Wydawnictwo Podziemne - Timothy Snyder i paradoksy historii. Nieznana wojna Henryka Józewskiego (część II) - Michał Bąkowski

Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Mam wrażenie, że Snyder upraszcza co nieco, gdy przedstawia polską literaturę lat 30. jako niemalże monolit o modernistycznych tendencjach, ale darujmy mu. Polscy pisarze przekonani byli rzekomo o dysharmonii między światem wewnętrznym i zewnętrzną naturą, światem faktów. Takt, rozum i wola mogą doprowadzić do harmonii tych światów, ale nawet jeżeli uznać, że taka była dominanta polskiej kultury, to pod koniec lat 30. ta wiara zaczęła zanikać. Wołyń był dobrym przykładem świata, gdzie skrzecząca materialna rzeczywistość, fizyczna choroba i potężne emocje zwyciężały nad taktem i rozumem. Józewski miał czas dla tego, co piękne i wzniosłe, ale był bezsilny wobec rozdźwięku między ideą i życiem. Jego sztuka polityczna na Wołyniu okazała się mistyfikacją, gdy potrzebna była sztuka rządzenia. Józewski widział w wołyńskim eksperymencie dowód, że polsko-ukraińskie współżycie jest możliwe, ale polskie państwo reprezentowane było na Wołyniu przez policjantów i nie było przyjaźnie nastawione do Ukraińców, ani nawet zainteresowane w ukraińskiej kulturze. To niby nic nowego, ale Snyder dodaje kluczową obserwację: polska kultura utraciła atrakcyjność dla wschodnich Słowian. Dlaczego tak się stało? Snyder nie odpowiada, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że winę ponosi dominacja polskiej kultury przez endecję. Polska była atrakcyjna tak długo, jak nie była ekskluzywna, tak długo jak Polakiem mógł być Litwin i Rusin, Kozak i Tatar, prawosławny i ewangelik, starozakonny i chasyd.

Ciekawie pisał o Łucku Józewskiego Józef Mackiewicz:

Być może, lepiej trochę znamy odległy od Wilna Wołyń niż pewni panowie z samego Wołynia. Być może jest coś ogólnego w historycznym wczuciu w dzisiejsze tzw. „Ziemie Wschodnie” i to coś ogólnego pozwala nam z większą nieomylnością wyrokować w sprawach Wołynia z Wilna, niż niektórym panom z Łucka. Dlatego z całą świadomością i z całym, niech będzie nazwanym nawet „kresowym”, doświadczeniem – pozwalamy sobie na rozróżnienie idei od… ludzi.

Mackiewicz mówił rzecz jasna o narzucaniu ideologii przywiezionych w walizkach z centralnej Polski. Mówił o etatyzmie i polonizacji, postrzeganych dokładnie tak samo w Łucku jak i w Wilnie, mówił o kompletnej ignorancji w istotnych sprawach „kresów”. Z punktu widzenia Wileńszczyzny, Wołyń widział mu się jako „piękny, zamożny kraj o urodzajnej glebie. Co posiejesz, to rośnie. Czy dlatego mówiło się o nim, że jest ‘ogródkiem doświadczalnym’?” – ironizował na temat „eksperymentu wołyńskiego”.

Jeszcze ciekawsza, zwłaszcza w kontekście bliskiej przyjaźni Józewskiego z Marią Dąbrowską, jest interwencja Mackiewicza w kwestii zamku Lubarta w Łucku. A było tak…

Mackiewicz wybrał się do Łucka w 1937 roku i z reporterskiego przyzwyczajenia zajrzał do imponujących ruin gigantycznego XIV wiecznego zamku Lubarta, a tam znalazł publiczne wychodki na starożytnych murach, pole do gry dla dzieci na dziedzińcu zamkowym, komisję poborową i straż pożarną. Kiedy mu wytłumaczono, że „wojewoda Józefski (sic) jest taki bardzo biedny człowiek, na którego wszystkie kozy skaczą, i że tyle musiał wycierpieć przez ataki wrogów, którzy mu wymyślali, że zaopiekował się zamkiem”, to Mackiewicz odparł:

Nie wiem, czy wojewoda Józefski zmuszony jest do liczenia się z opinią ludzi niekulturalnych, ale to, co się dzieje z zamkiem Lubarta, nie może świadczyć o wysokim poziomie kultury polskiej.

Na pozór, Mackiewicz potwierdza tu obraz zarysowany przez Snydera: z jednej strony Józewski, z dobrymi intencjami i z ograniczonym budżetem, a z drugiej, endecki chór krytyków, pozbawionych skrupułów i gotowych czepiać się w każdej sytuacji. Józewski chciał ratować zamek Lubarta jako relikt znakomitej przeszłości tych ziem, ale się nie udało. A jednak w prawie rok później miała miejsce polemika między ludźmi kulturalnymi, która rzuca odmienne światło na sprawę. Na łamach Wiadomości Literackich spór wiedli Ksawery Pruszyński i Maria Dąbrowska.

Pruszyński pisał o Wołyniu, jako kraju mlekiem i miodem płynącym, żyznym i szczęsnym, a dziś sprowadzonym do poziomu „nędzy, żałoby, mroku i upadku”. Pruszyński pisze wzniośle i naiwnie o świetnej przeszłości wołyńskiej trochę w stylu „bajki o Złotym Wieku”, nie szczędząc jasnych barw w opisie, co mu Maria Dąbrowska ze smakiem – i nie bez słuszności – wytyka. Tam gdzie Pruszyński widział „łacińskość, Zachód i polskość” Dąbrowska dostrzega antypolskie i antykatolickie sentymenty. Dodaje jednak od razu, że szlachta wołyńska, pielęgnująca ruski język i Prawosławie, nie przestawała być lojalna wobec Korony polskiej. Gdybyż tylko IIRP prowadziła równie rozumną politykę wobec Wołynia, co król Zygmunt August! Innymi słowy, Dąbrowska wykładała tu stanowisko Józewskiego, tak jak je prezentuje po latach Snyder. Nieszczęśliwie, zabrała także głos w sprawie zamku Lubarta, pouczając, że Kniaź Lubart Giedyminowicz, stryj Jagiełły, był prawosławny, ożeniony z księżniczką ruską i przeciwny Unii polsko-litewskiej; że zamek przez niego wzniesiony uległ szwankowi już w 1431 roku, gdy Jagiełło oblegał tam Świdrygiełłę, więc nie ma co wylewać łez nad zniszczeniami w 600 lat później. Na takie postawienie rzeczy replikował Józef Mackiewicz w Słowie z nietajonym sarkazmem: Czyżby ustawiono ustępy w murach zamkowych za karę? W odwecie, bo Lubart był prawosławny? Bo syn Giedymina? W formie retorsji politycznej za akcję Świdrygiełły? Ironizował dalej na temat „niebłagonadiożnosti” całej historii tych ziem w ówczesnej Polsce.

Mamy tu więc sytuację zgoła niespodziewaną: Dąbrowska „broni” osiągnięć eksperymentu wołyńskiego przed „napaścią” ze strony konserwatysty (rzekomo, tylko rzekomo, bo Pruszyński był z tych „konserwatystów”, co popierali czerwonych w Hiszpanii), używając przy tym argumentacji wziętej wprost z endeckiej prasy. Maria Dąbrowska należała do tej samej „Góry” przedwojennej Polski, o której pisałem obszerniej przy okazji „sprawy Łukszy”. I już w 1945 roku witać będzie sowiecką okupację jako wyzwolenie.

Ale wróćmy do Snyderowskiej narracji. Józewski zdołał utrzymać swą potiomkinowską wioskę „polskiego Wołynia” tylko tak długo, jak żył Piłsudski. Po jego śmierci „polskiemu systemowi politycznemu zabrakło powietrza”. I nagle okazało się, że polska ludność na Wołyniu jest zagrożona. Komuniści i nacjonaliści nauczyli się terroryzmu, a większość ludności ukraińskiej uważała ich wystąpienia za „początek powstania przeciw Lachom”. Pewien policjant otrzymał ostrzeżenie, żeby uciekał, bo wszyscy Polacy zostaną wymordowani – był zaledwie 14 lutego 1937 roku. OUN brał komunistów za wzór, był wprawdzie spenetrowany przez agentów komunistycznych, ale i nacjonaliści zinfiltrowali ukraińską kompartię. Obie grupy obiecywały rewolucję społeczną i narodową, ale tylko komuniści mówili wówczas o „ostatecznym rozwiązaniu” kwestii narodowej, przez co rozumieli fizyczne zniszczenie Polaków na Wołyniu. Komuniści byli zdziesiątkowani aresztowaniami; niestety polskie więzienie okazało się przechowalnią: czytali Marksa, przygotowywali kadry, a przede wszystkim uniknęli sowieckich czystek. Z polskiego więzienia łatwiej było wierzyć w sowiecki raj niż z celi na Łubiance.

Snyder mówi o fatalnym wpływie endecji na stosunki z Ukraińcami. Józewski przygotował polityczny program dla Cerkwi Prawosławnej w Polsce, jako „przygotowanie gruntu dla Cerkwi w przyszłej Rosji”. Wyłącznie na Wołyniu Msze prawosławne odprawiane były w innym języku niż rosyjski lub starocerkiewny. Ale tak było tylko do wczesnych latach 30. Po 1935 Cerkiew Prawosławna miała stać się narzędziem polonizacji Ukraińców. Był to efekt wpływów endecji, która wygrałaby w cuglach wolne wybory; autorytarna sanacja gotowa była więc zmienić swą politykę, by dostosować się lepiej do nastrojów społecznych. Zaczęto mówić o asymilacji, o ośrodkach polskości. Ukraińscy księża byli widziani jako antypolscy, nie było już mowy o szanowaniu kultury ukraińskiej na Wołyniu. Stosunek polskiego państwa do Ukraińców pod koniec lat 30. nie różnił się wiele od podejścia do Żydów. Dla Józewskiego natomiast, raison d’état polskiego państwa była tolerancja wobec wspólnot religijnych i objęcie wielu narodowości. Niestety! Wołyń był już wówczas przegrany. W 1936 roku prokurator Stawecki z Lublina raportował Warszawie, że „wołyński chłop spokojnie i raczej przyjaźnie ośmiela się antycypować nieuniknioną ekspulsję Lachów; jak refren pojawia się w ich wystąpieniach mowa o ‘rzezi Polaków’”.

Pod koniec lat 30. największym przeciwnikiem polityki Józewskiego było wojsko. Sztabowcy słusznie wskazywali, że ukraińskie instytucje na Wołyniu (bronione uparcie przez Józewskiego) były przesiąknięte nacjonalizmem, zinfiltrowane przez OUN i komunistów, i stały się antypolskie. Lubelski okręg wojskowy pod przywództwem gen. Smorawińskiego, zniszczył 91 cerkwi w rejonie chełmskim. Temu samemu dowództwu podlegał Wołyń. W lecie 1939 wojsko zajmowało się konwersją Ukraińców… Mieli nawet „pięcioletni plan” polonizacji chełmszczyzny i Wołynia. Plan zawierał rewindykację ziemi, masowe osadnictwo polskie, budowę setek kościołów katolickich i masową konwersję pod nazwą „akcji rewindykacyjnej” – Snyder słusznie nazywa to kolonizacją. Wzorując się na hitlerowskich Niemczech, wszystko było zaplanowane na dużą skalę: inwestycje, nowe drogi, rozwój gospodarczy. Wileńskie Słowo pisało w 1938 roku o akcji rewindykacyjnej: „terminem tym określa się masowy powrót – jak mówią jedni – a przejście – jak chcą inni – ludności prawosławnej na łono Kościoła Katolickiego”. Ogromna większość ludności polskiej popierała akcję, tylko „nieliczni zwolennicy Józewskiego” byli przeciwni. Konkluzja artykułu poraża swą krótkowzrocznością. „Jeżeli wolno baptystom, sztundystom i innym werbować sobie zwolenników, to chyba prawo apostolstwa przysługuje też katolikom.” – Prometejska idea umarła, a raczej została zabita w Polsce, przez Polaków. Ciekawostka, że plan Smorawińskiego istniał na pismie, ale Snyder nie znalazł żadnej kopii.

Eksperyment wołyński Józewskiego był elitarnym przedsięwzięciem, które opierało się na poparciu autorytarnego rządu, a precyzyjniej – Piłsudskiego. Nie miało jednak nigdy szerokiego poparcia wśród Polaków, bo w polskiej myśli politycznej rej wiodła endecja. Instytucje założone dla wspierania kultury ukraińskiej w planach ofensywy przeciw sowietom, były teraz użyte dla zwalczania kultury ukraińskiej w przekonaniu, że to wspomoże Polskę podczas nadchodzącej rozprawy z Niemcami lub Rosją. Efekty takiej polityki były przewidywalne: wzmocnienie nacjonalizmu ukraińskiego i podjudzanie antypolskich sentymentów. Typowym komentarzem ze strony młodych Ukraińców było: udekorujemy słupy wami, a drzewa waszymi żonami. Odebranie (czyli „rewindykacja”, jak chcieli autorzy akcji) ostatniej cerkwi w Łucku odbyło się w sierpniu 1939.

Po pacyfikacji Ukraińców, generał Smorawiński był mniej bezwzględny wobec nadchodzącej armii czerwonej, zakazał bowiem swym żołnierzom strzelania do sowieckich najeźdźców. Został wzięty do niewoli i zginął w Katyniu.

Na marginesie, Snyder dokonał ciekawego rozróżnienia, że o ile BBWR z czasów Piłsudskiego był etatystyczny, to sanacyjny Ozon był otwarcie nacjonalistyczny. Hasłami Ozonu były „konsolidacja” i „naprawa”, które tak skutecznie wyśmiewało wileńskie Słowo. O ile jednak publicyści wileńskiego dziennika krytykowali praktykę „konsolidacji w zwierciadle bagiennym” i faktyczne skutki naprawiactwa z punktu widzenia autentycznych interesów państwa polskiego, to Snyder dotyka istotnego problemu ideowego sanacji: bezwstydnego przejęcia haseł endeckich po śmierci Piłsudskiego.

***

Okupację sowiecką nazywa Snyder „doskonałym odwróceniem ról”. Oficerowie i urzędnicy polscy znaleźli się w celach więziennych zajętych do niedawna przez komunistów, a komuniści za biurkami urzędników. Polacy byli dotąd jedyną grupą etniczną godną zaufania władzy na Wołyniu, a teraz poddani zostali rytualnej degradacji. Deportacje objęły kolejno osadników, urzędników, uciekinierów i wreszcie Polaków osiadłych tam od stuleci. Nie trzeba było jednak długo czekać, by zaczęto wysiedlać i ukraińskich nacjonalistów. Wschodnia Polska stała się centrum represji: w latach 39-41 nkwd aresztowała więcej ludzi w Polsce niż w całych sowietach. Pomimo Katynia, obozów, zabijania więźniów, represje były jednak mniej brutalne niż w latach 37-38. Z pół miliona represjonowanych Polaków, 400 tysięcy przeżyło; w latach 37-38 cztery z pięciu osób poddanych represjom zginęło. Snyder tłumaczy to nieprzekonująco: wielki terror niszczył Polaków wtedy, gdy państwo polskie istniało i mogło być zagrożeniem, po wrześniu takiego zagrożenia już nie było – trudno było w milionach Polaków widzieć „agentów Hitlera”. To chyba znowu nieporozumienie. Celem Stalina była sowietyzacja, a nie uniknięcie zagrożenia. Inaczej mówiąc, najlepszym sposobem na usunięcie zagrożenia była sowietyzacja: zsowietyzowana Polska nie jest zagrożeniem, widzimy to do dziś. Polskie elity były nadal poddane fizycznej likwidacji, bo tylko one mogły sowietyzacji przeciwdziałać, nawet jeżeli w latach 39-41 nie istniało już polskie państwo.

Snyder oferuje także ciekawy komentarz do Mackiewiczowskiego „Niemcy robili z nas bohaterów, a sowieci gówno”. Gestapo było bez porównania gorsze w zwalczaniu polskiej konspiracji niż nkwd, ponieważ sowieci mieli „instytucjonalną pokorę” wobec konspiracji. Ojcami czekistów byli profesjonalni konspiratorzy, którzy wiedzieli, że policja może być wykiwana; Gestapo natomiast wierzyło w rasową wyższość Niemców, nie mogło więc doceniać podludzi. Sowieci woleli cierpliwą penetrację niż masowe egzekucje; Niemcy mieli listę ludzi do rozstrzelania, a sowieciarze listę donosicieli. To wszystko wydaje mi się zupełnie nietrafne! Nic dziwnego. Snyder wziął to od Jana Nowaka. Prawdziwa różnica między systemami bierze się z politycznej interpretacji roli tajnej policji – nomen omen: policji politycznej w systemie sowieckim – w przeciwieństwie do czysto policyjnej roli Gestapo. Nawet SS, która niewątpliwie miała rolę polityczną, nie mogła nigdy szukać współpracowników wśród ludności podbitej ze względu na oczywisty idiotyzm polityki Hitlera: ludność podbita taką miała pozostać. Polacy nie mieli wyboru, skoro mieli zostać niewolnikami niemieckich panów, musieli walczyć; ale mieli wybór, kiedy sowieciarze „nieśli im wolność”, bo po co wówczas walczyć?

Snyder zauważa, że klasyczna bolszewicka sekwencja, którą Mackiewicz nazywał „najpierw rozpętać, potem spętać”, powtórzona została na ziemiach polskich w przyspieszonym tempie. Odebrano ziemię Polakom, co było bardzo popularne, ale nie rozdano jej Ukraińcom, tylko z miejsca, bo już w marcu 1940, rozpoczęto kolektywizację na Wołyniu. Deportacje osadników polskich przyjęte były jako znak sprawiedliwości przez niektórych Ukraińców. Jeden sielsowiet domagał się nawet, żeby nie deportować, a rezać na miejscu, ale w wielu wioskach Ukraińcy żegnali wysiedlanych ze łzami w oczach, bo pewnie wiedzieli, co ich samych czeka. Deportacje prędko dotknęły samych Ukraińców i nikt już nie mógł mieć wątpliwości, że sowiecki Wołyń daleki jest od wymarzonej ukraińskiej niepodległości. Najzabawniejsze jest na pewno rozczarowanie komunistów „wyzwolonych”

na Wołyniu, ich hasła ziemi dla chłopów i samostanowienia narodowego, zostały prędko wyrzucone na śmietnik, toteż wielu komunistów przyłączyło się do OUN, który pozostał przy hasłach wyzwolenia społecznego i narodowego. OUN nie był silny na Wołyniu za polskich czasów, ale już w 1941 roku stał się jedyną siłą oporu.

Wśród chaosu wojennego wyróżnia się historia Cygielmana, Żyda z Łodzi, który umknął przed Niemcami na Wołyń; widok jego auta najpierw wystraszył krasnoarmiejców, ale wyzbywszy się pierwszego lęku, odebrali mu limuzynę. Okupacja sowiecka w oczach Żydów da się podsumować krótko: krótkotrwała nadzieja, materialna strata i rozczarowanie dla wszystkich. Kiedy jednak w lecie 1941 na zmianę przyszli Niemcy, cała ludność żydowska obarczona została odpowiedzialnością za sowieckie zbrodnie. Niemcy zapewne nie zdawali sobie z tego sprawy, ale ich propaganda uwalniała od odpowiedzialności lokalnych komunistów, lokalną ludność. Udział Ukraińców w mordach na Żydach był przynajmniej częściowo umotywowany chęcią dowiedzenia, że nie mieli nic wspólnego z sowietami. A przecież liczbowo więcej było Ukraińców wśród komunistów niż Żydów. W Krzemieńcu, uciekający enkawudziści zamordowali 150 więźniów, w odpowiedzi lokalna ludność wymordowała 130 Żydów. W Łucku nkwd pozostawiło 2800 trupów w więzieniu, Sonderkommando 4a zabiło 2000 Żydów jako retrybucję. Paradoks tej sytuacji nie umyka Snyderowi. Ukraińcy mordowali Żydów z zemsty i dla usprawiedliwienia, Niemcy z ideologii i dla zdobycia poparcia ludności. To ostatnie wydaje mi się mało przekonujące. SS robiłoby to samo i bez poparcia; poparcie lokalnej ludności mogło być dla nich ważne w Paryżu, ale nie w Łucku. Ważniejsze dla dalszego rozwoju wypadków jest całkowite rozprężenie spójności społecznej. Za sowieckich czasów Polacy byli niemal wyjęci spod prawa i mordowani na miejscu lub wywożeni. Niemcy traktowali Żydów już nie jako podklasę, ale zupełnie otwarcie jak podludzi. Prędko przyszła kolej i na Ukraińców. Kiedy przywódcy OUN ogłosili powstanie państwa ukraińskiego w sojuszu z Niemcami przeciw bolszewikom – zostali aresztowani. Snyder podkreśla, że Niemcy zachowali sowiecką strukturę posiadania (kołchozy) i sowieckie metody postępowania, prędko więc zostali znienawidzeni i przez Ukraińców.

***

Spór Borowca z Banderą o kierunek polityki ukraińskiej, doprowadził niebezpośrednio do rzezi wołyńskiej. Prowokacja sowiecka na początku 43 roku spowodowała niemieckie represje wobec Ukraińców, i wreszcie AK powróciła na Wołyń. Borowiec, spadkobierca Petlurowskich tradycji, i być może najbliższy przykład ukraińskiego odpowiednika Henryka Józewskiego, był przeciwny narodowym czystkom. Tak jak w wypadku Józewskiego, przeciwnicy polityczni wykorzystali jego własną postawę przeciw niemu. Jednak banderowcy posunęli się dalej niż obrzucanie błotem: porwali jego czeską żonę i zamordowali po torturach. OUN Bandery wchłonął armię Borowca i zachował jej nazwę Ukraińskiej Powstańczej Armii, z tą różnicą, że odtąd UPA obróciła się przeciw Polakom.

Chłopom wołyńskim nie powodziło się za czasów Józewskiego, a po jego dymisji mieli do czynienia ze zwiększonym osadnictwem polskim, nie widzieli więc dla siebie przyszłości pod polskimi rządami; pod sowietami zagnano ich do kołchozów, a pod Niemcami zagłodzono rekwizycjami. Eksterminacja Żydów zlikwidowała odwieczną sieć handlu. UPA wzywała do walki z trzema wrogami – Stalinem, Hitlerem i miejscowymi Polakami – ale oprócz skrajnego nacjonalizmu wznosiła też klasyczne hasła leninowskie: ziemia dla chłopów, władza dla ukraińskich robotników, chłopów i inteligencji pracującej. Polityka wobec Polaków także zapożyczona została od bolszewików: bij polskich panów! O dziwo, prawosławni biskupi na Ukrainie mieli odwagę potępiać UPA jako bolszewików.

Rzeź wołyńska była celową, metodyczną akcją. Miała na celu wykopanie niepokonalnej przepaści między Polakami i Ukraińcami. Ukraińscy nacjonaliści obiecywali Polakom haniebną śmierć, bo nie chcieli zostawiać żadnych mostów dla przyszłego porozumienia. Metody morderców były celowo skrajne, ale już wkrótce zajęła Wołyń armia czerwona i ponownie zabrała się do wysiedlania niedobitków Polaków i Żydów – tym razem nie do Kazachstanu, a do komunistycznej Polski. Przedwojenne obywatelstwo było bez znaczenia, była to akcja etniczna: Polacy i Żydzi na zachód, Ukraińcy zostają. Sowieci ukończyli więc robotę rozpoczętą przez ukraińskich nacjonalistów.

UPA walczyła z sowietami do lat 50. Józewski pragnął przemienić Ukraińców w siłę antykomunistyczną, ale nie w takich okolicznościach i nie w taki sposób. Próbował stworzyć warunki, w których ukraiński patriotyzm mógł zaakceptować lojalność wobec Polski i uniknąć wyborów ideologicznych, ale okazało się to niemożliwe. Polski nacjonalizm, sowiecka okupacja, a potem niemiecka, złożyły się na zwycięstwo skrajnych nacjonalistów na Ukrainie. Borowiec przegrał, bo nie było apetytu na porozumienie z Polską, ale Polacy – z wyjątkiem Józewskiego – też nie chcieli porozumienia. W rezultacie, Józewski był całkowicie odizolowany: Ukraińcy nienawidzili go jako wroga i „polskiego pana”, wołyńscy komuniści jako ciemiężcę, Polacy jako marzyciela oderwanego od polskiego społeczeństwa, ale wedle Snydera Józewski nie miałby nic przeciwko tym etykietkom. Walczył z komunizmem i z nacjonalizmem, więc nie liczył się z opinią publiczną, w czym zresztą najbardziej przypomina Józefa Mackiewicza. Wołyń okazał się tylko wycinkiem Europy, gdzie nacjonalizm ścierał się z komunizmem i prowadził do ludobójstwa. Józewski powstrzymał nacisk historii przez kilka lat, ale kiedy zalała wreszcie Wołyń, to była bardziej straszliwa niż gdzie indziej. Wszelkie ślady polskiej wielowiekowej obecności zostały wyrugowane, Żydzi zostali wyeliminowani, a Ukraińcy pozostali wprawdzie na miejscu, ale ucierpieli może najbardziej.

***

Operacja Burza miała, zdaniem Snydera, sprzeczne cele. Nie można wspomagać czerwonej armii i jednocześnie nie okazać własnej siły. Nie można było „pomagać” nadchodzącej potędze, pozostając w konspiracji, a dekonspiracja oznaczała rozbrojenie. – To prawda, ale Snyder grzeszy tu naiwnością. Jego uwaga byłaby słuszna w określeniu pozycji francuskich maquis wobec lądujących w Normandii Aliantów, gdy w wypadku AK i Burzy podstawowa sprzeczność nie była ani logiczna, ani logistyczna, tylko polityczna: Stalin nikogo nie pragnął wyzwalać tylko sowietyzować, a AK była mu potrzebna tak długo, jak wysadzała w powietrze pociągi niemieckie jadące na front wschodni, albo dostarczała danych wywiadowczych przez Londyn. Nkwd było dobrze poinformowane i oficerowie sowieccy śmiali się, kiedy w Milanówku znaleźli miniaturowy Londyn. „Szesnastu” przywódców i Mikołajczyk nie mogli niczego osiągnąć, bo Polska była dawno przegrana, sprzedana i pogrzebana żywcem. Ale czy Snyder tu nie idzie zbyt daleko w usprawiedliwieniach? Mikołajczyk wiedział o transakcjach teherańskich i jałtańskich, leciał do Moskwy z otwartymi oczami. Generał Okulicki, który w moich oczach był bohaterem tamtej wojny, jednak zgodził się jechać na „spotkanie” z sowieckim okupantem. Dlaczego?

Józewski tymczasem ukrywał się u Żydów, którzy przeżyli wojnę ukrywając się u Polaków. Porównał „wyzwolenie” sowieckie do sytuacji Łazarza, któremu natychmiast po zmartwychwstaniu kazano, by powrócił do grobu. Rzepecki oddelegował Józewskiego do naprawy stosunków z UPA. W swoim pismie Polska Niezawisła twierdził, że sowiecka okupacja jest gorsza od niemieckiej, ale po okupacji niemieckiej potencjał polskiego oporu spadł. Kładł nacisk na przygotowanie moralne i jasność wizji politycznej, w czym oczywiście najbardziej przypomina znowu – Józefa Mackiewicza.

Opis akcji ubeckiej dla schwytania „Profesora” i kontr-akcji grupy skupionej wokół Józewskiego czyta się jak szpiegowski kryminał. Fałszywy WiN, tortury, prowokacje, ciche bohaterstwo i zdrada. Amerykanie przekazali ponad milion dolarów ubekom z WiNu, gdy Wraga ostrzegał, że Trust jest wykładany w szkołach kgb.

„Żyć bez kompromisów i ustępstw, kiedy jesteśmy przekonani o słuszności naszej sprawy, to piękno. A żyć trzeba pięknie, nie wygodnie czy szczęśliwie.” Tak brzmiała dewiza Felicji Wolff, kurierki Tokarzewskiego i Józewskiego. Aresztowana wielokrotnie, była w gułagu, ale wracała zawsze do Polski z instrukcjami, z pieniędzmi, zbierała raporty i listy. Była jedyną zaufaną łączniczką między Józewskim i ośrodkami polskimi w Rzymie i Londynie. Uważała go za najważniejszy kontakt w Polsce, obawiała się tylko jego tendencji do filozofowania. Ubecja także uważała go za najważniejszą osobistość, nazywając go „agentem Międzymorza”! Kolejny związek z Mackiewiczem.

Namawiany do ucieczki na Zachód, Józewski konsekwentnie odmawiał. Wierzył w nadchodzącą wojnę i twierdził, że Polacy na miejscu będą najlepiej przygotowani do rządów. Snyder nazywa to „skrzyżowaniem optymizmu krucjaty z twardym taktycznym rozsądkiem”. W dziwny sposób, to właśnie ukrywając się w komunistycznej Polsce pozostał Józewski wolnym.

Wolff aresztowano w 1949 roku i ponownie w 1951. Poddawana torturom, nic nie powiedziała. Po 56 roku odmówiła podpisania prośby o ułaskawienie.

Snyder mówi, że gdyby to Różański zwerbował Marię Dąbrowską, a nie jego brat Borejsza, to Józewski zostałby aresztowany znacznie wcześniej, bo oto Józewski spotkał się z nią po śmierci Stanisława Stempowskiego w 1952 roku. Dąbrowska opisała w dzienniku „piękną twarz senatora”, a Józewski nazwał jej współpracę zdradą.

Józewski został wydany ubecji przez odległą krewną, która nie wiedziała kogo denuncjuje; zresztą ubecy też nie wiedzieli, kogo dostali w swoje łapy. Aresztowano go 3 marca 1953, na dwa dni przed śmiercią Stalina. Ale Józewski był antykomunistą, a nie antystalinistą, nie spodziewał się więc łaski ze strony swych oprawców, kiedy już został zidentyfikowany. A jednak – nie był torturowany. Po 6 tygodniach intensywnych przesłuchań dano mu spokój na trzy miesiące.

Akt oskarżenia nie powoływał się na autentyczne kontakty z brytyjskim wywiadem, co trudno wytłumaczyć inaczej niż obojętnością bolszewików na prawdę. Snyder podkreśla, że nie ma dowodów na bezpośrednią współpracę Józewskiego z wywiadami zachodnimi, ale akcja prometejska była z definicji wroga bolszewikom. Józewski nie nadawał się na agenta, bo był zawsze z natury powiernikiem a nie funkcjonariuszem, był „zaufanym” a nie agentem. Dlaczego go nie torturowano? Dlaczego nie skazano na śmierć? Snyder nie odpowiada, ale odpowiedź nasuwa się jedna: nie było w tym żadnego politycznego kapitału dla bolszewii. prl zachował „dziwny legalizm przy jednoczesnym bezprawiu”, więc bez tortur skazano Józewskiego na dożywocie, a wypuszczono w listopadzie 1956. Snyder liczy, że jego wojna trwała 17 lat, 2 miesiące i 5 dni, ale mnie się wydaje, że wypuszczenie na prlowską wolność nie było końcem zmagań dla takiego człowieka.

Książka Timothy Snydera o Henryku Józewskim jest swoistym arcydziełem. Z benedyktyńską cierpliwością wyciągnął z archiwów każdy znaczący szczegół, ale wszystkie te wielobarwne liście nigdy nie przesłoniły mu różnorodności drzew i całości lasu. Jego syntetyczne, często apokryficzne uwagi są odkrywcze. Twierdzi np., że Polska i sowiety toczyły mini-zimną wojnę po 1926 roku, z wszystkimi fałszywymi alarmami, propagandą, ideologią, awanturami szpiegowskimi i wzajemnymi oskarżeniami. Ukraina była przedmiotem i teatrem tej zimnej wojny. Waszyngton był po wojnie równie zmęczony porządkiem jałtańskim, co Warszawa porządkiem ryskim w 20 lat wcześniej. Polacy używali Ukraińców dla swoich celów, tak jak Amerykanie używali Polaków. Philby miał swego odpowiednika w Ignacym Dobrzyńskim, a prowokacja WiNu oszukała CIA tak samo skutecznie, jak Trust oszukał Dwójkę. Różnice są jednak poważne. Polska aspirowała do pozycji, której nie mogła utrzymać i dlatego przegrała. Amerykańska potęga była innej natury, bo gospodarczej. Plan Marshalla był bardziej atrakcyjny niż eksperyment wołyński Józewskiego. Powiedziałbym, że różnic jest chyba więcej, ale poprzestańmy na analogiach.

Snyder przypisuje kontynuację idei prometejskiej Kulturze i Giedroyciowi. Jestem tak źle nastawiony do Giedroycia, że początkowo coś się we mnie buntowało przeciw takiemu utożsamieniu, ale chyba jednak Snyder ma rację, z tym wszakże zastrzeżeniem, że Prometeizm był fundamentalnie antykomunistyczny, a Kultura nie była. Odrzucenie endeckiej wersji polskiego nacjonalizmu jest chyba jedynym elementem łączącym.

Życie Józewskiego w prlu „na wolności” określa Snyder trafnie mianem „martwej natury”. Mniej trafne wydają mi się spostrzeżenia, że pogodził się z Dąbrowską, że poznał Lorentza. Może i poznał, może i się pogodził, bo czyż miał inny wybór? Ale domyślał się zapewne, że Lorentz musi na niego donosić, a Dąbrowskiej ufać nie mógł.

Henryk Józewski mieszkał w Warszawie, na Koszykowej. Być może otarłem się o tego niezwykłego człowieka na ulicy, bo umarł w kwietniu 1981 roku, mając niemal 90 lat.



Prześlij znajomemu

12 Komentarz(e/y) do “Timothy Snyder i paradoksy historii. Nieznana wojna Henryka Józewskiego (część II)”

  1. 1 Andrzej

    Obok Henryka Józewskiego – piłsudczykami którzy wydają mi się być godnymi uwagi są Wacław Lipiński oraz Ignacy Matuszewski. Obaj zdecydowanie sprzeciwiali się komunizmowi i obaj zapłacili za to wysoką cenę.
    Czy jednak nie było tak, że oni wszyscy choć widzieli w komunizmie wroga ludzkości, mniej czy bardziej (oraz świadomie lub podświadomie) identyfikowali go z imperializmem rosyjskim i jako taki starali się przede wszystkim zwalczać? Czy w tle tego sprzeciwu, wrogiem nr 1 nie pozostawała dla nich jednak wolna i suwerenna Rosja która może być Polsce wroga? Takie rozumowanie wydaje mi się kluczowym do zrozumienia postawy Piłsudskiego wobec bolszewizmu. Bo w istocie popierał (i to do czasu gdy postawił na rozwiązanie ryskie) tylko tych Rosjan którzy gwarantowali mu trwałe zerwanie z rosyjskim imperializmem (Sawinkow). Tak też mogło być z jego wiernymi naśladowcami.

    Można też doszukiwać się wrogów komunizmu wśród polskich narodowców (Tadeusz Bielecki?) lecz zgodzi się Pan chyba z moją oceną, że ich sprzeciw nie mógł być skutecznym skoro u jego podstawy przyjmowano zasadę, że komunizm można zwalczać bez przyznania równorzędnego prawa do wolności wszystkim innym narodom a w szczególności sąsiednim.

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Przypuszczam, że więcej było ciekawych ludzi wśród piłsudczyków, choćby Kazimierz Sosnkowski czy Walery Sławek. Ale problem z nimi wszystkimi jest zawsze ten sam, a mianowicie, że byli piłsudczykami w pierwszym rzędzie.

    Nie znam wystarczająco dobrze poglądów Lipińskiego (Mackiewicz miał o nim wysoka opinię) ani Matuszewskiego, żeby oceniać, czy utożsamiali sowiety z Rosją, ale prawdę mówiąc nie spodziewałbym się niczego innego. Polrealizm panuje i jednoczy, skądinąd skłócone, polskie stronnictwa, odłamy społeczeństwa i nurty myślowe.

    Słusznie wskazuje Pan na Sawinkowa, jako przykład wielkiego polityka, który potrafił porzucić stanowisko zajmowane przez całe życie (bagatela!), gdy skonfrontowany został przez absolutne Zło bolszewizmu.

    Nie znam także Bieleckiego, ale czytałem bardzo dawno temu Dmowskiego i przede wszystkim śmiertelnie mnie znudził. Czy nacjonalizm nie jest zawsze nudny?

  3. 3 Bogusław Bielecki

    Szanowny Panie Michale!

    Świetny tekst o wyjątkowym, zapomnianym człowieku o którym można bez żadnej przesady powiedzieć : prometejczyk. Żałuję tylko, że nie dane mi będzie zaznajomić się ze źródłem Pana inspiracji. Tym bardziej cieszę się, że je Pan przybliżył. Nie sądziłem, że ktoś się tak poważnie zajął tą postacią. Ale oczywiście, pozwoli Pan, wtrącę pewne mało wysublimowane uwagi.
    Takie na moim poziomie, więc proszę o wybaczenie.

    1.Z tekstu wywnioskowałem, że widział Pan szansę na obalenie bolszewików na Ukrainie przez Polskę (przed Hołodomorem) wykorzystując przy tym ruch powstańczy, który masowo by się na niej uformował. Nie bardzo wiem, jak Pan chce uzasadnić tę tezę. Ledwie kilka lat wcześniej z hukiem zawaliła się wyprawa kijowska, która miała identyczne cele. Cóż się zmieniło od tego czasu?
    To, że Ukraińcy zaczęli poznawać pierwsze dokonania bolszewików na własnej skórze i wywołało to ich bunt, wcale nie świadczy o tym, że nagle stali by się masowymi zwolennikami nowej Wyprawy Kijowskiej. Na jakiej podstawie twierdzi Pan , że tak by było? Dlaczego nagle rzeszom stepowych chłopów stało by się bliżej do Petlury niż Machny z Hryhorjewem i Zełenym? Myślę, że podobnie uważał Titiunnyk. Tyle, że było to rozumowanie heroiczne, ale ( co się okazało po niewczasie i trudno go o to winić) naiwne.

    2.Niestety nie mogę się z Panem zgodzić, że Wielki Terror tow. Jeżowa był typowo bolszewicką rzezią , która w takim samym stopniu obejmowała Polaków co inne narodowości. Oczywiście nie twierdzę, że Polacy byli jedyną mordowaną grupą lub, że kryteria etniczne były jedyne. Ale rozkazy 00439 i 00485 to dwie różne wytyczne. Straty Niemców , biorąc pod uwagę ich liczebność w stosunku do Polaków były 10-krotnie niższe. W szeregach komunistów te proporcje były daleko dalej niekorzystne dla „naszych”. Na końcu tego szeregu „niewinnie mordowanych towarzyszy” stoją Żydzi, którzy ponieśli z rąk Jeżowa proporcjonalnie najniższe straty. Oczywiście wszystko to miało jakieś bolszewicko logiczne uzasadnienie, ale nie miejsce tu na roztrząsanie tego tematu.

    3.Działalność Henryka Józewskiego musi wzbudzać najwyższe uznanie. Jego wizja odbudowy Rzeczpospolitej nawiązującej do jej przedrozbiorowych tradycji musi budzić (przynajmniej mój) zachwyt. Na tym tle dokonania władz w zakresie polityki antyukraińskiej, która w swej istocie była polityką również w skutkach antypolską muszą razić głupotą i krótkowzrocznością, że o innych cechach nie wspomnę przez litość. Ale jego wizja przyszłości i rozwoju relacji polsko-ukraińskich na tych ziemiach też okazała się utopią. Nie chcieli jej ani Polacy, ani Ukraińcy.
    Niestety wśród nich też nie było prostego podziału,jak pan to przedstawił, na petlurowców z Tarasem Boroweciem i OUN z Banderą, który zawłaszczył sobie nawet nazwę UPA. Andrij Melnyk też był petlurowcem.A tworzył OUN .
    Wizji Józewskiego nie podjął nikt. Stawiam tezę, że była ona możliwa do realizacji w wypadku odrodzenia Polski w zdecydowanie szerszych granicach, jako państwa federacyjnego, gdzie struktura narodowościowa wykluczała by pomysły na przymusową polonizację a wymuszała respektowanie potrzeb innych. Ale panowie w Rydze postanowili inaczej. I to oni zbudowali fundamenty OUN-u w jego banderowskiej wersji. Postawię więc pytanie:
    Czy nie było żadnego dobrego wyjścia, żadnego rozwiązania, które dało się wprowadzić?Przy jakich warunkach?
    Chętnie usłyszę jakieś opinie.

    PS.Stawianie endecji i bolszewików na jednej płaszczyźnie co Pan, mam nadzieję nieświadomie, przemyca jest, delikatni mówiąc, niesmaczne. A co Dmowskiego:
    nie musi być porywający, ale jeśli przymiotnik nudny wyczerpuje Pana zdaniem jego twórczość, to znaczy, że mieliśmy w swej historii bardzo skutecznych nudziarzy.

    z wyrazami najwyższego szacunku

    Bogusław Bielecki

  4. 4 michał

    Drogi Panie Bogusławie,

    Wnioskuję z Pańskich słów, że polskie wydanie jest wyczerpane, ale w takim razie trzeba się domagać. Żądać w księgarniach, żeby zamówili, i na internecie – tylko w ten sposób można oczekiwać dodruku albo dalszych wydań.

    Na pierwsze pytanie odpowiedziałbym tak: zmieniło się jedno: Ukraińcy poznali sowiecką władzę na własnej skórze, a nie z propagandowego plakatu. Hasłem bolszewików na Ukrainie było „bij polskich panów – ziemia dla chłopów”. Czy myśli Pan, że w 29 roku mogli mieć jakiekolwiek złudzenia co do takich haseł? Czy Ukraińcy walczyliby o przyłączenie Ukrainy do Polski? Nigdy! Ale z pomocą Polski walczyliby o własne wyzwolenie spod bolszewickiego knuta.

    Wyprawa kijowska „zawaliła się” z dwóch powodów, braku poparcia dla Petlury w „inteligenckim Kijowie” (niech Pan przeczyta „Białą gwardię” Bułhakowa, bardzo pouczająca lektura) oraz z powodu koncentracji polskich sił na odcinku południowym i odsłonięciu północnej flanki na atak Tuchaczewskiego. Kiedy się walczy z bolszewizmem, to trzeba stawiać na nienawiść ludzi do tego koszmarnego systemu. Polacy postąpili w 1920 roku bardziej jak Hitler niż tak jak należało.

    O tzw. operacji polskiej pisałem obszernie w długim cyklu pt. Piszcie do mnie na Berdyczów, który znajdzie Pan pod klawiszem Cykle, jeśli to Pana interesuje. Na marginesie dodam, że Mackiewicz uważał polskich komunistów, tych „naszych”, za wroga numer 1. Jeśli każdy naród uzna komunistów własnych za pierwszego wroga, to jest szansa na ich pokonanie – innej szansy nie widać.

    W punkcie 3 ma Pan oczywiście rację, ale czyż nie należy walczyć o słuszność, a nie o to, co jest utylitarnie możliwe? „Polskość” jako idea ponadnarodowa, została zamordowana przez nacjonalizmy, ale w pierwszym rzędzie przez nacjonalizm polski. Mówi Pan, że polityka władz była „w skutkach antypolską” – słusznie. Ale proszę pamiętać, że Józewski był wysokim urzędnikiem tego państwa. Dopiero po śmierci Piłsudskiego stracił oparcie w Warszawie i sanacja upodobniła się do endecji, ale to mówi wiele o klikowej naturze rządów Piłsudskiego.

    Nie próbowałem zajmować się podziałami wśród Ukraińców, proszę mi więc wybaczyć, jeśli obraz jaki się wyłonił z mego polemicznego omówienia książki Snydera nie jest ścisły. Ma Pan znowu rację, że wizji Józewskiego nie podjął żaden polityk, ale czy nikt? Podjął ją, nie bezpośrednio, bo podszedł do problemu z innych stron – Józef Mackiewicz. I on także udziela odpowiedzi na Pańskie ostatnie pytanie: należało iść dalej w roku 1920, przeć na Moskwę i tym samym pozwolić Wranglowi uderzyć z południa. Rozejm z bolszewikami był wyrokiem na armię Wrangla i wyrokiem na kontrrewolucję.

    Skoro już gdybamy, to dodam od siebie, że w hipotetycznej sytuacji, gdyby Lenin i spółka zawiśli na latarniach, powstałaby zapewne wolna Ukraina w natychmiastowym konflikcie terytorialnym z Polską o Lwów, identycznym jak konflikt z Litwą o Wilno (i efekt byłby zapewne podobny).

    Niestety nie rozumiem Pańskich słów o Dmowskim. Jeśli to kwestia smaku tylko, to nie ma o czym mówić (non disputandum est), ale mam wrażenie, że to dla Pana wcale nie jest kwestia smaku. Skuteczny nudziarz? Tak, powiedziałbym, że tak. Jak Engels albo Lenin. Ci też są nie do czytania, ale skuteczności im nie brakło.

  5. 5 Bogusław Bielecki

    Szanowny Panie Michale!

    Zacznę od końca. Niestety nie chodziło mi o to co należało zrobić w roku 20. To oczywiste i w zasadzie trudno tu rozwijać jakieś nowe tezy.Miałem nadzieję,że wynika to z mojej wypowiedzi. Pytanie dotyczyło okresu po zawarciu traktatu w Rydze. Chyba, że uważa pan, że tu już nie było żadnych skutecznych rozwiązań.

    Nie napisałem też, co pan zdaje się sugerować, że dzielę rzeczywiście komunistów na naszych i obcych. Użyłem przecież cudzysłowu. Chodziło mi o ich kwalifikację etniczną.Co do oceny czystki pozostaję przy swoim.Chyba, że przytoczy Pan jakieś nowe argumenty.

    Bułhakow ze swoimi antypetlurowskimi obsesjami też nie jest dla mnie wiarygodny. Powoływanie się na niego jako źródło wyjaśniające niepowodzenie akcji Petlury wydaje mi się mocno ryzykowne. Oczywiście ma pan rację, że wyprawa kijowska zakończyła się niepowodzeniem z powodu braku poparcia Ukraińców. Upatrywanie jednak w braku poparcia inteligencji czynnika decydującego świadczy tylko o megalomanii Bułhakowa (skądinąd świetnego pisarza). Wyprawy kijowskiej nie poparli bowiem Ukraińcy we wszystkich grupach społecznych. I nie to jest ciekawe kto, ale dlaczego.
    Poza tym, skąd pomysł,że sugerowałem jakoby Ukraińcy mieli walczyć o przyłączenie do Polski? Muszę chyba popracować nad jednoznacznością wypowiedzi.

    Co do Dmowskiego, opis jego działalności i ocena tejże nie jest oczywiście sprawą smaku. Ale zestawianie go z Leninem i Engelsem jest zabiegiem na tyle emocjonalnym, że trudno to inaczej komentować.

    z wyrazami najwyższego szacunku

    Bogusław Bielecki

    PS. Oczywiście przyznaję panu rację, że w wypadku współdziałania z Wranglem Lenin i spółka prawdopodobnie w listopadzie już by nie stanowili żadnego zagrożenia i bolszewizm byłby zniszczony.Brak jej podjęcia był bez wątpienia błędem brzemiennym w najgorsze skutki. Ale wydaje mi się, sądząc po tonie pańskiej wypowiedzi, że współpracę z Wranglem uważa pan za coś wręcz naturalnego i oczywistego.
    Może w innym czasie pogawędzimy na ten temat, bo nie podzielam pańskiego entuzjazmu dla Rosji.

  6. 6 michał

    Panie Bogusławie,

    I ja pisałem o sytuacji po zdradzie ryskiej: „Czy myśli Pan, że w 29 roku mogli mieć jakiekolwiek złudzenia co do takich haseł?” Proszę wybaczyć, jeśli stworzyłem wrażenie, że powołuję się na Bułhakowa jako źródło. To tylko przyczynek, ale jeden z wielu. To nie on wszakże upatrywał „w braku poparcia inteligencji czynnika decydującego” w klęsce wyprawy kijowskiej, tylko ja. Czy świadczyć to ma o mojej megalomanii? Na pewno mam inne zdanie (niż większość ludzi na świecie) w kwestii ważności poparcia tzw. mas. Mnie na masy naplewat’! Masy rozumu nie mają i idą zawsze za kimś, kto masą nie jest. Zwłaszcza nie jest ciemną masą. Ale żeby zaraz megalomania?…

    Nie sugerowałem także wcale, że Pan twierdził, iż Ukraińcy mieliby walczyć o przyłączenie Ukrainy do Polski. Dodałem to sam z siebie. Taki kontrrewolucyjny, sobiepański, zaściankowy feblik.

    Proponuję Panu z całą powagą, by odrzucić emocje w debatach politycznych i nie unikać porównań, które mogą być iluminujace, tylko dlatego, że są także przykre. A zatem, jeżeli ma Pan coś do powiedzenia na temat pisarstwa i działalności Dmowskiego, to bardzo proszę się podzielić. Podejdę do tego w taki sam sposób, jak do każdej innej wypowiedzi, tj. poddam to racjonalnej krytyce. Czy nie taki jest nasz obowiązek, jako osób myślących?

    Możemy pogawędzić o Rosji, Wranglu, Denikinie (obaj nie byli wcale czystymi „etnicznymi” Rosjanami), w dowolnym miejscu i o dowolnej porze. Tylko, niechże Pan proszę, zaprzestanie mówienia – i chyba także myślenia – o racjonalnych poglądach w kategoriach „entuzjazmu”, niechęci, smaku czy niesmaku. Racjonalna dyskusja powinna odbywać się poza takimi kategoriami. Pan „nie lubi” Lenina czy Engelsa, więc Panu „nie w smak” porównanie Dmowskiego do nich. A co jeżeli to porównanie jest słuszne? Jeśli nie jest, to można to wykazać przy pomocy ciągu zdań połączonych związkiem wynikania logicznego. I tak chyba należałoby uczynić.

  7. 7 Bogusław Bielecki

    Szanowny Panie Michale,
    Dziękuję za wyjaśnienie. Rozumiem , że jako jedyne możliwe rozwiązanie po zdradzie ryskiej widzi Pan wojnę z Sowietami w 29 roku? Jeśli tak, to przepraszam, nie wychwyciłem tego.

    Co do reszty: oczywiście chętnie dostosuję się do Pańskiej sugestii, ale to , że tak powiem głupawo „Pan zaczął” Z Pańskich wpisów też (proszę mi wybaczyć, nie mam najmniejszego zamiaru Pana urazić, zbyt cenię Pańską publicystykę) wypływają emocje a nie twarde fakty. Na mój gust zbyt silnie zabarwione. Ot jakby w tym „pluję na masy” .Gdzie tu brak emocji? Czemuż to mam traktować pańskie porównanie dotyczące Dmowskiego i endecji jako racjonalne i co za tym idzie słuszne? A co , jeśli używając Pana logiki okażą się one niesłuszne? Ktoś już określił to absolutnie jednoznacznie? Dlatego używam tu kategorii opisu, które się Panu nie spodobały. Oczywiście, jest tak jak ostrzegałem, złośliwość leży w mojej naturze, ale nie chcę świadomie irytować. Tak więc jak powiedziałem, chętnie się dostosuję do Pana oczekiwań, ale wtedy, gdy Pan też będzie unikał emocji i nie przypisywał im cech racjonalności .Jeśli nie, to ustąpię Panu pola. To Pana portal. Gość powinien honorować porządki gospodarza ale nie musi ich akceptować. Zawsze może wyjść.

    z wyrazami najgłębszego szacunku

    Bogusław Bielecki

  8. 8 michał

    Wielce Szanowny i Drogi Panie Bogusławie!

    Ależ ja pluję na te masy bez jakichkolwiek emocji. Tego tylko brakowało, żeby jeszcze angażować się emocjonalnie z masami.

    Broń Boże, nie narzucam Panu, żeby traktował Pan cokolwiek jako „racjonalne a zatem słuszne”, bo to dopiero można zdecydować w procesie racjonalnej krytyki. Zapytałem w zamian, a co jeżeli porównanie jest słuszne? Czy nie wolno go dokonać, bo nam się emocjonalnie nie podoba? Jeżeli porównam oficerów polskich do gestapowców, to będzie naładowane porównanie. Ale niech Pan poczyta o zachowaniu polskich oficerów bijących i kopiących leżącego, bezbronnego Stanisława Cywińskiego – czy wówczas to emocjonalnie naładowane porównanie nadal nie jest słuszne?

    Jeśli coś jest niesłuszne, to można tę niesłuszność racjonalnie wykazać. Będę Panu wdzięczny, jeśli Pan to uczyni. Bedę Panu wdzięczny za każdym razem, kiedy mnie Pan przekona, że bzdury gadam, bo od tego momentu nie będę ich już powtarzał.

    A zatem, niech Pan nie ustępuje pola, ale wystąpi z racjonalnym uzasadnieniem, dlaczego porównanie Dmowskiego do Lenina czy Engelsa jest nieuprawnione? Ja powiedziałem tylko, że czytałem go przed laty i znudził mnie śmiertelnie. Dodałbym jeszcze, że nudzi mnie każdy nacjonalizm, bo jest tak zupełnie oczywiste, że żaden naród nie może być a priori „lepszy” od innych, że szkoda tego dowodzić. A na takim idiotyzmie opiera się każdy nacjonalizm. My Polacy jesteśmy lepsi niż jacyś Rusini, Rusini, to nie naród, to tylko żywioł, który może w przyszłości stać się narodem, ale tylko albo polskim, albo rosyjskim… I tak w koło. Mnie to nudzi, a nuda to nie emocja tylko stan. Ale bardzo proszę mi wykazać, jeśli się mylę w mojej ocenie nacjonalizmu.

  9. 9 Bogusław Bielecki

    Szanowny Panie Michale,

    skoro tak, to wyłażę z krzaków. Oczywiście trudno się z Panem nie zgodzić co do oceny nacjonalizmów. Tyle tylko, że pańska ocena Dmowskiego (wnioskuję na podstawie kilku Pańskich wzmianek z ostatnich wpisów, więc mogę oczywiście błądzić haniebnie, za co przepraszam) to raczej skuteczne stygmatyzowanie tym bardzo chętnie szafowanym również przez współczesną bolszewię słowem. Operowanie tym samym aparatem pojęciowym co Michnik? Ech…. chyba odczuwa pan dyskomfort. Ale żarty na bok.
    Zmusza mnie Pan do występowania w roli obrońcy Dmowskiego. Mnie? Niezbadane są wyroki Opatrzności…Ale ponieważ przeciwnik sam się prosi, bo jak powiada, co prawda za wiele nie czytał,ale za to dużo wie, to może się i tego podejmę.Proszę o trochę czasu. To nie jest palący problem ani fascynująca tematyka.

    Tymczasem mam inną prośbę nawiązującą do pańskiej deklaracji o zaprzestaniu gadania bzdur.
    Chciałbym aby dotyczyła ona Józefa Kurasia. Zawrzyjmy taka umowę, że ja w ciągu stosunkowo krótkiego czasu udowodnię Panu , że wygaduje Pan bzdury a Pan awansem nie będzie dotykał do tego czasu tematu Ognia w żadnym zakresie. Zgoda? Będę wdzięczny za taki awans.

    Z wyrazami niezmiennie najgłębszego szacunku

    Bogusław Bielecki

  10. 10 michał

    Drogi Panie Bogusławie,

    Jak Pan definiuje „stosunkowo krótki czas”? Nie znamy dnia ani godziny, więc nie wiem jak przeżyję być może ostatnie chwile mego żywota, bez wspominania w żaden sposób o bohaterskim Józefie Kurasiu. Ale na dowód, że wygaduję bzdury warto czekać. Powiem nawet więcej, jeśli Pan taki dowód przedstawi, to wlezę pod stół i odszczekam.

    „Stygmatyzowanie chętnie szafowanym przez bolszewię słowem”?? Czy zechce mi Pan powiedzieć, o jakie słowo chodzi?

    Wydaje mi się, że w publicystyce mamy absolutne prawo nie powoływać się na każdym kroku na cytaty z odwołaniem do źródła. Inne wymogi ścisłości obowiązują w pracy naukowej, a inne w felietonie. Kiedy wypowiadam się na temat Dmowskiego, to nie zamierzam polemizować w szczegółach z jego wypowiedziami. Jak już mówiłem, miałem nieszczęście czytać go kiedyś i nie zamierzam tego czynić ponownie (życie jest za krótkie na takie lektury). Jest jednak zupełnie uprawnione wskazywanie na fatalny wpływ Dmowskiego na politykę polską i na historię Polski. Dmowski, który osobiście był agnostykiem, zdołał odwrócić klasyczne zawołanie polskiego szlachcica – Bóg! Honor! Ojczyzna! – i przemienić je w „Polak-katolik”, które jest do dziś na ustach nawet uczciwych ludzi. Ale zastanówny się nad sensem tych haseł.

    Pierwsze wskazywało na pewną hierarchię. Na pierwszym miejscu stoi Pan Bóg, przykazania Boże i Kościelne, nakaz miłości. Na drugim, Ja. Honor, to nakaz lojalności wobec duchowych wartości przekazanych przez tradycję, a reprezentowanych przez jednostkę. Dopiero na trzecim, choć oczywiście ważnym miejscu, stoi ojczyzna czyli „mój kraj” – jak mówił Mackiewicz „krajobraz wraz ludźmi go zamieszkującymi”. Ale ci ludzie mogą być różnych wyznań i różnych narodowości. Mogą być Prawosławni, mogą nawet być (Boże uchowaj!) heretykami od Lutra, mogą być Rusinami, Tatarami, Żmudzinami, Prusakami, Żydami, Franzuzami, Szkotami – jakie to ma znaczenie? Skoro wszyscy zamieszkują moją ojczyznę? Należą do niej i im należy się ode mnie oddanie.

    Otóż Dmowski zastąpił to nie-chrześcijańskim hasłem „Polak-katolik”, które przez utożsamienie narodowości z wyznaniem, w pierwszym rzędzie zawężało narodowość, a dalej wykluczało; wykluczało wiele. W Polsce Dmowskiego nie ma miejsca dla Karaimów, dla Tatarów, dla Niemców, i oczywiście nie ma miejsca dla Żydów, Ukraińców, Białorusinów i Litwinów – czyli tych właśnie narodowości, które przyczyniły się najbardziej do ukształtowania koncepcji polskości jako zjawiska ponadnarodowego. Ale o tym, i o faktycznym zwycięstwie Dmowskiego w polskim myśleniu, pisałem szczegółowo w artykule o Józewskim i Snyderze.

  11. 11 Bogusław Bielecki

    Szanowny Pani Michale,
    jako człowiek prosty w myśleniu i obejściu dziękuję Panu za syntetyczny wykład na temat różnic między felietonem i pracą naukową. Zakonotowałem je sobie głęboko.Niestety nie bardzo rozumiem dlaczego pana dotychczasowe uwagi na wspominany temat traktować mam jako felieton. Tym bardziej z zadowoleniem (a może i ulgą, kto wie?) przeczytałem pański krótki komentarz do fragmentu poglądów Dmowskiego. Mówię to zupełnie bez przekąsu. I trudno się tym i tak przedstawionym komentarzem nie zgodzić. Ja się w każdym razie zgadzam. A o reszcie to jak już powiedziałem , jeśli Pan pozwoli, innym razem.

    Zechcę powiedzieć. To słowo to nacjonalizm. Bardziej popularne wśród współczesnej bolszewii są tylko antysemityzm i faszyzm. No i może tolerancja.

    Co do pierwszego punktu: postaram się uwzględnić Pana uwagę, że może właśnie przeżywa Pan ostatnie chwile swego żywota i czasu nie ma na zwłokę. Ja w stosunku do swojej osoby mam podobną niepewność. Dlatego postaram się pośpieszać.
    Jako człowiekowi o gołębim sercu nie przyszło by mi jednak do głowy oczekiwanie od Pana ,że wejdzie Pan pod stół i coś odszczeka.Naprawdę ma mnie Pan za takiego barbarzyńcę? W XXI wieku? Wystarczy , że da Pan krótkie ogłoszenie o wymaganej treści w najbardziej poczytnym dzienniku Warszawy. Zgoda? To chyba bardziej właściwa forma dla ludzi cywilizowanych, pozbawionych wewnętrznej zapiekłości.

    Pozwoli Pan , że zakończę na tym ten wątek ze swojej strony do czasu, aż „coś spróbuję Panu udowodnić”. Chyba nazbyt długo już „gaworzymy” w ten sposób.

    Z wyrazami jak zwykle najwyższego szacunku

    Bogusław Bielecki

  12. 12 michał

    Drogi Panie Bogusławie,

    Jeśli tym słowem jest „nacjonalizm”, to nie widzę, jak można nim „stygmatyzować” Dmowskiego. On czułby się chyba dotknięty, gdyby go przezwać inaczej, nie? Czy powiedziałby Pan, że „stygmatyzuję Lenina mianem bolszewika”? Bo ja nie.

    Nigdy mi nie przyszło do głowy uważać Pana za barbarzyńcę. Tylko siebie. Odszczekiwanie bez zapiekłości, z własnej nieprzymuszonej woli, wydaje mi się na miejscu. Niestety muszę odmówić zdecydowanie ogłaszania w poczytnych pismach warszawskich, bo nie drukuję w prlu (wiem, wiem, nawet gdybym chciał, to by mnie nikt tam nie drukował, bo ja nie jestem na takim wysokim poziomie jak poczytne warszawskie pisma, ale i tak odmawiam).

    Zanim jednak dojdzie do ogłaszania i odszczekiwania, czeka Pana trud dowodzenia.

    A zatem czekam – może nie „spragniona i drżąca”, jak chciał wieszcz – ale w napięciu. Czekam jak na Ogień.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja