Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Dariusz Rohnka


Strategia Morawieckiego

Z dawna oczekiwana sensacja: „Dlaczego nie ma spotkania polskich władz z prezydentem Rosji? To jest konieczne. To jest nasz polski, ale i europejski interes. Powinniśmy dążyć do wielkiej Europy z Rosją.” Tak, kilka dni temu, wypowiedział się Kornel Morawiecki, niegdyś legenda antykomunistycznego podziemia, dziś poseł na peerelowski sejm, ojciec „premiera‟, Mateusza. Spróbujmy podjąć próbę docieczenia, cóż mógł mieć na myśli pan Morawiecki.

Czytelnikom Wydawnictwa Podziemnego zda się trywializmem stwierdzenie, że zarówno w peerelu jak na całym świecie obowiązują dwa „porządki‟ postrzegania rzeczywistości politycznej. Powszechny (powszechnie obowiązujący), oparty na micie upadku komunizmu 1989-1991; oraz „porządek‟ drugi, który na podstawie ogólnie dostępnych faktów historycznych dowodzi, że komunizm ma się dobrze, a nawet coraz lepiej.

W przypadku pana Morawieckiego ten klarowny podział sprawdza się nie całkiem. W zamierzchłej przeszłości pan Morawiecki reprezentował przekonanie, że wydarzenia polityczne tamtego czasu, określane ogólnym terminem „upadku komunizmu‟, to w rzeczywistości komunistyczna prowokacja. W 1991, gdy wypadło mu wystartować w „wyborach prezydenckich‟ (nieposkromiona ambicja czy inne licho?), poczuł się zmuszony dokonać politycznej wolty, uznając pierwszy „porządek‟ (upadłego komunizmu) za swój własny. Przy czym – to zastrzeżenie wydaje się istotne – nie wiadomo, czy w ślad za zmianą politycznej deklaracji, przemianie uległa także jego optyka polityczna. Dlatego nie będzie nam łatwo zinterpretować cytowanej na wstępie wypowiedzi. Uważam jednak, że popróbować warto, przyjmując – jako śmiałą hipotezę – że pan Morawiecki politycznie nie urodził się wczoraj (swoje wie), a zatem (raczej) nie postrzega Putina z całą jego polityczną świtą jako świeżo nawróconych na wiarę chrześcijańską dawnych bolszewików.

Zacznijmy od Rosji i tego jak ten termin bywa rozumiany. Dla jednych Rosja to historyczny monolit, od Rurykowiczów, poprzez Iwanów, Piotrów, Katarzyny, Lenina, Stalina etc. etc…. do Jelcyna, Putina. Zdaje się, że taka właśnie interpretacja dziejów wschodniego sąsiada jest wyjątkowo blisko skorelowana z „porządkiem‟ pierwszym. Jest w tym pewnego gatunku logika. Bo skoro nie przypisujemy bolszewizmowi znaczenia na miarę nowej epoki, cóż w tym dziwnego, że upadł był sobie bez wyraźnej przyczyny i chęci. Jest też drugi punkt widzenia, nazwijmy go Mackiewiczowskim (choć nie on był pierwszym twórcą tej koncepcji), który mówi, że bolszewia nie jest żadną kontynuacją carskiej (czy innej) Rosji, ale wprost jej zaprzeczeniem. Bolszewizm stanowi nową jakość, od niego rozpoczyna się nowa era w dziejach świata. Jest to sposób postrzegania „Rosji‟ (a de facto sowietów) przez zwolenników drugiego „porządku‟.

Gdzie w tym wszystkim pan Morawiecki i jego Rosja? Czy siedzi okrakiem na obu porządkach, na obu interpretacjach „Rosji‟? Jak pisałem nieco wyżej, zakładam, że dla Legendy antykomunistycznego podziemia Putin to nie – ot, po prostu – kolejny „car‟, ale człowiek osadzony w bolszewickiej pragmatyce.

Czy przypisywanie panu Morawieckiemu podobnej optyki będzie krzywdzącą nadinterpretacją? Może przecież być tak, że pan Morawiecki dawno już wyparł ze swojej pamięci wspomnienie antykomunistycznego realizmu, a Putin to dla niego po prostu przywódca niepozbawionej imperialnych apetytów wynędzniałej Rosji. Zdaje mi się, że takie przypuszczenie wolno między bajki włożyć, ale twardego dowodu nie mam. Zastanawia jedno: w świetle ostatnich, licznych wypowiedzi pana Morawieckiego można go przedstawić jako stronnika politycznych aspiracji „Rosji‟. Czy poza tą jego wyraźną tendencją w wypowiedziach kryje się coś więcej, aniżeli tylko coraz popularniejsza w europejskich kręgach politycznych moda na bezwarunkowe oklaskiwanie Putina i wszystkiego co raczy zrobić?

Tak czy siak, wypływa na powierzchnię zagadnienie zasadnicze: czy głodna i łaknąca Rosja (wykorzystująca w swojej polityce bolszewickie doświadczenia ostatnich stu lat) nie połknie z największą chęcią zachodniego europejskiego partnera, podawanego jej na tacy koncepcji politycznej pana Morawieckiego? Czy Pan Morawiecki zdaje sobie sprawę, w jakim stopniu słaby, chory, wyniszczony, ideologicznie zainfekowany jest twór znany niegdyś pod dumnym pojęciem Zachodniej Europy? Czy ma wyobrażenie jak dalece jego koncepcja „wielkiej Europy z Rosją‟ przypomina gorbaczowowski program „wspólnego europejskiego domu‟, od Lizbony aż po Władywostok, i co ta pierestrojkowa pułapka ustrojowej konwergencji miała (i ma) oznaczać w praktyce politycznej? Czy z horyzontu swojej wizji dostrzega, o ile dzisiaj bliżej z Brukseli do Kremla? Czy wreszcie, koncepcja, jaką raczył nam wyjawić, jest jego własnym „pomysłem‟, czy inspirowanym przez kogoś „kamyczkiem‟, mogącym w konsekwencji wywołać lawinę przedziwnych, nieodwracalnych zdarzeń?

Od czasów podsłuchiwanych, a martwych, ośmiorniczek, byłem zdania, że tego rodzaju „afery‟ nie pojawiają się spontanicznie w przestrzeni publicznej, że zazwyczaj za kulisami podobnych przypadków rolę odgrywa tajemnicza ręka czy myśl. Jak wiemy, efektem „ośmiorniczek‟ było gruntowne przetasowanie na szczytach „władzy‟. Do politycznego nierządu doszła frakcja przeciwna. W odróżnieniu od opcji wcześniej panującej, była nastawiona wrogo wobec wschodniego sąsiada, uznając go (mocno na wyrost) za sprawcę pewnej lotniczej katastrofy.

Jaki byłby cel takiej przemiany, zakładając sowiecki udział w montowaniu afery podsłuchowej? Po cóż rządzący Kremlem bolszewicy mieliby windować na polityczne szczyty nowo-stary eszelon ludzi usposobionych do nich raczej wrogo? Przyznaję, że ten dylemat od dawna nie dawał mi spokoju. Strategiczny koncept pana Morawieckiego zdaje się podsuwać cień odpowiedzi. Wyciągnął (choć to ledwie domniemanie) z kieszeni jeden drobny element układanki, który w bliższej lub dalszej przyszłości pozwoli naszkicować pełniejszy obraz tego, co dzieje się nie tylko w Brukseli, Moskwie, ale także w Warszawie.

Zachód, a raczej ledwie raczkująca w kunszcie bolszewickiej metody brukselska wierchuszka, spogląda na wschodniego partnera z lękiem, ale też z rodzajem niekłamanego politowania wobec ideologicznego „zapuszczenia‟ Moskwy. Istnieje też w Brukseli, zakładam, rodzaj fascynacji wobec niedźwiedziej gruboskórności politycznych poczynań Putina i jego kamratów. Jeżeli tylko poskromić nieco obawy, ciekawość nowego może wziąć górę, i kto wie, w niedalekiej nawet przyszłości spowodować nieodwołalne zbliżenie. Głos wypowiedziany w Warszawie, sygnał nawołujący do zgody, pomimo rzekomych zadrażnień, niechęci, czy po prostu wzajemnej wrogości, może być ważkim impulsem przyszłej fraternizacji.

Jednym z istotniejszych celów rzekomego „rozpadu‟ demoludowego imperium była chęć posiadania mniej lub bardziej zakamuflowanych przyjaciół gdzieś pomiędzy wschodem a zachodem, którzy kiedyś, zapewne, okażą się pomocni. Czy taką pomoc (zachętę do budowy „wielkiej Europy z Rosją‟ poprzez „Polskę‟) stanowi wypowiedź pana Morawieckiego? Czy chodzi o coś niewspółmiernie mniejszego, o jakąś ledwie lokalną polit-grę na podwórku tutejszowa, o tym przekonamy się być może kiedyś.



Prześlij znajomemu

150 Komentarz(e/y) do “Strategia Morawieckiego”

  1. 1 BaSz

    Aż się boję ciągnąć dalej myśl autora, tedy pospekuluję „dookolnie”. Otóż warto zauważyć pewną ról zamianę, jaka zaszła po domniemanym upadku ideologii sowieckiej. O ile przed tym upadkiem sowiety starały się usilnie wyglądać jako twór wysoce ideowy, zaś Zachodowi przypisywać bezideowy „konsumpcjonizm”, to teraz wydaje się, że jest na odwyrtkę: Rosja jawi się jako siedlisko pragmatycznego dążenia do odbudowy imperium, lecz już bez podpierania się jakimś usilnie głoszonym spoiwem myśli internacjonalistycznej, to na zachodzie nie-bez-zmian: wszak rozkwitł jakiś wielce obowiązkowy kosmopolityzm, który każe odżegnywać się niemal od wszystkiego co narodowe. Bo zaraz padają oskarżenia o faszyzm. A niejako przy okazji dąży się do zdeprecjonowania terminu „nacjonalizm” (za to zapewne obsztorcuje mnie Michał, ale… rzekło się!).
    I w Moskwie, i w Brukseli siedzą złodzieje, ale, jak po wielokroć potwierdziły to moje obserwacje, szarzy zjadacze chleba złodziei się nie boją. Bo dużo groźniejsi wydają się im idealiści. Złodziej czyni zło wtedy, gdy odnosi z tego jakąś korzyść, a gdy jakiś ruch jest pod tym względem „neutralny”, czyli nie generuje dla niego ani strat, ani zysków, to taki łapserdak może (nawet często!) postąpić tak, aby wyborcy mieli autentyczne powody do zadowolenia. A z takim idealistą, to nigdy nic nie wiadomo! Ot tak, z powodu nieodgadłych zaleceń swej idei, może wymordować milion, albo i więcej. Tedy złodziej, choć wiadomo, że ręce mu gną się ku sobie, to nie jest tak niebezpieczny. Bo jaką korzyść miałby upatrywać w ludobójstwie?
    No, powiedzcie sami!

  2. 2 Przemek

    Darek,
    Zadziwiłeś mnie tym artykułem. Ty, który od polityki stronisz i świetnie czujesz się w podziemiu, wychodzisz (zauważ, iż nie napisałem wypełzasz – to już tak odnośnie Twojej jak mniemam kontry) na powierzchnię i tu o dziwo dwie linie równoległe się przecinają. Tak Darek zgadzam się z Tobą. Dla pewności powtórzę. Tak Darek zgadzam się z Tobą.
    Mogę jeszcze przytoczyć w przybliżeniu:

    Panie Marszałku, pani premier, Wysoka Izbo!
    Prawo jest ważną rzeczą, ale prawo to nie świętość. Przecież pani pytała o przyzwoitość – nad prawem jest dobro Narodu! Jeśli prawo to dobro zaburza, to nie wolno nam uważać to za coś, czego nie możemy naruszyć i zmienić. To mówię – prawo ma służyć nam! Prawo, które nie służy narodowi to jest bezprawie.

    Jak myślisz, kto to powiedział i kiedy.

  3. 3 Jacek

    Ze starym Morawieckim jest chyba tak, że w pewnym momencie całkiem stracił kontakt z rzeczywistością. Według mnie ten moment, to powrót z przymusowej emigracji na przełomie lat 80 i 90 tych. Wcześniej, to znaczy do aresztowania był rzeczowo myślącym antykomunistycznym, można chyba powiedzieć: wojownikiem. Potem jego działalność i wypowiedzi zaczęły być, delikatnie mówiąc chaotyczne. Te jego pomysły na szukanie pośredniej drogi, między kapitalizmem i komunizmem, to był sygnał. że coś z nim się niedobrego stało. Dziś jego poglądy to już nieskażony żadną głębszą myślą bełkot.

    Darek, sugerujesz, że Morawiecki to śpioch wybudzony po latach. Cóż.. spotkałem się już z taką sugestią, kto wie, nie można tego wykluczyć. Ale bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że po prostu dostał fiksum dyrdum.

  4. 4 Dariusz Rohnka

    Panie BaSzu,

    Zdaje się oczywiste, że groźniejszymi przedstawicielami naszego gatunku są ideolodzy „czyści‟, pozbawieni żądzy materialnego zysku.

    Obawiam się jednak, że: po pierwsze, ideologia z pazernością chodziły w parze od zawsze; po drugie, ideologie, tak popularne obecnie na Zachodzie, masowo i sztucznie kreowane (bywa, na kolanie), są obecnie profilowane przy pomocy łajdaków i rzezimieszków, a ich głównym celem jest stwarzanie światopoglądowego zamętu. Czy przez to wydają się mniej groźne? Mam wątpliwości.

    Inna sprawa, że staromodny oszust lub złodziej, w zestawieniu z żądnym krwi ideologiem, zawsze będzie się jawić jako typ mniej niebezpieczny. Tyle, że sprawy nie mają się już tak, jak dawniej bywało. Dziś oszust stroniący od głoszenia ideologii nie ma racji bytu. Rychło zostanie unicestwiony, bo przecież trzeba czymś/kimś wypełniać policyjne statystyki.

  5. 5 Dariusz Rohnka

    Przemek,

    Miło mi, że się zgadzasz, ale ja nie bardzo mogę się zgodzić z Tobą.

    Nie pisałem, że stronię od polityki. Pisałem (jeśli mnie pamięć nie myli), że polityka mnie nie interesuje. Zajmuję się nią nie z chęci, a z musu.

    Któż to mógł powiedzieć, co cytujesz? Pewnie łatwo byłoby sobie ten cytat wyguglać, ale nie nam iść na taką łatwiznę. Musi to być pewnie jaki szowinista?
    Może jakobin? Ale nie, bo w dawnych czasach w szejmach kobiety nie miały głosu. Czyżby dawny przedstawiciel Solidarności Walczącej? Nie może chyba być.

    Drapię się po łysinie, i ni jak nie mogę wykoncypować.

  6. 6 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Nie śledziłem przez ostatnich 30 lat drogi politycznej pana Morawieckiego, nie wydaje mi się jednak słuszne, co piszesz w odniesieniu do jego poglądów. Jeśli weźmiesz do ręki program SW z końcówki lat 80., znajdziesz tam najdziwaczniejsze pomysły społeczno-ustrojowe.

    Poza tym, wielu przedstawicieli tego środowiska reprezentowało (czy reprezentuje) skrajnie nacjonalistyczne poglądy. Zdaje się, antysemityzm także nie jest im obcy.

    Pan Morawiecki może i opowiada banialuki, ale wątpię czy można na tej podstawie stwierdzić, że funkcje jego umysłu uległy osłabieniu. Być może miota się jedynie w konglomeracie sprzeczności, a ktoś tę jego niekomfortową przypadłość losu sprytnie wykorzystuje.

    Kto?

  7. 7 Jacek

    Darek,

    Może i faktycznie koncepcję tzw solidaryzmu Morawiecki zaczął promować jeszcze przed aresztowaniem. Kiedy by się to nie zaczęło, objaw to dość niepokojący.

    Co do nacjonalizmu w SW, to na pewno się tam pojawiał, ale z drugiej strony była też inicjatywa tworzenia ruchów antykomunistycznych w Pribałtyce i na Ukrainie, co mogło być zaczątkiem jakiegoś ponadnarodowego oporu wobec czerwonych. Niestety, nic z tego nie wyszło.

    Pytasz, kto może stać za bredniami Morawieckiego… Jeśli faktycznie jest sterowany, to logika sugerowałby rzecz jasna Kreml. Pytanie tylko, czy stary Morawiecki ma wpływ na cokolwiek, choćby kształtowanie opinii? Według mnie to zgrana karta. Jego syn byłby znacznie bardziej użyteczny dla sowietów.

  8. 8 Andrzej

    Darku,

    A propos dzisiejszej optyki Kornela Morawieckiego (który wszakże jest tylko dobrym przykładem, bowiem kwestia ta dotyczy całej grupy osób, m.in. niektórych, czołowych dziś, polskich historyków „prawicowych” którzy jako młodzi ludzie radykalnie występowali przeciw komunizmowi, a i obecnie twierdzą o sobie, że są antykomunistami) i możliwości wyparcia się przez niego antykomunistycznego realizmu, mam jednak wątpliwości co do „włożenia między bajki” tej hipotezy. Również nie mam twardych dowodów ale logicznie rzecz pojmując, ktoś kto miał dawniej przekonania antykomunistyczne i porzucił je na rzecz „realizmu” pierestrojkowej prowokacji (uznał ją, czy to taktycznie czy praktycznie), przystępując do niej i wspierając ją czynnie (czy to w „sejmie” jako „marszałek senior”, czy na „rządowym” posterunku jako „kierownik archiwum”, czy też wykładając peerelowską łżeczywistość na uniwersyteckiej katedrze), musi to przed sobą i przed innymi uzasadnić. Musi się wyprzeć antykomunistycznego realizmu, aby nie żyć w rozdwojeniu jaźni (w głębi duszy być może tak właśnie żyje, ale chcąc pozostać w zgodzie z samym sobą stara się te myśli zagłuszyć, a zresztą porywa i pochłania go fikcja do tego stopnia, że nie wiele czasu i chęci na refleksje), bowiem taka jest logika tej prowokacji. Na tym polega jej perfidia, a „równia pochyła ma swoje prawa”. W drugiej połowie lat 70, Mackiewicz pisał o „wielkim ześlizgu”, który odnosił do planu zniszczenia antykomunizmu. Czy Morawiecki i inni, nie stali się swego czasu właśnie dysydentami „nowego, wspaniałego” peerelu? To musiało mieć swoje konsekwencje. A „Rosja” i „wspólny europejski dom”? Z „Rosją” czy bez jest już w praktyce zrealizowany, jakkolwiek z jakiegoś powodu, dla sowietów, ma obecnie pozostawać w stanie niestabilnym. Porzucenie antykomunizmu skutkuje właśnie uznaniem, że stworzona na skutek „upadku komunizmu” „Rosja” to wolna Rosja, „okrągłostołowy” twór to wolna Polska, a zbolszewizowana Niunia to Europa (nareszcie „wolna”). Musi skutkować porzuceniem rzeczywistości na rzecz prowokacji – fikcji.

    Oczywiście możliwa jest tu opcja „śpiocha”. Ale to przecież nie tylko Morawiecki, a niektóre z tych osób poznaliśmy przecież osobiście…

  9. 9 Andrzej

    Panie Przemku,

    Czy nie Kaczyński albo inny Ziobro (jest ich do woli)? I czy nie chodziło tu o „galopującą prostytucję” albo „sądy”? Ja również tego bagna gnojówki nie znoszę. Odrzuca mnie, bo okropnie śmierdzi. Mam nadzieję, że wyrosłem już także ostatecznie z zabawy w piaskownicy.

  10. 10 Przemek

    Panie Andrzeju,

    Nie przychodzi mi do głowy cytowanie takich osób. Te słowa powiedział Morawiecki senior. Niedawno.
    Darek w ostatnim akapicie swojego tekstu dopuścił możliwość, iż nie wszystko może być wspaniałym planem. Wyraził to zapewne przejrzyściej i wprost, zdecydowanie lepiej niż moje niesforne próby. Stąd moje zaskoczenie. Oczywiście jeśli dobrze zrozumiałem.

    Może to kwestia wieku? Czasami tak jak w sporcie, trzeba wiedzieć kiedy zakończyć karierę. Trochę inaczej spoglądam na świat niż Pan. Widzę szarości, nie tylko czerń i biel. Dopuszczam popełnianie błędów. Czy zmieni to mój szacunek dla Pana Kornela? Za dawne lata nie. Za teraz to tylko chyba trochę żal.

  11. 11 Jaszczur

    Czołem Panowie!

    Darku,

    Ja myślę, że nie ma co mówić o „strategii Morawieckiego” (czy też Morawieckich, starego i młodego), gdyż to, co tak właśnie określasz to jedynie pomysły wpisujące się w o wiele starszą, długofalową, geopolityczną strategię sowiecką (chyba najbardziej dogłębnie opisaną przez Golicyna i Bukowskiego) w wydaniu, które na roboczo, jakkolwiek bardzo skrótowo, pozwoliłem sobie określić mianem „prawicowego NEP-u”. Więcej wyjaśniam we wpisach oznaczonych tym tagiem u siebie, a poza tym, muszę w tym miejscu przytoczyć nieco wiedzy źródłowej: http://xportal.pl/?p=33664

    Chodzi po pierwsze o to, żeby w obliczu kryzysu demoliberalnego bolszewizmu „zabezpieczyć” prawą stronę, albo chcącą uchodzić za prawą i za taką postrzeganą, a po drugie, idąc dalej, właśnie za pomocą takiej opcji politycznej skorygować sytuację w „bliskiej zagranicy”. Po co ryzykować, że jakiś Macierewicz będzie desowietyzować i modernizować wojsko, szerzyć strzelectwo sportowe wśród cywilów, zacieśniać kontakty z Amerykanami i to z najbardziej realistycznymi (w prawdziwym i pozytywnym znaczeniu tego słowa) przedstawicielami amerykańskich elit, jak gen. Mattis, wprowadzać Polskę do programu „NATO nuclear sharing”? Wydaje się, że w pewnym momencie sprawy poszły za daleko i trzeba było podjąć odpowiednią interwencję, tak samo jak pewnej czerwcowej nocy, pewnych październikowych „wyborów” czy pewnego kwietniowego poranka. Proszę zauważyć, iż zwłaszcza właśnie w obszarze,którym zajmował się Macierewicz, jest teraz totalny bardak. A ten jest na rękę i sowieciarzom, i globalistom z Brukseli, i elitom Niemiec oraz Francji chcącym utworzyć „wspólny eurazjatycki dom” wraz z czekistami z Kremla czy chińską kompartią.

    Czy robi(ą) to świadomie czy też z powodu nieznajomości realiów, czy (za przeproszeniem!) demencji starczej, to już inna sprawa.

    Jacku,

    Czy nie zastanawia Cię, jak mogła przetrwać bez dekonspiracji, taka organizacja jak wrocławski (dolnośląski) trzon SW na terenie o znaczeniu dla bolszewików strategicznym (d-dztwo PGWAR) wprost najeżonym Armią Czerwoną, GRU, KGB, peerelowską bezpieką cywilną i wojskową czy last but not least STASI? Podkreślam, chodzi mi o struktury wrocławskie, które dzisiaj dość powszechnie lansują chociażby zbliżenie czy to z Rosją Sowiecką, czy to z ChRL, na łamach chociażby „Opcji na Prawo”.

    Ja nic nie sugeruję ani nikogo nie oskarżam, tylko zadaję pytania. Kolejne pytanie: czy aby w latach ’80 Jaruzelski, Kiszczak (oraz ich mocodawcy z Moskwy) nie przygotowywali się na to, że opcja z Bolkiem oraz wprowadzeniem demoliberalizmu jako przykrywki dla „komunizmu nowego typu” aby nie wypali? Czy aby nie szykowali koncesjonowanych „terrorystów i oszołomów”?

  12. 12 Andrzej

    Panie Przemku,

    Wydaje mi się, że nie zna mnie Pan na tyle aby przypisywać mi, że patrząc na świat widzę tylko czerń i biel. Równie dobrze, ja mógłbym rzec, że Pan patrzy na świat przez okulary postmodernizmu, że stawia Pan Dobro na równi ze Złem. Być może ma Pan na myśli wyłącznie mój pogląd na komunizm (bolszewizm), wtedy zgoda. Nie dostrzegam w nim szarości, tak jak Pan. Nie dostrzegam w nim „błędów”, a wyłącznie konsekwentną realizację doktryny. Co nie jest tożsame z tym, że uważam, jak Pan zdaje się sugerować, iż zawsze musi to przebiegać zgodnie z planem.

    Co do Morawieckiego, wcześniej napisałem jak odbieram jego obecną optykę i dlaczego. Moim zdaniem, chodzi tu o konsekwencje dokonanego wyboru i trwania w tym wyborze.

  13. 13 Jacek

    Czołem, Jaszczurze!

    Ja nie zakładam, że SW wyszła z podziemnych rozgrywek z tarczą. Jest cała masa sugestii, że było zupełnie inaczej. Z resztą postać Schetyny mówi tu więcej, niż wszystkie plotki razem wzięte.

    Po prostu patrząc na konspiracyjną drogę starego Morawieckiego, nie widzę takiego momentu, który ewidentnie sugerowałby, że przeszedł na druga stronę. W każdym razie przed aresztowaniem. Skoro komuniści zmusili go do opuszczenia PRL-u, to znaczy, że nie mieli nad nim kontroli. W przeciwnym razie posłużyliby się nim, tak samo, jak Bolkiem. Więc obstaję przy tym, że mu się z czasem po prostu pomieszało w głowie, bez inicjatywy towarzyszy z bezpieczęństwa.

    Czy może jednak się mylę? Przeciwko mojej opinii przemawia fakt, że wrócił po latach do „wielkiej” polityki z zupełnego niebytu. To jest zastanawiające…

    Ale, ale, trochę odbiegając od tematu, z Twoich słów wynika, że Macierewicz był czymś w rodzaju ciała obcego w układzie spadkobierców okrągłego stołu i próbował sabotować ten układ od wewnątrz. Szczerze mówiąc, sam tak przez dłuższy czas myślałem, ale w końcu chyba jednak po czerwcu 1992, po 2007, powinien zrozumieć, że tego nie da się rozbić będąc częścią systemu. Co sądzisz na ten temat?

  14. 14 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Program SW nie był jakimś przypadkowym, ideologicznym skrzywieniem. Trzeba by o szczegóły wypytać ludzi lepiej niż ja zorientowanych. Mnie się może jedynie (z racji raczej mglistej wiedzy) wydawać, że: SW była swojego rodzaju antykomunistycznym fenomenem, tzn. skupiała bardzo różnych ludzi (raczej jednostki niż środowiska), dla których podstawowym celem była walka z komunizmem. Dlatego pewnie nie bardzo dbano o to, co mówią jacyś tam partyjni ideolodzy gdzieś na szczycie. Nie dbano też za bardzo o to, jakie kto reprezentuje poglądy, czy narodowe, czy federacyjne (w stylu Piłsudskiego), czy socjalistyczno-jakieś-tam, liberalne, demo-chrześcijańskie, konserwatywne etc. Elementem wspólnym była chęć walki z komunizmem.

    Warto zadać sobie pytanie, czy takie skupisko najróżnorodniejszych światopoglądowo preferencji może okazać się skuteczne z punktu antykomunizmu. SW zawiodło, ale czy akurat z tego powodu? Poza tym, jeden historyczny przykład nie wydaje się reprezentatywny.

    W 1848 roku francuski parlament składał się z najbardziej skrajnych opcji politycznych, a jednak poradził sobie z czymś w rodzaju pre-bolszewizmu w ciągu zaledwie kilku dni.

    Nie jestem pewien, czy cokolwiek upoważnia do stwierdzenia, że Morawiecki bredzi (jeśli uznać bredzenie za objaw umysłowej fiksacji). Może po prostu wciąż poszukuje swojej trzeciej, czwartej, ósmej drogi. Jak większość ludzi ze swojego kręgu (obecnego nierządu) wypowiada się często szybciej aniżeli myśli. Nie ma w tym nic przedziwnego – to raczej cecha charakterystyczna współczesnych „polityków‟, którzy wychodzą widać z założenia, że mniej ważne co, istotniejsze, ile się mówi. Nie śledzę tych zjawisk uważnie, ale to pewnie cecha stała reprezentantów wszystkich opcji.

    Czy Morawiecki to zgrana karta? Po pierwsze ktoś, kogo syn zostaje „premierem‟ raczej niekoniecznie winien być postrzegany jako mało-ważny. Nawet jeżeli syn stroni od ojcowskich porad, z jakichś powodów trafił na stołek, na którym dziś siedzi. Po drugie, czy nie wydaje Ci się, że „zgrana karta‟ w rękach szulera może okazać się szczególnie niebezpieczna? Kładzie się taką rewersem na stole i obserwuje reakcje pomniejszych karcianych oszustów. Czy komu zadrży brew, może kto inny spotnieje, jeszcze innemu błyśnie w źrenicy promyk nadziei na łatwy łup.

    Koncepcja została przez Morawieckiego wypowiedziana. Jeszcze do tego wrócę.

  15. 15 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Myślę, że w tym miejscu warto sięgnąć do Orwellowskiego dwójmyślenia, choć
    to przykład dwójmyślenia niejako a rebours. A zatem, antykomunista (z przekonania), udający antykomunistę praktykującego, w istocie grający (świadomie) na rzecz strony komunistycznej. Czy nie pogubiłem się w tych zawiłościach?

    Praktycznie rzecz ujmując, nie dostrzegam w realnym świecie akustycznych barier, która by nie pozwalały świni słyszeć własnego pochrumkiwania. Wedle mnie to nie jest po prostu możliwe. Najprzyzwoitszy z ludzi, gdy spojrzy niebacznie w lustro, ma sobie coś do zarzucenia. A cóż dopiero myśleć sobie musi peerelowski „polityk‟?

    Wedle mnie to żadna fikcja, ale twarda reguła, wedle której żyć musi każdy homo sapiens sapiens.

  16. 16 Dariusz Rohnka

    Przemek, Panowie (oraz oczywiście Panie, jeśli czytają ten komentarz),

    Byłem właściwie pewien, że chodzi o Kornela M., na tyle pewien, że nie chciało mi się nawet sprawdzać. Cóż, nie ma, co kryć, że on raczej częściej od innych coś chlapu, chlapu, bez składu-ładu.

    Tym bardziej chciałbym wszystkich czytelników oraz uczestników dyskusji nakierować na pewną (dla mnie) oczywistość. O ile, istotnie, filoputinizm w ustach pana Morawieckiego to może być element bajdurzenia, jakże charakterystyczny dla kręgów rzekomo „prawicowych‟ (choć z p. M. taki „prawicowiec‟ jak z urzędnika celnego libertarianin), to jednak jego koncepcja polityczna należy do całkiem odmiennej kategorii.

    Tylko na pierwszy rzut oka zdać się może majaczeniem nieprzytomnego. W mojej ocenie to w pełni przemyślana strategia, zapewne nieprzypadkowo wyartykułowana przez krtań zdolną (przynajmniej ostatnio) wypowiedzieć co-bądź. Pan Morawiecki mówi tak: Zachodnia Europa dla osiągnięcia wielkości, pozwalającej jej na rywalizację w wyścigu globalnym, potrzebuje czegoś więcej: przestrzeni, surowców, pewnie i środków militarnych. To da jej tylko Rosja z mądrym Putinem na czele. Impuls do zawiązania takiej komitywy może wyjść od nas, z Warszawy, z naszego Narodu.

    Zdaje mi się przy tym pewne, że jeśli głos pana Morawieckiego zakiełkuje kiedyś i wyda owoce, to raczej nieprędko. Nie chodzi o natychmiastowy skutek, ale potencjalną polityczną perspektywę.

    Rzecz jasna, pan Morawiecki nie jest żadnym strategiem. Strategiem nie był także pewien peerelowski minister o nazwisku Rapacki. Dlaczegoś, bodaj czy nie po dziś dzień, uczy się o nim w szkołach dzieci.

    Kto wie czy w przyszłości nie będzie się uczyć o planie Gorbaczowa-Morawieckiego.

  17. 17 Dariusz Rohnka

    Jaszczurze,

    Wierzaj mi na słowo, żadnej „prawicy‟ nie trzeba od dawna zabezpieczać, chyba tylko to, żeby – dla przyzwoitości – zachowywała choćby cień pozoru prawicowości. Ta już dawno wymarła, pewnie nawet dawniej niż sam antykomunizm. Prawica, jedyna, rzetelna, godna tego miana, wymaga odejścia (choćby od czasu do czasu) od przyziemnej rzeczywistości i gonienia za nieuchwytnymi ideami. Nie znajdziesz dziś na świecie partyjki, która chciałaby taki „program‟ realizować. Nie staje warunków ustrojowych (i nie tylko).

    Twoja koncepcja prawicowego NEP-u bardzo mnie interesuje, ale nie dam rady zająć się nią dzisiaj. Daj mi, łaskawie, nieco czasu.

  18. 18 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Co to za Schetyna, który wyszedł z SW? Ten Schetyna? Jaja sobie robisz?

    Jeśli idzie o Morawieckiego, coraz bardziej mnie dziwi, że stanął na czele tak niezwykłej organizacji (a właściwie ją założył, czy tak?). Zdumiewające.

    Macierewicz to zagadka. Swojego czasu próbowaliśmy wziąć go na spytki. Nie zareagował. Myślę, że mógłby wiele spraw wyjaśnić. Ale potrzeba najwidoczniej lepszych środków perswazji aniżeli list otwarty.

    Czy, doprawdy, ktoś ma złudzenia wobec jego złej woli?

  19. 19 Jacek

    Darek,

    No nijak jaj sobie z pogrzebu nie robię. Tak, tak, właśnie ten Schetyna. Przyznam, że kiedyś miałem bardziej wyidealizowany obraz SW, taki więcej romantyczny. A tu, życie, panie życie… Wszystko unurzane w rzeczywistości PRL-u…

    Waham się, czy dać tu ten link, bo opowiadający tę historię reżyser to też większy kryminał, ale co tam, może to coś wniesie do dyskusji:

  20. 20 Andrzej

    Nie pogubiłeś się w interpretacji Darku. Tak właśnie to postrzegam.

    Co może o sobie myśleć peerelowski „polityk”? Załóżmy, że to rozsądny człowiek. Jeśli wybrał peerelowską „politykę” i pozostaje w niej to oznacza, że ten rozsądek podporządkowuje temu wyborowi. Jego pochrumkiwanie zaś, sprowadza się do ciągłego potwierdzania własnego wyboru. Czy ten wybór może być tylko taktyką? Nawet jeśli tak jest, co niejeden mógłby chcieć przypisać Macierewiczowi o którym właśnie dyskutujemy (mnie się zdaje, że jest to wybór praktyczny a nie taktyczny), jeśli jest to w jego mniemaniu jakaś forma wallenrodyzmu, to w przypadku bolszewickiego tworu, otwarte działanie na jego rzecz jest moim zdaniem, stokroć groźniejsze w skutkach niż jakiekolwiek działanie przeciw niemu od wewnątrz. Skutki uczestnictwa w peerelowskim nierządzie, otwarte podtrzymywanie go, wyrządza straty których nie odrobi żadna partyzantka – straty w umysłach Polaków. W tym przypadku wybór taktyczny jest wyborem faktycznym.

    Zresztą o jakiej partyzantce można dziś mówić w przypadku wymienionego przez Jaszczura „obszaru Macierewicza”? Będący bolszewickim tworem pod niebolszewickim zarządem (ale przy bolszewickim „pakiecie kontrolnym”), „nowy, wspaniały” peerel ma być częścią natowskiego programu nuklearnego? Jakie to ma znaczenie dla antykomunizmu? Mniejsza już o NATO i to czym ono dzisiaj jest, jakie są jego kadry i strategia oraz jakie są w nim wpływy bolszewików. USA nie jest (już od dawna) antykomunistyczne, a dziś stacza się w bolszewizm coraz szybciej. Trump układa się już nie tylko z Putinem i Xi ale i z Kimem (symbolem „prawdziwego” komunizmu), a nikt w amerykańskiej administracji tak naprawdę nie wie w jakich kwestiach. Gdzie tu miejsce na antykomunizm? Czy chodzi nam o porządek w obszarze militarnym „nowego, wspaniałego” peerelu, czy też o to, żeby tego peerelu nie było? „Nie można jednocześnie czegoś poprawiać i obalać!” jak stwierdził czołowy ongiś poputczyk komunizmu, a co wielokrotnie przywoływał Józef Mackiewicz jako słuszne stwierdzenie.

  21. 21 Przemek

    Darek,
    Tak mi się kilka rzeczy nasunęło. Niestety pojawi się polityka, która Cię nie interesuje. Ale kwestia musu, jest Ci dobrze znana, więc czuję się usprawiedliwiony.
    Napisałeś, że (co jest oczywiste) trzeba wyjść na powierzchnię choćby dla względów praktycznych.
    To trochę odwrotnie jak u mnie, choć nie względy praktyczne są motywem.
    No dobrze, tylko czy ta „powierzchnia” sama się dzieje? Czy może przy którymś kolejnym wyjściu dostaniesz pałą w łeb (łysina idealna do drapania, nie pomoże i nie zrobi wrażenia), na razie jak zauważyłem oficjalnie dozwolone jest tylko policzkowanie (znaczy „z liścia”).
    Znając Twój pogląd na udział w wyborach w … (tu mam problem, ale chyba nazewnictwo nie jest istotne, mogę spolegliwie napisać „tej ziemi”, co może być uznane za złośliwość, choć wcale nią nie jest) dopóki nie będziesz mieszkał w Wolnym Kraju. Dlaczego o tym wspominam.? Wybory samorządowe. Czy to już konformizm, czy tylko pragmatyzm.? A może realizm. Zapewne frekwencja wyniesie 50 procent. Czy możemy z tego wnioskować, iż mamy 50 procent antykomunistów nieuznających obecnej sytuacji, czy 49 procent ignorantów, których nic nie obchodzi i tych obawiam się najbardziej.

    Jeszcze wrócę do literatury. Czytam teraz czeską powieść szpiegowską Egona Hostovskyego wydaną w 1951 opisującą Pragę sprzed puczu w 1948. To może trochę śmieszne, ale czasami można lepiej poznać klimat sytuacji niż z suchych dokumentów. Podobnie po dwóch słowackich aktualnych kryminałach inaczej postrzegam zabójstwo Kuciaka, może czasem za bardzo doszukujemy się głębi a tu „pospolitość skrzeczy”.

  22. 22 Jaszczur

    Jacku,

    Z agentami cały knyf polega na tym, żeby się nikt z rozpracowywanego nie połapał, że dana osoba jest agentem. I tu anty-przykład Bolka: już właściwie podczas strajków sierpniowych Gwiazdowie czy śp. Anna Walentynowicz, ale i wielu,wielu innych, wiedzieli z kim mają do czynienia. No, ale Bolek to debil (bardzo delikatnie rzecz ujmując), który wielokrotnie dokonał szczytowego osiągnięcia w tej dziedzinie – samopodpierdolki (vide: oświadczenie z „Nocy czerwcowej” i książka „Droga nadziei”, częściowo pisana przez ghostwritera). Z trzeciej strony – dopiero wraz z wydaniem słynnej książki Cenckiewicza i Gontarczyka doczekaliśmy się twardego dowodu rzeczowego.

    W przypadku starego Morawieckiego ja również nie widzę momentu, który mógłby być symptomem przejścia na Ciemną Stronę Mocy. Poszlaką, ale podkreślam, tylko poszlaką jest dla mnie to, że mógł założyć i kierować taką organizacją jak SW z obszaru najeżonego bezpieką, zarówno peerelowską, jak i sowiecką i innymi „bratnimi”.

    A jeśli mówimy o jakimkolwiek momencie „przejścia”, to może należy szukać parę lat wstecz od teraz? Bo mniej więcej od dekady Kornel głosi poglądy prosowieckie/prorosyjskie, na co wręcz alarmistycznym tonem zwracali uwagę ludzie z Autonomicznego Wydziału Wschodniego SW, na czele z Jadwigą Chmielowską i Piotrkiem Hlebowiczem.

    Ja też jeszcze parę lat temu patrzałem bardzo, jak to określiłeś, „romantycznie” na SW, i od tych samych paru lat mi to mija. Ale osobiście ufam ludziom z Wydziału Wschodniego SW.

    Warto jeszcze, jak już na ten temat rozmawiamy, wspomnieć o Organizacji Wojskowej SW i SW Trójmiasto (m.in. Andrzej Kołodziej, Marek i Magdalena Czachorowie, Ewa Kubasiewicz-Huee). Gdyby tak OW SW była liczniejsza, silniejsza i skutecznie neutralizowała kanalie odpowiedzialne za śmierć ks. Jerzego, za grudzień ’70, za masakry dokonane w stanie wojennym… Ciekawe, że zachowało się bodaj jedno źródło pisane na ten temat, co świadczy o jej de facto marginalności. A dlaczego strutura ta była marginalna? Czytelnikom WP chyba nie będzie sprawiać trudności odpowiedź na to pytanie…

  23. 23 Jaszczur

    Darku,

    Widzę, że masz (tylko nie bierz sobie tego za zarzut jakikolwiek) bardzo ekskluzywne pojęcie prawicowości. Mi chodziło o tą opcję, która po prostu jest na prawo od dominujących obecnie opcji demoliberalnej, lewackiej, demobolszewickiej i „klasycznej” bolszewickiej.

    A jako, że opcje te wydają się „zgrywać” w roli nośnika interesów sowieciarzy z Kremla czy/i funków chińskiej kompartii, to trzeba wprowadzić do gry inną kartę. I rozgrywać scenę polityczną starą taktyką „nożyc”: z jednej strony prosowieccy tradycyjnie demoliberałowie i lewica, obecnie związani z Moskwą czy Pekinem interesami, z drugiej strony – prosowiecka („prorosyjska”) prawica (jakkolwiek by to pojęcie nie było umowne).

  24. 24 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Rzeczywiście, ciekawa historia, tym więcej, im bardziej nietykalni są ludzie, na których agenturalność znajduje się twarde fakty. Można by oczywiście pytać, na ile karteczki p. Brauna (on, zdaje się obecnie, także cierpiący na filoputinizm, czy tak?) są wiarygodne, na ile autentyczne. Rzecz, bezsprzecznie trudna do ustalenia, gdy każda dziedzina życia publicznego ocieka łajdactwem, kłamstwem i wyrachowaniem; gdy nie tylko uczciwego milicjanta czy sędziego, ale i historyka, i archiwistę wypada szukać z lampą Diogenesa.

    A propos filoputinizmu, czy nie warto byłoby się pokusić o głębszą analizę tej choroby? Prawie zapomniałem, że Jaszczur pisał na ten temat (ale ja nie dałem rady jeszcze przeczytać tekstu o „prawicowym NEPie‟), więc może warto wyjść od jego tekstu po prostu?

  25. 25 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Nie, nie, nie mogę zgodzić się na założenie, że peerelowski „polityk‟ to rozsądny człowiek, w żadnym razie. To albo oszust, albo idiota. Gdzie tu dostrzegasz miejsce na rozsądek?

    Co do wallenrodycznych ciągot Macierewicza, to już trzeba by do dyskusji zaprosić Jaszczura, bo on zdaje się bliżej tematu, i jest raczej za niż przeciw. Wedle mnie masz słuszność – nie da się obalać systemu korzystając z jego instytucji. Jeśli nawet założyć, że w jakimś tam sztabie generalnym, czy innym cholerstwie, bytują same tumany, to przecież jest całkiem oczywiste, że potrafią przynajmniej jedno – pilnować własnego interesu.

    A jeśli ktoś myśli, że zamiana jednego sowieckiego generała na innego sowieckiego pułkownika może przynieść jakiś pomyślny skutek… to – obawiam się – nigdy nawet nie rozpoczniemy burzenia tutejszowa, o budowaniu czegoś w to miejsce nawet nie wspominając. Ciągle będziemy jedynie szukać i szukać.

    Obraz jaki rysujesz w ostatnim akapicie jest, według mnie, bezdyskusyjnie trafny. Jaki z tego można wyciągnąć wniosek? Jedynie ten, że nie ma co oglądać się na świat, czy wyczekiwać Trumpa na białym koniu, z rewolwerami u pasa.

  26. 26 Dariusz Rohnka

    Przemek,
    I gdzież ja napisałem, że zamierzam wychodzić na powierzchnię. Stawiam szklankę octu (dla podlania „meduzy‟), jeśli wykażesz mi taki lapsus.

    Jeśli chodzi o udział w instytucji demokratycznych wyborów, po prawdzie nie widzę siebie w roli uczestnika, nie tylko w peerelu czy innym tego gatunku pomiocie, ale nawet w tzw. Wolnym Świecie.

    Demokracja to nie jest ani ustrój, ani zasada rządzenia – to kpina w żywe oczy. O wiele lepsza jest najbardziej zamordystyczna dyktatura, bo z tą przynajmniej wiesz, że musisz walczyć, i nawet umierać czasem, w imię jakichś tam wartości. W demokracji sam sobie zakładasz na szyję pętlę współgłupoty.

    Wybory demokratyczne – co to właściwie oznacza? Ano oznacza, że byle kretyn, spędzający całe dnie przed ekranem telewizora, wsłuchujący się z niekłamaną pasją, co jego ulubieni manipulatorzy mają akurat głodnego do popieprzenie, dysponuje dokładnie taką samą siłą głosu, co Ty, wybitny, dajmy na to, obserwator świata polityki, erudyta zaznajomiony z każdym możliwym kierunkiem politycznym, znawca historii politycznej.

    Osobiście, nie miałbym nic przeciwko zrównywaniu (jak każe demokracja), gdyby to było zrównywanie w stosunku do intelektu jaki nosisz na karku.

    Teoretycznie można to sobie wyobrazić. Wchodzisz, dajmy na to, za wyborczą kotarkę i bęc – kartkówka z wiedzy o Polsce i świecie współczesnym. Wypełniasz rubryki testu, oblewasz, wychodzisz (nieco spotniały). Ale to tylko teoria, w praktyce trudna do realizacji.

    Nie ma nic do rzeczy jakiego typu to głosowanie, ogólnoświatowe, krajowe, na szczeblu powiatu. Tak czy siak, pójdą ludzie o bardzo zróżnicowanych zdolnościach myślowych (że nie wspomnę o innych przymiotach, np. etycznych).

    Istnieje pogląd, że demokracja dobra jest na szczeblu codziennych dupereli. Mnie to nie przekonuje. Bo wyobraźmy sobie np. Petroniusza wrzucającego kartkę wyborczą do urny w związku z głosowaniem za lub przeciw segregacji śmieci. Może i śmieszne, ale jakże nieeleganckie.

    Dlaczegoś stworzeni zostaliśmy nierównymi. Myślę, że trzeba to uszanować.

    Kuciak to ten zamordowany pracownik prasy na Słowacji? Skoro pamiętasz o Kuciaka, pamiętasz też pewnie historię Jarosława Ziętary, zamordowanego (najpewniej) przez ludzi komunistycznej nomenklatury. Otóż obaj, zapewne obaj (sprawy Kuciaka nie znam zbyt dobrze) nie prowadzili śledztw motywowani polityką. Ziętara zginął bo był odważny, uczciwy, prawdomówny. Ale dlaczegoś nie przeszkadzało mu jednocześnie, że pracując w komunistycznej gazecie poznańskiej (był rok 1992) siedział sobie, biurko w biurko, ze starymi wygami pezetpeerowskiej propagandy. Może, jako demokrata, mniemał, że wszyscy teraz są równi, a przeszłość nie waży?

  27. 27 Dariusz Rohnka

    Jaszczurze,

    Od pewnego czasu pilnie staram się studiować zagadnienie różnorodnych trendów w polityce, ale ni jak nie mogę odróżnić Twojej (to znaczy przez Cię opisywanej) lewicy od prawicy. To już widać starość i nawet drapanie się po głowie, w gęstwinie siwych włosów, nie da efektu.

    Jak Ty definiujesz prawicowca? Czy to ten, co tatuuje na czole orła w koronie?

  28. 28 Andrzej

    Darku,

    Moje uwagi o możliwości rozsądku u „polityków” „nowego, wspaniałego” peerelu były czysto hipotetyczne i bardzo na wyrost. Zasadniczo miały na celu stwierdzenie, że taki wybór prowadzi do porzucenia rozsądku. Wspieranie komunistycznego tworu nie jest oczywiście przejawem rozsądku lecz w najlepszym wypadku – przejawem głupoty.

  29. 29 Przemek

    Darek,

    Mówisz i masz.
    „Jest wiele dowodów na to, że przedstawiciele świata podziemnego wyłażą na powierzchnię (choćby ze względów czysto praktycznych); obywatele świata naziemnego zerkają pod powierzchnię, choćby tylko z czystej ciekawości, względnie nudy.”
    Oczywiście wyjąłem jedno zdanie z kontekstu – uczę się.
    Za ocet dziękuję, ale „meduzę” chętnie. Nawet mogę coś lepszego do niej postawić jeśli choć raz się ze mną zgodzisz.

  30. 30 Dariusz Rohnka

    Przemek,

    Wyłażą na powierzchnię, żeby pewnie postać w kolejce po ocet, ale raczej nie do urny.

    Meduza i co lepszego brzmi obiecująco!

  31. 31 Jaszczur

    Darku,

    Oj tam, nie zwalaj wszystkiego na starość. Jest coś takiego, jak konwergencja. Ty, zdaje się, też o tym pisałeś. O konwergencji, nie o starości, znaczy się.

    A ja prawicowość definiuję następująco, parafrazując pewnego myśliciela, nie jako przywracanie tego, co było, ani jako trzymanie się tego, co jest, tylko trzymanie się tego, co obowiązuje zawsze.
    Sam zaś wolę określać się (jeśli chodzi o położenie na swego rodzaju mapie politycznej) jako postkonserwatysta…

    Ten, który tatuuje sobie święte symbole Polski (której to broń Boże nie postrzegam na sposób nacjonalistyczny) to w wielu przypadkach ten sam, który nosi koszulki z husarzami, z symbolem Polski Walczącej, z symbolem Narodowych Sił Zbrojnych, Orłem Wojska Polskiego itd. I w takich koszulkach chleje wódę i pali papierosy. Taki ktoś nie jest ani prawicowcem, ani lewicowcem, a kretynem i prymitywem. Który, nie przeczytawszy ani jednej książki Dmowskiego (abstrahując od oceny tej postaci i jego twórczości), namiętnie szermuje paroma wybranymi jego cytatami. A i jest – tu wracamy do tematu – doskonałym „zasobem ludzkim” dla prosowieckich, „filoputinistycznych” jak to Darku określasz, organizacji odwołujących się z reguły do przetrawionych tradycji obozu narodowego.

    Aha, niech broń Boże nikt nie podejrzewa mnie o abstynencję w związku z powyższym! Za Zbyszewskim uważam, że wódka nie szkodzi nawet w największych ilościach, jeśli jest spożywana z umiarem (i, na Peruna, nie pije się w koszulkach z symbolami narodowymi!) . Jedynie papierosy wypadałoby rzucić…

  32. 32 Dariusz Rohnka

    Jaszczurze,

    Tylko krótko teraz, choć Twój komentarz bardo ciekawy i wart zastanowienia.

    Który to Zbyszewskie, Karol?

  33. 33 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Twoja uwaga o rozsądku u „polityków‟ nie była na wyrost. Nieustannie miotami się pomiędzy sprzecznymi porządkami i – po prawdzie – trudno nam zachować konsekwencję. Nie mówię tego a propos polityki, ale prozaicznego życia.

    Przemek „wytyka mi‟ wyłażenie na powierzchnię i przecież ma rację. Katakumby są ledwie w budowie, nawet mocnych fundamentów jeszcze nie ma, więc jak tu nie wyłazić do wrogiego świata, choćby dla chleba.

    A jak już się wylezie, to każdy w końcu dostaje w łeb obuchem napowierzchniowych „oczywistości‟.

    Przed tym łatwo nie uciekniemy. Nie robiłbym z tego problemu.

  34. 34 Jacek

    Jaszczurze,

    Struktury SW były tworzone poziomo, inaczej, niż np pionowa hierarchia takich organizacji, jak Armia Krajowa. Być może ta właśnie cecha dawała SW tak dobre efekty działań kontrwywiadowczych. Wpadka jednej komórki nie pociągała za sobą lawiny aresztowań w reszcie organizacji. Ale absolutnie nie twierdzę, że nie było jakiejś punktowej penetracji, umieszczania nielegałów, odwracania poszczególnych działaczy. Ciągle niewiele wiadomo o kulisach, być może jakieś światło na takie indywidua, jak Schetyna rzuciłyby dokumenty z aneksu do wiadomego raportu, ale na to raczej nie ma widoków.

    Sugerujesz, że Morawiecki mógł być zwerbowany niedawno. To do mnie przemawia. Jest to według mnie bardziej prawdopodobne, niż werbunek w latach 80-tych.

    Organizacja Wojskowa SW to bardzo zacna inicjatywa, niestety skazana na niepowodzenie. Tylko CIA miała środki, żeby taką organizację profesjonalnie przygotować do działania, a tam zabrakło woli do takiego wsparcia. Przecież właśnie nadchodziła wiosna ze wschodu…

  35. 35 Jacek

    Darek,

    Braun to bardzo ciekawa postać. Gdybym był rozgrywającym w jakimś SWR, czy innym KGB, to postawiłbym właśnie na kogoś takiego, jak on. W żadnym razie nie twierdzę, że jest zadaniowany, nic na ten temat nie wiem. Ale to po prostu idealny kandydat na regionalnego agenta wpływu.

    Błyskotliwy reżyser, autor cyklu o ewolucji komunizmu, umiejętnie pokazujący manipulacje NEP-u, Trustu, chruszczowowskiej odwilży. Demaskator Bolka, krytyk III RP. I nagle ktoś taki bierze udział w wyborach prezydenckich jako kandydat na kandydata. Ja to w sumie myślałem, że całe to jego kandydowanie było tylko ideologiczną dywersją. Przyjemnie było popatrzeć, jak z musu zapraszany do tefauenów promuje książkę Sumlińskiego o agenturalności Komorowskiego. Wydawało mi się, że celem Brauna było publiczne skompromitowanie tego całego bajzlu. Przecież jako kandydat miał ustawowo tych kilkadziesiąt minut czasu antenowego. Naprawdę niezły był ubaw, jak się prowadzący wili, żeby mu nie pozwolić mówić tego, co i tak w końcu powiedział.

    Ale potem zaczął na serio opowiadać o tworzeniu partii politycznej i przejęciu władzy. I to wszystko przy jego deklarowanej awersji do demokracji. Mafie, służby i loże – taki jest jego komentarz do systemu republikańskiego.

    Ale ciekawsze są jego poglądy dotyczące lokalnej geopolityki. Jeśli dobrze interpretuję, idzie to mniej więcej tak: Żydzi ze wschodniego wybrzeża Stanów przysłali tu amerykańskich chłopców w Abramsach, żeby spacyfikować tubylców przed stworzeniem drugiego Izraela, który przyjmie nazwę Judeopolonii. Wszystko to przy współpracy banderowców. Więc najbardziej palącą potrzebą chwili są masowe protesty przed amerykańskimi bazami, celem przegnania jankesów z powrotem za ocean. Natomiast jedynym ratunkiem jest sojusz gospodarczy z Chinami i uniezależnienie się od żydowskich bankierów.

    Być może on tak sam z siebie… Jeszcze kilku takich i chłopaki z Jasieniewa mogą jechać na urlop.

  36. 36 Andrzej

    Darku,

    Zgoda. Wszyscy jesteśmy unurzani w tym bagnie i musimy w nim egzystować, tak samo jak było w jawnym peerelu. A jednak przynajmniej nie bierzemy bezpośredniego udziału w podtrzymywaniu go czynnie (podatki i inne haracze na jego rzecz musimy niestety płacić + cała reszta do której jesteśmy zmuszeni). Nie idziemy do peerelowskiej „polityki”, odmawiamy swojej akceptacji. Może to i żadne jeszcze katakumby, ale przynajmniej jedna grota jest. Dla mnie to miejsce dla swobody poznania rzeczywistości i historii, poruszania każdego tematu, wyrażenia swojego zdania, wolna wymiana poglądów i wolna dyskusja. Mogę tu pisać i mówić co chcę. Wreszcie: wolne miejsce dla antykomunisty – antykomunistyczny „think-thank”. Co z tego, że niewielki jeśli to ostatnia już chyba linia obrony. Da Bóg, przyjdzie czas aby z niej kontratakować.

  37. 37 triarius

    „Prawica wymaga dążenia do nieuchwytnych celów”…?!? Taka fajna, formalnie, dyskusja, niby wysoki intelektualny, a Panowie jednak na jakichś psychotropach. Naprawdę fajny portal, wierzę w Panów szczery antykomunizm (cokolwiek by miały oznaczać słowy „komunizm” i „antykomunizm”), ale mój wniosek z tego wszystkiego na dziś jest jeden: Mackiewicz nie jest wystarczająco wybitnym myślicielem, żeby się na nim dało wiele zbudować.

    Info o Morawieckim Sr. interesujące, ale ja (jak niektórzy) też absolutnie nie wierzę w jego ponoć sześcioletnie się ukrywanie przy wydawaniu groźnych pomruków wobec ówczesnej waadzy. Wnioski są dość niepokojące, choć teksty o „obecnym nierządzie” mnie szczerze, nawet nie tyle śmieszą, co mierżą.

    Pzdrwm z sympatią i szacunkiem, ale ze stalowym błyskiem w oku.

  38. 38 Andrzej

    Panie Tiariusie,

    Wolno Panu mieć takie a nie inne zdanie na temat Mackiewicza i każde inne zdanie. Wydaje mi się jednak, że ważniejsze od tego czy Józef Mackiewicz był myślicielem czy też nie, jest to czy pisał prawdę na temat czasów w których przyszło mu żyć i czy jego postawa była właściwa, a także czy to co przekazał światu jest dziś aktualne czy też nie i dlaczego. Może zechciałby się Pan na ten temat wypowiedzieć?

    W jakim sensie mierzi Pana ” obecny nierząd”, jeśli wolno wiedzieć? Czy dlatego, że między Bugiem a Odrą „panuje” PiS a „nie panuje” PO? A gdyby było na odwrót, tzn. „panowałaby” ta druga formacja, to czy takie sformułowanie także by Pana odstręczało?

    Nie „Pzdrwm” bo nie wiem, co to dokładnie dla Pana oznacza (dla mnie nic, poza głupawym skrótem w rodzaju „nara”). Za to pozostaję z uszanowaniem dla Pana.

  39. 39 Jaszczur

    Darku, tak, to był Karol.

  40. 40 triarius

    Trochę konsekwencji! Jeśli „głupawe”, to niech Pan oszczędzi sobie „uszanowania”.

    Nie jest to po prostu myśliciel porównywalny choćby z Revelem, nie mówiąc już o Spenglerze. Jego postawa? Oczywiście w sumie OK, antykomunista, ale b. łatwo jest być nieprzejednanym na emigracji i oceniać ludzi, którzy żyli w komunistycznym syfie (można tak, czy to też fopa?).

    Facet ewidentnie był rusofilem (jak chyba większość ludzi tutaj), stąd zapewne głównie ta jego „opcja 1″, czy jak to Panowie nazwali… Ja jednak uważam, że Rosja to koszmar, i to wcale nie z powodu Tatarów. A komunizm to drugie dno, tyle że to nie jest tylko jakaś „ideologia władzy”, a coś nieco bardziej skomplikowanego, i bez a) Rosji; b) podatności Zachodu na tego typu miazmaty, to by była taka sobie lewacka ideologia, jakich wiele.

    Pzdrwm i ew. przechodzę na odbiór, jeśli Pan chce

  41. 41 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Historia pana Brauna, którą opisujesz, a którą ja znam tylko z krótkiego filmu (dostępnego pod jednym z Twoich wcześniejszych komentarzy), to jakby gotowy materiał na powieść sensacyjną, może i film fabularny. Istotnie, barwna postać.

    Słusznie twierdzisz, że pogląd na jego temat łatwo sobie wyrobić na podstawie tego, co mówi lub pisze, jak się zachowuje, nie trzeba koniecznie zaglądać do jego osobowej teczki, może spoczywającej sobie w zapomnieniu, gdzieś w najciemniejszym kącie piwnicy Łubianki (czy innego ośrodka agentury).

    Jeżeli ludzie, jak on, pojawiać by się mieli samoistnie (co mnie się zdaje nawet bardzo realne) znaczyłoby, że wirus sowietyzacji mutuje bez najmniejszej kontroli laborantów. I w tym przypadku, rzeczywiście, chłopcy z Jasieniewa mogą pić i hulać, dniami i nocami.

    Jeżeli jednak wirus (i owszem) mutuje, tyle że nie bez grzebania w chromosomach (czy innych biochemicznych zawiłościach), wówczas Twoja końcowa teza – wybacz – pada. Urlopu nie ma i długo nie będzie, bo wciąż gotować trzeba nowe warianty rozwiązań systemowych.

    Nie wiemy jak jest naprawdę. Mnie się zdaje, że ani całkiem tak, ani siak. Obie hipotezy nie muszą się wzajemnie wykluczać; czasem mogą współdziałać, niekiedy może zwalczać. Na wolnym rynku agentury i politykierskiego sobiepaństwa zdarzyć się może (niemal) wszystko.

  42. 42 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Ależ nie. Nie zdaje mi się, żebyśmy nurzali się w bagnie.

    Musimy jeść i pić, i nawet płacić powiązane z tymi praktykami podatki, ale to jeszcze nie współudział. Czy dajmy na to, Józef Mackiewicz, który będąc woźnicą wozu ciężarowego pracował jako sowiecki obywatel, czy tenże Mackiewicz współdziałał przy budowie sowieckiego imperium, czy tylko zarabiał na chleb? Czy zamiast sprzedawać starożytną (no, nie całkiem zdaje się) szablę, miał tą szablą walić po głowie pierwszego napotkanego bolszewika, bez przygotowania, bez zaplecza, organizacji, kalkulacji?

    Co powiedziawszy, nie wydaje mi się, żeby katakumby były wyłącznie miejscem do wymiany opinii. Mam przynajmniej nadzieję, że tak nie jest.

  43. 43 Dariusz Rohnka

    Panie Triariusie,
    „Prawica wymaga dążenia do nieuchwytnych celów”…?!? – cytuje Pan, oznaczając ten swój cytat trzema znakami przestankowymi, co, o ile znam się na interpunkcji znaczy tyle, co nic. Zestawienie dwóch tych znaków (w dwóch możliwych konfiguracjach) wyraża w konkretny sposób nasz stan emocjonalny. Dodanie jeszcze jednego, podkreśla albo całkiem wyjątkową głębie naszego ego, albo jest bełkotem.

    Zdaje się Pan podważać sens „dążenia do nieuchwytnych celów”, przypisując nam niepoczytalność. Niezmiernie mnie to dziwi.

    Jako człowiek bystry, oczytany, dobrze obeznany z ludzką myślą formułowaną na przestrzeni dziejów, musi mieć Pan przecież pełną świadomość, że dążenie do nieuchwytnych celów, takich jak prawda, dobro, miłość bliźniego (i wielu innych) jest w swojej istocie fundamentem, na którym zbudowano zręby ludzkiej cywilizacji.

    Dobrze Pan przecież wie, że owa „nieuchwytność‟ wynika wprost z ludzkiej niedoskonałości. Na ogół wiemy jak być powinno, ale w praktyce żaden z nas nie potrafi ani idealnie kochać, ani zawsze mówić prawdy, ani być nieskończenie dobrym. Te cele chciałby może osiągnąć nawet i ostatni szubrawiec, w praktyce nie jest to dane nawet najprzyzwoitszemu z ludzi. Reasumując, niezły facecjonista z Pana, Panie Triariusie.

    „Mackiewicz nie jest wystarczająco wybitnym myślicielem…‟. – Cóż, studiując jego dzieło od lat kilkudziesięciu z pokorą gotów jestem przyjąć każdą krytyczną uwagę pod adresem jego twórczości, byle była ta krytyka uzasadniona, a nie gołobłądząca.

    Po napisaniu powyższego przeczytałem Pana ostatni komentarz. Czy nie rozmyśla Pan czasem o tym, żeby choć trochę uzasadniać swoje śmiałe wywody? Jestem prawie przekonany, że wypadnie Pan wówczas o wiele bardziej przekonująco.

  44. 44 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Karol, no tak. Niezwykłej bystrości pisarz i, jak twierdził Mackiewicz, zmarnowany talent. Szkoda.

  45. 45 Jaszczur

    Tygrysie,

    A czytałeś może choćby „Drogę donikąd”? Tam jest rozmowa głównego bohatera z duchownym prawosławnym, który tłumaczy, czym była przedsowiecka, a pooświeceniowa Rosja i czym są sowiety (a przynajmniej były w swoim stalinowskim etapie). I ja tam widzę myśl prawie że równoległą do Spenglera. Nie wiem, czy Józef Mackiewicz czytał Spenglera, ale mniemam, że wkładając takie myśli w usta bohaterów swoich powieści, przynajmniej w niektórych kwestiach myślał równolegle.

    P.S.
    Rosja to koszmar, ale zupełnie innego oblicza, niż sowiety, koszmar nadal współczesny.
    A co do Morawieckiego/-ich, sprawa jest na tyle niepokojąca, że a) stary może mieć wpływ na młodego, b) obserwujemy niemal totalne przestawienie azymutu polityki po pewnym pamiętnym styczniowym poranku.

  46. 46 triarius

    @ Dariusz Rohnka

    Dokładniej wyjaśnić? Mimo dysleksji i braku zapału do pisania jako takiego, prowadzę od 12 lat bloga. Amalryk i Jaszczur chyba kojarzą. Tam wyjaśniałem masę tego typu rzeczy, ale tego jednak jest zbyt wiele na tutaj.

    Wielokropek to mój ulubiony znak interpunkcyjny, lewizna śmieje się nawet, że to wyróżnik prawicowego pisania. Pan pisze o wiele bardziej na serio, ja muszę się tym bawić, sorry, ale jednak nie zamieniłbym swoich umiejętności w tej sferze na Pańskie. Bez urazy!

    Do „niedosiężnych celów” ma Pan oczywiście prawo dążyć, ale co ma to wspólnego akurat z „prawicowością”?! Naprawdę mnie tu Panowie zadziwiacie. Może jednak przeprosicie się z określeniem „masowanie cnotki” i ew. weźmiecie je na sztandary? Pasuje! Ale że to ma być „prawicowość”??! Wstąpić do zakonu, fajna sprawa, choć nie dla mnie, i tyle. Ale żeby to uznawać za politykę?

    Pzdrwm

  47. 47 michał

    Panie Triariusie,

    Osobiście, nie mam nic do dodania w powyższej dyskusji. Nie wiem nic o Morawieckim, o prlu, o Solidarności Walczącej, ani nawet o Solidarności Poddającej się bolszewii.

    Interesuje mnie jednak Mackiewicz, więc kiedy Pan mówi – nie po raz pierwszy – że Mackiewicz „nie jest to po prostu myśliciel porównywalny choćby z Revelem, nie mówiąc już o Spenglerze”, to muszę zapytać: a co Pan czytał Mackiewicza? Bo widzi Pan, ja i owszem czytałem przerażający bełkot Spenglera, choć jestem mniej pewny jeżeli chodzi o Revela. Czyżby miał Pan na myśli Jean Francois Revela?!?!?! A ja naiwny, myślałem, że Pan jest przeciwnikiem ex-bolszewików nawróconych na liberalizm. Mój Boże, jakże to człowiek może się mylić.

    Proponowałbym jednak, żeby Pan poczytał Józefa Mackiewicza, zanim zechce Pan postponować jego myśl polityczną – tak, dobrze Pan przeczytał: MYŚL POLITYCZNĄ – zwłaszcza w porównaniu do raczej komicznych ex-bolszewickich liberałów.

    Do dyskusji o Józefie Mackiewiczu jestem gotów w dowolnej chwili, w dowolnym miejscu. Revel? raczy Pan żartować?!

  48. 48 triarius

    @ Jaszczur

    Czytałem jedną jego powieść, otrzymaną od uroczej wielbicielki mego beztalencia… Nie zaimponowała mi, spotykałem gorsze.

    Spenglera pewnie znał, w końcu to ani niedouk, ani idiota, ani szuja zresztą. Tylko kto Spenglera zrozumiał, skoro nawet Ortega w swej przedmowie do hiszpańskiego wydania chwilami bredzi?

    Co do Rosji, to się nie zgodzę… Wczesny bolszewizm to było: Rosja + Hegel/Marks + Darwin, potem dość szybko Darwin „okazał się być” przereklamowanym i odpadł, z czasem została sama Rosja i jestem dziwnie przekonany (nie da się sprawdzić), że carska Rosja w tych czasach – z komputerami, bronią jądrową i podsłuchami, byłaby taka sama jak jest dzisiaj. I istotnych aspektach. Nie widzę powodu, by się miała znacząco różnić. Rosja to coś potwornego, nawet nie chce mi się tego dokładnie wyjaśniać, bo to materiał na broszurę o aksjologii i takich tam, a ja pisać (jak każdy wie) nie lubiię.

    Pzdrwm

  49. 49 Jaszczur

    Jacku,

    Co do Twojego oglądu SW – pełna zgoda. I właśnie ta punktowa infiltracja, jeśli następowała, mogła okazać się kluczowa.

    Albo werbunek już za „drugiej komuny”. O ile działania operacyjne SB, II ZG LWP (a nawet KGB czy GRU) można bardziej lub mniej dokładnie zrekonstruować na podstawie dokumentów bezpieki, o tyle jest to już prawie niemożliwe w przypadku ewentualnych działań (czyich? WSI? UOP? ABW? A może jakichś nieformalnych grup? FSB? SWR?) podejmowanych po 1991 roku.

    Poza tym, czy aby zawsze konieczne było werbowanie, z podpisywanym oświadczeniem o współpracy, z podpisywanymi comiesięcznie pokwitowaniami odbioru wynagrodzenia itp? Czasami użyteczny idiota może narobić większego diabła, niż najlepszy agent. Co stwierdziwszy, nie bagatelizuję roli regularnej agentury, ale ta obecnie działa raczej wg zasad „kontroli strukturalnej” i Volkoff’owskiej „orkiestry”.

    Co do Brauna, chyba najbardziej szkodliwe są jego kucypały o rzekomym pacyfikowaniu Polski przez US Army, czy (skąd, do diabła, ma takie informacje?!) o amerykańskiej broni chemicznej poukrywanej gdzieś pod Warszawą. Antyamerykanizm oznacza, jaka by nie była obecnie Ameryka, prosowieckość.

    Aaa, i jeszcze jedno. Pamiętasz jego cykl „Transformacja. Od Lenina do Putina?” Zauważ, że ostatni odcinek (mniemam, że o Putinie) zdaje się, nie został w ogóle wyemitowany… A mniej więcej od tego momentu zaczęła, albo rozkręcała się, jego antyamerykanizm, sowietofilia i putinofilia.

  50. 50 Jacek

    Darek,

    Jeszcze dwa słowa o Braunie. Przez pewien czas miałem dla niego duży szacunek za działalność publicystyczną i dziennikarską. Potem, kiedy ruszył z ofensywą swoich politycznych obsesji, przeszło mi.

    Jaka jest jego prawdziwa rola? Czy jest zadaniowany? Myślę, że to się wyjaśni niebawem. Trzeba obserwować jego karierę medialną. Jeśli jego gwiazda zabłyśnie na peerelowskim politycznym nieboskłonie, to sprawa jasna. Jeśli popadnie w niebyt medialny, to będzie znaczyło, że nasze podejrzenia były niesprawiedliwe. Wystarczy poczekać.

  51. 51 Jaszczur

    Triariusie,

    Co do historii kontrfaktycznej, albo alternatywnej, to raczej mielibyśmy do czynienia z przerośniętą Arabią Saudyjską albo Zjednoczonymi Emiratami, w wersji prawosławnej oczywiście i z bronią nuklearną.

    Co do Rosji Sowieckiej(taką, pardon, nomenklaturę zapożyczyłem od obecnego tu Darka Rohnki) obecnie, to jednak dodałbym tu znaczenie Lenina, Dzierżyńskiego, Stalina, oczywiście w wymiarze aksjologicznym (jeśli można takiego określenia używać wobec takiego potwora).

  52. 52 triarius

    @ Jaszczur

    1. A cóż tu „kontrafaktycznego”, że spytam?

    2. To była Władza Wykonawcza, a ja mówiłem o Zasadach. Te czynniki – najpierw trzy, potem dwa, a na koniec jeden, moim skromnym wystarczą do stworzenia modelu Sowieckiej Rosji w kolejnych jej fazach. Darwin to „wyżsi, piękniejsi” Trockiego, Miczurin i Łysenko, potem rozczarowanie, Hegel w wersji na nogach skończył się na pewno najpóźniej wraz z Breżniewem… Oczywiście Zachód to chłeptał i tego pragnął, więc i dostawał, ale samej Rosji to już nijak nie kształtowało.

    Dżissus, ludzie – gdyby mi się chciało napisać czym jest Rosja… Nikogo by to oczywiście na serio nie zaintersowało, więc i nie napiszę. Jednak ten tutejszy filorusizm mnie zadziwia. Mackiewicz chyba miał jakieś powody, ale ci ludzie tutaj?!

    Pzdrwm

  53. 53 triarius

    @ Jaszczur

    A Stalin nie był „potworem” – był po prostu GANGSTEREM. Mającym wyjątkowo potężne możliwości i niezwykle sprzyjające środowisko. Ale nie było w nim nic specjalnie demonicznego. Psychopata i tyle. (Mówisz Dostojewskim, że mamy te „potwory”. ;-)

    Pzdrwm

  54. 54 Jacek

    Jaszczurze,

    No, trafiłeś w dziesiątkę. Właśnie od dłuższego czasu czekam na ostatni odcinek cyklu Brauna o ewolucji komunizmu i nic, cisza. Ale nie wiem, czy można to tłumaczyć agenturalnością autora. On sam narzeka na kłopoty z finansami i to może być prawda. Pasmotrim, uwidim, skazał sliepyj…

    A opowieści Brauna o amerykańskiej inwazji… Na Jowisza! Przecież już to przerabialiśmy (no, może nie ja osobiście). Kłaniają się lata 70-te i 80-te.

    Wspominasz Volkoffa. Lubię czasem wrócić do jego pisarstwa. Ale wiesz, że pod koniec życia podobno poparł reżim Putina jako rekonstrukcję rosyjskich korzeni? Znikąd pomocy…

  55. 55 triarius

    @ Jaszczur

    Uzupełnię – sorry, ale nie da się edytować.

    Potworem to był np. Iwaniuszka IV, zwany „Grioznym”. B. religijny zresztą człowieczek, który co pewien czas gorliwie pokutował za swe grzechy. (A to ostatnie zdanie poprzednio to było pytanie.)

    Pzdrwm

  56. 56 Jaszczur

    Jacek, Darek,

    Braun niekoniecznie musi zabłysnąć w politycznym mainstreamie, niczym słoneczko Peru. On po prostu ma szerzyć prosowieckość/prorosyjskość po prawej stronie. Jako wybitny publicysta, reżyser i gawędziarz ma za zadanie poszerzać margines prosowieckości, że użyję określenia dra Targalskiego. To zadanie może oczywiście być wykonywane zupełnie nieświadomie. Albo w przypływie jakiejś prawicowej pomroczności jasnej.

    Kolejna sprawa – proszę sobie zajrzeć na stronę pod nazwą xportal (linkowaną tutaj w celach rozpoznawczo-wywiadowczych ;) ). Jeszcze z dwa lata temu roiło się tam od tekstów o „Korei Północnej jako bastionie logiki sakralnej” czy „Mistycyzmie Czerwonych Khmerów”, a teraz, do telewizji internetowej zapraszają nie tylko Brauna, ale też bardziej „strawnego”, znanego i lubianego Rafała Ziemkiewicza. Takie osoby, obojętnie co powiedzą, uwiarygadniają to środowisko i tę opcję.

    Jak mówiłem wcześniej – Moskwa dąży do tego, żeby zabezpieczeczyć, żeby zająć przestrzeń, jak najwięcej przestrzeni po prawej stronie (jakkolwiek ją rozumiemy).

  57. 57 Andrzej

    Panie Tiariusie,

    To, że stosuje Pan głupawe skróty, które dla mnie nic nie znaczą, nie jest tożsame z tym, że powinienem się do Pana odnosić niegrzecznie. Wydaje mi się, że na tej witrynie wskazany jest szacunek wobec innych osób, tym bardziej gdy one ten szacunek okazują. Jaka w tym jest niekonsekwencja? Czy wolałby Pan, abym uznał, że i Pan jest głupawy? Moja uwaga odnosiła się do słowa którego Pan użył, a nie do Pana.

    Ciekaw jestem czy komunizm chiński, kambodżański albo kubański to też dla Pana drugie dno Rosji. Czy ZSRS to też była dla Pana Rosja? W jakim sensie?

    Z waleniem narodowej pały nie zamierzam się przepraszać. Wyrosłem już z tego.

  58. 58 triarius

    @ Andrzej

    Nic nie wiem o jakiejś pale. Bawimy się w „moje większe niż twoje”, czy co?

    Co do „głupawych”, to pozwoli Pan, że pozostanę przy swoim zdaniu. Nie mam kompleksów na temat własnej sztuki pisarskiej (choć jestem dyslektyk i pisać po prostu nie lubię), ani głupowatości. Daruje Pan?

    Komunizm chiński, kambodżański i… Mogę Panu dodać: kubański… Powstały jednak kilkadziesiąt lat po rosyjskim, w dodatku chyba zawsze z jego wydatną pomocą. Tu się Pan zgodzi?

    A czym było CCCP (taki skrót Pan zniesie? ZSRR zalatuje mi innym skrótem, którego nie lubię, choć spędziłem tam 32 lata życia), jeśli nie Rosją? Płonę z ciekawości.

    Pzdrwm

  59. 59 Jacek

    Jaszczurze,

    Za dużo danych, jak na jedno posiedzenie. Xportal, powiadasz? I tam konstelacja Brauna z Ziemkiewiczem? Muszę się z tym na spokojnie zapoznać, bo chwilowo nie jestem w stanie się do takiego zjawiska odnieść.

    Mogę sobie wyobrazić strategię Kremla obstawiającą prawą stronę, ale żeby taki gwiazdozbiór…

  60. 60 triarius

    @ WSIe

    Carska Rosja = Moskowia BEZ KOMPUTERÓW I UPRZEMYSŁOWIENIA

    CCCP/ZSRR = Moskowia BEZ KOMPUTERÓW I Z UPRZEMYSŁOWIENIEM (+ udoskonalonym narzędziem propagandy ideolo)

    Dzisiejsza Rosja = CCCP/ZSRR Z KOMPUTERAMI (I UPRZEMYŁOWIENIEM. propaganda ideolo aktualnie testowana i udoskonalana)

    Tak to widzę.

    Pzdrwm

  61. 61 michał

    Ciekawe, że nie zechciał Pan odpowiedzieć mnie, Panie Triariusie, tylko w zamian do WSIe. Czyżby brak śmiałości?

    Nie sądzę, więc zignoruję cały ten nonsens powyżej. Dobry Boże! „Moskowia bez kopmputerów”?? Naprawdę? Obawiam się, że za dużo wypiłem na taki bełkot, więc zapytam wprost: Czy Pan ma nasrane w głowie, czy jak?

  62. 62 Andrzej

    Panie Tiariusie,

    Nie wie Pan nic o narodowej pale? Sadzę, że to właśnie ma Pan na myśli pisząc o „cnotce” i jej „masowaniu”, że na tym opiera się Pański „realizm”.

    Dla mnie ZSRS to pierwsza praktyczna realizacja ustroju komunistycznego, zdefiniowanego przez Marksa i jego następców, która powstała na gruzach Imperium Rosyjskiego (czyli Rosji), które to imperium w ten sposób przestało definitywnie istnieć. Wszystko co z niego zostało, to zaadoptowany przez komunistów rosyjski nacjonalizm. Cała reszta została zniszczona. Powstały twór, aż do czasu jego rzekomego upadku, stanowił jawną centralę międzynarodowego komunizmu.

    Ciekawość jest jak najbardziej wskazana, łatwiej jest wtedy o całkowite pozbycie się „cnotki”.

  63. 63 triarius

    @ Andrzej

    A zna Pan tego Marksa? Ja trochę znam i mówię Panu, że związek tego z Krajem Rad był dość luźny. Można to było interpretować na tysiąc sposobów.

    Doszliśmy do takiego momentu, że zapragnąłem poznać Panów opinię na temat Rosji „jako takiej”, Iwaniuszki, Piotra I, Lenina… Może tu jest ten przysłowiowy pies pogrzebany? Miłość do wliublionych liebiedi?

    Pzdrwm

  64. 64 triarius

    @ michał

    A z Panem śmy w ogóle tutaj rozmawiali? Ostatnio? Chyba nie, a mój diagram uznałem za dość istotny, żeby poznali go WSIe w Mieście (i na WSI).

    Zbłądziłem?

    Pzdrwm

  65. 65 triarius

    @ michał

    Dopiero przeczytałem Pańskie ostatnie. I odpowiadam. Revel nie dość fajny? Sorry, ale to ukazuje, jak nisko cenię Mackiewicza. Zresztą Revela trochę czytałem, w oryginale (nie kandyduję na Prezydenta Wawy), i dość mi się podobał. Mam nawet jego książkę, a Le Point w jego czasach był fajny.

    O „bełkocie Spenglera” proponuję pogadać z Amalrykiem! Umieram z niecierpliwości. Fakt, że to się ciężko czyta, ale z „bełkotem” to Pan jak kulą w płot. (Mam także i inżynierskie wykształcenie, więc teksty o „mętniactwie” itp. raczej nie działają.)

    Pzdrwm

  66. 66 triarius

    @ Autor

    Muszę Pana gorąco przeprosić za podejrzenie stosowania środków psychotropowych przed zabraniem się do pisania! To nie one – to z pewnością słynny song z musicalu o El ingenioso hidalgo Don Quixote de la Mancha. Tylko skąd to skojarzenie akurat z prawicowocią?!

    Nar… Chciałem rzec: Pzdrwm

  67. 67 triarius

    @ Andrzej

    Ja, w odróżnieniu od Panów i ich ukochanego autora, nie lubię wydawać cenzurek moralności, ale Pan (i Jego Szacowni Towarzysze) mnie zmusza. No więc: 1. Tak ostra i bezkompromisowa krytyka zachowań ludzi żyjących w PRLu , jaka przeziera z Panów tutaj dyskusji, przez kogoś kto był poza, jest zarówno głupia, jak i dość podła. Oczywiście była masa kolaboracji, ale taka bezkompromisowość wobec ludzi, którzy po prostu żyli i np. woleli Gomułkę z ’56 od Bieruta z Bermanem, to po prostu patologia.

    Gdyby Panowie, poza Amalrykiem, chyba że nie doceniam jego konformizmu i teraz zapomniał, jak adm. Unrug niemieckiego, przeczytali Spenglera i coś zrozumieli, dałoby się rozmawiać z większym sensem. (To retoryczne, nie czytać!) Panów postawa jest po prostu wroga ŻYCIU i tyle. Świat bezcielesnych, wiecznych, niezmiennych, czystych PRAWD, ach! Nic w tym złego – każdy prorok, każdy niemal święty, każdy Savonarola, każdy Trocki… Itd.

    Działa właśnie tak. Na szczęście większość ludzi jest inna, jakoś tam akceptuje widzialny świat, życie, seks itd. Że wciąż wymaga to kompromisów, często paskudnych? Cóż, à la guerre comme à la guerre, a życie to nie taniec po różach. I żeby nie było – nienawidzę zdrajców i kolaborantów, ale maniackich świrów próbujących narzucać innym maniackie standardy – także nie lubię. Czy to będzie Savonarola, czy Rosa Luxemburg, czy powiedzmy Tołstoj. A już szczególnie, jeśli te ich standardy do nich samych, z takich czy innych powodów, nie dotyczą – jak u Mackiewicza.

    Pzdrwm

  68. 68 triarius

    @ WSIe w Mieście (i na WSI)

    Skoro nam się tak słodko rozmawia, to rzucę tezę: z Marksa w CCCP nie było już praktycznie nic nie tylko za Breżniewa, jak powiedziałem wcześniej, ale od Wielkich Czystek. Na tym to właśnie przecież polegało! (Oczywiście nie mówię o karmieniu Zachodu Marksem i tymi psierdołami, tylko o samej Rosji.)

    Ktoś by chciał zapolemizować?

    Pzdrwm

  69. 69 Przemek

    Panie Triariusie,

    Jestem czytelnikiem WP od dawna. Czasami zdarza mi się wypowiadać. Podobnie jak Pan, w niektórych (wcale nie tak małych) kwestiach nie zgadzam się z przedstawianymi tu poglądami. Zdarzyło mi się tu zagalopować, użyć prowokujących przykładów, dostałem nie raz „bęcki”.
    Czuję się tu gościem. Dlatego nawet jeśli wyrażam niezgodę, staram się dostosować do zasad gospodarza. Rozumiem, że reguły na Pana blogu są inne, ale może warto dostosować się do tu istniejących. Choćby z normalnej grzeczności. Trudno mi przebrnąć przez te „małpy” w tytule, skróty i sam język. „Pzdrwm” powinien Pan sobie darować. Ja odbieram każdy wpis tutaj jako „z definicji” pozdrowienie dla wszystkich czytelników i autorów.

  70. 70 triarius

    W tytule nie ma żadnych „małp” – jest normalnie w dzisiejszym komputerowym świecie stosowane „AT”, czyli „DO”. Innymi słowy ADRES.

    OK, chciałem się pokłócić, bo czasem lubię, ew. podnieść trochę poziom, ale jeślim niedoceniany, to bawcie się Ludzieńki sami. Wiele radości życzę!

    Pzdrwm

  71. 71 Andrzej

    Z bełkotem nie da się polemizować.

  72. 72 Dariusz Rohnka

    Panowie,

    Ponieważ przeleciał był właśnie wicher panatriariusowy, i nawet kurz powoli począł już opadać, warto by może przejść do dawniejszych tematów. Problem taki, że do raz przerwanego wątku trudno nawrócić (pamiętam Jaszczurze o obietnicy powrotu do zagadnienia „prawicowego NEPu‟ – jeszcze chwila!).

    Pomyślałem, że może by, jako temat chwilowo zastępczy, poruszyć kwestię następującą: cóż mogło tak bardzo rozsierdzić znanego na wp doskonale mola książkowego, która zna i Marksa i nawet Spenglera, kto wie pewnie i Hegla, i kogoś tam nawet w oryginale czytał, choć zapewne nie Mackiewicza, bo ten na ogół (choć, nie zawsze) pisał w języku polskim.

    Sądzę, że w przypadku gorszego humoru pana Triariusa, wyrażonego (co warto odnotować) w formie niemal kulturalnej, decydujące znaczenie miało podejrzenie, że my tu naigrywamy się najbezczelniej z ludzi partycypujących w instytucjach peerelu (przy czym bez znaczenia będzie, czy chodzi o czasy bierutowe, gomułkowskie, gierkowskie, tuskie czy kaczyńskie).

    I otóż, ponieważ pan Triarius sam sygnalizuje własną dysleksję (a więc problem z umiejętnością czytania i pisania), warto być może zastanowić się, czy jakaś część winy za całe to zamieszanie nie spoczywa na naszych barkach.

    Bo przecież, o ile jakąkolwiek partycypację w instytucjach peerelu trudno uznać za rzecz godną pochwały, tym bardziej możliwą do stawiania jako wzorzec, nie chcemy (przynajmniej mnie to nigdy nie chodziło po głowie) potępiać w czambuł wszystkich tych dobrych ludzi, którzy swego czasu skandowali „Wiesław‟, albo też niedawno stali jeszcze murem za Wałęsą, Tuskiem, Kaczyńskim, czy jakim innym politycznym niedorostkiem.

    Zdaje mi się (jako autorowi tekstu, pod którym wynikła dyskusja), że najwyraźniej doszło tu do złego odczytania intencji. Nie zawsze winny jest, co prawda, autor (albo autorzy, biorąc pod uwagę i artykuł, i dyskusję jako całość), zdaje mi się jednak, że takiej ewentualności nie możemy, z automatu, odrzucić.

    Rzecz dla mnie do dyskusji. Nie chodzi przy tym o pana Triariusa, który z pewnością nie potrzebuje od nas porad (dla podnoszenia tutejszego poziomu), ale dla wszystkich innych, którzy na przestrzeni lat ostatnich kilkudziesięciu maczali palce w tym, czy w owym.

    Czy nie warto im powiedzieć dostatecznie wyraźnie, że co prawda nie otrzymają świadectwa z czerwonym paskiem z okazji ukończenia nauki w szóstek klasie podstawówki, a jednak nikt ich dozgonnie nie będzie wytykał palcem, o ile tylko zaczną stosować w praktyce szare komórki?

  73. 73 michał

    Szanowni Panowie,

    Jak Darek słusznie napomknął, jakaś część winy spoczywa na nas, a w każdym razie na mnie. Winy i wina było za dużo, a wtedy łatwo zawinić, a po fakcie czuć się winnym. I tak właśnie mnie się przydarzyło. Zatem więc: przepraszam niniejszym, Panie Triariusie, i przepraszam wszystkich uczestników dyskusji za moje zawinione słowa. Moja wina.

    Wydaje mi się, że nie zachodzi tu wcale wypadek, w którym nie można dyskutować. Jest to raczej kwestia nieprzystawalności stylów wypowiedzi i łatwa irytacja w odpowiedzi na styl odmienny. Ponieważ jednak znam wielu ludzi, których niezmiernie irytuje mój styl wypowiedzi, to staram się mieć zrozumienie dla innych i doszukiwać się racjonalnego rdzenia poza niekiedy trudną fasadą osobliwego stylu.

    Dlatego apeluję do wszystkich uczestników dyskusji, by odnosić się do treści wypowiedzi, a nie do małp, skrótów, powiedzonek itp. Wiem, wiem, ja sam jestem winien (znowu to wino).

    Dla przykładu: wczorajszy komentarz Triariusa z 10:08, pełen znaków równości i wielkich liter, poza dziwaczną formą, zawiera myśl, która jednoznacznie utożsamia Rosję z sowietami, bolszewizm z caryzmem. Jest to myśl nienowa, a jako temat poruszana u nas dziesiątki razy, także w tekście Darka powyżej. Wysuwaliśmy wiele argumentów przeciw takiemu utożsamieniu i jest oczywiste, że można z tym polemizować. Problem jednak w tym, że Triarius nie podaje żadnych – dosłownie ŻADNYCH – argumentów za tą tożsamością, oprócz znaków równości, które wydają mu się oczywiste. Nie tylko nie są oczywiste, są także fałszywe.

    Z jakichś sobie tylko znanych powodów, p. Triarius odsyła mnie do p. Amalryka jako specjalisty od Spenglera. Pan Amalryk odezwie się z pewnością, jeżeli będzie miał ochotę wziąć udział w dyskusji, ale odsyłanie do niego wydaje mi się żenujące, a wywoływanie go do tablicy – iinfantylne. Czy nie lepiej odesłać do Spenglera? Osobiście czytałem Spenglera kilkadziesiąt lat temu i nie mam ochoty do niego wracać, ale ludzie się zmieniają i być może przemówiłby dziś do stetryczałego starca, gdy nie trafił do młodzieniaszka. Jak każdy tego rodzaju, systematyczny, synoptyczny myśliciel, Spengler jest redukcjonistą, narzuca światu, kulturze, historii, struktury, w których przedmiot kostnieje. Utkwiło mi w pamięci np. określenie Imperium Rzymskiego jako zimowego fenomenu (albo jakoś podobnie, na pewno p. Triarius mnie poprawi, jeśli się mylę), co wydaje mi się niezamierzenie komiczne i intelektualnie sterylne. Paradoksalnie, taką właśnie kulturalną sterylność zarzucał Spengler Rzymianom…

    Zmierzam do tego, że polemizować z treścią można zawsze. P. Triarius rzuca np. śmiałą tezę, że w sowietach nie było wiele z Marksa. Erm… tylko że ta odważna teza jest powtarzana przez wszystkich eurokomunistów, jak świat długi i szeroki, od zawsze; przez trockistów, maoistów, corbynistów i jak się tam ta swołocz nazywa. Sowiety były wypaczeniem, więc trzeba wrócić do Marksa – tfu!… Innymi słowy, socjalizm taaaak, wypaczenia nieeee. No, ale to jest beczenie stada. Mógłbym odesłać p. Triariusa do Marksa, ale on twierdzi, że zna go doskonale. Już tu kiedyś pytał mnie, dlaczego Marks nie jest filozofem i odpowiedziałem mu natychmiast, ale na tym się skończyło.

    A zatem ja – bo tylko we własnym imieniu się wypowiadam – jestem wdzięczny p. Triariusowi za jego intelektualne prowokacje i zapraszam go do dalszego uczestnictwa w dyskusjach.

  74. 74 Andrzej

    Darku, Panie Michale

    I mnie w końcu poniosło. Lecz odniosłem wrażenie, że treści było w tych osobliwych wypowiedziach p. Tiariusa niewiele. Rosja = sowiety = „Rosja” + zamiłowanie do „cnotki” + „Mackiewicz był rusofilem”. Próbę polemiki z nim, sprowadzał do haseł. Przeważała forma, zdaje mi się, że dla niego dużo ważniejsza. Już kilka lat temu, przy okazji dyskusji, bodajże na blogu Jaszczura, p. Tiarius skojarzył mi się z postacią Tiggera z dziecięcej książki o Kubusiu Puchatku: wpadł na chwilę, narobił wielkiego zamieszania, wydał z siebie głośny, powiedzmy, głos, po czym zadowolony z siebie, równie szybko wypadł. Sugerowanie przez niego, że my tu wszyscy jesteśmy komunistyczną”wojskówką”, nie jest dla mnie żadną intelektualną prowokacją tylko zwykłym chamstwem i potwarzą, za którą, w spotkaniu bezpośrednim, dostałby od mnie w mordę. Ale on woli, bezpieczny za swoim przydomkiem, anonimowo opluwać mających inne zdanie.

  75. 75 michał

    Panie Andrzeju,

    To jest bardzo dobre porównanie. Ale przyzna Pan, że Tigger spełnia swoją rolę wobec nas wszystkich: Kłapouchych, Puchatków o bardzo małym rozumku, Sów Przemądrzałych i Króliczków, którzy chcą wszystko zorganizować.

    Zostawmy więc formę – choć możemy ją podziwiać, lub jej nie znosić – a trzymajmy się treści.

  76. 76 Andrzej

    Panie Michale,

    Moim zdaniem, ta treść jest podporządkowana jednej (starej) myśli: nienawiści do wszystkiego co rosyjskie. Jak to dobrze dla niej, że na 120 lat popadliśmy pod zabór rosyjski bo bez tego nie byłoby uzasadnienia. To coś jak antysemityzm, tylko w innym kierunku: obowiązującym peerelowską „prawicę”, narodowo-patriotycznym. W ujęciu nacjonalistycznym nie ma miejsca na inny światopogląd niż narodowy. W tym ujęciu polscy komuniści to nie polscy sowieciarze, to ramię Rosji. I na całym świecie też tak jest. To nie jest dla p. Tiariusa żadna hipoteza do dyskusji, to jest jego aksjomat z którego wynika cała reszta.

  77. 77 Andrzej

    Darku,

    Wydaje mi się, że kwaśne uwagi p. Tiariusa (aż do pomówienia nas), wynikają bardziej z jego poczucia „realizmu”. Z nogami, jak sądzi, twardo na ziemi, dostrzega tylko „praktyczne rozwiązania” dla polskiego tu i teraz. Dla niego, jest jak jest – „bo jakże inaczej” („mamy tylko taką Polskę” więc „trzeba głosować”). Złości go, gdy ktoś twierdzi, że to droga donikąd, czy droga do zguby i odpowiada: nie bądź taki święty. A winę za taką właśnie drogę, zwala na innych (Rosję). Zaraz po naszej dyskusji z nim, „wypowiedział” się ten temat także u siebie. Najwyraźniej, jest bardzo zadowolony z efektów tej dyskusji. Narcissus z niego.

  78. 78 triarius

    No to jeszcze jeden raz…

    1. Dziękuję p. Michałowi za próbę obrony mojej (skromnej) osoby… nie do końca czuję się obroniony, ale doceniam chęć.

    2. „Pełno znaków różności”? Mam też inżynierskie wykształcenie i taka forma widzi mi się zarówno krótsza, jak i bardziej czytelna. Okazało się, że jednak nie dla każdego. Nie chodziło w każdym razem o rozsadzanie tej tutaj narracyjnej formy, zapewne inspirowanej jakimś Tołstojem, co ja tam wiem.

    3. Zarzuty kolaboracji „w realu” uważam nie tylko za głupie i śmieszne, ale po prostu za chamskie. Nie znasz mnie człeku i chciałbyś, byś ty sam starał się tyle zrobić dla Polski i przeciw komunie, co ja! (Mimo to przyznaję, że byle powstaniec, jakich miałem pełno wśród przodków zresztą, to przy mnie bohater, a ja żadnym bohaterem nie jestem. Jednak kiedyś, w realu, dostałbyś już po buzi, jako paszkwilant (Boziewicz!), a potem by się dalej potoczyło.

    4. Jestem dyslektykiem, fakt, ale przeczytałem tysiące książek w kilku językach, mam dwa różne fakultety zrobione w dwóch różnych krajach… Więc to nieźle podleczona dysleksja, poza tym drobiazgiem, że dysleksja;ma także b. ewidentne zalety.

    5. Amalryk nie jest żadnym „ekspertem” od Spenglera – jeśli ktoś nim jest, to ja, Amalryk nawet nie czytał całości, bo nie ma po polsku, ale zna sporo i, jak dotychczas miałem prawo podejrzewać, ogromnie ceni. Mam nadzieję, choć słabnącą, że Szan. Panom wygarnie.

    6. Rosja jest czymś po prostu potwornym – do głowy by mi nie przyszło kryć się z tym poglądem! Od liebiennego aziera po Tołstoja i Dostojewkiego. Można mieć inne zdanie, dziwne, jeśli ktoś nie jest kacapem… Sorry – Białym Rosjaninem oczywiście… ale cóż. To by zresztą wyjaśniało sens Panów działalności, na ile to się da tak określić.

    7. Dalej chętnie podyskutuję – Z KAŻDYM tutaj obecnym, nawet z chamami – ale U MNIE. Sorry, ale nie będę zmieniał sposobu pisania, żeby mi jakiś anonimowy mędrek mówił, że „bełkoczę”, albo że psuję przecudną całość. Naprawdę zapraszam, i to nie jest żaden marketing, bo na popularności tego typu mało mi zależy.

    Pzdrwm

  79. 79 triarius

    ERRATA:

    Znaków „równości” oczywiście. Marna klawiatura.

    Pzdrwm

  80. 80 Andrzej

    Ech, raz jeszczio raz… No i wypróżnił się p. Tiarius aż siedem razy z erratą. I co mu odpowiedzieć na takie dictum? -oo

  81. 81 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Nie mam najmniejszego zamiaru interesować się dalej przypadkiem pana Triariusa, zaglądać gdzie sugerujesz. Wystarczy mi tego, co tu widziałem. Nie jeden pan Triarius nie potrafi uporać się ze swoim udziałem w peerelu.

    Choćby coraz wyraźniej widać było absurdy, w których dobrowolnie postanowiło się uczestniczyć, porzucanie przekonań hołubionych (i stręczonych przez oficjalną ideologię) od dawna nie jest proste. Wymaga odwagi, determinacji, wewnętrznej szczerości.

    A dochodzi jeszcze paskudny pesymizm – nie dostrzec celu na ledwie widocznym horyzoncie. Nie osiągniesz go przy kolejnym głosowaniu, i kolejnym, następnym. W ogóle nie wiadomo, czy jakikolwiek pożądany cel da się złapać za nogi. To trudne, przynajmniej dla kogoś kto chciałby już, zaraz, natychmiast, gotowy tupać i rzucać się na ziemię.

    Dostrzegam jedną możliwość na – powiedzmy – odmianę. Jest nią odwrócenie działania demobolszewickiego bakcyla zarazy. Na czym taki paramedyczny proces miałby polegać? Na uświadomieniu sobie, że obowiązująca formuła aktywnego, powszechnego udziału w „procesach demokratycznych‟, o ile nawet kiedyś mogła się komuś wydawać ponętną, o tyle dawno już wyczerpała swój potencjał.

    Swojego czasu pan Orzeł opublikował tutaj tekst „Antykomuniści wszystkich krajów, łączcie się!‟ (http://wydawnictwopodziemne.com/2013/09/04/antykomunisci-wszystkich-krajow-laczcie-sie/), w którym ze swadą przekonywał, że antykomunistów jest na świecie znacznie więcej aniżeli nam się zdaje i nawet zwracał się do każdego z nich, z osobna, wprost: „Jesteś antykomunistą, bo wciąż zachowałeś zdolność samodzielnego myślenia.‟

    Otóż w tym jego wezwaniu dostrzegam pewnego rodzaju ryzyko – wkładania ludziom w głowę, że (jako myśląca większość) powinni (i mają do tego zdolności) wziąć w swoje ręce odpowiedzialność za sprawy publiczne.

    Według mnie, nie ma potrzeby, żeby wszyscy oni uświadamiali sobie (i robili) aż tak bardzo wiele. Wystarczyłoby, gdyby nie pchali się tam, gdzie nie ich miejsce; żeby nie wybiegali poza próg własnego domu (jeżeli chodzi o tzw. sprawy publiczne). Każdy (prawie) ma rozum, i rozumu tego z pewnością wystarczy, żeby pojąć rzecz następującą: jeżeli nadal wierzyć będę w demokratyczne bzdury, jak – lud suwerenem etc. – nic nie osiągnę, ani zmienią, a i tak decydować będzie za mnie ktoś inny, najpewniej: łajdak-demagog-demokrata-bolszewik.

    Jeżeli myśleć o podejmowaniu jakichkolwiek antykomunistycznych czynności, warunkiem pierwszym i podstawowym jest przywrócenie naturalnej hierarchii i porządku. Jedynie w ten sposób będzie można skończyć z trzema idiotyzmami: przymusem wolności, równości, braterstwa.
    Na świecie żyje bardzo wielu ludzi, których żadna polityka po prostu nie interesuje, i chętnie pozbyliby się przywileju uczestnictwa. U innych dostrzec można zaambarasowanie sprawami świata (nie bardzo rozumieją, czego się od nich chce), zatem zdjęcie z ich szyj demokratycznego jarzma z pewnością odczuliby jako ulgę.

    Na koniec pozostają ci, którzy jak najbardziej nadają się do uczestnictwa w antykomunistycznym knuciu. Trzeba tylko, aby raczyli przekonać się, że antykomunizm to jedyna dzisiaj droga przyzwoitego człowieka.

  82. 82 Andrzej

    Darku,

    Zdaje mi się, że postrzegasz antykomunizm jako domenę pewnej, świadomej zagrożenia dla całego świata, elity (antykomunistycznej). Czy jednak antykomunizm nie jest przede wszystkim postawą? Antykomunizm milionów kolektywizowanych chłopów nie wynikał bardziej z samodzielnego myślenia niż z wewnętrznego sprzeciwu. To samo nienawiść do komunizmu, która wybuchła po ataku hitlerowskich Niemiec na raj krat.

    Nie jestem przekonany, czy receptą na antykomunizm jest tworzenie elity, świadomie czy nie, powtórzenie metody bolszewików wspak. W każdym razie, nie chciałbym się na nich wzorować. Jakkolwiek, w sytuacji w której dziś jesteśmy, być może jest to jedyny skuteczny sposób. Wydaje się, że na masowy antykomunizm, taki jaki zaistniał jeszcze w 1956 roku podczas powstania węgierskiego czy przedtem, na mniejszą skalę, poznańskiego, nie ma dziś co liczyć. Więc jest to kwestia reaktywacji postaw antykomunistycznych. Ponieważ komunizm przyjął maskę „upadłego” bądź „liberalnego” (z „gospodarką wolnorynkową” etc.), ta reaktywacja antykomunistycznych przekonań zdaje się być możliwa tylko poprzez pobudzanie samodzielnego myślenia. Być może o to właśnie chodziło p. Orłowi.

  83. 83 BaSz

    Słusznie stawiasz Darku znak równości:
    łajdak-demagog-demokrata-bolszewik
    – acz nie bardzo wiem, jakby tu osiągnąć „przywrócenie naturalnej hierarchii i porządku”, które, jak słusznie zauważasz, jest „warunkiem pierwszym i podstawowym” — ale którędy droga? Koś słusznie zauważył, że „gdyby wybory mogły coś zmienić, to by już dawno by ich zabroniono”. Ale czy da się zbudować ustrój lepszy?
    tak, ale niezbyt niezbyt dużo lepszy Oto jakie mamy pole manewru…

  84. 84 BaSz

    Ouć, link mi „wypadł”: https://tinyurl.com/pole-manewru-8

  85. 85 Dariusz Rohnka

    A cóż to BaSzu za link?

    Niechętnie klikam w nieznane linki.

    Którędy droga? Prostolinijną perswazją, rzecz jasna.

  86. 86 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Obawiam się, a ściślej – jestem pewien – że strach przed utratą ziemskiego dobra (w przypadku chłopów, tak się składa, że przede wszystkim ziemi) – to jeszcze nie jest antykomunizm.

    Nie zdaje mi się, żeby trzeba było akurat w tej kwestii rozdzielać włosa na czworo. Kto rozumie, co to antykomunizm (o co w nim wchodzi) nie musi ani okazywać świadectwa ukończenia podstawówki, ani czystych paznokci – wszyscy będą mile widziani.

    To, oczywiście, warunki przedwstępne.

    Tworzenie w ten sposób elity, zdolnej do prowadzenia walki, ni jak się ma do strategi Lenina i jego rzezimieszków. On nie tworzył bolszewickiej elity, on tworzył bandę, zaledwie pretendującą do takiego miana.

    Nawiasem, jak słusznie wyłożył niegdyś Michał, bez pomocy Trockiego nigdy by mu się to nie udało.

  87. 87 michał

    Panie Triariusie,

    Z pewnością nie próbowałem Pana bronić, bo Pan obrony nie potrzebuje. Radzi Pan sobie sam doskonale.

    Styl to osoba, styl to osobowość. Nie trzeba się go wstydzić, ani nie trzeba potępiać stylu innego niż nasz własny. Mój problem polega na tym, że zbyt często ludzie widzą tylko styl, a nie patrzą poza tę fasadę – na treść. Ale treść to nie „wypowiedzenie opinii”. Treścią jest dopiero jej uzasadnienie. A zatem Pańskich „wiele znaków równości”, to była zaledwie kwestia stylu, ale za nim stała opinia, że sowiety to nic tylko Rosja. Czego brakowało, to argumentu. Kucharzewski argumentował to samo i ja się z nim nie zgadzam. Sowiety to przeciwieństwo Rosji, pod każdym względem i w każdym aspekcie. Dzisiejsza „Rosja” tyle ma wspólnego z Rosją co barbarzyńskie państewka powstałe na gruzach Imperium Rzymskiego. Czyli nic. Czy komuś przyszłoby do głowy nazwanie państwa Wizygotów czy Longobardów – Rzymem? Chyba nie.

    Moja krytyka pod Pańskim adresem nie dotyczyła stylu, a braku treści, czyli braku argumentacji. Dodał Pan teraz twierdzenie, że „to by wyjaśniało sens Panów działalności, na ile to się da tak określić”. Po pierwsze, jesteśmy luźną grupą ludzi, którzy dyskutują od czasu do czasu, więc co tu za „działalność Panów”? „Na Panów piszę, na Panów!”??? Ale po drugie, o jakiej działalności Pan mówi? Osobiście nie działam. Nie wiem, co to jest działanie, wiem, że napisał Pan, że działanie w judo jest lepsze niż myślenie, ale ja wolę myśleć. Wolę myśleć konsekwentnie, doprowadzać myśl do końca, cofać się do jej źródeł i rozumieć – wbrew Marksowi.

    I wreszcie, co to może mieć wspólnego z Rosją? Rosja nie istnieje. Zginęła w męczarniach przed wiekiem. I ja bardzo tego żałuję.

  88. 88 Andrzej

    Darku,

    Co się tyczy brania za wzór bolszewików – zgoda. Inspirację powinniśmy czerpać z czystego źródła naszej cywilizacji, które bolszewicy od początku starają się zatruć i zamienić swoim „źródłem” – z Chrześcijaństwa. Także to co wykoślawili, wyzyskując dla siebie (stworzenie swej kasty zawodowych rzezimieszków), powinniśmy stosować z czystym sumieniem, umysłem i sercem. Chrześcijaństwo, w moim mniemaniu, na pierwszym miejscu po wierze, stawia postawę człowieka a potem misję. Zatem postawa (Prawda) wydaje mi się ważniejsza. Tu oczywiście nie ma nic do rzeczy wykształcenie czy stan higieniczny paznokci. Ma znaczenie człowieczeństwo i chęć życia w prawdzie i w zgodzie ze swoją wiarą i sumieniem. To jest kwestia praktyczna.

    Chłopami którzy powstawali przeciw sowieckiej władzy, kierował zapewne w dużej mierze strach przed utratą swojej własności, lecz gdy walczyli na śmierć i życie z bolszewizmem to chyba już nie strach, tylko nienawiść do systemu. A mój drugi przykład, już nie powinien być dla Ciebie dyskusyjny. Rok 1941 to już nie był żaden strach. To był odwet.

  89. 89 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Otóż to – odwet! To potężny czynnik emocjonalny, który wielokrotnie okazywał się skuteczny, a w każdym razie – dostrzegalny, jak w 1941 roku, gdy w moskiewskich zamieszkach brali udział antykomuniści, opisywani przez pana Orła, a więc wrogowie bolszewi bardziej z naturalnego instynktu, aniżeli z racjonalnego uzasadnienia.

    Czy na frustracji da się zbudować trwałą postawę antykomunistyczną?

    Chciałbym zwrócić Twoją uwagę na pewnego rodzaju paradoks. 1941, podobnie jak 1956 w Poznaniu, oba te wybuchy wrogości wobec nieznośnego systemu nie mogły zakończyć się powodzeniem. Były słabe, niezorganizowane, bez szans. A jednak, pozostawiły ważny ślad w naszej świadomości – totalitarne niewolnictwo nie jest stanem przyrodzonym człowiekowi – nie spocznie w dążeniu do zrzucenia jarzma.

    Jesień tego samego, 1956 roku, w Warszawie, wydarzenia lat 1989-91 podpowiadają coś przeciwnego. Da się żyć z bolszewizmem na grzebiecie, byleby tylko ostrogi nie przebijały skóry na bokach, wędzidło nie uwierało w pysku. Można wówczas nie dostrzegać problemu, że się z bolszewizmem współżyje.

    O ile w pierwszym z opisanych przypadków pokonanie bolszewizmu, przy jakichś bardzo pomyślnych wiatrach, wydawać by się mogło nawet możliwe, o tyle w drugim, jak łatwo spostrzeżesz, szans praktycznie nie ma żadnych. Antykomunista z roku 1989 z przyjemnością żuje obrok, w ciepłej, wymoszczonej słomą stajni. A prawda, o której wspominasz, zdaje się mieć dla niego raczej poślednie znaczenie.

    Czy istnieje wyjście z tej jaskini? – z pękniętą nicią Ariadny w dłoni drapie się po czole Tezeusz.

  90. 90 julek

    Uzasadnieniem tego lapidarnego porównania Rosji carskiej z CCCP mogą być pochody powstańców styczniowych na Sybir w pierwszym przypadku i uprzemysłowiona wersja taborem w przypadku drugim. Cel był jednak wciąż ten sam.

  91. 91 michał

    Panie Julek,

    Uzasadnieniem nie jest żadnym, bo to jest zaledwie emocjonalnie naładowany obraz, ale załóżmy, że to jest uzasadnienie. Więc Pańskim zdaniem „cel był ten sam”? To znaczy?

    Widzi Pan, tak jak Pan myślą w Polsce tylko wszyscy: „wagon bydlęcy czyli kibitka pospieszna”, albo „odwieczny wróg odparty w 1920 roku”, albo „Sybir i gułag to to samo”, „Stalin – czerwony car” itd. Oczywiście tego rodzaju lapidarne, jak Pan to zechciał określić, utożsamienie, jest niczym więcej ponad zewnętrzną analogię, gdy istota rzeczy jest odwrotna. Comparaison n’est pas raison.

    Jeżeli rzeczywiście chce Pan dyskutować problem w sposób nie-lapidarny, to ja chętnie. Ponieważ była o tym mowa tutaj wielokrotnie, pozwolę sobie skierować Pana ku artykułowi pt. Rosja czy sowiety? http://wydawnictwopodziemne.com/2009/10/12/rosja-czy-sowiety/

    Osobno przedmiot ten był poruszany szczegółowo i w różnych kontekstach w następujących debatach:

    http://wydawnictwopodziemne.com/category/debaty/przybijanie-kisielu-do-sciany/
    http://wydawnictwopodziemne.com/category/debaty/trojkatna-konstelacja/
    http://wydawnictwopodziemne.com/category/debaty/czy-polska-nadal-lezy/

    Wszystkie może Pan znaleźć także powyżej pod klawiszem „Debaty”.

  92. 92 Andrzej

    Darku,

    Na frustracji raczej się nie da zbudować antykomunizmu, potrzebna jest świadomość, że komunizm jest złem. Tej świadomości można nabyć przez doświadczenia własne albo obserwując i wyciągając wnioski albo dochodząc prawdy o komunizmie (albo wszystko naraz). Sfrustrowani są dziś wszyscy Polacy i co z tego, skoro nikt „nowego, wspaniałego” peerelu nie chce skojarzyć z komunizmem, pomimo dostatecznej wiedzy i doświadczeń własnych?

    Ciekaw jestem, czy dzisiejsze wezwanie Ściosa do bojkotowania „wyborów” wynika z jego frustracji. W każdym razie jest to zmiana jego poglądów i postawy wobec „komunistycznej hybrydy”, do niedawna jeszcze wzywał do „głosowania”. W tym miejscu muszę przyznać się, że w dyskusji na temat Ściosa, bodajże właśnie z p. Orłem, powątpiewałem mocno w możliwość zmiany tej postawy. Przyznaję więc niniejszym, że p. Orzeł miał rację co do możliwości „ewolucji Ściosa”. Jakkolwiek, Ścios pozostaje wciąż w tym samym miejscu, jeśli chodzi o całą resztę błędnych interpretacji, wynikających ze stosowania przezeń wyłącznie narodowo-patriotycznej optyki.

  93. 93 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    To bardzo interesujące, że pan Ścios postanawia bojkotować wybory, nie bardzo jednak wiem, co to oznacza.

    Czy proponuje bojkot, bo żadna peerelowska quasi-polityczna partyjka nie zasługuje na jego zaufanie?

    A może bojkotuje, ponieważ kwestionuje podmiotowość peerelu?

    Jeżeli to drugie, to co właściwie bojkotuje i do czego nawołuje?

    Czy można bojkotować fasadę państwowości, za którą nie kryje się realna treść?

    Równie skutecznie można by serwować stek z krowy wyhodowane w patiomkinowskiej wiosce.

    Gdy byłem bardzo młody mialem zamiłowanie do paradoksalnych tytułów. Jeden z nich brzmiał:
    „O antybojkot niewyborów”

    To było bodaj w 1988 roku. Chciałem w ten dziwny sposób powiedzieć, że nie da się bojkotować wyborów do instytucji peerelu, którego się nie uznaje za państwo.

    Przez trzydzieści lat nie zmieniłem zdania, ale to. bez znaczenia.

  94. 94 Andrzej

    To nie jest dla mnie jasne Darku. Bo z jednej strony on ma świadomość, że to „państwo” jest pierestrojkowym („magdalenkowym”) tworem (określa go „komunistyczną hybrydą”), a z drugiej wciąż zajmuje się jego „polityką” (i sądzę, że w jakimś stopniu, od czasu do czasu, w niej czynnie uczestniczy – od lat wiernie wspiera Macierewicza). Widzi więc fałsz i pisze o tym otwarcie, lecz nie jest w stanie odciąć się od niego. Wydaje mi się, że jego wezwanie do nie brania udziału w „wyborach”, może być formą nacisku (zdaje się, że jest czytany w niektórych kręgach „rządzących” – bardziej „radykalnych”). Nawołuje do organizowania się do „długiego marszu” (pisałem o tym w recenzji jego ostatniej książki) i o potrzebie odrzucenia „chimery ‚sił politycznych’ działających w III RP” ale jest w tej „polityce”, zagłębiony po czubek głowy. Według mnie, jest zbyt inteligentny aby nie dostrzegać własnej niekonsekwencji. Albo więc prowadzi swoją grę „polityczną” albo narodowe emocje nie pozwalają mu pozbyć się chęci zajmowania się fikcją.

    Gratuluję Ci konsekwencji. Dla mnie to ma znaczenie.

  95. 95 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Zatem to jakby fałszywy alarm. Żaden systemowy bojkot tylko mała polityczna przepychanka… bez znaczenia.

  96. 96 michał

    Panie Andrzeju,

    Czy to jest rzeczywiście taka nowość, że Ścios bojkotuje wybory? Wiem, że obaj pisaliśmy o nim wielokrotnie (http://wydawnictwopodziemne.com/category/polemiki-i-watki/osmy-krag-aleksandra-sciosa-polemiki-i-watki/, a także wielokrotnie w komentarzach), ale nie jestem w stanie wskazać (a prawdę mówiąc, nie chce mi się szukać), gdzie on to samo powiedział wcześniej. Ścios wydaje mi się być pogrążony we własnych sprzecznościach, ale ponieważ odmawia jakiejkolwiek dyskusji, to nie dowiemy się, jak jest.

    Wydaje mi się także, że Darek ma rację w kwestii paradoksu bojkotu. Jak bojkotować coś, czego się nie uznaje? Osobiście nie brałem nigdy udziału w żadnych wyborach. Chyba oprócz wyborów na przedstawicieli studentów w roku 1980, wstyd się przyznać. Ja wyborów nie bojkotuję. Po prostu odmawiam udziału w takich czastuszkach, w których pojedynczy głos nie ma żadnego znaczenia, a tylko legitymizuje wynik.

  97. 97 BaSz

    Demokracja ma to do siebie, że sprowadza całą różnorodność ludzkich potrzeb, chęci I zachowań, do tych najbardziej podstawowych, no bo wszak tylko one pozostają wspólne dla całej, zglajszachtowanej masy ludzkiej. O ile ustroje oparte na wąskiej, i od młodu przygotowywanej do rządzenia elicie, o ile one pozwalają na wykwity indywidualizmu, to gdy do władzy dojdą „najlepsi przedstawiciele ludu pracującego miast i W.S.I.” — to państwo zostaje nakierowane na zaspokajanie głównie potrzeb najprostszych, elementarnych: zjeść, popić, po***lić. To ostatnie jest realizowane w sposób zawoalowany, poprzez popieranie aborcji na żądane, aborcji, która okazuje się konieczna, gdy traktuje się związki jako przelotną możliwość zaznania li tylko przyjemności. Bez dbałości o skutki. A tak na marginesie, to moje zdziwienie budzi fakt, że nadal nie została upaństwowiona prostytucja. Tak ważna potrzeba pozostawiona w (hm?) „rękach” prywatnej inicjatywy? Zaiste, dziwne.

    Demokracja na początku może i zaskutkować sporym ożywieniem, gdy ludzie poczują się dowartościowani tym, że „teraz to od Was zależy!”, i nieraz musi upłynąć nieco czasu, zanim się okaże, że zależy niewiele, zaś sama dynamika procesów nieuchronnie prowadzi ku coraz to gorszemu.
    Pozwolę sobie odesłać do swojego tekstu, który nieco jeszcze rozwija ten temat.

  98. 98 BaSz

    Coś mam kłopoty ze „sznureczkami”, powinno być chyba tak (mam nadzieję, że teraz będzie OK.)

  99. 99 Andrzej

    Darku, Panie Michale,

    Macie Panowie rację, że nie można bojkotować fikcji. To logiczne. Lecz w czasach „pierwszego” peerelu przyjęło się interpretować fakt nie brania udziału w „wyborach” jako wyraz odrzucenia systemu i oporu wobec niego. Czy w tym sensie, nie jest to demonstracja postawy? Jeśli się jednak zastanowić to faktycznie, słowo bojkot zupełnie nie jest tu na miejscu, świadczy bowiem o emocjonalnym zaangażowaniu w to co się bojkotuje. A „nowy, wspaniały” peerel powinien być bez zbędnych emocji, konsekwentnie odrzucony jako coś, co udaje wolną Polskę. Coś, co nie jest rzeczywistością. Wygląda zatem na to, że Ścios obraził się na „III RP” i odmawia udziału w jej „polityce” dopóki ta nie przyjmie jego warunków. Czy, gdyby przyjęła, przestałby już ją krytykować i nazywać „państwem zbudowanym w Magdalence”? Wydaje mi się, że tak. Górę wzięłyby narodowe emocje.

  100. 100 michał

    Tut, tut, BaSzu, czy to rzeczywiście jest tak?…

    A skąd wzięło się wołanie o chleb i igrzyska? Z demokracji? Może, zamiast mitrężyć czas nad Korwinem czy jak mu tam, powinieneś jednak poczytać Liwiusza albo Machiavellego? To dyktatorzy i tyrani odwołują się do ludu, oferując im żarcie i igraszki, pizzę i siedzenie przed ekranem, by wziąć ten lud za mordę. Lud nie butuje się przeciw tyranom, a buntuje się przeciw ładowi prawdziwej władzy.

    Oczywiście, znając Cię, domyślam się, że wyrzucisz mi obronę demokracji. Ale tak się składa, że jestem wrogiem demokracji, ale nie lubię mącenia wody.

    „Demokracja na początku może i zaskutkować sporym ożywieniem”?? – my arse, jakby powiedziała pewna młoda dama.

  101. 101 michał

    Panie Andrzeju,

    Ąleksander Ścios, jak Pan wie, interesuje mnie bardzo. Jego postawa, jego zainteresowanie Mackiewiczem, jego poglądy, wszystko to nad wyraz ciekawe. Ale, jak już mówiłem, i Pan i ja, przyglądaliśmy się temu bliżej, a jak poskrobać, to okazuje się, że coś tam nie gra.

    Ponieważ on odmawia jednak poddania się bardziej szczegółowej lustracji – żadne podteskty nie są tu zamierzone – w postaci normalnej dyskusji, to nie widzę, jaka jest możliwość dalszego zaangażowania z nim, poza, rzecz jasna, przyglądaniem mu się z daleka.

  102. 102 julek

    michale,

    Celem było nakopanie nam w tyłki. Nad czym tu debatować? Obraz może się jawić emocjonalny i co z tego? Mnie interesują tu fakty. A z faktami się nie dyskutuje.

    Dyskusja o Rosji/CCCP na pewno ciekawa ale z polskiego punktu widzenia to można ją inżynieryjską metodą zawęzić do tych paru lapidarnych równań i grubo się nie pomylimy.

    A jeżeli miałbym coś więcej na temat to wg mnie kluczem do zrozumienia czegokolwiek w historii świata jest właśnie „dusza danego społeczeństwa/narodu”. Jest to skrót, ok, mało precyzyjny, ale pozwala na dobrą orientację w terenie. I tak np. komunizmu nie można zrozumieć lepiej niż przez, nazwę to roboczo: „świecki mesjanizm” żydowskiej duszy ożeniony z ruskim capem. Podobnie jak nazizm to efekt pruskiej dyscypliny i jakiegoś sekciarstwa, podsyconego okolicznościami. Oczywiście i Polacy mają swoją duszę i jej owoce, ale cudem jeszcze jakaś łaska nie pozwala nam zejść na psy.

    Trop duszy narodu uważam za dość słuszny. Dla wielu niestety naród to słowo tabu i jednoznacznie kojarzy się ze wszelkim złem, niewartym jakiejkolwiek analizy. Jest to błąd wg mnie. Potem rozmawia się o komunistach jak o jakichś ufoludkach, którzy przylecieli z innej planety. Albo stawia się w jednym szeregu socjalistę brytyjskiego, z jakimś Sowietem…

    Jak ktoś ma alergię na słowo „naród” to mógłby przetłumaczyć naród na grupę społeczną relatywnoe głębszej więzi i poczucia tożsamości.

  103. 103 michał

    Szanowny Panie,

    Nie wiem, czy używa Pan pluralis maiestatis, czy też coś innego ma Pan na myśli, stosując pierwszą osobę liczby mnogiej, ale mnie nikt w tyłki nie kopał, więc nie mam pojęcia, co też Pan może mieć na myśli.

    Pana interesują fakty, więc proszę je przedstawić. Nie interesują Pana emotywne obrazy, więc proszę zaprzestać ich używania. Z faktami, jak Pan słusznie mówi, się nie dyskutuje, zatem trzymajmy się faktów. Czy fakty mogą być inne – bardziej faktyczne? – z polskiego punktu widzenia? Czy faktem nie jest np., że ani Stalin, ani Trocki, ani Dzierżyński, ani Mienżyński, Rosjanami nie byli? Znałem wielu inżynierów w moim zbyt długim życiu i nigdy nie słyszałem, żeby którykolwiek z nich „zawężał do paru lapidarnych równań” w celu zbudowania mostu. Ładny to byłaby droga albo program komputerowy, oparty na zawężonych równaniach.

    Czy dusza narodu jest tym „inżynierskim zawężeniem”? Znakomicie. Przyjrzyjmy się temu „po inżyniersku”. Jaka jest dusza narodu angielskiego? Jeśli czytać półgłówków, którzy wypowiadają się na takie tematy, to jest ponoć flegmatyczna i powściągliwa. Naprawdę? To niech Pan pójdzie na pierwszy lepszy mecz piłkarski w tym kraju albo do nocnego klubu w piątek wieczorem i opowie mi o tej duszy narodu.

    A jaka jest „dusza” polskiego narodu? Ta która walczyła z niemieckim okupantem, czy ta która właziła w dupę bolszewickiemu okupantowi bez wazyliny? Przecież wedle Pana to jest „orientacja w terenie”, więc na pewno pozwoli się Panu „zorientować” w tym skomplikowanym terenie.

    Na szczęście – Bogu niech będą dzięki! – Matka nasza poucza, że narody dusz nie posiadają. Wyłącznie niektórzy ludzie mają duszę, a w każdym razie pretensje do jej posiadania. Tak, ma Pan rację! I Polacy mają duszę! Każdy z nas z osobna. Ale nie jako Polacy – jako ludzie.

    Niestety nie rozumiem zdania: „Oczywiście i Polacy mają swoją duszę i jej owoce, ale cudem jeszcze jakaś łaska nie pozwala nam zejść na psy.” Owocem duszy jest sumienie, a w nim Głos Boży i Naczelny Imperatyw – oba, na ile znam teologię Kościoła Powszechnego, nie są POLSKIE, ale LUDZKIE. Co Pan robi z psami, to jest Pańska prywatna sprawa.

    Oczywiście, jeżeli życzy Pan sobie mówić o komunistach jako o ufoludkach, to jest znowu Pańskie prawo, ale tylko siebie samego Pan w ten sposób ośmiesza. Komunistom to nie przeszkadza w najmniejszym stopniu. A naszym tu zadaniem jest walka z komunistami, na ile to tylko możliwe w naszych skromnych warunkach.

  104. 104 Andrzej

    Metoda narodowo – „inżynieryjska” Pana Julka i Pana Tiariusa:

    Zsyłka na Syberię i wywłaszczenie buntowników, a normalne życie dla posłusznych władzy cara = deportacja mas ludzkich (nieważne czy zbuntowanych, czy posłusznych władzy) na „lesoróbkę”, do Kazachstanu, do kopalni w Norylsku, Workucie, na Kołymię itd.

    O żadnej grubej pomyłce nie ma mowy.

    Tu chyba raczej chodzi o „inżynierię dusz ludzkich”. Skuteczną.

  105. 105 julek

    Nam, tzn. nam Polakom. Pan się może czuć więzi. Ok.

    „Dusza” to jest termin roboczy. Może sobie Pan tu wstawić inny termin np. „mentalność” choć ten akurat mi mniej pasuje.

    Znam teologie katolicką. Atakowanie różnych hipotez, które mam nadzieję potrafią bliżej okrešlić róžne tam fenomeny społeczne (np. komuniz) z punktu dogmatów katolickich jest bez sensu. Bo można po prostu stwierdzić, że każdy kto nie miłuje bliźniego jak siebie samego, obojętnie jakiej racji społeczno politycznej, ten nie zostanie przyjęty do Królestwa Bożego i zamknąć dyskusję. Ale chyba nie o to tu chodzi.

    Nie wiem czy Pan próbuje ośmieszyć moją intuicję poznawczą tym przykładem o Anglikach, ale żyjąc ponad 10 lat na Wyspach na pewno nie określiłbym ich flegmatykami. Błędny wniosek nie musi dezawuować przesłanek.

  106. 106 Andrzej

    Hmm. Chyba nie rozumiem Panie Julku. Co to znaczy „Pan się może czuć więzi”? Czy powinno być „Pan może nie czuć więzi”?

    Zatem komunizm to fenomen społeczny Panie Julku? W jakim sensie? Czy narodowym?

  107. 107 michał

    Drogi Panie,

    Niestety nie pojmuję, co mają oznaczać słowa „Pan się może czuć więzi”. Czy mam się czuć na uwięzi? Czy w więzieniu?

    Mniejsza zresztą. Do czegoś bowiem dochodzimy, skoro to już nie dusza. Mentalność? Ja jestem Polakiem i, jak domniemywam, Pan. Czy nasza mentalność jest taka sama? Ale załóżmy roboczo, że jest ciut podobna, to czy te podobieństwa nas definiują? Margaret Thatcher była Angielką i Jeremy Corbyn jest Anglikiem – czy dzielili wspólną mentalność?

    Dowiódł Pan powyżej mojej supozycji, że hipoteza charakteru narodowego jest nie do utrzymania. Jest dokładnie tak, jak Pan mówi: powszechne przekonanie, które przypisuje Anglikom flegmatyzm jest zwykłym fałszem. Podobnie się ma rzecz z hipotezą charakteru narodowego każdego innego narodu. Jest tak z prostej przyczyny, że narody sa zaledwie hipostazami, konstrukcjami, które pozwalają nam łatwiej operować myślą – są skrótem myślowym. Nie trzeba się takich skrótów trzymać, ani przypisywać im wagi, której mieć nie mogą.

    Ważne jest, co Pan Julek, jedyny i niepowtarzalny, partykularny i jednostkowy, wolny byt obdarzony duszą – ma do powiedzenia. Tym się zajmujemy. Nie widzę, dlaczego twierdzi Pan, że próbuję zamknąć dyskusję. Wręcz przeciwnie. Ponieważ się z Panem nie zgadzam, to zamiast mówić NIE i basta, próbuję nieudolnie uzasadnić, dlaczego się z Panem nie zgadzam.

    Na tym chyba polega dyskusja, czyż nie?

  108. 108 julek

    Errata: oczywiście miało być: „nie czuć więzi”. Skoro napisał Pan: mnie nikt nie kopał. Twierdzę, że skopałby gdyby się w niszczęsnym czasie urodził.

    Kto twierdzi że Angole to flegmatycy??? Pierwsze słyszę. Poza tym napisałem wyraźnie: błędne wnioski nie muszą dezawuować przesłanek. Jeżeli weźmie Pan zesszyt ćwiczeń do matematyki jakiegoś nieuka i ujży tam np. 2+2=5 to nie znaczy że nie warto. nauczać matematyki.

    Nie twierdzę że Pan próbuje zamknąć dyskusje, ale sprowadzić ją na tory, gdzie traci sens.

    A kogo miał na myśli Izajasz pisząc o Izraelu? Jednego, osobowego, partykularnego Izraelczyka czy kondycję ogólną narodu? To mam na myśli.
    Skróty myślowe, tzw uogólnienia, nie muszą tracić sensu, kiedy mamy świadomość, że to są uogólnienia i tworzymy robocze hipotezy, aby coś móc lepiej scharakteryzować w ogólnym zarysie.

    Między jednostką, a ludem jest droga dwukierunkowa. Czasem jednostka prowadzi lud, czasem lud powoduje jednostką.

  109. 109 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Wybacz zwłokę (przez dwa dni miałem komfort nie włączania komputera – stąd moje ostatnie komentarze były pisane nieco na kolanie).

    Myślę, że warto jeszcze raz powrócić do bojkotu, niekoniecznie w kontekście p. Ściosa, który raczył postawić się w pozycji przysłowiowego pielgrzyma kupujące szczebel z drabiny wyśnionej przez św. Jakuba. Zostawmy go na boku.

    Bojkot jest interesujący ponieważ doskonale opisuje rozterki potencjalnego politycznego „malkontenta‟. Postarajmy się wydusić z bojkotu kilka inspirujących hipotez. Przykładowy x bojkotuje wybory, bo:

    A) Czuje swoim wrażliwym receptorem smrodu, że wszyscy politycy to niegodne zaufania świnie (o ile mi wiadomo przykład takiego domniemania krąży po internecie w postaci czyjejś piosenki). Zakładając, że darzy jednocześnie szacunkiem tzw. instytucje demokratyczne, jego zachowanie można (choć z wielką z biedą) uznać za działanie racjonalne. Zdaje mi się nawet, że opisany przypadek występuje szczególnie często w realnym świecie.

    B) Odmawia dania głosu na wybraną przez siebie partię (o innych nie chce nawet słyszeć), bo ta – powiedzmy – zachowuje się nie całkiem fair (politycznie nie całkiem fair!). Np. nie raczy otworzyć sejfu, w którym znajduje się bardzo ważny załącznik do dawnego dokumentu. Hm! – wyraża dezaprobatę i demonstracyjnie (tylko jak to robi?) nie idzie na wybory.

    C) Przeżywa światopoglądowy kryzys – coś na kształt nadwątlenia wiary. Nie wyobraża sobie życia poza demokracją, a jednak widzi że jeden jedyny, wyobrażalny dla niego ustrój, opanowany został bez reszty przez demagogów, z których każdy nie robi nic innego, jedynie zachwala swoją kiełbasę. Po namyśle, i pod pretekstem nagłego wyjazdu, uchyla się „od obowiązku‟.

    D) E) F)

    Zakładam, że dla wszystkich tych literek można znaleźć sensownych reprezentantów.

    G) Jest przykładem najbardziej niemożliwym. G. jest patriotą. G. chce służyć krajowi i demokracji. To niemal ideał obywatela. Uporczywie wsłuchuje się w codzienne dyskusje polityków, starając się zachować możliwy obiektywizm, z wysokości którego analizuje postawy poszczególnych pretendentów. G. najchętniej zagłosowałby na z. Z ma najzdrowsze poglądy w wielu sprawach, tyle, że z jest jednocześnie niepoczytalnym idiotą, zaś G. poważnym człowiekiem. G. nie mógłby powiedzieć znajomym, że głosował na z. Nie może też skłamać (ma chłop zasady), że głosował na kogoś innego. G. jest w kropce. Właściwie G. powinien wybrać opcję emigracji politycznej do jednego z krajów, uznawanych w dookolnej percepcji za niespełniającego standardów demokratycznych (może Białoruś?), w ten sposób z czystym sumieniem uniknąłby przywileju oddania głosu. G. będzie się nam jeszcze zastanawiał, dlatego to bojkotujący potencjalny.

    Chciałbym Ci Andrzeju zwrócić uwagę, że nie dotarliśmy jeszcze nawet do pierwszego przypadku negowania systemu politycznego, w którym żyje głosujący. Tego gatunku osobnicy wydają mi się co prawda skrajnym dzisiaj marginesem, ale na pewno interesującym. Gdybym miał czas (a nie jestem pewien czy znajdę go w najbliższym czasie) zacząłbym od opisywanych przez Ciebie lat osiemdziesiątych.

  110. 110 julek

    Andrzej,

    Nie jestem pewny czy dobrze rozumiem pytanie o narodowy charakter fenomenu komunizmu. Ale starając się o odpowiedziedzieć, uważam, że tak, jak najbardziej: narodowość miała/ma kolosalne znaczenie.

    Naród to formacja społeczna bliska dynastii rodzinnej, oparta o więzy krwi. Nic tak nie spaja grupy społecznej jak więź krwi.

  111. 111 michał

    „Kto twierdzi że Angole to flegmatycy??? Pierwsze słyszę.”

    https://www.telegraph.co.uk/comment/personal-view/3587694/British-phlegm-is-an-excuse-for-sheer-apathy.html

    Och, tylko wszyscy tak twierdzą. A cokolwiek utrzymuje większość jest na ogół niesłuszne.

    Czy zechciałby Pan łaskawie rozwinąć wątek „więzów krwi”? Bardzo mnie to interesuje.

  112. 112 Andrzej

    Panie Julku,

    Zatem według Pana, przynależność do narodu determinują więzy krwi? To znaczy, w dzisiejszym ujęciu: geny? Twierdzi Pan, że naród to coś w rodzaju dynastii rodzinnej. Nie wspólna kultura, nie wspólna historia, nawet nie wspólny język świadczą o tożsamości narodowej lecz geny? Słyszał Pan może o ludach indoeuropejskich i o pochodzeniu Słowian, że przybyli znad Dniepru?
    Moim zdaniem, taka interpretacja pojęcia narodu to jest horrendalna bzdura. Czy tak definiował go Dmowski, czy też są to Pańskie własne myśli? Czuje się Pan Piastem? Podstawowa znajomość historii państwa Piastów (nie wspominając już o Jagiellonach) obnaża bezsens takiego rozumowania. Także, znajomość geografii. A co Pan powie o, dajmy na to, narodzie amerykańskim, japońskim czy kolumbijskim? A co Pan powie na to, że moi dziadkowie pochodzą z Pomorza albo ze Śląska? Tam się urodzili przed wojną, w rodzinie polsko-niemieckiej? Nie jestem już Polakiem? Jakie Pan ma wyjaśnienie? Plemienne? Pan wybaczy, ale to sprowadza nas do poziomu jaskiniowego.

    Twierdzi Pan, że w komunizmie narodowość miała i ma kolosalne znaczenie. Zatem co takiego łączy Feliksa Dzierżyńskiego z Antonio Gramscim, z Fidelem Castro, z Maurice Lumumbą, z Mao Tse Tungiem, z Salvatore Allende i tak dalej? A może oni wszyscy to Żydzi? A wszyscy Żydzi to komuniści?
    To co Pan pisze na ten temat, to także są bzdury.

  113. 113 Andrzej

    Darku,

    Jakieś dziesięć lat temu poznałem Pana Z. (nazwisko kończy się na -łło), który urodził się na Nowogródczyźnie. Miał wtedy 77 lat, ale utrzymywał sprawność fizyczną, której pozazdrościłby mu 30-latek (dziś może i niejeden 20-latek). Wstawał bladym świtem, biegał, gimnastykował się intensywnie (bez problemu stawał na rękach), a będąc nad kaszubskim jeziorem, dodatkowo na koniec kąpał się w nim (nago). Wszystko pod kątem możliwej walki, celem powrotu do swojej ojczyzny. Tenże właśnie Pan Z., cięty na punkcie tutejszego „postkomunizmu”, chcący go zwalczać zbrojnie, przekonywał mnie z wielką mocą, jakim to zuchem i wzorem postępowania jest Aleksander Łukaszenka. Że „stawia się” Putinowi i broni narodowej sprawy białoruskiej. Bardzo go chwalił. To mi się zdaje, dobrze ilustrować Twój ostatni przykład.

    Smród, jak mi się zdaje, czuje wielu. Ale peerelowska logika nakazuje im traktować go jako własny.

  114. 114 julek

    Andrzej,

    Naród z definicji to więź krwi. Od słowa „rodzić się”. Nie uważam tego za bzdurę.

    Kultura kształtuje się swoim torem i nie musi ograniczać się do jednego narodu, aczkolwiek naród ma na nią wpływ lub też ulegać jej wpływowi. Kultura może być dzielona, współtworzona albo i narzucana innym narodom. Podobnie język. Np. angielskim posługują się np. Szkoci, którym ten język został, uprośćmy tu, narzucony przez Anglików. A Szkoci i Anglicy to są odrębne narody.

    Kwestia poczucia tożsamości narodowej zależy od indywidualnej osoby. Jeden człowiek może czuć się Piastem, inny jakimś potomkiem żołnierzy walczących o wolność, inny chłopem. I w każdym przypadku ta świadomość tożsamości ma wpływ na osobiste wybory.

    O genach to raczej bym nie chciał rozmawiać. Po prostu nie znam się i jestem gorącym przeciwnikiem determinizmu genowego. Aczkolwiek nie wykluczam. To trudna dziedzina wiedzy i zostawiłbym dyskusję o tym specjalistom.

    Więzi krwi to dla mnie oznacza po prostu to co oznacza: pokrewieństwo czy też powinowactwo w szerszym znaczeniu. Jak murzyn ożeni się z moją krewną to będzie to mój ziomal, a ich dzieci będą moimi krewnymi. A przecież ich pule genów byłyby z innej bajki.

    Oni sobie wybiorą, jaką kulturę kultywować, będą z tej kultury korzystać i też wobec tej kultury poczuwać się do obowiązujących w niej reguł.

    Dlatego uważam, że to Pańskie wnioskowanie od więzów krwi do genów to próba podważenia istotnej roli tożsamości narodowej wekslując ją na determinizm genetycznego.

  115. 115 michał

    Jeżeli o mnie chodzi, to dziękuję Panu Bogu, że nasi przodkowie nie mieli takich pojęć jak Pan Julek. Dzięki nim mieszkali w Polsce ludzie genetycznie różni od Polaków, nie związani więzami krwi z Polakami. Dzięki wszystkim tym Tatarom, Żydom, Szkotom, Rusinom, Niemcom, Litwinom, Francuzom i Włochom, polska kultura ma Chopina I Herberta, Bardinich I Mickiewicza itd., itd.

    Być może istnieją jakieś związki krwi między moją skromną osobą, a np. Lechem Wałęsą. Ale nie łączy mnie z tą kanalią nic. Ani kultura, ani język, bo to bydlę po polsku nie mówi, ani mentalność, ani character narodowy, ani dusza narodu. Nic. A związek krwi, nawet jeżeli istnieje, jest mi obojętny.

  116. 116 Andrzej

    Panie Julku,

    Po pierwsze, proszę o nie „tykanie” mnie na początku komentarza. Nie znamy się, a ja jestem staroświecki.

    Czyli uważa Pan, że krew to nie geny, lecz więź rodzinna? Więc dlaczego jestem podobny do swojego ojca i matki (nie tylko fizycznie ale i charakterem)? Mnie z Panem najprawdopodobniej nic nie łączy, nie jesteśmy żadną rodziną, a ja i zapewne Pan czujemy się Polakami. Mój śp. szwagier nigdy by się z tym nie zgodził co Pan wypisuje i może nawet doszłoby do rękoczynów. Był Chorwatem a nie Polakiem i podkreślał to na każdym kroku.

    Jestem gorącym przeciwnikiem każdego determinizmu, w tym narodowego. Moim zdaniem, to Pan, definiując w ten sposób naród, narzuca determinizm (plemienny).

  117. 117 julek

    michale, P. Andrzeju,

    A gdzie ja napisałem, że w Polsce nie mogą mieszkać i się wyśmienicie miewać ludzie innych narodowości, genów, kolorów skóry????

    Gdzie ja coś takiego napisałem???

    Czytacie Panowie między wierszami.

    Doskonale wiem, że Szopen, po ojcu Francuz, pierwszy nauczyciel (nie licząc matki Polki) był Czechem, drugi i ostatni był Niemcem, a jednak jego poczucie tożsamości z Polską i jej losami, inspirowała niemałą część jego twórczości. I o tym mówię.

    Możecie się nie zgadzać, ale nie imputujcie mi czegoś czego nie napisałem.

    Ps. Jeżeli ktoś się przedstawia z samego imienia to wołam po imieniu, ale jak Pan sobie życzy.

  118. 118 michał

    Jeżeli naród jest związkiem krwi, to wówczas szkocki przodek Zbigniewa Herberta nie należał do polskiego narodu. Ani Jagiełło, ani Jagiellonowie, ani ogromna większość arystokracji, która była pochodzenia rusińskiego lub litewskiego.

    Wedle Pańskich kryteriów, nie mógł być Polakiem arcyksiążę Karol Olbracht Habsburg, ale na szczęście narodowość jest kwestią wyboru, a nie związków krwi, więc dziękujmy Bogu za arcyksięcia, który wybrał sobie być Polakiem, był oficerem wojska polskiego, spędził całą II wojnę w obozie I był torturowany przez gestapo, ponieważ odmówił wyparcia się swej polskiej narodowości.

    Jego żona, Alicja Ankarcrona, była Szwedką z urodzenia, ale wybrała sobie być Polką. I była lepszą Polką niż Lech Wałęsa, choć nie miała z Polską żadnych związków krwi.

  119. 119 Andrzej

    Panie Julku,

    A gdzie ja napisałem, że Pan tak napisał?

    Usiłuję zrozumieć Pański przekaz, więc pytam, dyskutuję, argumentuję. Czy nie napisał Pan, że naród określają więzy krwi? Czy nie jest to definiowaniem pojęcia „naród” kategoriami plemiennymi?

    Ciekaw jestem Pańskiej odpowiedzi odnośnie kwestii narodowej w komunizmie.

  120. 120 julek

    Drodzy Panowie,

    Powtórzę: w języku polskim i nie tylko, naród, pochodzi od słowa: narodzić się. National od natal.
    Być może macię racje, że plemienna interpretacja jest dziś dość przestarzała i nie pasuje do wszystkich narodów. Ale jest to punkt wyjścia, bo tak było na początku.
    Amerykaninami możemy sobie zostać przez nadanie obywatelstwa, ale Żydami nie zostaniecie, jeżeli Wasze matki nie były Żydówkami (więzy krwi), podobnie nie zagracie w reprezentacji Szkocji w piłkę nożną, gdy się na terenie Szkocji nie urodziliście. Każde społeczeństwo wyznacza sobie reguły przynależności. I nie ma w tym nic złego. Tak po prostu z jakichś powodów jest.

    Sprawa Polskiej tożsamości jest dość skomplikowana. Dlatego może nie powinienem upierać się przy więzach krwi. Ale warto pomyśleć nad tym zagadnieniem.

    Oddanie życia za przybraną ojczyznę czy inne znaczące poświęcenie to nie tyle więź krwi, ale jej przelanie. Rozumiemy chyba wszyscy, że to coś pięknego. Podobnie rodzice adoptujący dzieci.

    Może dlatego wolałbym używać pojęcia „duszy narodu”, ale nie zaneguję, że więzi krwi nie mają znaczenia. Mają! Zwykły przykład, że najbardziej o dzieci martwić się będą ich rodzice. Z tym nie można dyskutować. To są najoczywistsze oczywistości.

  121. 121 michał

    Szanowny Panie Julku,

    Jeżeli powtórzy Pan coś kilka razy, to nie staje się przez to słuszniejsze. Polskie słowo „naród” NIE pochodzi od „narodzić się”, bo to absurd. Słowa te mają po prostu wspólny rdzeń – „ród”, podobnie jak „rodzina” itp. Wspólny rdzeń mają także „zboże”, „ubóstwo” i „bogactwo” – „bóg” – a nie powiedziałby Pan przecież, że ubóstwo pochodzi od zboża.

    Tzw. plemienno-szczepowa interpretacja narodu nie jest przestarzała, a błędna. Jakub i Ezaw byli rodzonymi braćmi, ale nie należeli do jednego narodu, podobnie zresztą jak bracia Szeptyccy, bracia Narutowiczowie itd. Związki krwi są bez znaczenia w kwetsiach narodowych.

    Można przejść na judaizm, nie będąc urodzonym z Żydówki, choć to bardzo trudne i rzadkie, bo judaizm nie jest prozelityczną religią. Panu zdaje się chodzi o rasistowską interpretację, ale to jakoś mało mnie interesuje.

    A cóż to znowu za nonsens z tym urodzeniem w Szkocji, żeby grać w piłkę dla Szkocji? Ilu mam Panu wymienić szkockich piłkarzy urodzonych w Anglii?

    Tego rodzaju „najoczywistsze oczywistości” lepiej między bajki włożyć.

  122. 122 julek

    michale,

    Ciekawy ten tekst z telegrafa.

    „British phlegm” to idiom i polskie tłumaczenie na „flegmatyczny” nie oddaje znaczenia.

    Polski flegmatyk to trochę inny zwierz niż flegmatyk angielski.
    Ale to bardzo dobrze, bo to podpiera moją teorię, że nawet flegmatyka dookreśla narodowa dusza ;).

  123. 123 julek

    michale,

    Ależ jak najbardziej!

    zboże – z Boga, z Jego łaski.
    ubóstwo – u Boga, na garnuszku „u_Boga”.

    Nie do końca rozumiem „rasistowską interpretację”. Uważa Pan, że żydowskie pochodzenie po matce jest „rasistowskie”? Może i jest w pewnym sensie, ale nie musimy się od tego odwracać tyłkiem. Mają prawo.

    Izaak też miał prawo błogosławieństwa. Co nam do tego? Tak czy inaczej pobłogosławił swojego syna, po krwi i nawet przykazał ożenek z córkami swego narodu.

    Może Pan wymienić kilku zawodników, ale zawsze była z tego powodu afera.

  124. 124 michał

    Ależ skąd! Nie tylko, że nie było, ani nie ma żadnych afer, to błagają każdego młodego piłkarza, który mógłby ewentualnie grać dla Szkocji, Walii czy Irlandii, żeby się jak najprędzej zadeklarował i nic ich nie obchodzi, że urodził się w Anglii. Ryan Giggs jest mniej Walijczykiem niż Michael Owen i nie inaczej jest z rugby. Żadnych afer z tego powodu nie ma. Były kapitan walijskiej reprezentacji rugby jest synem dwojga Anglików i nie ma nawet krztyny walijskiego akcentu, czego mu nikt nigdy nie wyrzucał. W Szkocji jest tak samo.

    W dawnych, dobrych czasach, np. pod carskim uciskiem – bo przecież wszystko to zaczęło się od mateczki Rossiji i biełowo caria – żyd (pisany z małej litery) to było wyznanie. Żyd, który przechodził na Prawosławie, stawał się prawnie Rosjaninem. To Hitler wprowadził rasowe rozumienie tego, co konstytuuje Żyda-zakałę ludzkości. W oczach nazistów, Edyta Stein, która była katolicką zakonnicą, była Żydówką.

  125. 125 julek

    P. Andrzeju,

    W kwestii narodowej komunizmu.

    Odpowiedziałem na samym początku: „świecki mesjanizm” żydowskiej proweniencji na gruncie dość wątłego, niemal ubezwłasnowolnionego społeczeństwa rosyjskiego.

    Taki był początek i może szczytne cele. Ale potwierdziły się słowa, że rewolucja pożera własne dzieci.

    Nie za bardzo widzę, że coś takiego mogło być projektowane. Taką hipotezę wysuwa Coryllus. Projekt CCCP to projekt Angoli… Myślę, że oni tylko sprytnie wykorzystywali sytuację. Ale nie znam historii w szczegółach.

    Pytał Pan o parę słynnych nazwisk. Otóż wg mnie przydałoby się określić na ile dana osobistość była figurą, a na ile pionkiem.

  126. 126 julek

    michale,

    Poszperałem sobie w necie na temat Owena (akurat bardzo go lubiłem) i oto jego wypowiedź::

    „It was never going to be possible for me to go on and represent Wales at senior level because there’s no trace of Welsh blood in me.

    „I’m English, with Scottish ancestry on my dad’s side. I always try to make that clear to people who may wonder whether I turned my back on Wales.”

    https://www.google.pl/amp/s/www.walesonline.co.uk/news/wales-news/owen-my-heart-always-belongs-2427756.amp

    No i jednak „blood”. Ale nie będę się upierał. Zapewne chodziło mu o sławę i szmal, a nie krew.

    To prawda, świat się trochę wygładza obecnie, ale pamiętajmy, początki komunizmu to przełom 1800/1900, a tu troszkę inaczej się patrzyło na te sprawy.

  127. 127 michał

    Drogi Panie,

    W tym samym artykule mówi Owen, że chodził do szkoły w Walii, grał dla walijskiej drużyny jako chłopiec i że jego serce należy do Walii. Czego więcej trzeba?

    O Coryllusie i jego spiskowych teoriach była tu już kiedyś mowa:

    http://wydawnictwopodziemne.com/2017/08/26/meki-tantala/

  128. 128 Andrzej

    Panie Julku,

    Pan Michał zasadniczo już Panu odpowiedział. Nie ma więc sensu powtarzać jego argumentów, polecam przeczytać artykuł. Ja zaś podtrzymuję swoje zdanie na temat tego co Pan wypisuje. To są głupoty. Źródło komunizmu znajduje się w prądach rewolucyjnych Europy Zachodniej, a nie w Rosji czy wśród Żydów (albo też łącznie, jak Pan uważa), zaś raj krat nie jest dziełem imperializmu angielskiego lecz bolszewików (fakt, że tzw. Zachód im dopomógł i wciąż dopomaga). Zamiast czytać „teorie” Coryllusa, radzę Panu poczytać rzetelne opracowania historyczne na ten temat.

    Tak, pytałem m.in. o Mao i o Castro. Na ile są to dla Pana w komunizmie pionki, a na ile figury? Dodajmy do tego dzisiaj dla przykładu Xi czy Maduro. Corbyn albo Sanders też nie wydają mi się pionkami. Xi jest rozgrywającym „hetmanem”, a wszyscy są bardzo znaczącymi figurami międzynarodowego komunizmu, na kluczowych pozycjach.

  129. 129 julek

    P.Andrzeju,
    Ok. Do usłyszenia przy innej okazji.

    michale
    Czego więcej trzeba?
    Dobre pytanie. Serce należy do Walii, a krew angielska. Grał dla Anglii, a nie dla Walii.
    Może potrzeba było krwi walijskiej albo tego poświęcenia, o którym pisałem. Wybrał szmal i karierę. Na poświęcenie nie było go stać.
    A że za młodu grał… Gdzieś musiał zaczynać i pewnie z wyboru rodziców. Drobne szczegóły.
    Pozdrawiam

  130. 130 michał

    Hmmm, przypadek Owena raczej nie potwierdza hipotezy duszy narodu, ani tym bardziej, związków krwi. Skoro tak Pan lubi piłkę nożną, której osobiście nie znoszę, to czego dowodzą przypadki Jamesa Tarkowskiego albo Laurent Koscielnego? Albo Paulo Dybala? Albo Diego Costa? Krew? Czy wybór?

    Krew – czyli pochodzenie – nie wydają się mieć wiele do gadania, wobec wolnego wyboru (oraz przypadku urodzenia).

    Wracając do kwestii bardziej zasadniczych, to mam wrażenie, że p. Andrzej zadał Panu pytanie o Mao i Castro (ale także Xi i Pol pota, Maduro i Moralesa, zresztą lista jest dłuższa niż ta dyskusja) nie bez powodu. Jeżeli zgadzamy się, że są to komuniści, to przecież trudno utrzymywać, że są zrusyfikowani.

    Bolszewizm nie jest – i nigdy nie był – rosyjskim fenomenem. Skoro zwyciężył w pierwszym rzędzie w Rosji, którą pokonał i pożarł, to nic doprawdy dziwnego, że jego kierunki ekspansji podobne do ekspansji carskiej Rosji. Podobne, ale wcale nie takie same. Rosja nigdy nie chciała zrusyfikować Kuby czy Chile, Angoli czy Kongo, Malezji czy Indonezji.

  131. 131 julek

    michale,

    Jeżeli sam Owen mówi o swojej angielskiej krwi i o tym, że to jest powodem, że nie zagra w barwach Walii, którą tak nosi w sercu, to nie może Pan napisać, że to nie potwierdza mojej tezy. Bo ją potwierdza!

    Może Pan stwierdzić, że jest Owen wg Pana wyjątkiem od Pańskich hiopotez, albo, że jest w mniejszości itp. Ale nie, że on przeczy, kiedy akurat potwierdza :)))

    Jeśli chodzi o tych bandziorów, o których Pan słusznie pyta, to zastanówmy się na ile byli oni krzewicielami nowych sił postępu, architektami nowego układu, a na ile technikami operatorami wykorzystującymi ideologię, której przecież nie wymyślili, do własnych celów politycznych.

    O ile z Chińczykami mam problem bo to bardzo dziwna kultura, jedzą psy i koty i nie będę się wypowiadał, o tyle związki Kuby z CCCP dla nikogo nie są tajemnicą. Maxim Litwinow, Żyd sowiecki, założył pierwszą ambasadę sowiecką na Hawanie, zaczął się Erazmus, i komuniści szybko zdobyli przyczółek do swojej misji opanowania świata. A że grunt podatny na „nowe”, brak solidnych więzów społecznych, tu jacyś konkwistadorzy, tu niewolnicy z Afryki, tam Indianie, no i poszło.

    Czy bez importu know-how z Soviet Union, na Kubie zapanowałby komunizm. I dont think so…

  132. 132 michał

    Nnnieee, chyba raczej mówi o szkockiej krwi, ale cokolwiek mówi, to „Owen” jest walijskim nazwiskiem. Podobnie jak „Jones”, „Williams” czy „Griffiths”. Grał dla Anglii, jego rodzice uważają się za Anglików i on sam uważa się za Anglika, co dowodzi raczej mojej tezy: narodowość jest kwestią wyboru.

    Związki Kuby, Wietnamu, chrl, prl czy enerdowa z sowietami były dokładnie takie same: były to związki sowietyzacji. Sowietyzacji, a nie rusyfikacji.

  133. 133 julek

    Ależ owszem!

    Jeżeli Owen grał dla Anglii, bo rodzice byli Anglikami (ojciec szkockiego pochodzenia) to on sobie nic nie wybierał!

    Natomiast gdyby zagrał dla Walii, pomimo poczucia przynależności przez krew do Anglików, to wówczas by wybrał. I wg mnie byłby to wybór, poświęcenie, które nadawałoby mu, nazwijmy to, honorowe obywatelstwo Walii.

    Gorzej w drugą stronę: załóżmy Giggs, Walijczyk, kombinuje jak tu zagrać dla reprezentacji angielskiej bo większy prestiż, a nie kiblować wiecznie w kwalifikacjach.

    Bale mógł zagrać dla Angoli, babcia była Angielką, ale jest dumnym Walijczykiem i nie zagrał. Owszem miał wybór, ale był to wybór między jednym pokrewieństwem, a drugim.

    Wszysto powyższe podpiera moją hipotezę, że nie wybieramy sobie narodowości, ale się w niej rodzimy i jesteśmy z niej mniej lub bardziej dumni.

    Poza tym my tu gadu gadu o piłce kopanej i wyborze między Guinessem, a szkocką, ale gdy różnice pojawiają się w większym spektrum, to wygładzanie się narodów między sobą idzie dość topornie. Np. ten nieszczęsny Izrael i ta nieszczęsna Palestyna. Czy to się kiedyś skończy?

    2. Hitler nie wprowadził rasowego rozróżnienia Żydów. On to zdemonizował.
    Rasowym rozróżnianiem, a może inaczej, badaniem ras, zajmowali się już wcześniej różni ciekawscy podarwinowcy, antropologowie itp.
    Edyta Stein wyznaniem nie była Żydówką, ale etnicznie owszem. Zresztą ona świętą jest. Przykładem może być jak najbardziej ale do naśladowania, a nie na poparcie pewnych powszechniej występujących w społeczeństwie zachowań. Aczkolwiek jej pochodzenie mogło jej pomóc w tej drodze do świętości. Prof. Chrostowski twierdzi, że jak Żyd się nawróci na wiarę w Jezusa Chrustusa to nie ma bardziej gorliwego wiernego. A konwertycie na katolucyzm, rodzina żydowska urządza „pogrzeb”. I więzy krwi nie pomogą…
    Ale są to szczególne przypadki.

  134. 134 michał

    Panie Julku,

    Widzę, że nie potrafię wyrażać się jasno. Giggs i Owen są ciekawymi przypadkami, tylko ponieważ obaj reprezentowali przeciwne kraje jako chłopcy, niż jako dorośli. Giggs jest ćwierć Murzynem, ćwierć Walijczykiem i pół Anglikiem, więc to jest kwestia wyboru, a nie krwi, dla kogokolwiek wybrałby grać, tak musi być z definicji w wypadku mieszanej krwi. Lepszym przykładem jest Diego Costa: nie ma żadnej krwi hiszpańskiej, ale wybrał grać dla Hiszpanii.

    Doprawdy zostawmy to. To nie jest aż tak ciekawe, ani pouczające. A piłka nożna jest nudna jak flaki z olejem.

    Ma Pan rację, że Hitler nie wprowadził rasowej definicji, tylko ją zdemonizował. Ale to nie zmienia faktu, że używanie rasowej definicji nie jest bardzo odległe od nazizmu. Kiedy w przedwojennej Polsce wprowadzono getto ławkowe, to nie było ono dla religijnych Żydów, ale dla polskich obywateli, urodzonych i wychowanych w Polsce, na ogół całkowicie zasymilowanych, których rodziny mieszkały na tych ziemiach od setek lat. Takie postępowanie jest zupełnie skandaliczne. Zawsze używam w tym względzie tego samego przykładu: czy może Pan sobie wyobrazić tego rodzaju represje wobec polskich studentów w Wielkiej Brytanii? Bo ja nie. Dlatego dzisiejsza UK jest kulturalnym krajem, podobnie jak była nim Najjaśniejsza Rzeczpospolita, gdzie innowiercy i ludzie niepolskiego pochodzenia byli przyjmowani z otwartymi ramionami i zażywali wszelkich swobód, a międzywojenna Polska niestety nie była krajem ani kulturalnym, ani atrakcyjnym.

    Tak czy owak, związki krwi wydają mi się zupełnie drugorzędne, wobec świadomego wyboru jednostki.

  135. 135 julek

    Zgadzam się, że świadomy osobisty wybór przynależności, podążający za sercem, liczy się bardziej. Ale nie dla wszystkich jest możliwy. „Honorowego obywatelstwa” nie rozdaje się, ani sprzedaje. Chyba trzeba na nie zapracować.

    Czytam o gettach ławkowych. Interesują mnie powody i całe tło. Może i skandal, ale porównując do tego w jaki sposób kulturalni Anglosasi w Australii rozprawiali się z Aborygenami jeszcze w latach powojennych. Polecam film Rabbit fence.

    W kulturalne UK też nie wierzę.

    Pozdrawiam.

  136. 136 michał

    Znakomicie. Ale w takim razie, przyzna Pan, że nie ma powodu przywiązywać wielkiej wagi do „krwi”. W końcu, wszyscy mamy jakieś związki krwi, ale nie determinują nas one w żaden sposób. Ważny jest świadomy wybór. Dla przykładu, urodziliśmy się (domniemywam) z polskich rodziców i katolików, i początkowo byliśmy bezrefleksyjnie „Polakami-katolikami”, ale dopiero z czasem dokonaliśmy świadomego, osobistego wyboru. Są rzecz jasna ludzie, którzy pozostają w tym dziecięctwie bez końca, ale czy należy się nimi przjmować? To nie jest to, że nie mają „luksusu wyboru”. Każdy wolny człowiek go posiada, bo obdarzony jest duszą.

    Innymi słowy, nie sądzę, żeby miał Pan rację, że nie dla wszystkich jest taki wybór możliwy.

    Znam oczywiście film „Rabbit Fence”, ale nie bardzo rozumiem jego adekwatność.

    I wreszcie nie bardzo rozumiem, co mam Pan na myśli mówiąc o swojej niewierze w kwestii faktów.

  137. 137 julek

    Niestety nie mogę się z tym zgodzić. Może w ramach uwzględnienia Pańskich uwag założyłbym zasadę Pareto 20:80. Tzn. świadomy wybór, ALE (!) podyktowany okolicznościamy o wyższym atucie, jak miłość czy poświęcenie, jest wszakże mocniejszy, jednak dużo mniej powszechny.

    Mamy wybór, ok, ale jest to wybór ograniczony.
    Przykład piłkarzy: mieli wybór ale w pewnych ramach.

    Żeby odejść już od piłkarzy i historii, podam inny przykład:

    Mam wybór wyboru żony i to spośród wszystkich ludów świata.
    Ale nie mam wyboru swoich braci, sióstr czy rodziców.

  138. 138 michał

    A ja niestety chyba Pana nie rozumiem. Świadomy wybór, to jedyne co ma jakiekolwiek znaczenie. Czy raczy Pan żartować, nazywając go „mniej powszechnym”? Świadomy wybór nie jest ani powszechny, ani nawet popularny, jest rzadkością. To co dobre, nie bywa popularne, a wręcz nie może być powszechne.

    Nasze świadome wybory są przedmiotem naszej odpowiedzialności, tylko w świadomym wolnym wyborze jesteśmy podmiotem działań. Wszystko inne nam się wydarza i Pan Bóg nie będzie o to pytał na Sądzie Ostatecznym.

    Oczywiście, że nasz wybór nie jest nieograniczony! Żebym nie wiem jak ciężko pracował i się starał, to nie przebiegnę 100 metrów w 10 sekund, ani nie skoczę o tyczce 6 metrów. Nie będę szybował jak orzeł, ani nie będę przemierzał kniei jak wilk. Zatrzymajmy się, proszę, w dziedzinie tego, co możliwe.

    Natomiast rodzice i rodzeństwo, to nie jest przykład na nic. Równie dobrze mógłby Pan twierdzić, że miał ograniczony wybór, czy się urodzić, czy nie. A zatem albo Pana nie rozumiem, albo nie ma Pan racji i goni w piętkę.

  139. 139 julek

    Nie żartuję. I ja chyba w żadne absurdy się jeszcze nie zapędziłem. Choć komentując ten Pański paragraf, to człowiek z pomocą maszyn śmiało może konkurować z orłami.

    Zgadzam się co do świadomości wyborów. Ma to znaczenie nie tylko na sądzie ostatecznym ale i każdym innym ALE konsekwencje takiego wyboru bądź „wydarzania się” jak Pan to ujął będą podobne w każdym przypadku.

    Przykład: Mogę nieświadomie coś zjeść zatrutego albo świadomie. Ocena obu przypadków będzie inna. Ale konsekwencje takie same.

    Gdyby urodził się Pan w Emiratach, pielgrzymowałby Pan do Mekki, a nie do Częstochowy. Pański wybór sprowadziłby się do środka transportu: mercedesem czy na wielbłądzie.

  140. 140 Dariusz Rohnka

    Będzie to zapewne komentatorski precedens.

    Za chwilę zacytuję końcowy fragment swojego własnego komentarza sprzed kilku dni. Nie udało mi się napisać go w całości, a tak się składa, że kwestie w nim poruszane wydają mi się ważne:

    „Chciałbym Ci Andrzeju zwrócić uwagę, że nie dotarliśmy jeszcze nawet do pierwszego przypadku negowania systemu politycznego, w którym żyje głosujący. Tego gatunku osobnicy wydają mi się co prawda skrajnym dzisiaj marginesem, ale na pewno interesującym. Gdybym miał czas (a nie jestem pewien czy znajdę go w najbliższym czasie) zacząłbym od opisywanych przez Ciebie lat osiemdziesiątych.‟

    Przejdźmy zatem do osobników negujących system polityczny, w ujęciu chronologicznym. Za pierwszą literą z tego cyklu może posłużyć przypadek Twój, a zatem:

    H) Wypowiadasz się tak: „Lecz w czasach ‚pierwszego’ peerelu przyjęło się interpretować fakt nie brania udziału w ‚wyborach’ jako wyraz odrzucenia systemu i oporu wobec niego. Czy w tym sensie, nie jest to demonstracja postawy? Jeśli się jednak zastanowić to faktycznie, słowo bojkot zupełnie nie jest tu na miejscu, świadczy bowiem o emocjonalnym zaangażowaniu w to co się bojkotuje. A „nowy, wspaniały” peerel powinien być bez zbędnych emocji, konsekwentnie odrzucony jako coś, co udaje wolną Polskę.‟

    Pierwsze zdanie (wyróżnione) zdaje się być bez zarzutu. Ujmując problem nieco inaczej: obywatele peerelu (nie rezygnując z tego swojego peerelowskiego obywatelstwa) wypowiadali władzy posłuszeństwo. Mówili: nie chcemy TAKIEGO systemu, chcemy LEPSZEGO! A więc, wypowiadając posłuszeństwo, żądali reform (niekiedy bardzo głębokich). Warto zaznaczyć, że jako masa (lub masa indywidualnych przypadków) nie kwestionowali legalności systemu, a wręcz – czuli się jego częścią.

    Masz Andrzeju rację. To niewątpliwie demonstracja postawy. Nie bardzo mogę się jednak zgodzić, że słowo bojkot tu nie pasuje. Owszem, pasuje i to nawet bardzo. Ponieważ bojkotować można tylko i wyłącznie „od wewnątrz‟, to znaczy w ramach uznawanego porządku.

    Pamiętasz na pewno list 59 – protest przeciwko zmianom w peerelowskiej konstytucji z roku, bodaj 1976, czy jakoś w tych okolicach. Emigracja polityczna stanęła za protestującymi peerelowskimi „intelektualistami‟ murem. A przecież, jak dowodził Mackiewicz, nie można oprotestowywać czegoś, czego się nie uznaje. W połowie lat 70. emigracja polityczna (póki co) nie uznawała jeszcze peerelu jako podmiotu prawa, a więc nie mogła także stawać w obronie uchwalonej przez organ tego ciała konstytucji. Mackiewicz trafnie wykładał, że to absurd, zachowanie obarczone wewnętrzną sprzecznością. Rzecz jasna, prawie nikt go nie zrozumiał.

    Analogicznie, bojkot „wyborczy‟ z lat 80. nie był absurdem; był zachowaniem wewnętrznie konsekwentnym, ponieważ uczestnicy bojkotu nie wyobrażali sobie egzystencji poza systemem. Nie negowali „porządku‟, ale praktykę jego stosowania. Chcieli zmian.

    I) Negacja uwarunkowana. Jako przykład ilustrujący tego rodzaju zachowania z pogranicza polityki i rozdwojenia jaźni, proponowałbym lata 1991-1993, pomiędzy jednymi „wolnymi wyborami‟ i drugimi, już mniej „wolnymi wyborami‟. Ponieważ pierwszy z tych smutnych incydentów przyniósł zwycięstwo stronie jakoby niekomunistycznej, całe „spectrum polityczne‟ (poza podziemiem, rzecz jasna), wszystkie mniejsze lub większe kanapki oraz ugrupowania zgodnie uznały, że mamy oto do czynienia z końcem komunizmu. Po dwuletnim okresie bicia się z myślami (być za czy jednak przeciw?) prowokacja została przełknięta przez najbardziej nieprzejednanych przeciwników komunizmu. W efekcie powstała efemeryda Olszewskiego, o której może innym razem. Upadając, spowodowała raptowny przewrót w myśleniu politycznym. Co uznano przed zaledwie momentem (w 1991 roku) za upadłe (komunizm), poczęto nagle dostrzegać jako wszechobecne, niesłychanie groźne; jak na nieboszczyka – zdecydowanie za rześkie.

    Dlatego pozwoliłem sobie nazwać to zjawisko negacją uwarunkowaną, a zatem: jeśli nasze na górze, nie będziemy roztrząsać niewygodnych szczegółów, jeżeli dostajemy „wyborczego‟ łupnia, ooo… to całkiem zmienia kształt spraw na tym świecie. [Post]komunizm ma się wcale wcale, a wybory do kolejnego szejmu trudno doprawdy uznać etc. etc. I dalej… narracja w tym stylu.

    Lata 1991 – 1993 to tylko przykład. Negacja uwarunkowana sprawdza się doskonale w każdej innej konfiguracji politycznej. Zależnie od sytuacji, jedni drugich (albo i drudzy pierwszych) wysuwają wobec siebie dowolne oskarżenia i epitety, byleby tylko miały coś wspólnego z totalitarną niby przeszłością. W tym kontekście nadąsany pan Ścios, który: „obraził się na ‚III RP’ i odmawia udziału w jej ‚polityce’ dopóki ta nie przyjmie jego warunków‟ nie jest żadnym dziwakiem politycznym, a raczej klasycznym reprezentantem peerelowskiej „klasy politycznej‟.

    J) Negacjonizm wybiórczy. To akurat zjawisko nie ma zbyt wiele wspólnego z bojkotem instytucji „wyborczej‟, w istocie bliżej mu do bojkotu instytucji „demokratycznych‟. Wpisuję to to na listę, bo dobrze ilustruje pragmatykę drugiego eszelonu, który akurat przy korycie. W pewnym stopniu opisuje także pragmatykę oponenta. (Warto zwrócić uwagę, że zawsze występuje na scenie jakiś oponent, choćby nie było ku temu widocznych pobudek „światopoglądowych‟). W ramach tego zjawiska, wybiera się jeden, czasem dwie istotniejsze instytucje i atakuje. Swojego czasu było to np. wsi, jakiś czas temu dezubekizacja, obecnie „zamieszanie‟ wokół tk. Czy np. pacyfikacja tk ma coś wspólnego z negacją systemu? Jak najbardziej. Rzecz wyłożył najdosadniej jeden z obecnych kacyków (minister od milicji obywatelskiej): „tydzień temu w Polsce skończył się komunizm‟ (w odniesieniu do „ustawy sądowniczej‟).

    O co w tym wszystkim chodzi? Cel zdaje się być zawsze jeden – wytworzenie kolejnej kontrowersji, wokół której da się skutecznie zgromadzić możliwie wielu zjadaczy politmedialnej papki, ta zaś powinna być przede wszystkim ekscytująca.

    Można by po prostu powiedzieć: „tak toczy się światek‟, ale czynić tego nie wypada, przynajmniej nam, ludziom innego porządku.

  141. 141 michał

    Panie Julku,

    Ale to właśnie jest zapędzanie się w absurd i to bez pomocy maszyn. Konkurować z orłami? Naprawdę? Zapewniam Pana, że ani szybowiec, ani lotnia, ani żadna inna „maszyna” nie może iść w zawody z orłem.

    To nie jest prawda, że konsekwencje „wydarzania się bądź wolnego wyboru są zawsze takie same”. Konsekwencje moralne są nie tylko inne, ale odwrotne. Jeżeli Pan kogoś zabije w wolnym akcie, to jest Pańska odpowiedzialność. Ale jeżeli ja Pana wyrzucę przez okno i Pańskie spadające ciało zabije przechodnia, to Pan nie jest odpowiedzialny za nic. W tym pierwszym wypadku dokonał Pan wyboru, w tym drugim coś się Panu wydarzyło. Podobnie jest z Pańskim przykładem zażycia trucizny.

    Fakt urodzenia się w jakimś miejscu NIE DETERMINUJE nas. Gdyby tak było, to nie istniałaby szansa na nawrócenie. Ani na przebaczenie. Dzieci komunistów musiałyby być komunistami, ale w takim razie skąd się wziął komunizm? Ludzie zawsze mają jakiś wybór. Przecież taka kanalia jak Dzierżyński miał porządnych rodziców. Bolszewicki morderca, Roman Pilar baron von Pilchau, był nawet spowinowacony z Józefem Mackiewiczem. Ale nie był zdeterminowany w swoich wyborach, tylko w wolny sposób postanowił zostać bolszewicką szumowiną.

  142. 142 julek

    michale,

    Nieprecyzyjnie się wyraziłem. Owszem moralne konsekwencje będą inne. Zaznaczyłem to mówiąc, że inaczej zostaną ocenione czyny przez wszelkie sądy, które pod uwagę biorą stan świadomości.

    Chciałem podkreślić, że mimo wszystko, dla tego nieszczęsnego człowieka nie ma różnicy czy ktoś mu coś świadomie czy nieświadomie.

    Podobnie z wybraniem czy, że się tak mało zgrabnie wyrażę, „odziedziczeniem” wyznania, wskutek woli rodziców. Przecież rodzice Panu nie zostawili tego wyboru. Zadecydowali za Pana.

    Miejscr urodzenia nie determinuje w 100% bo świat jest bardziej analogowy niż zero-jedynkowy i jest ponadto wiele inbych czynników. Ale w dużym stopniu uważam że owszem.

    Niech Pan szczerze odpowie jakie są szanse, że człowiek urodzony w Emiratach zostanie katolikiem? Chyba nie takie jak np. w Polsce, prawda? A może są tak jak można wywnioskować z Pańskich wypowiedzi, takie same?

    Ja szczerze wątpię.

  143. 143 michał

    Panie Julku,

    Doprawdy rozumiem, że Pański przykład z konsekwencjami zatrucia dotyczył tego samego problemu, kwestionuję wszakże hierarchię ważności: najważniejsze skutki czynu są moralne. Jeżeli świadomie zażyłem truciznę i umarłem, to popełniłem samobójstwo. Duża różnica między tym, a wypadkiem. Twierdzę, że najbardziej zasadnicza. Rzecz jasna, nie ma żadnej różnicy, jeżeli jesteśmy tylko zwierzętami – wtedy zgoda. Wówczas nie ma dobra ani zła, wszystko jedno, bo jeśli nie ma Boga, to wszystko wolno.

    To nie jest prawda, że nie ma Pan wyboru, dlatego że rodzice Pana ochrzcili. Powtarzam, gdyby tak było, nie byłoby komunizmu.

    Pańskie naleganie na zero-jedynkowość wyboru wobec „fuzzy logic” innych wyborów, zdaje mi się wskazywać, że jest Pan zwolennikiem współczesnej maniery kwantyfikacji wszystkiego. Ale wbrew współczesnym tendencjom, życie ludzkie to nie jest rachunek prawdopodobieństwa. Czytam np. prognozę pogody na najbliższą godzinę w moich okolicach: 6% szansy, że będzie padał deszcz, 27% szans, że będzie zachmurzone, ale jest czyste niebo i jest pięknie. Przecież to są brednie!

    Nie wiemy, co będzie. Może nam się wydawać, że jest niemożliwe, żeby z Emiratu wyszedł katolik, ale my strzelamy, a Pan Bóg kule nosi. Dla Boga nic nie jest niemożliwe. Kto dałby w roku 1914 szansę miedzynarodowej bandzie opryszków, siedzących w kawiarni w Szwajcarii, że obalą największe państwo na świecie? Nikt. Oni sami w to nie wierzyli. Ale tak się stało.

    Bezrefleksyjni, wymuszeni z rodziców katolicy, jak ci we Włoszech, Hiszpanii, Irlandii czy coraz częściej w Polsce, mogą i przemieniają się w antyklerykalnych ateuszów. Tak się dzieje, ponieważ są wolni, ponieważ wszyscy mamy wolność wyboru.

  144. 144 Andrzej

    Darku,

    Wybacz mi nieco spóźnioną odpowiedź. Zgadzam się z Twoimi uwagami odnośnie bojkotu z lat 80. Był on wewnętrzną kontestacją – celem wymuszenia zmian, do których komuniści „dali się zmusić” i który to bojkot umiejętnie wykorzystali (jakkolwiek w innych demoludach nie było to warunkiem ichniej „transformacji”, pomogło komunistom polskim – peerel był przecież dla bolszewików doskonałym „polem doświadczalnym”). Co się natomiast tyczy lat po „transformacji”, widzę to nieco inaczej. Uważam, że „zarząd” Olszewskiego (nb. „poprawiacza” komunizmu, jeszcze z czasów „Polskiego Października”, a w latach 70 i 80 łącznika tzw. dysydentów z komunistyczną władzą), był zrealizowanym projektem zaadaptowania się „prawicy” (grupy wokół Kaczyńskich i Macierewicza) do współ-władzy z „byłymi” komunistami, w miejsce ich dotychczasowych „koalicjantów”. Stąd właśnie taki jego zestaw, gdzie obok Macierewicza zasiadali Olechowski i Skubiszewski, osoby z poprzedniego „rozdania”. Nie sadzę zatem, żeby był to efekt uznania, że komunizm upadł. Uznanie „upadku komunizmu” przez wspomnianą grupę osób miało miejsce dwa lata wcześniej (lub trzy jeśli uwzględnić czasy „magdalenkowe”), Kaczyńscy byli już zaangażowani w wykreowanie „zarządu” Mazowieckiego i następnego. Tym razem było to osobiste przyłączenie się, celem co najwyżej „pogłębienia transformacji” i większego „unarodowienia” tworu ale bez naruszania fundamentów. Akcja „ujawnienia teczek” bardziej mi się dziś kojarzy z eliminacją konkurencji niż z „obalaniem peerelu”. Kaczyńscy, którzy byli animatorami „rządu” Olszewskiego, byli przecież beneficjentami „transformacji”. Wystarczy prześledzić rozwój spółki Srebrna i jej początkowe aktywa. Kolejne „reaktywacje” (włącznie z aktualną), to kolejne próby ułożenia się z „zapleczem finansowym”, będącym w posiadaniu „pakietu kontrolnego” (stąd zdaje mi się wziął się i obecny „premier”). To się dobrze łączy z ostatnim z wymienionych przez Ciebie punktów. Kwestia „powrotu” komunizmu w czerwcu 1992 roku (i późniejsze odwoływanie się do niego pod hasłem „postkomunizmu” i „zwalczanie” go), to raczej populistyczna retoryka bez przełożenia na istotnie znaczące coś czyny. Zgadzam się, że to wszystko „lipa”, na której zbudowana jest cała mitologia obecnego „zarządu”, paraliżująca potencjalnych antykomunistów. Słusznie nazywasz go drugim eszelonem. Moim zdaniem trafnie określasz też cel tego ciągłego „gonienia króliczka”. Przy zachowaniu „okrągłostołowego układu”, stwarzanie pozorów zwalczania go.

  145. 145 julek

    Nie nalegam na zero-jedynkowość! Miałem nadzieję, że jasno się wyraziłem :(

    Tak, jestem zwolennikiem, jak to Pan napisał, maniery kwantyfikacji wszystkiego. Może bez przesady, że jakimś dogmatycznym, ale tak. I proszę zauważyć: przecież rachunek prawdopodobieństwa jasno Panu obliczył, że na słońce było 64% szans, czyli ponad połowa. To dlaczego jest brednią to, że akurat świeci?

    Człowiek po prostu nie zna wszystkich determinant czy przyczyn. Zna kilka podstawowych i na podstawie tego jakie skutki wywołały w przeszłości próbuje odgadnąć przyszłość.

    Skoro tak ścisła dyscyplina naukowa jak fizyka w dużej części wykorzystuje rach. prawdopodobieństwa, to tym bardziej może on mieć zastosowanie w naukach społecznych. Zresztą one teraz dość często zajmują się sporządzaniem wszelkich możliwych ankiet i liczeniem korelacji.

  146. 146 michał

    Tak, tak, jasne. Duże jasne. Właśnie pada deszcz, więc prawdopodobieństwo, że pada deszcz jest około 89.3%. To są właśnie brednie. Podobnie jak to, że przy pomocy maszyny człowiek może wylądować na wąziutkiej skale w górach, przespać tam burzę i poszybować o świcie tysiące stóp nad ziemią.

    Tak, jasne. Jeżeli nie potrafimy czegoś kwantyfikować, to tylko na razie, a w przyszłości wszystko ujmiemy w algorytm, w formułkę, w równanie. Świadomość? Nie wiemy, co to jest, ale się dowiemy. Dusza? Nie mamy pojęcia, może jej nie ma. Bóg? Skwantyfikować. Zbawiciel przybity do Krzyża? Dawaj, algorytmem Go. Zmartwychwstanie?

    Znakomicie. Ludzie tacy jak Pan zbudują mrowisko. Człowiek będzie w nim tylko spełniał rolę, dokładnie wyliczoną. A wie Pan, co się robi ze zbędną mrówką? Rozdeptuje się butem. Ale mnie już wtedy na szczęście nie będzie. Nie będzie też żadnej dyskusji, bo takich jak mnie wykończą od razu. I nikt nie będzie Pana pytał o zdanie.

    Zasypiam
    W szufladzie
    Dokładnie
    WSKAZANEJ!

  147. 147 julek

    Ależ niepotrzebnie Pan się użala.

    Pozwolę sobie zacytować Pańskie słowa: „Świadomy wybór nie jest ani powszechny, ani nawet popularny, jest rzadkością. To co dobre, nie bywa popularne, a wręcz nie może być powszechne.”

    I pytam: skoro świadomy wybór to taka rzadkość, to co innego ma wpływ na ten wybór?

    Podświadomość? Kultura w jakiej człowiek się urodził? Czasy w jakich żyjemy? Wiek? Płeć? Wychowanie? Rodzina? Naród? Religia?

    Otóż ja uważam, że każdy z tych czynników ma wpływ. Jeden w większym stopniu drugi w mniejszym. To się bada i analizuje.

    2.

    Mam wrażenie, że Pan ma inklinacje w stronę bycia kaznodzieją/pedagogiem, i orientuje się „ku przyszłości”. Niczym Abraham prosi oszczędzenie Sodomy i Gomory na wzgląd 10 sprawiedliwych.
    Ja to rozumiem.

    Ale nie jest to wystarczająca postawa, aby analizować przeszłość i to dotyczącą makroskali, w Pana przypadku – historię komunizmu. Wg mnie tu nie da się uciec od generalizowania i patrzenia na zachowania ludzkie w skali większych grup społecznych.

    A Pan badając jednostkę i IGNORUJĄC resztę chce poznać społeczeństwo…

    Nie wróżę Panu sukcesu.

  148. 148 michał

    Po pierwsze, wcale się nie użalam.

    Po drugie, społeczeństwo jest zbiorem jednostek. Społeczeństwo nie interesuje mnie w ogóle, interesują mnie wyłącznie jednostki. Nie interesują mnie przeciętne, średnie, „zwykły człowiek”, człowiek z ulicy, ani Man from Clapham Omnibus.

    Po trzecie, wolny wybór jest rzadki, ale dlatego jest ciekawy. Ci, którzy nie wybierają, nie są podmiotami swoich działań. Do której grupy Pan należy? Jeżeli Pańskie wypowiedzi są zdeterminowane Pańskim pochodzeniem, przypadkiem urodzenia, kolorem skóry itd., to są bez znaczenia. Wydawało mi się, że tak nie jest, ale być może się pomyliłem.

    Po czwarte, Pańskie „wrażenia na temat moich inklinacji” są nietrafne, ale są także bez znaczenia. Podobnie jak wróżby na temat moich przyszłych sukcesów. Jest coś zdumiewającego, że uważa Pan za stosowne wróżyć komuś, kogo Pan nie zna. Przy całej mojej arogancji, nie zdobyłbym się na to wobec Pana.

    Po piąte, nieszczęściem ludzkości jest sprowadzanie wszystkiego do skali społecznej, gdzie nie można niczego rozwiązać. W ostatecznej analizie jesteśmy tylko indywiduami, obdarzonymi duszą I wolnością, z której korzystamy nienajlepiej, a nie przeciętną statystyczną.

    Pan natomiast – i nie jest Pan odosobniony w tym podejściu, raczej wręcz przeciwnie – chce zastąpić Prawdę Biurem Statystycznym.

  149. 149 julek

    michale,

    Jeżeli to moja arogancja, to przepraszam. Ale zdobyłem się na ten krok, gdyż myślę, że to czas podsumowań. Trochę się w końcu powymienialiśmy uwagami. Żaden z nas nie przekonał drugiego do swojego stanowiska.

    Naprawdę szanuję poglądy. Ale wolno mi je też ocenić po dłuższej dyskusji. Nie mówię przecież, że „pisze Pan bzdury”, ale krytykę staram się wyrazić elegancko.

    Mnie zdumiewa Pańskie otwarte wyznanie, że społeczeństwo Pana nie interesuje. Doceniam szczerość i otwartość. I tu w sumie sprawy mi się wyjaśniają.

    Zgadzać się oczywiście nie musimy, ale udało nam się przynajmniej dociec, gdzie leży źródło naszej niezgody. Czy uważa Pan, że jest dalej sens dyskutować? Wg mnie strzępilibyśmy tylko klawiatury.

    Pozdrawiam, ale nie znikam, gdyby jeszcze Pan chciał mnie o coś zapytać. Na wszelki wypadek do usłyszenia przy innej okazji.

    Pozwolę sobie Panu na koniec polecić wywiad z Jordanem Petersonem (być może się Pan zetknął z tym psychologiem), który przytacza historię niemieckiego policjanta przerzuconego do wykonywania działań w okupowamej Polsce i jego wnioski na ten temat.

  150. 150 michał

    Drogi Panie,

    Do dyskusji, jak do tanga, nie wystarczy jedna osoba. Dyskusja się kończy, gdy jedna strona nie zamierza jej ciągnąć dalej. Ale zgłaszam sprzeciw. Ja nie wchodzę w dysputy po to, by kogokolwiek przekonać. Nie jestem ani sofistą, ani erystą. Mnie interesuje prawda, a ponieważ prawda nie jest dostępna naszemu niedoskonałem poznaniu, to musimy zastanawiać się i konfrontować nasze myśli z innymi myślami, a w ten sposób – w ścieraniu się myśli – być może, przy odrobinie szczęścia, zbliżymy się do prawdy.

    Myślenie o sprawach ludzkich w kategoriach zbiorowości wywodzi się od XIX wiecznych niemieckich filozofów, Hegla i niestety Marksa, ale także od Darwina z jego „prawami ewolucji”, a nawet o dziwo, od Freuda z jego „typologiami”. Wydaje mi się to skazą na myśleniu, jak każdy redukcjonizm. Tego rodzaju koncepcje są winne wszystkim nieszczęściom XX wieku i prawdopodobnie nadchodzącym nieszczęściom także (ale nie podaję się za Kasandrę).

    Nie ja jeden odrzucam te kategorie, nie ja jeden nawołuję do powrotu do myślenia o człowieku jako jednostkowym bycie. O wiele lepiej robili to przede mną tacy myśliciele polscy jak Marian Zdziechowski czy Henryk Elzenberg, ale także wielu, wielu innych, że wymienię tylko Fiodora Dostojewskiego i Nicolasa Gomeza Davilę. Nie jestem godzien zawiązać im przysłowiowego rzemyczka u sandałów.

    Za Jordana Petersona bardzo dziękuję. Wprawdzie jest go u nas dostatek, ale i tę linkę przyjmiemy na karki pysznych.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja