poprzedniego wydania, ponieważ posiadł już był placet cenzora…

Zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy nad głównym przedmiotem tych rozważań– cenzurą.  Co w tym kontekście może oznaczać „walka z fikcją”?  Zarówno w Słowie jak i w Gazecie Codziennej walczył Mackiewicz z administracyjnymi naciskami: zakazem publikacji na temat konkretnych spraw, cięciami w artykułach, z konfiskatą całych numerów; był to jednak niemal normalny świat, choć interwencje były niewątpliwie irytujące i niemądre.  Ale z drugiej strony spontaniczne chowanie głowy w piasek, owo „cicho, sza!… nie trzeba głośno mówić” było czymś innym, nowym i niebezpieczniejszym.  To już nie walka Dostojewskiego z carską cenzurą, ale coś o wiele bardziej złowrogiego: walka z własnymi rodakami o prawdę.  Kombinacja tych dwóch czynników – oficjalnej polityki popartej administracyjnymi nakazami i społecznej presji wyrażonej w zmowie milczenia –dopiero taka kombinacja tworzyła tę fatalną fikcję.  W wolnym społeczeństwie można jednak ścierać się z obydwoma stronami, ale co począć, kiedy samo społeczeństwo przejmuje niejako wszelkie cechy autorytetu państwowego?  Jak wówczas podjąć walkę?

Pod sowietami Mackiewicz pisywał do szuflady, a ściślej: do domku dla szpaków, gdzie chował swój rękopis.  Po ataku Hitlera na sowiety „skorzystał z pierwszych łamów drukowanych po polsku, aby je prosić o gościnę.  Nie wiem,” pisał, „czy bardziej z tęsknoty do pisania czy z nienawiści do bolszewików.”  Jednak idiotyzm hitlerowskiej polityki prędko zniechęcił go do publikacji.

Wydając w Warszawie w roku 1944 podziemne pismo Alarm, narażał się na denuncjację do Gestapo, ponieważ występował ostro przeciw prosowieckiej linii zajętej przez dowództwo AK.  Tytuł broszury wydanej w Krakowie w tymże 1944 roku jest znaczący: Optymizm nie zastąpi nam Polski!  Optymizm czyli „radosna frazeologia”, tworzy fikcję „wyzwolenia”, a zmowa milczenia nakazuje nie mówić głośno, że całe to „wyzwolenie” nie jest niczym więcej jak sowiecką okupacją.  Ta sama radosna frazeologia kazała śpiewać przed wojną buńczuczne: „Nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest marszałek Śmigły-Rydz!”, a podczas wojny podsuwała radość na wieść, że „kacapy biją Szkopów pod Stalingradem”.  Ten sam optymizm, który kazał wyzwalać Wilno u boku krasnoarmiejców, dyktował później optymistyczne twierdzenia, że Bierut to Polak-katolik, bo idzie w procesji z księciem Metropolitą Sapiehą, a Gomułka to wielki Polak, który uratował Polskę przed złym kacapem Chruszczowem.  Ale tym wszystkim zajmę się bardziej szczegółowo w dalszych częściach.

Uciekłszy przed „wyzwoleniem” z rąk enkawudzistów, Mackiewicz znalazł się we Włoszech przy II Korpusie i rozpoczął od razu pracę nad książką o Katyniu.  Wydano ją pt. Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów bez podania nazwiska autora, choć za autora podawał się oficjalnie Zdzisław Stahl.  Mackiewicz postanowił nie kruszyć kopii o to jawne „przywłaszczenie praw autorskich”, ale tylko ze względu na ważność sprawy.  Czy był to akt cenzury?  Nie, raczej pospolita kradzież, poparta dla wygody Stahla i wydawców Zbrodni katyńskiej oskarżeniami o „współpracę z okupantem litewskim”, co oczywiście w kontekście jego walki z litewską cenzurą i poparciem finansowym udzielonym Gazecie przez przedstawiciela rządu Sikorskiego, jest zarzutem komicznym.  Zajmę się tym epizodem szerzej w następnej części.

Jakie więc były lekcje z pierwszego okresu zmagań Mackiewicza z cenzurą?  Po pierwsze, nawet najbardziej zjadliwa i głupia cenzura legalnego autorytetu państwowego – palma pierwszeństwa w tym niechlubnym konkursie należy się niestety litewskiej cenzurze w Wilnie na przełomie lat 1939-40 – jest niczym w porównaniu z naciskami społecznymi.  (Podkreślam, że nie mówię tu o cenzurze komunistycznej, bo to jest zupełnie inne zjawisko; bolszewicy nie cenzurują, ale dyktują. „Jaka tam ona była ta Polska w dobie tzw. dwudziestolecia,” pisał po latach, „z jej błędami, które wytykamy, z żenującym trochę ‘kultem jednostki’ Piłsudskiego, z tym wszystkim, na co się sobaczy – przecież w zestawieniu z ustrojem komunistycznym była krajem wolnym.”)  Po drugie, radosna frazeologia ma na celu stworzenie pokrzepiającego obrazu, który ma fatalne, usypiające skutki dla świadomości sytuacji.  Po trzecie, tak stworzona fatalna fikcja wzmocniona jest następnie przez zmowę milczenia, przez haniebne „cicho-sza!…” na temat rzeczy powszechnie znanych.  Po czwarte, zmowa milczenia czyni klęskę gorszą i utrudnia prawidłową reakcję na rezultaty klęski.



Prześlij znajomemu

22 Komentarz(e/y) do “Józef Mackiewicz i cenzura II”

  1. 1 Andrzej

    Sądzę, że dobrowolna autocenzura jest na dnie wszystkich form cenzury. Dziś wszędzie jej pełno, nie trzeba nikogo zbytnio strofować. Wydaje mi się, że gremialnie przyjmuje ona już cenzurowanie własnych myśli. Nie dopuszczane są te które mogłyby naruszyć bolszewicką fikcję. Nie tylko „nie trzeba głośno mówić” ale nie wolno nawet dopuścić do siebie określonych myśli no bo skoro „komunizm upadł” to po co o nim myśleć jako o teraźniejszym zagrożeniu?
    Moje próby rozmowy na ten temat, zazwyczaj kończą się albo zupełnym niezrozumieniem kwestii o której mówię albo milczeniem, jednoznacznie sugerującym mi abym ją jak najprędzej zakończył.

  2. 2 michał

    Panie Andrzeju,

    Sądzę, że my, ludzie podziemni, zbyt łatwo dajemy się ponieść pojęciu autocenzury. Widzimy je zawsze wobec bolszewickich postępów. Mam jednak wrażenie, że jest to niekiedy zjawisko ambiwalentne.

    Dla przykładu, wolna prasa byrtyjska nie pisała o romansie króla Edwarda z panią Simpson. Nikt nie musiał zakazywać pisania, gazety milczały z samego szacunku dla króla i dla monarchii. Jest to więc klasyczny przypadek zbiorowej samocenzury.

    Podobnie było z romansami Roosevelta, o których wiedział cały Waszyngton, ale nie pisał o tym nikt. Nie istniał żaden zapis cenzury na ten temat. Nie inaczej było z Kennedym. Czy świat jest lepszy, dlatego że dziś żaden szmatławiec nie zawahałby się pisać o romansach polityków i koronowanych głów?

    Zmierzam do tego, że dobrowolne poddanie się ograniczeniu może być także szlachetnym aktem. Dopiero pojawienie się komunizmu zmienia całe równanie. Rację miał ten, któ zwrócił uwagę, że komunizm jest jak zero i nieskończoność w równaniu, wraz z jego pojawieniem, nagle wszystkie zasady przestają działać.

  3. 3 Andrzej

    Panie Michale,

    Jest tak, jak Pan napisał.
    Nie potrafiłem się wyrazić dostatecznie precyzyjnie bowiem chodziło mi przede wszystkim o autocenzurę myśli, nie dopuszczanie do rozważania danej kwestii na zasadzie odrzucania a priori jako zbędnej; na zasadzie wmówienia sobie, że lepiej żyć syto w demobolszewickim systemie, niż zastanawiać się (już nawet nie mówić o tym) nad jego istotą. Nawet wtedy, gdy widzi się jego przejawy i wywołują one sprzeciw. Fałszywe twierdzenia (tak czy inaczej narzucone) przyjmuje się za aksjomaty, nie chcąc dostrzec fałszu na zasadzie „jakże inaczej?”.
    To wydaje mi się kolejnym „milowym” „tryumfem ześlizgu”.

  4. 4 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Otwiera Pan tym samym kolejne pole rozważań. Jedna bowiem autocenzura, nie pozwala wypowiadać prawdy znanej, zakazuje „mówić głośno”, zastępuje prawdę, „radosną frazeologią”. Autocenzura myśli, to już wyższa szkoła jazdy.

    Pytanie, czy to jest nadal kwestia należąca do szeroko pojętego problemu cenzury?

    Zastanawiałem się nad tym w pierwszej części moich rozważań o cenzurze, ale wyznaję, że problem nie jest dla mnie jasny. Dla przykładu: wiele współczesnych przedstawień cenzury mówi o „cenzurze na poziomie odbiorcy”, gdy czytelnik odrzuca z góry pewnych autorów, pewne opinie, pewne książki, bo nie chce ich znać. Ale mnie się to wydaje nie żadną cenzurą, tylko aktem wolnego wyboru. Współczesny świat jest tak wypełniony po brzegi słowem, że nie sposób postępować inaczej. Druga strona tego medalu jest taka, że 99.9999% ludzi na świecie odrzuca z góry jakichś ludzi piszących w Podziemiu – ale trudno, niech będzie.

    Odrzucanie jakiejś kwestii z góry, a priori, jest typowe dla ogromnej większości ludzi, ponieważ ogromna większość nie myśli. Nie myślą sami, a tylko przyjmują z góry podane opinie i powtarzają je jako swoje. Częścią tej podanej opinii jest, żeby odrzucić z góry pewne określone opinie, ale brać pod uwagę inne (również ściśle określone), bo przecież jesteśmy, och, tak bardzo tolerancyjni.

    Ale zanim zachłyśniemy się potępieniem, to powinniśmy pamiętać, że samo zejście do Podziemia jest już aktem odrzucenia. Ja doprawdy nie chcę wysłuchiwać argumentów, dlaczego człowiek kochający kozę powinien wziąć kozę za żonę. Fuj! Nie chcę. A priori odrzucam.

    Więc jak to jest z tą autocenzurą? Czy moje aprioryczne odrzucenie kozy jest już ześlizgiem?

  5. 5 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Ależ skądże. To wolny wybór i świadomy istoty danej kwestii (każdy przecież wie co to koza i miłość, przyjmując ustalone kulturowo pojęcie moralności). Co jednak wtedy, gdy ktoś tej istoty nie chce znać choć powinien? I chodzi mi o te przypadki (odnoszę to zasadniczo do „peerelów”) gdy, mając wszelkie przesłanki do podjęcia procesu myślenia na dany temat, myślenie to odrzuca się z góry jako „nieodpowiednie”.
    Co do np. książek, to rzeczywiście granica między wyborem a „cenzurą na poziomie odbiorcy” jest bardzo cienka (a może rozrzedzona) ale chyba też istnieje. Książki do przeczytania się wybiera ale jeśli jest to książka na temat który nas interesuje, wnosząca nową wiedzę lub nowe spojrzenie na kwestię to jak można wytłumaczyć zaniechanie zapoznania się z nią na zasadzie chęci utrzymywania stanu niewiedzy?

  6. 6 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Nie chciałbym stworzyć wrażenia, że się z Panem nie zgadzam (bo naprawdę się zgadzam), rzecz wydaje mi się jednak mniej prosta.

    Trzymajmy się przykładu książki wnoszącej nową wiedzę do interesującej nas kwestii. Mnie interesuje literatura na temat Józefa Mackiewicza. Przeczytałem ogromną większość książek i artykułów na jego temat, ale nie zdołałem zmóc Gie Eberhardta. Flaki się we mnie przewracają a priori. Przewracały się także a fortiori i przewracają nadal a posteriori. Czy to jest autocenzura, że ja nie chcę czytać, co ma do powiedzenia o Mackiewiczu człowiek, bluzgający nienawiścią do osoby, najbardziej zasłużonej w rozpowszechnianiu twórczości Mackiewicza?

    Nie wątpię, że on ma „nowe spojrzenie”, wnosi „nową wiedzę”, np. na stronie pierwszej jego Wstępu jest taka nowa wiedza: „już Maja nie ciągała siedmioletniej Ani”, do czego są dwa przypisy (tak, przypisy! i to dwa), że Maria obecnie Eberhardt, a Anna ur. 1976.

    No, więc ja postanawiam zaniechać zapoznania się z takim bełkotem.

  7. 7 Andrzej

    Panie Michale,

    Jednak wziął Pan tę książkę do ręki i ocenił ją w interesującej go kwestii. Pomyślał Pan o tym aby to zrobić. Mnie też się to często zdarza i często o ocenie decyduje osoba autora. Chodzi mi jednakże o to, że coś mogłoby być przydatne ale ktoś woli nie dopuszczać do siebie myśli o tym bowiem psuje mu to jego „dobre samopoczucie”.

  8. 8 michał

    Panie Andrzeju,

    To nie jest tak. Wziąłem to do ręki z uprzednią oceną. To zupełnie co innego. Nie pretenduję do oceny tej rzeczy. Jedyną ocenę można wypracować na podstawie znajomości rzeczy, a ja jej nie chcę poznać. Stosuję do Eberhadta zasadę łyżki zupy, tzn. nie muszę zjeść całego kotła zupy, żeby wiedzieć, jak smakuje – wystarczy jedna łyżka.

    Ja zupełnie autentycznie nie dopuszczam do siebie myśli, że to mogłoby mi być przydatne. Istnienie Eberhadta psułoby mi z pewnością samopoczucie, ale na szczęście nie myślę o nim, więc prznajmniej to się do mnie nie stosuje. Jego istnienie jest dla mnie tylko orzecznikowe.

  9. 9 Andrzej

    Panie Michale,

    Istotnie, kwestia nie jest taka prosta. Bo każdy ma wolną wolę i wedle tego może odrzucić coś co zakwalifikuje negatywnie. Nikomu nic do tego. Ponadto, trudno rozróżnić umysłowe lenistwo od niechęci do poznania prawdy (chyba, że ten kto to praktykuje, przyzna się do tego).
    Jednak będę się upierał przy tym, że zjawisko „odmawiania sobie” niewygodnych myśli istnieje i potęguje się w miarę trwania demololszewickiej fikcji i jej postępów. „nowe szaty peerelu” są barwne i pozornie można je wybierać, po co psuć sobie tę wspaniałą wizję?
    Zdanie „jedynie prawda jest ciekawa” jest przez wielu wypisane na sztandarach (weźmy na przykład tzw. prawicowych blogerów, istnieje nawet portal internetowy z tym hasłem) ale to w niczym nie przeszkadza im identyfikować się z fikcją i wspierać ją.

  10. 10 michał

    Drogi i Szanowny Panie Andrzeju,

    Podkreślam raz jeszcze, że jesteśmy w zgodzie co do podstawowego punktu. Samocenzura jest zjawiskiem autentycznym i istniejącym. Jest motorem bolzewickiego panowania i jest hańbą. Wyraziłem tylko wątpliwości co do ogólnej zasady.

    Czy uwierzy Pan, że osobiście znieść nie mogę tego powtarzania w kółko „jedynie prawda jest ciekawa”? Dostaję wysypki nawet kiedy czytam to u samego Mackiewicza. Oczywiście on miał rację w pewnym sensie, w sensie w którym używał tego określenia, ale przecież równie dobrze można by powiedzieć, że tylko prawda jest nieciekawa, albo tylko nieprawda jest ciekawa itd. Natomiast te papugi w postaci bandy czterech klepią to bez ładu i składu, bez jakiegokolwiek zrozumienia. Cholera mnie bierze na takie idiotyzmy. I jak Pan słusznie mówi, plotą jak papugi, a jednocześnie wspierają fikcję.

    Tfu!

  11. 11 Sonia

    Bardzo interesujaca dyskusja.

    Oczywiscie, ze autocenzura istnieje. Ale istnieje tez ciekawosc. To przez ciekawosc przeczytalam kiedys moja „koze” – „Dzienniki Turnera”. I nastapila we mnie kakofonia roznych „autocenzur” i innych reakcji. Najpierw olsnienie – ksiazka jest doskonale napisana i naprawde fascynujaca. Potem autocenzura anty-rasistowska – ksiazka jest tak radykalnie, ludobojczo rasistowska (wobec Murzynow i Zydow), ze doslownie odrzuca. Pozniej przetasowanie ideologiczne – ksiazka wydawaloby sie prawicowa okazuje sie skrajnie lewacka, czysto „pol-potska”. I wreszcie zaniepokojenie – ta ksiazka jest tak diabolicznie efektywna, ze ona moze dokonac ideologiczej transformacji czytelnika (tak jak ksiazki Mackiewicza), ale w zlym kierunku.

    W tym wiec akurat przypadku jest chyba dobrze, ze u wiekszosci ludzi autocenzura dziala sprawnie i ze odrzucaja oni takie „kozy” jak „Dzienniki Turnera”…

  12. 12 Andrzej

    Panie Michale,

    Pan to wie dużo lepiej ode mnie, że JM „był za ścisłością”. W tym sensie ja rozumiem słowa „jedynie prawda jest ciekawa” jako „tylko fakty są ważne i warto nimi się zajmować”. Zatem, przy takim ujęciu stwierdzenie „nieprawda jest ciekawa” nie ma sensu. Po co bowiem zajmować się czymś co nie istnieje? Czy się mylę?

    Pani Soniu,

    Nie czytałem tej książki więc nie jestem w stanie ocenić. Zwróciłbym tylko uwagę na fakt, że to co dla Pani okazało się godne odrzucenia dla innej osoby (np. dla rasisty lewaka) może być godne przyjęcia. Zdaje mi się więc, że to jest podobny mechanizm do tego, który opisał Pan Michał odnośnie książki G. Eberhardta. Nie ośmieliłbym się nazwać tego autocenzurą lecz wyborem. Autocenzurę myśli rozumiem jako odrzucanie możliwości dotarcia do istoty sprawy poprzez świadomą niechęć do pomyślenia o niej.

  13. 13 michał

    Soniu,

    „Koza” była tu symbolem czegoś „apriorycznie odrzuconego”, bez próbowania, bez sprawdzania, bez czytania i niepokojącej fascynacji. Przypuszczam, że Dzienniki Turnera należą dla mnie do tej właśnie kategorii. Dla Ciebie natomiast są mniej kozą, bo jednak ciekawość przeważyła.

    Dotykamy tu chyba czegoś ważnego. To jest problem, który w dawnym świecie nosi miano „wolnomyślicielstwa”. Kościół odrzucał wolnomyślicielstwo przez wieki i był za to krytykowany i wyśmiewany. Czy słusznie?

  14. 14 michał

    Panie Andrzeju,

    „Nieprawda” to fikcja. Fikcja w polityce jest fatalna. Ale fikcja w artystycznej formie mówi nam coś o nas, o naszej naturze. Hamlet czy Król Lear są czystą fikcją. Czyżby były przez to nieciekawe? A zajmujemy się przecież czymś co nie istnieje. Nie istnieje, ale jest prawdziwe.

  15. 15 Andrzej

    Szanowny Panie Michale,

    Oczywiście, że ma Pan rację, w odniesieniu do literatury czy sztuki. Fikcja literacka, malarska czy muzyczna może być ciekawa i jest rzeczywistością jako dzieło.

    Konstatując powyższe:
    Proszę mi wybaczyć, ze kontynuuję temat stwierdzenia, które wywołuje u Pana wysypkę ale bardzo mnie ciekawi pańskie wyjaśnienie tego, że Mackiewicz, w swoim stwierdzeniu odniósł się właśnie do literatury. Ciąg dalszy tego tekstu to: „Ale jednocześnie prawda jest z reguły bardziej wielostronna i bogata, i barwna, niż wykoncypowane jej przeróbki.” Oczywiście to zdanie nie deprecjonuje fikcji literackiej jako czegoś, co należy odrzucić ale (tak to odbieram) sytuuje ją, u autora, o piętro niżej jako nieciekawą(?).
    Mackiewicz jako twórca miał prawo do takiego stwierdzenia ale czy np. sądził że „1984” to literatura nieciekawa?

  16. 16 michał

    Panie Andrzeju!

    Jakże miałbym Panu wybaczyć takie przestęstwo jak kontynuowanie dyskusji?! Wie Pan przecież, że tu w podziemiu ucinamy każdą dyskusję u zarania!

    A zatem w drodze wyjątku…

    Paradoks fickji polega na tym, że lepiej niż rzeczywistość przekazuje nam sens. Pan Jezus widział to z ostrością, używając przypowieści dla przekazania prawdy. To jest na swój sposób zdumiewające zjawisko, że Raskolnikow bądź Iwan Karamazow mówią mi więcej o życiu niż moje własne doświadczenia wypisane na moje skórze – ale tak właśnie jest.

    Poświęciłem więcej miejsca problemowi „czy tylko prawda jest ciekawa?” w książce pt. Votum separatum. Jest to jednak mało znane Superdzieło (jak powiedziałby Walerian Gnidon), więc wyjaśnię pokrótce, że w moim przekonaniu Mackiewicz miał rację w obrębie swoich własnych założeń. Badając sprawę Katynia czy oddania Kozaków w ręce sowieckie, sprawę Miasojedowa czy perypetie Klary Miasojedowej, poświęcił się żmudnemu tropieniu, odkrywaniu, rekonstruowaniu ze śladów i szczątków prawdy faktów – faktycznego przebiegu wydarzeń. I rezultat jego wysiłków jest olśniewający; prawda okazała się najciekawsza.

    Ma Pan rację pytając o „1984”. A klasycy beletrystyki? Klasycy wyobraźni tacy jak Puszkin i Byron, Dickens i Dostojewski, Bułhakow i Hesse, Nabokow i Barbara Toporska?

    Nieprawda bywa ciekawa.

  17. 17 Andrzej

    Panie Michale,

    Dziękuję bardzo za odpowiedź. Żałuję, że nie przeczytałem jeszcze pańskiej książki.

  18. 18 Sonia

    Michal,

    Kościół odrzucał wolnomyślicielstwo przez wieki i był za to krytykowany i wyśmiewany. Czy słusznie?
    ——–

    Oczywiscie, ze byloby slusznie, gdyby rzeczywiscie byl „krytyjowany i wysmiewany”. Ale, niestety, w czasach gdy Kosciol byl potezny i silny, malo kto mial odwage go krytykowac i wysmiewac. Zaczeto go kopac dopiero odkad lezy juz pol-martwy na ziemi…

    Dla Ciebie natomiast są mniej kozą, bo jednak ciekawość przeważyła.
    —————

    Nie nie mam „kozy”. A ty tez masz malo „koz”, skoro uwielbiasz Bułhakowa i Nabokowa. Chyba ze mamy odmienne interpretacje najwybitniejszych dziel tych tworcow, i „Mistrz i Malgorzata” nie jest apoteoza Stalinizmu jako slusznej i nieuniknionej kary za bolszewickie zbrodnie, a „Lolita” nie jest apologia pedofilii…

    W podobny sposob, „Dzienniki Turnera” to apoteoza ludobojstwa jako slusznej i nieuniknionej kary za zbrodnie liberalizmu i politycznej prawidlowosci…

    A co do waszej dyskusji o roznicy pomiedzy „fikcja” i „prawda” to przypomina ona dyskusje bizantynskich scholastykow o plci aniolow i ilosci diablow ktore moga sie zmiescic na koncu szpilki. Mackiewicz nie mial na mysli roznic pomiedzy dokumentami i beletrystyka, tylko to czy owa beletrystyka opisuje rzeczy zgodnie z prawda czy zgodnie z partyjnymi zaleceniami.

  19. 19 michał

    Soniu,

    Chyba nie rozróżniasz między wolnością myśli i wolnomyślicielstwem. Kiedy mówię o wyśmiewaniu, mam na myśli satyry Diderota czy Woltera, kiedy Kościół z pewnością nie był tak potężny, jak niegdyś, ale z pewnością nie „leżał pół martwy”.

    Ani Bułhakow nie apoteozuje Stalina, ani Nabokow pedofilii. Obaj stworzyli natomiast dzieła sztuki, obiekty piękna. Ja jestem gotów im wybaczyć ich wolnomyślicielstwo, właśnie za piękno, które stworzyli. Piękno jest wartością, a wolność nie jest. Ale to są właśnie problemy cenzury, które próbuję rozważać a moim artykule.

    Jeżeli Dzienniki Turnera są na poziomie Mistrza i Małgorzaty, to jestem gotów je przeczytać. Z tego co czytałem o nich, nie odnoszę takiego wrażenia.

    Nie masz jednak racji co do Mackiewicza. Partyjne zalecenia nie miały nic wspólnego z jego wyborem literatury faktu. Jego naleganie, że tylko prawda jest ciekawa było zwrócone nie przeciw partyjnym nakazom (bo jak wiesz nie uważał prlowskiej literatury za polską a za sowiecką), ale przeciw odchodzeniu od prawdy, fikcjonalizowaniu prawdy, jak choćby w książce Odojewskiego o Katyniu. Interesowała go prawda faktów. Sam pisywał jednak opowiadania fantastyczne zresztą znakomite, warto przeczytać.

  20. 20 michał

    Panie Andrzeju,

    Votum separatum nie jest chyba łatwe do zdobycia, bo „książka nie jest przeznaczona do sprzedaży w prlu”. Ale chyba można ją nabyć w drodze kupna przez internet.

  21. 21 Sonia

    Michal,

    W czasach Woltera Kosciol byl tak slaby, ze Jezuici byli przesladowani nawet w katolickich krajach. Kosciol byl potezny w roku 1816, ale w roku 1772 byl slabszy niz dzisiaj.

    Dzienniki Turnera nie są na poziomie Mistrza i Małgorzaty! To tak jak by porownac Leonarda da Vinci do Fyodora Savvicha Shurpina. Ale sa ludzie ktorym „Morning of Our Fatherland” (1948) bardziej zaimponuje niz „Mona Lisa”…

    Wedlug mnie jednak, zdanie Mackiewicza „Jedynie prawda jest ciekawa” oznaczalo „Komunisci klamia, a komunizm to nuda, bo klamstwo jest nudne”…

  22. 22 michał

    Soniu,

    O ile mnie pamięć nie myli, to Towarzystwo Jezusowe było prześladowane przez absolutnych monarchów w katolickich krajach, a zachowane przez samodzierną carycę Katarzynę. Absolutne monarchie były bardzo zasadniczo przeciwstawne chrześcijaństwu.

    Twierdzenie, że w roku 1772 Kociół był słaby, a w 1816 mocny wydaje mi się horrendalnym uproszczeniem.

    Cieszę sie, że nie muszę czytać Dzienników Turnera.

    Mackiewicz powtarzał to zdanie o prawdzie wielokrotnie. O ile mi wiadomo, po raz pierwszy w następującej formie: „Bo nie fantazja i talent, nie tendencja polityczna jest rzeczą najciekawszą w życiu, ale prawda.” Nie zwracał się z tym zdaniem pod adresem komunistów, bo oni go nie obchodzili, ale pod adresem tych, którzy w walce z komunizmem łżą. Łżą z najrozmaitszych powodów, często z dobrymi intencjami, ale prawda jest lepsza, ciekawsza. Pisał w innym miejscu o polskiej literaturze:

    „A jeśli użyłem tu zabójczego dla wszelakiej literatury słówka „nudnawa”, to tylko pod wpływem subiektywnej percepcji, sądzę bowiem, że w życiu tylko prawda jest ciekawa. Stąd dochodzę do wniosku, że w literaturze też tylko prawda, tj. doprowadzona do możliwie najwyższego stopnia szczerość autora, jest ciekawa. A mniej ciekawy jest z góry postawiony postulat, teza, wszelka obowiązująca autora tendencja.”

    Wydaje mi się oczywiste, że nie zwracał się z tym do komunistów.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja