Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Wojna totalna albo trzecia wojna światowa

Gdyby Stalin nie zechciał przestraszyć się ofensywą koalicji angielsko-amerykańsko-polsko-niemieckiej, to wedle planistów brytyjskiego sztabu, jedyną możliwą konsekwencją byłaby „totalna wojna”, którą Walker nazywa III wojną światową (nietrafnie, moim zdaniem, gdyż byłby to nadal nieprzerwany konflikt II wojny).  O ile scenariusz „szybkiego sukcesu” wydawał mi się zupełnie obcy wszelkim realiom sowieckiej okupacji na ziemiach, które alianci pragnęli wyzwolić, to scenariusz wojny totalnej był o wiele bardziej realistyczny.  W tym drugim wypadku wojska koalicyjne wciągnięte zostałyby w głąb sowietów i, wobec przewagi liczebnej przeciwnika, jedyną szansę zwycięstwa dawałaby pełna mobilizacja w Ameryce (znowu ani słowa o mobilizacji sił antysowieckich wewnątrz imperium Stalina, o czym za chwilę).  Plan obejmował opanowanie wielkich ośrodków przemysłowych i tym samym pozbawienie armii czerwonej nowego uzbrojenia.  Pokonanie krasnoarmiejców w bitwie było wszakże koniecznością, bez której zwycięstwo nie było możliwe.  Planiści brali za wzór niedawną operację Barbarossa i wskazywali na niezmierzone dystanse i przestrzenie sowietów, jako główną barierę w podboju.

Intrygująco, JPS (Joint Planning Staff) stwierdzał także, że „tylko kolejna rewolucja mogłaby doprowadzić reżym sowiecki do upadku”.  Czy zatem nie należałoby zastanowić się nad polityczną stroną inwazji?  Nad stworzeniem warunków dla tej nowej rewolucji, a ściślej: kontrrewolucji?  Zważywszy ogromne sukcesy Wehrmachtu w pierwszej fazie starcia z krasną armią, należałoby chyba spojrzeć na polityczną stronę niemieckiej inwazji.  Wydaje mi się oczywiste, że Niemcy przegrali wojnę na wschodzie w dużej mierze dzięki idiotycznej koncepcji politycznej Hitlera i zbrodniczym metodom stosowanym wobec podbitej ludności.  Koncepcja lebensraumu musiała z definicji obrócić ludność miejscową przeciw hitlerowskim „wyzwolicielom”.  Zająwszy uprzednio Polskę, Niemcy musieli dowieść (głównie sobie samym), że są rasą panów, gdy Polacy rasą niewolników.  Skonfrontowani z wysoką kulturą odpowiadali wyłącznie gwałtem.  Dokładnie to samo podejście zastosowali na ziemiach Ukrainy i Białorusi, co precyzyjnie ilustruje „żartobliwa” uwaga Kocha, że gdyby spotkał Ukraińca godnego siedzenia z nim przy jednym stole, to musiałby go kazać rozstrzelać.  W koncepcji Hitlera nie było miejsca na wyzwalanie kogokolwiek, bo lebensraum miał być przeznaczony dla Niemców, a w tym celu należało autochtonów obrócić w niewolników.  A zatem praktyka niesłychanego bestialstwa okupacji hitlerowskiej była prostą konsekwencją „teorii”, jeśli rzecz jasna można hitlerowskie idiotyzmy podnosić do miana teorii.  Niestety, i teoria, i praktyka były tylko na rękę propagandzie Stalina.  Zbrodnia zagłodzenia na śmierć milionów sowieckich jeńców wojennych jest tego najlepszym przykładem.  Haniebne traktowanie jeńców pozbawiło Hitlera okazji do dalszego osłabienia woli walki w krasnej armii.

Zmierzam do tego, że przygotowując plan ataku na sowdepię – po odrzuceniu mrzonek na temat „szybkiego sukcesu na linii Gdańsk-Wrocław”, po którym Stalin podniesie ręce do góry i pozwoli na square deal for Poland – nie wolno było zamykać oczu na polityczną stronę inwazji, a dla wywołania kontrrewolucji należało tylko postępować odwrotnie niż postępował Hitler, od rozwiązania kołchozów począwszy, poprzez tworzenie rosyjskiej armii wyzwoleńczej (obok ukraińskiej, białoruskiej, litewskiej itd.), a na tworzeniu i popieraniu antysowieckich rządów kończąc.

Pisał o tym wielokrotnie Józef Mackiewicz:

„Wojska niemieckie witane były w roku 1941 przez ludność tym, co się w przenośni nazywa: ‘chlebem i solą’.  (Często nie tylko w przenośni, ale dosłownie.)  I długo jeszcze ta ludność nie mogła uwierzyć w możliwość takiego wypadku na świecie, aby wódz zwycięski obracał samobójczo zwycięstwo we własną klęskę, zrzekając się dobrowolnie dwustu milionów sojuszników, bo – zatraciwszy poczucie rzeczywistości – zapragnął mieć dwieście milionów niewolników.  Gdy nastąpiło wielkie rozczarowanie, znalazło swój wyraz w popularnym sformułowaniu że: ‘Gdyby Stalin na czele Niemiec postawił był swego prowokatora, toby ten nie postępował inaczej, niż właśnie Hitler.’”

A dalej:

„Ustanowienie jakiegokolwiek rządu rosyjskiego, prowizorycznego, tymczasowego… w tamtych warunkach, powtarzam: jakiegokolwiek narodowego, byle nie bolszewickiego, rządu w zdobytej Moskwie, przesądzałoby à coup sûr bardziej o całej kampanii niż dalsze działania militarne.  Ale właśnie TEGO Hitler nie chciał.  I dlatego może: „nie doceniał znaczenia Moskwy”.  Dopasowując swą strategię do urojonych przez siebie planów panowania niemieckiego.”  [5]

Kiedy więc sztabowcy brytyjscy przyglądali się operacji Barbarossa, to powinni prędko uznać ją za „antywzór”, za wzór jak postępować nie należy.  Nie ma jednak żadnych wskazówek u Walkera czy rzeczywiście zastanawiali się nad tym kluczowym przecież zagadnieniem.  Słowa planistów o „kolejnej rewolucji” należy być może brać za wyraz ich bezsilności: gdyby bowiem ofensywa aliancka nie zdołała wymusić ustępstw od Stalina, to tylko obalenie sowietów od wewnątrz mogłoby pomóc Polsce, ale takie rozważania nie leżą w gestii planistów sztabu.

Leżały natomiast w ich gestii rozważania na temat polskiego podziemia i polskich działań na tyłach wroga.  Walker lamentuje, że AK nie była już taką siłą jak rok wcześniej.  Organizacja, sieć kontaktów i zwłaszcza wyposażenie uległy poważnemu ograniczeniu.  „Rozczarowanie, wyczerpanie i sowiecka infiltracja zmniejszą liczbę potencjalnych sił oporu jeszcze bardziej w lecie 1945 roku.”  Jest to bez wątpienia trafne określenie stanu faktycznego.  Jednak Walker (i JPS) opisuje ów stan tak, jak gdyby nie miał on nic wspólnego z polityką Wielkiej Brytanii wobec AK, Rządu RP na Uchodźstwie, a do sowietów w szczególności.  Czym podyktowane było rozczarowanie, jak nie Jałtą?  Jak mogła utrzymać się organizacja podziemna, skoro Churchill cofnął uznanie legalnego rządu polskiego, a uznał sowiecką jaczejkę lubelską?

Niektóre z założeń JPS zdradzają brak znajomości zupełnie niedawnych wydarzeń.  Planiści zakładali np., że Stalin zechce poszerzyć front i zaatakować Skandynawię, by oskrzydlić nową koalicję od północy.  Nie oczekiwali żadnego oporu ze strony Finów…  A gdyby znali historię II wojny, to wiedzieliby, że Stalin zaatakował Finlandię pod koniec listopada 1939 roku, rzucając na maleńki kraj przeważające siły.  Finowie mieli zaledwie 30 czołgów, ale ich bohaterski opór – i hekatomba sowieckich ofiar – wywalczył im niezawisłość.  Brytyjscy stratedzy tymczasem uznali, że w nowej sytuacji zmasowanego ataku koalicji na sowiety, „Finowie nie będą stawiać oporu Stalinowi…”

Planiści spodziewali się podobnej ofensywy sowieckiej na południu, a w rezultacie upadku Grecji i Turcji.  Mołotow wystosował klasyczną sowiecką groźbę pod adresem Turcji już w czerwcu 1945, domagając się baz na Dardanelach.  Interesującym pobocznym wątkiem tych rozważań były plany dla SOE (Egzekutywy Specjalnych Operacji), która miała skoncentrować swe wysiłki na krajach świeżo zajętych przez Stalina, a więc na Norwegii lub Turcji raczej niż na Polsce, Litwie czy Ukrainie.  Innymi słowy, w planach operacji wyzwolenia Polski nie przewidywano wspomożenia polskiego podziemia!  Znając bezwzględność sowieckiego terroru, równało się to wydaniu wyroku śmierci na każdego, choćby potencjalnego, żołnierza podziemia.

Z naszej niezmiennie polonocentrycznej perspektywy, niektóre trudności zaznaczone przez planistów mogą się wydawać dziwne, a nawet niezrozumiałe.  JPS miał wątpliwości czy operacja przeciw sowietom może liczyć na poparcie ze strony Imperium…  Australijski premier był politycznym przeciwnikiem Churchilla, ale Brytyjczycy nie mogli do końca polegać nawet na Nowej Zelandii i Kanadzie.  Ich rządy liczyły na zwiększoną niezależność po wojnie, a ich elektoraty nie były gotowe walczyć ponownie w Europie, gdy znacznie bliżej istniała nadal niepokonana potęga Japonii.

I na tym w zasadzie kończy się plan Operation Unthinkable.  Konkluzje planistów były otwarte: atak najprawdopodobniej doprowadziłby do długotrwałej wojny pozycyjnej w niesprzyjającym terenie wraz z zagrożeniem oskrzydlenia Europy Zachodniej przez sowiety.  Konkluzje szefów sztabu już relacjonowałem: cały pomysł był fantasmagorią, był nie do pomyślenia.  Na reakcję Churchilla trzeba będzie poczekać, bo premier otrzymał plan z komentarzem szefów dopiero 8 czerwca.  Wydarzenia tymczasem potoczyły się z wielką prędkością.

Konsekwencje planu Operation Unthinkable sięgały bowiem o wiele głębiej.  Wiemy doskonale – dziś wiedzą to nawet brytyjscy historycy – że Stalin uważał konflikt zbrojny z Zachodem za nieunikniony.  Z jakiegoś powodu, nie wiedzieli o tym zachodni alianci.  W 45 roku Stalin miał już świetnie rozbudowaną sieć agentów na zachodzie, zarówno szpiegów w rodzaju Philby’ego jak i agentów wpływu z gatunku Algera Hissa, który przygotowywał konferencję w Jałcie i założenie organizacji narodów zjednoczonych w roli amerykańskiego dyplomaty.  Kiedy 28 kwietnia tegoż fatalnego roku, Churchill po raz pierwszy otwarcie zarzucił Stalinowi złamanie umów, zdobył się nawet na odwagę, by zapytać generalissimusa o los 16 przywódców podziemia – Stalin nie raczył nawet odpowiedzieć.

Pewność nadchodzącego konfliktu panowała tylko wśród ludów centralnej i wschodniej Europy.  Walker przytacza interesujący przyczynek w tym względzie: 30 kwietnia po raz ostatni nadawał z Niemiec brytyjski faszysta, William Joyce, znany jako Lord Haw-Haw.  W swojej ostatniej pogadance mówił, że „straszna wojna, którą przeszliśmy, jest tylko preludium do walki o bardziej decydującym charakterze”.  W jaki sposób można obronić Europę zachodnią przed bolszewickim zalewem „bez udziału niemieckich legionów”?  Walker słusznie zwraca uwagę, że myślenie angielskiego zdrajcy było identyczne z myśleniem planistów sztabu.  A jednak Joyce został skazany na śmierć już we wrześniu i powieszony.

Najciekawsza część książki Walkera opisuje sytuację w Europie między początkiem maja 1945 i rozpoczęciem zimnej wojny.  W moim przekonaniu, autor nie dostrzegł jednak głębokiego paradoksu tej sytuacji.  Z jednej strony tajne plany „nie-do-pomyślenia”, a z drugiej przygotowania do konferencji pokojowych, narodów zjednoczonych, sądów nad pokonanymi, wydawanie jeńców w ręce strasznego smiersza itd.  Paradoks takiego obrotu spraw jest oczywisty: warunki, które sprawiały, że rozważanie ataku na sowiety było koniecznością, doprowadziły do zimnej wojny, ale warunki, które czyniły atak operacją nie do pomyślenia, powodowały jednocześnie wszystkie wyżej wymienione sprzeczności.  Przyjrzyjmy się temu bliżej.

Daty są znaczące w rozwoju sytuacji, są jak zegar wybijający godziny do zbliżającego się triumfu sowietów.  Truman zastąpił Roosevelta jeszcze w kwietniu 1945, i początkowo przyjemnie zaskoczył Churchilla twardszą retoryką wobec sowietów.  Był jednak nadal otoczony doradcami swego poprzednika, którzy pragnęli widzieć w Stalinie „postępową przeciwwagę dla imperializmu brytyjskiego”.  1 maja Churchill próbował wymusić od Trumana obietnicę, że Alianci nie wycofają się z zajętych terytoriów na uprzednio uzgodnioną ze Stalinem linię, gdyż osłabi to ich pozycję w negocjacjach, a jednocześnie Eisenhower godził się oddawać niemieckich jeńców w ręce sowietów.  Marszałek Brooke narzekał na problem „miliona Polaków na Zachodzie, których Anders chce prowadzić do Polski”, gdy JPS martwił się o brak żołnierzy do operacji Unthinkable.  3 maja Mołotow wyjawił zdawkowo, że szesnastu przywódców podziemnych zostało aresztowanych przez nkwd – trzy tygodnie wcześniej – tymczasem brytyjska SOE przygotowywała się „do akcji na terenach Polski”…  Czy mieli pomagać antysowieckiemu podziemiu?  Czy mieli wysadzać w powietrze sowieckie bazy?  Nie.  Mieli wybadać atmosferę polityczną w kraju we współpracy z nkwd… [7]

Zakończenie działań wojennych postawiło Churchilla wobec problemu demobilizacji.  Obawiał się, że euforia zwycięstwa doprowadzi do rozbrojenia Zachodu i pozostawi Europę na łasce Stalina.  Naciskał na Trumana, by pozostawić amerykańskie siły w Niemczech, ale naciski te spowodowały podejrzenia w amerykańskich kręgach rządowych – i nie tylko rządowych.  Niejaki John F Kennedy, młody korespondent Hearsta, napisał w artykule, że „Rosja pragnie pokoju”, a także: „nie wolno pozwolić na stworzenie wrogich Rosji rządów w krajach z nią graniczących”.  Zdaniem przyszłego prezydenta, sowieci „wywalczyli sobie prawo do bezpieczeństwa”, więc mają pełne prawo pakować narody ościenne za druty.

12 maja pomimo protestów Churchilla Amerykanie zaczęli się wycofywać z frontu na Łabie (tzw. linii kontaktu), aż do linii na zachód od Eisenbach, oddając w ten sposób nie tylko inicjatywę i argument w negocjacjach, ale także Lipsk, Magdeburg i miliony ludzkich istnień pod sowiecki but.  Generałowie byli ździebko bardziej przewidujący niż politycy.  Marszałek Alexander publicznie porównał Tito do Hitlera.  Generał Patton powiedział na konferencji prasowej, że „nie ma dnia, żeby jakiś Czech, Austriak albo Węgier nie błagał go o pomoc: ratujcie nas, zanim zrobią z nas niewolników”.  Patton był zdania, że natychmiastowy atak na sowiety ograniczyłby ofiary w ludziach – niestety Patton był odosobniony, a Kennedy nie.

Niestety nie wszyscy generałowie byli tak przewidujący.  Montgomery porównał Churchilla do Himmlera, który także miał nadzieję na wspólną akcję brytyjsko-niemiecką przeciw Stalinowi.  Churchill próbował powstrzymać rozbrajanie Niemiec, ale jego rozkazy były sabotowane (m.in. przez Montgomery’ego).  O dziwo, Churchill znalazł więcej poparcia dla swego nowo odnalezionego antysowietyzmu u Clementa Attlee, lidera Lejburzystów.  Attlee pragnął kontynuacji wielkiej koalicji rządowej co najmniej do jesieni, ale jego partia nie miała zamiaru go poprzeć.  I tak 23 maja – czyli na dzień przed dostarczeniem planu przez JPS – koalicyjny rząd wojenny rozpadł się i Churchill zwołał wybory na 5 lipca – wybory, których nie mógł wygrać.  Walker słusznie zwraca uwagę, że nawet jeżeli Attlee był przekonany o słuszności Operation Unthinkable, to nie było żadnych szans, żeby zdołał przekonać do tego swoją partię.  Churchill dostrzegł swą izolację i odpowiedział na nią w typowy dla siebie sposób, wskazując na analogię z latami trzydziestymi, gdy jego ostrzeżenia pod adresem Hitlera były powszechnie wyśmiewane.

Jego ostrzeżenia były odrzucane także przez Trumana.  Specjalnym wysłannikiem Trumana do Stalina był Harry Hopkins, jeden z najbliższych doradców Roosevelta.  Niezależnie od tego, czy oskarżenia, że był sowieckim agentem o kryptonimie „19” są słuszne czy nie[6], był Hopkins z całą pewnością prosowiecki.  W 1941 roku nalegał na ofertę bezwarunkowej pomocy dla sowietów, a w 1945…  Hopkins przekazywał wspaniałe wiadomości ze swych prywatnych rozmów z generalissimusem.  Stalin był jego zdaniem gotów iść na ustępstwa; wyciągał rękę do londyńskich Polaków; szesnastu przywódców podziemnych było tylko oskarżonych o operowanie nielegalnej radiostacji; Churchill był wrogiem postępu i chciał wznowić kordon sanitarny wokół sowietów; Ameryka nie może dać się wymanewrować na pozycje wrogie wobec „Rosji” i tak dalej, znamy tę śpiewkę na pamięć od niezliczonych poputczików.  Hopkins powtarzał i podtrzymywał stanowisko Roosevelta, powtarzał słowa młodego dziennikarza, który zaledwie 15 lat później zostać miał prezydentem Stanów Zjednoczonych.  Truman przyjął jego wykładnię i umył ręce od sprawy polskiej.

Wysłannikiem Trumana do Londynu był Joseph E Davies, były ambasador w Moskwie, kolejny wielbiciel „sowieckiego eksperymentu”, ze słowami o „pokoju, sprawiedliwości i braterstwie” na ustach.  Davies służył w Moskwie w latach 1936-38, był więc świadkiem najgorszego terroru.  Pomimo to, podkreślał winę oskarżonych w procesach moskiewskich, a poza tym przesyłał do Waszyngtonu optymistyczne relacje o pokojowym rozwoju kraju rad.  Rozmowy z Churchillem były burzliwe i zakończyły się kłótnią.  Anthony Eden zanotował, że Davies „z chęcią oddałby całą Europę Stalinowi.”

O ile Truman nie był zainteresowany losem Polski, to zdawał się dostrzegać niebezpieczeństwo sowieckie ze strony Jugosławii.  Dzielił obawy Churchilla o atak Tito na północno-wschodnie Włochy i rozżalenie, że przecież Brytyjczycy lojalnie wspomagali Tito podczas wojny.  Tymczasem 15 maja ogromne siły ustaszowskie, wraz z niedobitkami czetników i słoweńskich sił narodowych – wedle niektórych źródeł 200 tysięcy żołnierzy i pół miliona cywilów uciekało przed wyzwoleniem – poddały się Brytyjczykom w Bleiburgu.  Ci jednak, powołując się na Konwencję Haską, która domaga się prędkiej repatriacji jeńców wojennych oddali poddających się nadchodzącym partyzantom Tito.  I tak zaczęła się masakra, o której głucho u Walkera.  Tito zadbał o zatarcie śladów masakry w Bleiburgu i śmiertelnego marszu setek tysięcy z powrotem do komunistycznego raju.  W odległości zaledwie 20 kilometrów od Bleiburga XV Korpus Kozacki generała von Pannwitza poddał się Brytyjczykom i został w całości – razem z kobietami, dziećmi i niemieckimi oficerami – wydany sowietom 17 maja.  17.702 uzbrojonych, wyszkolonych i ideowych antykomunistów zostało oddanych w ręce nkwd.  28 maja Brytyjczycy rozpoczęli wydawanie Kozaków zgromadzonych w dolinie rzeki Drawy.  Znamy szczegóły tej zbrodni m.in. z reportaży i powieści Józefa Mackiewicza.

31 maja szefowie połączonych sztabów brytyjskich ponownie debatowali plan Operacji Nie-do-pomyślenia i doszli do wniosku, że jest to „operacja zupełnie nie do pomyślenia”.

Nikołaj Tołstoj oceniał, że Brytyjczycy wydali sowietom około dwóch milionów ludzi, wielu spośród nich nie było nigdy sowieckimi obywatelami – ich jedyną zbrodnią było wystąpienie przeciw bolszewickim oprawcom; ich jedyną nadzieją było kontynuowanie walki z nieludzkim systemem.

Waham się czy należy komentować zestawienie tych dat i faktów.  „Wielka spółka trwa,” pisał w 1947 roku Józef Mackiewicz.  Oddam więc jemu głos zamiast komentarza.

„Spółka sowiecko-brytyjsko-amerykańska.  Spółka ta, powołana do życia na okres wojny i po-wojny, nadal w sposób formalny i faktyczny istnieje i spełnia swe zadanie, jakim jest rozbiór pomiędzy jej uczestnikami cudzego mienia, zarówno politycznego, jak materialnego, pozostałego po państwach, które wojnę przegrały.  Obiektem handlowym, a w języku moralnym – ofiarami tej spółki, są przede wszystkim następujące państwa: Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Niemcy, Włochy, Rumunia, Węgry, Czechosłowacja, Bułgaria, Jugosławia, Albania, Grecja, Persja, Mandżuria, Korea i Japonia. (…) Spólnicy kłócą się, nawet skaczą sobie do oczu, wygrażają pięściami.  Czasami dochodzi do sytuacji grożących zerwaniem.  Nie znaczy to jednak, żeby to zerwanie już nastąpiło.” [8]

W przytoczonym wcześniej (odsyłacz 6) tekście na temat agenturalności Hopkinsa, autorzy słusznie piszą, że wielu oficjeli w administracji Roosevelta, z prezydentem włącznie, pragnęło zdobyć zaufanie Stalina, by uczynić z sowietów partnerów Stanów Zjednoczonych zarówno podczas działań wojennych jak i w skonstruowaniu powojennego porządku; i podają następujący przykład.  W 1944 roku OSS (agencja, która przerodziła się później w CIA) otrzymała od Finów sowiecką książkę kodów.  Sekretarz Stanu Stettinius przekonał Roosevelta, by oddać zdobyte materiały sowietom jako akt dobrej woli.  Smutne przesłanie książki Walkera jest chyba takie, że Amerykanie i Brytyjczycy pragnęli spółki z sowietami, mieli nadzieję aż do zamykania oczu na rzeczywistość.  Churchill być może przejrzał wcześniej niż inne osobistości, ale nie zaprzestał prowadzenia polityki „wielkiej spółki”.

Osobiście zaryzykowałbym twierdzenie, że Churchill wystąpił z inicjatywą przygotowania planu ataku na sowiety wyłącznie w jednym celu: aby pozostawić ślad dla potomności, że przewidywał, jak się sprawy potoczą, ale był bezsilny.  Ani w kwietniu, kiedy wydał rozkaz przygotowania planu, ani w maju, kiedy plan został sformułowany, ani w żadnym momencie dopóki był u władzy, nie miał żadnych intencji wprowadzenia tego planu w życie.  Spodziewał się przegranej w nadchodzących wyborach do parlamentu, zajmowało go więc bardziej jego „miejsce w historii”, niż praktyczny plan ataku na sowiety, którego nie mógł przeprowadzić.

Być może więc najprostszym wyjaśnieniem dla wszystkich tych sprzecznych posunięć w owych posępnych miesiącach 45 roku jest następująca hipoteza: Brytyjczycy wydawali sowietom potencjalnych sojuszników w przyszłej wojnie przeciw Stalinowi, żeby przekonać siebie samych, że taka wojna nie jest możliwa?

8 czerwca 1945 roku szefowie sztabów przesłali swój raport na temat Operation Unthinkable  Churchillowi.  Podnieśli sowiecką przewagę liczbową (sił lądowych) aż do stosunku 2 do 1.  Ich konkluzja była oczywista: nie ma żadnych szans na szybki sukces, a brak pełnego zaangażowania ze strony amerykańskiej dawałby gwarancję klęski.  W praktyce oznaczało to, że skoro sowieciarze mają nad nami przewagę liczebną, to musimy kontynuować politykę wydawania w ich ręce milionów antykomunistów gotowych do walki ze Stalinem.

Churchill przyjął radę swych generałów, że inwazja była niewykonalna, ale nie zmienił zdania w kwestii zagrożenia sowieckiego.  Jeżeli nawet „demokratyczna Polska” była niemożliwa do osiągnięcia, to należało skupić wysiłki na obronie stanu posiadania.  Polska była stracona, Europa Zachodnia jeszcze nie.  9 czerwca napisał do szefów sztabu, domagając się osobnego studium na temat obrony wysp brytyjskich przed sowietami i nakazał im zachować kod Unthinkable.  Niemożliwość ataku w obronie Polski uświadomiła mu więc, że Zjednoczone Królestwo samo nie może obronić się przed atakiem potęgi sowieckiej.

W rzeczywistości Churchill nie mógł liczyć na swoich własnych generałów.  Montgomery, którego siły nie dawały sobie rady z pilnowaniem ponad 2 milionów jeńców niemieckich, był poruszony dodatkowym rozkazem Churchilla, by zachować niemiecką broń i amunicję.  W rezultacie 14 czerwca samowolnie wydał rozkaz niszczenia niemieckiej broni.

Naciski na Mikołajczyka, by przyłączył się do „rządu” bolszewickiego w Polsce, dały rezultaty 16 czerwca.  Pozwolę sobie jednak zapytać, w jakim celu Churchill osobiście angażował się w wypełnienie polityki, w którą sam nie wierzył?  18 czerwca rozpoczął się proces szesnastu.  Nikt, łącznie z Mikołajczykiem, nie mógł mieć wątpliwości co do natury okupacji sowieckiej.  Walker nazywa zdradę Mikołajczyka „operacją zachowania twarzy”.  Zachodni Alianci mogli przyjąć obecność „londyńskiego Polaka” w „rządzie lubelskim” za dowód „demokracji” i zostawić Polskę jej losowi.  To jasne.  Tylko jak to pogodzić z operacją Unthinkable?

Polacy na Zachodzie obawiali się przymusowej repatriacji, gdy Brytyjczycy rozważali otwarcie, jak pozbyć się niewygodnych sojuszników.  3 lipca Truman – bez uprzedniej konsultacji z Churchillem – uznał „rząd” w okupowanej Polsce.  6 lipca Brytyjczycy wycofali uznanie dla Rządu RP na Uchodźstwie i rozpoczęli tłumienie działalności emigracji, począwszy od utrudniania kontaktów z krajem.

W rok później, 8 czerwca 1946 roku odbyła się w Londynie wielka parada zwycięstwa.  Wszyscy alianci Wielkiej Brytanii zostali zaproszeni do udziału w uroczystościach.  Przybyli reprezentanci z tak odległych i różnorodnych krajów, jak Brazylia i Luksemburg, Etiopia i Meksyk.  Nie zostali zaproszeni jedynie Polacy.  Może to i lepiej.  Polska tę wojnę przegrała, utraciła niepodległą państwowość, a miliony Polaków były rozproszone po całym globie.  Nie było doprawdy czego świętować.

Ale na tym nie kończy się historia Operacji Nie-do-pomyślenia.

_____

5. Oba cytaty pochodzą z artykułu „Ostatnia książka generała Andersa”, Wiadomości, nr 14 (1410), 8 kwietnia 1973, ale podbnych argumentów jest wiele w jego publicystyce.

6. http://www.frontpagemag.com/2013/john-earl-haynes-and-harvey-klehr/was-harry-hopkins-a-soviet-spy/ ten niezwykle ciekawy artykuł konkluduje, że na podstawie dostępnych dokumentów nie można utożsamić Hopkinsa z agentem 19.

7. Jest to historia równie zadziwiająca, co niejasna.  Walker pisze: „Połączone siły Secret Intelligence Service (SIS) i SOE próbowały dostać się do Polski pod osłoną „Misji Obserwatorów MSZ”.  Operacja nie mogła się jednak udać, bo zależała od współpracy nkwd.”  Jako źródła podaje Walker raport „Współpraca SOE – NKWD” bez daty i „Notatki z pierwszego spotkania z pułkownikiem Graurem”, 6 czerwca 1945.  Byłby to dowód naiwności zaiste kryminalnych proporcji.

8. Józef Mackiewicz, Nudis verbis, Dzieła t. 16, Londyn 2003



Prześlij znajomemu

34 Komentarz(e/y) do “„Operation Unthinkable” czyli jak Churchill planował bronić świata przed sowiecką zarazą – część III”

  1. 1 Andrzej

    Być może nigdy się nie dowiemy, co rzeczywiście skłoniło Churchilla do zlecenia opracowania „Operation Unthinkable”. Jest pewne tylko to, że jej założenia (a raczej brak założeń, które mogłyby dawać nadzieję na realne pokonanie bolszewików) były oparte na stworzonej przezeń fikcji. Ta fikcja w oczywisty sposób wpłynęła na planistów, stad też pominięcie przez nich aspektów politycznych i związanych z nimi opcji militarnych.

  2. 2 michał

    Tak, cały plansprawiają na mnie takie wrażenie, jakby jego autorzy pragnęli uzasadnić jego kryptonim: cała rzecz jest absolutnie nie do pomyślenia!

    C’mon, it’s unthinkable, old chap!

  3. 3 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pozwolisz, że zatrzymam się na moment przy jednym tylko zdaniu z Twojego artykułu. Chodzi mianowicie o niewątpliwy kretynizm Hitlera i jego wkład w wojenną klęskę. Piszesz słusznie:

    Niemcy przegrali wojnę na wschodzie w dużej mierze dzięki idiotycznej koncepcji politycznej Hitlera i zbrodniczym metodom stosowanym wobec podbitej ludności.

    To oczywiście pogląd, któremu nie sposób nic zarzucić, logiczny i umocowany w faktach. Można jednak – tak mi się zdaje – spojrzeć na kwestię niemieckiej przegranej na wschodzie z innego nieco kąta widzenia. To znaczy, można by szukać przyczyny nie tyle w szale Hitlera, co wprost w ideologii jaką stworzył, a więc w nazizmie, tej bez porównania gorszej, karykaturalnej wersji totalitaryzmu. Można by też wskazać na pewną kwestię poboczną, mianowicie… Hitler w swoją ideologię najprawdopodobniej wierzył, bolszewikom podobne mentalne nieszczęście nigdy się nie przytrafiło (nieszczęście, a więc wiara w społeczno-polityczne dyrdymały, które się do komunizmu zwykło przylepiać).

    Niemiecka klęska na wschodzie nie wynikała tylko z osobistych cech Hitlera, ale z obowiązującej ideologii, a opozycja w kręgach wojskowych czy wojskowo-arystokratycznych wiązała się ze złożonym zjawiskiem negacji totalitaryzmu, albo w formie antynazistowskiej kontry, albo nacjonalistycznego odruchu, czyli postrzegania szaleństwa nazizmu jako działania na szkodę narodu niemieckiego, lub też przemieszania obu tych postaw w jedną.

    Czy można hitlerowskie idiotyzmy podnosić do miana teorii? – jak słusznie rozważasz nieco dalej. Formalnie rzecz biorąc, pewnie tak, w istocie rzeczy to jednak tylko mentalne popłuczyny dwóch ideologii, nacjonalizmu i bolszewizmu, dwóch odrębnych myślowo światów, których jedyną bodaj cechą wspólną jest skrajnie przedmiotowe traktowanie człowieka. W efekcie musiał powstać ideologiczny potworek, który – gdyby nie jego niepohamowana krwiożerczość i aspiracje – budziłby tylko politowanie.

  4. 4 michał

    Darek,

    To wszystko jest trafne i arcyciekawe. Przyczyny klęski Hitlera są złożone i na pewno to co określamy w skrócie jego „szaleństwem” było nie bez znaczenia. Ja jednak kładłbym nacisk na koncepcję polityczną, na to, co nazwałem powyżej (znowu w skrócie) teorią. Kluczowym elementem nazistowskiej „teorii” była idea „lebensraum”, przestrzeni do życia dla Niemców. Hitler, o dziwo, brał tu wzór z Ameryki. W historii XIX wiecznego podboju Ameryki widział model brutalnej, bezpardonowej kolonizacji, w której autochotni byli poddani masowej eksterminacji jako ludzie niższej kultury i cywilizacji, a ich niedobitki trzymane w rezerwatach. Skoro amerykańscy koloniści byli odpowiedzialni za ludobójstwo autochtonów i nikt im tego nie wytykał, Hitler nie widział powodu, dla którego ktokolwiek miałby go winić za anihilację untermenschów. Stąd moje twierdzenie, że metody – tj. potworna praktyka okupacji na Wschodzie – wyszły logicznie wprost z koncepcji politycznej. Hitler nie mógł więc osiągnąć swych celów, bo były wewnętrznie sprzeczne.

    Jak widzisz, osobiste cechy Hitlera, całe to „szaleństwo” nie wchodzą na razie w grę. Rację mają wszakże ci, np. Józef Mackiewicz, którzy twierdzą, że nawet po Stalingradzie, wojna na wschodzie nie musiała nadal skończyć się tak przygniatającą klęską – już nie tylko dla Niemiec, ale także dla untermenschów – gdyby nie właśnie osobiste cechy fuehrera. Idiotyczne wtykanie nosa w sprawy Wehrmachtu, tępe rozkazy w rodzaju „ani kroku w tył” czy powstrzymanie uporządkowanego odwrotu dla zniszczenia Warszawy, doprowadziły nie tylko do klęski, ale także do hekatomby.

    Nazizm wydaje mi się nie tyle popłuczynami dwóch ideologii, co zacieśnieniem jednej. Hitler był w pierwszym rzędzie bolszewikiem, leninistą. Pragnął zastosować leninizm do jednego narodu. Zacieśnił więc bolszewicką ideologię władzy do rozmiarów, w których stała się karykaturą leninizmu. Masz wszakże rację, że Hitler w przeciwieństwie do leninistów wierzył sam w ideologię, którą stworzył. Dla Lenina ideologia jest opium dla mas, jest narzędziem, niezbędnym narzędziem, ale jednym z wielu. Narzędziem, które odrzuca się bez żalu, gdy nie jest potrzebne. Hitler nie mógł odrzucić swej wiary w rasową wyższość narodu niemieckiego, bo nic by mu nie pozostało.

  5. 5 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Na pewno i Ty dostrzegasz pułapkę paradoksu, zawartą w ostatnim akapicie. Czy rzeczywiście Hitler zasłużył na miano bolszewika, leninisty? Jeśli już trzymać się tej śmiałej tezy, to chyba z zastrzeżeniem, że był on najgorszym ze wszystkich uczniów Ilicza, i pewnie nie dlatego, że chorował i nie miał szansy uczęszczać na wszystkie lekcje, ile że brakowało mu zwyczajnie bolszewickich horyzontów. Pierwsza bolszewicka zasada brzmi przecież następująco – nie będziesz miał żadnych zasad. A on, Hitler, co? Nie mógł odrzucić swej wiary w rasową wyższość narodu niemieckiego? Jaki tam z niego bolszewik, bez Lenina w sercu?

    Mnie się raczej wydaje, że Hitler jedynie pretendował do bycia bolszewikiem, a w gruncie rzeczy był tylko ciasnym nacjonalistą, i z pozycji tej myślowej ciasnoty zafundował swojej nacji ideologiczną hekatombę czystej nienawiści; ideologię z całą pewnością pozbawioną jednego – bolszewickiego fuj wyrafinowania; ideologię, która w odpowiedzi musiała napotkać kontr-nienawiść. Nie ze strony bolszewizmu, dla którego hitleryzm był jedynie niebezpieczny, a ze strony tych, dla których atak na substancję narodową oznaczał atak na wszystko co święte; zaś bolszewizm zapowiadał jedynie trochę bólu i reformy społeczne.

    To smutne, ale dlatego właśnie walczono w tej wojnie z hitleryzmem w przymierzu z bolszewikami – ponieważ, mimo swojej skrajności, hitleryzm nie wykraczał poza staromodny horyzont narodowych interesów, dzięki czemu był o wiele „łatwiejszy” do zrozumienia, do intelektualnego skonsumowania. Czy aby cytowane przez Ciebie w II części artykułu przemówienie Churchilla z 22 czerwca 1941 nie jest tego potwierdzeniem?

  6. 6 michał

    Darek,

    Dostrzegam paradoks, ale nie widzę żadnej w nim pułapki. Nie widzę także żadnej śmiałości w tezie. Że Hitler był bolszewikiem, że nazizm jest wersją leninizmu, to teza nienowa, wypowiadana np. przez Józefa Mackiewicza. Powtarzałem to wielekroć w Podziemiu, i tylko jedna Sonia oponowała. Hitler owszem wprowadził swoją „poprawkę” do Metody, która Metodę zawęziła aż do stanu, w której jest ona sprzeczna wewnętrznie, ale nie przestaje przez to być leninowska w istocie.

    Dziwią mnie Twoje słowa o „Leninie w sercu”. Czy nie widzisz sprzeczności ze swą ze wszech miar słuszną uwagą, że leniniści nie muszą sami wierzyć w ideologię? Tak. Ajatollah Chomeini był bolszewikiem. Był leninistą. Ale nie miał rzecz jasna Lenina w sercu, bo to byłoby śmieszne.

    Hitler był niezawodnie ciasnym doktrynerem, ale równie na pewno NIE pretendował do bycia bolszewikiem. Co za pomysł! Robił raczej wszystko, żeby zaciemnić swoje marksistowskie i leninowskie inspiracje, bo to w końcu wstyd. Bez wątpienia centrum tej doktryny jest identyczne z leninizmem: wąska grupa zawodowych rewolucjonistów zdobywa władzę wykorzystując sprzeczności liberalnych demokracji; poprzez agitację i propagandę manipuluje masami dla utrzymania raz zdobytej władzy; nienawiść do wszelkich form tradycyjnego społeczeństwa a także do kontrrewolucji. Wytykanie Hitlerowi, że był w istocie bolszewikiem nie byłoby bezpieczne.

    Albo Cię nie rozumiem, albo się nie zgadzam, że „walczono z hitleryzmem, bo nie wykraczał poza staromodny horyzont interesów”. Ależ wykraczał w sposób dość skrajny! Czego w tym względzie dowodzi mowa Churchilla Twoim zdaniem?

  7. 7 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Zabawne jak trudno jest czasem ustalić płaszczyznę porozumienia w najprostszych kwestiach. Weźmy taki bolszewizm. Czy można o nim powiedzieć, że jest ściśle związany z jakąś jedną, konkretną ideologią, z marksizmem na przykład? Czy do swojego istnienia potrzebuje „zantagonizowanych” „klas społecznych”, „środków produkcji”, „nadbudowy”, „kapitalistów-krwiopijców” czy choćby nawet „dyktatury proletariatu”? Jest całkiem oczywiste, że wszystkie te pojęcia, niezwykle przydatne w osiąganiu dominacji i rządu nad masami, nie są niezbędne. Co więcej, zużywają się z czasem i przechodzą do lamusa. Niezmienne pozostają tylko dwa elementy: absolutny cel i równie absolutny brak zasad. Czy może być w tym punkcie niezgoda?

    Załóżmy, że nie może; że jej nie ma. Cóż mamy? Najkrótszą z możliwych definicję bolszewizmu: absolutna władza przy użyciu wszelkich środków. Otóż upierałbym się przy twierdzeniu, że miano bolszewika przynależne jest tylko tym ropiejącym wrzodom na naturze ludzkości, które tę definicję rozumieją i nie wahają się jej realizować. Czy można to powiedzieć o Hitlerze zapatrzonym w swoją chamską ideologię? Oczywiście, że nie można. Dlaczego nie można? Ponieważ ograniczała go ideologia, której się kurczowo trzymał do końca.

    Sposób w jaki objął władzę nie wydaje mi się istotny. To zaledwie przedszkole prawdziwego bolszewizmu. Do takich właśnie przedszkolaków kierował swoje słowa Ilicz, pisząc o dziecięcej chorobie lewicowości, pisał swoim ezopowym językiem, ponieważ te jego amoralne słowa kierowane były do milionów aktywistów i sympatyków, więc siłą rzeczy nie mógł pisać otwartym tekstem. Znaczenie było jednak oczywiste: Cóż wy tej ideologii tak kurczowo trzymacie się, towarzysze? Zważcie, abyście nieopacznie nie pogrążyli naszej jedynej sprawy – bolszewizmu! Widzę w tym przedszkolu Hitlera w oślich uszach przyczepionych do głowy, stojącego w kącie, przodem do ściany.

    Czego dowodzi mowa Churchilla? Tego otóż, że w jednej dosłownie chwili porzucił cały swój głęboki antykomunizm, gdy tylko na widnokręgu pojawiła się okazja pokonania skrajnego nacjonalisty, prowincjonalnego totalisty H., który w jego, Churchilla, przekonaniu był bez porównania większym zagrożeniem niż kremlowscy bolszewicy.

  8. 8 michał

    Nieeee, wcale nie tak trudno, ale po co nam, antykomunistom, płaszczyzna porozumienia inna niż antykomunizm? Czy chcemy ustalać, porozumiewać, zasiadać do okrągłego stołu, zbierać pod sztandarem, ba, nawet rozwijać sztandar? Niezgoda może być w każdym punkcie i Panu Bogu należy za to dziękować. Zgoda będzie zgubą, jak to kiedyś z aprobatą cytował za kimś Józef Mackiewicz. Nie gódźmy się! Niby dlaczego mamy się co chwila zgadzać? W imię czego? W imię frontu jedności podziemia?

    A zatem do rzeczy. Do niezgody. Zostawmy epitety, ropiejące wrzody, chamską ideologię, ośle uszy (wiem, wiem, ja sam zacząłem!) i trzymajmy się istoty rzeczy. Nazizm wywodzi się bez reszty z lewa, z idej kolektywnych i socjalistycznych. Nazywanie hitleryzmu „ideologia prawicową” jest największym szwindlem XX wieku. Podobnie jak marksizm za punkt wyjścia przyjmuje darwinistyczny obraz świata jako walki między wrogimi siłami. O ile jednak dla marskizmu kluczowa jest kategoria klasy, i odejście od analizy klasowej jest modelem marksistowskiej apostazji, to dla Hitlera kluczem jest kategoria narodu i rasy. Leninizm jest praktyką marksizmu, Metodą zdobycia i utrzymania władzy, ale Metodę tę można zastosować bez marksizmu, czego dowiedli także bolszewicy, odchodząc po wielekroć od marksistowskiej ortodoksji. Jak sam słusznie stwierdzasz, bolszewicy nie czują sie związani żadną ideologią, ale wynika z tego przecież, że można zastosować ich Metodę wyznając inną ideologię – i tak właśnie uczynił Hitler. qed

    Mowa Churchilla nie dowodzi przecież, że Hitler NIE był bolszewikiem! Dowodzi zaledwie tego, że Hitler był bliżej, a Stalin dalej, i że to niestety miało wpływ. Ale zanim się zapędzimy, pamiętajmy, że czerwona Hiszpania była tuż pod bokiem Anglii, a nikt nie kiwnął palcem przeciw hiszpańskiej bolszewii, bo nikt nie chciał widzieć w niej zagrożenia.

  9. 9 Andrzej

    Pierwsza bolszewicka zasada brzmi przecież następująco – nie będziesz miał żadnych zasad.

    Panie Dariuszu i Panie Michale,

    Ja bym przeformułował to zdanie: pierwsza bolszewicka zasada brzmi – wszystko co służy (w danej chwili) opanowaniu świata przez bolszewizm jest słuszne i potrzebne. Jeśli coś aktualnie nie spełnia tej zasady jest odrzucane i piętnowane. Stąd taki los Trockiego, Bucharina, Kamieniewa et al. Gdyby była taka potrzeba bolszewicy mogą być nie gorszymi nacjonalistani czy rasistami niż Hitler, tyle tylko że są gotowi porzucić te metody gdy tylko przestana być użyteczne i zastosować całkiem przeciwne. Chyba można o Hitlerze powiedzieć, że był bolszewikiem skoro bolszewikami byli i są trockiści (także „heretycy” ślepo przywiązani do swojej ideologii)

  10. 10 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Nie jestem skłonny do porozumienia w kwestii niezgody jako niby sztuki dla samej sztuki, którą kultywować warto. Czasem lepiej ustalić podstawowe fakty, krzesło nazwać krzesłem, bolszewika bolszewikiem, Hitlera nazistą. I prościej, i szybciej (a czas nagli – nie pytaj tylko dlaczego), i może nawet odrobinę bliżej prawdy.

    Dzięki za słowo o nazizmie i jego marksistowskich korzeniach, tyle że dla mnie to temat całkiem niekontrowersyjny. Nie ma o co strzępić stalówki. Interesuje mnie natomiast całkiem co innego. Czy nazywanie Hitlera bolszewikiem jest wynikiem rzeczowego opisu jego drogi życiowej, czy to jedynie obelga, słowo dyktowane bardziej emocjami niż stanem faktycznym? Wspominany przez Ciebie Józef Mackiewicz nie miał wątpliwości, że lider narodowego socjalizmu nie dorastał leninistom do pięt, więc czy mógł mu poważnie i rzeczowo przypisywać miano, na które ten nie zasłużył?

    Starałem się swój punkt widzenia wyrazić w poprzednim komentarzu, nieudolnie. Spróbuję raz jeszcze. Co jest cechą najlepiej charakteryzującą prawdziwego bolszewika. Czy chęć burzenia starego porządku, zaprowadzenia marksistowskich „prawd” w sposób rewolucyjny, „dyktatura proletariatu”, nękanie burżujów etc. etc.? Oczywiście, że nie! Bolszewizm to niepohamowane dążenie do celu, brak jakichkolwiek skrupułów, doskonała elastyczność. Bez spełnienia tych warunków nie ma bolszewizmu – tak uczy sam Ilicz. Czy Hitler potrafił się zdobyć na elastyczność w kluczowych momentach prowadzonej wojny? Nie potrafił. I dlatego… żaden z niego bolszewik.

    Nie mam zamiaru udawać mądrali; twierdzić, że bolszewizm nie ma przede mną tajemnic. Wręcz przeciwnie – wiem doskonale, że im bardziej się w tę ponurą dziedzinę zagłębiam, ilość znaków zapytania nie maleje, a przyrasta. Pewne cechy tego obrzydlistwa wydają mi się jednak nie nastręczać interpretacyjnych problemów.

    Panie Andrzeju,

    Z owymi trockistami byłbym jednak ostrożny. Czy są pilnymi uczniami Ilicza, czy też nie, czy zatem na miano bolszewików istotnie zasługują, trudno doprawdy stwierdzić. Nie przeszli jak do tej pory (i oby nigdy im się to nie przytrafiło) podstawowego testu – władzy, a zatem nie mieli w pełni okazji do uelastycznienia swojego ślepego stanowiska. Hitler taką okazję miał i wedle mnie egzamin oblał.

  11. 11 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Zasada taka, że się nie ma zasad prowadzi nas do oczywistej redukcji ad absurdum, więc lepiej to zostawmy.

    Trockiści są w moim przekonaniu równie doskonałymi bolszewikami co staliniści, czy leniniści, żadnej różnicy. Nie są bardziej ani mniej przywiązani do czegokolwiek. Gdyby przez figiel historii Trocki został gensekiem (albo wygrał walkę o władzę w inny sposób), to wyrżnąłby stalinowców na równi z milionami antykomunistów. Na zachodzie byłyby grupy komunistycznych dysydentów wskazującego na wielkiego humanistę Stalina, jako niespełnioną nadzieję komunizmu.

    Hitler natomiast jest bolszewikiem niedoskonałym, bo ogranicza Metodę. Jest nadal bolszewikiem, bo tej samej metody używa. Porównanie do herezji wydaje mi się wszkaże zupełnie nietrafne. Heretyk to odstępca od zasadniczych zrębów wiary. W tym sensie więc Trocki heretykiem nie był, choć metaforcyznie tak właśnie został potraktowany przez Stalina. Hitler natomiast był prędzej heretykiem, ale w ogóle nie pretendował do tej samej „wiary”. W obu więc wypadkach „herezja”wydaje się mylącym porównaniem.

  12. 12 michał

    Darek,

    Świetnie! Nie zgadzajmy się na temat niezgody. A czy będziemy się zgadzać na temat zgody? Kultywować rzecz jasna nie należy ani jednego, ani drugiego.

    Doprawdy wiem, że marksistowskie, lewicowe, socjalistyczne korzenie nazizmu nie są dla Ciebie nowością. Nie chciałem Ci niczego wykładać, a raczej uzasadnić moje przekonanie, że Hitler był bolszewikiem. Bolszewikiem, który nie dorastał do pięt Leninowi, przez co nie przestawał być boslzewikiem.

    W moim przekonaniu o bolszewizmie stanowi Metoda. Nie dążenie do celu czy brak skrupułów, czy elastyczność. Na to jest inne, starsze określenie. I nie mam wcale na myśli makjawelizmu, bo jest to fenomen starszy od Nicolo Machiavellego. To się nazywa POLITYKA.

  13. 13 Dariusz Rohnka

    Michał,

    I tę Metodę rozumiał i stosował w praktyce Hitler? Przyznam, że ten Twój punkt widzenia bardzo mnie zainteresował. Może to jednak temat zbyt złożony jak na komentarz? Mam dziwne wrażenie, że przechodzimy do innego wymiaru, abstrakcji.

    Wróćmy może do kwestii przyziemnych, do bolszewickiej elastyczności, która – jak słusznie prawisz – POLITYKĄ była. Czy wyobrażasz sobie nazistów wprowadzających NEP (Nową Politykę Ekonomiczną) na Ukrainie albo w Polsce, tylko po to, żeby po kilku latach wrócić do rekwizycji, zawłaszczania, mordowania? Otóż tej nauki Ilicza nigdy nie pojęli, w każdym razie nigdy jej nie myśleli stosować.

  14. 14 michał

    Darek,

    Abstrakcja, od ab trahere, „wyciągać z”, czyli coś w rodzaju streszczenia, więc chyba znakomicie pasuje do komentarza! Cieszę się, że tak Cię zainteresował mój punkt widzenia, chociaż podejrzewam, że nie do końca to miałeś na myśli.

    Czy Hitler rozumiał? Pewnie nie. Ale czy Chruszczow rozumiał? Też nie. I co z tego? Czy jego niska inteligencja i brak rozumienia czyniły go mniej bolszewikiem? Beria miał na pewno wyższe zrozumienie niż Nikita, Trocki był bystrzejszy niż Stalin, ale to nie od rozumienia brała się ich władza.

    Giętkość i brak skrupułów były cechą polityków od zawsze, bolszewicy niczego nowego tu nie wnieśli. Stworzyli jednak z elementów starych jak świat Metodę. Metodę, którą na nieszczęście świata mogą wprowadzać w życie nie tylko członkowie partii komunistycznych.

    Czy Hitler byłby wprowadził NEP na Ukrainie? Nie. A potem wrócił do mordowania? Nie, ale ani jedno ani drugie nie czyni bolszewika.

    Pozwól sobie zadać pytanie: czy Chomeini był Twoim zdaniem bolszewikiem? Głęboko wierzący wyznawca teokracji – czy można go porównać do bezbożnej bolszewii? Achmadinadżad i cały dzisiejszy Iran – czy to jest bolszewicki twór?

  15. 15 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Można, oczywiście, można (kto nam wzbroni) upowszechniać epitet bolszewicki na kolejne podmioty o totalistycznych ciągotach czy postępowo-rewolucyjnych mrzonkach, tylko – dokąd to nas poprowadzi? Czy aby nie do definicji równie szerokiej i pojemnej co bolszewicka łatka faszyzmu?

    Pytam całkiem niepolemicznie. Sam chciałbym to sobie raz uporządkować. Co z „bolszewicką unią”? Czy jako zrzeszenie komisarzy jedynie pretenduje do tytułu, czy zasługuje na pełną certyfikację? Co z tytularnymi rządcami peerelu oraz pozostałych farbowanych krain? Co z amerykańskim prezydentem i jego administracją? Czy wszyscy oni nie przejawiają stosownych predylekcji, aby do tytułu aspirować?

    Chodzi w gruncie rzeczy o jedno: o zakres i funkcjonalność definicji. Stopniować, hierarchizować, może przeciwnie – zawężać, jak czynił Marian Zdziechowski, doszukując się w rzeczywistości politycznej Polski lat 20. jedynie półbolszewików?

    Trockiści kontra komuniści to dobry przykład. Prowadzili ze sobą wojnę nie tylko w Moskwie, także w Hiszpanii, na gruncie neutralnym, w ideologicznych warunkach wolnorynkowych. Jak sądzisz, która z tych grup była sprawniejsza, wydajniejsza, więcej mogła; która, w razie klęski Franco, przejęłaby władzę. Czy ich to jakoś (kogóż) nie wywyższa (względnie, rzecz jasna), nie odróżnia? A zatem czy wypada stosować pojęcia w typie: bolszewizmu pełną gębą, albo też bolszewizmu niżej pięty, czy lepiej dać sobie spokój z tego typu praktyką?

    Zasada taka, że się nie ma zasad prowadzi nas do oczywistej redukcji ad absurdum – wyjaśniasz z wielkim przekonaniem, tymczasem rzecz przedstawia się tycio mizerniej – to tylko skrót myślowy był, mniemam, zrozumiały…

  16. 16 michał

    Darek,

    W czasach prehistorycznych, tzn. przed powstaniem witryny Wydawnictwa Podziemnego, prowadziliśmy bardzo długą debatę na temat definicji komunizmu-bolszewizmu, zahaczając także o kwestie terminologiczne, tj. jaka nazwa najlepiej oddaje istotę rzeczy.

    Po wielu latach, już w Podziemiu internetowym, nazwaliśmy ten niewdzięczny proces przybijaniem kisielu do ściany, ponieważ trudno tu o konkluzję, a temat cały czas wymyka się spod kontroli.

    Przypuszczam, że obaj widzimy naturę rzeczy bardzo podobnie, obaj widzimy pokrewieństwo między Hitlerami i Leninami, i różnice, ale inaczej rozkładamy akcenty w opisie tej rzeczywistości. Ja kładę nacisk na wspólnotę elementów, a Ty na różnice, które są przecież ogromne. Mam wrażenie, że oba punkty widzenia są równie uprawnione.

    Co do Hiszpanii, to łatwo zapomina się, że nie Franco był u władzy, ale bolszewia. Stalinowska frakcja dominowała o ile pamiętam rząd madrycki, a trockistowska barceloński sowiet. Sytuacja była więc bardzo podobna do sytuacji we wczesnych latach sowietów: na razie i jedni i drudzy mordowali antykomunistów, a gdyby pokonali kontrrewolucję w postaci Franco, to zaczęli mordować się wzajem. Czy rzeczywiście sądzisz, że trockiści byli mniej sprawni, mniej wydajni, mniej mogli? Bo ja wątpię.

  17. 17 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Zatem pełna zgoda – w całości podzielam, coś napisał. Na szczęście pozostała nam jeszcze Hiszpania.

    Jeśli chodzi o komunistów i trockistów w Hiszpanii, nie tyle sądzę, co opieram się na relacji Orwella, który przyglądał się z dużą wnikliwością wszystkim trzem stronom, sam deklarując w tym czasie poglądy anarchistyczne. Rzecz dotyczyła Katalonii, a więc regionu zdominowanego przez trockistów, jak słusznie piszesz. Orwell podkreśla wiele razy, że komuniści wykazywali się o wiele większą sprawnością i dyscypliną niż trockiści, z dużą sprawnością realizując kolejne etapy, których celem, jak zwykle, jest absolutna dominacja kogo bądź, przeciwnika, czy czasowego sojusznika, bez znaczenia. To właśnie obserwacja komunistów w walce z własnymi sojusznikami, trockistami, pozwoliła Orwellowi na zrozumienie czym jest komunizm-bolszewizm, na Folwark i 1984. Co może ciekawe, w kontekście tekstu o działalności Churchilla w czasie wojny, Orwell przez chwilę nawet nie miał wątpliwości kim jest Stalin, jakie niebezpieczeństwo przedstawia, czym skończy się polityczny faryzeizm Brytanii i Ameryki.

    Na pewno to zbyt łatwe, opierać sąd na relacji jednego człowieka, w dodatku skrajnego lewaka, jakim był wówczas George Orwell, mam jednak jakieś dziwne przekonanie, że się nie mylił.

  18. 18 michał

    Mnie się nie podoba orwellowskie rozróżnienie między „komunistami” i „trockistami”. Trocki był bolszewikiem i trockiści też. Sprawność i dyscyplina stalinowskiej frakcji nie czyniła ich lepszymi bolszewikami. Trocki był „leninistą” zanim jeszcze przystąpił do leninowskiej partii. Już podczas pierwszego spotkania Lenin zgodził się ze swoim młodym gościem na temat konieczności terroru – był rok 1902. Trocki stanął wprawdzie po stronie Martowa przy rozłamie z Leninem, ale technicznie nie należał do mienszewików. To on – a nie Lenin! – stworzył podwaliny programu bolszewików w trzech punktach: fizyczna likwidacja klasy posiadaczy (nazywał ją początkowo klasą oficerską), stworzenie biurokracji państwowej z dyktaturą proletariatu w formie dyktatury elity partyjnej, oraz permanentna rewolucja. To były trzy punkty sprzed rewolucji 1905 roku, a wprowadzone w życie przez Lenina i Stalina.

    Więc jakże to? Trocki to nie bolszewik??

  19. 19 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Trocki był przede wszystkim trockistą, figurą nieustająco zapatrzoną w ideologię, którą sam stworzył (pod tym względem przypominał odrobinę Hitlera, choć to całkiem inna klasa). Oczywiście, przyjmując szeroką definicję bolszewizm, był nim, bolszewikiem; w ścisłym jednak znaczeniu był nie tyle bolszewikiem, co jego paradoksalnym odwróceniem. Lenin nauczał, że dopuszczalna jest każdy chwyt, każda wolta, dowolna zmiana ideologii, choćby przejście na kapitalizm (NEP), żeby osiągnąć ostateczny cel – absolutną władzę. Trocki zgadzał się na dowolne chwyty (był pod tym względem o wiele bardziej bezwzględny od Lenina czy Stalina), nigdy jednak nie myślał o porzuceniu trockizmu. Z tego tytułu, mimo że przez całe życie starał się tę kwestię kamuflować – pozostał „ideowym” przeciwnikiem Lenina i jego bolszewizmu. Inna sprawa, że strach nawet pomyśleć, co stałoby się ze światem, gdyby nie Stalin ze swoim szatańskim pragmatyzmem, a Trocki przejął władzę w sowietach.

  20. 20 michał

    Nie, tego nie potwierdzają fakty. Trocki był „trockistą” co najwyżej w takim sensie, w jakim Hitler był „faszystą”, a Stalin „stalinistą”. Trocki był pod wieloma względami pre-leninistą, był bolszewikiem przed bolszewikami. Jego praktyczna giętkość była właśnie lekcją dla Lenina, zarówno podczas rewolucji 1905 roku, kiedy młodziutki Trocki prowadził petersburski sowiet. Żadna ideologia nie była wiążąca dla Trockiego, gdy Lenin przez długi czas czuł się związany, ale nauczył sie prędko.

    Twierdzenie, że Trocki nie porzucił trockizmu nie da się utrzymać. Porzucał go wielokrotnie. „Trockizm” został sformułowany w dyskusjach i kłótniach między Trockim i jego amerykańskimi (głównie) uczniami. Ale mówimy tu o późnych latach 30., na krótko przed śmiercią. W praktyce Trocki był czystym, leninowskim bolszewikiem.

  21. 21 Dariusz Rohnka

    Wybacz, ale co to ma wspólnego z faktami? Trocki leninistą? Mamy chyba rozbieżne źródła informacji. Był nim może przez rok czy dwa. Od 1903 rok (Trocki miał raptem 24 lata) do lutego 1917 nie było między nimi porozumienia, a wręcz mniej lub bardziej otwarta walka, poparta dosadnymi epitetami z obu stron. Lenin zwalczał „permanentną rewolucję” Trockiego, Trocki ostro krytykował dyktatorskie zapędy Lenina, „demokratyczny centralizm”, nazywając twórcę bolszewizmu Maksymilianem. Jak na prebolszewika do partii bolszewickiej zapisał się stosunkowo późno… z 13-letnim poślizgiem, bo we wrześniu 1917 roku, nie porzucając zresztą swojej osobistej ideologii. Trocki był przeciwnikiem Lenina w dwóch kluczowych dla przetrwania bolszewizmu punktach: w sprawie pokoju brzeskiego oraz NEP-u, oznaczającego wedle niego odejście od rewolucyjnych zasad. Jaki tam z niego leninowiec…

  22. 22 michał

    Wybaczam. Ale masz rację, spójrzmy na źródła. Moim źródłem jest książka Roberta Service’a pt. Trotsky, a Twoim kto? Deutscher?

    Jak już mówiłem, Trocki był pre-bolszewikiem. Kiedy Lenin wahał się i kłócił z najbliższymi, to Trocki sformułował program, który z czasem stał się programem i praktyką Lenina. Np. twierdzenie, że w Rosji dyktatura proletariatu musi przybrać formę dyktatury elity partyjnej, bo ludowi ufać nie wolno. To prawda, że Trocki stał na uboczu, nie należał. Wykładał swój punkt widzenia i oczekiwał, że wszyscy dostrzegą jego słuszność. To niezaprzeczalny fakt, że nie był klasycznym partyjnikiem. Lenin przyjął z czasem większość punktów jego programu, podobnie zresztą Stalin przejął program Trockiego po wyeliminowaniu jego wpływu z partii.

    Kiedy był liderem petersburskiego sowietu w 1905 roku, wyrobił sobie praktyczny pogląd na swój teoretyczny pomysł „permanentnej rewolucji”. Klasy posiadające, biurokracja państwowa i klasa oficerska będzie musiała być zlikwidowana fizycznie. Jedynym celem jest dyktatura rewolucyjnej elity, centralizacja jest koniecznością. Ostrzegał przed „fetyszyzmem legalnych metod”, wskazywał na nieodzowność terroru. W kilku paragrafach sformułował strategię, która zwyciężyła w 1917 roku. Leninowi zajęło jakiś czas, żeby dotrzeć do pozycji Trockiego. Czy naprawdę twierdzisz, że nie był bolszewikiem?

    U jakobinów chwalił fanatyzm i gilotynę („będziemy mieli gilotynę w każdym mieście”…). W komunie paryskiej widział wzór przewrotu dla zdobycia władzy. Komuna została zgnieciona, bo wystąpiła przeciw silnej burżuazji, a w Rosji nie ma burżujów, więc przewrót musi się powieść. Pisał to przed 1910 rokiem. I Ty twierdzisz, że nie był leninistą?

    Od czasu dwóch wojen bałkańskich wszyscy uważali go za pacyfistę, bo występował przeciw wojnie, ale nie dostrzegli, że już w 1913 roku sformułował leninowską definicję pokoju: pokój jest możliwy tylko wówczas, gdy socjalizm zapanuje na całym świecie, a dla sprawy socjalizmu wolno i należy toczyć wojnę.

    Kiedy wreszcie spotkali się w Rosji, Lenin przyznał, że trzeba porzucić stary bolszewizm, a Trocki nie domagał się przeprosin za nazywanie go wariatem. Obaj rzucili się w wir rewolucyjnej polityki. Service pokazuje znakomicie, że obaj byli odlegli od ideału – w ich własnym mniemaniu! – „naukowego rewolucjonisty”. Obaj byli przede wszystkim nadzwyczajnymi oportunistami; obaj święcie wierzyli w nieuchronność rewolucji i byli gotowi eksperymentować w celu jej przeprowadzenia. Rosja w roku 1917 była idealnym tłem dla eksperymentów. „Mówię wam, głowy muszą spaść,” mówił w przemówieniu do marynarzy w Kronsztadzie, których bunt krwawo stłumi już za cztery lata, „krew się poleje. Siłą francuskiej rewolucji była maszyna, która skracała wrogów ludu o głowę.” Trocki podkreślał, że demagogia jest nie tylko dopuszczalna, ale wręcz konieczna dla zwycięstwa rewolucji. Był gotów powiedzieć cokolwiek, by tylko przechylić szalę zwycięstwa na korzyść rewolucji. Gdy Lenin pozostał „dzikim człowiekiem rewolucji”, Trocki był obliczem rozsądku. Kłamał wobec robotników, łgał w oczy mienszewikom i eserom. Zapewniał ich, że wszystkie frakcje i partie lewicy będą mogły pracować w duchu wolności i prezydium sowietów nie zdławi żadnej mniejszości. Mówił to z całą świadomością konsekwencji nadchodzącego puczu. Starzy bolszewicy nie mieli do niego zaufania, bo nie był jednym z nich, ale Lenin dostrzegł jego talent i bez wahania powierzył mu najważniejsze zadania. I Ty uważasz, że nie był leninistą? Ejże!

  23. 23 Dariusz Rohnka

    To interesujące co piszesz na podstawie książki Service`a, której – przyznam – nie znam. W wielu punktach pewnie daje całkiem nowe spojrzenie, biorąc pod uwagę kontrowersje jakie wywołała, czy jednak aby na pewno dostarcza powodów, aby ideologię tworzoną przez Trockiego nazywać leninizmem, mam wątpliwości. Temat szeroki, zbyt szeroki jak na komentarz, ale spróbujmy.

    Kwestia partyjnej dyktatury. Twierdzisz, że ów niewątpliwy fundament leninizmu wyszedł od Trockiego. Trudno się z tym zgodzić. Zasady ”centralizmu [fuj] demokratycznego” sformułował Lenin w 1903 (Co robić?). Rok później T. napisał odpowiedź w formie mało dla starszego kolegi przyjemnej, częściowo w „style dialogu sokratycznego”, nie tylko żartując sobie z pierwszego bolszewika (jak pewnie nikt wcześniej ani później żartować nie śmiał), ale wytykając mu, delikatnie mówiąc, nieoryginalność licznych pomysłów oraz brak logiki. Przede wszystkim jednak skupił się na krytyce centralizmu i dyscypliny, ulubionych koników Lenina oraz „czystych leninistów”. Być może w czasie rewolucji 1905 r. zmienił radykalnie punkt widzenia, jednak kolejne lata jego politycznej działalności zdecydowanie tego nie potwierdzają. Jak na zwolennika wewnątrzpartyjnego zamordyzmu, sprawia wrażenie odrobinę zbyt natarczywego w dyskusji, bez której nie wyobrażał sobie życia politycznego nawet w państwie bolszewickim. Czy nie w tej jego manierze, braku bolszewickiej dyscypliny, tkwi istota rzeczy?

    Piszesz, że Trocki w wielu punktach wyprzedzał Lenina i pewnie masz rację. Czy nie jest to jednak po prostu kolejny dowód odrębności tej rewolucyjnej figury? Dlaczego w kontekście oryginalnych, jak zapewniasz, poglądów Trockiego mówić o leninizmie? Po cóż sankcjonować tak oczywisty plagiat „idei”? Krwiożerczość Trockiego nie jest dyskusyjna, podobnie łatwość z jaką oszukiwał politycznych przeciwników, ale to nie dowodzi, że jego pragmatyzm, jak pragmatyzm Lenina i jego następców, nie znał granic. Tę granicę stanowiła ideologia, która zmuszała Trockiego do występowania przeciwko Leninowi w okresie negocjacji brzeskich, wobec NEP-u (wbrew stanowisku Lenina, Trocki domagał się zaostrzenia „polityki gospodarczej”); te same skłonności zdecydowały też o porażce w walce ze Stalinem, który zamiast dyskutować, działał.

  24. 24 michał

    Kontrowersje wywołała głównie wśród trockistów, ale między nami mówiąc, książka, która nie wywołuje kontrowersji jest najpewniej nieciekawa.

    Nie wiem doprawdy, dlaczego ma jakiekowliek znaczenie, czy Trocki powiedział coś przed Leninem czy po – skoro się zgadzali. Czy mamy badać kolejność wypowiedzi? Lenin przejął wiele punktów swej strategii od Trockiego. Strategię tę nazywa się dziś leninizmem – i słusznie. To co nazywa się dziś trockizmem jest wyidealizowaną ideologią mitu, mitu Trockiego jako wielkiego polityka, który przewidział Stalina itd. Nawet jednak ta wyidealizowana ideologia mitu jest ideologią bolszewicką, co na początku wydaje mi się, kwestionowałeś. Moja teza w odpowiedzi była taka, że Trocki nie był „trockistą”, ale bolszewikiem. Podtrzymuję tę tezę w całej rozciągłości, bo nie widzę żadnego powodu, żeby ją odrzucić. Co rzekłszy (jak zwykle), chętnie ją odrzucę, jeśli wskażesz mi jakiekolwiek po temu powody.

    Że wytykał Leninowi brak logiki i brak oryginalności? Miał rację! Czy to ma go czynić mniej bolszewikiem? Wedle tej logiki niedługo nazwiemy go antykomunistą, więc może już lepiej dalej nie brnąć w tego rodzaju rozumowania. Nie wiem, czy masz rację, że nikt nie śmiał żartować z Lenina. Oni się kłócili bez przerwy. Najbardziej zdumiewa, że bolszewicy osiągnęli swoje cele nie w jedności, ale w bezustannej frakcyjnej walce. Walce na udry, o każde słowo, o zasady i o drobiazgi. Nawet określenie „osiągnęli swoje cele” wydaje się nietrafne, gdy chodzi o rok 1917, bo nie mieli nawet jasności swych celów. Trocki był przeciw Leninowi, ale to on właśnie, a nie najbliżsi zaufani Lenina, pchnął naprzód sprawę puczu, gdy Lenin się ukrywał. Kamieniew, szwagier Trockiego, był bliski Leninowi, ale wystąpił przeciw przywódcy w najważniejszym momencie. Zinowiewa Lenin nazwał łamistrajkiem. Lenin żądał przewrotu każdego miesiąca od momentu powrotu do Rosji, ale większość bolszewików była przeciw i mieli rację. W październiku, to Lenin właśnie się zawahał, a Trocki, jego krytyk, ruszył sprawę naprzód. Wcześni bolszewicy byli gotowi dzielić włos na czworo i byli chętni do podchodów i frakcyjnych waśni, do czasu aż im Stalin sprawił krwawą łaźń, ale to bezhołowie i przypadkowość w miesiącach poprzedzających przewrót, a potem chaos samego puczu, zaiste zdumiały mnie.

    Czy jest w tym jakaś nauka? Nie wolno moim zdaniem naśladować bolszewików. Nigdy! Jeśli bolszewizm jest Metodą, to nie wolno brać wzoru z ich metod, bo wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nawet najlepszy z ludzi, z najczystszymi intencjami, stać się może wówczas bolszewikiem. Ale jest w tej historii wskazówka, że jedność nie jest wcale tak ważna w politycznych rozgrywkach, a rozważanie, ścieranie się racji, daje właśnie taktyczną giętkość. Gdyby Lenin zamknął usta swoim Kamieniewym i Trockim, a jedynie kazał trzymać się linii partyjnej, to nie mógłby w zmienionej sytuacji dostrzec słuszności ich argumentacji. Co więcej, ów chaos bezustannej debaty pozwolił zmieniać stanowisko w miarę łatwo, gdy w sytuacji istnienia jedynie słusznej linii, taktyczna zmiana jest prawie niemożliwa.

    A zatem: zgoda jest zgubą. Jedność jest przereklamowana. Kłóćmy się!

  25. 25 michał

    PS. Nie masz też racji co do Nepu, ale teraz nie mogę, bo mi granat urwał nogę.

  26. 26 Dariusz Rohnka

    Dobra, dobra, kłóćmy się i zbijajmy argumenty drugiej strony, ścierajmy! Napiszmy polemiczne książki. Poświęćmy na wyjaśnienie wszelkich rozbieżności jakie dziesięciolecie albo dwa. Czy inaczej można mieć absolutną pewność co do swoich racji? Bez wysłuchania wszystkich stron, bez znajomości literatury, źródeł? Na dziesięć słów opisujących Trockiego przynajmniej dziewięć i pół to fałszerstwo.

    Trocki rozpoczął współpracę z Leninem na początku politycznej drogi. Nie trwało to długo. Bardzo szybko zrozumiał, że ma do czynienia z człowiekiem, który z maniakalnym uporem usiłuje ukrócić wewnątrzpartyjną dyskusję, narzucić wszystkim swoje zdanie, nie stroniąc choćby od sylogizmów opartych na fałszywych przesłankach. W tym samym roku, w którym nastąpiło rozbicie socjaldemokracji na dwie frakcje, napisał na ten temat książkę. Nie mógł być złym, ani dobrym bolszewikiem, bo do bolszewików nie przystał. Z decyzją o wstąpieniu do partii zwlekał 13 lat. Przez wszystkie te lata teoretyzował. Ale to nie bolszewizm był przedmiotem jego zainteresowania, a samodzielnie wypracowana ideologia – Trocki nazywał ją trockizmem, choć niestety nie potrafię określić ściśle kiedy tak zaczął robić (znam zaledwie cząstkę jego tekstów, a płodny był w niemal równym stopniu co Lenin).

    Zgadzam się, że nie wolno naśladować bolszewików. Nie warto naśladować nikogo. W ten sposób nigdy nie zbuduje się własnej, oryginalnej drogi. Można za to czerpać z doświadczeń innych, także doświadczeń negatywnych. W swoim tekście przedstawiasz Churchilla, którego polityczną drogę trudno uznać (mówiąc delikatnie) za udaną. Przy okazji to jednak także doskonała nauka na przyszłość.

  27. 27 michał

    Jest mało znanym faktem, że Trocki był autorem ogromnej większości strategicznych posunięć zarówno Lenina jak Stalina, choć obaj byli początkowo przeciwni każdej nowej idei, zwłaszcza gdy pochodziła od Trockiego. Pierwszym krokiem leninowskiego Nepu była koncepcja zastąpienia brutalnych rekwizycji ziarna przez podatek w naturze i pozostawienie chłopom prawa do sprzedaży nadwyżki na wolnym rynku. Jednakże wcześniej Trocki wystąpił z pomysłem militaryzacji produkcji rolnej (której wersję później wprowadził Stalin) przy jednoczesnej liberalizacji polityki wobec kułaków. Projekt Trockiego został odrzucony z obrzydzeniem, ale z drugiej części – zachęty do sprzedaży produktów dla zysku – zrodził się Nep. Obie części są fundamentalnie, z ducha, bolszewickie. Chciałoby się powiedzieć leninowskie, gdyby nie były wysunięte przeciw Leninowi i ostro przez niego krytykowane. Oczywiście rzeczywisty Nep poszedł o wiele dalej niż oryginalny pomysł Trockiego, ale zalążek myśli pochodził od niego. Geniusz Lenina polegał na dostrzeżeniu wszystkich kosekwencji takiego kroku, i na wyciągnięciu z tego maksymalnych korzyści.

    Trocki krytykował „centralizm i dyscyplinę” kiedy znalazł się najpierw w opozycji, a potem na emigracji, ale nie kiedy był u władzy. Znowu, typowo po bolszewicku. Był architektem zdławienia buntu marynarzy w Kronsztadzie, którzy domagali się … demoratyzacji partii, krytykowali centralizm i dyscyplinę. Kiedy w czerwcu 1922 roku odbył się w Moskwie proces pokazowy eserów, Trocki domagał się, by nadać mu „charakter skończonej inscenizacji politycznej”, żądał przykładnego ukarania eserów jako odszczepieńców od bolszewizmu. Czy to nie brzmi jak próba generalna procesów trockistów?

    Fakt, że Trocki był postacia odrębną, nie czyni go wcale mniej bolszewikiem! Lenin był także „osobny”. A Dzierżyński? No i najdziwniejszy z nich wszystkich – Stalin. To nie byli aparatczycy, dlatego zresztą Stalin musiał wymordować całą starą gwardię bolszewików, a zostawić tylko tych, których mógł ulepić dla swoich celów. Żadna ideologia nie ograniczała nigdy Trockiego, dlatego właśnie był idealnym leninistą i najbliższym współpracownikiem Lenina podczas najważniejszych lat jego życia.

  28. 28 michał

    Darek,

    Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli mówiąc o „pewności własnych racji”. Osobiście rzadko bywam ich pewien. Ale trwożą mnie Twoje słowa o fałszerstwie: czy 95% Twoich słów o Trockim to fałsz? Czy może moich? Podaję moje źródła, czy zechcesz wskazać swoje? Przeraża mnie jednak ten procent, bo jeżeli podejrzewam, że 95% moich słów jest kłamstwem, to milczę. Nie wolno świadomie wypowiadać nieprawdy, bo to jest definicja kłamstwa.

    Jakie są podstawy tez wypowiedzianych przez Ciebie w drugim akapicie komentarza z 8:31?? Czy 95% tego to fałsz? Jeśli tak, to po co to powtarzać? Jeśli nie, to jaki ma sens zdanie w pierwszym akapicie?

  29. 29 Dariusz Rohnka

    Jeśli jesteś niepewny swoich racji, to w każdym razie nie sprawiasz takiego wrażenie. Sam pisałem o racjach w kontekście trudności związanych z ogarnięciem tak rozległego tematu, jak choćby działalność Trockiego, szczególnie w sytuacji, gdy zdecydowania większość piszących o nim, pisała z jakichś ściśle ideologicznych pozycji. O sobie i swoich poczynaniach pisał też sam Trocki. Dlatego w związku z każdym etapem jego życia można znaleźć rozbieżne relacje czy interpretacje, a to wywołuje konieczność zachowania szczególnej ostrożności.

    Moja uwaga na temat wiarygodności tekstów o Trockim i samego Trockiego nie ma żadnego związku z naszymi, tu, o nim komentarzami, tak przynajmniej myślę. Może jestem w błędzie, skoro dopuszczasz myśl, że 95% tego co powiedziałem to może być fałsz.

    Osobiście staram się weryfikować pierwotne źródło informacji, sprawdzać czy człowiek zrobił lub powiedział to, co mu kto inny przypisuje. Nie zawsze jest to łatwe, szczególnie w przypadku komentarzy pisanych „na gorąco”, ale staram się tak czynić. Czy dajmy na to pisał Trocki o Leninie w 1904 to, co mu kto inny po 30 latach przypisuje, czy wcale tak nie było? Czy opowiadał marynarzom o konieczności ścinania głów w 1917 roku czy wcale tego nie robił? Pewnie i mówił (biorąc pod uwagę naszą o nim wiedzę), ale rzecz wypadałoby sprawdzić, choćby dlatego, że została przytoczona w oparciu o jedno tylko źródło, kwestionowane w recenzjach. Recenzje bywają nierzetelne, rzecz oczywista, ale i to trzeba poddać weryfikacji, nie sądzisz? Dlatego pozwoliłem sobie napisać o trudności z wyrabianiem jasnego poglądu na tę czy inne sprawy.

    Weźmy jako przedmiot kontrowersji NEP i odpowiednie do niej propozycje Trockiego. Nic mi nie wiadomo jakoby Trocki chciał liberalizacji polityki wobec „kułaków”. Do tej pory sądziłem, że było dokładnie odwrotnie; że nieustannie domagał się zaostrzenia polityki rekwizycji i militaryzacji, pozostając w ten sposób w drastycznym sporze z Leninem. Jeszcze za życia Lenina bodaj żądał natychmiastowej, bezwzględnej kolektywizacji, co ze sporym poślizgiem, już po usunięciu rywala, przeprowadził Stalin. Czy nie tak było?

    Pytasz o źródła do drugiego akapitu z 8:31? Podstawą jest tekst Trockiego, dostępny w sieci, „Our Political Tasks” (niestety, w tłumaczeniu na ang.).

  30. 30 michał

    W lutym 1920 roku Trocki podróżował w okolicach Uralu w swym uzbrojonym po zęby pociągu pancernym sownarkoma. Nadzorował rekwizycje i notował, że zmiany w praktyce politycznej są koniecznością. 10 marca przekazał raport na tematy gospodarcze do jaczejki partyjnej w Jekaterynburgu. Stwierdzał, że rekwizycje nie mogą przeciwdziałać głodowi, skoro nie ma czego rekwirować. Kolektywizacja była wyjściem, ale zanim skolektywizuje się rolnictow, trzeba postawić je na nogi i wyżywić miasta, tj. powstrzymać exodus wygłodzonego proletariatu z fabryk. Jedyne wyjście widział Trocki w wynagrodzeniu chłopów za produkcję. Bolszewicy próbowali dotąd apelować do biedniaków, żeby odbierali ziemię obszarnikom i bogatym chłopom. Trocki proponował wynagrodzenie najlepszych gospodarstw (nie użył słowa „kułak”) przez danie im wyłącznego dostępu do narzędzi. Ale skąd wziąć narzędzia, skoro produkcja w Rosji spadła o katastrofalne 80%? Proponował wprowadzenie armii pracy, zbudowanej na wzór armii czerwonej, z ostrą, wojskową dyscypliną i pod nadzorem politruków, której jednostki rzucane byłyby gdziekolwiek były potrzebne: do kopalń, do żniw, do fabryk. Domagał się „socjalistycznej konkurencji” dla „zwiększenia dynamiki sowieckiej gospodarki”. [źródło: RGASPI f. 325]

    Centralkomitet partii odrzucił jego propozycje z obrzydzeniem. Lenin nazwał go utopistą i adwokatem wolnego handlu. Koncesje na rzecz prywatnych zysków członkowie ck uważali za „reakcyjne”. Użycie kułaków jako motoru wyjścia z kłopotów było dla nich anatemą. Żaden z członków przywództwa partii nie poparł Trockiego, a on nie bronił swej pozycji. Lenin nie godził się nawet na armie pracy, ale pomysł został przeforsowany przy poparciu Stalina.

    25 lutego 1921 Trocki wyraził w liście zdziwienie, że Lenin, który argumentował właśnie za wprowadzeniem Nepu, zaledwie rok wcześniej nazwał go utopistą i zwolennikiem lessez-fairyzmu, gdy jego propozycje nie szły równie daleko. [źródło: RGVA f. 33987]

    Skróty: RGASPI – Rossyjskij archiw socjalno-politiczeskoj istorii, Moskwa
    RGVA – Rossyjskij gosudarstwiennyj wojennyj archiw, Moskwa

    Podaję za: Robert Service, Trotsky, London 2009

  31. 31 Dariusz Rohnka

    To istotnie bardzo interesujące. Co prawda, nie sposób na podstawie tych dokumentów uznać Trockiego za zwolennika NEP-u, masz jednak rację, że i on mógł skłaniać się ku polityce taktycznych ustępstw, choć wedle charakterystycznej dla siebie, militarystycznej maniery… Z tekstu jasno nie wynika czy chłopi odnieśliby jakąkolwiek realną korzyść, gdyby taka polityka została wprowadzona, czy po prostu byliby niewolnikami wyposażonymi w lepsze narzędzia pracy – czy Service cytuje list in extenso? Może mógłbyś go przytoczyć?

    Pozostaje jeszcze kwestia źródeł. W przypadku tak szczególnym jak Trocki i jego działalność nigdy nie można mieć pewności czy mamy do czynienia z autentycznym dokumentem czy fałszywym. Nawet w przypadku książki, z której sam korzystałem przy którymś z poprzednich komentarzy, chętnie obejrzałbym pierwodruk, a nawet starałbym się zweryfikować jego autentyczność. Cóż dopiero mówić o moskiewskich archiwach i przechowywanych tam dokumentach – Stalin mógł być osobiście przecież zainteresowany ich fałszowaniem itd. itd. Temat niemożliwy pewnie do wyczerpania.

  32. 32 michał

    I mnie się to wydaje interesujące. Jego propozycja wskazuje na klasycznie bolszewicką giętkość, gotowość do porzucenia wszelkich ideologicznych dogmatów. Jest to postawa, którą zwykło się nazywać leninowską. Tymczasem mit, który próbował zbudować wokół siebie – i który podtrzymuje tzw. trockizm – sugerował coś odwrotnego; to one jeden zawsze mówił to samo i zawsze trzymał się swoich zasad; on jeden był konsekwentny. Z mojego punktu widzenia, był owszem konsekwentny – był konsekwentnym leninistą.

    Propozycja nie miała na celu korzyści dla chłopów, ale Nep także nie miał na celu wzbogacenia Nepmenów. Powodzenie nepmenów było ceną, którą trzeba było zapłacić. Trocki był tu znowu klasycznym leninistą.

    Service nie przytacza całości raportu, ale też książka ma 600 stron drobnym drukiem.

    Znasz moje stanowisko w kwestii sowieckich źródeł, którym nigdy nie wolno ufać. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z raportem, który był oficjalnie dyskutowany podczas posiedzenia ck, więc jest to chyba wystarczająca koroboracja. Mało tego, Trocki nie przyznawał się do tego, bo było mu później nie na rękę, że sam proponował coś jakby pra-Nep.

  33. 33 Dariusz Rohnka

    To wszystko szalenie interesujące, jeśli się zagłębić. Trudno też czasem dociec jak było naprawdę. Musiał być w tym czasie bardzo emocjonalnie rozchwiany, bo – jak czytam teraz (Simon Pirani, The Russian Revolution in Retreat 1920-24, s. 51) – wkrótce po odrzuceniu memoriału w sprawie złagodzenia polityki wobec chłopów, Trocki powrócił do propagowania skrajnych metod przymusowych. Miał jakoby (wraz z Bucharinem) publikować prace teoretyczne na ten temat w połowie 1920 roku.

    Z innej strony, jeśli nawet ukrywał swoje „liberalne” predylekcje z 1920 roku, nie robił tego konsekwentnie. W autobiografii wydanej w 1930 pisze obszernie na temat tych swoich propozycji z lutego 1920 roku (nie ma chyba sensu tego cytować). Wygląda na to, że zagubił się zupełnie. Jesienią 1920 roku wszczął kłótnię z samym Leninem (na tle roli tzw. związków zawodowych), skończyło się wielką awanturą i oficjalnym potępieniem wszystkich frakcjonistów w 1921 roku. Może zatem w największym stopniu kierowało Trockim rozbujane ponad miarę ego, nie zaś ideologie?

  34. 34 michał

    Raczej nie zgodziłbym się, jeśli chodzi o „emocjonalne rozchwianie”. Zwróć uwagę, że to była dla niego jedna idea: skrajny przymus „armii pracy” (nb. mało znany fenomen, który istniał w sowietach do roku chyba 1958, tzw. trudowaja powinnost czyli brutalna konskrypcja do armii pracy, bez wyroku, bez odwołania, jak do łagru, ale nie w łagrze), a z drugiej strony dać tym chłopom, co lepiej prodkują coś w zamian za ich płody rolne.

    Paradoks Trockiego polega na tym, że był najbardziej leninowskim z bolszewików, i za to go nie znosili ci wszyscy ulubieńcy Lenina. To on zarzucał Leninowi rozbijactwo i miał rację i działalność frakcyjną. Lenin nauczył się od niego poddania taktyki strategicznemu myśleniu.

    Swoją drogą, to fascynujące postacie. Kanalie, bydlęta i zbrodniarze, ale niezwykli ludzie.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja