III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Operacja „Trust”

Przypuszczam, że czekiści nie mogli uwierzyć własnemu szczęściu, gdy, pomimo aresztowania Sawinkowa, nikt na Zachodzie nie podawał poważnie w wątpliwość istnienia masowej monarchistycznej organizacji w sowdepii.  Podlegało jedynie dyskusji, czy Trust ma rzeczywiście tak wielki zasięg i możliwości, jak sugerowali jego wysłannicy na Zachód.  ‘C’ postanowił sprawdzić stan rzeczy na miejscu, i w tym celu zwrócił się do komandora Ernesta Boyce’a, szefa placówki wywiadowczej w Helsinkach, a byłego rezydenta brytyjskiego wywiadu w Moskwie.  Boyce natomiast, bez zgody i wiedzy Cumminga lub kogokolwiek innego w SIS, skontaktował się z Reillym.  Cook podaje obszerne wyjątki z ich korespondencji w pierwszych miesiącach 1925; początkowo mowa w niej o sowietach tylko w zakamuflowany sposób: wspominają o „interesach w Kalifornii”, o „nieudanym przedsięwzięciu”, używając tego rodzaju przejrzystego kodu.  Dopiero niedawno wyszło na jaw, że Boyce został przekonany co do autentyczności i potęgi Trustu przez dwoje agentów, Marię Zacharczenko-Szulc i Nikołaja Bunakowa.  Oboje byli Białymi Rosjanami, Maria była nawet siostrzenicą generała Kutiepowa i pozostaje niejasne do dziś, na ile sama była świadoma roli, jaką odegrała.  Bunakow natomiast był klasycznym podwójnym agentem.  Jego kod w SIS brzmiał ST28 (gdy Reilly miał numer ST1) i Boyce ufał mu na tyle, że skontaktował go bezpośrednio z Reillym.  W jednym z listów do Bunakowa, Reilly wyłożył swą koncepcję aktów terrorystycznych skierowanych przeciw indywidualnym reprezentantom sowieckiego reżymu.  Oprócz usunięcia niebezpiecznych ludzi, argumentował, ważniejszym celem jest „zakończenie letargu, zniszczenie legendy nietykalności bolszewizmu”.

Postawa Reilly’ego była całkowicie zgodna ze stanowiskiem Organizacji Bojowej generał Kutiepowa, który domagał się drastycznych aktów terroru na terenie sowietów, a także ataków na przedstawicieli sowieckich na Zachodzie.  Nie kto inny, a właśnie Kutiepow ze swą organizacją był jednym z głównych przedmiotów prowokacji Trustu.  Niektórzy przypisują jej powstanie przypadkowi.  Polski czekista, Kijakowski (w rzeczywistości Wiktor Steckiewicz, były peowiak przekabacony do czubaryków przez swego szefa z POW, Ignacego Dobrzyńskiego) miał przesłuchiwać Aleksandra Jakuszewa w kwestii listu, który krążył z rąk do rąk wśród emigracji rosyjskiej, wynosząc pod niebiosa potęgę podziemnej organizacji antybolszewickiej.  Jakuszew zdołał przekonać czekistę, że list zawierał tylko wymysły „ku pokrzepieniu serc”, w rezultacie czego Kijakowski wybrał się wraz z nim do Talinna, pozując jako reprezentant organizacji.  To on pierwszy miał dostrzec potencjał polityczny takiej prowokacji.

Ze strony gpu operację nadzorowali Artuzow i Pilar, ale nie ma wątpliwości, że Dzierżyński i Peters byli także informowani o rozwoju sytuacji.  Bezpośrednią pieczę nad szczegółami sprawowali Styrne, Fiodorow i Sosnowski (czyli wspomniany wyżej Dobrzyński).  Najważniejszymi prowokatorami byli Jakuszew i Eduard Opperput.  Ściśle rzecz biorąc, prowokacja, która przeszła do historii pod nazwą „Trustu”, była naprawdę miriadą wielu operacji dopasowanych do specyficznych okoliczności.  Operacja zwabienia Sawinkowa nosiła nazwę „Syndykat 2”.  Inne fikcyjne organizacje podziemne służyły innym celom, np. „Bractwo Ruskiej Prawdy” nastawione było na nacjonalistów rosyjskich na emigracji.  Ta niesłychanie złożona prowokacja miała wiele celów, wśród których zniszczenie poszczególnych antykomunistów było na pewno ważne, ale nie najważniejsze.  Tak widział to Mackiewicz:

Miała ona na celu nie tylko rozłożenie antykomunistycznej emigracji od wewnątrz, ale głównie wprowadzenie w błąd obcych wywiadów, oraz rozbrojenie przez dezinformację opinii publicznej świata zachodniego. Narzędziem ku temu posłużyć miał zmontowany w Sowietach „własny” podziemny ruch. Przez cztery lata, od 1923 do 1927 wodził on za nos nie tylko ogłupioną opinię zachodnią, ale i wytrawnych speców sowietoznawstwa, posuwając się aż do tolerancji antysowieckich ulotek w Rosji, włącznie.

Reilly zgodził się „dokonać inspekcji urządzeń fabrycznych na miejscu”, jak napisał do Boyce’a na początku kwietnia, czyli pojechać do sowdepii, by zbadać siły i możliwości Trustu.  Zamknięcie jego amerykańskich interesów zajęło jednak dużo czasu, więc przybył do Paryża dopiero we wrześniu.  Tu odbył wiele konferencji z generałem Kutiepowem, który był także przekonany co do autentyczności Trustu, ale uważał, że nie należy godzić się na wyjazd do sowietów, gdyż niesie to ze sobą zbyt duże niebezpieczeństwo.  Reilly dał się przekonać argumentom Kutiepowa, i wreszcie udał się do Vyborga na granicy Finlandii z sowietami, gdzie spotkał się z przybyłym z sowdepii Aleksandrem Jakuszewem, obok Opperputa, jedną z najważniejszych postaci Trustu.  Jakuszew, był wyraźnie zawiedziony, że Reilly zmienił zdanie i odmawia przekroczenia granicy.  Ale sprytnie grając na próżności i odwadze Sidneya, prędko przekonał go, że byłoby tchórzostwem przyjechać z Ameryki, by zatrzymać się nad ojczystą granicą.  Wyposażony w fałszywy sowiecki paszport Reilly znalazł się w Leningradzie, gdzie został przedstawiony Władymirowi Styrne, łotewskiemu czekiście, zastępcy Artuzowa w kontrwywiadzie gpu, który odegrał rolę jednego z liderów monarchistycznej organizacji.  Po licznych spotkaniach, udali się większą grupą slipingiem do Moskwy.  Ze stacji pojechali autem do luksusowej daczy pod nazwą „Małachowka”.  Mackiewicz pisał:

Tu pozwólmy sobie wtrącić dygresję o szczególnej trwałości w Sowietach pewnych miejscowości o specjalnym przeznaczeniu, które w spadku po Czeka przechodziły do GPU, NKWD itd. Tak na przykład wiadomo, że Katyń był już miejscem straceń w okresie wczesnego bolszewizmu. Tak samo słynna Małachowka pod Moskwą, owa „willa szczęścia” gen. Berlinga i towarzyszy z katyńskiego okresu, gdzie ich pojono, karmiono i „przekuwano” na „polskich patriotów”, już w r. 1925 używana była przez GPU dla wysoce specjalnych celów. Do tej samej bowiem willi w Małachowce przywieziono Reilly’ego niby to do kwatery „organizacji konspiracyjnej”.

Reilly, pod wrażeniem sprawności organizacyjnej konspiratorów, poprosił, by zawieziono go w bezpieczne miejsce i zezwolono na posłanie raportu do Boyce’a.  Po napisaniu listu w mieszkaniu Opperputa – został aresztowany.

Został poddany intensywnym przesłuchaniom na Łubiance, a także (co wydaje mi się nietypowe dla czekistowskiego modus operandi) w prywatnych mieszkaniach.  Zabierano go na przejażdżki samochodowe po mieście, a nawet na spacery, by mógł zaciągnąć świeżego powietrza (jak się zdaje, głównie w nocy).  Nie był bity, ani poddany fizycznym torturom.  O przebiegu przesłuchań wiemy jednak tylko ze źródeł sowieckich, tzn. oficjalnych raportów, wspomnień oraz bardzo dziwnego źródła, jakim były notatki robione przez Reilly’ego w celi na bibułkach z papierosów.  Zostały one ujawnione w miarę późno, bo dopiero w latach 90., i trudno doprawdy wyrokować, co do ich autentyczności, ale muszą być uznane za źródła sowieckie.  Równie niejasne są w tym wypadku motywy samego Reilly’ego w pisaniu tego rodzaju „dziennika”, co motywy czekistów, które skłoniły ich najpierw do utajnienia tych dokumentów, a później do ich publikacji.  Wydaje się jednako możliwe, że Reilly pisał swe mikro-notatki dla samo-usprawiedliwienia w jakiejś trudnej do wyobrażenia przyszłości, a także iż robił notatki na temat sowieckich technik przesłuchania, które mogły się przydać brytyjskim służbom wywiadowczym.  Mógł mieć na myśli podtrzymanie swego własnego mitu, tak samo jak udowodnienie swym oprawcom, że mówił im wszystko, co wiedział.

Jeżeli notatki są w istocie autentyczne, a tak się wydaje, to wraz z protokołami zeznań, wskazują, że Reilly zachowywał się godnie podczas przesłuchań, że nigdy nie zbliżył się nawet do pokajania.  Ale jednocześnie, bardzo liczył na uwolnienie z sowieckiej niewoli.  Wedle wszystkich źródeł, Reilly prowadził otwartą dyskusję z przesłuchującymi go oficerami – rozmawiał z Artuzowem, ze Styrne i z innymi – ale przekazał im tylko informacje, które już i tak musieli znać skądinąd.  Otwarcie przyznawał się do działalności antykomunistycznej i, jak się wydaje, był przygotowany na śmierć, ale miał nadzieję ujść z życiem.  Wedle Borysa Gudza, który jako młody człowiek „słyszał opowieści od znajomych czekistów obecnych przy śmierci Reilly’ego”, rozkaz wykonania egzekucji przyszedł od samego Stalina.  Politbiuro rzekomo debatowało los Reilly’ego i odrzuciło możliwość wypuszczenia go na wolność, czego domagali się oficerowie prowadzący Trust.  Argumentacja Stalina wydaje się jednak mało przekonująca.  Miał on obawiać się kompromitacji, gdyż komunikat wydany w dzień po przekroczeniu granicy przez Reilly’ego sugerował, że obcokrajowiec został zamordowany w wymianie strzałów.  Doprawdy, tego rodzaju niekonsekwencje nigdy nie przejmowały zbytnio bolszewików.  Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że Stalin domagał się likwidacji jeszcze jednego, zajadłego wroga.  Ale w pierwszym rzędzie: dlaczego mamy ufać zeznaniom byłego czekisty, który nie był na miejscu?

Według oficjalnego raportu obecnego przy egzekucji tow. Fadulejewa do Styrnego, Reilly został zamordowany dwoma strzałami 5 listopada 1925 roku, około godziny 9 wieczorem, w lesie pod Moskwą.  Pierwszy strzał oddał tow. Ibragim w plecy idącego przed nim Reilly’ego, a następnie dobił leżącego tow. Syrojeżkin.

Ale nie na tym koniec historii „asa szpiegów”, jak go wkrótce ochrzczono.  Pepita od samego początku uważała Boyce’a za sowieckiego agenta i obciążała go odpowiedzialnością za śmierć męża, ale być może nie należy się dziwić, że nikt nie brał poważnie opinii bolejącej wdowy.  Dopiero w 2001 roku ukazała się książka Edwarda Gazura, byłego agenta FBI, który przeprowadził wywiad-rzekę ze słynnym uciekinierem sowieckim, generałem Aleksandrem Orłowem w 1972 roku, na krótko przed śmiercią czekisty.  Gazur dowodził m.in., że Boyce był wieloletnim agentem czeki i jako źródło podał Orłowa.  Problem jednak w tym, że Orłow nigdy nie wskazał na Boyce’a jako podwójnego agenta w swych oficjalnych zeznaniach.  Wedle Gazura, generał udzielił mu zaledwie pewnych wskazówek, na podstawie których zdołał on wydedukować, że agentem sowieckim w otoczeniu Reilly’ego musiał być Boyce.  Wywody Gazura są jednak mało przekonujące, i jeżeli dodamy do tego, że w osobie Orłowa, mamy do czynienia z człowiekiem, który po ucieczce na Zachód odmówił podania nazwisk aktywnych agentów sowieckich, a wśród nich był Kim Philby i inni agenci z kręgu Cambridge, to otrzymujemy klasycznie sowiecki obraz zmącenia klarownych wód.

Boyce został odwołany z placówki w Helsinkach i oskarżony przez Cumminga, że wciągnął człowieka spoza agencji do zadania powierzonego mu przez SIS – jak gdyby to było czymś niespotykanie dziwnym – ale poza Pepitą nikt nie oskarżał go o zdradę.  Akta osobowe komandora Ernesta Boyce’a znikły z archiwów brytyjskich, co nie jest wprawdzie rzadkością, ale nie jest przez to mniej podejrzane.

Istotne wydaje mi się w tym punkcie samo podejrzenie, że w otoczeniu Reilly’ego był jakiś podwójny agent.  Znaczyłoby to bowiem, że infiltracja zachodnich służb wywiadowczych przez sowieciarzy zaczęła się znacznie wcześniej niż dotąd sądzono.  Cień nieufności padł nawet na George’a Hilla, bliskiego przyjaciela Reilly’ego i uczestnika obiadów dla likwidacji Bola.  Podobnie jak Reilly, Hill wielokrotnie, jakby cudem, uniknął aresztowania, pomimo że był zawsze w pobliżu centrum wydarzeń, ale konkretne posądzenie wzięło się stąd, że opublikowane akta sowieckie na temat Reilly’ego zawierają informacje identyczne z tymi, które podawał o nim Hill, niezależnie od ich prawdziwości.  Przytaczam ten fakt, pomimo że nie jestem nim przekonany.  Sowieccy informatorzy mogli zaczerpnąć te same historie od Hilla, który nie musiał wiedzieć, z kim rozmawia.  Co więcej, publikacja akt Reilly’ego w latach 90., mogła mieć na celu także kompromitację Hilla.

***

Józef Mackiewicz pisał o Reillym:

Reilly-Rosenblum należał do tych nielicznych, którzy rozumieli, że bolszewizm trzeba obalić i zniszczyć, inaczej zagrażać będzie zniszczeniem wolnego świata. Brał udział w różnych spiskach antykomunistycznych, lecz mimo wieloletniego doświadczenia i niezwykłej zręczności, wpadł w końcu w pułapkę GPU. W nocy z 28 na 29 września 1925 przekroczył granicę fińską do Sowietów koło wsi Alekul z zamiarem skontaktowania się z rzekomą antysowiecką organizacją podziemną. Od tej chwili słuch o nim zaginął. Dopiero słynny swojego czasu Opperput, o którym do dziś nie wiadomo z pewnością, czy był nawróconym agentem kontrwywiadu GPU, czy tylko grał rolę wyznaczoną mu z góry, w rewelacjach ogłoszonych na Zachodzie w r. 1927 przedstawił, jak się rzekomo rzecz odbyła.

Być może Mackiewicz za bardzo polegał na zeznaniach Opperputa, który rzeczywiście jest postacią fascynującą i równie niemal tajemniczą, co sam Sidney Reilly.  W kwietniu 1927 roku Eduard Opperput uciekł do Finlandii i ogłosił, że Trust był od początku prowokacją gpu.  Jego dalsze losy owiane są tajemnicą.  Wiele wskazuje na to, że Maria Zacharczenko-Szulc, która być może była kochanką Opperputa, nie była świadoma swej roli w prowokacji Trustu (takiego zdania był także Mackiewicz).  Po kilku miesiącach przekonała go do powrotu do sowietów, w celu dokonania zamachu terrorystycznego na Łubiankę.  Zamach dokonany w czerwcu tegoż 1927, nie udał się (mówił o nim sam Jagoda w wywiadzie dla Izwiestii).  Wedle jednej wersji Opperput zginął na miejscu, według innej zniknął.  Maria wraz z trzecim zamachowcem zdołała zbiec, ale zginęła (lub popełniła samobójstwo) w strzelaninie z czekistami w lasach pod Połockiem.  Na ile prawdziwa jest historia o jej śmierci, trudno wyrokować.  Zamachy na sławnych bolszewików były wówczas w modzie, zaledwie kilka tygodni wcześniej, wileński licealista, Borys Kowerda, zastrzelił na dworcu warszawskim posła sowieckiego Wojkowa, którego głównym tytułem do chwały był udział w zabójstwie rodziny carskiej.

Czy Opperutowi udało się zbiec?  Czy raczej wydał planowany zamach swym mocodawcom z gpu?  Niektórzy utrzymują, że nawet jego denuncjacja Trustu była częścią prowokacji, że gpu pragnęło okazać swoją wszechwładzę, w celu sparaliżowania wszelkich akcji antysowieckich u zarania, a nikt na Zachodzie nie uwierzyłby, gdyby ogłoszono szczegóły prowokacji w Moskwie.  Kolejna wersja głosi, że Opperput pracował dla gpu w latach 30. w Chinach.  Ciekawą puentą tej historii jest opowieść o człowieku, przedstawiającym się jako baron von Manteuffel, który pojawił się w okupowanym Kijowie w latach 40., został rozpoznany jako Eduard Opperput i rozstrzelany przez Niemców jako sowiecki agent.

Mackiewicz był zdania, że pomimo ogromnych sukcesów, prowokacja Trustu zakończyła się niepowodzeniem, dzięki nieugiętej postawie generała Kutiepowa.

Kutiepow początkowo sam – jak inni – uwierzył w autentyczność rzekomej antysowieckiej organizacji zmontowanej przez GPU.  Ale nie zgodził się na warunek odwołania akcji czynnej i obstawał przy stosowaniu antykomunistycznego terroru w Moskwie.

Artuzow i Pilar, Styrne, Fiodorow i Sosnowski, wszyscy zostali rozstrzelani w 1937 roku.  Jakuszew zginął w gułagu.  Generał Aleksander Kutiepow, którego organizację miał sparaliżować Trust, został porwany w Paryżu w styczniu 1930 roku i przemycony do Moskwy.  Najprawdopodobniej umarł od zbyt dużej dawki morfiny podanej mu przez porywaczy.

Trust nr 2

Józef Mackiewicz jako pierwszy wskazał na prowokację Trustu jako wzór dla operacji sowieckich od lat 60. począwszy.  Nazywał ruch dysydencki w sowietach i prlu „Trustem nr 2”.  Anatolij Golicyn potwierdził domysły Mackiewicza, dowodząc, że pod wpływem studiów nad operacją Trust, młodzi czekiści pod wodzą Szelepina i Mironowa zdołali przekonać Chruszczowa, do „przekształcenia KGB z typowej tajnej policji w elastyczną, wyrafinowaną broń polityczną, zdolną do odgrywania skutecznej roli w realizacji polityki, podobnie jak OGPU w czasie NEP-u”.

Wieloletnia, długoterminowa prowokacja, polegająca na przekonaniu całego świata, że komunizm ewoluuje, że sowiety są potęgą na drewnianych nogach, że sowieci nie potrafią opanować fałszywej opozycji podkomunistycznej, byle tylko nie walczyć, a wszystko samo się zmieni – ta wielka prowokacja powiodła się całkowicie i zaowocowała bezprzykładnym spektaklem z lat 1989-1991, widowiskiem, które przeszło do historii pod nazwą „upadku komunizmu”.

Czy warto pisać dziś o ludziach pokroju Sidneya Reilly?  O Borysie Sawinkowie?  O Karolu Jaroszyńskim?  O generale Kutiepowie?  O uczestnikach obiadów na rzecz likwidacji Bola?  Jaroszyński nie jest lubiany w Polsce, bo próbował ratować rodzinę carską z rąk bolszewickich oprawców.  Kutiepow jest widziany jako reakcjonista i spadkobierca jedimoj i niedielimoj Rossiji.  Sawinkow to terrorysta.  Angielscy spiskowcy przeciw władzy Lenina pozostają zupełnie nieznani.

Nikogo doprawdy nie interesują tajemne konspiracje sprzed stu laty, knowania podejrzanych ludzi z innego świata, w celu obalenia najgorszego reżymu, jaki ziemia nosiła.  Na pozór, mogłoby się zdawać, że powód jest jeden: upadek komunizmu.  Skoro komunizm upadł, to jakie znaczenie mogą mieć nieudane próby jego obalenia przed wiekiem?  To, co się wówczas wydarzyło ma wagę wyłącznie historyczną, nie ma żadnego wpływu na świat, w którym żyjemy.  W moim przekonaniu jednak, to nie fantastyczna maskarada, znana pod nazwą „upadku komunizmu”, winna jest braku zainteresowania dla ludzi pokroju Dukesa, Hilla czy Sidneya Reilly.  Odnoszę raczej wrażenie, że coś tak trudnego do określenia, jak „sympatia” czytającego ogółu, leży po drugiej stronie: po stronie Lenina i Trockiego, po stronie tych romantycznych rewolucjonistów, którzy marzyć mieli rzekomo o nowym, lepszym świecie.  Widmo komunizmu krąży dziś po świecie i nie wzbudza już lęku ani niechęci.  Wręcz przeciwnie, witane jest z radością przez młodych i starych, jak jutrzenka swobody, która wyzwoli ich wreszcie od tyranii „establishmentu” albo od władzy bankierów; podniesie zasiłki dla bezrobotnych i obdarzy każdego wszelkimi dobrami – byle za darmo; da im prawdziwą demokrację i równość, a może nawet dorzuci trochę chleba i igrzysk; uwolni od rasizmu albo neokolonializmu, seksyzmu (który podobno w prlu nazywa się „seksizmem”) i wszystkich innych izmów, od których wyzwolenia domaga się polityczna poprawność; pozwoli inteligentnym młodym ludziom zastanawiać się z nabożnym spokojem, jakiej mogą być płci; wzbudzi gniew przeciw „faszystom” i „czarnej reakcji” (zresztą nie tylko czarnej, białej reakcji też, bo równość być musi); uwolni od globalistów z londyńskiej City i od groźby teutońskiej dominacji; wyzwoli od lęku przed chrlowskim jedwabnym szlakiem i ukróci globalne zagrożenie panislamizmu; i wreszcie najważniejsze: komunizm na całym świecie będzie gwoździem do trumny globalnego ocieplenia.  Przynajmniej w tym ostatnim wypadku być może mają rację, bo widmo komunizmu zmrozi kulę ziemską na amen.

Polityka wieców i żądań, pikiet i marszów, plakatów, haseł i wymachiwania pięściami, manifestacji i jednogłośnego skandowania, ostatecznie wyparła racjonalną wymianę zdań.  Dyskusja sprowadza się dziś do wzajemnego zakrzykiwania – i nie mówię tu wcale o mało istotnych pseudo-debatach na blogosferze, ale niestety o poziomie debaty politycznej w zachodnich „ostojach demokracji”.  Argumentacja coraz częściej sprowadzana jest do tego, kto krzyczy głośniej.  A przy tym wszystkim dominuje atmosferę polityczną i myślową społeczny radykalizm i gloryfikacja rewolucji.  Kiedy wytykam młodym ludziom, że nie wiedzą, co mówią, wołając o rewolucję w takt piosenek pop, to słyszę w odpowiedzi, że im braknie doświadczenia, więc są usprawiedliwieni.

W moim przekonaniu, nie doświadczenia im brak, tylko szarych komórek.  Jak to określił niedawno Roger Scruton, „marksistowska wizja przetrwała zebrane świadectwo swego morderczego dziedzictwa” i przyciąga dziś odmóżdżonych idealistów z coraz większą siłą.

Wobec tego krążącego po świecie widma, Kutiepow i Jaroszyński wydają mi się wzorami godnymi przypomnienia.  Wobec nierozważnej beztroski tych wszystkich, którzy idą z piosenkami na ustach – and I pray, oh my God do I pray, for revolution! – pod bolszewickie jarzmo, wydaje mi się bardzo na czasie przywołanie przykładu tych nielicznych, którzy pragnęli walczyć z kolektywną bezmyślnością, walczyć z komunizmem.  Sidney Reilly i jego weseli towarzysze biesiad w Savoyu są dobrym wzorem na przyszłość.  Toteż wybrałem się i ja do londyńskiego Savoya na bibkę.  Wprawdzie nie było mowy o likwidacji Bola, bo nie ma na to dziś żadnych szans, ale komuż „wiesielitsia”, jak nie nam, starym kontrrewolucjonistom?



Prześlij znajomemu

8 Komentarz(e/y) do “Bolo Liquidation Club VI Sidney Reilly”

  1. 1 Andrzej

    Mackiewicz był zdania, że pomimo ogromnych sukcesów, prowokacja Trustu zakończyła się niepowodzeniem, dzięki nieugiętej postawie generała Kutiepowa.

    Myślę, że warto postawić sobie pytanie, co w istocie było celem „Trustu” (pierwszego). Jeśli założymy, że była nin likwidacja bezpośredniego zagrożenia antykomunistycznego z zewnątrz to wydaje mi się, że ten cel został zrealizowany z nawiązką. Jakkolwiek Kutiepowa musiano porwać, a antykomunizm rosyjskiej emigracji nie został doszczętnie zniszczony, przestał on stanowić realne zagrożenie. Jeśli zaś chodzi o zagrożenie ze strony instytucji wywiadowczych wolnego świata to „Trust” odniósł całkowity sukces. Po krótkiej fazie przeciwstawiania się bolszewizmowi, czego symbolami wydają mi się być Sidney Reilly i Bolo Liquidation Club, wolny świat zaakceptował go. Wówczas to, jak mi się zdaje, zaczęła się „wielka spółka”, która na naszych oczach zmienia się dziś w ogólnoświatową rewolucję.

    Czy czytał Pan może, Panie Michale książkę Władysława Michniewicza „Wielki bluff sowiecki”? Jeśli tak, to co Pan o niej sądzi? Wydaje mi się, że dość dobrze przedstawia ona przebieg i mechanizmy „Trustu”, choć nie brakuje w niej mocno kontrowersyjnych tez. m.in tej, że od grudnia1921 roku Sawinkow był już w kontakcie z sowietami (spotkał się z Krasinem w Londynie).

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Mackiewicz pisał w broszurze „Trust nr 2″:

    Prowokacja „Trustu”, mimo początkowych sukcesów, jakie odniosła głównie w dziedzinie dezinformacji i dezorentacji wywołanej na Zachodzie, zawiodła po upływie kilku lat. Głównie zawdzięczając nieugiętej postawie ówczesnego szefa emigracji rosyjskiej, gen. Kutiepowa.

    Mackiewicz porównuje ówczesną postawę emigracji rosyjskiej z postawą emigracji z krajów zsowietyzowanych w latach 70. i dla uwypuklenia różnicy konkluduje:

    Kutiepow porwany został na Zachodzie w roku 1930, wywieziony do Moskwy i tam zamordowany. Sołżenicyn odwrotnie: wywieziony został z Moskwy na Zachód w roku 1974.

    Zdaniem Mackiewicza, odwołano prowokację Trustu w 1927, ponieważ Kutiepow nadal podtrzymywał akcję czynną przeciw bolszewii, a zatem nie osiągnięto jednego z ważnych celów. Ale podkreślał ten cel, dla kontrastu ze stanowiskiem emigrantów, Sołżenicyna, Wolnej Europy, rządów zachodnich i dysydentów wschodnich i w ogóle wszystkich, że walczyć z sowietami nie wolno. A zatem Trust nr 2 osiągnął ten podstawowy cel, był więc już w 1976 roku o wiele większym sukcesem.

    Ale poza tym jednym, nazwijmy to tak, „rozłożeniem akcentów”, zgadzam się z Panem w całej rozciągłości: oryginalny Trust był także niezwykle udaną prowokacją.

    Władysław Michniewicz, to niezwykle interesująca postać. Jeden z najważniejszych agentów polskich w sowietach i znawca spraw sowieckich. Już w 1923 roku wyraził podejrzenia wobec informacji pochodzących z Trustu, ale został całkowicie zignorowany. Nie czytałem niestety jego książki. Czy dobra?

    A na koniec spotkania z Krasinem… Przypuszczam, że jesteśmy obaj na równi „oburzeni” takimi spotkaniami (Reilly robił nawet interesy z Krasinem!), ale czy nie przykładamy do tego naszej miary? Proszę pamiętać, że Sawinkow był wieloletnim rewolucjonistą, więc bardzo dobrze znał wielu ludzi, którzy przystali do bolszewików. Ale dalej, Lockhart bardzo lubił Trockiego, a wręcz uwielbiał Radka. Podobnie George Hill. Krasin i Reilly byli ludźmi tego samego pokroju – kobieciarze, gracze i hochsztaplerzy – choć znaleźli się po dwóch stronach barykady. Mnie także się te kontakty nie podobają, ale jestem gotów rozgrzeszyć i Sawinkowa, i Reilly’ego.

  3. 3 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Moim zdaniem książka Michniewicza jest bardzo ciekawa. Tym bardziej jako relacja zawodowca, osoby bezpośrednio uczestniczącej w „Truście” ale i wroga bolszewików. Czyta się dobrze z tym, że jest to książka nie tyle historyczna co wspomnieniowa (jakkolwiek zawiera odwołania do dokumentów i powołuje się na inne opracowania). Zawiera sporo szczegółów (w wielu punktach autor był uczestnikiem/bliskim obserwatorem wydarzeń: m.in. był w POW na Ukrainie a następnie został wywiadowcą „dwójki” w Estonii w latach 1920-21) a także interesujących obserwacji (np. życie pod sowietami w dobie NEPu, który to NEP także wiarygodnie opisuje). Wydaje mi się, że autor popada jednak zbytnio w zawodowstwo, zbyt wiele kwestii interpretuje w kategoriach „czarno-białych” (agent/nie agent). Michniewicz rozciąga „Trust” do 1937 roku, dzieląc go na trzy fazy (ostatnią 1931-1937 jako „linię wewnętrzną”).

    Dziś dobrze wiemy, że bolszewizm i wszelkie działania bolszewików należy zdecydowanie i konsekwentnie odrzucać. Lecz początek bolszewizmu w Rosji to nie tylko chaos, zbrodnie (z wielu stron) i nieznajomość jego natury ale także pozory (demokracji, dyplomacji itd). Totalna rozprawa z wrogami i pierekowka dopiero się rozpoczęła.

  4. 4 Przemek

    Panie Michale,

    jak sądzę jest to już koniec „sagi” Bolo Liquidation Club. Szkoda. Ale z nadzieją, że to też początek kolejnej. Bardzo dziękuję za tak wiele cennych informacji które Pan przekazał. (jeżeli źle zrozumiałem proszę nie mówić o morderstwie – nie tak jest intencja)
    Trochę to nie przystoi Tutaj, ale prawie w całości zgadzam się z Pana opiniami zawartymi w drugiej części artykułu „Trust nr 2″ (nie wiem dlaczego, ale jakoś skojarzyło mi się z „Rzeźnią nr 5″ to zapewne przesada, może tylko składnia tytułu) szczególnie kiedy pisze Pan o formie dyskusji.
    Może inaczej postrzegam proporcje między wpływem komunizmu a brakiem szarych komórek, innych narodowych wpływów, konformizmów, zwykłego lenistwa i wygody. Ale to już kwestia uznania a może i spokojnej dysputy.
    Inna rzecz, że pozostawanie przy swoim zdaniu, nawet po długich dyskusjach, nie oznacza ich próżności.

  5. 5 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Chętnie zajrzę do Michniewicza, bo to ciekawa i zdaje się bardzo kontrowersyjna postać.

    Wracając do konszachtów – bo to było coś o wiele więcej niż zwykłe kontakty – Reilly’ego i Sawinkowa z bolszewikami, to oprócz tego, że nie zgodziłbym się z określeniem ich jako „zdrady” (a tak chyba czyni Michniewicz), chciałbym jeszcze podkreślić inny aspekt. Otóż Józef Mackiewicz wydaje mi się niezwykle rzadkim przypadkiem całkowitej bezkompromisowości wśród antykomunistów. On zerwał nawet z rodzonym bratem, a przecież cokolwiek by mówić o Cacie, to nie był on bolszewikiem.

    Być może różnica pomiędzy tymi postawami brała się stąd, że młody bolszewizm, w pierwszych latach istnienia sowdepii, wydawał się ludziom całkowitą niemożliwością. W jaki sposób takie nieopierzone dziwadło mogło się utrzymać? Sawinkow czy Reilly po prostu nie wierzyli, że toto mogło przetrwać, więc szykowali się na czas „po upadku”. Mackiewicz natomiast rozumiał, z czym miał do czynienia.

  6. 6 michał

    Drogi Panie Przemku,

    Hmm, tak, w pewnym sensie, to jest koniec. Koniec opowieści o uczestnikach Obiadów na rzecz Likwidacji Bola. Ale być może będą jeszcze dwa dłuższe post scripta, które wiążą się z tematem.

    Każdy ma prawo postrzegać proporcje, i wręcz listę składników, jak mu wygodnie, ale osobiście argumentowałbym, że miliony młodych ludzi, którzy głosują w Zjednoczonym Królestwie na Corbyna, czynią tak nie z lenistwa czy wygody, ale z głupoty. Oczywiście są tacy, którzy chcą po prostu powywieszać „wrogów”, „Torysów”, burżujów, bankierów i bogaczy. Ale ci są w mniejszości, a poza tym nikt ich nie bierze poważnie. Zupełnie tak samo, jak nikt nie brał poważnie Lenina, Trockiego, Stalina i całej tej szajki gangsterów.

  7. 7 Andrzej

    Panie Michale,

    Reilly’ego Michniewicz nie uważa za zdrajcę antybolszewickiej sprawy. Pisze o nim raczej przychylnie co najwyżej zarzuca mu lekkomyślość i chęć „zabłyśnięcia”. Jako zdrajców określa Sawinkowa oraz. m.in. Niezbrzyckiego-Wragę.

  8. 8 michał

    Bardzo przepraszam, ma Pan na pewno rację.

    Sam fakt nazwania Sawinkowa zdrajcą, zawiera interesujące echa wypowiedzi Reilly’ego na temat postawy Sawinkowa podczas procesu w Moskwie.

    Ani Niezbrzycki, ani Sawinkow nie wydają mi się zdrajcami, ale to na pewno musiało wyglądać inaczej z bliska. O wiele łatwiej wówczas o takie posądzenia.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja