Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Trzecia nasza Ankieta poświęcona, najoględniej rzecz ujmując, istocie bolszewizmu, uświadamia ponad wszelką wątpliwość przynajmniej jedno – oczywistą złożoność tego „zjawiska”. Pośród wszystkich autorów wypowiedzi nie było bodaj nawet dwóch, którzy zaprezentowaliby identyczne podejście do problemu. Bolszewizm wciąż wymyka się jednolitej definicji.

Prawda to czy nie, ów brak jednolitej odpowiedzi nie powinien nas zanadto martwić. Obok niewątpliwych swoich zalet, lotności i lapidarności, definicje koherentne grzeszą niekiedy jednym – niepełnością. Wbrew swoim pretensjom do ścisłości, nie wyczerpują tematu. Może więc lepiej na zjawisko o tak wielkim znaczeniu dla naszej egzystencji, kultury, historii nie nakładać uniformu ujednoliconej formuły, skrywającej nieopacznie to co może istotne, ale prezentować owo w całej jego nieprzystojnej nagości? Spójrzmy na rzecz w sposób empiryczny, kusząc się o ułożenie na podstawie wszystkich wypowiedzi (które łącznie mogłyby wypełnić sporych rozmiarów broszurę) wspólnego obrazu bolszewickiej zarazy, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy zaprezentowana w Ankiecie różnorodność da się ze sobą, być może, pogodzić. Spróbujmy napisać, a raczej streścić, rozległą definicję bolszewizmu.

Postarajmy się na początek wyjaśnić problem bolszewickiej niejednoznaczności? Czyżby brakowało źródeł, dowodów świadczących dobitnie o charakterze omawianego zjawiska? Oczywiście, nie. Jeśli odczuwamy w tym punkcie pewien dyskomfort, wiąże się on zdecydowanie z nadmiarem, nie zaś z niedostatkiem. Wiemy dużo, wystarczająco dużo, aby wyrobić sobie opinię. Skąd zatem problem ze zrozumieniem bolszewickiej istoty, który sygnalizowaliśmy w pierwszym pytaniu Ankiety?

Komunizm (bolszewizm) – podpowiada pan Amalryk – jest rodzajem społecznego AIDS, który, podobnie jak jego biologiczny odpowiednik, jest trudny do zniszczenia. Decyduje różnorodność nieustannie mutującego materiału genetycznego, powodującego powstawanie coraz to nowych form wirusa. Niezmienny w swoich celach, metodach, istocie, bolszewizm nieustannie politycznie mutuje, jest doskonale elastyczny. Dlatego właśnie, mimo całej swojej konsekwencji, bolszewizm tak łatwo (i wielokrotnie na przestrzeni ostatnich stu lat) zamazuje przed publicznością swoje prawdziwe intencje.

Niezrozumienie bolszewizmu wynika wprost z jego istoty, z bolszewickiego kłamstwa, z odwracania rzeczywistości i sensu słów. Wszyscy bodaj uczestnicy Ankiety wyrażają zbliżony pogląd. Kolejne NEP-y – tak pisze pan Orzeł – odbierają argumenty tym, którzy „chcieliby bić na alarm”. Bolszewizm – stwierdza z kolei pan Tomasz Sobieraj – to rodzaj etycznej choroby, tyle że chorzy uważają się za zdrowych. Inaczej, ale czy sprzecznie? Czy nie jest tak, że za fenomen nierozpoznania istoty bolszewizmu odpowiedzialna jest moralna dysfunkcja, przyzwolenie na jawne, brutalne kłamstwo, byle tylko było uspokajającym zmysły (bo przecież nie sumienie)? Pan Andrzej Dajewski ujmuje rzecz konkretniej i pisze: kwestią zasadniczą jest „realizm”, który można sprowadzić do braku „poczucia rzeczywistości”. Kwestia bolszewizmu traktowana jest „życzeniowo”, nie zaś „rzeczowo”. Czy i pod tym elementem wspólnej definicji nie warto się podpisać? Twierdząco odpowiada pan Marek Kowalski: „Daliśmy się nabić w butelkę. Błąd polegał na braniu bolszewickich prowokacji za rzeczywistość.” Pan Bogusław Bielecki, potwierdzając w swojej wypowiedzi ten pogląd („Bolszewizm kreuje stany świadomości, które są często bardzo odległe od rzeczywistości.”), dodaje kolejną cechę, istotną dla upowszechnienia milczącego przyzwolenia na bolszewizm. Cechą tą jest umiejętność kreacji powszechnego przekonania o tegoż bolszewizmu nieuchronności i praktycznej niezniszczalności. Inaczej, ale czy nie tkwi w tym poglądzie cząstka słuszności? Czy silnie ugruntowane przeświadczenie o nieodwracalności nie jest katalizatorem probolszewickich zachowań? Muszę przyznać – uzupełnia swoją myśl pan Bogusław – że czytając wpisy moich poprzedników, tu i ówdzie ta niezwykła bolszewicka umiejętność okazuje się skuteczna i na tym forum. Czyżby była to próba „rozpętania” podziemnej dyskusji?

Pan Jaszczur zwraca uwagę na klasyczny problem nierozpoznania istoty komunizmu, co w praktyce uniemożliwia właściwą jego ocenę. Zakłada się – pisze w swoim wywodzie – że komunizm stara się realizować cele „pozytywne”, a co za tym idzie, większość badaczy tego zjawiska, nie pojąwszy jego istoty, błędnie postrzega także poszczególne jego etapy. Trudno się z tym nie zgodzić. Bolszewizm zawsze skupia wokół siebie masy zwolenników ideowych, niezależnie od aktualnego etapu. Czy akurat zabiera pieniądze czy rozdaje, zwalcza homoseksualizm czy popiera, pilnuje małżeńskiej moralności czy promuje wspólność kobiet, zwalcza instytucje religijne czy też wchodzi z nimi w alianse, nieodmiennie dysponuje rzeszami entuzjastów.

Jest wiele form transformacji bolszewizmu na przestrzeni XX i XXI wieku, słusznie dopisuje w tym samym duchu pani Amelka. Formy te niewątpliwie nie ułatwiają rozpoznania rzeczywistości. Pan Gniewoj, ostatni (jak do tej pory) uczestnik Ankiety, podejmuje jeszcze jeden, niewątpliwie bardzo istotny wątek, sprzyjający rozpowszechnianiu się bolszewickiego kłamstwa. To nic innego, a ludzka prozaiczna pycha, zadufanie się w sobie, iluzoryczna wiara w zwycięstwo, rzec by można „zwycięstwo bez walki” (w tym jednak przypadku idee Sun Tzu nie mają nic do rzeczy). Pan Gniewoj pisze po prostu: „Wedle „realistycznej” interpretacji rozpad ZSSR, a więc upadek komunizmu, a więc i przywrócenie wolności zniewolonym to efekt działań Wolnego Świata.” A ponieważ – dodajmy – taka interpretacja nigdy nie była ugruntowana w faktach, przezorny świat realizuje mimochodem starą zasadę obyczajową, tę mianowicie, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Istota bolszewizmu ujawnia się w mechanice jego funkcjonowania i w reakcji na nią. Absurdalne bolszewickie kłamstwo nie natrafia na mur oczywistego, zdać by się mogło, oporu, ale na otwarte drzwi afirmacji. Czynników decydujących odkryliśmy wiele: najróżniejszego rodzaju ułomności mentalne i moralne. Czy nie wiedzie to nas niechybnie w rejony skrajnego pesymizmu? – Na to pytanie postarajmy się jeszcze nie odpowiadać.

Zanim zagłębimy się na dobre w tajniki ludzkiej natury, spróbujmy na ohydę bolszewizmu spojrzeć w sposób możliwie pragmatyczny, nie rwąc, jak to zwykle, włosów z głowy nad nieszczęściem pochłaniającym ludzkość, ale przeciwnie, skupiając stateczną uwagę na ewentualności, choćby najbardziej mglistej i odległej, pokonania tego monstrum. Od czegóż wypadałoby zacząć?

Pierwszy obowiązek każdego stratega wydaje się dość oczywisty. Jest nim poznanie wroga, zrozumienie reguł, według których funkcjonują jego instytucje, uchwycenie jego mentalnej kondycji, przede wszystkim celów jakie przed sobą stawia, jego ambicji i apetytu. Dlatego dwa nasze kolejne pytania podyktowane były chęcią zebrania odpowiedzi na wzajemnie uzupełniające się problemy: metody i aspiracji. Spójrzmy, co udało się zgromadzić.

Pan Orzeł, wyrażając przekonanie, że historia bolszewizmu-komunizmu jest historią kolejnych, zaplanowanych wcześniej etapów (takie przekonanie wyrażała zdecydowana większość uczestników Ankiety), zwraca baczną uwagę na jeden z najistotniejszych fenomenów współczesnego „etapu”, fenomen „europejskiej unii”, która – jak stwierdza – „stała się swego rodzaju recydywą Związku Sowieckiego”. Zauważa przy tym trafnie, że nowa bolszewicka instytucja skutecznie opanowała sztukę manipulowania rzeczywistością, wyśmienicie naśladując swojego moskiewskiego rywala-sprzymierzeńca. Istotnie, jeśli uznać etapowość bolszewickiej metody politycznej, agresywne cele pierestrojki, niewątpliwy fakt przyjęcia przez zachodnioeuropejskie instytucje bolszewickich manier, w dodatku w chwili rzekomego upadku komunizmu, rzeczywistość polityczna ostatnich dwóch-trzech dziesięcioleci rysuje się w nowym świetle. Nie dość, że nie ma mowy o upadku komunizmu-bolszewizmu w jego formie klasycznej, odnotować trzeba jego wielki tryumf w tej części Europy, którą kiedyś zwykliśmy nazywać wolną. Stawia to oczywiście obecny etap bolszewizmu w klarownej perspektywie. Bez środków przymusu, wojny i terroru, bolszewizm opanowuje nowe terytoria, społeczności, narody, a przy tym – jak słusznie zauważa Tomasz Sobieraj „…zniewolenie dokonuje się bezboleśnie, niemal przyjemnie, tak że niewolnik nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest niewolnikiem.” Andrzej Dajewski, podobnie jak wcześniej pan Orzeł, także podkreśla agresywne „walory” pierestrojki, której następstwem jest według niego „…likwidacja strefy wolnorynkowej w Europie i powstanie w jej miejsce struktury o anty-wolnościowym obliczu ideologiczno-politycznym, neutralizacja NATO itd.”

Czy klasyczny podział bolszewickiej historii na kolejne etapy ma w ogóle sens? Takie pytanie, niejako mimochodem, zadaje pan Amalryk, i nie jest w tej swojej wątpliwości osamotniony. Bardziej jeszcze stanowczy w tej materii pogląd formułuje Bogusław Bielecki, kwestionując – podobnie jak pani Amelka – samo istnienie bolszewickich etapów. Natura bolszewickiej metody pozwala bowiem na nieograniczoną ilość taktycznych manewrów oraz pełną elastyczność działań, a jedyna obowiązująca bolszewika zasada to brak zasad. Mimo, że trudno zgodzić się z tak rygorystycznym wykluczeniem „etapowości” z bolszewickiej praktyki, istota tego spostrzeżenia wydaje się jak najbardziej trafna, co zresztą bardzo łatwo potwierdzić u samego źródła, choćby w dziele Lenina „Dziecięca choroba lewicowościw komunizmie”, w którym twórca bolszewizmu przekonywał, że w razie zaistnienia takiej „potrzeby”… można „zdecydować się na wszelkie podstępy, fortele, sposoby nielegalne, przemilczanie, ukrywanie prawdy…” byleby tylko osiągnąć upragniony cel. Dlatego niewątpliwie rację ma Marek Kowalski, który przyjmując, że bolszewicy działają w oparciu o ściśle ustaloną strategię, dostrzega jednocześnie, że nie ma takiej wolty taktycznej, jakiej nie byliby gotowi przyjąć. Mamy tu więc zjawisko, które pan Jaszczur z wielką słusznością określa lapidarną formułą „etapowej mądrości”. Wedle tej zasady swobodnie można porzucić oficjalną ideologię, najważniejsze instytucje, nawet nominalne rangi czy oficjalną hierarchię, można też ogłosić własne bankructwo i upadłość, tak naprawdę niczego to nie zmienia, jeśli tylko metody pozostają w swojej istocie niezmienne. Że taki sposób „uprawiania” polityki jest wyjątkowo skuteczny, wątpliwości nie ma pan Gniewoj. Bolszewizm nie jutro, nie w odległej przyszłości, ale już dziś odniósł zwycięstwo. Zastanawiające pozostaje tylko – kontynuuje pan Gniewoj – „Co ją [bolszewię] powstrzymuje przed jawnym ustanowieniem swojej władzy na świecie?… Niunia europejska wręcz krzyczy: bolszewio, weź mnie!”

Czy istotnie doszliśmy do „etapu” kulminacyjnego, bolszewickiego tryumfu? Rozstrzygnięcia wypada poszukać w ostatniej części Ankiety. Czy zatem obecna faza (jeśli trzymać się jej istnienia) „komunizmu” rzekomo „upadłego” wyczerpuje bolszewickie aspiracje, apetyt na władzę? W tym punkcie wypowiedzi uczestników Ankiety są, co zrozumiałe, bodaj najbardziej rozbieżne i to wydaje się najcenniejszym efektem podjętej próby.

Bolszewia – tak stwierdza pan Gniewoj – nie zawładnęła światem, a co za tym idzie nie osiągnęła jeszcze swoich wszystkich strategicznych celów. Nie ma jednak powodów do zadowolenia. Etap formowania gorbaczowowskiego „europejskiego wspólnego domu” jest praktycznie na ukończeniu, zatem na przeszkodzie do ostatecznego zwycięstwa pozostały jeszcze tylko Stany Zjednoczone Ameryki, które raczej nie zdołają zachować „burżuazyjnego porządku świata”. Ostatecznym zwieńczeniem – przekonuje pan Gniewoj – będzie powrót do „leninowskich metod” i zaprowadzenie „raju krat”, tym razem na skalę globalną.

Podobną opinię, choć sformułowaną z nieco mniejszym przekonaniem, prezentuje pani Amelka. Dopuszczając ewentualność bolszewickiego tryumfu, wyraża jednocześnie przekonanie, że w obecnym wyścigu o palmę globalnego hegemona bolszewicy mają poważną konkurencję, „światową finansjerę i globalistów wszelkiej maści”, polityczne zjawiska, które zdają się „nabierać rozpędu ideologicznego, podczas gdy bolszewizm rozpęd ten wytracił”. Czy przedstawiciele dużych pieniędzy oraz zakulisowych intryg na skalę globalną mogą okazać się dla bolszewizmu równorzędnym rywalem? Problem tego rodzaju jest stawiany od dawna, bodaj czy nie od roku 1917. Już wówczas pytano, kto stoi za Leninem i jego kamratami: czy niemiecki sztab generalny, czy żydowscy bankierzy z Nowego Jorku? Niewątpliwie, każde pytanie (byle tylko uczciwie sformułowane) ma swoją wagę i swoją wartość, i każde z nich może nas prowadzić do nieosiągalnej prawdy. Gdyby rzecz dotyczyła konwencjonalnych stosunków politycznych, konwencjonalnej ery historycznej, gdy do zdobycia władzy wystarczała armia, choćby najemna, plus szczypta propagandy, pytanie takie miałoby swoją moc. Czy warto się jednak trzymać przypuszczenia, że pieniądz oraz wpływy znaczą cośkolwiek w erze bolszewizmu? Nieważne, którego z wodzów tego monstrum weźmiemy pod lupę, czy będzie nim Trocki zabiegający o pomoc międzynarodowej finansjery, Lenin paktujący z niemieckim Sztabem Generalnym, Stalin występujący o zachodnie technologie, czy Gorbaczow skutecznie maskujący prawdziwy stan sowieckiej gospodarki, pieniądze, inwestycje, zasoby materialne i ludzkie, wszystkie konieczne elementy tradycyjnej cywilizacyjnej egzystencji w przypadku bolszewizmu stanowiły i stanowią jedynie środek w realizacji nadrzędnego celu.

W swoim obszernym tekście pan Jaszczur zwraca słuszną uwagę na dychotomiczny charakter bolszewickiego celu. Tym celem jest oczywiście władza, „władza zarówno nad wszystkimi aspektami życia w danym państwie, jak i władza nad światem”. Ten cel nie został jeszcze osiągnięty. Niestety wiele wskazuje na to, że do jego ostatecznego osiągnięcia wiedzie prosta, niezbyt trudna droga. Szczegółowa analiza sytuacji geopolitycznej, jaką przeprowadza pan Jaszczur, prowadzi go nieuchronnie do ponurej (a może defetystycznej?) konstatacji, więc słusznie zapewne powtarza za Spenglerem: „…tylko marzyciele wierzą, że istnieje wyjście. Optymizm jest tchórzostwem”.

Odmienny pogląd, choć nie optymistyczny, prezentuje Bogusław Bielecki, który zdecydowanie dystansuje się od kategorycznych przepowiedni: „… jaką formę – powiada – przyjmie to narodzone w czasach Rewolucji Francuskiej monstrum, jak długo pożyje i czy przeżyje jest sprawą otwartą”. I taki punkt widzenia zasługuje na uwagę. Prognozując przyszłość, warto niewątpliwie pamiętać o jednej podstawowej zasadzie, tej mianowicie, że błądzenie jest rzeczą ludzką, a żaden człowiek nie ma patentu na nieomylność, i z tego punktu wychodząc, wypada pewnie przyjąć, że i bolszewikom może się niekiedy noga powinąć. Czy liczenie na taką okoliczność to kwestia zwyczajnej głupoty, optymizmu pomieszanego z tchórzostwem, czy przeciwnie – klarownego realizmu – to zagadnienie niełatwe do rozstrzygnięcia.

Marek Kowalski zwraca uwagę na kwestię fundamentalną, gdy pisze: „Bolszewizm to metoda zdobycia i utrzymania władzy, więc o jego „ideowych celach” nie może być mowy. Celem była sowietyzacja – triumf kłamstwa i obłudy, niewola myśli, zagłada ducha.” Warto to powtarzać bez końca. Wróg, z jakim mamy do czynienia, nie zasługuje na miano „wroga” w konwencjonalnym pojęciu. Bolszewizm nie wyciąga ręki tylko po nasze mienie, życie, wolność; bolszewizm chce „znicestwienia” (jak mawiał Marian Zdziechowski) całego świata, każdego ludzkiego istnienia, każdej duszy. Z takim „wrogiem” nigdy wcześniej w dziejach świata nie mieliśmy do czynienia.

Podobne zapewne myśli nastrajają pesymistycznie pana Amalryka, dlatego na pytanie o przyszłość zdaje się jakby wzdrygać ramionami. „Co dalej?” – powtarza i ma nam do powiedzenia same niemal nieprzyjemności: „Nie jestem optymistą. – pisze – Zagłada naszej cywilizacji wydaje się już być dokonaną, tryumf bolszewizmu oczywistym, zaś przyszłość niewesołą.” Gdyby nie wizja, podzielanej z Davilą, „Bożej niesprawiedliwości”, prezentowałby zupełny niemal brak nadziei.

Równie niewiele nadziei da się wyczytać ze słów Andrzeja Dajewskiego, wieszczącego powrót do bolszewickich „korzeni”, do stosowania bolszewickiej „nauki”, w celu stworzenia „globalnego człowieka bolszewickiego”. Wydaje się jednak, że p. Andrzej nie widzi przyszłości w sposób zdecydowanie jednoznaczny i może warto się tego trzymać. Ostatecznie, nie jesteśmy chyba zwolennikami historycznego determinizmu?

Światło w tunelu dostrzec można paradoksalnie w także ponurej wizji pana Orła: „Wygląda na to, że panowanie nad wiedzą historyczną jest nadal jednym z narzędzi sprawowania władzy. Historia jest obszarem o znaczeniu strategicznym, kto kontroluje pamięć ludzi sowieckich, ten jest automatycznie władcą ich dusz.” Zatem – taką myśl da się chyba wykoncypować – nie wolno opuszczać rąk, ani głów w poczuciu bezradności. Skoro bowiem „wiedza historyczna” jest przedmiotem bolszewickiej manipulacji, trzeba nam robić wszystko, aby ową wiedzę kultywować i chronić.

I może nawet silna chęć czynu natchnęłaby naszą relację nutą dzielnego optymizmu, gdyby nie Tomasz Sobieraj i jego rzetelne przemyślenia. „Widać – pisze pan Tomasz – taka jest natura człowieka, że woli jak świnia mieć pełne koryto w chlewie i iść na rzeź niż jak dzik brykać po lesie i umrzeć ze starości ewentualnie od kuli myśliwego.” Czy to nie ostateczne zaprzeczenie jakiegokolwiek sensu nadziei? Czy z prawdą tych brutalnych słów można polemizować? Czy tu, w podziemiu, skazani jesteśmy na wieczny pesymizm?



Prześlij znajomemu

32 Komentarz(e/y) do “„Dostosować człowieka do bolszewizmu…””

  1. 1 gniewoj

    Można być przekonanym, że ludzkość wcześniej czy później znajdzie skuteczne antidotum na AIDS. Stanie się tak dlatego, że ciągle trwają badania i poszukiwania w tym kierunku. Dlaczego dziś możemy zaryzykować twierdzenie, że ludzkość nie zwalczy bolszewii? Dlatego, że większość z nas nie widzi takiej potrzeby (co ciekawe, w przypadku bolszewickiej zarazy nie musimy nawet opracowywać kuracji, podał ją nam sam lenin mówiąc o przydrożnych drzewach).

    Jednak czy rzeczywiście bolszewia skazana jest już na wieczne trwanie i nieprzerwane pasmo sukcesów? Czy nie ma jakichś, lepiej czy gorzej skrywanych, słabych punktów? Słabych punktów konstrukcji, które przy zaistnieniu korzystnych dla świata okoliczności doprowadzą do przebudzenia niewolników i wzniesienia wielkiego zbiorowego okrzyku: „Dałoj sowietskuju włast!”?

    Autorzy ostatniej ankiety zaprosili do zastanowienia się nad aktualnym stanem bolszewii, ale może warto poszukać również jej słabych punktów. Elementów, które komuniści muszą skrywać, chronić w szczególny sposób, jeżeli chcą nadal nadawać ton, zachować inicjatywę w swoich rękach.

    Mackiewicz, o czym pisał Dariusz Rohnka w „Optymizmie Józefa Mackiewicza”, wierzył w przywiązanie wolnego świata do imponderabiliów. Dziś śmiem twierdzić, że rozsmakowanie się bolszewików w imponderabiliach, tych przynależnych zwalczanemu przez nich porządkowi, powstrzymuje ich od postawienia kropki na „i”. Dotychczas nie przekonywała mnie teza pana Amalryka, ale być może rzeczywiście zauważyli, że wódka pita z musztardówki to nie to samo co wino pite z eleganckiego kieliszka, że wczasy w siermiężnie urządzonym Soczi nie mogą równać się wypoczynkowi w Saint-Tropez a jazda prymitywnym moskwiczem nigdy nie da choćby namiastki komfortu jaki dostarcza najprostszy model samochodu dla ludu? Przyjmując, że spowolnienie marszu po władzę spowodowała słabość wobec uroków burżuazyjnego świata nie można wierzyć, że rozsmakowanie się bolszewickiego pomiotu w kradzionym odwróci bieg historii. Warto więc poszukać innych słabych punktów wroga.

    Zastanawia mnie, wydawałoby się nieprzystająca do wagi zgadania, dbałość komunistów o zachowanie znaków swojego panowania. Czemu mimo koncepcji przesłonięcia nowymi wieżowcami dominującego nad Warszawą pajaca kultury pozostaje on najwyższym budynkiem miasta? Dlaczego tak ważne jest znalezienie nowego miejsca dla zdemontowanego w związku z budową metra pomnika czterech śpiących,? Czemu inicjatywa zmiany nazwy warszawskiej ulicy 17 Stycznia spotyka się z protestem mieszkańców? Czemu „jasnej prostej trasie łazienkowskiej”, tej o której w „Misiu” Barei ma śpiewać młody junak, nadal patronuje Berling? Dlaczego jak tylko skończy się emisja ostatniego odcinka serialu o czterech pancernych psach zaczyna nadawać go od nowa kolejny kanał telewizyjny?
    Przecież mało kto już pamięta, że pajac kultury jest symbolem ustanowienia bolszewickiej władzy w podbitej Polsce, że pomnik czterech śpiących upamiętnia wejście czerwonej armii do warszawskiej Pragi, że 17 stycznia 1945 roku to dzień wejścia krasnoarmiejców do lewobrzeżnej Warszawy po fiasku Powstania, że Berling to jeden z niewielu więźniów wyratowanych od śmierci w Katyniu, wyratowanych przez złamanie wojskowej przysięgi służenia Polsce i rozpoczęcie kolaboracji z komunistami. A jednak wszystkie te przykłady są prawdziwe i do tego są jak najbardziej aktualne (wyjątek stanowi pomnik Berlinga, o ile pamięć mnie nie myli dyskusja o jego usunięciu miała miejsce w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku).

    Czyżby „wiedza historyczna”, którą wskazuje pan Orzeł, nie tylko była bolszewickim narzędziem manipulacji ale również ich słabym punktem, bez ochrony którego budowany przez nich świat może runąć jak domek z kart?
    Co prawda, znikomy efekt wynikający z wielkiej popularności dorobku Mackiewicza w latach osiemdziesiątych (kwestia podnoszona wielokrotnie przez pana Michała) wskazuje, że ryzyko dla bolszewików a nadziej dla nas są niewielkie, ale kto wie?

  2. 2 michał

    Drogi Panie Gniewoju,

    Nie wiem, czy wolny świat przywiązany jest do imponderabiliów. Mam raczej wrażenie, że nie jest. NIe jestem tez wcale przekonany, że Mackiewicz był takiego zdania, ale zostawmy to na kiedy indziej. Co mnie prawdziwie zadziwiło, to Pańskie twierdzenie, że „rozsmakowanie się bolszewików w imponderabiliach, tych przynależnych zwalczanemu przez nich porządkowi, powstrzymuje ich od postawienia kropki na „i”.”

    Co też może Pan mieć na myśli? Pisze Pan potem o prostych wygodach, a także o pewnych luksusach, ale ani jacht zacumowany w zatoce Monte Carlo, ani Dom Perignon sączony z kryształowego kieliszka – nie należą do imponderabiliów. Są „zważalne”, a imponderabilia, są właśnie „niezważalne”. To jest to wszystko, co ma znaczenie i „wagę”, pomimo, że nie ma żadnej wagi ani praktycznego znaczenia.

    Pisze Pan następnie, że przywiązanie do „dobrego życia” spowolniło postępy sowieckie. Czy naprawdę? „Na górze, na górze, na górze, tam się żyje jak najpełniej i najdłużej, tam się żyje jak za cara, to jest nałóg, zrozum to!” Luksusy bolszewickie istniały zawsze. Za Stalina także. Nikogo to nigdy nie spowalniało.

    Na Pańskie retoryczne pytania na temat sowietyzacji, jest chyba tylko jedna odpowiedź: te pałace, pomniki, nazwy ulic i miast są koniecznym znakiem trwającej sowietyzacji. A gdyby – to wielkie „gdyby”! – komuś się nagle zachciało protestować, i nawet zdobyłby poparcie wśród zsowietyzowanych mas, to można wówczas… zburzyć pałace i pomniki, zmienić nazwy, a czemuż by nie? Takich kosmetycznych zmian przeprowadzali już tysiące. Epolety carskie na mundurach krasnoarmiejców? Proszę bardzo. Wojna ojczyźniana? A jakże. Orzeł w koronie? Czemu nie. iiirp? Na, macie i napchajcie się. A nam co do tego?

    Po co je więc usuwać, skoro nikomu na razie nie przeszkadzają? Nikt się nie domaga, więc instrukcja jest: zostawić. Czy to ma wiele wspólnego z wiedzą historyczną? I tak, i nie. W moim przekonaniu nie istnieje „masowa wiedza historyczna”. Ja się nie zżymam, że większość młodych Polaków nie wie co to Katyń, bo większość nie ma na ogół znaczenia i nikt się jej o nic nie pyta.

    Mają natomiast znaczenie poszczególni ludzie. Ma znaczenie, co myśli Pan. I dlatego, może czasami wyglądać, że się czepiam, gdy ja chcę tylko zrozumieć.

    Więc jak to jest? Co Pańskim zdaniem powstrzymuje ich przed postawieniem kropki na ‚i’?

  3. 3 Andrzej

    Zastanawia mnie, wydawałoby się nieprzystająca do wagi zgadania, dbałość komunistów o zachowanie znaków swojego panowania.

    Panie Gniewoju,

    Czy zna Pan system władzy, który nie dba o zachowanie znaków swojego panowania?
    Pod tym względem bolszewicy nie są wyjątkiem. Sądzę, że w ich przypadku, rzecz polega na tym, że tworzą swój kult na użytek bolszewizacji a nie dla samych siebie aby się napawać swoim stanem posiadania.
    Wiele osób które znam od lat a które kiedyś traktowały peerel jako system zniewolenia, obecnie po 25 latach, z wielkim sentymentem ogląda te „klossy” itp., nie widzi nic złego w „pajacu” itd. Próba dyskusji z nimi kończy się zwykle tak: to przecież nasza historia…
    Czy celem bolszewizacji nie jest to, żeby się z bolszewizmem utożsamiano?

    Moim zdaniem słabe punkty bolszewizmu istnieją i są oczywiste (np. przewidywalne metody, częsta głupota, chamstwo) ale nie ma (i na dobą sprawę nie było) tych, którzy chcieliby ten fakt wykorzystać mając ku temu możliwości. Jaki jest sposób na gangstera, który w dodatku na czarne mówi białe? Sprawa wydaje się prosta do załatwienia ale do tego potrzeba woli i konsekwencji. A tych rzeczy nie byo i nie ma. Skąd więc brać nadzieję? z mas

  4. 4 Andrzej

    z mas?

  5. 5 michał

    Anegdotyczny materiał dowodowy przedstawiony przez p. Andrzeja wydaje mi się niezwykle trafny. Uznanie bolszewizmu za „swój” przejawia się właśnie najwyraźniej w drobiazgach codziennego życia, i to tych najmniej znaczących. Nieprzerwana popularność czterech pancernych, którzy nieśli sowiecką niewolę do Polski, czy „klosa”, który był enkawudzistą (o czym pisał tu kiedyś obszerniej Stary chrzan) jest tego dobrym przykładem.

    Nawiasem mówiąc, dlatego właśnie nie nudzi mnie powtarzanie Nyquistom tego świata, że to nie żadna Rosja, ale sowiety, nie żadna Polska, ale prl.

  6. 6 Orzeł

    W obliczu bolszewickiej zarazy pytanie „co robić?”, zadawane tu w Podziemiu może wydawać się wyzwaniem rzuconym huraganowi przez komara. Czy rozsądne jest roztrząsanie kwestii sposobu przeciwstawienia się siłom tak potężnym przez garstkę renegatów? Czy jest sens bić na alarm, podczas gdy przytłaczająca większość nie rozumie znaczenia i treści ostrzeżenia? Czy wzruszenie ramionami przez potencjalnego adresata alarmu nie powinno przywrócić poczucia rzeczywistości i właściwych proporcji sił? Czy wreszcie bolesne doświadczenia życiowe Józefa Mackiewicza, Anatolija Golicyna, Jamesa Angeltona, często wspominanych na tej witrynie, nie powinny uzmysłowić pytającemu, że walka z tak potężnym, przebiegłym i wpływowym przeciwnikiem, jak komunizm skazana jest na porażkę?

    No cóż, na pierwszy rzut oka odpowiedzi na powyższe pytania nie są przesadnie optymistyczne. Gdyby jednak pytający mimo wszystko nie rezygnował i bezczelnie drążył temat, może warto pochylić się nad problemem i podsunąć śmiałkowi jakiś trop. Przecież już sama chęć aktywnej walki z komunizmem zasługuje na uwagę i wsparcie. Dlaczego niby postępująca zaraza miałaby zwyciężyć? Czyżby istniał jakiś determinizm dziejowy? Ejże, co jeden człowiek rozpętał, drugi może powstrzymać!

    Wbrew pozorom powyższe zagadnienie poruszane jest dość często i to nie tylko w Podziemiu. Są środowiska, bądź (pewnie częściej) jednostki, które na własną rękę roztrząsają ten problem. Może warto zwrócić na nie uwagę, poznać ich punkt widzenia i, w przypadku zbieżności poglądów nawiązać łączność. Budowanie sieci powiązań zapewni swobodny przepływ informacji, a to z kolei pozwoli na opracowanie strategii działania. To chyba jest właściwy krok. Samotna walka sprawdza się tylko w filmach wojennych.

    Oczywiście najlepiej by było, gdyby potencjalni sojusznicy w walce z tą współczesną dżumą stanowili jakieś silne, liczące się we wpływowych kręgach lobby. Żeby nie byli tylko zawodowymi outsiderami, ale raczej osobnikami mającymi dostęp (oczywiście pewnie bardzo ograniczany, ale jednak) do mediów, nie koniecznie głównego nurtu. Żeby był to ktoś, kto już podjął próbę przeciwstawienia się chorobie i wypracował jakieś metody jej zwalczania.

    Czy na pewno nikt taki nie pojawił się już kiedyś na naszym horyzoncie? Nikogo takiego dotąd nie spotkaliśmy? Czyżby? Może warto zrobić małe resume..?

  7. 7 michał

    Drogi i Szanowny Panie Orle!

    Komar rzucający wyzwanie huraganowi, to jest cudowny obraz. Ale co robi np. orzeł – żeby nie powiedzieć Orzeł – podczas huraganu? Zaszywa się w jakiejś dziurze, by go przetrwać. Komar zresztą chyba także. Instynkt im podpowiada, że huragan nie będzie trwał wiecznie: ot, wieje.

    Dlatego to w naszym wypadku, a ściślej w wypadku tych, co manipulują wichurą, mamy do czynienia z nieustannym podkreślaniem „nieodwracalności przemian”: to nie jest chwilowa zmiana pogody, ale trwała przemiana. I co ma wówczas począć komar? Albo orzeł?

    Trudno nie zgodzić się z Pańskimi słowami na temat determinizmu i szczerych chęci. Napisał Pan dla nas piękny artykuł na ten temat. Na temat potencjalnych antykomunistów. Wśród tych potencjalnych sojuszników należy oczywiście szukać tych, któych opozycja wobec tego, co się dzieje, może przemienić się w autentyczny antykomunizm.

    Bardzo jestem ciekaw Pańskiego małego resumé.

  8. 8 Orzeł

    Panie Michale,

    ‚Nieodwracalność przemian” to mit, który charakteryzuje się zadziwiającą długowiecznością. Cała sztuka w tym, żeby pokazać fałsz owego założenia. Mit, jak to mit, zatacza coraz szersze kręgi, a większość, jak to większość bezmyślnie go akceptuje.

    Obawiam się, że huragan, o którym piszemy sam z siebie raczej nie ucichnie. Może ma to związek z legendarnymi zmianami klimatu, z którymi wciąż każą nam walczyć. Tak, czy inaczej w bezpośrednim starciu z huraganem ani chmara komarów, ani cały dywizjon orłów niewiele zdziała. Krótko mówiąc nie siłą, tylko sposobem.

    Utrzymuję, że większość ludzi jest z natury zaprogramowana antykomunistycznie, tylko nie zdaje sobie z tego sprawy. Sęk w tym, jak uruchomić program antywirusowy. Byłoby to wspaniałe wyzwanie dla rzeszy socjologów, kulturoznawców, historyków, gdyby tylko ktoś odważył się głośno (na szerokim, międzynarodowym forum) zdiagnozować problem. Osobiście nie widzę powodu, dla którego ktoś taki nie miałby się w końcu objawić.

    Co do mojego resume, to czynię pewne wysiłki i jak tylko język giętki sformułuje to, co pomyśli głowa, podzielę się spostrzeżeniami.

  9. 9 michał

    Drogi Panie Orle,

    „Nieodwracalność” jest zaiste mitem i fałszem, ale jakże skutecznie działa. Nie jest wszakże żałożeniem, a raczej czymś w rodzaju aksjomatu. Oczywiście należy jego fałsz wykazywać jak najczęściej.

    Założeniem natomiast jest twierdzenie, że ludzie są „z natury zaprogramowani antykomunistycznie”. Gdybyż tylko tak było! Mam niestety odwrotne wrażenie. Problem leży w tej rzeszy „socjologów, kulturoznawców, historyków”, ale nie w ich lewicowości, nie w ich ogólnym przekonaniu o rzekomej nieodwracalności przemian, ale raczej w samym ich istnieniu. Mam na myśli istnienie aż takich chmar pseudo-naukowców, którzy w większości nie mają w ogóle żadnego zdania na żaden temat, a dbając o swoje kariery na lewicowych uniwersytetach, pragną tylko powtarzać utarte opinie i broń Boże nikomu się nie narazić.

    Kiedy nawet pojedynczy akademicy wypowiedzą się przeciw utartemu powszechnie poglądowi – a są tacy – to przyjmuje się ich jako uroczych ekscentryków i całkowicie ignoruje.

    A wracając do Pańskiej wspaniałej metafory, jeśli huragan ma NIGDY nie ucichnąć, to może nie jest huraganem. Chyba pomyliliśmy się w ewaluacji problemu, a w takim razie jeden komar może też swoje zrobić.

  10. 10 Orzeł

    Panie Michale,

    Człowiek jest z natury antykomunistą, antylewicowcem, jest zaprogramowany anty „postępowo”, bo instynkt samozachowawczy chroni go przed samookaleczeniem. Nikt o zdrowych zmysłach nie wkłada dobrowolnie ręki między tryby, ani nie daje się zakuwać w kajdany. Bez ingerencji z zewnątrz (jako, powiedzmy biała, niezapisana karta) tacy ludzie stanowią według mnie większość. Dopiero manipulowani przez nieliczną ale wpływową mniejszość stają się stopniowo podatni na wszelkie inżynierie społeczne i dają się zaganiać do jakiegoś łagru.

    Pisze Pan o chmarach pseudonaukowców, którzy nie mają swojego zadnia. Tak, bez wątpienia jest ich aż tylu. Albo i więcej… Ale ci nas teraz nie interesują, my szukamy tych myślących, co mają swoje zdanie i nie zatracili instynktu samozachowawczego. Jest ich z pewnością znacznie mniej, ale bez wątpienia stanowią pewien potencjał na interesującym na polu działania. Chodzi o to, żeby ci nieliczni akademicy, którzy odważą się wypowiedzieć swoje poglądy wbrew ogólnym modom i tendencjom nie pozostali osamotnieni, ani zamilczani.

    Czego właściwie potrzeba, żeby odwrócić pochód bolszewizmu przez świat? Czy to, co aktualnie myślą masy ma jakiekolwiek znaczenie? Czy masy w ogóle się liczą? No, trochę chyba tak, inaczej nie inwestowano by takich środków w ich manipulowanie. Ale jednak to nie masy są siłą sprawczą, tę rolę przejęły wpływowe jednostki. Cóż zatem pozostaje? Marsz przez instytucje w odwrotnym kierunku?

    A co do komara… Może ma Pan rację, może wystarczy jeden, tylko w odpowiednim miejscu…

  11. 11 michał

    Panie Orle,

    Jeśli Pan pozwoli, chciałbym powrócić szerzej do Pańskiego pierwszego punktu. Przekonanie o nastawieniu „antylewym” z natury, wydaje mi się niesłuszne i wydaje mi się prowadzić do niczym nie uzasadnionego optymizmu. Ale, jak mówię, odłóżmy ten punkt na bok, bo chciałbym do niego wrócić osobno.

    Chmary naukowców to jest dopiero problem! Po pierwsze, jest ich o wiele za dużo. W roku 2010 Ameryka wyprodukowała 65 tysięcy nowych doktoratów i liczba ta wzrasta co roku. Jedyny sposób na znalezienie posady w świecie akademickim, to przypodobanie się swoim profesorom. Profesura natomiast jest zdominowana przez eks- (cha, cha! „eks”!) marksistów. (Mówię tu rzecz jasna o naukach „humanistycznych”, choć nie znoszę tego określenia.) Poza Ameryką jest jeszcze gorzej, bo tam zdarzają się przynajmniej bogate uniwersytety, niezależne od żądań państwa, gdy gdzieindziej są finansowane przez rządy, które domagają się trzymania linii, choćby pośrednio, poprzez naciski politycznej poprawności.

    Proszę mi powiedzieć, w imię czego ma młody doktorant wypowiadać swoje opinie? W jakim celu? I tak mu mało płacą, a na jego miejsce jest kilkunastu (pewnie więcej!) kandydatów równie dobrze wykształconych, a gotowych się podporządkować. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Niezrównany Timothy Snyder jest takim wyjątkiem, ale doprawdy nie oczekiwałbym od niego, żeby świadomie włożył rękę w tryby przemysłowej maszyny do mielenia mięsa.

    Czego potrzeba? Trzeba mówić prawdę. Co myślą masy nie ma znaczenia, bo masy i tak nie myślą. Gdyby jakimś cudem jutro powstała Wolna Polska, to miliony Polaków twierdziłyby, że nienawidzili tego prlu bis i całe życie walczyli o wyzwolenie. Masy sa manipulowane z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby utrudnić kontrrewolucję (specjalnie unikam słowa „uniemożliwić”) przez stworzenie wrażenia, że masy są „po naszej stronie”. Po druge dla ugruntowania władzy. Właściwie, to jest jedno i to samo.

  12. 12 Orzeł

    Panie Michale,

    Dominacja lewicowego światopoglądu w ośrodkach uniwersyteckich jest faktem, trudno temu zaprzeczyć. Ale jak sam Pan zauważył są wyjątki, które dają pewną nadzieję. Jedną z ciekawszych postaci jest na przykład profesor Marek Jan Chodakiewicz z Institute of World Politics. Jego poglądy stoją w dużej sprzeczności z ogólną tendencją, a jednak nie boi się ich głosić na szerszym forum. Oczywiście jest nieobecny w mediach głównego nurtu, ale w świecie naukowym jego prace są zauważane.

  13. 13 michał

    Jeżeli Pan tak uważa, to może coś w tym jest. Mnie się wydawał raczej „run of the mill intellectual”, jakich amerykańskie uniwersytety produkują tysiące. Ale chętnie zmienię zdanie, tylko nie wiem, kiedy będę mógł go poczytać. Niech mi Pan coś poleci, proszę.

    W jakim świecie naukowym jego prace są zauważane? W polskim?

  14. 14 Orzeł

    Nie tylko w polskim. Chodakiewicz zdaje się szkoli oficerów wywiadu i wszelkich agencji bezpieczeństwa USA z dziedziny politologii i historii najnowszej. Z tego co sam wspominał jednym z jego studentów był Eric Prince, twórca Blackwater.

    Trochę artykułów Chodakiewicza jest tu: http://www.iwp.edu/faculty/news/marek-chodakiewicz

    Polecam zwłaszcza artykuł „Snowden: Hero or Traitor?”. Kiedyś wspominał Pan ten temat.

    Ciekawe są też jego wykłady, czasem pojawia się tu, w kraju i bierze udział w jakichś nieoficjalnych (żeby nie powiedzieć podziemnych) spotkaniach. Kiedyś opowiadał o walkach frakcyjnych wewnątrz CIA pomiędzy konserwatystami i lewakami. Ma wiele znajomości w kręgach zbliżonych do Białego Domu, Pentagonu i Langley, rzecz jasna opowiada tylko o tym, o czym mu wolno ale to i tak wiedza ekskluzywna. Według mnie interesująca postać. Sporo jego wystąpień można znaleźć w internecie.

  15. 15 michał

    Bardzo dziękuję.

    A wracając do Pańskiego postulatu, to czy ja dobrze Pana rozumiem, że oczekuje Pan od Chodakiewicza, związanego jawnie z CIA, że wystąpi przeciw powszechnie przyjętej wersji rzeczywistości, którą CIA właśnie najbardziej lansuje?

    CIA nie jest niestety po naszej stronie, Panie Orle. Niech się Pan przyjrzy raz jeszcze historii Nosenko-Golicyn, a uświadomi Pan sobie, że CIA jest po tamtej stronie.

    Mniejsza jednak o wywiady, bo to jest wszystko gabinet luster. Zostańmy przy gaju Akademosa. Załóżmy więc, że Chodakiewicz nie ma powiązań z CIA, a jest rzetelnym akademikiem. Wyobraźmy sobie, że występuje z wykładem na temat 1989 roku. Wykłada rzeczowo i rzetelnie powiązania między służbami specjalnymi – czyli kgb – i tzw. rewolucjami w każdym – dosłownie: każdym – kraju Europy Wschodniej. Po czym w świetle swojej analizy, kwestionuje autentyczność tzw. przemian ustrojowych i upadku komunizmu. Zapewniam Pana, że będzie kończył swój wykład wobec pustej sali, a ci nielicznie, którzy pozostaną do końca, będą chcieli rozmawiać o ufoludkach.

    Tak niestety jest. Zostaliśmy skutecznie zepchnięci poza margines, do worka z najprawdziwszymi wariatami.

  16. 16 Orzeł

    Panie Michale,

    Nie chcę się wypowiadać tutaj w imieniu Chodakiewicza, mogę tylko spróbować zinterpretować to, co pamiętam z jego wykładów. A z niektórych jego wypowiedzi wynika, że CIA nie jest monolitem, czego z resztą dobitnym dowodem była sprawa Nosenko – Golicyn. Wewnątrz agencji ścierają się dwie frakcje wywodzące się chyba z dwóch różnych środowisk politycznych i raczej podział nie przebiega ściśle według linii Demokraci – Republikanie. Konserwatyści, którzy widzą, że upadek komunizmu to fikcja stanowią wciąż pewne lobby, zepchnięte co prawda do defensywy. Tyle zrozumiałem z jego wypowiedzi. Nie mam niestety dość wiedzy, żeby ten wątek rozwinąć.

    Natomiast jeśli chodzi o wykłady na temat wydarzeń z 1989 roku, to niemal dokładnie streścił Pan sens słów Chodakiewicza. Facet to właśnie mówi wszem i wobec. Nie wiem, jakie reakcje wywołuje to w Stanach, mogę się jednak domyślać, że skoro wciąż zachował swoją katedrę na komercyjnej, bardzo drogiej uczelni, to chyba ktoś go słucha i zostaje na jego wykładach do końca.

  17. 17 michał

    Proszę wybaczyć moją ignorancję, ale czy zechciałby Pan wskazać dokładnie artykuły, w których tak Chodakiewicz mówi? Ludzi, którzy takie rzeczy publikowali można policzyć na palcach jednej ręki, więc jeżeli p. Chodakiewicz należy do tak wąskiej grupy, to z pewnością zasługuje na uwagę.

  18. 18 Orzeł

    Tak na szybko, jedno z wystąpień Chodakiewicza i kilka interesujących nas wątków:

  19. 19 michał

    Drogi Panie Orle,

    To jest zaledwie wykład zdrowego rozsądku. Takich rzeczywiście jest kilku i chwała Chodakiewiczowi, że zachowuje zdrowy rozsądek w tych strasznych czasach. Ale przyzna Pan, że opowiadanie o zboczeńcach to nie jest jeszcze to, o co nam chodzi. Jeżeli rację ma Chodakiewicz, że w prlu wszyscy są tacy „normalni” – jak rozumiem, w porównaniu do reszty świata – to po co ja tkwię w zgniłym Londynie? „Polska jest najzdrowszym krajem kontynentu”?? Jeśli tak, to co on robi w Ameryce? Wśród tej zgniłej masy pedałów i syjonistów? Czy nie lepiej wrócić do najzdrowszego kraju Europy?

    Ja niestety nie uważam prlu za nic, ani za państwo, ani polskie. To jest trochę tak, jak by wyrzucać sąsiadowi, że żona mu się puszcza, gdy z mojego domu złodzieje wynieśli meble, puścili resztę z dymem, a dzieci zapędzili do prostytucji.

  20. 20 Orzeł

    Zdrowy rozsądek na współczesnym uniwersytecie to już jest fenomen sam w sobie. Warto na to zwrócić uwagę. Ale pogląd Chodakiewicza na ewolucję komunizmu to jest według mnie coś więcej, niż tylko zdrowy rozsądek, to trafny i rzadki w kręgach uniwersyteckich wniosek z obserwacji procesu „przemian ustrojowych”. Szkoda, że nie rozwinął tej kwestii szerzej, może zajmuje się tym w jakiejś swojej publikacji. Poszukam.

    Co do sytuacji w kraju, to zdaje się chodziło mu o to, że w porównaniu z zachodem, który całkiem zgłupiał od marksizmu kulturowego, tutaj tradycja katolicka trochę ten pochód spowalnia. Ale oczywiście nie wynika z tego, że jet normalnie. Nie widzę w tym gloryfikacji dzisiejszego peerelu.

    Swoją drogą, dlaczego nie uważa Pan peerelu za państwo? Ma przecież wszystkie atrybuty państwa okupacyjnego.

  21. 21 michał

    Ależ oczywiście, że zdrowy rozsądek to w dzisiejszych czasach bardzo wiele, dlatego powiedziałem z miejsca: chwała mu za to. Chwała, że ma odwagę wypowiadać prawdy oczywiste.

    Ma Pan rację, że zmięcie kartki było bardzo obrazowe, ale rzeczywiście pozostał jakby na powierzchni, bez wnikania w istotę tej „transformacji”. Gdybym nie był w tej kwestii po jego stronie, to powiedziałbym (ach, ten advocatus diaboli!), że jednak zmięta kartka, to nie jest to samo co kartka przed zmięciem, nawet jeśli ją potem wygładzić. W tym zatem sensie porównanie kuleje, bo bolszewizm jest dziś silniejszy i lepszy niż przed 1989 rokiem, nie jest pogiętą i naddartą namiastką.

    Czy powiedziałby Pan, że w porównaniu z Zachodem, który zgłupiał, putinowskie sowiety są rajem, bo tam nie dają ślubu pedałom? Chyba nie. Więc skąd nagle to przekonanie, że „Polska jest najzdrowszym krajem kontynentu”? Kraje podsowieckie są zsowietyzowane, jest zatem zupełnie konsekwentne, że można w nich budować „ostoję tradycyjnych wartości”. Wśród zsowietyzowanych mas to i tak nie ma znaczenia. Natomiast na Zachodzie jest jeszcze co niszczyć. Chociaż już bardzo niewiele.

    prl nie jest państwem, bo jest sowieckim tworem państwo-podobnym. Pewne atrybuty może sobie mieć, ale podstawowym celem państwa jest działanie na korzyść jego obywateli, co nie zachodzi w sowieckich tworach. c.b.d.d.

  22. 22 Andrzej

    Zmięcie kartki przez prof. Chodakiewicza jest bardzo efektowne ale…moim zdaniem, na tym niestety kończy się jego rzetelna analiza istniejącego stanu rzeczy. Bo jeśli tak jest, to co z tego wynika? Jeśli komunizm i „postkomunizm” to z gruntu to samo, to dlaczego autor przyjmuje za aksjomat istnienie wolnej Polski? Ponadto, także to, że pozostałe kraje „postsowieckie” (np. Litwa, Ukraina) też są tak samo wolne? Cytuję z jego książki „Między Wisłą a Potomakiem” (Patria Media, 2012) – „Myśli na 11 listopada”, str. 202:
    „Warto wspominać o odzyskaniu niepodległości, ale warto też pomyśleć, co wolność Polski pomaga utrzymać. (…) Na przykład, Polska może wygrać na rosyjskich zakusach na Ukrainie w tym sensie, że po zdominowaniu Kijowa przez Moskwę nastąpi fala oburzenia na Zachodzie, co może skończyć się amerykańskimi bazami dla Warszawy.”

    Czy to nie jest aby klasyczne polrealistyczne myślenie życzeniowe?
    Co ciekawsze, na zakończenie swojego artykułu autor pisze jeszcze tak:

    „Polska leży w fatalnym miejscu, jest mała i słaba. No i Polacy mają wyjątkowo życzeniowe nastawienie do świata zewnętrznego. (…) Trzeba z tego cyklu wyjść. Opanować emocje. Kalkulować na zimno, realistycznie.”

    Z jednej strony zdrowy rozsądek ale z drugiej go brakuje. Tego typu niekonsekwencji jest w poglądach autora mnóstwo. Co z tym zrobić? Jak mi się zdaje jest to mniej więcej ta sama ślepa uliczka w której znalazło się wielu dawnych działaczy antykomunistycznych, a która jest drogą zgubną. Bierze się ona z przyjęcia fałszywej tezy o odzyskaniu wolności przez Polskę. Im dalej się tą drogą idzie, tym więcej trzeba oszukiwać siebie i innych, tym więcej trzeba kluczyć, cofać się i coraz bardziej udawać, że jednak idzie się do przodu. Czy z faktu, że ktoś był kiedyś antykomunistą wynika, że może nim znowu być? Pierwszym warunkiem wydobycia się z tej matni i podjęcia postawy rzeczywiście antykomunistycznej w dniu dzisiejszym powinno być właśnie owo „wyjście z tego cyklu”, porzucenie fałszywych założeń, złudzeń i „wishful thinking”. Tylko tak wg mnie, można powiększyć antykomunistyczne szeregi i myśleć chociażby o jakimkolwiek skutecznym oporze.
    Na dziś pozostaje tylko chować się „poza marginesem w worku z najprawdziwszymi wariatami”. Ale wariatami którzy chcą stawiać i stawiają opór oraz są wariatami tylko z nadania „demokratycznej większości”.

    Niezależnie od wszystkiego, dziś życzę wszystkim radości Świąt Bożego Narodzenia!

  23. 23 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Nie znam Chodakiewicza. Czytałem tylko jakieś ułomki na (chyba) salonie24) i odniosłem wrażenie prlowskości. Ale ma Pan rację. Zostawmy to na inne okazje.

    Dziś wieczorem może nawet ja zdołam przemówić ludzkim głosem.

    Szczęść Boże!

  24. 24 michał

    No, więc tak. Znowu się nie udało przemówić ludzkim głosem. Ale wróćmy do rzeczy.

    Panie Andrzeju,

    Ten worek, do którego nas wrzucają, zawiera niestety najprawdziwszych wariatów. Takich, co dopatrują się wszędzie spisków masonerii i międzynarodowego żydostwa skumanych w celu ukrycia przed uczciwymi ludźmi, że ufoludki już dawno zawładnęły światem.

    Cytaty z Chodakiewicza dość smutne w swym polrealizmie. Ale prawdę mówiąc, więcej jak dotąd mi się podoba u Chodakiewicza niż nie podoba. Oczywiście moje subiektywne gusty są bez znaczenia i nikogo nie obchodzą – zwłaszcza Chodakiewicza – ale zmierzam do tego, że obiektywnie może jest w tym jakaś myśl, którą należałoby rozłożyć na czynniki pierwsze i przyjrzeć się jej z uwagą.

    Panie Orle i Panie Andrzeju,

    Proponuję, żeby obaj Panowie napisali eseje o Chodakiewiczu. To byłaby bardzo interesująca konfrontacja.

  25. 25 Orzeł

    Panowie,

    Polrealizmu jak widać, nawet tak trzeźwo myślący człowiek, jak Chodakiewicz się nie wyzbył. W jego poglądach, mimo wszystko jest poza tą niekonsekwencją chyba jednak coś obiecującego, na co warto zwrócić uwagę. Nie wiem, czy moja wiedza jest wystarczająca do napisania dłuższego tekstu na temat profesora, obawiam się, że muszę jeszcze trochę lepiej zapoznać się z tematem. Ale propozycję Pana Michała będę miał na uwadze.

  26. 26 michał

    Polrealizm jest stałą skazą na polskim myśleniu. Wygląda to trochę tak, jak gdyby inteligentni i przenikliwi skądinąd ludzie tracili nagle rozum, kiedy mowa o Polsce. Ciekawe zjawisko, chociaż należy chyba do dziedziny parapsychologii parapolitycznej.

  27. 27 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Proszę mi wybaczyć kilkudniową zwłokę z odpowiedzią na pańską propozycję. Byłem ostatnio dość mocno zajęty. Przemyślę sprawę tekstu. Ten temat również mi zdaje się bardzo interesujący.
    Sądzę, że polrealizm bierze się z postawieniem, najwyżej wśród obowiązujących zasad moralnych, nakazu powszechnego przestrzegania „patriotycznej poprawności”. Taki model od lat stanowi podstawę myślenia o Polsce w ramach „myśli niepodległościowej” a z dążeniem do prawdy ma tyle wspólnego, że jest stawiany wyżej niż ono.

  28. 28 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Ale przyzna Pan chyba, że wiele w wypowiedziach Chodakiewicza jest interesującego. Mnie się zawsze wydaje, że to właśnie te pozornie drobne różnice w poglądach są najbardziej ciekawe. Dlatego np. Ścios wydawał się godny polemiki, bo tak na pozór bliski moim poglądom, a jak poskrobać, to tak bardzo odległy. Polemika z postawami ideowo bliskimi jest przede wszystkim owocna intelektualnie, niech Pan spojrzy na najciekawszego, moim zdaniem, polemistę na ninejszej witrynie, Adama Danka (w rubryce Debaty, pod klawiszem Oszołomy). Nie mogę się wprawdzie z nim zgodzić, ale jestem pełen podziwu dla jego poziomu intelektualnego.

    A zatem bardzo Pana zachęcam do krytycznego zajęcia się Chodakiewiczem.

  29. 29 Andrzej

    Panie Michale,

    Dziękuję za polecenie mi testów Adama Danka i pańskich replik (w efekcie: wzajemnej dyskusji). Przeczytam je.

    Myślę, że pierwszą rzeczą w dyskusji z osobami które mają poglądy pozornie zbliżone do nas jest ustalenie właściwego znaczenia słów takich jak „niepodległość”, „bolszewizm”, „antykomunizm” itd. itp. Dopiero takie uzgodnienie może otworzyć drzwi do dyskusji na tematy: jaka jest rzeczywistość i jak się do niej odnieść. Druga sprawa to wspomniane zamykanie oczu na rzeczywistość lub traktowanie jej życzeniowo (polrealizm). To jest jak Pan słusznie stwierdził „skaza na myśleniu” i tu jedyną odtrutką, jak mi się wydaje jest odłączenie się od pępowiny „doktryny” i presji środowiskowej – od obowiązującej „poprawności”.

  30. 30 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Jasne definiowanie słów na wstępie jest oczywiście dobrym pomysłem, ale w pewnych sytuacjach może być także ślepą uliczką, może zostawić nas w zaułku, gdzie będziemy kręcić się w kółko, dzieląc włos na czworo, gdy tzw. życie (albo jak Pan woli, rzeczywistość) biegnie sobie mimo.

    Są takie sprawy i idee, które można dyskutować nie mając jasnej definicji. Należą do nich moim zdaniem zarówno bolszewizm jak i antykomunizm.

    Ktoś powiedział kiedyś – zdaje mi się, że Maria Ossowska – że brak jasnej definicji moralności, nie mąci jej metodologicznego sumienia. Wydaje mi się to słusznym podejściem. Powinniśmy się silić na jasność adekwatną do przedmiotu.

    Nasze dyskusje musza zachować związek z rzeczywistością, bo inaczej Podziemie przestanie mieć sens i równie dobrze możemy zająć się teoretycznymi problemami handlu intergalaktycznego.

  31. 31 Andrzej

    Panie Michale,

    Zgoda, że akademickie rozważania semantyczne mogą nas „zapętlić” w dyskusji więc rozsądnym wydaje się unikanie ich ponad potrzebę. Oczywiście można dyskutować o wszystkim. Ale jak dyskutować jeśli używa się odmiennego języka i co z tego wyniknie?

    Pozwolę sobie przytoczyć pańskie własne słowa (http://wydawnictwopodziemne.com/2008/05/03/suwerennosc-trzeciej-republiki-a-sprawa-polska/):
    W dzisiejszych czasach, kiedy taka masa wymownych autorów konfunduje czytelników swą radosną twórczością, w której zacierają znaczenia słów z zacięciem godnym lepszej sprawy, normatywne użycie języka powinno być nie tylko mile widziane, powinno być wręcz koniecznością.
    Mnie chodzi o to samo.

  32. 32 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Nie sugerowałem wcale, że się nie zgadzamy w tej kwestii.

    Cytat, który był Pan łaskaw przytoczyć, dotyczy trochę innego podejścia. Mówiliśmy dotąd o definicji np. bolszewizmu i, jak wszyscy wiemy, można się w tej kwestii zakałapućkać ze szczętem. Ja natomiast sugerowałem wówczas podejście normatywne, które rozwiązuje problemy na krótką metę. Jest to podejście, w którym mówi się tak: różnie ludzie rozumieją ten termin, ale ja będę go w poniższym tekście używał w takim a takim sensie.

    Tego rodzaju podejście pozwala uniknąć nieporozumień, ale nie rozwiązuje kwestii definicji na dłuższą metę.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja