III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Wszystkim komentatorom, a w szczególności
Soni oraz panom Andrzejowi i Amalrykowi,
w podziękowaniu za stymulujące dyskusje

Kniaź Dymitr Światopełk-Mirski, jeden z ostatnich potomków sławnej rusko-polskiej rodziny, białogwardzista i profesor literatury rosyjskiej w Anglii, powrócił do Matoczki Rossii w 1932 roku, wybłagawszy uprzednio (poprzez wpływy Gorkiego) odpuszczenie grzechów młodości od samego Stalina. W sierpniu 1933 roku, gdy w całej bolszewii panował głód, a na żyznej Ukrainie śmierć głodowa spotkała miliony, zaproszono kniazia wraz ze 120 pisarzami sowieckimi na wycieczkę barką po nowym kanale. Podawano smakołyki zapomniane w sowdepii, wędliny i kawior, czekoladę i ciasta, a wina i koniaki lały się strumieniami. Być może dzięki ilości alkoholu, a może po prostu dlatego, że jeszcze nie zorientował się w zwyczajach sowieckiej ojczyzny, Mirski, jako jeden jedyny spośród zaproszonych pisarzy odważył się zadawać pytania. Pytał towarzysza Semiona Firina o wykorzystanie pracy niewolniczej przy budowie kanału. Kanał nazywał się Biełomorsko-Bałtyckij Kanał imieni Stalina, a tow. Firin był naczelnikiem Biełbałtłaga z ramienia ogpu. Przez katorgę do socjalizmu. A w wypadku Firina i Mirskiego – przez socjalizm na katorgę.

Wśród zaproszonych pisarzy byli luminarze sow-literatury, jak Zoszczenko, Szkłowski, Aleksy Tołstoj, Katajew, Awdejenko; zdjęcia robił Rodczenko. Zdjęcia te rozsławiły na cały świat bohaterską pracę więźniów, którzy w znoju socjalistycznego wysiłku przekuci zostali z przestępców w pełnoprawnych obywateli ojczyzny socjalizmu, kopiąc kanał prawie gołymi rękami. Na Zachodzie wychwalano osiągnięcia „regeneracji przez pracę” i jeszcze w 90. latach zdjęcia Rodczenki można było oglądać w Museum of Modern Art w Nowym Jorku (o ile mi wiadomo, nie było na wystawie mowy o dziesiątkach tysięcy ofiar Biełomora). Można było odmówić udziału w wycieczce po kanale – znamy taki wypadek – ale nie można było zachować jednocześnie jakichkolwiek szans na sow-karierę. A nadzieja na lepszą przyszłość – nie ideologiczną utopię, ale osobistą karierę – leży w samym sercu procesu sowietyzacji.

Jedynym pisarzem sowieckim, który odmówił uczestnictwa w biełomorskiej komedii był Michaił Bułhakow; odrzucił zaproszenie i musiał sobie zdawać sprawę z konsekwencji. Zaledwie trzy lata wcześniej Bułhakow zwrócił się listownie do „rządu” sowieckiego z prośbą o zezwolenie na emigrację, pisał także osobiście do Stalina. Bułhakow był bywszyj czełowiek. Jak Mirski czy Bunin, należał do kategorii ludzi jednoznacznie uznanych za wrogów, społecznie i politycznie podejrzanych, kulturowo i klasowo obcych, psychologicznie i genetycznie niewybaczalnych. Obaj bracia Bułhakowa znaleźli się na emigracji, a on pozostał. Był trzeźwo myślącym sceptykiem, nie miał tendencji lewicowych, dlaczego więc pozostał? Istnieje mało przekonująca historia, że kiedy próbował przedostać się do okupowanej przez Francuzów Odessy, to odmówiono mu wjazdu, bo przeszedł był tyfus.

Twórczość Bułhakowa nasuwa oczywisty problem cenzury i autocenzury, a na dodatek szczególny problem różnorodnych wersji tekstów. Ułamki wczesnej prozy Bułhakowa znam tylko w wydanej w prlu w 1986 roku wersji pt. Notatki na mankietach. Zawierają one m.in. fragmenty, które są wyraźnie szkicami do Białej gwardii. Dziwi mnie w nich jednak jaskrawo zaznaczona sympatia dla bolszewików, której nie ma w powieści; tu natomiast narrator oczekuje bolszewii jak wybawienia. Podobnie jak Bunin i wielu innych, opisuje Bułhakow koszmar strachu, głodu, niewyobrażalnych zbrodni i wszechobecnego świństwa. Ale w Buninie wojna domowa wzbudzała zdumione oburzenie, a Bułhakow odpowiadał sarkastyczną groteską:

Dostali obłędu czy co?! Biegnie cień od latarni. Wiem: to mój cień. Ale cień jest w cylindrze. Ja mam na głowie kaszkiet. Kiedy zdychałem z głodu, zaniosłem mój cylinder na bazar. Dobrzy ludzie kupili i zrobili z niego kibel. Ale serca i mózgu nie zaniosę na bazar, żebym miał zdechnąć. Rozpacz. Nad głową onuca, w sercu czarna mysz…

Napisał sztukę pt. Synowie mułły, która była wielkim sukcesem. „Była to zupełnie niesłychana, wstrząsająca grafomania.” („Napisaliśmy ją w ciągu siedmiu i pół dni – a więc praca nasza trwała o półtorej dnia dłużej niż stworzenie świata. Mimo to sztuka udała się jeszcze gorzej niż świat.”) Chciał podrzeć rękopis, ale dał spokój. „Bo nagle z nieziemską, niesłychaną jasnością uświadomiłem sobie: słusznie się mówi, że tego co napisane, nie można zniszczyć. Można podrzeć, spalić, schować przed ludźmi. Ale przed samym sobą – nigdy!” Już w tych wczesnych latach zdał sobie jasno sprawę zarówno z natury otaczającej go groteski, jak i ze swojej odpowiedzialności jako twórcy.

Młody Bułhakow był świadkiem potworności rewolucji. Jego wczesna proza różni się wszakże od innych opisów wojny domowej natłokiem diabolicznych aluzji. Bohaterowie widzą diabła w dymie unoszącym się z pieca, śmiech diabelski roznosi się wśród koszmarów, których świadkiem jest młody doktor. Nawet zawieja wygląda, „jakby diabeł bawił się proszkiem do zębów”.

Jest także u Bułhakowa ta sama myśl co u Bunina, o rewolucji jako klęsce żywiołowej: otóż burżuje owinięci w nakazy i zaświadczenia jak w prześcieradła, „przeżyli z powodzeniem wszystkie głody, chłody, najścia, prace przymusowe i tym podobne żywiołowe klęski, a serca ich sczerstwiały”. Myśl ta sama, ale przemycona w postaci sarkastycznej uwagi pod adresem klasy, która skazana była na zniszczenie – jego klasy.

Bułhakow wcześnie zdał sobie sprawę, iż pisać może tylko prawdę, że kłamstwa i szmiry nie zdoła ukryć przed samym sobą, ale pomimo to wiele z felietonów opublikowanych w prlowskim tomie jego wczesnej prozy, robi na mnie wrażenie propagandowej chałtury. Nawet ja w swej ułomności jestem w stanie pojąć, że inaczej pisać nie mógł, „bo by mu cenzura nie puściła”, tylko że oczywiście ani nie musiał pisać, ani nie musiał zostać pod sowietami (nawet jeśli opowiastka o tyfusie jest prawdą). Wyklinał obleśnych nepmanów, choć jednocześnie pisał: „nie ma tego nepowego, co by na dobre nie wyszło” (albo: „to żaden NEP, tylko samo życie”!). Bolszewicy byli „twardzi”, ale litościwi; wychwalał wprowadzony przez nich porządek, choć wyśmiewał „herosów, gołych, bosych i żywiących się instrukcjami”; za chaos i anarchię przeklinał głównie Petlurę; za głupotę wyśmiewał Cerkiew i wiarę.

Jest jednak pewne, że rozumiał naturę bolszewizmu. Pewnego razu znajoma staruszka przyniosła mu grubą księgę starotestamentowych przepowiedni: „Przeczytaj – powiedziała – i zobaczysz, że w roku 1932 przyjdzie antychryst, a jego panowanie już nastąpiło.”

Bułhakow był narkomanem w młodości – „Diabeł w fiolce. Kokaina to diabeł w fiolce.” – nie wiadomo, jak się z tego wyleczył, jeżeli w ogóle. Ale to może być pierwotne źródło diabolicznego nurtu w jego wyobraźni. „Szatańskie moce ogarniają moje ciało.” Opisuje np. halucynację sylwetki starszej pani, schodzącej ku niemu w dół po stoku. Po chwili okazało się, że starucha nie szła, ale leciała i w rękach trzymała widły.

Krótko mówiąc, człowiek jako taki nie istnieje. Jest wyłączony z życia. To jego trup czeka, tęskni, cierpi. Niczego nie chce, o niczym nie myśli oprócz morfiny.

„W zimowe wieczory, kiedy udający zawieruchę czart miotał się i wył pod żelaznymi rynnami dachów…” Wszystkie drogi prowadzą na Patriarsze Prudy, kiedy obywatel Berlioz zapragnął nagle „rzucić wszystko w diabły i pojechać do Kisłowodzka…” Ale przedtem były trzy mikropowieści, a wśród nich Diaboliada.

Jest to pod pewnymi względami opowiadanie nieudane, choć schizofreniczna narracja, chorobliwy pęd akcji, natłok sobowtórów i sam zamysł, są na pewno ciekawe. Bezlitosna satyra na sowieckie stosunki, na biurokratyczne piekło, na absurdalne bezhołowie sowieckiej własti, jest typowa dla jego wczesnych utworów. Szkarłatna wyspa na przykład, jest równie ostrą, menippejską satyrą na prymitywizm bolszewików, ale wydaje mi się lżejsza i pełna wdzięku w porównaniu z Diaboliadą. Ta ostatnia wszakże jest wyraźną wskazówką, jak należy traktować elementy diaboliczne u Bułhakowa.

Główny bohater, żywcem wzięty z Gogola i Dostojewskiego, potomek Akakija Akakijewicza, Diewuszkina i Goladkina, cichy i niepozorny urzędnik Korotkin, staje twarzą w twarz z sowietyzmem. Ścigając „poruszającego się z nienaturalną prędkością” Kalesonera, Korotkin znajduje się w gmachu sowieckiego naczalstwa, który przywodzi na myśl piekło z obrazu Hieronima Boscha. Kalesoner jest pierwowzorem postaci ze świty Wolanda. Czasami zdaje się Korotkowowi potwornym karłem z lakierowaną łysą głową w kształcie jaja, niekiedy ma „asyryjsko fryzowaną brodę”, zamienia się w czarnego kota z fosforycznymi oczami albo białego kogutka, co roztacza zapach siarki; „paszcza windy” wypluwa ofiary, Jan Sobieski (to nazwisko ma zresztą „bieskie” konotacje) w białym kontuszu chce zmienić nazwisko na Socwoski – wszystko to dzieje się, ponieważ Korotkow próbuje się bronić przed sowiecką biurokracją. Prześladowania sowieckiej machiny są tak absurdalne, tak ze wszech stron osaczające, tak chorobliwe w swej bezdusznej złośliwości, że Korotkow nabiera przekonania, iż stał się ofiarą sił nieczystych, choć nigdy nie mówi tego wprost. Mówi to za niego autor, nadając taki a nie inny tytuł swemu opowiadaniu.

Psie serce jest oczywistą satyrą na sowiecką pseudonaukowość i wzniosłe marzenia o pierekowce, o wykuciu nowego człowieka. Tak jak profesor Filip Filipowicz Preobrażeński z sympatycznego (choć chytrego) kundla-przybłędy, stworzył potwornego Szarikowa, co to „zna swoje prawa”, tak rosyjska inteligencja przemieniła sympatyczny i chytry lud rosyjski w potworny proletariat. Takich Szarikowych było w Rosji mnóstwo (i nie tylko w Rosji), ale dopiero sowiecki system dał im możność wypłynięcia, w postaci Szwonderów i komitetów blokowych, włażących z butami w duszę. To dzięki nim Szarikow nie jest po prostu bandytą ze zwierzęcymi pociągami, ale czymś znacznie gorszym – homososem.

Filip Filipowicz nie lubi proletariatu, traktuje z góry komitet domowy, odmawia składki na niemieckie dzieci, domaga się, by stójkowi doprowadzili do porządku proletariuszy, którzy kradną kalosze, chodzą w zabłoconych butach po marmurowej posadzce i sikają obok pisuaru; a w ogóle, to kazać im robić, co do nich należy, zamiast martwić się losem hiszpańskich oberwańców. Czy filipiki Filipa Filipowicza są kontrrewolucyjne? Nie. On nie wiedziałby, co to znaczy. Antykomunistyczne? Też nie. Ludzie tacy jak on, pierwsi akceptują sowiecką władzę byle tylko wreszcie ktoś za pysk wziął całą tę hałastrę.

Życie Pana Moliera jest równie przejrzystą metaforą co Psie serce czy Fatalne jaja; parabolą sytuacji artysty wobec potężnego patrona. Jednak porównanie sytuacji Moliera, który dzięki opiece króla mógł sobie pozwolić, choć z wielkim trudem, na krytykę Kościoła i wielkich panów, z sytuacją samego Bułhakowa, który cudem tylko uniknął więzienia, tortur i egzekucji albo śmierci na Kołymie (jaka spotkała Mirskiego), a uratował go fakt, że Biała gwardia podobała się Stalinowi – wydaje się naciągane. „Czerwone promieniowanie” w Fatalnych jajach przemienia pożyteczne organizmy (np. kurczaki) w potwory, pożerające się na wzajem. Oprócz tej podstawowej – i bardzo nachalnie oczywistej – analogii do działania bolszewizmu na ludzkość, narzuca się także podobieństwo między oderwanym od życia profesorem, którego nie obchodzą ludzkie konsekwencje jego eksperymentów, i Leninem. Jest też w Jajcach typowo Bułhakowowska, cudowna satyra sowieckiej codzienności, ale całość jest nieprzekonująca, jak gdyby autor wahał się, jak daleko wolno mu się posunąć.

I wreszcie pewnego gorącego wiosennego wieczora, na Patriarszych Prudach spotkała się ta diaboliczna sowiecka łżeczywistość z Wolandem i, z lekka tylko czkając, wpadła w zdumienie.

Przedstawianie fizycznej obecności Zła w świecie w postaci diabła ma długą historię. Pozostawię jednak na boku węża w Księdze Rodzaju i apokaliptyczną Bestię. Diabeł nie jest metaforą, a znakiem obecności w materialnym świecie, przyjmuje jednak dwie zasadniczo różne postaci w dwóch odrębnych tradycjach. W ludowej rozrywce diabeł jest figurą groteskową, bo czy można poważnie traktować kuternogę z rogami, ogonem i widłami w dłoniach? Kultura ludowa dała początek pseudo-kulturze pop, papce dla mas. Dzisiejsza popkultura to triumf Pani Twardowskiej nad Faustem, triumf Boruty i Rokity nad Mefistem. Diabeł jest w niej postacią śmieszną, z lekka niepoważną, jest bohaterem popularnych piosenek: „Beelzebub is a devil full of light – for me!” albo Sympathy for the Devil, Rolling Stones (zresztą zainspirowana powieścią Bułhakowa), że nie wspomnę o hollywoodzkim satanizmie z pseudo-gotyckim horrorem, czarną magią, głupawym makijażem itp. Wszystko to jest niezamierzenie groteskowe. A przecież Szatan, jako koncepcja czystego Zła, nie ma w sobie nic zabawnego. Ale też czyste Zło jest intelektualną koncepcją, do której groteska nawet się nie zbliża. Współczesna wrażliwość domaga się, by diabeł nie był namacalnie rzeczywisty, gdy np. w XVI wieku podczas jednego z przedstawień Doktora Faustusa, Marlowe’a, w Exeter, przerażeni aktorzy przestali grać i oznajmili widzom, ku ich nieopisanej panice, że jest na scenie „o jednego diabła za dużo”. Dla Marlowe’a, Goethego, Dostojewskiego, nawet Manna, diabeł był rzeczywistością, jego obecność namacalnym faktem. To oni reprezentują drugą tradycję.

Jednakże niemal z definicji, Czyste Zło pozbawione jest formy. Znakomicie ilustruje ten punkt, proces tworzenia diabelskiej mary dla kuszenia bohatera Nieboskiej komedii, Krasińskiego: przelatując nad grobami przybiera na siebie złudną powłokę, bo bez niej skusić nie może nikogo.

Początkiem wszelkich rozważań na temat diabolizmu w sztuce musi być Faust Goethego. Już wstęp do poematu, kiedy Bóg oddaje swego sługę Fausta (na podobieństwo Hioba) w ręce Mefista, jest rewelacją. Zamiast diabelskiego zamachu na wolną duszę, skierowanego przeciw Bogu, mamy grę o duszę, między Panem a czartem; zamiast diabolicznego maga, mamy rozczarowanego filozofa. Sam pakt jest następnie zastąpiony zakładem między Faustem i Mefistem, a konwencjonalną historię niedorzecznych, „frywolnych” żądań Fausta, zastępuje u Goethego tragiczna miłość Małgorzaty.

Począwszy od Dostojewskiego, diabeł stał się symbolem choroby, albo raczej choroba była alternatywnym wyjaśnieniem diabelskiej ingerencji. Iwan Karamazow, Adrian Leverkuhn i rzeczywisty jego pierwowzór, Friedrich Nietzsche, zapłacili szaleństwem za spekulację na „zabronione tematy”. Nocni goście Adriana i Iwana nie są pozbawieni groteskowości. Dostojewski operuje groteską dla podkreślenia, że diabeł jest prześmiewcą. Mann subtelnie gra elementami groteski, ponieważ ludyczność diabła w rozmowie z Leverkuhnem – jedna z wielu „twarzy” okazanych Adrianowi – może zawsze być przypisana tendencji samego Adriana do grania konwencjami.

Któż inny ma dziś mówić o religii, jeśli nie „Wielki Adwersarz”? – zapytuje retorycznie gość Adriana. Czy może liberalny teolog? Diabeł jest jedynym kustoszem religii. Odkąd kultura odpadła od kultu i uczyniła siebie samą przedmiotem kultu, stała się niczym więcej ponad odpadanie. Diabeł ma z pewnością więcej do czynienia z religią, teologią i tym co boskie, niż dzisiejsza kultura; diabeł jest „wierzący, ale nie praktykujący”. Gość Adriana mówił jeszcze wówczas o innej kulturze, o niebo lepszej niż dzisiejsza; kulturze „burżuazyjnej”, o niewątpliwie dyskretnym uroku. Kulturze, która mogła jeszcze zrodzić Strawińskiego i Manna, Gombrowicza i Picassa. Wkroczyła jednak na drogę, z której nie ma odwrotu: odpadłszy od kultu, nie mogła powstrzymać swego upadku. Mogła stworzyć arcydzieła parodii, ironicznego dystansu, potrafiła burzyć konwencje z niezrównanym smakiem, tym samym zbliżając się do pierwszego, ludycznego nurtu sztuki.

Pragnę przywołać jeszcze jedno niezwykłe dzieło, Shining, Stanleya Kubricka, i kluczową scenę, w której bohater wypowiada sakramentalne „duszę bym oddał za coś do picia”. Natychmiast pojawia się barman, oferuje butelkę łyskacza, po czym beznamiętnie tłumaczy Nicholsonowi, że nie musi się przejmować opłatą, ponieważ ma duży kredyt w tym barze. Scena jest bezbłędnie realistyczna i beznamiętna; widzowie niekiedy nie zauważają momentu transakcji. Przywołuję ją, ponieważ scena kuszenia Małgorzaty u Bułhakowa jest równie „banalna”. Małgorzata mówi po prostu, że „duszę oddałaby, żeby dowiedzieć się, co się stało z Mistrzem” i od razu na ławce obok niej pojawia się sługa diabelski.

Obecność diabła wydaje się bardziej odczuwalna, gdy autor nie popada w groteskę. Być może dałoby się sformułować następującą zasadę: użycie groteski w opisie zła, jest odwrotnie proporcjonalne do lęku, jaki opisane zło ma w nas budzić. Mowa tu o obecności diabła, a nie świni – wedle rozróżnienia Elzenberga – świnia bowiem reprezentuje zło przez małe „z”, a nie Zło. Groteska ośmiesza zło, upupia i czyni je swojskim.

Kolejny nurt przedstawiania zła wywodzi się od powieści Stevensona Dr Jekyll i Mr Hyde, w której monstrualny Hyde przedstawiony jest jako zło wcielone, choć w istocie rzeczy jest istotą przedmoralną, poza dobrem i złem. Postacie robotów w filmach takich jak Blade runner albo Terminator, czy maszyny i programy komputerowe w Matrix, są przedstawione jako zdecydowanie złe, po diabelsku raczej niż po świńsku. Maszyny wydają się „złe”, ponieważ nie znają moralności, są poza nią, niezwiązane sumieniem, wątpliwościami, robią to, co każe im ich program – toteż, ściśle rzecz biorąc, nie są naprawdę złe. Diabeł musi pragnąć zła dla niego samego. Nie może stać poza moralnością, bo nie byłby diabłem. Diabeł zwodzi, pokazując ofierze obiektywne zło jako subiektywne dobro. Musi operować w moralnym kontekście, ponieważ dobro i zło są moralnymi kategoriami. Zatem panujące nad światem maszyny nie mogą być „złe”, choć nie da się ich opisać bez uciekania się do kryteriów moralnych, gdyż działają w świecie ludzkim. Maszyny są jak tygrys, który zabija, bo taka jest jego natura, a nie dlatego że jest zły; działają zgodnie ze swym programem, a wymogi dramaturgii każą je przedstawić w ramach estetyki zła. Cokolwiek stoi poza dobrem i złem – bądź tylko odżegnuje się od kategorii moralnych – wydaje nam się złe, bo poza-moralne.

Być może „wcielony Szatan” jest tylko sublimacją powszechnego odczucia moralnego zła? Jest coś pociągającego w symetrycznej prostocie dualistycznych herezji średniowiecznych: stworzony świat jest zły, nie może więc pochodzić od dobrego Boga. Jehowa jest stwórcą złego świata, więc Stary Testament jest wyłącznie „księgą szatańską”, natomiast Nowy Testament niesie Dobrą Nowinę wyzwolenia od świata, wyzwolenia od materii. Ale „symetria jest logiką głupców”, jako rzekł był genialny Spermobert Jebałm. (Głupców i heretyków.)

Jak to wszystko stosuje się do niezwykłego dzieła Bułhakowa? Z pewnością nie bał się groteski, ale jego diabły są mimo to skrajnie poważne. Świta Wolanda jest ludyczna – „zmiłuj się, królowo, czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus!” – ale nie mniej przez to przerażająca. Być może więc Bułhakow jest wyjątkiem od zasady odwrotnej proporcjonalności groteski i lęku. Ale też w Mistrzu i Małgorzacie, schodzą się wszystkie opisane powyżej wątki.

Kluczowe dla zrozumienia intencji Bułhakowa jest motto zaczerpnięte z Goethego:

…Więc kimże w końcu jesteś?
– Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro.

Woland tłumaczy Małgorzacie, że miłosierdzie i wybaczenie, to nie jego resort, a Mateuszowi Lewicie, że nie może być światła bez cienia. Cień rzucają wszystkie Boskie stworzenia, więc nie może być zły. Co więcej, Jeszua prosi Wolanda, by zabrał Mistrza ze sobą. Mistrz nie zasłużył wprawdzie na Światłość, ale zasłużył na spoczynek. Smutek mgły nad trzęsawiskiem, smutek zmierzchu, znane są tym, co cierpieli przed śmiercią, co nieśli zbyt wielki ciężar na swych barkach; znane są i tym, którzy ze znużenia gotowi są opuścić ziemię bez żalu, zdać się na śmierć jako spoczynek. Frieda-dzieciobójczyni i Fagot-Korowiow, rycerz skazany na wieki za niefortunny kalambur o świetle i ciemności, a nawet sam Poncjusz Piłat, zostali uwolnieni w „noc dokonywania rozrachunków”. A zatem władza Wolanda, jego „resort”, to Gniew Boży, kara i sprawiedliwość, ale spełnia także każdą „prośbę” Syna Bożego. Demony z jego szatańskiej świty wykonują, jak całe stworzenie, tylko wolę Bożą. Jak u Manna, Wielki Adwersarz jest tu postacią o wymiarze teologicznym.

Trudno jednak nie dostrzec politycznej strony takiej eschatologii. Prawdziwym wrogiem Boga i człowieka jest szatańska rzeczywistość z Diaboliady, sowiecka codzienność z Psiego serca i potworna sowieckość Fatalnych jaj, czyli sowiecki system. Woland jest wyzwoleniem wobec strasznych kajdan sowieckości, a nie zniewoleniem. Symbolicznego znaczenia nabiera radość z jaką Małgorzata staje się wiedźmą, zrzuca fatałaszki sowieckiej egzystencji wraz z ubraniem, przestaje być dobrą sowiecką żoną, i odrywa się od ziemi, by w pędzie i nagości przeczyć każdemu aspektowi sowieckości. Prawdziwym piekłem są sowieckie realia, nie po raz pierwszy opisane przez Bułhakowa z ciętą ironią. Prawdziwym diabłem jest płytki sowiecki ateizm i płaski materializm. Schodzą się u Bułhakowa aspekt ludyczny i intelektualny w przedstawianiu Zła. Sowiecki świat jest groteskową, diaboliczną karykaturą prawdziwego życia, jest „i diabłem, i świnią” jednocześnie.

Niesłychana brutalność, z jaką bolszewicy wystąpili przeciw Bogu i religii, okrutny barbaryzm i zaciekłość powszechnych prześladowań, a wreszcie koncepcja zmechanizowania świata ludzkiego poprzez kolektywizację i przemienienie człowieka w bezduszną maszynę, doprowadziła wielu myślicieli do mówienia o interwencji sił piekielnych w Rosji. Mereżkowski mówił o „niewidzialnej ręce”, która każdorazowo ratowała sowiety z opresji. Arcybaszew nazwał bolszewizm „kultem szatana w krwawej osobie Lenina”. Realna osobowa potęga Zła wkroczyła wedle nich na scenę dziejów.

Podczas konferencji w Teheranie Churchill miał wypowiedzieć złotą myśl, że Bóg jest po stronie Aliantów, na co Stalin parsknął śmiechem: – A diabeł jest po mojej stronie. Diabeł jest komunistą, a Bóg dobrym konserwatystą.

Bułhakow nie był praktykującym prawosławnym, ale trudno przypuszczać, że nie był głęboko wierzącym człowiekiem, dlatego wydaje mi się, że jego portret szatańskiej świty Wolanda, ma coś z wizerunku Wielkiego Adwersarza, który z obrzydzeniem odrzuca sowieckość. Dwaj członkowie massolitu owego fatalnego dnia na Patriarszych Prudach, debatowali kwestie teologiczne, pogrążając je w standardowych tezach ateizmu, ale nie mieli żadnej obrony wobec Wolanda; to Woland staje się „świadkiem” Jezusa z Nazaretu wobec sowieckich bezbożników. System myślowy porewolucyjnego człowieka – a włączam w to miano nas wszystkich, obywateli „liberalnych demokracji” – jest nastawiony na wyśmianie i odparcie wszelkich form religii i wiary, ale jest osobliwie bezbronny wobec diabła.

Czy idea wycieczki statkiem po Biełomorkanale, po trupach dziesiątek tysięcy ludzi, nie jest diaboliczna? Szampan i kawior wśród morza cierpień i głodu, czyż nie jest piekielnym obrazem? Czy znana nam dobrze, sowiecka biurokracja nie jest szatańska w swej bezduszności? Czy przemienianie ludzi w maszyny, które stojąc poza dobrem i złem, bez sumienia i wątpliwości, robią co im przykazano, nie jest diabelskim „czerwonym promieniowaniem”? Wobec diabolicznej sowieckości i antyreligii bolszewizmu – Woland jawi się jako wykonawca Woli Bożej. Każda duchowość, nawet ta reprezentowana przez Wolanda, jest kontrapunktem sowieckości, ale prawdziwą odpowiedzią Bułhakowa na diaboliadę łżeczywistości sowieckiej była opowieść o Jeszua Ha-Nocri.



Prześlij znajomemu

30 Komentarz(e/y) do “…rzucić wszystko w diabły i wyjechać do Kisłowodzka!…”

  1. 1 sonia

    Ciekawa interpretacja, ale zupelnie odmienna od mojej.

    Po „Mistrzu i Malgorzacie”, moim zdaniem, najciekawszym dzielem Bulhakowa jest „Morfina”. Na jej podstawie nakrecono zreszta kilka lat temu w Rosji znakomity film. „Morfina” jest autobiograficzna i wiekszosc akcji rozgrywa sie zima 1917 roku podczas i po Rewolucji Lutowej na wsi (gdzie autor jest lekarzem). To wazne, poniewaz „Morfina” opisuje pieklo, jakie mialo miejsce w Rosji PRZED przybyciem Lenina i jego towarzyszy w zaplombowanym wagonie. Opisuje zgnilizne moralna Rosji przed Sowietami. I nie tylko zgnilizne. Najbardziej wstrzasajaca jest scena agonii starego arystokraty i jego corki, spalonych zywcem w swoim palacu przez chlopski zywiol. Spalonych zywcem gdy pociag Lenina dopiero dojezdzal do Dworca Finlandzkiego…

    Moim zdaniem wiec, dla Bulhakowa, komunizm nigdy nie byl rewolucyjnym chaosem, lecz byl straszliwą zemstą i karą za rewolucyjny chaos. Karą potworną, nieludzką, szatanską. Co mogl czuc Bulhakow, gdy ci sami chlopi ktorzy zywcem spalili tego arystokrate umierali z glodu z innymi kulakami na poczatku lat 30-tych? Moim zdaniem, to tutaj jest klucz do zrozumienia „Mistrza i Malgorzaty”.

  2. 2 michał

    Droga Soniu,

    Znam „Morfinę” z tego prlowskiego zbioru wspomnianego powyżej. Bardzo być może, że mamy do czynienia z różnymi wersjami tekstu (o czym także wspominałem), ale w moim wydaniu w pierwszym rozdziale mowa o „zimie 1917″ (to może być styczeń albo grudzień), a na początku rozdziału II czytam:

    „Minął miesiąc, za nim drugi i trzeci, skończył się rok siedemnasty i nadszedł luty osiemnastego.”

    Mowa więc wyraźnie o sytuacji PO bolszewickim puczu. Jak mówię, natknąłem się na wiele wzmianek o różnych wersjach tekstów Bułhakowa. Dziennik doktora Polakowa (verbatim przytoczony przez narratpra) zaczyna się wprawdzie w roku 1917, ale nie widzę w nim opisu agonii starego arystokraty.

    Co rzekłszy, nawet jeżeli wydarzenia mają miejsce w lutym 1918 roku, to wiemy skądinąd (z bardzo wielu źródeł) o rozpasaniu, o samosądach, o rzeziach, i pogromach na długo przed leninowskim puczem. Nawet jeżeli Bułhakow nie opisuje zgnilizny moralnej Rosji przed bolszewikami, to Rosja była w stanie wrzenia przed rewolucją lutową i działy się tam rzeczy straszne.

    Jeżeli przyjąć Twoją wykładnię, to sowiecki system jest karą Bożą, gdy ja mam wrażenie, że kara przychodzi NA sowiecki system i ZA sowieckość, na co chyba najlepiej wskazują pierwsze sceny powieści na Patriarszych Prudach: Woland i sowieciarze nie są po tej samej stronie.

  3. 3 sonia

    „Woland i sowieciarze nie są po tej samej stronie”

    Zgoda, ale z punktu widzenia Bulhakowa (ktory napisal „Mistrza i Malgorzate” w latach 1928-1939), Stalin i bolszewicy tez nie bardzo byli po tej samej stronie. Stalin wyrzynal ich jak kaczki. Ale Woland nigdy nie jest przedstawiony jako postac pozytywna. Notabene, w „Nie trzeba glosno mowic”, Hitler tez nie jest postacia pozytywna, mimo ze rowniez wyrzyna bolszewikow. Fikcyjna postac Malgorzaty u Bulhakowa (i jej „naga” kolaboracja z Wolandem) jest dla mnie nieomal proroctwem prawdziwej postaci Wlasowa, tym razem z Hitlerem jako Wolandem…

  4. 4 michał

    Droga Soniu,

    Prawdę mówiąc, to właśnie wydaje mi się nieprzekonujące. W sowietach lat 30., podobnie jak w chrlu Mao, każdy element codzienności był z definicji utożsamiany z wielkim wodzem, z kochanym przywódcą, bez którego nie sposób wyobrazić sobie życia. Masz rzecz jasna słuszność, że Bułhakow zdawał się nie poddawać tonowi agit-prop, ale trudno doprawdy przypuszczać, że sowiecka codzienność – a o niej przecież mowa w Mistrzu i Małgorzacie – NIE jest dziełem Stalina. W tym więc sensie, Stalin i sowietyzm są po tej samej stronie (u Bułhakowa), a Woland i sowietyzm nie są.

    Masz znowu rację, że Woland nie jest jednoznacznie pozytywną postacią, ale inaczej być nie może. Woland to szatan. Pamiętaj jednak, że motto jest znakiem intencji autora.

    Małgorzta nie jest bardziej fikcyjną postacią niż inni bohaterowie tej niezwykłej książki. Jest raczej mniej fikcyjna. Jej pierwowzorem jest Jelena Szyłowska, trzecia żona i największa miłość Bułhakowa, a na dodatek, kobieta zupełnie niezwykłej urody. „Naga kolaboracja”, o której mówisz, wydaje mi się raczej metaforą wyzwolenia, zrzucenia sowieckich fatałaszków, ale Twoja interpretacja jest jak zwykle fascynująca.

    Czy możesz przy okazji sprawdzić, w jakiej wersji „Morfiny” i w jakim kontekście jest mowa o śmierci arystokraty? Będę wdzięczny, bo to interesujące.

  5. 5 sonia

    Michal,

    Nigdy nie czytalam „Morfiny”. Widzialam tylko film. W filmie jest wzmianka o zimie 1917 (ktora ja, byc moze nieslusznie, zinterpretowalam jako styczen-marzec 1917 roku). Jest rowniez scena, w ktorej do szpitala przywieziony jest stary arystokrata z corka, oboje poparzeni, ze spalona skora, zywi, ale umierajacy. Wstrzasajaca scena.

    Jezeli, jak twierdzisz, tej sceny nie ma w „Morfii”, to widze tylko dwie mozliwosci:

    1. Tworca filmu dodal ta scene, czyli ze film zrealizowany w putynowskiej Rosji (rok 2008) jest bardziej anty-komunistyczny niz powiesc Bulhakowa. Dodam, ze rezyser, Aleksy Balabanow, jest zarowno zwolennikiem Putina (jego najbardziej pro-putynowski film to „Wojna” z 2002), jak i zarliwym anty-komunista (najlepszy przyklad to „Gruz 200″ z 2007 roku).

    2. Scena ta istnieje w jakies innej powiesci Bulhakowa, czyli ze film jest niejako adaptacja obu dziel. „Morfia” Bulhakowa to stosunkowo krotka nowela, wiec krecac pelnometrazowy film, rezyser mogl dodac scene z innego dziela Bulhakowa, ktorego akcja rozgrywa sie podczas rewolucji (lutowej lub pazdziernikowej)…

  6. 6 michał

    Hmmm, mystery deepens…

    Zajrzę do opowiadania jeszcze raz. O ile pamiętam, jest to część większej całości pt. Notatki młodego lekarza. Być może element, o których wspominasz, są w innych opowiadaniach.

  7. 7 sonia

    Michal,

    Mozesz tez zobaczyc film. Po rosyjsku (bez napisow) nawet za darmo na YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=UBAJelcF9cY

    Scena jest na 1h20…

  8. 8 michał

    Soniu,

    Przejrzałem całość Zapisków młodego lekarza i nie widzę tam opowieści o pożarze. Oczywiście jest możliwe, że autorzy filmu wzięli ten wątek z Bułhakowa, ale wcale nie jest to konieczne. Jak wiemy adaptatorzy i scenarzyści czują się wolni dodawać i ujmować, „poprawiać” oryginał. Czasami są to zmiany natchnione, jak np. w wypadku Lotu nad kukułczym gniazdem Formana, a czasami nie.

    Film obejrzałem i wydał mi się momentami bardzo dobry. Ale tylko momentami. Ton młodzieńczych opowiadań Bułhakowa jest sardoniczny, a w tym filmie chyba nic z tego tonu nie zostało.

    W każdym razie, dzięki za linkę.

  9. 9 amalryk

    U Radzińskiego można przeczytać :

    ” Jak wszyscy znani pisarze Bułhakow był pod stałą obserwacją NKWD. Otaczali go donosiciele. Oczywiście wszechwiedzący Gospodarz nie mógł nie wiedzieć o dziwnej postaci, którą autor czytuje swoim przyjaciołom. Podziw pisarza dla poczynań osobliwego szatana widocznie podobał się Gospodarzowi.
    Może własnie dlatego wpadł na pomysł, żeby zamówić u Michała Bułhakowa sztuke o Stalinie.
    Żona pisarza (wówczas trzecia Helena Siergiejewna przyp. mój) odnotowuje w tym czasie okropności 1937 roku:

    Już się śmieją! groze odczuwa tylko kobieta z XIX wieku – staroświecka wdowa po Czechowie. Nowe pokolenie inteligencji wybiera śmiech. W tym śmiechu autora powieści o Wolandzie jest coś diabolicznego…”

    Swoja drogą czy zwrócił Pan Panie Michale uwagę na dziwną koicydencję dwoch fraz w Pańskim, jak zwykle napisanym ze swadą i oczywistym talentem literackim, eseju:

    „(…)Diabeł ma z pewnością więcej do czynienia z religią, teologią i tym co boskie, niż dzisiejsza kultura; diabeł jest „wierzący, ale nie praktykujący”.(…)”

    oraz:

    „(…)Bułhakow nie był praktykującym prawosławnym, ale trudno przypuszczać, że nie był głęboko wierzącym człowiekiem(…)”

    Nie, nie moralizuję i nie silę się na stawianie moralnych cenzurek ludziom żyjącym w niemoral-
    nych czasach w diabolicznym k.raju. Myslę tylko, że nie igra sie bezkarnie z diabłem…

  10. 10 amalryk

    O! Gdzieś mi wyparował cytat z dziennika Heleny Bułhakowej!

    Oto on:

    „6 czerwca. Przeczytałam „Prawdę” i rzuciłam sie budzić Miszę. Aresztowano dyrektora MCHAT-u Arkadiewa. Malarz Dymitrjew (któremu obiecał nowemieszkanie) opowiadał ze śmiechem, jak Knipper – wdowa po Czechowie – nie była w stanie wykrztusić słowa, tylko pokazała mu gazetę z informacją o Arkadiewie. Misza wciąż odgrywa scenkę, jak Knipper w białym peniuarze załamuje ręce.”

  11. 11 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    To nadzwyczaj interesujące. Tak, nie igra się bezkarnie z diabłem. Dostojewski był tego świadom, ale czy rozumiał to Bułhakow?

    Nie kwestionując Pańskiej wykładni (bo się z nią zgadzam w ogólności) dodałbym tylko, że śmiech w obliczu potwornych prześladowań, nie musi być koniecznie diaboliczny. Śmiech może być skutecznym mechanizmem obronnym wobec grozy, wobec tępej, topornej machiny, która jak maszynka do mięsa dławi i miażdży wszystko wokół i przerabia ludzi w bolszewicką papkę. Śmiech może być całkiem efektywnym mechanizmem, ponieważ sowieciarnia zawsze traktowała siebie z śmiertelną powagą.

    Co rzekłszy, reakcja Miszy B na reakcję Olgi Knipper nie podoba mi się wcale. Zwłaszcza, że była to najwyraźniej prywatna reakcja, w domowym zaciszu, w obecności żony, której ufał (rzadkość w sowietach), i w takiej sytuacji nagle rzeczywiście jest coś diabolicznego w tym śmiechu.

  12. 12 Andrzej

    Zaglądam akurat do nowego tomu „Dzieł” Mackiewicza: „Wielkie Tabu i drobne fałszerstwa” (dziękuję „Kontrze” za te nowe „Dzieła” – prezenty świąteczno-noworoczne!). W artykule „Poświęcone Aleksandrowi Sołżenicynowi” ze stycznia 1969, Mackiewicz komentuje dzieło Bułhakowa:

    Jest to książka, w moim przekonaniu nudna, piła, którą z trudem zaledwie potrafiłem doczytać. (str. 51/52)

    Przywołując doskonałą i trafną ocenę Pawlikowskiego, zgadza się z tym, że powodzenie „Mistrza i Małgorzaty” wynika z „obnoszenia” (ponieważ „napisano ją w Sowietach”): Naturalnie, że tylko z tego powodu.

    Dla Mackiewicza komunizm (jak wszystko) był rzeczą konkretną. Dziełem ludzkim które poskutkowało obejmującą cały świat zarazę. Zatem, widział i opisywał tę zarazę w kontekście globalnego zagrożenia a nie jako „cierpienie duszy”.

    Czy zatem podziwiamy tylko legendę? Czy nie dopisujemy sobie zbyt wielu znaczeń?
    To co Pan Michał pisze w swoim, jak zawsze wnikliwym i ciekawym tekście i co wynika również z komentarzy Soni i Amalryka wydaje się potwierdzać tezę, że bez „zagłębienia się” w system sowiecki, Bułhakow takiej książki by nie stworzył. O ile Dostojewski stworzył dzieła światowe to Bułhakow odnosił się do człowieka w systemie komunistycznym i może dlatego jest dla nas bardziej „atrakcyjny”.

    Co Państwo na to?

  13. 13 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Józef Mackiewicz nie znosił trzech pisarzy, których osobiście wysoko cenię: Gombrowicza, Bułhakowa i Nabokowa. Muszę przyznać, że nigdy mi to nie przeszkadzało, nie odczuwałem nigdy potrzeby jakiegoś „godzenia pisarzy”. Mówimy przecież o gustach, o osobistych odczuciach i wrażeniach. Niech tak będzie, życie jest bogatsze, ponieważ mamy różne gusta. Pewien mój przyjaciel, którego bardzo kocham i pod wieloma względami podziwiam, nie lubi muzyki Bacha, nie znosi opery, Mackiewicza przeczytał bez zainteresowania, a Dostojewskiego uważa za chorego psychicznie maniaka. Nie zgadzam się z nim w żadnym z tych punktów i dobrze nam z tym. Podobnie nie zgadzam się z opinią Mackiewicza o Mistrzu i Małgorzacie czy o Lolicie.

    Z mojego punktu widzenia, Bułhakow mówi mniej o sowietyzmie niż o kondycji ludzkiej. Konfrontuje to, co uniwersalne, z płaską sowieckością. Na planie struktury powieści jest to kontrapunktowa równoległość opowieści o Jeszua Ha-Nocri i o przygodach Wolanda w Moskwie, ale ta sama konfrontacja odbywa się na każdym kroku narracji, gdy świta diabelska styka się z homososami. Najlepszą ilustracją tego wydaje mi się cudowna, długa, wstępna sekwencja na Patriarszych Prudach.

    Bez zanurzenia się w sowiecki system na pewno nie można było napisać Mistrza i Małgorzaty. Ale Pan Bóg działa w tajemniczy sposób. Bo oto czyż nie zachodzi pewna analogia pomiędzy losem Bułhakowa, który miał szansę uciec przed bolszewią i nie zrobił tego, dzięki czemu napisał Mistrza, a losem Józefa Mackiewicza, który był antykomunistą całe życie, a pomimo to pozostał w Wilnie, nie uciekł (jak jego brat na przykład) i przeżył rok sowieckiej okupacji, dzięki czemu dał nam niezrównany obraz sowietyzacji w Drodze donikąd?

    Obaj stali się wielkimi autorami, dzięki przeżyciom pod bolszewickim knutem. Nie na darmo, Pan nasz, Jezus Chrystus, kazał nam się modlić do Ojca w niebiesiech: i nie wódź nas na pokuszenie… Wszyscy jesteśmy bezustannie wystawiani na próbę. Ale niewielu potrafi odpowiedzieć na te próby tak, jak Misza Bułhakow albo Józef Mackiewicz – wielkim dziełem.

  14. 14 amalryk

    Śmiech jako narzędzie mechanizmu kompesacyjnego, wobec śmiertelnej (verbatim) powagi tej pokracznej i wręcz chwilami groteskowej sowieciarni – jak najbardziej! Ale śmiech ze strachu ofiar? Nie wiem, mnie jakoś nigdy nie smieszy…

    Co oczywiscie w niczym nie umniejsza geniuszu Bułhakowa. Z resztą w innym miejscu Helena Siergiejewna pisała; ” W >Prawdzie< artykuł za artykułem. Kolejno lecą jeden za drugim (…) Cudowne jest uczucie, że Nemezis jednak istnieje (…) Nadszedł czas odwetu. W gazetach bardzo źle o Władimirze Kirszonie (…) Szliśmy zaułkiem. Dogania nas Olesza. Namawia Miszę, zeby poszedł na zebranie moskiewskich dramatopisarzy, którzy beda rozprawiać się z Kirszonem."
    Misza jednak odmówił, choć Kirszon należał do "bułhakożerców".

  15. 15 michał

    Panie Amlryku,

    Tak, są różne rodzaje śmiechu i śmiech Bułhakowa w tej sytuacji zakrawa na szyderstwo, czego nie da się bronić.

    Tymczasem w odmowie Bułhakowa jest coś niemal heroicznego. Znowu przychodzi mi na myśl postawa Mackiewicza wobec próśb sąsiadów, żeby wywiesił czerwoną flagę z okazji bolszewickiego święta. Sam gest jest bez wielkiego znaczenia, praktycznego sensu nie ma żadnego, w utylitarnym rachunku nie liczy się zupełnie. Ale ma znaczenie dla mnie. Mogę do dziś z takich gestów czerpać siłę do protestu.

    To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
    mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
    lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku

    Tak smaku

    który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
    choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
    głowa

  16. 16 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Dziękuję Panu z wyjaśnienie. Uzasadnił Pan swoje zdanie w sposób który mnie przekonuje.

    To dla mnie oczywiste, że odbiór każdej książki jest kwestią gustu (i ja także mam inne zdanie niż Józef Mackiewicz w kwestii „Mistrza i Małgorzaty”: nie uważam wcale tego dzieła za nudne i za piłę). Chodziło mi jednak bardziej o argumentację Mackiewicza. Jak twierdzi, skoro książka ukazała się w czasach ugruntowanego „antystalinizmu” oraz „odprężenia”, obowiązujący trend nakazywał odbierać ją pozytywnie. Zatem powszechny (a w chwili pojawienia się dzieła, jak podejrzewam tzw. entuzjastyczny) odbiór książki powodowany był przede wszystkim tym, że powstała w sowieckim k.raju (świetne określenie Amalryku!), w rzeczywistości której i my doświadczyliśmy. Czy obecnie, nie jest inaczej? Kilka lat temu pojawiła się sowiecka („rosyjska”) produkcja z dzieła Bułhakowa. Moi znajomi, na ile ich znam, hołdujący właśnie „antystalinowskiemu” spojrzeniu na komunizm, polecili mi go gorąco. Obejrzałem i choć na pozór jest „wiernie zrobiony” to jednak dla mnie płytki i nieszczery. Ale czegóż tu się spodziewać po współczesnym sowieckim kinie? W „Admirale” kontrrewolucjoniści i bolszewicy to jedna rodzina aż po wspólny grób.

    Kwestia, która mnie interesuje to: czy dzieło Bułhakowa poprzez zawężanie go powszechną interpretacją komunizmu (narzucenie „antystalinowskiego” punktu widzenia) a także uwikłanie w system samego autora (co przekłada się, jak sami to interpretujemy komentując życie Bułhakowa, na samo dzieło), nie jest powszechnie odbierane niezgodnie z jego rzeczywistym przesłaniem?

  17. 17 amalryk

    Tak! To może dosyć dziwne, ale moje pierwotne reakcje negatywne wobec komunizmu były natury estetycznej właśnie – budził we mnie obrzydzenie. Wszystko inne przyszło później.

    Nie Andrzeju! To na pewno nie mego autorstwa znak, wydawało mi się że jest on dość popularny.

    O jakiejkolwiek powszechności w odbiorze „Mistrza i Małgorzaty” nie ma co mówić! Powszechne to są ewentualnie te popbrzdęki, które nam streczą za muzykę. A na „popogląd” komunizmu, który był zły gdyż; mordował ludzi, upaństwawiał gospodarkę i wprowadzał monopartię (a gdy ta triada zniknęła to, naturalnie, on jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zniknał wraz z nią) , więc na ten ogląd „Mistrz…” wpływ ma żaden.

  18. 18 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Trudno nie zgodzić się z Mackiewiczem, że pewne książki (czy filmy) odniosły pewien (na ogół ograniczony) sukces na Zachodzie, tylko i wyłącznie dlatego, że przyszły „zza kurtyny”. Warto zauważyć, że polskie filmy np. także korzystały z tego przywileju. Choćby Dekalog Kieślowskiego. Mackiewicz argumentował, że o gułagu pisano często na Zachodzie i o wiele lepiej, ale pisali to emigranci, więc nikogo to nie obchodziło, a kiedy napisał ktoś stamtąd, to sensacja. Nie inaczej było z Pasternakiem i tak samo z Bułhakowem. Bolszewicy bezbłędnie wykorzystywali literaturę niekiedy nawet wrogą, dla swoich własnych celów. Mackiewicz wykazuje to znakomicie.

    Wydaje mi się, że instrukcja co do odbioru była zbędna. Sowieciarze prędko zorientowali się, że wystarczy roztrąbić rzekome prześladowania, żeby nadać popularność czemukolwiek. Ani Sacharow, ani Sołżenicyn nie byli naprawdę prześladowani (w porównaniu z tym co się działo dawniej) i celowo zezwolono im na kontakty z zagranicą. To wystarczyło.

    Powieścią dawno zmarłego Bułhakowa było o wiele łatwiej manipulować niż np. nowelami żyjącego wówczas nadal Szałamowa, który zmuszony został do odżegnania się od swych opowiadań. Najłatwiej natomiast było manipulować sztuką nie-werbalną, np. muzyką Szostakowicza. Wystarczyło nadać częściom symfonii programowe tytuły i już na Zachodzie odbierano je zgodnie z linią partii, gdy w rzeczywistości nic z nią nie miały wspólnego i były głęboko ambiwalentne w zamierzeniu autora.

    Ale wracając do Bułhakowa, jaka jest Pańskim zdaniem powszechnie przyjęta interpretacja Mistrza i Małgorzaty? Pytam, bo nie wiem, nie czytałem nic na ten temat. A zdrugiej strony, jakie jest prawdziwe przesłanie powieści?

  19. 19 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Ma Pan oczywiście rację co do estetycznych reakcji i powodów odrzucenia, ale myślę teraz, że ciut bezmyślnie podałem cytat z Herberta. Mnie chodziło raczej o potęgę gestu niż smaku, nawet jeżeli sam gest jest bezsilny i nie ma żadnego znaczenia. Bułhakow odmawiał udzału w rytualnym potepieniu jakiegoś pisarzyny, Mackiewicz odmawiał wywieszenia czerwonej szmaty – obiektywnie były to gesty bez znaczenia. Pamięta Pan może, jak wyśmiewał się z tego na niniejszej stronie p. Triarius; „kult gestu”. Chodzi o skuteczność, a gesty niczego nie zmieniają.

    Ale mnie się wydaje, że gest odmowy ma znaczenie podwójne. Po pierwsze, podnosi autonomiczność naszego sumienia, tzn. jakiekolwiek byłyby konsekwencje, powinienem zawsze postępować w zgodzie z sądem sumienia. A po drugie, ma wpływ na innych, dodaje na przykład otuchy mnie w wiele dziesiątków lat później.

  20. 20 Andrzej

    Jak widać po mnie Amalryku ten znak nie jest aż tak popularny. Ale może to dlatego, że tzw. swego czasu niewiele miałem do czynienia z tzw. antyustrojowym środowiskiem zatem byłem „poza obiegiem” tego (jakże trafnego w odniesieniu do obecnego stanu rzeczy) określenia.

  21. 21 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    W moim ujęciu „powszechne” (zawężam to do odbiorcy polskiego) oznacza właśnie „popowe” a nie to, że książka Bułhakowa jest znana i czytana (chociaż dziś w nowym, wspaniałym peerelu jest, zdaje mi się, lekturą szkolną). Właśnie w tym „popoglądzie” o którym napisał Pan Amalryk widzę powszechnie przyjętą interpretację „Mistrza i Małgorzaty”. W peerelu powstał kiedyś (1988) serial telewizyjny z „MiM” i dla prawie wszystkich moich znajomych stał się przyjętą wykładnią powieści.

    Być może także i dla mnie choć staram się oceniać rzeczy nie kierując się zdaniem moich znajomych. Dla mnie przesłanie powieści Bułhakowa jest takie (jak napisałem kiedyś w innym komentarzu), że jest to rozprawa o człowieku w warunkach sowieckich, o tym czy i za jaką cenę można zachować w tych warunkach wartości które się wyznaje i w które się wierzy. Nie twierdzę, że jest to przesłanie prawdziwe i wolałbym nie wypowiadać się szerzej w kwestii analizy literackiej dzieła. O tym, na czym dostatecznie się nie znam.

  22. 22 michał

    Tak, Panie Andrzeju, ale jaką interpretację ma Pan na myśli? Czy tę, która jednoznacznie utożsamia Wolanda ze Stalinem? Czy to ona jest powszechna (w sensie pop-powszechności)?

    Pozwolę sobie zrobić tu pewną uwagę ogólną. Otóż w moim głębokim przekonaniu, każdy ma prawo do własnej interpretacji każdego „tekstu” (czyli nie tylko powieści, ale każdego przekazu, a więc obrazu, rzeźby, symfonii czy sonaty). Każdy twórca z definicji oddaje się w ręce – jak to kiedyś nazwałem – dentystów-sadystów, którzy będą rwać i przykrawać na swoje potrzeby. My wszyscy też jesteśmy takimi dentystami. Jedynym ograniczeniem tej swobody interpretacji jest niesprzeczność z interpretowanym tekstem. O dziwo, sformułował tę zasadę Św. Augustyn, mówiąc o interpretacji Pisma św.

    Pańska interpretacja jest więc z definicji „prawdziwa”, ponieważ ważna dla Pana; to jest to, co Pan wyciągnął z dzieła Bułhakowa. A intencja twórcy ma się do tego nijak. Możemy się nad nią zastanawiać, ale nawet gdy artyści wprost określają swe intencje, to też wierzyć im do końca nie należy i trzeba zawsze odbierać ich dzieła na swój własny sposób.

  23. 23 Andrzej

    Panie Michale,

    Wprawdzie z utożsamianiem postaci Wolanda ze Stalinem się jeszcze nie spotkałem lecz utożsamianie komunistycznego zła tylko z okresem stalinowskim jest właśnie pop-powszechne. Wg mnie, w tej perspektywie, również w powieści Bułhakowa jest ono tak właśnie postrzegane.

  24. 24 amalryk

    Gest ma znaczenie! często znacznie większe od kompulsywnego działania. W podłych czasach wymaga wręcz heroizmu. Bułhakow nie wziął udziału w rytualnym szarpaniu trupa co samo w sobie było wystarczajacą demonstracją aby wkrótce zająć jego miejsce (z resztą Kirszona nie ocaliła ortodoksja i werbalne uwielbienie dla Stalina, zapewne zgubiły go niebezpieczne związki z Awerbachem – choć siostrzeńcem samego Swierdłowa to, niestety, również szwagra Jagody i horribile dictu protegowanego Trockiego…).

    Utożsamianie Wolanda ze Stalinem Andrzeju ma długa historię, rzekomo taka interpretacja samego zainteresowanego zadecydowała o obstalunku u Bułhakowa sztuki na jego 60-te urodziny. Sztuka („Batum”) powstała ale widocznie byłemu poecie jakoś nie przypadła do gustu…

  25. 25 michał

    Panie Andrzeju,

    Proszę mi wybaczyć, ale nadal nie rozumiem. Utożsamienie zła komunizmu z tak zwanym „stalinizmem” to jedno, a interpretacja Bułhakowa to co innego. Czy nie? Jak p. Amalryk słusznie wskazuje, utożsamienie Wolanda ze Stalinem ma długą historię, choć wyznaję, że nie posuwałbym jej aż do lat 30. Nawet jeżeli Stalin słyszał coś o powieści, to nie czytał jej przecież i Radziński raczej rzecz naciąga. Natomiast po publikacji, interpretacja taka była promowana przez tzw. antystalinistów, którzy z typową beztroską nie zauważyli, w jakim świetle stawia ich kochane sowiety utożsamienie Wolanda z Soso. Moim zdaniem, takie utożsamienie w ogóle nie da się utrzymać, więc nie pojmuję, jak może być serio proponowane inaczej, niż tak jak to czyni Sonia: Stalin wymordował bolszewików, więc był antybolszewikiem. To także wydaje mi się niesłuszne, ale przynajmniej nie jest sprzeczne z Bułhakowem i zdrowym rozsądkiem.

    Ponawiam zatem moje pytanie: jaka jest ta dominująca „pop-interpretacja” Mistrza i Małgorzaty?

  26. 26 michał

    Panie Amalryku,

    Ciekawe, że bolszewicy widzą praktyczne znaczenie gestu, a ich polityczni przeciwnicy je zbywają jako „romantyzm”. Bolszewia jest zawsze gotowa, by wykorzystać gest propagandowo, choćby nawet nie miał w istocie żadnego odcienia pro-komunistycznego. Oczywiście nie proponuję wcale, żeby brać z nich wzór. Byłbym raczej skłonny zwrócić uwagę na dogłębną wartościowość tego, co może pozornie uchodzić za pusty gest, a niczym takim naprawdę nie jest. Na przykład, Antygona.

  27. 27 Andrzej

    Często wypowiadam się niejasno więc proszę Pana o wybaczenie Panie Michale. Chodzi mi o to, że cechy komunistycznego świata opisanego przez Bułhakowa w „Mistrzu i Małgorzacie”, w powszechnej (pop-) interpretacji sprowadzane są jedynie do okresu władzy Stalina. Zapewne, ma ona swoje źródło w owej interpretacji („antystalinowskiej”) po opublikowaniu powieści.

    Nigdy nie interesowałem się interpretacjami postaci Wolanda zatem owa „długa historia” nie była mi znana. To utożsamienie i mnie wydaje się nielogiczne. Stalin miałby chcieć przywrócić ład który sam niszczył? Woland jest dla mnie postacią „wieczną”, łącznikiem pomiędzy dwoma światami a Stalin to konkretna postać z jednego świata. Cechy obu postaci są chyba kwestią mniej znaczącą.

    Nie bardzo rozumiem jakim sposobem z faktu, że jeden bolszewik wymordował innych bolszewików mogłoby wynikać, że ten bolszewik był antybolszewikiem? Jeżeli jeden drapieżnik pożre drugiego drapieżnika bynajmniej nie przestaje być drapieżnikiem. Kanibalizm jest wśród drapieżników na porządku dziennym. Czy może chodzić tu o to, że bolszewik Stalin mordując innych bolszewików obiektywnie postąpił na niekorzyść wszystkich bolszewików? Tu, zdaje mi się dochodzimy już do pozycji „antystalinowskich”. Ale może się mylę, może znów zbytnio upraszczam?

  28. 28 amalryk

    Też przyszłami na myśl Antygona lecz nie wiem jak określić granice między gestem a czynem – ona w końcu pochowała Polinejkesa, a to znacznie wiecej niż gest.

    Stalin w owym mitycznym 1937 (i później) tak traumatycznym dla komunistów wprowadził tylko w czyn słowa Lenina, który wielokrotnie mawiał , że rewolucjonistów po pięćdziesiatce należy wysyłać do praojców (a nawet twórczo obniżył próg wiekowy). Owe pokazowe procesy wzbudzały strach tylko u komunistycznego „establiszmentu” lud sowiecki witał te igrzyska raczej z entuzjazmem.

  29. 29 michał

    Panie Andrzeju,

    Ja też nie jestem w stanie wskazać na konkretne źródła, ale mam przekonanie, że słyszałem takie interpretacje od lat: Woland to Stalin. Sonia przedstawia tę interpretację powyżej (np. 26 listopada 2015 o 8:03), ale wydaje mi się to nieprzekonujące. Gdzie Sonia ma rację, to że wielu antybolszewików cieszyło się ukradkiem w latach 30., że przyszła kara na bezbożną bolszewię, i że mordercy i dręczyciele są mordowani i dręczeni. Co więcej, jak pokazuje opis śmierci Stiekłowa we wspomnieniach Wata, niektórzy z bolszewików sami dostrzegli sprawiedliwość losu, jaki ich spotkał. „Mieliśmy ręce unurzane we krwi po łokcie,” mówi Stiekłow i przyjmuje adekwatność kary. A jednak, nawet pamiętając, że niezbadane są wyroki Boże, trudno przyjąć, że Stalin to miecz Boży…

    W fakcie, że potworne zabójstwo Jagody przez Jeżowa zostało następnie powtórzone w szczegółach w mordzie Berii na Jeżowie i najprawdopodbniej – choć tego nie wiadomo, bo Chruszczow zniszczył archiwa – w zabójstwie Berii, jest potworna, diaboliczna „sprawiedliwość”, oko za oko. Ale oczywiście, że nie może to z nich czynić antykomunistów, bo doszlibyśmy tak do absurdu.

    Jest dokładnie tak, jak Pan mówi: z punktu widzenia bolszewickiego, Stalin, mordując bolszewików, był antybolszewikiem. Dlatego zresztą, tyle mają z nim kłopotu, bo z jednej strony wielki bohater bolszewii, a z drugiej zabił dobrych towarzyszy. I to się nazywa antystalinizmem, z wszystkimi jego wykrętasami.

  30. 30 michał

    Panie Amalryku,

    To dobre pytanie! Też nie wiem, jak określić granicę, w każdym geście – niewywieszenie flagi, odmowa wzięcia udziału w wycieczce po Biełomorkanale – zawiera się czyn, choćby negatywnie. Ale oczywiście ma Pan rację, że pozytywny czyn, to coś więcej.

    Mam wrażenie, że Stalin nie wprowadził żadnych nowości do programu Lenina; zgoła nic albo bardzo niewiele. Wszelkie nowinki, które się mu przypisuje, jak budowanie socjalizmu w jednym kraju, były wprowadzone wcześniej pzez Lenina.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja