Wydawnictwo Podziemne - Sowiecka strategia dzisiaj. Glossa do dyskusji - Jaszczur

Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




 

Mój artykuł o współczesnej sowieckiej strategii i taktyce wywołał niezwykle żywą dyskusję na ten temat – nie tylko replikę Pana Michała Bąkowskiego, ale i niezwykle cenne komentarze PT. Amalryka i Andrzeja Dajewskiego.

Protokół rozbieżności

Zgoda pomiędzy moją skromną osobą, a Panem Michałem jest co do jednej, zasadniczej kwestii, którą pozwolę sobie wyrazić cytatem z artykułu Pana Michała:

(…) wszystkie elementy działań kliki Putina mają swój pierwowzór w działalności i pismach kliki ojców bolszewizmu.

Celem moich tekstów jest rozwinięcie i uzupełnienie tez Pana Michała. W tekście pod tytułem „Sowiecka strategia dzisiaj” próbowałem wykazać między innymi, że tzw. „projekt eurazjatycki”, realizowany przez ekipę Putina (ale wcześniej Jelcyna i Primakowa – miejmy to na uwadze!) oraz wierchuszkę KPChL stanowi współczesną inkarnację pomysłów Lenina, Stalina i Trockiego, które polegały na stworzeniu systemu sojuszy, federacji i bloków, mających zrealizować bolszewicki cel opanowania świata. Próbowałem wykazać, że praktyczną realizacją tego projektu są sojusze, bloki i organizacje takie, jak współpraca bilateralna ChRL i Rosji Sowieckiej, Szanghajska Organizacja Współpracy, Organizacja Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego, BRICS, Alternatywa Bolivariańska itd.

W tym punkcie pojawia się pierwsza rozbieżność: Pan Michał zarzuca mi, jakobym za dużą uwagę poświęcał oficjalnym sojuszom:

Polityka globalna musi być wielostronna i wielokierunkowa, inaczej nie byłaby globalna. Pan Jaszczur zarzuca mi, że pominąłem koncepcję „świata wielobiegunowego”, całego mrowia organizacji i stowarzyszeń takich jak brics, cribs czy pricks. Ale po pierwsze, nie to było przedmiotem moich rozważań, a po drugie, nie przywiązywałbym aż tak wielkiej wagi do rozmaitych układów, umów, organizacji współpracy i wielostronnych traktatów uroczyście podpisywanych przez sowieciarzy. Nie są one warte atramentu wylanego na sygnatury sowieckich aparatczyków i ich poputczików. Podpisanie przez Putina układu o wzajemnej pomocy, może równie dobrze oznaczać zbliżenie jak oddalenie; może oznaczać, że Kreml pragnie przykuć uwagę analityków do jednego aspektu swej działalności albo odwrócić ich uwagę od wydarzeń w innej części globu. Pierwsze wrażenia mylą, a w sowieckim świecie są zazwyczaj stworzone z myślą, by zwodzić.

Kontynuację znajdujemy w komentarzu pod moim tekstem:

(…) mam wrażenie – ale może mnie Pan poprawi – że przecenia Pan wagę formalnych układów, traktatów, porozumień. One nigdy nie miały i nadal nie mają dla sowieciarzy większego znaczenia. Albo inaczej: traktaty także odgrywają swoją rolę, ale inną niż ich treść mogłaby sugerować. Tajne porozumienia, te o których dowiadujemy się po latach, te owszem, mają znaczenie. Tylko że niezwykle trudno czegoś się o nich dowiedzieć.

Zapewne jest tak, że twory w rodzaju SCO, OUBZ czy BRICS, Nowego Jedwabnego Szlaku i Eurazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej wpisują się w strategię podstępu i szeroko pojętej dezinformacji. Wyżej wymienione organizacje mogą realizować zadania i cele pozastatutowe, inne niż oficjalnie deklarowane. Być może jest tak, że twory te powołano do życia w takim samym celu, dla którego stworzono dawniejsze „wielkie budowle socjalizmu”, na czele z „Car-Bombą”, wahadłowcem „Buran” czy Ładą Samarą – mianowicie szok i zadziwienie obserwatora. Pan Michał Bąkowski ma też niewątpliwie rację twierdząc, że umowy i ustalenia niejawne mają o wiele większe znaczenie niż umowy, traktaty, układy czy organizacje międzypaństwowe, o których mówi się w mediach czy w politologicznych analizach. Ale patrząc nawet z tej strony, nietrudno dojść do konkluzji, że właśnie oficjalne spotkania na różnych szczeblach czy organizacje międzypaństwowe różnego typu to dla bolszewickich przywódców grunt, na którym można podejmować ustalenia i decyzje tajne, zakulisowe. Ponadto, jeżeli istnienie organizacji i bloków, sygnowanie umów oraz traktatów miałoby służyć zupełnie innym niż deklarowane celom i oznaczać „oddalenie”, to paradoksalnie świadczy to właśnie o koordynacji polityki państw rządzonych przez bolszewików.

Dalej, Pan Michał zarzuca mi, jakobym nadużywał terminu „świat wielobiegunowy” w odniesieniu do bolszewickich projektów geostrategicznych:

(…) Czy wszakże słuszne jest twierdzenie o tworzeniu świata wielobiegunowego jako strategicznego celu sowieciarzy? Tego rodzaju pluralizm biegunów nie jest bolszewickim ideałem. „Świat wielobiegunowy” to po prostu polityczna mapa świata taka, jakim świat jest. W całej historii ludzkości, pluralizm celów i interesów różnych grup ludzkich, stwarzał „wielobiegunowość”, którą wszystkie imperia chciały zawsze zniszczyć. Wielobiegunowa była Hellada walczących ze sobą polis, ale do czasu aż nie zjednoczył jej macedoński but. Wielobiegunowy był basen śródziemnomorski, aż jednostajny krok legionów rzymskich nie położył kresu pluralistycznym mrzonkom. Sowieciarze raczej nie stoją po stronie pluralizmu.

Wielokrotnie przytaczałem tu koncepcję przyszłości naszkicowaną przez Orwella w Roku 1984. Trzy bieguny świata wyznaczone są przez trzy mega-państwa: Eurazję, Azję Wschodnią i Oceanię, które odpowiadają mniej więcej sowietom, chrl i Ameryce. Te trzy państwa są identyczne z natury, równie totalitarne i równie monolityczne. Znajdują się w bezustannym, choć pozornym konflikcie o sporne terytoria w Afryce. Jeśli to ma być wielobiegunowość, to mogę się z tym zgodzić jako strategicznym planem sowieckim. Ale czy to właśnie miał na myśli p. Jaszczur? To raz. A po drugie, termin „wielobiegunowość” zastosowany do tak zuniformizowanych imperiów wydaje mi się nadużyciem.

Faktycznie, nadużywałem terminu wziętego z neobolszewickiej strategii i jej otoczki propagandowo-dezinformacyjnej. Ale wielokrotnie – nie tylko w tekstach pisanych dla Wydawnictwa Podziemnego – pisałem o tym, co tak naprawdę oznacza ten używany przez Duginów, Putinów i chińskich bolszewików termin. Jest to klasyczny przykład współczesnej bolszewickiej propagandy, manipulacji, dezinformacji, a wręcz ordynarnego kłamstwa, które zniekształcają pierwotne znaczenie słów. Oznacza on de facto jednobiegunowy świat pod bolszewickim butem, świat pod wspólną kontrolą pekińskich i moskiewskich bolszewików, przy udziale ich mniejszych sojuszników oraz wasali.

Co się zaś tyczy prognoz Orwella, podobne koncepcje podziału świata mają współcześni sowieccy stratedzy, na czele z Aleksandrem Duginem oraz Siergiejem Karaganowem, o których i ja wielokrotnie wspominałem. Dugin proponuje podział świata na „wielkie przestrzenie”, odpowiadające mniej więcej granicom poszczególnych kontynentów albo granicom stref wpływów historycznych wielkich mocarstw: „pan-eurazjatycką”, „afrykańską”, „pan-arabską”, „indyjską”, „pacyficzną”, „amerykańską”. Dominującą „wielką przestrzenią”, dominującym blokiem ma być wg Dugina przestrzeń eurazjatycka, pod wodzą osi Berlin-Moskwa-Pekin, natomiast strefa „amerykańska” obejmowałaby kontynentalne USA oraz cześć Atlantyku i Pacyfiku. Karaganow proponuje zaś zjednoczenie Unii Europejskiej i Rosji Sowieckiej (wraz z „bliską zagranicą”) w Związek Europejski, który miałby wejść w skład rządzącego całym globem „Dyrektoriatu Światowego”, wraz z ChRL i USA. W swoich najnowszych publikacjach, Karaganow postuluje integrację Szanghajskiej Organizacji Współpracy, OUBZ, UE i „Nowego Jedwabnego Szlaku” w ramach „Wielkiej Eurazji”. Owszem, globalne koncepcje Dugina i Karaganowa, przewidziane bardzo precyzyjnie przez Orwella, są strategicznym planem Sowietów, są też konsekwentnie realizowane.

Kolejną rozbieżnością jest nasze spojrzenie na to, co dzieje się od końca roku 2013 na Ukrainie.

Pan Michał słusznie twierdzi, że rewolucja w tym kraju oraz „wojna hybrydowa”, którą rozpoczęli sowieci, jeszcze zanim na ulicach Kijowa i wielu innych ukraińskich miast opadł bitewny pył, są elementami sowieckiej operacji. „Mówimy o sowieckiej Ukrainie” – pisze Pan Michał, co doskonale opisali Jurij Felsztyński i Michaił Stanczew w książce „Trzecia wojna światowa. Bitwa o Ukrainę”. Wielu działaczy i polityków, którzy dostali się na stołki w wyniku rewolucji na przełomie lat 2013/14 to ludzie z bliższego lub dalszego otoczenia Kuczmy, Juszczenki, Tymoszenko i Janukowycza, uwikłanych w proces utrzymywania Ukrainy w moskiewskiej strefie wpływów, z afiliacjami z KGB, FSB, GRU czy gangsterami od Putina. Aneksja Krymu przez Rosję Sowiecką okazała, ilu jest w ukraińskich siłach zbrojnych patriotów. Patriotów sowieckich, którzy maszerują ze sztandarem z sierpem i młotem w kierunku strzelających do nich sołdatów. Janukowycz uciekł do Rosji Sowieckiej (gdy technicznie możliwe było schwytanie go), nadal nieosądzeni są ludzie odpowiedzialni za zbrodnie na Majdanie, nadal swobodę działalności politycznej ma chociażby niejaki Wiktor Medwedczuk – najbardziej chyba prosowiecki polityk Ukrainy, człowiek Putina (jest on ojcem chrzestnym córki Medwedczuka).

Pan Michał twierdzi, że sowieci przewidzieli i wliczyli w koszta operacji również opór Ukraińców:

Ktokolwiek zatem pragnie wywołać chaos, z góry musi się zgodzić na to, że „ochotnicze bataliony ukraińskie realnie walczyć będą z sowieckimi sołdatami”. I cóż stąd? A czyż to pierwszy raz coś takiego się dzieje w obrębie sowieckiej prowokacji? Sowieciarze zawsze pragną wykorzystać swych najbardziej zaciętych wrogów dla swoich własnych celów. Najbardziej znanym przykładem takiego postępowania był Hitler, ale na zupełnie innym planie, nie inaczej miała się sprawa z Sołżenicynem.

Otóż jestem w stanie zgodzić się z taką interpretacją, z tym jednak zastrzeżeniem, że tego rodzaju prowokacje mogą całkowicie wymknąć się spod kontroli. Nawet jeśli ukraińska rewolucja była zainspirowana, lub na jakimś etapie przejęta przez sowieckich prowokatorów, Ukraina ma nowy mit niepodległościowy – „Niebiańską Sotnię” i „dobrowolców” walczących z sowieckimi terrorystami w Donbasie. Poza tym, wydarzenia te mogą zapoczątkować sekwencję, która doprowadzi do zrzucenia przez Ukrainę sowieckiego jarzma.

A na czym – pyta Pan Michał – polegały sowieckie plany od A do Z wobec wydarzeń na Ukrainie? Owszem, poruszamy się przy tym w sferze mglistych spekulacji, a patrząc z perspektywy już dwóch lat – historii kontrfaktycznej. Całkiem możliwe, że kremlowscy czekiści rozważali otwartą interwencję wojskową na Ukrainie w obronie rządów Janukowycza.

Spór o izolacjonizm amerykański

Najwyraźniej nie porozumieliśmy się co do pojęcia, czy raczej ujęcia amerykańskiego izolacjonizmu. Pan Michał uważa izolacjonizm za nurt niejako metapolityczny:

Jest to [izolacjonizm] raczej podskórny prąd przebiegający przez tę kulturę. Ameryka jest ogromnym, potencjalnie samowystarczalnym semi-kontynentem, który doskonale może sobie poradzić bez angażowania się w sprawy świata. Izolacjonizm pozostaje więc naturalną pozycją dla dużej części tego społeczeństwa; dla ludzi, którzy nigdy świata poza Ameryką nie widzieli, ani widzieć nie chcą, nic o tym świecie nie wiedzą, ani wiedzieć nie chcą.

I na tym poziomie nie będę się z P. Michałem kłócił.

Ja zaś miałem na myśli izolacjonizm jako teorię i praktykę stricte polityczną – dominujące modus operandi amerykańskiej polityki zagranicznej od czasu uzyskania niepodległości, które uległo erozji i atrofii w miarę zyskiwania przez USA statusu imperium, zatopione wraz z Lusitanią, a dobite ostatecznie w Pearl Harbour przez japońskie Mitsubishi Zero. Obecnie, postulaty wycofania się USA z polityki światowej zgłaszane są z pełną powagą jedynie przez tzw. „trzecie partie” i kandydatów na urząd prezydenta z nich się wywodzących: Partię Reform, Partię Libertariańską, Patricka J. Buchanana, Rona i Randa Paul’ów.

Można jednakowoż doszukiwać się elementów izolacjonizmu (rozumianego jako doktryna polityki zagranicznej) w polityce prowadzonej od 2008 roku przez administrację prezydenta Baracka Obamy – z grubsza chodzi o osłabianie potencjału polityczno-wojskowego Stanów Zjednoczonych, wycofywanie się z coraz to kolejnych amerykańskich stref wpływu i „reset” w relacjach z Rosją Sowiecką, komunistycznymi Chinami, Iranem, Kubą i innymi kochającymi pokój państwami.

Polityka „resetu” Obamy jest de facto wdrażaniem sowieckiej strategii autorstwa Dugina, Karaganowa i Putina, tyle, że dokonywanym rękami Amerykanów. Skutkiem wycofania się Amerykanów z Iraku i Afganistanu jest oddanie tego rejonu na pastwę islamistów, a w dalszej perspektywie – Moskwy i Pekinu. Skutkiem zaś częściowego wycofywania się Amerykanów z Europy jest wzmocnienie Niemiec, w polityce których predominowało dążenie do utworzenia sojuszu z sowietami. Nieprzypadkowo to właśnie za obu kadencji Obamy, Rosja Sowiecka prowadzi coraz bardziej agresywną politykę, zarówno „u siebie”, jak i wobec świata zewnętrznego. To między innymi dzięki „resetowi” administracji Obamy, czerwone Chiny coraz bardziej rozpychają się w rejonie Zachodniego Pacyfiku.

Teatry ukrytej wojny światowej

Na szczęście elity amerykańskie nie składają się jedynie z sowieckich agentów wpływu i lobbystów, lewackich globalistów czy użytecznych idiotów. Amerykańskie elity kiedyś będą musiały zmierzyć się z połączonym zagrożeniem sowieckim, chrlowskim i islamskim.

Ale wydaje się, że wywołanie przez ChRL wojny o panowanie nad Pacyfikiem Zachodnim – o czym pisze chociażby Amalryk w komentarzu pod moim poprzednim tekstem – jest scenariuszem dość odległym. Chińska marynarka wojenna nie dysponuje póki co środkami mogącymi przełamać dominację US Navy na oceanach i w powietrzu.

Kolejny etap sowieckiej strategii rozgrywa się na Bliskim Wschodzie i w Europie. Największym beneficjentem i jednocześnie najbardziej znaczącym „czynnikiem sprawczym” okrutnej wojny domowej w Syrii, powstania Dawla al Islamiya i tzw. „kryzysu imigracyjnego” w Europie jest Rosja Sowiecka. Jakie cele może osiągnąć Moskwa poprzez sterowanie bliskowschodnią wojną, której szrapnele godzą w Europę? Częściowo opisał to na łamach Wydawnictwa Podziemnego Andriej Nawrozow. Celem czekistowskiego dyktatora jest sprawienie wrażenia, że to on jest jedynym obrońcą Zachodu przed islamskim ekstremizmem w sytuacji, gdy Zachód, w tym USA, nie są w stanie podjąć zdecydowanych działań. Ważne z perspektywy Moskwy jest też po prostu opanowanie Bliskiego Wschodu: wzmocnienie obecności polityczno-wojskowej w regionie dającym dostęp do Morza Śródziemnego i dalej, do Atlantyku i Oceanu Indyjskiego (poprzez sprowokowanie „planowanego chaosu”) oraz – szczególnie w bieżącej sytuacji na rynkach naftowych – położenie ręki na złożach tego surowca, co wydaje się zupełnie pomijane przez resztę analityków. Kolejna kwestia to gorejący irańsko-saudyjski (szyicko-sunnicki) konflikt zbrojny i to, czy Kreml opowie się po którejś ze stron, czy dalej będzie grał rolę „mediatora” i „rozjemcy”.

Drugim – można powiedzieć, że równoległym – celem sowieckiego udziału w bliskowschodniej wojnie jest Europa. Trwanie i ekspansja Islamskiego Kalifatu (swoją drogą, dewiza IS brzmi „Trwać i rozwijać się”, co jest jednym z dowodów na bolszewicki charakter tego tworu), dalece bardziej radykalnego, antyzachodniego i antychrześcijańskiego niż poprzedniczka, Al Kaida oraz zalew Europy milionowymi strumieniami „nachodźców” to ostatnia faza sekwencji wydarzeń prowadzących do islamskiego powstania w krajach europejskich i „bałkanizacji” Europy Zachodniej, prognozowanych zresztą od lat. Kiedy już dojdzie do tego, to nie kto inny, tylko Rosja Sowiecka zostanie „zaproszona” do udzielania pogrążonej w wojnie Europie pomocy. Klimat propagandowy i dezinformacyjny, sprzyjający Rosji Sowieckiej (i czerwonym Chinom) trwa na Zachodzie od dawna.



Prześlij znajomemu

21 Komentarz(e/y) do “Sowiecka strategia dzisiaj. Glossa do dyskusji”

  1. 1 Andrzej

    Szczerze gratuluję Ci nowego artykułu Jaszczurze. Jest świetnie napisany.

    Jak sądzę (podzielam taki punkt widzenia) chodzi o to aby analizując sowiecką strategię nie tyle koncentrować się na szczegółach „organizacyjnych” lecz starać się dotrzeć do sedna. To oczywiście nie świadczy o tym, że należało by je ignorować lecz ważna jest perspektywa spojrzenia. Czy ta strategia tworzenia „systemu sojuszy” nie ma szerszego planu, czy nie jest zasadniczo (na co sam słusznie zwracasz uwagę) realizacją tego samego celu co zawsze wg tej samej zasady (Metody) różnymi sposobami w różnym okresie, zależnie od aktualnej sytuacji? Jeśli tak, to znaczy, że bolszewicy zawsze starali się skutecznie wykorzystać bieżącą koniunkturę, bieżące trendy polityczne na świecie, aktualny stan polityki międzynarodowej, aktualne modele gospodarki itd. Na przykład powszechne po II WŚ pokojowe nastawienie społeczeństw Europy. Na przykład mniej lub bardziej radykalne ruchy narodowe i społeczne.

    Weźmy też za przykład tzw. fronty ludowe tworzone powszechnie wówczas gdy partie komunistyczne nie były w stanie samodzielnie zdobyć władzy i/lub postrzegane były jako „niestrawne” w demokracjach Zachodu. Podczepiały się więc do ruchów lewicowych, zachowując w pełni własną tożsamość. Z chwilą gdy zdobywały władzę i były już w stanie sprawować ją samodzielnie, strategia bolszewików się zmieniała. Nastał czas tworzenia „obozów socjalistycznych” i temu ona wtedy służyła. Dziś nastał już czas „systemu sojuszy”.

    Podsumowując, strategia bolszewików jest zmienna. Potrafią wykorzystywać istniejące nurty społeczne, struktury polityczne. Potrafią też je tworzyć jeśli jest to im potrzebne. Jeśli analizujemy ich strategię ważne jest to, aby widzieć ją w tej perspektywie. Cechą wspólną jest niewątpliwie to, że umowy i układy nigdy nie były przez bolszewików uważane za nic innego jak tylko doraźny sposób realizacji celu. Gdy stawały się dla nich zbędne, porzucali je niezwłocznie bez oglądania się na kogokolwiek. To jest klasyczne leninowskie podejście i ono nie ulega zmianie. Stąd sojusze i układy dla nich to rzecz względna. Skoro tak jest to jak dużą wagę należy do nich przykładać? Co innego realizacja wspólnego celu przez bolszewików wszelkiej maści. Ale to jak sądzę zależy nie tyle od zawartych między sobą układów co od wspólnego interesu który jest nadrzędny.

    Sądzę, że zbyt optymistycznie patrzysz na „nowy mit niepodległościowy” na Ukrainie, że ogranicza się on co najwyżej do obszaru wpływów ukraińskich narodowców. Nie sięga on poza Kijów a zasadniczo obejmuje tylko zachodnią część kraju. W peerelu też usunięto pomniki Lenina itp. co w żaden sposób nie przerwało ciągłości systemu. Miało to raczej za cel dezinformację Polaków. Peerel z „okrągłostołowymi” protezami (pozorami) gospodarki rynkowej, demokracji parlamentarnej, wolnej prasy itd. pozostaje peerelem.

  2. 2 amalryk

    Wyrzucenie chocby jednej złotówki na ten postbolszewicki ukraiński burdel (bo to „bez niepodległej Ukrainy nie ma niepodległej Polski” – jakoś doświadczenie historyczne wykazuje się tu jednak asymetrią) jest marnotrastwem. Ten ukraiński chlew jest, bo moskiewskim bolszewikom taki stan rzeczy jak najbardziej odpowiada – cóż po tym że CA (sawietskaja armija) doszła by do Kijowa w trzy dni (boje się że do Warszawy jeszcze szybciej)? A po jaką cholerę ? Jest dobrze! nie trzeba psuć.

    Wycofania sie Amerykanów z Europy czy Bliskiego Wschodu bym nie demonizował, jeżeli w rzeczywistości zbieraja siły do konfrontacji zbrojnej z maoistami – bo jeżeli nie; to pa Ciociu! Mamy pozamiatane! Dziarscy, żyjący w sprośności, uchodźcy oblezą Europę jak robactwo świerzego trupa, po czem Katechon z I Zarządu Głównego KGB w stopniu ppłk , na białym koniu w srebrzystej zbroi przebije złota kopią muślimskiego smoka…

  3. 3 Andrzej

    Otóż to Amalryku!

    Nie ma już praktycznie dnia bez nowych wieści o zamachach muzułmańskich fanatyków. Wczoraj Istambuł, dzisiaj Jakarta. Nigdzie nie jest bezpiecznie (poza „Rosją”, ludowymi Chinami, peerelem itp. – jakoś tak się składa, że tylko w „ex”- i aktualnych demoludach panuje spokój) Cały tzw. Zachód ogląda się nerwowo za tym kto uspokoi sytuację i zaprowadzi porządek. Aktualnie, na czele stają zjednoczeni (z bolszewizmem) Niemcy (pod sztandarami nowej nadziei europejskiej „prawicy”, czyli „europejskich patriotów przeciw islamizacji”), którzy już pełnym głosem wypowiadają swoje oczekiwania: Putin, ratuj nas! Konkretnie gdzie się to zaczęło? Ano tam, gdzie pod czujnym czekistowskim okiem tegoż Putina rodziła się enerdówkowa pierestrojka w której to również „żelazna kanclerz” odegrała swoją rolę po młodzieńczym spełnieniu się w bolszewickiej „wolnej młodzieży niemieckiej”.

  4. 4 michał

    Staram się (wbrew wrodzonej tendencji) nie zabierać głosu, gdy inni wypowiadają myśli, z którymi się w zasadzie zgadzam. Co rzekłszy, mam wątpliwości co do zdania wypowiedzianego powyżej przez p. Amalryka.

    Bez niepodległej Polski nie ma niepodległej Ukrainy – to wydaje mi się fundamentalnie słusznym. To zdanie nie może mieć zastosowania do prlu i ukraińskiej demokratury, ale nie jest przez to mniej słuszne. Więc kiedy p. Amalryk mówi: „ani jednej złotówki”, to o co chodzi?

    Sowiecka Ukraina, jaką ja znamy, nie różni sie zasadniczo od prlu. Czy jednoczesne istnienie tych dziwacznych tworów nie jest ironicznym dowodem, że wolna Ukraina nie może istnieć bez wolnej Polski?

  5. 5 Andrzej

    Tak jest Panie Michale. Istnienie tych dziwacznych tworów jest dowodem na to, że wolna Polska i wolna Ukraina to konieczny warunek trwałego istnienia obojga.

    Lecz Pan Amalryk napisał „Wyrzucenie choćby jednej złotówki na ten postbolszewicki ukraiński burdel” odnosząc się do aktualnego stanu rzeczy. Gdyby to brzmiało: ani jednej (dobrowolnie oddanej) złotówki na ten postbolszewicki (jak dla mnie nieprzerwanie bolszewicki – zdefiniowany przez komunistów, kontynuacja po „nep-modernizacji”) polski burdel to chyba byśmy się z tym zgodzili? Bowiem jego trwanie oznacza trwanie fikcji „wolnej Polski”. Zatem i kontynuacja (po zdefiniowanej przez sowietów „nep-modernizacji”) sowieckiej Ukrainy oznacza dalsze trwanie fikcji. Ja to rozumiem w ten właśnie sposób. Oddałbym ile bym mógł złotówek na wolną Polskę, wolną Ukrainę, wolną Litwę, wolną Rosję, wolne Czechy itd. Wolne od bolszewizmu.

  6. 6 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Z pewnością ma Pan rację. Ale że współczesny nam prl wydaje złotówki na ukraińską demokraturę nie powinno nas ani dziwić, ani niepokoić. Nie możemy przecież spodziewać się od władców prlu – obojętne czy będą to Kaczory, czy Donaldy – żeby posypali głowy popiołem i przyznali, że są u władzy w pe-er-elu, więc cóż innego mają robić? Z ich punktu widzenia, wzmacnianie Ukrainy, którą uważają za „wolną”, lecz zagrożoną przez „Rosję”, jest koniecznością polityczną.

    Z mojego punktu widzenia obraz wygląda jakoś tak: obok siebie leżą w złudzeniach suwerenności prl i ukraińska demokratura. Łudzą siebie na wzajem i swoich obywateli mirażem wolności, gdy w obu krainach podstawowe dźwignie władzy są w cudzych rękach.

    Ale ten obraz w żadnym razie nie osłabia ważności i słuszności hasła, że bez wolnej Polski, nie może być wolnej Ukrainy. Musimy to powtarzać z uporem: tak długo, jak nie zapanują warunki, w których istnieć może prawdziwie wolna i suwerenna Polska, żaden kraj Międzymorza nie ma szans na samoistną państwowość.

    Czy jest na powstanie takich warunków jakaś realistyczna nadzieja? Nie. Osobiście nie widzę żadnej. Ale jeżeli odrzucimy słuszność tego hasła, to możemy równie dobrze wyjść z podziemia i przyłączyć się do budowania najlepszego z prlów. Dlaczego nie, skoro na nic innego nie ma szans?

    Kiedyś mogą powstać warunki, w których powstanie wolnej Polski i wolnej Ukrainy będzie możliwe, i co wtedy? Czy istnieje jakakolwiek siła, która zechciałaby te warunki wykorzystać?

  7. 7 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Można by powtórzyć za Mackiewiczem, że to kolejny „temat wyrzucony poza nawias narodowy”.

    Moim zdaniem, niestety nie będzie takiej siły dopóty, dopóki decydującą rolę będą odgrywać nacjonalizmy. Będą wolały zawrzeć pakt z samym diabłem byle tylko nie dopuścić do wykorzystania tych warunków przez sąsiednie narody.

  8. 8 michał

    Dlatego tak ważne wydaje mi się, by nie wyrzucać dziecka (w tym wypadku hasła o współzależności losów Polski i Ukrainy) wraz z prlowską kąpielą.

  9. 9 amalryk

    Uściślijmy. Państwa narodowe, ten postreformacyjny a politycznie protooświeceniowy, efemeryczny (w kategoriach historycznych) twór zaistniał w Europie po Pokoju Westfalskim (zawartym Pomiędzy Świetym Cesarstwem Rzymskim a Francją) i trwał do poczatków naszego wieku; a obecnie, na naszych oczach staje się anachronizmem.

    Twór ten powstał w konsekwencji uniezależnienia się władzy swieckiej od papieża, który nie stał już na czele Kościoła w zreformowanych państwach, więc nastąpiła nacjonalizacja państwa poprzez wyłonienie się niezależnego państwa narodowego (cuius regio eius religio).

    Przy czym nie zapominamy, że siły obecnie stojące w wyraźnej opozycji do nacjonalizmu to środowiska lewicowo-liberalne z ich hasłami absolutnej wolności jednostki oraz politycznej poprawności,etc,etc, które chca nam zafundować ponadnarodowa wspólnotę (a jakże) ale jej wizja mnie jednak jakoś nie pociąga.

  10. 10 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Pańska historyczna perspektywa jest nad wyraz ciekawa. Ale, ale…

    Cuius regio eius religio nie oznaczało wcale wyłonienia się państwa narodowego; to władca decydował, jaka religia będzie wyznawana na jego terytorium, a nie naród. Państwa narodowe powstały zanim powstały narody, ale dopiero powstanie nacjonalizmów, tego bękarta rewolucji antyfrancuskiej. stworzyło twory znane nam dziś.

    Niestety ma Pan rację, że w dzisiejszym kociokwiku ideowym, w opozycji do nacjonalizmu stoją tylko lewacy, święty indywidualizm mieszany jest z pseudo liberalnym wyrażaniem swojej własnej indywidualnej pustki. Nie trzeba być zwolennikiem ponadnarodowego państwa, żeby nie lubić narodowego państwa. W porównaniu z Niunią europejską monarchia habsburska była rajem wolności indywidualnej, ale rozbita została przez partykularyzm narodowy. W moim przekonaniu, integrujące zapędy Niuni powodują tylko wzrost nacjonalizmu.

    Punkt wyjścia był jednak inny: czy może istnieć wolna Ukraina w Europie, w której nie ma miejsca dla wolnej Polski? Nie mówimy o prlach i demoludach. Czy może istnieć?

  11. 11 amalryk

    Zasada, cuius regio eius religio, (Pokój Augsburski) jest, co prawda, starsza o niemal 100 lat od Pokoju Westfalskiego, ale to ona zapoczątkowała proces powstawania nowozytnych państw narodowych; poprzez proces „nacjonalizacji” religii, czyli poddaniu wszelkich chrześcijańskich wspólnot zwierzchnictwu państwa, traktowanego jako twór całkowicie świecki i nie podległy osądowi moralnemu ze strony Kościoła. (Jak to sentymentalnie zauważył Maurras; „[…]Istniała niegdyś powszechna Republika Chrześcijańska w Europie Zachodniej, która wytworzyła rodzaj doczesnej jedności. Jedność ta została zniszczona przez Lutra. Od czasu tego rozłamu naród stanowi ostatni krąg społeczny, w którym Człowiek może afirmować swoje człowieczeństwo.[…]”)

    „Czy moze istnieć wolna Ukraina w Europie, w której nie ma miejsca dla wolnej Polski? ” – Ja sobie takiej wolności jakoś nie wyobrażam…

  12. 12 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Czy rzeczywiście? Czy da się utrzymać twierdzenie, że cuius regio eius religio zapoczątkowało proces? Zastanówmy się, bo to niezwykle ciekawe.

    Obszar, który nazywamy dziś „Niemcy” rozbity był od zawsze na archipelag małych kraików, skłóconych głównie przez dynastyczne podziały. Język nie jednoczył ich bliżej niż język łączący Słowian, ale wszyscy przyjmowali luźną, bo feudalną zwierzchność cesarza i złączeni byli wyznawaną religią. Niektóre z tych germańskich księstw tworzą dziś Niemcy, inne należą do Francji, a jeszcze inne są osobnymi państwami. Reformacja dodała jednak nowy element do tradycyjnych waśni „o miedzę” – ferwor religijny. Pokój, o którym Pan pisze, przywrócił tylko podstawę dawnych sporów, a wykluczył nową: nie będziemy się odtąd nawracać wzajem, mówili niemieccy książęta; władca zdecyduje, jakie wyznanie panować będzie w jego kraju. Ale władców było multum, więc nie tworzyło to pojęcia nadrzędnego narodu, a co najwyżej umacniało Heimat. I tak powstał patriotyzm westfalski i bawarski, alzacki i lotaryński. Ale nie naród niemiecki. Taki naród nie istniał jeszcze bardzo długo.

    Cuius regio wydaje mi się raczej umocniło rozbicie Niemiec, niż stworzyło podstawy jedności. Jak zwykle bywa, dopiero siła zewnętrzna, spoza Niemiec, siła wynosząca się ponad te zadawnione spory, zdołała zjednoczyć Niemcy. Taką rolę odegrały w tej historii Prusy, ale podobnie było z wielkimi Macedończykami, którzy nie oglądając się na greckie podziały zjednoczyli Helladę. Podobnie do pewnego stopnia działali sfrancuziali piemontczycy w włoskim Risorgimento, przymusili niejako nienawidzące się miasta do jedności. (Znikomy tylko procent ludności półwyspu Apenińskiego mówił wówczas po włosku; wielu uważa, że nic się nie zmieniło w tym względzie.)

    W przytoczonym przez Pana cytacie, Maurras zdaje się afirmować swój nacjonalizm raczej niż swoje człowieczeństwo, nie sądzi Pan?

  13. 13 amalryk

    Jest droga, co komuś zdaje się słuszna, a w końcu prowadzi do zguby.(Prz.14.12)

    Jednak myslę, że tak jak nie da się unieważnić wpływu reformatorskiego „buntu księży” na rozwój dogmatycznego racjonalizmu tak nie sposób nie zauwazyć w nim korzeni współczesnego nacjonalizmu. (I nie jestem tu jakimś odkrywcą, tylko akceptuję te racje.)

    Znosząc nieprzerwaną tradycję Kościoła w interpretacji Pisma i podważając jego autorytet reformatorzy w rzeczywistości znieśli jakiekolwiek ograniczenia w używaniu rozumu w kwestiach tegologicznych, konsekwentnie odcinając ze spuścizny chrześcijańskiej wszystko co uznali za niedowodliwe doprowadzili je do stanu w którym na pewno już nim nie jest. A u kresu tego procesu pojawia sie nietolerancja fanatycznego racjonalizmu.

    Zaś znosząc prymat następcy św.Piotra poprzez poddanie chrześcijańskich wspólnot reformowanych zwierzchnictwu państwa ( kościoły państwowe ; np. anglikański z królem Anglii, czy ewangelicki Unii Staropruskiej z królem Prus etc);reformatorzy traktując państwo jako porządek świecki i nie podlegający osądowi ze strony Kościoła, rozumieli je jako autonomiczna organizację, której cele wyznacza jedynie niezależna władza polityczna za pośrednictwem norm samodzielnie kreowanego prawa pozytywnego, których niepodobna odnosić do prawa boskiego.

    I nie chodzi mi tu o ów gleichschaltung,którego w wypadku Niemców miał dokonać dopiero w XX w. pewien Ausryjak rodem z Braunau. Chodzi mi o rzecz wcześniejszą o owo podcięcie korzeni metafizycznej ponadnarodowej chrześcijańskiej wspólnoty.

  14. 14 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Trudno doprawdy nie zgodzić się z Pańską wykładnią wpływu reformacji na wyniesienie fanatycznego, powiedziałbym oświeceniowego racjonalizmu (pseudo- tylko pseudo-racjonalizmu, w końcu tomizm jest postawą i filozofią racjonalistyczną) i jego dominującej roli w świecie. Nie widzę wszakże koniecznego związku między racjonalizmem i nacjonalizmem.

    Jak widziałby Pan w tym świetle sytuację Prawosławia? Czyż nie ma racji Dostojewski, że Cerkiew zachowała przesłanie Chrystusowe lepiej niż Rzym, ponieważ sama nigdy nie sięgnęła po władzę ziemską? Oczywiście znamy konsekwencje tego „oddania cesarzowi co cesarskie” w świecie, w którym istnieje potęga bolszewicka, ale Dostojewski pisał w innych czasach.

    Nacjonalizm podcina „korzenie metafizycznej, ponadnarodowej, chrześcijańskiej wspólnoty” – zgadzamy się co do tego. Ale w jaki sposób podcina go racjonalizm? Czy może źle Pana zrozumiałem?

  15. 15 amalryk

    Dostojewski mógł jeszcze trwać w takim przekonaniu (” że Cerkiew zachowała przesłanie Chrystusowe lepiej niż Rzym”) my już wiemy że w błędnym…

    W odwiecznym sporze pomiędzy Atenami a Jerozolimą („Cóż jednak wspólnego mają Ateny z Jerozolimą? Kościół z Akademią? Heretycy z chrześcijanami? Nasza nauka zrodziła się z portyku Salomona, który twierdził, że Boga należy szukać w prostocie serca. Niech o tym pamiętają ci, którzy głoszą jakieś stoickie, platońskie czy dialektyczne chrześcijaństwo!”) już dawno znalazłem swoje miejsce w Jeruzalem. Może to sprawa wieku (w młodości jednak byłem zagorzałym racjonalistą), może postepujacej ociężałości umysłowej… Wiem, że „wiara nie jest krzykiem” więc musi jakoś artykułować swe myśli, ale zawsze jest to credo ut intelligam nigdy na odwrót.

  16. 16 michał

    A! Credo quia absurdum. Jestem pełen podziwu, Panie Amalryku.

    Ale nie odpowiedział Pan na pytanie o nacjonalizm-racjonalizm.

  17. 17 Jaszczur

    Nieco off-topic: co Państwo sądzą o fali zgonów wśród sowieckiej generalicji (zwłaszcza d-ców GRU)? Czy mamy do czynienia z akcją dezinformacyjną i sowieci pokazują nam to, co chcą pokazać, czy może mamy do czynienia z powtórką z czasów Stalina i wielkiej czystki?

    http://foxmulder2.blogspot.com/2016/01/putin-hujo-vs-gru-rzez-rosyjskich.html

  18. 18 michał

    Drogi Panie Jaszczurze,

    Osobiście nie mam pojęcia, ale zapewne i jedne i drugie.

    Ale zainteresowała mnie linka do tej dziwacznej strony. Nie przypominam sobie niczego równie niesmacznego, wulgarnego i nie na poziomie. To jest na swój sposób osiągnięcie.

  19. 19 Andrzej

    Stalin i wielka czystka…Ho, ho! czy po „stalinizmie” mamy teraz „neostalinizm”-„putinizm”?

    Sądzę Jaszczurze że to nie ma większego znaczenia. Ot, jak to u bolszewików. Jeden drugiemu daje w łeb ale to nie oznacza wcale zmiany ich celów. Może nie zgadzał się z obowiązującą linią „wadzy”, może wlazł komuś na „interesy”, może nie chciał się podporządkować jak Ceaușescu, może się zachlał, może okradł kogo nie trzeba, może to zwykła dezinformacja . Może dostał jednak po łbie. To sowiecki „business as usual”. Dopatrywanie się drugiego czy trzeciego dna w tej rzeczywistości to rzec by można klasyczna „sowietologia” czy też klasyczne „wishful thinking”. Jestem pod wrażeniem przedstawionej w lince listy nagłych zgonów co nie zmienia faktu, że ten Foxmulder to dla mnie nic innego jak polrealistyczny bełkot (na czele zawsze jest obecna „wolna Polska” i jej „racja stanu”). Zaglądałem do niego parę lat temu ale mnie śmiertelnie znudził swoimi „tezami”. Na zadane przeze mnie kwestie ani razu nie raczył nawet odpowiedzieć, za to chętnie dyskutował ze swoimi fanami. Zdaje mi się, że ma bardzo wysokie mniemanie o sobie i swoich poglądach ale są one w sumie nudne i płaskie.

  20. 20 amalryk

    „Credo quia absurdum” – przypisywane Tertulianowi, jego autorstwa nie jest. Powiedział tylko; „Certum est, quia impossibile est” (paradoksalność religii Słowa Wcielonego). Jak późniejsze słowa Pascala:
    „[…]Ci bowiem, którzy przez te znaki i mądrość zyskali waszą wiarę i dowiedli wam swego posłannictwa, oświadczają wam, iż to wszystko w niczym nie może nas odmienić ani uczynić zdolnymi do poznania i kochania Boga, jedynie cnota szaleństwa krzyża bez mądrości i znaków; a bynajmniej nie znaki bez tej cnoty. Tak więc nasza religia jest szalona, zważywszy jej istotną przyczynę, a mądra, zważywszy mądrość, która do niej przygotowuje.[…]”

    A związki nacjonalizmu z racjonalizmem, jeżeli w ogóle są, to są drugorzędne i małoznaczące – jak sądzę.

    A co do częstotliwości zgonów wśród wyższych funkcjonariuszy sowieckich organów – cóż, biorąc pod uwagę szalenie higieniczny tryb ich zycia, nalezy zauwazyć że wiek około pięćdziesiatki jest w zasadzie ich naturalna granicą biologiczną (wliczając w to samobójstwa w pijackim amoku).

  21. 21 michał

    Och, Panie Amalryku, różnie mówią, co też Tertulian powiedział. Być może wyraził się inaczej, na przykład „prorsus credibile est, quia ineptum est”. Ale sens pozostaje ten sam. Nie na darmo Papież Benedykt wypowiedział się przeciw Tertulianowi, przeciw fideizmowi, a po stronie zasadniczej racjonalności wiary katolickiej.

    Natomiast co do racjonalności nacjonalizmu, to osobiście nie widzę żadnej. Wydawało mi się, że to Pan zasugerował pewien związek.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja