Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Dariusz Rohnka


Na 4 czerwca

Fraszka, a raczej… podróż w czasie i przestrzeni.

Jest dawno temu. Rok mniej więcej 1189 przed Chrystusem, wybrzeże Azji Mniejszej. Nazajutrz po długotrwałych a wyczerpujących zmaganiach dwóch wrogich światów, Odyseusz, jeden z najsłynniejszych wojowników starożytności, wyskakuje z drewnianego daru, ówczesnego cudu techniki i politycznego savoir-vivre‚u. Jego celem zapobieżenie dalszym niemądrym waśniom? Ochrona mieszkańców starożytnej siedziby przed natręctwami niesfornych Achajów? Powszechna i wszechobecna, po kres świata, zgoda? Nawet gdyby Ulisses nie był prostolinijnym żołnierzem, a włodarze miasta naszkicowani piórem raczej Kochanowskiego, niż Homera, żaden z Trojańczyków nie dałby się skusić podobnym absurdom. Czy dlatego, że nie zaznali życia pod achajskim niebem, nie kosztowali ich cierpkiego wina, nie poznali ich prawd? Zapewne każdy z tych powodów mógł mieć swoje znaczenie. Najważniejsze jednak było jedno – w świecie, w którym żyli, słowo, niezależnie od używanego języka, znaczyło zawsze to samo.

Po trzech tysiącach lat ta stara i cnotliwa zasada odeszła do lamusa. Słowo zatraciło swój epicki wymiar, stało się użytkowe. Dzięki temu właśnie, w maju 1989 roku mogło dość do pierwszego od 1959 roku „spotkania na szczycie” przedstawicieli zbrodniczych imperiów: związku sowieckiego i komunistycznych Chin, Denga i Gorbaczowa; a owocem tego spotkania przerwanie trzydziestoletnich, choć istniejących wyłącznie w wymiarze propagandy, sporów. Czy właśnie wtedy ustalono szczegóły czerwcowego spektaklu, kija i marchewki, czołgów rozjeżdżających ludzi i trzydziestoprocentowej „wolności”, „strategii nożyc” jako przeciwwagi dla „jednej zaciśniętej pięści”, tego dociec nie potrafimy. Wątpiącym w koincydencje, jedno wyda się możliwe: krew przelana na placu Tiananmen miała dopomóc w bezwarunkowej akceptacji bolszewickiej fikcji 4 czerwca 1989; fikcji, w którą nie uwierzyłby najmniej rozgarnięty Trojańczyk trzy tysiąclecia wcześniej, a którą bez problemu przełknął świat ogarnięty tchnieniem bolszewizmu.

Żaden geniusz pióra, Homer czy Wergiliusz, nie zdołałby zawładnąć głębią tej ironii. Ironii wstydliwej, bolesnej i konsekwentnej. Tej samej, która bawi się ludzkim rozumem dwadzieścia pięć lat później, gdy rzekomo imperialna „Rosja” zagarnia niby jakiś tam skrawek swojskiej sowieckiej ziemi. Ale świat nie przeciera oczu ze zdumienia; nie odrzuca fałszywych kości; nie odkrywa fikcji, oczywistej jak drewniany koń Achajów.

Timeo Danaos et dona ferentes

Nic nie dzieje się samo z siebie, zatem i triumf pierestrojkowej fikcji musi mieć swoje przyczyny. Może i tysiące przyczyn pomniejszych, a może jedną zasadniczą? Oczywiście, w pierwszej chwili przychodzi na myśl jedno – podstęp, podstęp albo prowokacja. O pierestrojkowym podstępie pisał Anatolij Golicyn, tytułując tak mniej znaną ze swoich książek. Wykład bolszewickiej prowokacji zapisał Józef Mackiewicz. Nie tylko waga tych autorytetów nakłania do przytaknięcia. Od fałszywej liberalizacji z przełomu lat 50. i 60., poprzez rzekomy rozłam sowiecko-chiński, aż po spektakularną projekcję słabości lat 80., pierestrojka została przygotowana i przeprowadzona z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów. A jednak, gdy zapisuje się po raz kolejny słowo „podstęp”, trudno zaprzeczyć przekonaniu, że nie jest to żaden bolszewicki wynalazek. Podobnie achajski koń jest tylko jednym z wielu tego typu epizodów w historii. To co wyróżnia pierestrojkę to jej totalna niewiarygodność.

Sławna przestroga nie uchroniła Troi przed smutnym końcem; jej mieszkańcy padli ofiarą fortelu. A jednak ich naiwna decyzja ma usprawiedliwienia. Bo cóż dziwnego w tym, że po 10 latach bezowocnych starań znużeni greccy wojownicy postanowili odstąpić od oblężenia i wrócić, jak Odyseusz, do swoich domów i rodzin? Można mieszkańcom Troi stawiać zarzut niefrasobliwości, można ich też zrozumieć. Podobny wybór nie istnieje w przypadku ludzi deklarujących wiarę w pierestrojkę.

Kapitulacja, nawet bezwarunkowa, jest rzeczą zwykłą, nie tylko na wojnie. Pokonany wróg odchodzi albo pada ofiarą obrońców. Czy jednak zdarzyło się kiedykolwiek w historii, że wróg rezygnował z własnej i nieprzymuszonej woli, w dodatku w sytuacji, gdy po przeciwnej stronie nie stał żaden przeciwnik? Z frasobliwą ironią można powiedzieć, że owszem, że to dokładnie stało się 4 czerwca 1989 roku, tyle że podobny wniosek nie ma nic wspólnego z prawdą. Wbrew uporczywie sianej propagandzie, „reżim” nie ugiął się pod naporem okoliczności. Ówczesny peerel nie rósł w siłę, ludziom nie żyło się dostatnio, ale też nikt nie planował z tego powodu rozdzierać szat. Nieprawdą jest też jakoby system znajdował się w stanie agonalnym, jakoby zagrażało mu bankructwo. Jeśli nawet sytuacja ekonomiczna tworu zwanego peerelem nie była kwitnąca, należy wziąć pod uwagę dwa przynajmniej czynniki: mizerna sytuacja ekonomiczna podległej ludności nigdy nie spędzała snu z bolszewickich powiek; nowe pomysły gospodarcze związane z częściowym uruchomieniem „inicjatywy prywatnej” mogły (i rozwiązałyby – vide dzisiejsze komunistyczne Chiny) każdy potencjalny problem. Skoro już zdecydowano się na zmianę komunistycznego anturażu, stało się tak na wyraźne polecenie bolszewickiej Moskwy. Dlaczego więc tak łatwo uwierzono w niemożliwe?

Pośród wielu odpowiedzi na czoło wybija się jedna, pesymistyczna. Człowiek to natura wygodna, nieskora do nadmiernego wysiłku, żądna dobrobytu. Poza tym, a wbrew Wergiliańskiej maksymie, czyż darowanemu koniowi zagląda się w zęby, nawet zwierzęciu o komunistycznym rodowodzie? Taki koń może ugryźć i nigdy przecież nie zechce nosić munsztuku. – Takie myślenie nazywa się realistycznym, choć to tylko nie-całkiem-pobożne życzenie.

Bywają sytuacje nie dające z pozoru wyboru. Czy zresztą ten wolny wybór w takiej dobrej cenie? To gorzka prawda, że często sięgają po niego ludzie, których niechętnie chciałoby się widzieć w gronie bliźnich. Refleksja Mariana Zdziechowskiego na temat młodszego Cziczerina, którą całkiem niedawno umieściliśmy na witrynie, nasuwa najgorsze myśli – nie zawsze natura, nawet szczera i przejęta, radzi sobie dobrze z nadmiarem wolności. Nie zawsze wola skłania się ku dobru. Niekiedy dobre z pozoru intencje czynią z życia piekło. To może prowadzić do chwiejnej konstatacji – czy aby nie lepiej, że obywatele tego kraju wybrali dla siebie byt wolny złożony ledwie z trzydziestu procentów?

Wielki Inkwizytor” Iwana Karamazowa to dzieło ambiwalentne. Pisane raczej z poduszczenia szatana, bardzo mgliste. Inkwizytor przedstawia się jako krwawy obrońca ludzkości przed niebezpiecznymi mrzonkami Zbawiciela, pragnącego wyzwolić w człowieku jego wolną wolą. Głos Inkwizytora jest głosem pesymizmu – grzeszna natura ludzka nigdy nie sprosta wyzwaniu, niewola jest dla niej jedynym ratunkiem. Inkwizytor nie ma złudzeń, nie waha się, choć zdaje sobie sprawę, że w ten sposób przekreśla nie tylko swoją wiarę. Dobro niedoskonałej ludzkości jest w jego pojęciu dobrem najwyższym, czy nie ma racji? Na to pytanie nigdy nie dostaniemy gotowej odpowiedzi. Młodszy Cziczerin i jego towarzysze, którzy niechybnie czytali „Braci Karamazow”, wzięli rozwiązanie zagadki w swoje ręce. Uczynili dzieło Dostojewskiego bardziej wiekopomnym, niż kiedykolwiek mógł sam zamarzyć. Ale nie to powinno nas teraz trapić.

Co za zgubny szał, obywatele!

Tak wiele wieków temu wykrzyknął Laokoon, mąż „zapalony”. Te czasy dawno przeminęło. Dziś żaden krzyk obywatelski nie zagrzmi w strachliwej ciszy. Wielki Inkwizytor nie wzbudza już rozterek wśród natchnionych poszukiwaczy prawdy, dopiął celu. Choć zewsząd słyszy się coś całkiem przeciwnego, wolna wola została uwięziona na dobre. Człowiek został uwolniony od ciężaru wyboru; ironia leży w tym, że myśli całkiem inaczej. Trojańczycy, choć doznali strasznej klęski, zdołali przejrzeć na oczy, wyrwać się z kleszczy podstępu; legenda głosi, że zbudowali wielkie imperium. Spadkobiercom 4 czerwca, którzy za moment z wielkim gwarem będą obchodzić swoją rocznicę, nic podobnego nie grozi. Nie ma sposobu, aby ktokolwiek uchronił ich od złego losu. Nie są przecież nawet obywatelami, choć nie byliby skorzy w takie dictum uwierzyć.

Dziś Laokoon nie wzbudziłby sprzeciwu, a jedynie uśmiech.



Prześlij znajomemu

10 Komentarz(e/y) do “Na 4 czerwca”

  1. 1 Orzeł

    Panie Darku,

    Pyta Pan, jak to możliwe, że wiara w upadek komunizmu jest tak powszechna. To mógłby być temat fascynujących rozważań naukowych z wielu dziedzin, gdyby tylko ktokolwiek odważył się potraktować serio takie pytanie.

    Fakt, że oficjalna wersja została przyjęta bez mrugnięcia okiem przez tak zwane „masy” nie jest jeszcze jakąś wielką zagadką. „Masy” zawsze wierzą w to, co im się zaserwuje, byle tylko forma była odpowiednio atrakcyjna. Ale co spowodowało, że tę mistyfikację przyjęli równie gładko ludzie z profesorskimi tytułami, o to jest dopiero fascynująca kwestia. Przecież nie wszyscy byli agentami wpływu… mam nadzieję…

    Czy zatem jest to epidemia stadnego myślenia, bo w kupie raźniej, czy może efekt medialnej inżynierii społecznej? Krótko mówiąc, czy ten obłęd zaczyna się od dołu, od jednostki, która sama chce przystosować swoje poglądy do mainstreamu, czy to raczej medialna prasa zgniata i formatyzuje poglądy w skali przemysłowej? Może jedno nie wyklucz drugiego.

    Czy kiedyś znajdzie się jakiś odważny socjolog, albo historyk, który podejmie się tego tematu?

  2. 2 michał

    „No… A jakże inaczej?… „

  3. 3 Dariusz Rohnka

    Dziwnym jakimś trafem Panie Orle (myślę, że też Pan to zauważył) poruszamy w naszych rozmowach nieodmiennie kwestie na oko nierozwiązywalne. Pewnie i tym razem tradycji stanie się zadość. Oczywiście, nie ma jednej odpowiedzi, a już na pewno nie jest prosta i łatwa do sformułowaniu w krótkim, z konieczności, komentarzu.

    Zanim, być może, podejmiemy temat główny, chciałbym się przez moment skupić na dwóch motywach Pana wypowiedzi: na masie i na profesorze. Nie wiem co prawda jakich „profesorów” dokładnie miał Pan na myśli, zakładam jednak, że tutejszych. Domyślam się także (proszę mnie absolutnie skorygować, jeśli trafiam teraz kulą w płot), że owa masa i owi profesorowie to zbiorowości, w Pana rozumieniu, przeciwstawne, tzn. masa jest bezmyślna, profesorowie od myślenia nie stroniący. Cóż, trudno się takiej tezie skutecznie przeciwstawić, czy jednak nie jest to pogląd ugruntowany na bazie najbardziej potocznych wyobrażeń?

    Z masą, z jej szczególnymi walorami, kojarzymy liczbę, dużą. Bez tej liczby masa jest tylko zbiorem indywidualnych osobników i, być może, w takim swoim indywidualnym rachunku nawet nieco zyskuje na wizerunku. Każdy człowiek wyodrębniony z tłumu może być, i pewnie czasem bywa, nawet i ciekawy, nawet i zdradzający umiejętność samodzielnego kojarzenia. W przypadku „profesorów” zachodzi bodaj analogiczne zjawisko. W pojedynkę mogą być interesujący, w grupie (w masie) niekoniecznie; tracą przypisywane im zwykle cechy. W ich przypadku warto też pamiętać o dwóch okolicznościach: o tym, od kogo otrzymali „papiery” na swoją działalność; także i o tym, że po feralnej dacie bardzo zmieniła się koniunktura na kontestację dookolnej rzeczywistości; tzn. nie jest już mile widziana, i raczej też – nie spotykana. Kontestacja w ogóle przestała być modna.

  4. 4 Andrzej

    Ale co spowodowało, że tę mistyfikację przyjęli równie gładko ludzie z profesorskimi tytułami, o to jest dopiero fascynująca kwestia.

    Myślę, że to jest bez znaczenia czy byli to profesorowie czy też ludzie niewykształceni. Każdy miał rozum i mógł z niego skorzystać. Prosty chłop miał nawet więcej zdrowego rozsądku niż inni. Każdy poznał komunizm, każdego bolszewicy dopadli.

  5. 5 Orzeł

    Panowie,

    Oczywiście i „chłop” i „profesor” występując w pojedynkę wykazują się większą niezależnością w myśleniu, a będąc częścią dużej zbiorowości tracą własne zdanie na rzecz jakiejś idei narzuconej odgórnie. Wydaje mi się jednak, że „profesor” z racji swoich wrodzonych i nabytych cech umysłowych powinien wykazać większą determinację w falsyfikowaniu tez, które podsuwa mu jakiś podejrzany osobnik. Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę, że większość „profesorów” eksponowanych, czy w ogóle jakoś tam widocznych w przestrzeni publicznej pełniła rolę agentury wpływu, ale chyba jednak nie wszyscy.

    Pan Andrzej zauważa, że i „chłop” i „profesor” zostali jednakowo doświadczeni przez komunizm i jednakowo powinni oceniać podstęp pierestrojki. To mnie nie przekonuje, łatwiej jest wyprowadzić w pole człowieka bez zaawansowanej wiedzy fachowej, niż kogoś, kto swoje doświadczenie życiowe buduje na studiowaniu i ocenianiu doświadczeń poprzednich pokoleń.Wydaje mi się (choć może się mylę), że „profesor” ze swego zawodowego przyzwyczajenia, bez względu na uprawianą dziedzinę, powinien zadawać pytania i szukać odpowiedzi. To wydaje się być warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym, bycia „profesorem”. Jeśli takiej dociekliwości braknie, pojawia się niebezpieczeństwo przyjęcia postawy, którą dobrze oddaje cytat przytoczony powyżej przez Pana Michała.

    Chociaż może popełniam błąd twierdząc, że nie było i nie ma „profesorów”, którzy doskonale widzą fałsz odgórnie lansowanej wersji o upadku komunizmu, odzyskaniu niepodległości, itd. Może po prostu zostali odsunięci na tak daleki plan, że ich nie widać i nie słychać? Może wystarczy ich tylko poszukać…

    No właśnie, czy ktoś z Panów spotkał się gdzieś na powierzchni z poglądami zbieżnymi z tymi prezentowanymi tutaj?

  6. 6 Andrzej

    Panie Orle,

    Proszę ładskawie zauważyć że komunizm stworzyła inteligencja („profesorowie” a jakże!) i na niej się komunizm opiera. Bolszewicy mieli największego masowego wroga wśród ludzi niewykształconych a inteligencję prześladowali aby ją jeszcze bardziej zbolszewizować. „Profesor” uczciwy intelektualnie to nieomal wyjątek (dlatego ich nie widzimy) bo „profesor” z definicji „ma we krwi” wątpliwości, ważenie racji i daleko posuniętą tolerancję dla innych modeli naukowych. To oznacza, ze i bolszewizm jest mu łatwiej tolerować, tym bardziej pod naciskiem. Pamięta Pan Konrada z „Drogi donikąd”: „nie wolno widzieć wszystkiego wyłącznie od strony negacji i kpin. Ostatecznie to oni nas zwyciężyli”. Mackiewicz w odniesieniu do komunizmu opisywał reguły a nie wyjatki.

    Spotakłem się „na powierzchni” z poglądami zbieżnymi ale to było ćwierć wieku temu. Obecnie, nawet kiedy pojawiają się w dyskusji, w konkluzji pada zawsze sakramentalne „trzeba iść na wybory i głosować na patriotów”. I to u mądrych, oczytanych ludzi, „profesorów”. A zwykły, prosty lud (nawet i z lenistwa ale chyba nie tylko bo może podświadomie nie chce w tym uczestniczyć) zwyczajnie nie idzie. I kto tu jest tą uległą „masą”?

  7. 7 Orzeł

    Panie Andrzeju,

    Dopatrywanie się jakichś pozytywów w komunizmie to rzeczywiście plaga wśród inteligentów, „profesorów”. Obserwuję to zjawisko od lat i nie mogę wyjść ze zdumienia, że można brnąć w takie intelektualne maliny.

    No dobrze, a co się stało z tymi antykomunistycznymi poglądami? Czy osoby je wyznające oprócz głosowania na wytypowanych przez siebie patriotów są w stanie podjąć merytoryczną dyskusję? Jak z reakcją na argumenty? Jest jeszcze nić porozumienia, czy też może definicje komunizmu się im całkiem poplątały?

  8. 8 Andrzej

    Panie Orle,

    Właśnie w tym rzecz, że argumenty przestały odgrywać swoją rolę. Wybór stał się emocjonalny na nie racjonalny. Wydaje mi się, że to nawet nie jest kwestia definicji tylko chcenia (albo definicja wynika z pragnień czyli jest to „wishful thinking”). Po prostu nie widzi się już komunizmu bo nie chce się go widzieć. Argumenty mogą mieć zastosowanie ale tylko te wygodne. Na przyład stwierdzenie „partii komunistycznej nie ma” jest przyjmowane i podlega dyskusji a „bolszewicy dalej mają rzeczywistą władzę” nie jest przyjmowane lub jest ignorowane i nie podlega dyskusji.

  9. 9 Jaszczur

    Andrzeju,

    Piszesz: „Na przyład stwierdzenie „partii komunistycznej nie ma” jest przyjmowane i podlega dyskusji a „bolszewicy dalej mają rzeczywistą władzę” nie jest przyjmowane lub jest ignorowane i nie podlega dyskusji.”

    A może właśnie doszedłeś do jednej z przyczyn omawianego stanu rzeczy? Dlaczego nikt, albo mało kto, dyskutuje hipotezę o fałszywym upadku komunizmu?

    Moim zdaniem dlatego, że – swoją drogą, kolejny raz będziemy gonili własny ogon – komunizm jest nieprawidłowo definiowany. Nie jako teoria i praktyka władzy, tylko jako „ideologia, mająca za cel społeczeństwo bezklasowe, dyktaturę proletariatu”, „lewactwo”, „gender” itp.

  10. 10 Andrzej

    Jaszczurze,

    Tak jest. Nie widzi się celu tylko narzędzia. To co z wierzchu. Jak sądzisz, z czego to „widzenie” wynika? Brak wiedzy? Niechęć do jej poznania (bo tak wygodniej)? Wpływ propagandy i otoczenia? co jeszcze?

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja