Wydawnictwo Podziemne - Białe kłamstwo - Dariusz Rohnka

Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Dariusz Rohnka


Białe kłamstwo

Albowiem
diabeł znalazł środek, ażeby zgubić także tych ludzi, którzy poszli za dobrem, i nie przeszkadza mu, że jednych zabije rozpusta, a innych wstrzemięźliwość.

Tak przekonywał Tertulian w rozprawie skierowanej do żony. Nie wchodząc w istotę kwestii, którą wiele stuleci temu podejmował chrześcijański teolog, myśl wydała mi się niebywale celna dla opisu naszego tu i teraz, bolszewickiej ery. Bo, czy istotnie, nie jest tak, że bolszewizm, w całej swojej infernalnej przebiegłości, kusi nie tyle złem, co dobrem? Czy często dobrotliwy uśmiech znika z bolszewickiej gęby? Czy słowa takie jak pokój, sprawiedliwość, wolność, równość, co tam jeszcze, schodzą kiedykolwiek z bolszewickich ust? Czy nie deklarują owe usta notorycznie chęci budowania „lepszego świata”? W gruncie rzeczy nie istnieje zapewne sfera życia publicznego, w której bolszewicy nie potrafiliby wykreować pozytywnych, grających na ich korzyść, argumentów.

Ta żelazna zasada działa, i to działa w skrajnie, wydawałoby się, niekorzystnych okolicznościach. Stosownych przykładów mamy bez liku. Weźmy, jako pierwszy z brzegu, zabór 51 procent terytorium Polski i przedstawienie tejże, jawnej agresji, jako kroku koniecznego dla ochrony tubylczej ludności. Afunkcjonalny przerost bezczelności? Absolutnie nie! Konsekwencje kolejnych dni, miesięcy, lat świadczą najlepiej o skuteczności tego propagandowego triku. Jak inaczej wyjaśnić nieodległy w czasie sojusz ze zbrodniarzem, skazującym na śmierć lub życie w warunkach ekstremalnej nędzy półtora miliona naszych obywateli, który całej reszcie odebrał jej obywatelską tożsamość; który nigdy nie wycofał swoich agresywnych aspiracji; który przez kolejne dwa lata pozostawał najwierniejszym partnerem iii rzeszy? Dlaczego z bolszewizmem się nie walczy, a chce z nim koniecznie ubijać interes? Dlaczego jest to, niemalże bezwyjątkową, regułą?

Myśli tego rodzaju krążą po Podziemiu nie od dzisiaj, wiem doskonale. Coś jednak ciągle każe nachalnie do nich wracać. Predominuje pewnie chęć poznawcza, ale też bezwzględne przeświadczenie, że bez zrozumienia tej kwestii niemożliwe jest podjęcie realnej walki. Nic nie poradzę, jeśli odezwie się w kimkolwiek czkawka wcześniejszych może tekstów. Zapewniam, że to nie żadna powtórka, a jedynie kolejna próba docieczenia jak kręci się bolszewizm.

Tym razem mam do dyspozycji konkret, całkiem spory i bodaj czy nie dobrze znany szanownym czytelnikom. Rzecz to trojga autorów, Doroty Kani, Jerzego Targalskiego, Macieja Marosza, nosi tytuł „Media. Resortowe dzieci”. Ściśle rzecz ujmując, nie mam tego konkretu przed sobą, więc też, siłą rzeczy, nie będę wnikać w detale, ale też nie jakąś konkretną, szczegółową krytykę mam na względzie. Chodzi mi raczej o wytyczenie pewnej mentalnej granicy, poza którą, jak mi się zdaje, stoją autorzy.

W skrócie rzecz ujmując, książka opowiada o popsutych „środkach masowego przekazu” i popsucia tego personalnych przyczynach. Zdaniem autorów książki za zło umiejscowione w mediach odpowiedzialne są tzw. „resortowe dzieci”; dzieci, pociotki, krewni i powinowaci, żony i pewnie też mężowie przedstawicieli kluczowych resortów „dawnego”, jak wolno chyba się domyślać, systemu. Kwestia owej, mniej lub bardziej biologicznej, wspólnoty nie jest zawsze bardzo jasna. Jedna z najmniej szczęśliwych bohaterek miała jedynie męża-agenta, sama odmówiła współpracy czy też nie chciała wstąpić do partii… (niewybaczalne faux pas, wziąwszy pod uwagę wieloletnią przynależność jednego z autorów), „zaszeregowana” więc została najpewniej z racji prezentowanych przez siebie poglądów. Ale pozostawmy te drobiazgi na boku.

O niebo ciekawsza jest zasadnicza teza: dzieci starych komunistów nie są od nich, tychże komunistów, lepsze; zło, karierowiczostwo, pogoń za mamoną, pewnie i sam komunizm, wszystko mają zapisane w genach. Jakiś czas chodzę po świecie, czytałem to i owo, tego rodzaju nieskomplikowany biologizm zawsze trochę mnie dziwi. Czy samo życie nie dowodzi codziennie tezy wręcz przeciwnej? Czy nie słyszeli autorzy nigdy o tzw. „buncie pokoleń”, o tym, że młodzi notorycznie nie zgadzają się ze starymi, a przynajmniej – prezentują odmienny punkt widzenia na wiele kwestii? Czy to, że ten czy ów zbuntowany za młodu redaktor miał ojca komunistę czyni go lepszym, może większym bolszewikiem? Czy koncept wysysania bolszewizmu z mlekiem matki nie jest nadto niesmaczny?

Świat generalnie bywa niepiękny, ja wiem. Tym więcej zatem nie powinniśmy wydłubywać moralnej brzydoty z zakamarków, gdzie jej może wcale nie ma. Kwestie estetyczne pozostawmy jednak na boku. Bohaterowie książki nie dlatego są źli, że mieli złych przodków, ale dlatego, że taką drogę obrali. Kwestie ewentualnych koneksji, powiązań, ułatwień rekrutacyjnych nie mają tu nic do rzeczy. To sprawy, a raczej drobiazgi, techniczne, nic więcej, przynajmniej w zestawieniu z nieco bardziej zasadniczym pytaniem nie tyle o to, kto psuje, ale co psuje i czy w ogóle o psuciu może być mowa?

***

Niezwykły George Orwell ze swoim dwójmyśleniem nie przestaje zdumiewać głębią przenikliwości. Biorąc pod uwagę dystans jaki dzielił pisarza od moskiewskiej centrali bolszewizmu, dziw bierze jak on to wszystko zdołał trafnie ogarnąć. Przypatrując się jego biografii, wniosek należy wysnuć pewnie jeden – kilka lat spędzonych pośród wszystkich diabłów hiszpańskiej „rewolucji” pozwoliło mu na wniknięcie w istotę zarazy. A jednak trudno mi się teraz wyzbyć wrażenia, że wykreowane przez niego pojęcie dwójmyślenia w kilka lat zaledwie po tytułowym 1984 roku poczęło tracić cośkolwiek ze swojej siermiężnej użyteczności – homo sovieticus AB (anno bolsheviko) 72 (AD 1989 wedle staromodnej terminologii) i lat kolejnych począł zatracać umiejętność (a może potrzebę?) korzystania z tego dość, trzeba przyznać, kontrowersyjnego daru ludzkiej natury. Dwójmyślenie ewoluowało w odmienny stan psychiki – w pewność wątpliwej racji.

Owo, nowe (jak mnie się, laikowi, zdaje) w dziedzinie psychicznej zjawisko występuje gęsto w wzmiankowanej powyżej książce trzech autorów; na jednej ze stronic (nie pomnę której) w stanie, rzec można, laboratoryjnej czystości. Rzecz dla czytelnika zwyczajna bywać zaskakiwanym, czy jednak w tej materii nie ma żadnych granic?! Okazuje się, że owszem, że można mianowicie na tejże jednej stronie (nie całkiem spójnego dzieła) pokpiwać z naiwnej może (albo i, któż wie, zakontraktowanej?) peerelowskiej aktorki, obwieszczającej wszem i wobec „koniec komunizmu” gdzieś tam, bodaj czy nie w trywialnych okolicznościach telewizyjnego dziennika i… parę zaledwie linijek później bajdurzyć, z pełnym przekonaniem, o tu i teraz – „Wolnej Polsce”.

Z pozornie drobnego problemu wyłania się dylemat słusznych gabarytów. Bo w gruncie jakże to tak? Ci, co twierdzą, że „komunizm upadł” zasługują jeno na kpiny; ci zaś, co myślą, że żyją w „Wolnej Polsce” już nie? Może to ironia? – A ja, głupi, dałem się nabrać? Może to kwestia chronologii, wiekopomnych zdarzeń, które w podziemnym marazmie uszły mojej uwagi? To znaczy, pracownica działu peerelowskiej propagandy najwidoczniej kłamała ćwierć wieku temu, w „międzyczasie” zaszło jednak coś co komunizm obaliło?! Zachodzę w głowę, myślę; myślę intensywnie, czego poszum słychać bodaj na witrynie (a myśleliście pewnie, że to efekt ziemskiej orbitacji? – otóż nie!). Może to wtedy, gdy Bolo został „prezydentem”, a dwaj zdrajcy, Sokolnicki i Kaczorowski, przekazali mu byli insygnia? Może to wówczas było, gdy tenże Bolek poczuł się urażony, de facto istotnie zdradzony przez najwierniejszych swoich zauszników, gdy chciano okazać jakieś tam na niego papiery i rozgonił był „patriotyczne” towarzystwo? Może niejakie znaczenie dla niepodległości ma lotnicza katastrofa? Czy możliwe? Zdaje się całkiem oczywiste, że ludzie, którzy zginęli w tamtej katastrofie nie jechali na wojnę z „Rosją”, tym więcej ze „związkiem sowieckim”; planowali jedynie „czcić” pamięć ofiar komunistycznej zbrodni, w towarzystwie sowieckich oficjeli.

Bohaterowie Orwella działają w ekstremalnych zewnętrznie warunkach nieustającego strachu; zewsząd czyhają na ich niepewne zachowania oczy troskliwe i przyjazne; oczy Wielkiego Brata są wszechobecne; oczy wywołują wewnętrzny dreszcz, który trzeba szczelnie kamuflować – niezależnie od kontekstu psychicznego, to nieustająca walka. W gruncie rzeczy walka niekoniecznie skazana na porażkę, choć milcząca, wyalienowana, której istnienia postronni nie mogą się nawet domyślać, która nie przejdzie do historii. Mizerne to, ponure, a jednak kształtujące drobną cząstkę charakteru, skrytą w najodleglejszych zakamarkach ludzkiej natury.

Cóż mamy tu i teraz? Czy nie analogiczną sytuację? Czyż Wielki Brat nie czuwa, nie śledzi ludzkich poczynań? Nie pilnuje stanu sumień, myśli? Ależ bynajmniej, hulaj duszo! O ile, oczywiście, nie zechce się tam komu zająć takiego lub siakiego „oficjalnego” stanowiska, robić kariery, wolno niemal wszystko. Ludzi tej sfery Orwell nazywał bodaj proletami. Gdy jednak zapragnie się sięgnąć po bardziej eksponowane stołki (urzędnicy peerelowskiej propagandy na pewno przyznają mi rację), zostać dziennikarzem, księdzem, profesorem, wówczas polityka naszej duszy ulegnie nagłej przemianie. Wierność zaprzysiężona Wielkiemu Bratu zobowiązuje!

***

Wróćmy do przerwanego wątku. Mowa była o psuciu. O tym czy coś się psuje i czy owo zjawisko w ogóle warte jest naszej troski? Autorzy książki, jak już wiemy, przekonują, że owszem, że sprawa jest poważna, że chodzi o psucie mediów za sprawą resortowych peerelowskich pociotków. Przyznać muszę, że w tym akurat przypadku zachowują się konsekwentnie. Wierząc w obecność „Wolnej Polski”, wyrażają troskę o jakość informacji kierowanej do obywateli.

Cóż zatem z tą „Wolną Polską”? W istocie przecież (wszyscy to chyba wiemy) nie chodzi o stan świadomości trzech muszkieterów medialnej potyczki, ale o dylemat rozgrywany na znacznie poważniejszym planie świadomości ludzi, żyjących nie tylko w tym kraju. Rozumiem doskonale naiwnych, jakich ich Pan Bóg stworzył – takimi pozostaną, i nic na to poradzić nie można. Co z innymi? Co z tym szczególnym psychicznym zjawiskiem, którego ekstrakt w jakże nieudolnym tekście próbuję sublimować?

Dygresja o Orwellu i jego konceptach potrzebna była by wykazać różnice jakie zachodzą w pojęciach i zachowaniach dwóch bohaterów: Smitha w jego roku 1984 oraz Kowalskiego z AB 72. Obaj, przyjmijmy, nie należą do szerokiego kręgu naiwnych, przejawiają umiejętność samodzielnego myślenia, co rzadkie, ale bywa. Obaj zdają sobie sprawę, że światy, w których egzystują, są nieznośne w stopniu wykluczającym uczciwą z nimi koegzystencję, jeśli się – rzecz jasna – chce w życiu zachować przyzwoitość. Z drugiej znów strony, odmowa uczestnictwa oznacza wykluczenie, tym razem poza nawias wykreowanej pseudorzeczywistości. Obaj mają możliwość wyboru. Smith, choć tego w książce nie ma, musiał kiedyś wybrać życie funkcjonariusza systemu, z którego odwrót wiedzie pewnie tylko poprzez anihilację. Dwójmyślenie to w jego przypadku jedyny sposób ratunku cząstki siebie. Kowalski AB 72 działa wypadkowo na całkiem odmiennym planie. W cieniu jego wyborów nie stoi widmo ewaporacji. Jeśli wybierze drogę proleta nikt mu najpewniej życia z tego tytułu nie odbierze. Cóż jednak po takim życiu? Bez blichtru, sławy, pieniędzy? Bez możliwości działania, realnego, czy tylko pozornego, wpływu na bieg spraw? Dla dziarskiego działacza czy reprezentanta innych profesji publicznych to oczywiście żadne życie. Pozostaje zatem tylko partycypacja w czymś co na kilometr zalatuje grubą bolszewicką prowokacją. Czy da się tak żyć, tego wiedzieć nie mogę, przypuszczać mogę jedynie, że klasycznie Orwellowskie rozwiązanie w postaci dwójmyślenia nie da się w tej sytuacji (bez stryczka nad głową) wprost zastosować. Pozostają bardziej prozaiczne sposoby – szukania usprawiedliwienia.

I w ten nużący sposób powracamy znowu do psucia. Czy można o świecie, w którym się gra jakąś rolę, powiedzieć, że cały zbudowany jest z fikcji, że jest wielką bolszewicką prowokacją, niczym innym? Ponieważ tego stwierdzić nie można, pozostaje koncepcja psucia. – Nie dlatego media są złe, że pozostają prostą kontynuacją propagandy zainstalowanej w tym kraju przemocą wiele dziesiątków lat wcześniej, ale dlatego, że pracują w niej ludzie obarczeni złą biologiczną przeszłością. (I pomyśleć, że takie myślowe kuriozum cieszy się, wielkim nawet, powodzeniem.)

Jako skończony ignorant w sferze peerelowskich mediów, których nie zażywam, nie mogę – niestety – przedstawić stanu tychże instytucji w postaci skrupulatnego wykładu. O ile jednak sięgam pamięcią (ściślej – jej wątłymi resztkami) nie przypominam sobie momentu, w którym gmach peerelowskiej propagandy starty został był z powierzchni ziemi, jego funkcjonariusze uciszeni raz i dobrze. Zdaje mi się, że medialna rodzima pierestrojka dokonała się w sposób charakterystyczny dla wszystkich innych dziedzin peerelowskiego „życia” publicznego. Pojawienie się na powierzchni kilku niezależnych pism czy pisemek nie wprowadziło do tutejszej mentalnej wegetacji żadnej istotniejszej odmiany, a jeśli już to na gorsze – bacznie czy niebacznie, ich współtwórcy przyczyniają się do zamazania realnego kształtu rzeczy.

Wziąwszy powyższe pod uwagę, utyskiwanie na psucie tutejszych mediów przy użyciu takich czy siakich argumentów wydaje mi się zdecydowanie bezzasadne. Cóż złego w tym, że ten czy ów, zakorzeniony jakoby w bolszewizmie z dziada-pradziada, paskudzi peerelowskie powietrze. Ależ, niech psuje ile wlezie i na zdrowie, na zdrowie normalności.

Osobiście, bardziej martwi mnie co innego. Nie działalność mniej lub bardziej zakorzenionych bolszewików w pseudoliberalnych skórach, ale obecność tych właśnie, jak nasi autorzy, propagandzistów „Wolnej Polski” w „nieupadłym komunizmie”, którzy przede wszystkim sprawiają, że tak zwany szary człowiek nie może się myślowo ogarnąć. Jedni i drudzy robią w gruncie rzeczy to samo – uprawiają wszem i wobec białą propagandę, o tym, że mianowicie, żyje się, z tego czy owego tytułu, ciężko, ale mamy przecie państwo, wyposażone w rzetelne instytucje; sprawiedliwość, jeśli trzeba wyjaśnić jakąś grubszą zbrodnię; wojsko, jeśli kto tylko zamacha nam przed nosem szabelką; mniej lub bardziej wiarygodną informację, jeśli trzeba o czymś powiadomić społeczeństwo, o tym np. że jesteśmy „wolni”, że żyjemy w pewnej „normalności”, że owo „my” to realne pojęcie wspólnoty.

Obie te sfery uprawiają swoją propagandę nie bez pewnej, pozornie chwalebnej, intencji uchronienia swoich odbiorców przed jednym – spojrzeniem prawdzie w oczy. Dlatego, być może najniesłuszniej, pozwoliłem sobie określić te działania jako „białe kłamstwo”. Białe kłamstwo bolszewickiej propagandy, że mianowicie są warunki, aby Polska rosła w siłę, a walka o światowy pokój trwała nieustannie. W tym kontekście obie te dziennikarskie sfery znajdują zabójczo wspólny język, pospołu sprowadzając na manowce najbardziej wstrzemięźliwych.



Prześlij znajomemu

24 Komentarz(e/y) do “Białe kłamstwo”

  1. 1 Andrzej

    Bolszewizm wpływa na umysły ludzkie wyjątkowo niszcząco. To dzisiaj już truizm. O tym doskonale wiadomo ale „nie trzeba głośno mówić” i nikt się do tego nie przyzna (bo to zaraza nabyta dobrowolnie). Zaprezentowany przykład książki, której współautorem jest były antykomunista to jedynie wierzchołek góry lodowej. Bo co powiedzieć, gdy ktoś twierdzi że Polska nie jest wolna ale przy tym doda że poza nią komunizm upadł? Taka interpretacja rzeczywistości wydaje mi się wynikać z ostatnich tekstów Aleksandra Ściosa. Wprawdzie „Rosja”, jest w nich bytem sowieckim lub quasi-sowieckim (jakkolwiek jest przy tym od wieków nieprzerwanie tą samą Rosją) lecz „Ukraina” to już wolna (albo też walcząca z Rosją o pełną wolność) republika – prawdziwa Ukraina. Nie wspominając o innych tworach i przetworach pierestrojki…

    Ciekaw jestem, jakie Ścios miał odczucia, oglądając gęby sowieckich generałów na trybunie w Kijowie w dniu „święta niepodległości” „Ukrainy”, stworzonej w efekcie niczym nie skrywanego podziału sowieckiej zony na lokalne reżimy bolszewickich „akcjonariuszy” („niepodległość” ogłoszona światu przez ukraiński sowiet w bezpośrednim efekcie „moskiewskiego puczu”). Może tylko machnął ręką? Ja sądzę, że to co go naprawdę pochłania (jak też autorów książki „Media. Resortowe dzieci”) to tylko i wyłącznie „kwestia Polska”. Pochłania do tego stopnia, że nie chce dostrzec tego, iż w swojej istocie wynika ona dziś z faktu, że peerel i reszta „kdl‎-ów” to nieprzerwanie wciąż ten sam „obóz socjalistyczny” działający wspólnie w jednym celu: opanowania świata.

    W takiej sytuacji cóż posostaje innego niż karmienie siebie i innych drugorzędnymi kwestiami lub wręcz fałszywymi tezami? Że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi? Tak łatwiej i przyjemniej. Dla „ducha” i dla wszystkich poza „malkontentami i defetystmi”.

  2. 2 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    Ma Pan oczywiście wiele racji i to nie w jednym punkcie. Niemniej wydaje się, że problem w jego istocie, problem natury sprężyn powodujących wyborami tych wszystkich ludzi, jest bardzo daleki jeszcze od rozwiązania. Oczywiście, nasuwa się przypuszczenie, że wpływ największy mają niedoskonałe składniki ludzkiej natury, a jednak otwarte pozostaje pytanie – dlaczego oddziałują aż tak powszechnie?

    Bolszewizm wpływa na umysły ludzkie wyjątkowo niszcząco – trudno się nie zgodzić, trudno też jednak nie zauważyć, że pisane to jest w kontekście osoby, która z racji swoich antykomunistycznych przekonań powinna była radzić sobie z owym niszczącym wpływem lepiej od innych. Tak mogłoby się przynajmniej wydawać. Ale też nie na pewno. Bo z drugiej strony – czy trudno wyobrazić sobie sytuację, gdy groza bolszewizmu oddziałuje silniej na swoje uświadomione ofiary, wówczas gdy nie ma nawet cienia szansy na jakiekolwiek wyjście z tunelu? Gdy złudzenia prysły jak bańka mydlana?

    Pozostaje snucie domysłów. Choćby w odniesieniu do sytuacji i ludzi, w przypadku których o jakimś szczególnie niszczącym działaniu bolszewizmu może być co prawda także mowa, ale bodaj w mniejszym zakresie. Mam na myśli tzw. zachodnich komentatorów, „specjalistów” od „Rosji” czy dawniej od związku sowieckiego. Wszyscy oni, wieszając obecnie psy na Putinie, nie stroniąc od drastycznych jeszcze nie tak dawno porównań dzisiejszych kremlowskich towarzyszy z przedstawicielami „dawnego” systemu, wskazując nawet na pewnego typu analogie z polityką uprawianą przez związek sowiecki trzydzieści lat temu, czują się jednocześnie zobligowani do głoszenia dwóch „bezdyskusyjnych” tez: związek sowiecki rozpadł się na kawałki w grudniu 1991 roku; obecna agresywne poczynania Putina i spółki to ostatnie już podrygi pogrobowców starego systemu.

    Co w ich przypadku odgrywa pierwsze skrzypce? Chęć afiliacji? Widmo nieuchronnej bolszewizacji? Moda, cokolwiek ona znaczy?

  3. 3 Andrzej

    Panie Dariuszu,

    Wydaje mi się, że pierwsze skrzyce odgrywa skuteczna dezinformacja. Tym skuteczniejsza im łatwiejsza. Chociaż J.R. Nyquist zadaje (na swojej stronie internetowej) pytanie „czy kryzys ukraiński jest prowkokacją?”, nawiązując przy tym do książki Józefa Mackiewicza, to w następujących potem tekstach nie drąży dalej tej kwestii lecz poprzestaje jedynie na konstatacjach z których wynika, że za owym „kryzysem” stoi jedynie Putin i jego „ekipa”. Tylko oni są wg niego spadkobiercami i kontynuatorami sowieckiego imperium. Mniejsza już o tę „Rosję”…

    Zaś co do mydlanych złudzeń, to wydaje mi się, że zawsze jest wybór (który dziś nie jest uwarunkowany wcale zagrożeniem osobistym). W ostateczności pozostaje „ja” i własny rozum, wiara i zasady religijne, moralność i na tym wszystkim można się oprzeć. Zawsze pozostaje indywidualny wybór: czy szukać prawdy na podstawie której można próbować zdziałać coś sensownego co przyniesie pożytek sobie i innym. Sądzę, że groza bolszewizmu polega w gruncie rzeczy na łatwości z jaką ta zaraza ogarnia umysły i że warunkiem jej skuteczności jest świadoma wola zarażenia się wyrażona przez ofiarę. Drugą kwestią jest to czym jest ona dodatkowo „napędzana”.

  4. 4 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    Tak, Jeff to niestety bardzo interesujący przypadek człowieka „znudzonego” niejako stagnacją w antykomunistycznej piaskownicy, takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Zachowując świadomość istnienia sowietów, trudno mu się pogodzić, że oni akurat nikogo nie napadają, nie uprawiają terroru i agresji na szeroką skalę, że działają równie skutecznie, ale przy użyciu innych środków, że istotą ich współczesnych poczynań jest coś, co niemal 30 lat temu sami określili jako „zamazywanie wizerunku wroga”.

    Dlatego każdy bardziej drastyczny przejaw ich działalności, czy tylko podejrzany kontekst, urasta do rangi spektakularnego wydarzenia, który w jego percepcji tu i ówdzie nadziewa się na kontrę ludzi, chcących z sowietami walczyć. Tymczasem ani takich ludzi, ani takich chęci na świecie prawie nie ma. Rzekomo niepodległościowa defilada, o której pisał Pan w poprzednim komentarzu, jest doskonałym przykładem całego tego pomieszania z poplątaniem. To kolejny teatr na użytek świata, pytanie tylko – po cóż odgrywany? Po cóż wywołują teraz wrażenie próby powrotu do starych sowieckich czasów?

  5. 5 Andrzej

    Panie Dariuszu,

    Wydaje mi się, że ów odgrywany teatr to przyspieszona, kolejna wersja golicynowskiej strategii nożyczek. Patrząc na efekty osiągnięte w niecały rok czasu, widać jak skutecznie tzw. zachodni świat został wmontowany w tę sztukę. Sojusz transatlantycki w przyspieszonym tempie ulega dezintegracji – jest już w praktyce fikcyjny. Europa jest już nie tyle „sfinlandyzowana”, co w orbicie sowietów a proces wciągania jej coraz dalej w tę orbitę zdecydowanie przyspieszył.

    Kijowska władza jest nie mniej sowiecka niż moskiewska. Wystarczy prześledzić karierę Poroszenki i innych, zaś „ukraińska” armia i bezpieka to oczywiście wciąż te same lokalne struktury czerwonej armii i kgb . Warto też prześledzić, w jaki sposób rozwijał się „ukraiński kryzys”: od „proeuropejskich demonstracji” w końcu listopada ub.r. z każdorazowymi prowokacjami gdy tylko one wygasały, poprzez kulminacyjną „zmianę władzy”, „aneksję” Krymu (a właściwie jego „przekazanie”) po obecne walki w Donbasie i w ramach tej fazy zestrzelenie cywilnego samolotu pasażerskiego. Wszytko jest niejasne (poza propagandą), we wszystkim wyraźnie można wyczuć swąd bolszewickiej siarki. Widzę w tym sporo analogii do „upadku Jugosławii”. Życie zwykłych ludzi nie ma tu znaczenia, natomiast konsekwentnie, po bolszewicku realizowana jest strategia. Taktyka w odniesieniu do tzw. Zachodu polega na eskalacji „konfliktu” w połączeniu z groźbami utraty zysków w interesach. To co było zawsze skuteczne („walka o pokój” i miraż współpracy gospodarczej) ma miejsce obecnie w kombinacji równoległej.

  6. 6 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    Zgadza się. Europa spotniała ze strachu, nie tylko zresztą Europa. Co będzie, gdy Putin nie zachowa się wstrzemięźliwie, gdy nabierze większego jeszcze apetytu? Nikt przecie nie będzie „walczył” za „kraje bałtyckie”, „Bułgarię” czy „Polskę”, to przecież całkiem poza dyskusją pozostaje. Kluczowym pewnie teraz pytaniem jest, dlaczego ten Putin taki rozsierdzony, czym go ugłaskać, jak zadowolić?

    Najdziwniejsze może w tym wszystkim, to sowieckie techniki teatralne, równie prymitywne i naiwne, jak te sprzed ćwierć wieku, a jednak wciąż skuteczne, pewnie dlatego, że bezkonkurencyjne. Ale i tak niektóre zdarzenia mogą budzić zdumienie, choćby jak ten malowniczy konwój 100 białych ciężarówek, który zdaje się potrzebował coś koło tygodnia, czy nawet więcej, na przejechanie kilkuset kilometrów… i przez cały ten tydzień świat wstrzymywał oddech.

    Straszne jak to się wszystko bezproblemowo kręci, jakie możliwości stwarza sowietom…

    Może to idealny moment na odbudowę idei wspólnego domu, od Lizbony po Sachalin, z Putinem, czy innym jakimś demokratą, w charakterze najwyższego komisarza?

  7. 7 Andrzej

    Tylko patrzeć Panie Dariuszu. Wspólny cel wszystkich „miłujących pokój” europejczyków – ogólnoeuropejskie all-in-one jest na wyciągnięcie ręki a i reszta świata nie pozostaje daleko w tyle. Na początek nie musi to być pułkownik czekista, wystarczy „zaufany towarzysz”, demokrata zachodni z odpowiednimi referencjami. Jakiś Schulz czy Cohn-Bendit. A może nawet Barosso czy inny Solana (chyba można im zaufać?). Wszak Paryż-Warszawa to wspólna sprawa. Mógłby być i Havel gdyby żył (Bolek za głupi i „nie łączy”).

    Chciałbym wrócić do tematu „białego kłamstwa” bo wydaje mi się on niezmiernie ciekawy. Jak Pan słusznie zauważył teraz nikt nie jest poddany totalnej kontroli, teoretycznie myśl może być wolna. Cóż to za przymus: kontrola podatków czy kara finansowa za nieprawomyślne wypowiedzi, w ostateczności kilka lat spędzonych w całkiem znośnych warunkach (czasu i możliwości na pisanie do woli) na koszt społeczeństwa? A jednak dwójmyślenie bynajmniej nie występuje tylko u tych, którzy chcą być więcej niż proletami. Występuje często u inteligentnych ludzi którzy nie przejawiają takich ambicji. Zresztą, na czym zależy komuś, kto i tak jest już „spalony” za swój antykomunizm, nawet były? Czy nie zdziałałby więcej, gdyby zamiast dążyć – za cenę samozakłamania – do uczestnictwa w peerelowskim „życiu publicznym” napisał książkę demaskującą jego fikcję o której nierzadko na boku mówi? Kiedy prowokacja zwyciężyła u niego ducha wolnej myśli i dlaczego? Czy „zwycięstwo prowokacji” to kwestia czasu, czy nie ma przed tym ucieczki? Czy to kwestia niezależna od nas samych? Chyba nie, bo wszystko musi mieć swoje źródło. Mackiewicz przestrzegał, że „równia pochyła ma swoje prawa” i jak mi się zdaje to jest właśnie kluczowa sprawa. Zwalanie winy za własną klęskę na media „resortowych dzieci”, „ruskich”, „gnijący Zachód”, Żydów, masonów itd. tylko nie na siebie samego to dobitny dowód własnej choroby.

  8. 8 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    Kluczem jest chyba istota złotej klatki czy, jak pisał bodaj Michał, pomalowanego na kolorowo więzienia. W zamian za drobne świństwo, możemy żyć pełnią gęby.

    Z dotychczasowej praktyki stosunku do bolszewizmu tzw. normalnych ludzi można wyodrębnić 3 (może i więcej) wzorce zachowań. Pierwszy, dopasowany do zgrzebnej czy zamordystycznej fazy bolszewizmu (dobrym przykładem może być Wilno 40-41) charakteryzuje się pewnego rodzaju duchową spolegliwością. W tym przypadku bolszewicy są panami sytuacji, dającymi nam cień szansy na życie/przeżycie, pod tym jednakże warunkiem, że dokonamy w sobie skutecznej pierekowki duszy, rzecz jasna w duchu ich aktualnej nauki.

    Drugi wzorzec, charakterystyczny dla okresu kształtowania się wewnętrznej opozycji w bloku sowieckim (późne lata 50. oraz 3 dekady kolejne) to czas zaprogramowanego (przynajmniej w jakimś zakresie) buntu. Czas, gdy chodzenie pod prąd mogło nam, co prawda, złamać na przykład karierę, a jednak w dłuższej perspektywie okazywało się korzystne. Mieliśmy dobrą opinię, może nawet cieszyliśmy się popularnością w takim czy siakim środowisku, przede wszystkim jednak – byliśmy zadowoleni sami z siebie, w każdym razie zadowoleni być mogliśmy (a to rzecz uchodząca dlaczegoś za wyjątkowo cenną).

    Złota klatka to wzorzec trzeci. Typowym przykładem jest peerel zewnętrznie nie przypominający peerelu: bez kierowniczej roli jednej partii, bez poważniejszych ograniczeń bytowych, z możliwością robienie/mówienia co się chce – i z tylko jednym warunkiem do spełnienia – nie nazywania fikcji fikcją. Niby drobiazg, a jakże wykoślawiający? Nie do wyobrażenia jak jedno małe tabu może wszystko zmienić, piękny, choć nie całkiem, świat zamienić w pośmiewisko/śmieciowisko.

    Zerwanie z fatalną fikcją jest zawsze możliwe, może jednak istotnie popsuć widoki na przyszłość, a przecież świat i człowiek w nim nie są doskonali. Jedno więcej myślowe świństwo zmienia arytmetycznie niewiele. To stanowisko większości myślących.

    Oczywiście, spora rzesza ludzi próbuje sobie jakoś radzić. Nie wszystkim przecież odpowiada życie w półprawdzie. Remedium, w pewnym sensie skutecznym, jest budowanie kolejnych mitów, kreowanie zewnętrznych wrogów, wdziewanie patriotycznego upierzenia. To bardzo zła tendencja, niszcząca pierwociny zdrowego rozsądku u ludzi, przynajmniej potencjalnie, wstrzemięźliwych.

    To co robią resortowi autorzy to karkołomna próba wyjścia z szamba z twarzą. Trudne zadanie skoro się już tam zanurzyło głowę po uszy, ale przecież nie niemożliwe. Taka przynajmniej możliwość teoretycznie istnieje, jeśli na przykład kolejną książkę napiszą o własnych poczynaniach.

  9. 9 Andrzej

    Panie Dariuszu,

    Obserwując środowiska które określają się mianem patriotycznych mam wrażenie, że w tym przypadku drugi i trzeci wzorzec scaliły się w jedno: samozadowolenie i dowartościowanie w parze z „życiem pełną gębą”. Stosunek do peerelu w tych środowiskach odbieram jako niegdysiejsze „socjalizm tak, ale własny i bez wypaczeń”. Odrzucenie fatalnej fikcji byłoby w tym przypadku jak usuniecie gruntu spod stóp. Ale niczego nie wykluczam.

    Takie podejście przeważa nawet u Ściosa który otwarcie określa „okrągłostołowy” system jako kontynuację komunizmu i głosi potrzebę jego likwidacji. Jednak likwidację systemu opiera bynajmniej nie na odrzuceniu go przez Polaków lecz na bardziej radykalnej postawie „opozycji” – grupy politycznej, która przystąpiła do owego systemu oraz go współtworzy, której sensem istnienia i działania jest funkcjonowanie w jego ramach, przy co najwyżej nieznacznym jego liflingu. Której niepodważalny i jedynie znaczący lider głośno głosi swoje poparcie dla zasady i skutków „okrągłego stołu” (w której to fazie pierestojki czynnie i aktywnie uczestniczył). Więc jak to ma według Ściosa wyglądać? Czy sądzi, że „opozycja” która współtworzy system, po dojściu do władzy zaraz go zlikwiduje? Już dwa razy doszła i jakie były jej decyzje? Likwidacji systemu czy jego „wypaczeń”? A może właśnie chodzi mu o to, żeby było „bez wypaczeń”, żeby tylko było „po polsku”? I uznanie i „bycie na topie” zapewnione…

  10. 10 Dariusz Rohnka

    Panie Andrzeju,

    O tyle trudno mi się wypowiadać, że – jeśli dobrze pamiętam – nigdy nie miałem okazji czytać tekstów p. Ściosa. Niemniej, sposób myślenia, jaki Pan opisuje, nie jest mi całkiem nieznany. To przecież nic chyba innego jak Wolna Polska w nieupadłym komunizmie, czyż nie? Owa „Wolna Polska” nie musi być koniecznie dowodem rozdwojenia jaźni, stanowi za to warunek niezbędny, jeśli się zakłada „zwalczanie komunizmu” z wykorzystaniem instytucji systemowych, a to, zdaje się, stanowi w przypadku tych osób żelazną regułę.

    Po co to się robi? Dlaczego z takim uporem zamazuje się faktyczny obraz rzeczy? Dla kariery? Obawiam się, że sprawa nie wygląda tak prosto. Oprócz masy karierowiczów, agentów, kogo tam jeszcze, najgroźniejszymi propagatorami fikcji są ludzie tzw. dobrej woli, którym się może nawet wydaje, że mają jak najlepsze intencje, a drobna niekonsekwencja w rachunku nie przesądza z góry o ruinie ostatecznego wyniku.

    Może zresztą i ja ulegam niejakiej iluzji myśląc, że tacy ludzie w peerelu jeszcze istnieją?

  11. 11 Orzeł

    Panowie,

    „Resortowe dzieci” są pracą o tyle słabą, że nieskuteczną, to znaczy nie trafiającą do czytelników. Oczywiście mam tu na myśli czytelników, dla których informacja, że krajowe media są narzędziem komunistycznej propagandy jest może nawet nie tyle wielkim odkryciem, co wręcz niewiarygodnym political fiction.

    Pan Dariusz zarzuca autorom, że kładą nacisk na związki resortowo – rodzinne. Ale przecież jest to bezsporny fakt! Związek przyczynowo skutkowy pomiędzy pochodzeniem, poglądami rodziców, wychowaniem w komunistycznym domu a pozycją zawodową i światopoglądem dzieci jest w tym przypadku bardzo ścisły. Są oczywiście przypadki, kiedy dziecko przechodzi okres buntu, kwestionuje racje, czy pozycje rodzica, ale rzadko zdarza się, żeby taki bunt przybrał formę trwałej postawy życiowej. Resortowi rodzice wychowują resortowe dzieci, nie jest to ze strony autorów ocena moralna, tylko raczej stwierdzenie faktu.

    Czy opisywana książka tworzy obraz popsutych mediów (w domyśle – kiedyś były niepopsute)? Chyba nie. Jest to raczej próba dotarcia do legionu całkowicie obojętnych, nieświadomych i apatycznych konsumentów tychże mediów z wiedzą absolutnie podstawową, takim powiedzmy elementarzem peerelowskiego życia medialnego. Jak już wspomniałem według mnie jest to próba chybiona. Być może (a w zasadzie na pewno) fiasko jest skutkiem pomijania kwestii zasadniczych, o których pisze Pan Darek. Czyli powraca tu kwestia „upadku” komunizmu. To już jest zbyt trudny, lub niewygodny problem dla autorów. Co ciekawe, Jerzy Targalski wielokrotnie w swoich wypowiedziach zbliżał się do otwartego stwierdzenia, że komunizm nigdy nie upadł, a wszystko, co na ten temat pojawia się w przestrzeni publicznej jest teatralnym przedstawieniem. Ale takiego podejścia w książce zabrakło…

    Spotkałem się z kilkoma reakcjami na „Resortowe dzieci” ze strony przypadkowych czytelników. Nie byli to, zaznaczam czytelnicy „resortowi”, ot, tacy zwykli obojętni i niezainteresowani. Książka wpadła im w ręce, więc ją przeczytali. Pytam o przemyślenia. W żadnym przypadku nie otrzymałem innej odpowiedzi, niż: „i co mnie to obchodzi?!” Manipulują? Mną? Niby jak?! A z resztą, jakie to ma znaczenie? Czy to komuś szkodzi? No dobra, może ci dziennikarze mają trochę lewicowe skłonności, ale to przecież nic złego, każdy może mieć takie poglądy. Czy to znaczy, że wszystkie media w kraju kłamią? No skąd?!

    Ostatnio, zupełnie nie a propos „Resortowych dzieci” doznałem czegoś na kształt olśnienia. Rozmawiam ze znajomym o życiu. Polityka, media, manipulacja, komunizm… standard. Znajomy początkowo sceptyczny wobec moich poglądów, ale, że on inteligentny, a ja błyskotliwy, w toku dyskusji zacząłem go przekonywać. W końcu mówi: No tak, stary, masz rację, to wszystko dookoła to peerel, komuniści rządzą, agent na agencie i szpiegiem pogania, system zmienił tylko kamuflaż, sowieci wszystkim nadal sterują. Ale wiesz, co… Nie mów tego głośno. Przecież, jak ludzie się o tym dowiedzą, to… się załamią. To wszystko, co im z takim mozołem wkładali do głowy będzie za bardzo bolało przy wyrywaniu. Już lepiej nie wiedzieć. Jesteśmy zwyczajnie za słabi. Prawda nas zabije.

  12. 12 Dariusz Rohnka

    Panie Orle,

    Przyznam, że mam ochotę odwrócić Pana twierdzenie o nieskuteczności tej książki. Mnie się ona zdaje, niestety, bardzo skuteczna w przekonywaniu tych odrobinę mniej naiwnych czy nieco bardziej uświadomionych, przekonywaniu do swoich, autorskich chybionych racji. Do tego mianowicie, że krajowe media jako takie właśnie nie są narzędziem komunistycznej propagandy, wina zaś leży wyłącznie (lub niemal wyłącznie) po stronie pewnego rodzaju anomalii rekrutacyjnych, lub też rekrutacyjno-genetycznych.

    Może i związku „resortowo-rodzinne” ludzi opisanych w książce są w jakimś (nawet bardzo dużym) stopniu faktem, czegóż to jednak miałoby dowodzić? Zdaniem autorów przede wszystkim chyba tego, że owe związki „psują” tutejsze media, które – gdyby nie ta przykra okoliczność – byłyby pewnie dalekie od ideału, ale jednak zdrowe, zatem niepopsute. Przyznam się, że im dłużej zajmuję się tą kwestią, tym więcej zdumiewa mnie ten autorski patent na książkę niby to demaskującą. Cóż tu było do wykrycia? – Że komuniści nie okazują skrupułów w faworyzowaniu swoich dzieci, albo też, że ich dzieci nie są skłonne korzystać z lukratywnej życiowej okazji? Dalibóg, niespodzianka.

    Spójrzmy na moment oczami autorów. Otóż, ujrzymy poprzez mgłę „Wolną Polskę” przeciętą linią wrogich frontów. Po jednej stronie my, kochający Boga, Honor i Ojczyznę; po drugiej oni, broniący zażarcie bastionów komunizmu. Otóż, gdybyśmy nawet przyjęli taką mylną optykę, zabraknie w omawianym dziele jednego – merytorycznego uzasadnienia, dlaczego mianowicie ta druga strona taka zła. To jego największa słabość. Ta zaś rzutuje niechybnie, choć poprzez całkiem mylne skojarzenie, na ideę walki z bolszewizmem. I to mi się zdaje największym książki (i zresztą całej tej pewnej myślowej formacji) mankamentem.

  13. 13 michał

    Wyznać muszę, że zupełnie nie rozumiem podstaw twierdzenia p. Orła o ścisłym związku międzzy „wychowaniem w komunistycznym domu a pozycją zawodową i światopoglądem dzieci”. Panie Orle! Jesteśmy wolnymi ludźmi. Nawet komuniści mają duszę i mogą wyrwać się z czaru (tfu! czaru?) sowietyzacji. Dla każdego jest nadzieja, jakiekolwiek jego wychowanie, jakikolwiek dom, pozycha zawodowa itp. Dlatego właśnie sami jesteśmy odpowiedzialni za nasze poglady, i nie ma co zwalać winy na wychowanie i rodziców. Rodzice Lenina byli porządnymi ludźmi, a taki Dzierżyński, taż ta, panie, szlachcic i Polak, i katolik – a ot, kanalia.

    Ale mniejsza. Nic w końcu nie wiem o resortowych dzieciach, więc gdzie mnie, kontrrewolucjoniście zabierać głos.

    Zainteresował mnie natomiast Pański ostatni akapit. Czy nie wynika z niego, że ignorancja jest błogostanem? Że najlepiej pozostawić ludzi w upojeniu niewiedzą? Ale w takim razie, ich zdanie nie ma w ogóle żadnego znaczenia, czyż nie?

  14. 14 Orzeł

    Panie Darku,

    Tutaj, na naszym rodzimym podwórku świadomość zasięgu komunistycznej mistyfikacji jest niestety bardzo słaba. W zasadzie nie ma dyskusji na ten temat w żadnych mediach. A jeśli się gdzieś pojawia, to dyskutantom zawsze umyka sedno problemu. ‚Resortowe dzieci” są takim właśnie przykładem. Ale mimo, że w niedoskonały sposób, to jednak opisują na miarę możliwości autorów pewien aspekt rzeczywistości. Czy to źle czy dobrze? Lepiej, żeby w ogóle nie poruszać tego tematu, czy robić to ale w sposób tak niedoskonały? Może ileś takich chybionych prób doprowadzi w końcu do tego, że ktoś, kiedyś, widząc błędy poprzedników, wykrzyknie „eureka!” i nazwie zjawisko jego prawdziwym imieniem. Ja to widzę jako pewną drogę do właściwego opisania rzeczywistości.

    Panie Michale,

    Ależ oczywiście, że nawet komuniści mogą się wyrwać. Ja tylko twierdzę, że rodzinne korzenie w takim wyrwaniu bardzo przeszkadzają.

    Natomiast co do ignorancji i niewiedzy, to rzecz jasna dla większości ludzi najwyraźniej jest to stan dający ukojenie i święty spokój. To, że ich zdanie się nie liczy, to rzecz oczywista, sami zrezygnowali z posiadania własnych poglądów. Ale też chyba nie mają sensu próby wyciągania ich na siłę z tego matrixu. Swoją drogą ciekawy jest mechanizm wyparcia pewnych faktów z umysłu. Takie świadome oszukiwanie się, że jeśli zapomni się o nieprzyjemnych faktach, to one się same zneutralizują.

    W każdym razie po rozmowie z moim znajomym, przestałem już kogokolwiek przekonywać. No bo faktycznie, jeśli robię im tym krzywdę…

  15. 15 michał

    Drogi Panie Orle,

    Czy mi się zdaje, czy jest to poważna zmiana w Pańskim stanowisku? O ile pamiętam, kwestionował Pan sens Podziemia, bo (parafrazując) nikt o nim nie wie. Ale jeśli nie warto przekonywać tzw. „większości”, to Podziemie ma sens jako miejsce, gdzie mogą debatować „ludzie błyskotliwi z inteligentnymi”, że pozwolę sobie znowu zacytować żyjącego klasyka.

  16. 16 Andrzej

    Tutaj, na naszym rodzimym podwórku świadomość zasięgu komunistycznej mistyfikacji jest niestety bardzo słaba.

    Skoro tak, to wydaje mi się, że tym ważniejsze i tym bardziej potrzebne jest zdemaskowanie komunistycznej mistyfikacji przez owych nielicznych którzy ją dostrzegli i starają się zrozumieć jej mechanizm. Sądzę, że zdemaskowanie komunistycznej mistyfikacji nie polega wcale na ujawnieniu faktu, że dzieci komunistów pozostają też komunistami (nie zawsze tak bywa ale przyjmijmy że to reguła) lecz przede wszystkim na ujawnieniu jej mechanizmu i genezy. Koncentrowanie się wyłącznie na pobocznych/pochodnych elementach układanki raczej zaciemnia istotę obrazu niż ją rozjaśnia, wprowadza bowiem „tematy zastępcze” w miejsce tego co ważniejsze. Dla przykładu przytoczę znaną kwestię obecności Żydów w strukturach komunistycznych, który to temat u bardzo wielu zupełnie zastąpił analizę samej bolszewickiej zarazy. Tak jest dla wielu wygodniej i bardziej narodowo-patriotycznie, nieprawdaż? A jaki to ma związek z rzetelnym i uczciwym opisem komunizmu? Komunizm to ponadnarodowa zaraza a nie dzieło Rosjan, Żydów czy Polaków (niemało z nich go tworzyło i tworzy).

    Mam wrażenie Panie Orle, że w głębi duszy zachowuje Pan jednak nadzieję na „dotarcie do narodu” ponieważ ubolewa Pan, że książka „Media. Resortowe dzieci” nie trafiła do pewnej grupy czytelników. Z mojego doświadczenia wiem, że trafiła do innej sporej grupy ludzi, która jest nią zachwycona. Z tym, że ich świadomość komunistycznej mistyfikacji w praktyce kończy się właśnie na określaniu jej tylko przez ten pryzmat.

    Ja uważam, że zabiją nas nieprawda i półprawda.

  17. 17 Dariusz Rohnka

    Cz to dobrze czy źle, że tak niedoskonała książka ujrzała światło dzienne?

    Myślę Panie Orle, że zadał mi Pan swoje pytanie niejako pro forma, z góry znając odpowiedź, mianowicie, żem niewąski w pasie i nabrać się nie dam.

    Dobrze przecież wiemy, że nie chodzi w danym przypadku o niedoskonałości – powiedzmy – naturalne, wynikające z braku kompetencji, wiedzy, talentu, czy przygotowania, ale przecież o coś całkiem innego, co chyba trzeba określić jako współudział… w kompromitującym procederze zamazywania rzeczywistości.

    Wydaje mi się bardzo słuszne, co Pan sugeruje, że przynajmniej jeden z autorów nie ma złudzeń w odniesieniu do tu i teraz, to znaczy – wie po jakiej ziemi stąpa, zatem: o czym my tu właściwie mówimy?

    Chyba nie proponuje Pan rozważenia kwestii, czy mianowicie książka oparta na fałszu jest dobrym prognostykiem na przyszłość i może warto ją promować?

  18. 18 Orzeł

    Panie Michale,

    Właśnie ogarnęły mnie niejakie wątpliwości co do sensu przekonywania hurtowego. Ale wątpliwości, rzecz ludzka… A technologia docierania z pewnym przekazem do bliźniego wciąż będzie pewnie polem do fascynujących dyskusji.

    Bo tak, z drugiej strony… Wyobraźmy sobie teoretycznie taką oto dywersję: jakiś niedobitek z Kedywu przemyca potajemnie najnowszy tekst Starego Chrzana, zamieszczonego właśnie na tej witrynie, do ogólnopolskiego wydania Wyborczej i te treści rozchodzą się z całym nakładem…

    Panie Andrzeju,

    Oczywiście, że mam nadzieję na „dotarcie do narodu”, myślę, że podobnie, jak i autorzy tej witryny. Tym razem spieramy się chyba o to, czy ilośc prób kiedyś przejdzie w jakośc. Jak to było…? Niech rozkwita tysiąc kwiatów!

    Panie Darku,

    Stwierdzenie, że „Resortowe dzieci” oparte są na fałszu sugeruje z góry świadomą złą wolę autorów. Myślę, że ciekawe byłoby skonfrontowanie Pańskiego punktu widzenia z np Panem Targalskim na gruncie merytorycznej dyskusji. Co prawda nie mam pojęcia, jak by taka dyskusja miała wyglądac w praktyce, ale chętnie bym jej posłuchał.

  19. 19 Andrzej

    Panie Orle,

    Czyli z jakiej strony by nie patrzeć wychodzi na to że źródłem jest nep – komunistyczna mistyfikacja. Czy myśli Pan, że ujawnienie że Wybgazeta to medium bolszewików załatwi sprawę, zdemaskuje mistyfikację – prowokację? Bo wie Pan, rzecz w tym że sporo Polaków o tym wie i teni stan rzeczy w pełni świadomie akceptuje. Akceptuje prowokację. Zapewniam Pana że tak jest, znam i spotykam wielu z nich. Wybgazeta jest dla nich opiniotwórcza, bolszewików traktują jako „dobrych ludzi” a peerel jako (w większym lub mniejszym stopniu) system z którym się identyfikują. No tak, ale to są poputczycy z wyboru a co z poputczykami którzy nie zdają sobie sprawy z tego że nimi są choć bolszewików nie znoszą? Co z tymi, którzy ulegli prowokacji wbrew sobie bowiem jest ona skutecznym nepem? Dla nich są tak naprawdę przeznaczone Resortowe dzieci”, oni są największą grupą czytelników i zwolenników tej książki.

    Pan Michał pisał tu nieraz, że „ilość przechodzi w nijakość”. Ja się z tym twierdzeniem w pełni zgadzam.

    Sądzę, że dotychczasowa historia komunizmu dostatecznie zweryfikowała hipotezę o możliwości „wymknięcia się” nepu spod kontroli o ile nie pojmiemy jego istoty. Jeśli się nie rozpozna właściwie przeciwnika nie ma co stawać do walki z nim ponieważ już na początku jest się na straconej pozycji.

  20. 20 Dariusz Rohnka

    Panie Orle,

    Proszę z góry wybaczyć odrobinę kwaśne słowo, rzecz w tym, że całkiem spory fragment swojego tekstu (doszły mnie słuchy, że nazbyt spory) poświęciłem na roztrząsanie niewątpliwej paraleli jaka zachodzi pomiędzy klasycznie Orwellowskim dwójmyśleniem, a stanem psychicznym dzisiejszych orędowników „Wolnej Polski w nieupadłym komunizmie”. Uczyniłem tak dlatego, że mnie się ich stan nie wydaje wcale aż tak bardzo oczywisty, abym miał po prostu napisać, że świadomie podjęli decyzję o pisaniu nieprawdy. Przeciwnie, efekt ich pracy wydaje mi się odbiciem niezwykle złożonego stanu mentalnego – chęci pogodzenia niemożliwego. Książka jest niestety tej chęci efektem, przy okazji też świadectwem, że tego rodzaju działania nie są skazane z góry na niepowodzenia.

    Czy dyskusja z kimś, kto przejawia równie silną determinację w ucieczce od rzeczywistego stanu rzeczy ma sens, nie jestem całkiem pewien… obawiam się, że może prowadzić donikąd.

  21. 21 michał

    Drogi Panie Orle,

    Stary chrzan jako potajemna wkładka w wybiórczej gazetce, to całkiem zabawne, ale może lepiej nie wspomnę o tym starszemu panu, bo dostanie apopleksji i utracimy cennego podziemnego współpracownika.

    Drogi Panie Andrzeju,

    Ilość przechodzi w nijakość – jestem przekonany co do słuszności tej zasady w każdych warunkach. Ale na marginesie, wydaje mi się ta zasada z ducha mackiewiczowska, zawsze mnie więc dziwi, że Józef Mackiewicz kilkakrotnie powtarzał znaną zasadę przeciwną. Miał np. nadzieję, że ilość przerodzi się w jakość w wypadku wzrostu tendencji opozycyjnych pod komunizmem. Czy to nie dziwne?

  22. 22 Orzeł

    Panie Andrzeju,

    Czy rzeczywiście jest aż tak wielu ludzi, którzy rozumieją istotę komunistycznej prowokacji i ją świadomie akceptują? Ja spotkałem się tylko z jednym takim przypadkiem, to ten znajomy opisany powyżej. Ale czy jest to zjawisko powszechne? Co nimi zatem kieruje? Strach? Dążenie do świętego spokoju? Tępota umysłowa? Już bardziej do wyobrażenia jest ta druga grupa, tych, co nienawidzą komuny ale ulegają nieświadomie prowokacji. Ale wiedzieć, rozumieć i się godzić? To trudno pojąć.

    Panie Darku,

    Myślę, że dotknął Pan sedna problemu. Pisze Pan, że to próba pogodzenia niemożliwego. Może właśnie oni uważają, że to jest możliwe? Może są tacy, którzy widzą szansę na odzyskanie niepodległego państwa grając na spreparowanej scenie. Wiem, że już wielokrotnie się o to spieraliśmy, może jednak warto podjąć dyskusję z kimś takim, jak Targalski, czy Chodakiewicz i spróbować poznać ich punkt widzenia. Nikt nigdzie indziej (poza Podziemiem) nie zada im takich pytań, bo chyba nikt inny nie dostrzega takiego problemu. Taka dyskusja z pewnością nie będzie drogą donikąd.

    Panie Michale,

    Proszę pozdrowić Starego Chrzana, jestem fanem jego stylu literackiego.

  23. 23 Dariusz Rohnka

    Myślę, Panie Orle, że oni już dawno zrezygnowali z takiej dyskusji i teraz już tylko idą dokąd zmierzają, a ściślej – tam gdzie prawie wszyscy bohaterowie pierwszej powieści Józefa Mackiewicza.

  24. 24 Andrzej

    Panie Orle,

    Mnie nie chodziło o tych, którzy rozumieją istotę komunistycznej prowokacji i ją świadomie akcepują. bo tak może postępować chyba jedynie bolszewik. Miałem na myśli to, że sporo Polaków wie o tym że Wybgazeta to gazeta bolszewicka („lewicowa”) i właśnie dlatego ją wybiera. Tych, którzy nie będąc świadomi prowokacji, majac wybór w swoim życiu, wybrali/wybierają popieranie bolszewików bo z różnych powodów im to odpowiadało/odpowiada. Począwszy od tych którzy wspierali tow. Gomułkę w „Polskim Październiku”, tow. Gierka w latach 70., potem tow. Jaruzelskiego, po dziejszych zwolenników „opcji lewicowej” a skończywszy na zwykłych oportunistach i karierowiczach. Przyzna Pan, że jest ich niemało? A znaleźć ich można nie tylko wśród ludzi których się spotyka na codzień ale nierzadko we własnej rodzinie.
    Chodziło mi o ofiary bolszewickiej zarazy.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja