- - http://wydawnictwopodziemne.com -

Optymizm Pomerantseva czyli przygody Kandyda w putinowskiej „Rosji”

Posted By admin On 8 sierpień 15 @ 8:55 In Michał Bąkowski | 8 Comments

Wszystko układa się jak najlepiej w tej najlepszej z możliwych „Rosji”. Wiemy to sami z bliższego doświadczenia z najlepszym z możliwych prlów.

Jak Kandyd znalazł się wśród Rosjan

Peter Pomerantsev jest synem sowieckich dysydentów. Jego rodzice uciekli na Zachód, Peter urodził się w Anglii i jest Anglikiem, ale ściślej byłoby powiedzieć, że jest Kandydem XXI wieku. Rosjanie, to nowy jet set. Nikt ich nie rozumie. Wulgarni i wyrafinowani, przebiegli i naiwni. Jeszcze zupełnie niedawno gotowi byli sprzedać wszystko, a teraz wszystko kupują jak leci, nawet się nie targując. Ci dziwni ludzie znani są powierzchownie na Zachodzie, ale tylko w Moskwie mają sens, tylko w hipnotycznym błysku absurdalnej, plastikowej Moskwy, nabierają kształtów. Czy Kandyd nie jest ciut za bardzo zauroczony blichtrem tej Moskwy? Chyba jest. Ale rolą Kandyda jest być zachwyconym. Niestety, jego szczera wiara w „dobrą postkomunistyczną Rosję” wystawiona jest na każdym kroku na próbę. Napotyka nasz bohater całą galerię postaci tak zadziwiających, że na ich widok i sam Wolter poskrobałby się po głowie, pisząc swe wiernopoddańcze listy do carycy Katarzyny. A jednak przeżycia naszego Kandyda są godne uwagi, opisy wydają się uczciwe, jego analiza jest fascynująca, a książka* świetnie napisana. I często uderzająco trafna. Gromadzi kontrasty – gangsterzy-artyści, artyści-złodzieje, dziwki cytujące Puszkina, ikony obok Stalina, dżihad i prostytucja, komunizm i bogactwo, bieda i państwo mafijne – życie wygląda jak maskarada, jak karnawał, w którym każda rola i pozycja są tylko chwilowe, są kaprysem losu. Te ciągłe transformacje (zarówno indywidualne jak grupowe) wydawały się początkowo Kandydowi wyrazem nowo znalezionej wolności – wedle recepty, że trzeba spróbować wszystkiego – ale po latach uzmysłowił sobie, że jest to raczej forma masowego delirium, w którym karnawałowe postacie odziane w groteskowe maski maszerują obok niedorzecznych mistyków wyjętych z sennego koszmaru, w kierunku wszechpotężnego wezyra, by przekonać go o swej własnej realności.

Londyn, z którego przybył Kandyd, wydał mu się przewidywalny w porównaniu z fantasmagorią Moskwy. Autentyczne życie było „tam”. Tylko Rosjanie wydawali mu się prawdziwie żywi; w Rosji wszystko było możliwe. Będąc człowiekiem telewizji, Pomerantsev prędko zauważył, że od końca lat 90. Kreml kontroluje Rosję poprzez telewizję: kreuje opozycję, interpretuje historię, tworzy masowe lęki. I nigdy nie pozwoli, żeby telewizja była nudna (na taki błąd pozwolili sobie, zdaniem Kandyda, sowieciarze). Prezydent jest ośrodkiem wszystkiego, także telewizji. Został stworzony przez ekrany telewizyjne, które przeistoczyły szarego aparatczyka w nadczłowieka, w „Prezydenta”; to ekrany dokonały kolejnych metamorfoz: szpieg, żołnierz, myśliwy, kochanek, ikona skrywanego homoseksualizmu, superman, car.

Kandyd wśród kurtyzan

Kandyd napotyka w swych przygodach galerię ludzi zaiste fascynujących. Piękna, młoda kobieta, poszukująca coraz nowego milionera, a w tle szkoły dla gejsz, gdzie za ciężkie pieniądze chętne panienki uczą się takich np. mądrości: „przyjedź na randkę bez biżuterii i w starym samochodzie, niech on ci kupi…”, aż dziw bierze, że takie szkoły nie bankrutują prędko. Na czym polegać ma niezwykłość tej sytuacji? Drogie prostytutki nazywano dawniej kurtyzanami, a dziś nazywają się gold-diggers. Nasz Kandyd nie słyszał najwyraźniej o starożytnym Rzymie, ani o libertynach XVII-wiecznego Londynu i Paryża, dla niego Moskwa jest nowością. A jednak, pomimo całej swej optymistycznej naiwności, trafia w sedno, bo oto odległy prezydent staje się w jego oczach ostatecznym sugar-daddy. Pozowanie Putina z obnażonym torsem jest listem miłosnym do tych tysięcy zagubionych dziewcząt, wirujących na szpilkach w nocnych klubach Moskwy, w poszukiwaniu bezwarunkowego opiekuna, który stanie się opoką w ich niepewnej egzystencji. Pomerantsev przenikliwie zauważa, że piękne dziewczyny w nocnych klubach i ich klienci, sowieccy bogacze, są sobie równi, ponieważ wypełzli razem z komunalnego mieszkania sowieckości i próbują się jakoś urządzić w nowym świecie, w którym jeansy Levi’s nie są już najwyższym znamieniem luksusu, a najtańsze z wszystkiego są pieniądze.

Jak Kandyd poznał bandytę i co z tego wynikło

Kolejną postacią w galerii jest Witalij Diomoczka, gangster przemieniony w filmowca i pisarza, sowiecka odpowiedź na Sergiusza Piaseckiego. Jego historia jest zajmująca, jego związki z Pomerantsevem – bardzo zabawne. Ale prawdziwą rewelacją są znowu szersze konotacje opowieści o gangsterze. Nie mam wcale na myśli, że Diomoczka wygląda jak „wyższy i groźniejszy bliźniak prezydenta”, który podobnie jak pierwowzór „wszystko potrafi zrobić lepiej niż inni”. Bandyta, jak przystało na optymistyczną bajkę, nie pije, nie pali i nie pozwala przeklinać. Jego serial telewizyjny pt. Spec, jest o nim samym. Jeśli ktoś widzi w tym analogię do prezydenta, to jego sprawa. Ale Diomoczka był także niegdyś niekwestionowanym szefem Usuryjska, miasta na Dalekim Wschodzie. To on wprowadził „porządek” w mieście. Usunął narkomanów i prostytutki z ulic, powstrzymał chuligańskie wybryki. Bizniesmeny używali go jako gwarantora umów, ofiary przestępstw zwracały się do niego po sprawiedliwość. Zdawałoby się, nic w tym nowego. Tak samo wyglądają historie o mafii wszędzie. Tylko że Ojciec chrzestny z opowieści Mario Puzo, marzył o tym, by stać się normalnym biznesmenem, a Diomoczka woli pozostać gangsterem, bo to jedyne uczciwe zajęcie w tym najlepszym ze światów, w tej najlepszej możliwej „Rosji”.

Bandyci w sowietach byli jedyną zorganizowaną grupą ludzi poza strukturami władzy. Jak wiadomo z rozległej literatury „łagrowej”, urkowie rządzili obozami, mieli swój kod zachowania, własną, odrębną bandycką „moralność”, i wszystko to razem przetrwało i Stalina, i Gorbaczowa. Tradycyjnie, administracja łagrów traktowała kryminalistów jako „swoich”, gdy politycznych więźniów traktowano jako „klasowo i politycznie obcych”. Był to oczywiście klasyczny bolszewicki nonsens, bo wśród „politycznych” byli np. kułacy czyli prości chłopi, a księgowy mógł pójść na Kołymę z kryminalnych paragrafów. A jednak to nie podziały podyktowane przez sowiecki kodeks decydowały o uprzywilejowanej pozycji urków. Zawodowi bandyci, wory w zakonie, nie pracowali w obozach pracy przymusowej, ponieważ sowiecki system nie potrafił sobie z nimi poradzić. W latach 90. wypłynęli na szersze wody, i po raz pierwszy dyrygowali już nie rozdziałem bałandy w baraku łagiernym, ale autentycznymi środkami materialnymi. Ich więzienna „kultura” stała się głównym nurtem popkultury rosyjskiej lat 90. Ich łzawe łagierne szansony miały wyrażać tęsknotę „rosyjskiej duszy”. Najważniejsze jednak, że od tego czasu zasmakowali w prawdziwej władzy.

Kandyd obserwował wprawnym okiem zawodowca pracę na planie filmowym Diomoczki i prędko dostrzegł, że bandycka produkcja jest metaforą „Rosji”. Wszystko idzie gładko, nikt się nie spóźnia, ani nie zadaje głupich pytań; panuje zasada ulicy Gnojnej: „z szacunkiem, bo się może skończyć źle, gdy na Gnojnej bawimy się”. Tylko, że jeśli jest to akuratny obraz dzisiejszej Rosji, to nic dziwnego, że nic tam nie działa i wszystko się wali: obejrzałem fragment Speca i wyznaję, że jest to produkcja nie do oglądania. Jest z pewnością prawdą, że Putin działa jak „ojciec chrzestny” – odsuwa jednych, wykańcza innych, awansuje tych, a miesza z błotem tamtych, w najbardziej arbitralny sposób – ale jego wzorem nie są filmy Francisa F Coppoli ani tym bardziej filmy Witalija E Diomoczki, tylko mechanika działania politbiura.

W znakomitym sowieckim filmie pt. Lewiatan, małe miasteczko na północy jest całkowicie w rękach burmistrza-gangstera, który wykańcza bez skrupułów małego człowieka, nie boi się nawet bystrego adwokata z Moskwy. Teza autorów jest taka, że Lewiatan państwa jest nie do pokonania, gdy świecka władza idzie ręka w rękę z duchową (burmistrz jest religijny i jest marionetką w rękach popa), ale obraz sowietyzmu byłby bardziej przekonujący bez udziału czekistowskiej Cerkwi.

Jak Kandyd zetknął się ze swym Panglossem

W 90. latach zjechali do Rosji „konsultanci”, którzy machając książeczkami czekowymi, pouczali autochtonów, jak mają się zbliżyć do zachodniego ideału. Wprowadzili nowy język i na wszystko mieli wyjaśnienie: obiektywnie weryfikowalne indykatory demokratyzacji i ptaszek przy każdym punkcie: Wybory? Prywatna własność? Wolność wypowiedzi? Nie zajęło długo sowieciarzom, by wciągnąć pożytecznych głupców do swej korupcji. Konsultanci zredukowani zostali do organizowania wycieczek na Święta do Nowego Jorku – dla całych departamentów. A na głupie pytania management speak znaleźli prędko odpowiedź: Demokracja? Wybory prezydenckie są co cztery lata. Społeczeństwo obywatelskie? Rosja ma wiele NGO’s (organizacji pozarządowych). Prywatna własność? Mamy mnóstwo milionerów. Wybory owszem są, mówi Pomerantsev, ale „opozycja” jest koncesjonowana i zupełnie otwarcie stworzona przez Kreml: kiedy „komunista” debatuje z „nacjonalistą” w „rosyjskiej” telewizji, to widz dochodzi do wniosku, że prezydent jest jedynym kandydatem przy zdrowych zmysłach. Nie-rządowe organizacje zorganizowane są otwarcie przez rząd, a sławetni „rosyjscy milionerzy” czołobitnie podkreślają, że całe ich bogactwo należy naprawdę do państwa – i tylko dlatego wolno im tymczasowo nim zarządzać. Od siebie dodam, że tak samo było za Stalina. „Na górze, na górze, żyłoby się jak najpełniej i najdłużej! Tam się żyje jak za cara, to jest nałóg, zrozum to.”

Jak dotąd nie ma u Pomerantseva nic nowego, do czasu gdy wskazuje, że Zachód sankcjonuje tę „perwersję semantyczną”. Telewizja jest domeną Kandyda, więc na niej się koncentruje się z radosnym optymizmem. Niestety „rosyjska” tv okazuje się odbiciem zachodniej tv w krzywym zwierciadle. „Niezależne” firmy produkcyjne, które tworzą wolny rynek podaży programów telewizyjnych, są całkowicie w prywatnych rękach szefów kanałów telewizyjnych. Wolnego rynku więcej zaznał Kandyd Woltera.

Russia Today, 24-godzinny kanał informacyjny, miała być konkurencją dla CNN i przedstawiać „rosyjski punkt widzenia”. Z rocznym budżetem wysokości 300 milionów dolarów można się pokusić o coś takiego, ale podstawą ideową RT jest wiara, że nie istnieje obiektywne przedstawienie rzeczywistości, że każdy punkt widzenia jest równie wartościowy. Kandyd ma na pewno rację, ale gdyby był zajrzał do sowieckich klasyków, do mistrzów sowieckiego optymizmu, do Panglossa sowietyzmu, to dostrzegłby oczywistą analogię: prawdą jest to co służy partii na danym etapie, pouczał Koba-Pangloss. RT jest tylko i wyłącznie tubą Kremla (z czego Kandyd w końcu zdał sobie sprawę). Na pytanie o dziwną popularność RT na Zachodzie, odpowiada z zaskakującą przenikliwością. Oczywista „antyzachodniość” RT jest widziana jako szlachetna opozycja wobec amerykańskiej hegemonii, ale cały styl RT obnaża pustkę mediów zachodnich, pokazuje, że język telewizji jest pozbawiony realnego znaczenia. Niestety Pomerantsev nie zapytuje, dlaczego tak jest. Takie pytanie wykraczałoby poza jego obraz świata.

Kolejna postać w galerii: prostytutka moskiewska rodem z Kaukazu, uradowana, że jej siostra pracuje razem z nią w stolicy; jest wprawdzie prostytutką, ale nie będzie terrorystką.

Władysław Surkow nie jest postacią w galerii. On jest za kulisami, jest reżyserem przedstawienia. Pomerantsev określa inscenizację tak: demokratyczna retoryka i antydemokratyczna intencja. Czy to aby nie jest definicja sowietyzmu?

Surkow jest homososem, człowiekiem do szpiku kości sowieckim, ale ludziom na Zachodzie wydaje się przeciwstawieniem sowietyzmu. Jego kariera zaczęła się od reklamy prywatnego banku Chodorkowskiego w 1992 roku. Z plakatów patrzyła uśmiechnięta gęba oligarchy, trzymającego w ręku pliki banknotów. On zrobił karierę: „przystąp do mojego banku i ty też możesz zarobić”. Oczywiście dla każdego obeznanego z sowiecką agit-prop nie ma w tym nic nowego, klasyczna sowiecka robota á la Stachanow, z tą różnicą, że tym razem milionerzy mogli się chwalić swym bogactwem, gdy dotąd musieli je ukrywać. Surkow poszedł do telewizji, a w 1999 roku na Kreml. Protegowany Berezowskiego i Chodorkowskiego, bez trudności przerzucił się na przedstawianie swych byłych przyjaciół jako złodziejów, zdrajców i zaprzańców. Znowu wedle klasycznych sowieckich wzorów, kiedy sowiecka agit-prop najpierw wyła na cześć Trockiego, a potem przeciw Trockiemu; wychwalała słońce-Stalina, a potem odrzucała. Pomerantsev widzi to inaczej: tylko jedno zdjęcie dzieli okładkę magazynu Forbes od celi więziennej. Można i tak. Dalej zauważa ze zgrozą, że PR (słyszę, że mówi się teraz po polsku „pijar”) jest ich wyznaniem wiary, wszystko zawiera się w obrazie, w przedstawieniu. A czym się to różni od sowietyzmu? Tylko tym, że przezwali linię partyjną „pijar” i nie mówią nic o agitacji? Kandyd widzi to inaczej: sowiecka inteligencja musiała udawać, by przeżyć. Teraz nie ma już potrzeby, by ciągle zmieniać kolory, ale robią to dla „ciemnej przyjemności, konformizmu podniesionego do rangi sztuki”. Zapytany o poglądy polityczne, młody kremlowski propagandzista odpowiada: „jestem liberałem, to może oznaczać cokolwiek”.

Jak Kandyd natrafił na wielką niesprawiedliwość

Kolejną postacią w galerii jest Jana, młoda właścicielka firmy chemicznej, aresztowana za nic, trzymana w więzieniu bez sądu. Ten rozdział przypomina żywo rozliczne opowieści łagierne. Ta sama brutalność aresztujących agentów i strażników, to samo wrażenie absolutnej bezsilności wobec machiny prześladowań. Żadnych pytań, żadnych odpowiedzi, człowiek traktowany jest jak paczka. Prokurator, który oskarża o niebezpieczne przestępstwa, ale nie wyjawia ich natury. Znalazłem nawet w Kandydowych opisach dokładnie tę samą myśl, co u Juliusza Margolina, że realny świat pozostał gdzie indziej, a oto Jana znalazła się wewnątrz koszmarnego snu. I natychmiastowa refleksja: a może cela to jest rzeczywistość, gdy świat który zostawiła za sobą jest śmieszną fantazją? Żyła dotąd w „simulacrum” normalności, życia, dobrobytu, wygody, ale nagle rzeczywistość chwyta za nogi i ściąga do więzienia, które niewiele różni się od sowieckiego piekła: 46 półnagich kobiet w celi, w upale i w smrodzie.

Jana (jak tylu homososów przed nią) przypomina sobie o znajomych aresztowanych wcześniej: zawsze zakładała, że musieli zrobić coś złego, nie znikliby w taki sposób, gdyby nie byli przestępcami. Kandyd nazywa to „pionem władzy”, od prezydenta do najniższego policjanta wszyscy mają władzę rejderstwa: upatrują sklep albo firmę, albo całą gałąź przemysłu, którą chcą przejąć w swoje ręce, dokonują rejdu, na ogół w nocy albo nad ranem, jak nkwd, znajdują dowolne niedociągnięcia, a jeśli nie, to je wymyślają, po czym przejmują sklep czy firmę na swoją własność. Takie samo jest podejście Putina do państw jak do firm. Nie ma miejsca na suwerenność w tym najlepszym ze światów.

Prawnicy radzili Janie, by się przyznała do winy (skąd my to znamy?), bo bez tego groził jej wyrok 11 lat więzienia za robienie tego, co legalnie robiła przez całe dorosłe życie. Ale Jana miała szczęście, stała się pionkiem w walce między dwoma kacykami z kgb, po czym w periodycznym porywie „krytyki”, obu kacyków wyrzucono za „nadużycia władzy”, a Pomerantsev nakręcił program telewizyjny o Janie i o tym, jak można walczyć z korupcją. Ech, wszystko jest pięknie w tym najlepszym z sowieckich światów. W rzeczywistości była to klasyczna stalinowska czystka, w której żywi ludzie są zaledwie pionkami, a może nawet mniej mają wartości niż pionek w ręku szachisty. Beria też krytykował nadużycia władzy z czasów jeżowszczyzny.

Kandyd i agit-prop

Uśmiechnięta twarz dziewczyny na plakacie i napis: Żyje się coraz lepiej! Czy to nie jest żywcem wzięte z prlu? Jak ktokolwiek może się nabrać na upadek komunizmu, to przechodzi moje pojęcie. Kiedy w plebiscycie telewizyjnym na największą postać w historii Rosji pierwsze miejsce zajął Stalin, to kazano stacji zmienić wynik i ogłosić Aleksandra Newskiego zwycięzcą, ale jednocześnie zdjęto program o terrorze lat 30., a zastąpiono go zwycięstwem Stalina nad Hitlerem.

„Kagebiści, dyplomaci i aktorzy byli ostatni, żeby czerpać korzyści ze starego systemu i pierwsi, żeby się urządzić w nowym.” Ale czy to nie znaczy, że nic w zasadzie się nie zmieniło? „Dokumenty!” wrzeszczą do Kandyda policjanci na każdym kroku, ale on uśmiecha się błogo i wyznaje dalej swój Panglossowy optymizm. Codzienna biurokracja pochłania sporą część życia w Moskwie, ale on nie wie, że nic się nie zmieniło. Czarne limuzyny tych u żłobu, poruszają się prędko obok sznurów stojących w korku aut. Studia są najlepszym sposobem uniknięcia służby wojskowej, ale są inne. Kandyd zauważa niezwykle przenikliwie:

Na tym polega geniusz systemu: nawet jeśli unikniesz poboru, to cała twoja rodzina staje się częścią sieci łapówek, strachu i udawania; stajesz się aktorem, grającym zadaną rolę. Stoisz na granicy legalności, czujesz się winowajcą. I o to chodzi systemowi, bo jako symulant, nie zrobisz nic naprawdę. Cokolwiek zrobisz, jesteś na haku. Jeśli rok w wojsku jest zewnętrzną metodą formowania młodych Rosjan, to o wiele mocniejsza więź z państwem tworzy się w rytuale unikania poboru.

Nie wie, że tak samo było w prlu „za komuny” i z całą pewnością i w sowietach? Nie wie, czy nie chce wiedzieć?

Kandyd był świadkiem surrealistycznych demonstracji w Moskwie: „monstracje absurdystów” z hasłami w rodzaju „słońce jest wrogiem”, albo „zrobimy angielski japońskim”, „Ejfiatolknu na prezydenta”. Wyświetlili np. trupią czaszkę na budynek parlamentu. „W innej kulturze, wydałoby się to dziecinadą. W tym społeczeństwie spektaklu i okrucieństwa monstracje są jak tlen.” Czyżby Kandyd tracił powoli optymizm?

Kolejną postacią jest Modelka. A konkretnie Rusłana Korszunowa, która zginęła w wieku lat 20 w dziwnych okolicznościach. Nie ma wątpliwości, że popełniła samobójstwo, Pomerantseva interesuje raczej, co ją do tego czynu doprowadziło i tak dochodzi do fenomenu wzrostu sekt i zamkniętych grup w sowietach. Za odpowiednią sumę pieniędzy można wejść do sekretnej kasty „samoulepszenia”. Pomerantsev przywołuje Durkheima na dowód, że wirus samobójstwa pojawia się w momentach przełomowych, gdy rodzice nie mają tradycji do przekazania dzieciom, i „nie ma ideologii, do której można się odwołać w emocjonalnym stresie”. Wydawało mi się, że tylko zsowietyzowany człowiek mógłby pragnąć ideologii w stanie stresu, a Kandyd zsowietyzowany nie jest, jest tylko optymistą. Ale jego konkluzja jest znowu trafna:

Drugą stroną triumfalnego cynizmu, ideologii ciągłej zmiany, jest rozpacz.

Sekty wytrysnęły na powierzchnię życia, wraz z ostensywnym cofaniem się sowietyzmu pod koniec lat 80. Misz-masz elementów wyjętych na chybił trafił z różnych religii, z wybuchowym dodatkiem osobowości lidera, stworzył kult, w typowo sowiecki sposób. Zsowietyzowane masy oczekują, by podać im wprost, w co mają wierzyć. Jakiś guru oznajmił Kandydowi: nowa świadomość mogła pojawić się tylko tu, w kraju, który jest cmentarzem ideologii. Z tego zrodził się klasycznie sowiecki milenaryzm: ogrom cierpień czyni z Rosji miejsce narodzin nowego człowieka. Moskwa jest Trzecim Rzymem, z siedmioma stalinowskimi pałacami zamiast siedmiu wzgórz Wiecznego Miasta. Cyniczny mistyk, Surkow, triumfuje. Tworzy np. Nocne Wilki, rosyjską wersję Hell’s Angels, ze świętymi ikonami i portretami Stalina na motocyklach Harleya. Nocne Wilki urządzają masowe koncerty dla uczczenia rocznicy Stalingradu i rosyjskości Krymu.

Uzasadnienie, jakiego chwytają się pracownicy telewizji putinowskiej dla samousprawiedliwienia, jest esencją czystej sowietyzacji: „To co, że tworzę propagandę? Wszyscy musimy wykroić przestrzeń dla siebie, stworzyć własne projekty, „zachować czyste ręce”, a cała reszta to nie moja sprawa. To jest praca, jak każda inna.” To jest klasycznie sowieckie dwójmyślenie, paralelne osobowości, żyjące obok siebie bez sprzeczności, bez codziennego sporu.

Z tej perspektywy, dramatem Rosji nie jest „przejście” od komunizmu do kapitalizmu, z jednego żarliwie wyznawanego systemu wierzeń w inny, ale raczej, że w ostatnich latach ZSRS nikt nie wierzył w komunizm, a pomimo to wszyscy żyli tak, jak gdyby wierzyli, i teraz potrafią tylko stworzyć społeczeństwo udawania.

Wyłącznie zsowietyzowani intelektualiści „wierzyli” w sowiecki absurd. Nie tylko w ostatnich latach sowdepii, ale od samego początku. Nic więc dziwnego, że po prawie stu latach udawania, potrafią aż tak świetnie udawać.

Pomerantsev daje przykłady: polityczny technolog, który przerzuca się z jednej roli w przeciwną – nacjonalistyczny autokrata, a po chwili liberalny esteta; ortodoksyjny oligarcha, który śpiewa hymny ku chwale rosyjskiego religijnego konserwatyzmu i wychowuje dzieci w Londynie. To nie jest tylko różnica pomiędzy prywatnością i publiczną personą, to jest przepaść. Dzisiejsza Rosja zachęca do życia w rozbiciu, bo osobowość rozbita na sprzeczne odpryski pozostaje w stanie „agresywnej apatii”. Być może jednak Kandydowi spadają powoli łuski optymizmu z oczu, bo dodaje trafnie: ten sam stan umysłów, który podtrzymywał sowdepię, podtrzymuje współczesną Rosję. Moralny komfort rozdwojonych osobowości: cały propagandowy bełkot, wiernopoddańcze hołdy dla Putina, to tylko rola, to nie „ja”, „ja jestem uczciwym człowiekiem”. Jedynym wyjściem ze schizofrenii „Rosji” jest więzienie albo emigracja. Zupełnie tak, jak w sowietach.

Kandyd i wygnańcy z najlepszego z sowieckich światów

Borys Berezowski odegrał wobec dzisiejszej Rosji rolę podobną do Trockiego, rolę siostry położnej i ojca chrzestnego. I podobnie jak Trocki został w nagrodę zmieszany z błotem i wygnany. To on rozpoczął drenaż miliardów dolarów z sowieckiego przemysłu, to on wynalazł super-projekty, z których tym łatwiej wyciągać pieniądze. Za Stalina budowano absurdalne kanały, bez ekonomicznej wartości, bo pasowały do pięciolatki, a dziś buduje się mosty donikąd, bo pozwalają tysiącom klientów Kremla zarobić. Już w 1994 roku Berezowski poprzez rozmaite inwestycje kontrolował telewizję. To on zapoczątkował metodę tworzenia „sfabrykowanych filmów dokumentalnych, dowodzących korupcji wśród przeciwników Kremla”; już od 1999 roku Ostankino poczęło budować mit Putina. Wedle Pomerantseva, to Berezowski zaczął tworzyć „fałszywe partie polityczne”. Ejże Kandydzie? Czy rzeczywiście Berezowski? A nie było fałszywych skrzydeł i frakcji w kompartii(b)? Ligaczow i Jelcyn, czyżby nie tworzyli fałszywej opozycji wobec Gorbaczowa? A czyż Żyrynowskiego też wymyślił Berezowski? Postęp w tym najlepszym z sowieckich światów polega tylko na tym, że Berezowskiemu zaoszczędzono rozbicia czaszki, a umarł w niewyjaśnionych okolicznościach, powieszony na swym ulubionym moherowym szaliku.

Kandyd jest coraz mniej przekonany co do świetności tej nowej „Rosji”, ale nie traci optymizmu. Razem z setkami Rosjan, których na to stać, mieszka znowu w Londynie. Obraca się wśród rodzin, które unikają mówienia o polityce, mają dzieci w najdroższych prywatnych szkołach i skupują dzieła sztuki, jakby to była cukrowa wata. Ale ich status i przywileje są „ściśle regulowane” przez Kreml: boją się, więc są lojalni. Bez Kremla są niczym i jeśli w przypływie chucpy zwątpią w stwórczą siłę Kremla, to los Berezowskiego zostanie im usłużnie podsunięty jako memento mori.

Największe rozczarowanie zachował Kandyd dla Zachodu. Zamiast być paragonem wszelkich cnót wobec sowieckiego piekła, Londyn cieszy się z „inwestycji”, zaprasza sowieckich bogaczy, by wydawali pieniądze u Harrodsa, wysyła lejburzystowskich lordów do rad nadzorczych sowieckich firm. Nadzieją Kandyda był Zachód, gdy z perspektywy jego przygód w Moskwie, Zachód wygląda jak podżegacz do złego. Wszelkie wzory, nie tylko telewizyjne, przejęte zostały z Zachodu i ich jedynym efektem jest cynizm i relatywizm. „Skoro nie ma prawdy, intencje są zawsze skorumpowane, nikomu nie można ufać, to czy nie wynika z tego, że czyjaś ręka porusza wszystkim zza kulisów? Spiski są wszędzie.” Kreml działa w ten sam sposób poprzez telewizję, co przez rozmaite kulty: podkręca kompleksy i panikę, podnosi temperaturę dyskusji, i oferuje jedno rozwiązanie: wielkiego prezydenta. Czy zatem twierdzenie, że czyjaś ręka porusza wszystkim zza kulis jest rzeczywiście aż tak absurdalne?

Kandyd dostrzegł wreszcie rzeczywistość spoza Panglossowego optymizmu. Jego książka jest niezwykle cenna jako dokument sowieckiego piekła, które świat cały uparł się nazywać „Rosją”. Pomimo ogromnego materiału nagromadzonego podczas swych przygód w tym najlepszym z sowieckich światów, Kandyd nie jest w stanie wyciągnąć ostatecznego z nich wniosku: nie ma żadnej „Rosji”, są tylko te same, nie zmienione sowiety.

Jego książka byłaby jeszcze cenniejsza, gdyby zechciał także zajrzeć poza blichtr i kolorowe światła Moskwy, zejść do kołchozów i sowchozów, do fabryk i małych miasteczek, gdzie sowiecki kacyk rozbija się w czarnej limuzynie i jest panem życia i śmierci, choć nie nazywa się już sekretarzem lokalnej kompartii.

_______

* Peter Pomerantsev, Nothing Is True and Everything Is Possible. Adventures in Modern Russia, London 2015. Książka wyszła zdaje się po polsku pod tytułem Jądro dziwności. Nowa Rosja, tytułem tyleż dziwacznym co trafnym.


8 Comments (Open | Close)

8 Comments To "Optymizm Pomerantseva czyli przygody Kandyda w putinowskiej „Rosji”"

#1 Comment By Andrzej On 10 sierpień 15 @ 2:53

Można by rzec, że to wciąż ten sam Cyrk Wolanda. Sztuczki magiczne są udoskonalone przez postęp i „postęp”, zaś widownię stanowią już wszyscy.

#2 Comment By michał On 10 sierpień 15 @ 6:39

Czy Wolanda, nie wiem. Czy cyrk, to kwestia gustu. Ale że ten sam, to wydaje mi się zgrabnie zademonstrowane przez Pomerantseva. Szkoda tylko, że on sam nie dostrzegł, czego dowiódł.

#3 Comment By amalryk On 11 sierpień 15 @ 9:10

Ten Pietia Pamieriańcew, a cóż to za ptica? Z tym swoim dziwacznym, „pomarańczowym ”
nazwiskiem… Na ukraińskiej wikipedii (wiem, wiem, szalenie wiarygodne źródło) piszą, że urodzony w Kijowie w r. ’78, zaś w wieku 10-ciu miesięcy miał wyjechać z rodzicami do RFN-u, następnie Anglii, aby po studiach i zwiedzeniu połowy „lepszego” świata (Monachium, Edynburg, Berlin, Nowy Jork, Paryż…) pojawić się powtórnie w nowym , już ulepszonym zetesererze, dopiero w roku 2001.

Nie wiem jak koleżeństwo, ale ja po przeczytaniu artykułu pana Michała (i jakiś tam „obrywek” w internecie) odniosłem przytłaczające wrażenie uczestniczenia w jakimś kosmicznie pokracznym „nepowskim deja vu ” – to wszystko (bez mała wiek temu) już było! Chory świat , chorzy ludzie, ale teraz już doszczętnie i beznadziejnie pogrążeni w nędzy sowietyzmu! Dziarskim bolszewikom, mimo gigantycznych podówczas ich wysiłków (wymordowanie 300-tu biskupów Cerkwi) nie udało się jeszcze całkowicie zniszczyć sfery socjalnej społeczeństwa.

I jeszcze; Wolterowski Kandyd jednak, w odróżnieniu od „naszego”, został rzucony w wir katastrofalnych wydarzeń kaprysem niezwykle złośliwego losu, a „nasz” naiwny(?) Pietia pakuje się w sam środek bolszewickiego gówna na własne życzenie! Co prawda, wydaje się że opisuje je uczciwie i wiernie ale jednak, jak widać, biedaczyna, zupełnie nic z tego nie pojmuje.

#4 Comment By michał On 11 sierpień 15 @ 7:48

Panie Amalryku,

I ja początkowo pisałem jego nazwisko przez ‚c’ i ‚w’, ale jego książka ukazała się w prlu pod nazwiskiem w pisowni angielskiej, więc i ja ją zachowałem. W końcu, to „z Zachodu gość” (nawet jeśli nie pijany Szwed), więc „ze względu na obecność na sali gości zagranicznych….”

Nie czytuję ukraińskiej wiki, choć może powinienem, bo wtedy nie byłbym popełnił błędu powtarzania po brytyjskiej prasie, że Pietia urodził się w Wielkiej Brytanii.

Z Pańskiego komentarza wnoszę, że nie czytał Pan książki. Jest zaskakująco dobra. Powiedziałbym nawet – świetna. Napisana wartko, z humorem, znakomitym językiem i inteligentnie. Pomerancew napisał więcej o putinowskiej Rosji, np. niniejszy raport: [1]

Czy aby Kandyd także pakował się w te wszystkie katastrofy na czyjeś życzenie? Na życzenie Woltera, rzecz jasna, któremu było potrzeba wystawić go na wszelkie możliwe klęski i szaleństwa, by móc tym łacniej wyśmiać Leibniza.

A nasz Kandyd owszem, jest naiwny. Z naiwną wiarą przyjął zachodni bełkot o „Rosji” i z naiwnym optymizmem rzucił się w wir nowego świata, ale z czasem (o ile pamiętam, nie inaczej niż oryginalny Kandyd) ciut się w swym optymizmie zachwiał.

Co rzekłszy, czy nie wydaje się Panu, że najleppszym świadkiem jest ten, który właściwie nie rozumie tego, co opisuje? To jest ryzykowna teza, przyznaję, ale mam wrażenie, że ci, co mówią prawdę niejako „wbrew sobie”, wbrew swym przekonaniom, są własnie najciekawsi jako świadkowie.

#5 Comment By amalryk On 12 sierpień 15 @ 11:49

Jednak muszę przyznać, że „nasz” Kandyd Pietia wydaje mi się być zbyt bystrym (wnosząc po przeczytanych fragmentach) aby aż tak kompletnie nie pojmować niczego, z tego bolszewickiego gówna w którym się pławił lat bez mała dziesięć, a które tak trafnie opisuje… Nie wiem czy to taka poza, metoda, czy zakłamanie?

Przecież wystarczy tylko popatrzeć na nalane mordy, tych kurduplowatych bolszewickich szczurów, gibających się pokracznie gdy przechodzą pomiędzy ogromnymi odrzwiami kremlowskich sal (Romanowowie byli rośli, by wspomnieć dwumetrowego Mikołaja Mikołajewicza) i momentalnie zaczynamy rozumieć sens słów Davilii; „Nasza cywilizacja jest barokowym pałacem, do którego wtargnęła kudłata zgraja.”

#6 Comment By michał On 12 sierpień 15 @ 3:11

Jego książka jest warta przeczytania (zapewniam, że nie dostaję prowizji od sprzedanych egzemplarzy), ponieważ autor jest bystrym obserwatorem, ale także dlatego, że – jak Kandyd przed nim – trochę choć wyzbył się swego optymizmu w rezultacie swoich doświadczeń.

Nie wiem, dlaczego ludzie nie potrafią, czy też odżegnują się od postawienia kropki na ‚i’. Nie jeden Pomerantsev wystrzega się wypowiedzenia ostatecznego wniosku: sowiety trwają, komunizm nigdy nie upadł i wszyscy zostaliśmy nabrani. Moje podejrzenie jest takie: postawienie takiego wniosku wyrzuca autora poza nawias ludzi rozsądnych; kończy ich karierę.

#7 Comment By Andrzej On 12 sierpień 15 @ 9:09

Tak też chyba jest. Trudno mi wyobrazić sobie uczestnictwo [2] osoby, która taki wniosek stawia.

#8 Comment By michał On 12 sierpień 15 @ 9:20

Cha, cha! Ale przecież nie ma się czemu dziwić, książki same się nie sprzedzadzą. Trzeba przyjechać, złożyć autotgrafy, uścikać prawice, a może nawet lewice?

Ja tylko tak mówię, ale gdyby tylko ktoś zechciał szukać mojego autografu, wysłuchać referatu na temat wolności słowa w prlu, w zamian za odpowiednią sumkę w dewizach – ars longa vita brevis, ciężkie życie jest bez dewiz – to proszę łaskawie przysyłać zaproszenia na adres Redakcji.


Article printed from : http://wydawnictwopodziemne.com

URL to article: http://wydawnictwopodziemne.com/2015/08/08/optymizm-pomerantseva-czyli-przygody-kandyda-w-putinowskiej-rosji/

URLs in this post:

[1] : http://www.interpretermag.com/wp-content/uploads/2014/11/The_Menace_of_Unreality_Final.pdf

[2] : http://warsawsecurityforum.org/

Copyright © 2007 . All rights reserved.