III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




volume-170816-1-1_small volume-170816-1-2_smallvolume-170816-1-3_small

19 sierpnia 1991 roku rozpoczął się w Moskwie trzydniowy spektakl bez precedensu. Niemal każdy szczegół przewrotu był zadziwiający. Pomimo rozlicznych twierdzeń, że samo wydarzenie nie było niespodzianką, zarówno zachodnie źródła jak obóz Jelcyna, musiały niechętnie przyznać, że nie było żadnych informacji zapowiadających pucz. Umknęło to uwagi zachodnich obserwatorów, musi więc być istotne. Historia dostarcza niezliczonych przykładów lekceważenia ostrzeżeń nadsyłanych przez wywiady, ale brak jakichkolwiek ostrzeżeń – jakichkolwiek informacji! – na temat przygotowań do wydarzenia takiej wagi, domaga się logicznego raczej niż historycznego wyjaśnienia. Logicznie rzecz biorąc są trzy możliwości:

  1. Wszystkie przygotowania były skutecznie owiane tajemnicą.

  2. Wszystkie wywiady zainteresowane rozwojem wypadków w Moskwie są do niczego.

  3. Nie było żadnych przygotowań.

Pierwsza możliwość zakłada wysoki stopień organizacji po stronie spiskowców, co – zważywszy późniejszy rozwój wypadków – wydaje się mało prawdopodobne. Druga z kolei, zważywszy wcześniejszy bieg historii, wydawałaby się bardzo prawdopodobna, gdyby nie fakt, że Jelcyn rzekomo także nie wiedział nic o przygotowaniach. Ponieważ Jelcyn powoływał się wielokrotnie na poparcie w wojsku, byłoby sensowne oczekiwać, że jego poplecznicy w armii czerwonej ostrzegą go przed akcją skierowaną ostensywnie przeciwko niemu. Zatem albo Jelcyn kłamał i wiedział o przygotowaniach, albo kłamał i nie miał poparcia w wojsku – albo trzecia możliwość jest słuszna.

Przedsięwzięcie przewrotu w największym kraju świata bez jakichkolwiek przygotowań do przejęcia władzy byłoby śmieszne, gdyby nie to, że odpowiadało idealnie obrazowi spiskowców, jako grupce pijaczków przepełnionych tęsknotą do dobrych starych czasów. Zaprawdę, tak kochali stare czasy, że zapomnieli o starych metodach. W swym podchmielonym entuzjazmie, ochoczo zapomnieli o istnieniu sprawnych oddziałów specnazu i o jednostkach omon, ćwiczonych na takie właśnie okazje, a w zamian użyli rekrutów i gwardii reprezentacyjnej dla „walki” z Jelcynem. Beztrosko nie pamiętali, że nie atakuje się budynków przy pomocy kolumn czołgów, zwłaszcza, gdy ma się do dyspozycji helikoptery. Radośnie zapomnieli przeciąć linie komunikacyjne przeciwników (prymitywna milicja chorwacka uczyniła to skutecznie i bez wahania, mając do czynienia z federalną armią Jugosławii). Mówi się nam, że spiskowcy błagali aresztowanego Gorbaczowa o audiencję, a on odmówił – bohaterski Gorbi. Warennikow, który ściśle rzecz biorąc, nie był jednym z „konspiratorów” poleciał jednak na Krym i spotkał się z Gorbaczowem. Gorbaczow utrzymuje do dziś, że odrzucił wszelkie żądania; Warennikow twierdzi, że Gorbi powiedział im, żeby „robili, co chcą”. Natomiast świadkowie (głównie oficerowie kgb z otoczenia Gorbaczowa) wspominają, że Warennikow był „wstrząśnięty i wyraźnie zdenerwowany” po rozmowie. Tymczasem „aresztowany przywódca” nie wykazywał żadnych oznak zdenerwowania. Wręcz przeciwnie, często chadzał sobie na plażę, by obnażyć w oczach zdumionej publiki kłamstwo swej rzekomej choroby – cwany Gorbi. (podaję za Daily Telegraph, 4.9.91)

Czy konspiratorzy, generałowie czerwonej armii i kgb, mogli zapomnieć aż tyle, podejmując się przewrotu? Wydaje się oczywiste, że musieli oczekiwać pomocy, inaczej bowiem podjęliby najbardziej elementarne środki ostrożności. W rzeczywistości jedynym, który mógł nakłonić spiskowców do działania, był sam Gorbaczow. Toteż przypuszczam, że kiedy szumnie nazwany „Komitet Państwowy” sformował się 19 sierpnia 1991 roku, to oczekiwał, że nieobecny członek wykona całą pracę. To by tłumaczyło tajemniczy brak przygotowań, ale jak wytłumaczyć, że brnęli dalej w idiotyzm puczu, pomimo że prędko musieli zrozumieć grozę swojej sytuacji? Obecność wśród nich Kriuczkowa i Pugo wyjaśniałaby i to. Szczerość, jeżeli wolno użyć takiego określenia w kontekście ludzi z kgb, tych dwóch spiskowców, jest co najmniej wątpliwa. W konsekwencji, zaproszenie Jawlińskiego, by był świadkiem aresztowania Pugo i cała ta dziwaczna historia o oddziale kagebistów, którzy dzwonią do jednego z przywódców spisku (Pugo był ministrem spraw wewnętrznych, czyli ich zwierzchnikiem) na chwilę przed aresztowaniem (podaję za: Reuters, 24.8.1991) – wszystko to razem z „samobójstwem” Pugo (większość samobójców nie zabija przedtem swoich żon, ale może Pugo nie lubił żony?), wydaje się co najmniej podejrzane.

Wiele wskazuje, że byliśmy świadkami przedstawienia. (Rzadkim przykładem odwagi w występowaniu przeciw utartym opiniom był felieton autora ukrywającego się pod pseudonimem Peter Simple w Sunday Telegraph z 25 sierpnia; nazwał on przewrót „a public relations exercise, a stage-managed charade” i „unconvincing show, as of badly rehearsed actors.”) Mieliśmy więc z jednej strony tchórzliwe pijaństwo stalinistów (w ciemnych barwach), a z drugiej, śmiałe i odważne przywództwo demokratów (w bieli, z uśmiechem na twarzy). Dobrze znane techniki budowania napięcia zostały wprowadzone w życie skutecznie, choć w niekonwencjonalny sposób. Na przykład, kolumna czołgów, poruszająca się bez końca ulicami Moskwy w kierunku Białego Domu, przypominała mi scenę masakry na schodach w Odessie w Pancerniku Potiomkinie, Eisenteina. Rolę montażysty przejęli zachodni korespondenci, którzy pocięli kawalkadę na drobne kawałki i skleili ją na nowo w cogodzinnych biuletynach radiowych. W filmie Eisenteina scena masakry trwa o wiele dłużej niż w rzeczywistości zajęłoby schodzenie oddziału po schodach, ale też Eisenstein był geniuszem. Ja sam (dokładnie tak jak widz na Potiomkinie), wsłuchany w biuletyny radiowe, czułem się, chcąc nie chcąc, wciągnięty w dramat oblężonych demokratów, świadomych powoli zbliżającej się zagłady. – W rzeczywistości zagłada nie nastąpiła, bo nigdy się nie zbliżała; czołgi nie dojechały, bo nie miały dojechać.

Były też w przedstawieniu elementy farsy, jak np. nawoływania Jelcyna zwrócone do żołnierzy, by porzucili „juntę”, które były transmitowane w państwowej telewizji. (Och, ci spiskowcy! Znowu zapomnieli! Wypili za dużo? Czy zjedli za mało?) Częste rozmowy telefoniczne oblężonego rzekomo Jelcyna, z prezydentem Bushem, nadawały już całemu przedstawieniu raczej surrealistycznego charakteru.

I tak doszło do tego, czego nie spodziewał się nawet Lenin. Tłumy na ulicach Moskwy, zamiast powiesić bolszewicką bandę na przydrożnej latarni (bo tego właśnie spodziewałby się Lenin), wspólnie z przywódcami demokratycznego świata domagały się przywrócenia komunisty do władzy, w ten sposób legitymizując władzę od zarania pozbawioną legitymacji. To dopiero było prawdziwe coup propagandowe. Zdelegalizowanie partii bolszewickiej, które nastąpiło wkrótce, było wyłącznie kosmetycznym zabiegiem, zważywszy istnienie paralelnych aparatów państwa i partii. Podział kgb na trzy odrębne agencje jest w tym kontekście przerażający. (Mamy tu bowiem powtórkę równoległych, pozornie skłóconych, systemów.)

Dobrze, ale musimy jednak być trochę bardziej samokrytyczni niż wyznawcy składanego komunizmu; w końcu cui bono nie jest bezbłędną i doskonałą metodą dowodzenia. Zatem, czy jest w ogóle możliwe wyreżyserowanie tak skomplikowanego łańcucha wydarzeń? Comedia dell’arte z udziałem mas?

Aby pokusić się o zorkiestrowanie tak wielkiego przedstawienia, trzeba po pierwsze pogodzić się z faktem, że nie wszystko da się poddać kontroli. Po drugie, trzeba stworzyć warunki, w których ludzie zachowują się w sposób choćby do jakiegoś stopnia przewidywalny. Trzeba wreszcie polegać na niewielkiej liczbie aktorów, którzy zgodzą się „grać” i ponieść tej gry konsekwencje.

Jak powszechnie wiadomo, zachowanie tzw. mas jest bardziej przewidywalne niż postępowanie jednostek. Dla przykładu, wielkie zgromadzenie ludzi skonfrontowane przez małą grupę zdeterminowanych i dobrze uzbrojonych napastników, najprawdopodobniej rozbiegnie się w panice. To samo zgromadzenie zachowa się inaczej wobec niezdecydowanych rekrutów – najprawdopodobniej „wykaże zdumiewającą odwagę”, nawet jeśli owi rekruci będą w czołgach. Zuchwałość tłumu jest zazwyczaj wprost proporcjonalna do niezdecydowania uzbrojonych oponentów. Nie zamierzam – dodam na wszelki wypadek – ośmieszać odwagi jednostek w takich sytuacjach. Potrzeba więcej niż „bigla”, żeby stać obok czołgu z ryczącym silnikiem (wiem coś o tym – zmykałem, gdzie pieprz rośnie!), a co dopiero, żeby wskoczyć na czołg i wyciągać siłą czołgistów. Jest jednak stosunkowo łatwiej o taką odwagę, gdy żołnierze zachowują się w taki sposób, jak ci na ulicach Moskwy.

W wypadku poszczególnych jednostek, przewidywalność ich postępowania, wydaje się być jakoś zależna od ich poziomu intelektualnego. To oczywiście dotyczyłoby niektórych spiskowców, ale nie tylko. Jeżeli otoczyć budynek czołgami, ale pozostawić okrążonym komunikację ze światem zewnętrznym, to da się przewidzieć z niejaką pewnością (niezależnie od inteligencji okrążonych), że wykorzystają tę łączność, by oznajmić światu swą niezłomność oraz, żeby zaapelować do żołnierzy wroga.

W ten sposób stworzona została scena. Teraz należało tylko znaleźć „gwiazdę”. Czy trzeba proroczego daru, by przewidzieć, że Borys Jelcyn będzie się bronił, kiedy go zaatakować? Że użyje wszelkich możliwych środków, by rozgłosić swój heroizm na cały świat? Że wreszcie skutecznie obroniwszy „demokrację w Rosji”, zostanie okrzyczany bohaterem na Zachodzie? To jest jasne, jeśli widzieć Jelcyna tylko jako nieświadomego wykonawcę. Ba, ale kto zaręczy, że gwiazdor nie miał wpływu na inscenizację? Wiele jest niebezpośrednich dowodów na bliską współpracę między Jelcynem a Gorbaczowem, np. historyjka Gorbaczowa o rzekomym podsłuchu kgb podczas rozmów pomiędzy nim, Jelcynem a Nazarbajewem; albo nieszczęsna wzmianka o podwójnej kontroli rezerw złota (por. The Times, 14.11.1991). Wedle rzeczników nowej sowietologii, zgoda na wspólną kontrolę rezerw (która była widziana jako jedna z nagród rzekomej walki o władzę), nie wyklucza samej walki o władzę. Jest to zapewne logicznie słuszne, niemniej jednak mało prawdopodobne, żeby rzekomi rywale, zgodziwszy się na podział kontroli rezerw, nie omówili także szerszego podziału władzy.

Niełatwe stosunki pomiędzy Gorbaczowem i Jelcynem wydają mi się raczej relacją równych, pełną osobistej animozji. Tego rodzaju relacja może się z łatwością przerodzić w walkę o władzę. Trzeba jednak pamiętać, że „Rosja” miała być przede wszystkim wehikułem, który miał wynieść Jelcyna na szczyt, co tylko bardziej zmąciło, i tak już mętne, wody rosyjskiej walki o zrzucenie komunizmu. W rzeczywistości bowiem, Jelcyn nie zniszczył wcale sowieckiego centrum; wręcz przeciwnie, zrobił wiele, by utrzymać je przy życiu. Idea „Wspólnoty Niepodległych Państw” jest tego znakomitym przykładem. Podobny projekt wysuwany był przez Gorbaczowa nie dalej jak w październiku 1991 roku; poprawka Jelcyna polegała wyłącznie na wykluczeniu Gorbaczowa. Jelcyn mówił jednak zupełnie wprost, że jego koncepcja miała „powstrzymać dezintegrację” związku.

Relacja między Gorbaczowem i Jelcynem wydaje się klasyczną sowiecką grą, jak np. Moczar-Gomułka, której używają, kiedykolwiek pragną stworzyć pozory walki o władzę, zagrożenia dla jedynie słusznej linii. W początkach swej kariery genseka, Gorbi zaangażowany był w „walkę o władzę” z tzw. „konserwatystą”, Ligaczowem, którego bezustanna krytyka reform uzasadniała rzekome trudności. Z „lewej” strony napadał na biednego Gorbiego nieprzewidywalny Jelcyn. Otoczony przez łajdaków, Gorbaczow był widziany jako jedyna nadzieja na przyszłość, a pierestrojka jako jedyna sensowna droga naprzód, zatem Zachód uczyniłby mądrze, popierając go. Prędko musiało się stać jasne, że aparat partyjny będzie się opierał przemianom sam z siebie, bez żadnej manipulacji, jak zresztą każdy establishment na świecie. W rezultacie, Ligaczow stał się zbędny, natomiast Jelcyn potrzebował bazy. W każdym państwie komunistycznym najprostszą drogą do popularności, jest wypowiedzenie krytyki pod adresem komunistycznej partii. Dramatyczny gest podarcia legitymacji partyjnej bardzo podniósł popularność Jelcyna, który w rezultacie wygrał prezydenckie wybory – niespotykany wypadek w historii komunizmu. Nie wystarczyło to jednak, by podnieść jego status na arenie międzynarodowej. Potrzeba było nadzwyczajnych wydarzeń, by stworzyć obraz Jelcyna jako „męża stanu”; status, którego tak jaskrawo mu odmówiono podczas wizyt w Stanach Zjednoczonych i w Strasburgu. Pucz bardzo tu się przydał.

Ale czy nie jest równie możliwe, że Jelcyn jest uczciwym człowiekiem i szczerze pragnie demokratyzacji Matki Rosji? Gdyby tak rzeczywiście było, to w moim głębokim przekonaniu byłby tylko pionkiem w rękach Gorbaczowa.

Krótkowzroczność zachodnich polityków i komentatorów jest, jak zwykle, podstawą sowieckiej strategii. Nie inaczej było podczas tzw. wschodnioeuropejskich rewolucji w 1989 roku. To co się działo wówczas, jest doskonałym przykładem dla unaocznienia, jak wydarzenia mogą być kształtowane w taki sposób, by „pasowały” do zachodniej wrażliwości.

Mieliśmy wówczas do czynienia z niezwykłym łańcuchem dramatycznych wydarzeń, który przyniósł w końcu „upadek komunizmu”. Komuniści zostali zmieceni, np. czeski premier oddał legitymację partyjną, a zachodnie media ogłosiły go „pierwszym nie-komunistycznym premierem Czechosłowacji od 40 lat”. Demokracja została przywrócona, np. 35% posłów w sejmie prl, zostało wybranych w „wolnych wyborach”. Kapitalizm był na ustach wszystkich, zwłaszcza na ustach aparatczyków, gdyż jako jedyni ludzie z pieniędzmi i z doświadczeniem, bardzo prędko zbierali plony prywatyzacji. Straszne policje polityczne poddane zostały reformom, czystkom i … pozostawione bez większych zmian, np. z 3051 oficerów SB w ministerstwie spraw wewnętrznych prlu, 2867 zostało zaakceptowanych do dalszej służby. (Tygodnik Powszechny, 26.8.90) Podobnie było w wojsku, w sądownictwie, a nawet do pewnego stopnia w środkach przekazu.

Najdziwniejszą cechą wspólną „rewolucji ‘89” był fakt, że wszystkie były rozpoczęte przez służby bezpieczeństwa. Tyle jest po temu dowodów, że wyznawcy nie mogli tego dłużej lekceważyć i wystąpili z odpowiednim „wyjaśnieniem”. Zaakceptowali oczywisty stan rzeczy, że Gorbaczow zapoczątkował przemiany dla swych własnych celów, prawdopodobnie dla przyspieszenia pierestrojki, ale raz rozpoczęte, wydarzenia wyrwały się spod kontroli, czego wyniki mają być najlepszym dowodem: czyż można sobie wyobrazić, żeby Moskwa planowała utratę kontroli nad Europą Wschodnią? – zapytają retorycznie wyznawcy.

W rzeczywistości jednak, w wyniku „rewolucji” ex-komuniści wraz z ex-poputczikami zagarnęli wszystkie istotne ośrodki władzy, podczas gdy narody świętowały wyzwolenie. Wszelkie ślady autentycznego anty-komunizmu były z miejsca uciszone przez głośną retorykę ludzi takich jak Havel czy Wałęsa, czy Michnik. Zachód zadziwiony prędkością przemian, z radością zaakceptował koncepcję „wspólnego europejskiego domu”. Z punktu widzenia sowieckich strategów, sukces był tak znaczący, że należało jak najprędzej powtórzyć całą operację w samych sowietach.

Jeszcze raz, spróbujmy jednak dać kredyt wyznawcom, gdzie im się wcale żaden kredyt nie należy; spróbujmy wziąć ich wyjaśnienie za dobrą monetę. Przyjmijmy, że wydarzenia wyrwały się spod kontroli tych, którzy je z taką zuchwałością rozpoczęli, że rozwój wypadków we wschodniej Europie przybrał zły obrót z punktu widzenia kgb. Przyjmując to za dobrą monetę, akceptujemy, że służby bezpieczeństwa miały jakiś plan, miały środki do jego przeprowadzenia, miały konieczną wizję, by podjąć się aranżowania wypadków na ogromną skalę (w co najmniej pięciu różnych krajach, prawie jednocześnie), ale nie miały żadnych planów, na wypadek niepowodzenia, na wypadek, gdyby rozpętane siły „wyrwały im się spod kontroli”. Co więcej, gdy utracili kontrolę w jednym kraju, rozpoczynali podobną akcję w następnym. Samobójcy? „Nie! Po prostu utracili wiarę w ideologię i chcieli dać szansę demokracji”, brzmieć by mogła odpowiedź wyznawców. Zważywszy jednak globalne znaczenie całej operacji, musiała ona być nadzorowana przez szefa kgb, Władymira Kriuczkowa. Jeśli i on pokochał serdecznie demokrację, bo utracił wiarę w ideologię, tak jak jego wschodnioeuropejscy towarzysze, to jego moskiewski pucz musiał być tylko grą! – a w to zdaje się nikt nie chce wierzyć. Oto dokąd prowadzi logika wyznawców koncepcji składanego komunizmu. Kriuczkow nie był jednak ani „demokratą”, ani „konserwatystą”, ani „liberałem”, „betonem” czy jakkolwiek go jeszcze chrzczono – był komunistą wysokiej rangi i jako taki, służył długoterminowemu celowi komunizmu. Wszystkie jego akcje podporządkowane były temu celowi, a akcje ostatnich lat przygotować miały grunt dla ostatniego etapu wieloletniego planu.

Tymczasem ogromna większość obserwatorów chciała widzieć w moskiewskim przewrocie „zemstę betonu” za utratę wschodniej Europy. Skoro jednak Kriuczkow uwikłany był w obu wydarzeniach, to czy mścił się na sobie samym? Jeżeli wydarzenia wymknęły mu się z rąk w 1989 roku (a taka jest hipoteza wyznawców), to czy zdecydowałby się na kolejny dramatyczny krok w tym samym stylu?

Dla wyznawców, to wszystko nie ma jednak żadnego znaczenia: że komunizm upadł, każdy widzi. Czy Kriuczkow jest sfrustrowanym demokratą, czy samobójczym autokratą? – Kogóż to może obchodzić?!

Jest ni mniej, ni więcej, tylko głupotą, uważać wroga za głupca. Napoleon wygrał bitwę pod Marengo, ponieważ postępował tak, jakby austriacki generał, Melas, był Napoleonem; podczas gdy Melas, nie przypisywał swemu przeciwnikowi zdolności większych, niż jego własne, Melasa.

Jest takie powiedzenie: można oszukać niektórych ludzi za każdym razem i można oszukać wszystkich, niekiedy; ale nie można oszukać wszystkich ludzi za każdym razem. Trzeba prawdziwego geniuszu, by nabrać cały świat – ani Gorbaczow, ani Jelcyn, nie wyglądali nigdy na geniuszów. Jakkolwiek zgrabnie by postępowali, nie byli bezbłędni. Łatwo przecenić ich zdolności, a nie docenić Metody, którą się tak dobrze posługują. Źródło ich siły leży na Zachodzie, gdzie nie ma ani woli, ani wiedzy, by zakwestionować powszechnie przyjętą wykładnię wydarzeń. Jednostki wyrażające wątpliwości – jak wspomniany już Peter Simple – są prędko zepchnięte na margines i uciszone.

Język angielski ma piękne określenie na sytuację, w której ktoś jest nabijany w butelkę: to be taken for a ride. „Być wziętym na przejażdżkę.” Dokąd wiedzie ta przejażdżka? Do wycofania się Ameryki z Europy, do stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy, które staną się łatwym kąskiem dla sowietów – o, pardon! dla Federalnego Związku Rad. Nie ma potrzeby, by armia czerwona miała maszerować do Portugalii czy Danii – to kawał drogi. Politycy europejscy sami oddadzą swe kraje do wspólnego europejskiego więzienia narodów, rozciągającego się od Pacyfiku po Atlantyk.

Kto nie chce znać historii, skazany jest na błędy, których mógłby uniknąć.

____

W 25 rocznicę puczu publikujemy polską wersję artykułu opublikowanego w skrócie w styczniu 1992 roku w Soviet Analyst, Volume 21, Number 3



Prześlij znajomemu

13 Komentarz(e/y) do “Składany komunizm. Moskiewski pucz”

  1. 1 Andrzej

    cui bono nie jest bezbłędną i doskonałą metodą dowodzenia
    ===========================================

    Myślę, że pomimo słuszności tego stwierdzenia można spróbować przeanalizować „moskiewski pucz” pod kątem korzyści dla komunistów. Czy jego realizacja nie przyniosła sowietom znaczniejszych profitów od tych które niewątpliwie uzyskaliby gdyby ZSSR w dalszym ciągu istniał formalnie jak CHRL? Dlaczego nie zdecydowano się na wariant chrl-owski który okazał się niezwykle skuteczny bez odgrywania „upadku komunizmu”? Gorbaczow był bożyszczem Zachodu i dostałby co tylko by chciał, być może znacznie więcej od chińskich komunistów (zapewne tamci nie dostaliby wówczas tyle ile dostali i wciąż dostają). Dlaczego więc sowieci nie zdecydowali się na powtórkę tego manewru? Myślę, że cel pierestrojki był od początku taki aby system sowiecki rozproszyć. Kraje bałtyckie były „poligonem doświadczalnym” tego procesu, zaś „moskiewski pucz” a raczej jego następstwa („niepodległa” Białoruś, Ukraina, Kazachstan i tak dalej) jego rozwinięciem. Sądzę, że „formalne rozwiązanie” sowietów w białowieskiej puszczy było nie tylko ich rozmydleniem (aby oznajmić światu „złożenie się” sowieckiego komunizmu) lecz także podziałem całości strategii na wątki.

    Praca zespołowa stosowana jest „od zawsze” (taktyka wojskowa) po to aby skuteczniej – szybciej i mniejszym kosztem osiągnąć cel. W naszych czasach ma powszechne zastosowanie w każdej dziedzinie życia. Np. w komputerach wielowątkowość i wieloprocesorowość zwielokrotnia moc obliczeniową i czas potrzebny na realizację programu.
    Czy zatem zysk „moskiewskiego puczu” – rozproszenie strategii na „państwowe” wątki aby skuteczniej osiągnąć cel, nie jest większy niż zysk komunistów chińskich? W gospodarczym ujęciu wydaje się że nie, lecz w politycznym wydaje się że tak. Można się zastanawiać i porównywać lecz czy nie jest tak że oba warianty się uzupełniają i stanowią dwa główne procesory tej samej maszyny?

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju!

    Nie tylko można, ale z całą pewnością należy patrzeć na korzyści. Ale argument cui bono jest podejrzanej konduity, ponieważ puszcza się z bezmyślną tłuszczą. Zbyt łatwo ulegamy podejrzeniom tylko i wyłącznie dlatego, że przypisujemy sprawstwo tym, co skorzystali. Już chciałem podać przykład z zabójstwem Kennedy’ego, ale powstrzymała mnie notoryczna niejasność tego wydarzenia; powiem więc inaczej: jeżeli Ziutek podstawi nogę Bolowi, a Tosia wypije oranżadę Bola, podczas gdy ten ryczy w niebogłosy, to nie znaczy, że Tosia ukartowała podstawienie nogi Bolowi.

    Wiem, że i tak zgadzamy się w tej kwestii, tylko po prostu cyzeluję myśl. (Ach, jaka to przyjemność.)

    Pytania, które Pan stawia, są godne zastanowienia. W moim mniemaniu, ustalenia na temat modeli przybranych przez dwie wielkie kompartie odbywały się na najwyższym szczeblu i nie było możliwe, żeby obie wybrały ten sam manewr. Gdyby kompartia miała być otwarcie odsunięta w chrlu, to przetrwałaby w sowietach. Jak Pan słusznie mówi, „Gorbi” dostałby od Zachodu więcej nawet niż Deng. Jednak „upadek” w samej Moskwie, ojczyźnie ludu pracującego, ojczyźnie rewolucji, był o wiele bardziej dramatyczny niż gdziekowliek indziej.

    Ale czy owo „rozproszenie”, jak Pan to trafnie nazywa, było celem od początku? Czy jest możliwe, żeby Szelepin i Mironow w latach 60. rzeczywiście przewidzieli taki przebieg wypadków? Wydaje mi się to niemożliwe. Sama wielowątkowość natomiast to insza inszość. To z kolei odkrycie zadzięcza bolszewia wielkiemu Soso, choć on sam zdaje się nie zauważył korzyści. Otóż wydaje mi się, że spór z Tito był początkiem wielowątkowości. Spór był – chyba! – autentyczny. Stalin naprawdę chciał zamordować tego bydlaka, Tito, ale dopiero następcy Stalina dostrzegli gigantyczne propagandowe korzyści ze stworzenia obrazu rozpadu i sporów. Dlatego zastosowali ten sam manewr w tzw. sino-sowieckim rozłamie. To samo dotyczy praskiej wiosny i polskich miesięcy. Nie wiem tylko czy da się rozciągnąć także na powstanie węgierskie (ale mam zamiar się dowiedzieć).

    A wracając do puczu. Czy raczej „puczu”. Czy nie dziwi Pana, że w dzisiejszym świecie, w którym przywiązuje się tyle wagi do najbardziej idiotycznych rocznic (dziś np. w Anglii obchodzą rocznicę wypadku, kiedy samolot spadł na autostradę…), pominięto całkowitym milczeniem rocznicę puczu. Czyżby zbyt operetkowe było to wydarzenie?

  3. 3 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Sugerując, że „od początku” miałem na myśli raczej początek realizacji a nie moment opracowania założeń sowieckiej dezinformacji i prowokacji. Wydaje mi się, że opisana przez Golicyna strategia Szelepina i Mironowa mogła być modyfikowana na bieżąco przy wykorzystaniu, jak Pan to celnie zauważył, doświadczeń „praskiej wiosny” i „polskiego karnawału” oraz, a raczej przede wszystkim, postawie tzw. Zachodu (coraz szybszego zjazdu po równi pochyłej). Skoro sino-sowiecki „rozłam”, w swojej istocie definiujący rozproszenie okazał się tak skuteczny, komuniści mogli dostosować ten model do aktualnej sytuacji i zrealizować go na większą skalę co także opisał Golicyn.

    „Pucz” spełnił swoją rolę i jak widać nikomu nie jest już do niczego potrzebny, jakkolwiek „dzielny Gorbi” przysłał był jakiś wieniec pod zapomniany pomniczek (ale to raczej dla wciąż jeszcze licznych naiwnych co to uważają że była to dziejowa chwila narodzin „demokracji w Rosji” zdeptanej i zgwałconej przez „putinizm”).

  4. 4 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Strategia, zwłaszcza ta długoterminowa, musi być bezustannie modyfikowana i poddawana rewizji. W tym kontekście, ciekawa wydaje mi się kwestia, czy dojście Jelcyna do władzy i bezhołowie lat 90. były z góry ukartowane?

    Ciekaw jestem Pańskiego zdania.

  5. 5 Andrzej

    Panie Michale,

    Jeśli uznamy, że Golicyn właściwie opisał strategię sowiecką to jasnym wydaje się to, że mieliśmy tu do czynienia ze wzorcem „słabości i ewolucji”.
    Sowieci, nic nie tracąc (lub tracąc niewiele) ze swoich zasobów wytworzyli na całym świecie wrażenie własnej słabości i ewolucji. Z tak dobrym wynikiem, że pomimo tego co gołym okiem widać, w dzisiejszym nowym, wspaniałym peerelu rozpowszechnia się mit o słabej wewnętrznie „Rosji” zaś na Zachodzie rozpowszechnione jest przekonanie o jelcynowskiej „demokracji”. Tymczasem przez cały okres tego „bezhołowia” mocno trzymali cugle w garści.

    Sowieci nieprzerwanie pozostawali przy władzy. Gdy ktoś (nawet spośród nich, na własny rachunek) próbował im wyrwać jej część wówczas zdecydowanie reagowali tak jak zawsze to robili. Moim zdaniem, „bezhołowie” było na tyle ukartowane na ile ukartowana jest ich władza. Stanowiło część ich Metody.

  6. 6 michał

    Panie Andrzeju,

    Słuszne wydaje mi się przekonanie, że jedną z nadrzędnych zasad przyświecających sowieckiej strategii jest: udawać siłę, gdy się jest słabym, udawać słabość, gdy się jest silnym. Ale jednocześnie nie mogę się pozbyć wrażenia, że sowieciarze nie byli wcale silni w latach 90., gdy projekotwali obraz słabości, ani nie są wcale słabi teraz, gdy wydają się projekotwać obraz siły.

    Inaczej mówiąc, coś tu nie gra.

    Kiedy rozmawiałem z p. Christopherem Story, wydawcą Soviet Analyst we wczesnych latach 90., to sformułowałem określenie taktyki sowieckiej w owych latach, które lepiej brzmi po angielsku niż po polsku: anarchy or kgb. To znaczy wprowadzić taki chaos, żeby porządek wprowadzony następnie przez czekistów był błogosławieństwem. Najgorsze jednak, że to czekiści wprowadzali chaos i oni także wprowadzili potem porządek rękami Putina. Czyli nie było naprawdę wyboru.

    Jednak moje pytanie dotyczy czego innego. Czy przed puczem istniał już plan dla Jelcyna u władzy i dekady bezhołowia?

  7. 7 Andrzej

    Panie Michale,

    Jelcyn był stuprocentowym komunistą i leninistą. Inaczej przecież, nie zostałby wcześniej tak ważną figurą w sowieckiej hierarchii władzy. Zakładam więc, że posłusznie realizował to co ustaliło politbiuro. W tym, jak sądzę, swoją „rezygnację” w trakcie pierestrojki. Niewątpliwie nie wszystko potoczyło się tak jak było zaplanowane (nigdy tak nie jest) lecz bolszewicy potrafią zręcznie dostosować się do wydarzeń. Tym łatwiej im to przychodzi gdy są w stanie je kontrolować i mieć na nie wpływ. Podsumowując, nie wiem nic o tym że był to element planu ale uważam za bardzo prawdopodobne, że „dekada bezhołowia”- „słabości i ewolucji” mogła nim być.

    Czy mógłby Pan opisać na czym polegała słabość sowieciarzy w latach 90-tych? Co przegrali lub co mogli przegrać w tym czasie? Jak wysokie było ryzyko przegrania czegoś?

  8. 8 michał

    Panie Andrzeju,

    Rzecz jasna zgadzamy się co do kolektywnego kierownictwa, hierarchii władzy i wykonywania poleceń. Ale jednak wątpliwości pozostają.

    Moja trudność polega na tym: jeżeli istnieje kolektyw kierowniczy, który wydaje instrukcje, to on nie może leżeć na dnie oceanu bez jakichkolwiek kontaków ze światem, a w takim razie, jego instrukcje i inne interakcje z zewnętrznym otoczeniem, powinny być wykrywalne. Nie widać jednak wcale wyraźnych dowodów na jego istnienie.

    Z tego wynikałoby, że koncepcja kolektywnego kierownictwa musi być o wiele bardziej mglista i giętka, że np. Putin, jak Stalin przed nim, jest o wile mniej poddany takiemu kolektywowi niż np. Jelcyn czy Gorbaczow. W wypadku Stalina, kolektyw przywódczy należał do niego i zależał od niego, wykonywał jego polecenia. Wydaje mi się, że tak samo jest w tej chwili. Natomiast w innych czasach, Chruszczowa, Andropowa, Gorbaczowa, sam przywódca był sługą kolektywu.

    Jeżeli to prawda, to dynamika kolektywu zależy całkowicie od osobistych cech jego członków, a zwłaszcza cech nominalnego przywódcy. Niektórzy z nich przejmują kontrolę, inni nie. Jelcyn był być może tym wypadkiem, kiedy członek kolektywu zaskoczył nawet siebie samego swoją postawą i w rezultacie przyjął role, do której nie był wcale przeznaczony.

    „Walka o władzę” w kom-wierchuszkach jest na ogół przedstawieniem na pożytek kremlinologów, ale czy zawsze? Co się dzieje w tej chwili w chrlu? Czy to jest walka o władzę czy teatr?

    To rzecz jasna wszystko spekulacje.

    O słabości napiszę później, jeśli wolno.

  9. 9 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Pańskie pytania powyżej – na czym polegała słabość sowieciarzy w latach 90-tych? Co przegrali lub co mogli przegrać w tym czasie? Jak wysokie było ryzyko przegrania czegoś? – wskazują wyraźnie, że jest Pan zdania, iż słabość lat 90. była słabością udawaną.

    Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem skłonny zgodzić się z Panem. A jednak… pozwoli Pan, że powrócę do tamtych lat z czysto osobistego punktu widzenia.

    Od końca lat 80., kiedy komunizm wydawał się upadać, czułem się bardziej i bardziej osamotniony w moim przekonaniu, że to wszystko pic na wodę. Jeden po drugim, przyjaciele odwracali się i pukali dyskretnie w czoło. Najrozmaitsi antykomuniści, z którymi próbowałem się wówczas stykać, okazywali się prędko apologetami „upadku”. Najbardziej zapadła mi w pamięć nadzwyczajna postać Briana Crozier, który pomimo oczywistego antykomunizmu, wziął „upadek” w Europie wschodniej za dobrą monetę.

    Wyjątek stanowił wówczas Christopher Story. Był on zdania (podobnie jak Nyquist w kilkanaście lat później), że sowieciarze szykują gigantyczną, ostateczną ofensywę na „wolny świat”. Byłem wtedy przekonany, że słabość jest udawana, ale że żadnej ofensywy nie będzie. Patrząc wstecz, odnoszę trudne do uzasadnienia wrażenie, że to było coś w rodzaju pdwójnego bluffu: obraz słabości, za którym nie stała żadna siła. Projektowanie słabości oszukało wszystkich, ale oszukało najbardziej tych, którzy oczekiwali za tym obrazem jakiejś skrywanej siły. Dziś wydaje mi się, że nie było żadnej.

    Zdaję sobie sprawę, że to wszystko „patykiem na wodzie pisane”, nic więcej niż mgliste odczucie.

  10. 10 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Myślę, że oszustwo w typie NEP (a takim jest pierestrojka) niewątpliwie powoduje faktyczne osłabienie bolszewików (jak każde poluzowanie więzów). Czy jednak na tyle, aby ryzykowali utratą władzy lub choćby jej części? O ile na początku ich władzy i po ataku hitlerowskim było to możliwe to czy było realne po pokonaniu kontrrewolucji i Hitlera oraz ułożeniu się z resztą świata? W chwili rozpoczęcia pierestrojki praktycznie z każdej strony świata nadchodziło dla niej wsparcie. Sądzę, ani nędza ani bezhołowie lat 90-tch, które były przecież realne (ale to nic nowego dla sowieciarzy) nie stanowiły dla nich zagrożenia dopóki byli w stanie nimi zarządzać i uzyskać pomoc z zewnątrz (w tym od swojego głównego wroga) aby je przezwyciężyć. Wygląda więc na to, że bolszewicy są w stanie wyzyskać własne osłabienie na swoją korzyść, wykorzystując do tego jeszcze większą słabość swoich przeciwników. Dzięki temu, od (znacznie więcej niż) 25-ciu lat, nie stanowi ono dla nich zagrożenia lecz dodatkowy atut. Wydaje mi się, że wykorzystanie słabości przeciwnika jest wzmocnieniem własnej siły.

  11. 11 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Wyznaję, że po prostu nie mam zdania czy słabość lat 90. była udawana. Wówczas wydawało mi się, że udawali. A teraz, patrząc wstecz, jestem mniej pewien.

    A poza tym zgadzam się całkowicie z Pańską wykładnią. Ich władza nie była nigdy zagrożona, ani nawet kwestionowana. Są mistrzami w wykorzystywaniu autentycznej słabości, jak i w udawaniu osłabienia, gdy im tak wygodnie.

    Będę miał dłuższe Post scriptum do tej dyskusji.

  12. 12 Andrzej

    Panie Michale,

    Uderzam się w pierś. Napisałem powyżej, że „pucz” nie jest już nikomu do niczego potrzebny. Otóż jest potrzebny. Przynajmniej polrealistom. Nie czytuję i nie śledzę w internecie peerelowskiej prasy i to jest mój błąd.

    Na ćwierćwiecze owego „epokowego wydarzenia” opublikowano w miejscowej prasie artykuł który demaskując fikcję wcześniejszego etapu pierestrojki, uzasadnia, że to dzięki „nieudanemu zamachowi stanu” mamy dziś to co mamy czyli „nie mamy komunizmu”. Chociaż, jak Pan to dobrze (i już dawno temu) opisał, wydarzenia te w swoim rozmachu i scenariuszu nie odbiegały zasadniczo od wcześniej zastosowanego i zdemaskowanego (także obecnie we wspomnianym artykule) wzorca, stały się zupełnie na serio przyjętym, co charakterystyczne bez żadnej próby dowodu, uzasadnieniem „upadku komunizmu”. Ale jednak jest w nim dowód. Na to, jak fałszywą tezę podpiera się dziś prawdą.

  13. 13 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Jakże trafnie zauważone. Autor tego artykułu mówi prawie to samo co my, tylko że jemu się zdaje, że komunizm upadł. Drobiazg. I jeszcze ten bełkot o „nadciągającej katastrofie gospodarczej”, z której rzekomo bolszewicy mieli sobie zdawać sprawę w 1989 roku. Mój Boże! A kiedyż to od października 1917 – od prawie 100 lat! – komunizm nie leżał pod gruzami katastrofy gospodarczej? A tu nagle alarm.

    Ech, łza się w oku kręci.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja