Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Michał Bąkowski


Antyliberalne credo

Jakiś czas temu, wywiązała się na naszej witrynie poważna dysputa na temat liberalizmu.  Z oczywistych względów, dyskusja musiała dotknąć wolności, a nawet zahaczyła o pojęcie demokracji.  Zostawię ten ostatni worek niekonsekwencji na boku, bo pozostałe dwa terminy są wystarczająco głęboko pogrążone w sprzecznościach.

Liberalizm jest wyrazem haniebnie nadużywanym i na ogół źle zrozumianym, więc próba definicji jest równie jałowa, co zbędna.  Jeżeli angielskie słowo liberal znaczy w Ameryce tyle, co popierający państwowe ubezpieczenia społeczne (czyli coś przeciwnego niż w Anglii), to nie ma sensu szukać jakiegokolwiek wspólnego mianownika tego terminu.  Ale nawet gdyby odrzucić absurdalny amerykański usus (w sensie „socjalizm”), to liberalizm nadal ma zbyt wiele znaczeń, by próbować go ująć w karby sensownej definicji.

Dla przykładu, jestem przeciwnikiem wszelkich przejawów koncentracji władzy i w tym zatem znaczeniu jestem liberałem, choć wielu zaprzysięgłych konserwatystów przede mną występowało przeciw Lewiatanowi władzy państwowej.  Osobiście jestem fanatykiem wolności słowa i wolności myśli – choć obawiam się wolnomyślicielstwa i uznaję zasadność cenzury w pewnych warunkach – jestem zatem liberałem i w tym także sensie, ale dzielę ów pogląd z wieloma nieliberalnymi myślicielami.  Jestem zwolennikiem wolności poruszania się po świecie i osiedlania, gdzie komu wygodnie, co określałoby mnie jako liberała, gdyby nie to, że jestem także za ostrą kontrolą masowej emigracji i uważam wręcz, że przyjazd ponad miliona Polaków do Wielkiej Brytanii w stosunkowo krótkim czasie, był wielką pomyłką ze strony Brytyjczyków; błędem, któremu należało zapobiec.  Jestem zaciętym wrogiem „tyranii większości”, co znowu w teorii stawiałoby mnie po liberalnej stronie debaty, ale tyrania większości jest bête noire każdego reakcjonisty.  Stanowisko, że gospodarka powinna się rozwijać przy minimalnym udziale władz państwowych jest tradycyjnie nazywane liberalizmem ekonomicznym.  Ale tak się składa, że od wieków działalność gospodarcza odbywała się poza zasięgiem państwa.  Władze nakładały podatki, ale nie ingerowały w to, kto, co i kiedy miał produkować, jak zarabiać na życie.  A zatem ów głośny liberalizm ekonomiczny jest punktem wyjścia dla myśli konserwatywnej, jest kardynalnym założeniem każdej racjonalnej reakcji na niemiłościwie nam panujący etatyzm.  Wierzę w tak zwaną „merytokrację”, czyli jestem przekonany, że najlepsi ludzie powinni zajmować najwyższe stanowiska w społeczeństwie, niezależnie od ich pochodzenia narodowego, klasowego, rasowego, niezależnie od płci, wieku, wyznania czy fortuny.  Z jakiegoś powodu, stanowisko takie uznawane jest za liberalne.  Tylko że w wielu historycznych państwach, dalekich od liberalizmu, możliwy był „awans społeczny” (jak to zwykli nazywać komuniści) ponad najśmielsze marzenia świata dzisiejszego.  Jak inaczej mogłaby Marta Skowrońska, polska chłopka z Inflantów, zostać carycą Katarzyną I?  Jak inaczej mógł Johann Fichte, nadzwyczajnie uzdolniony syn łużyckiego chłopa, prowadzić w dworku w Krokowej filozoficzne dysputy z samym Immanuelem Kantem, i stać się jednym z najważniejszych filozofów niemieckich?  Jestem zwolennikiem rządów prawa, co z przyczyn owianych dla mnie tajemnicą, jest uważane za postawę liberalną.  Ale już Arystoteles był zdania, że lepiej być rządzonym przez prawo niż przez ludzi, a Cyceron twierdził nawet, że jesteśmy niewolnikami prawa, byśmy mogli być wolni.  Carska Rosja w ostatnich kilkudziesięciu latach swego istnienia była państwem praworządnym, ale podobnie jak Arystoteles czy Cyceron, nie miała wiele wspólnego z liberalizmem.

A z drugiej strony (bo każdy medal ma dwie strony), socjaliści wszelkich odmian, domagają się równości w imię wolności, np. wolności od wpływów bogaczy, i uważają takie dążenie za cel wolnościowy, nazywając to szumnie „wyzwoleniem społecznym”.  Czy socjalistyczna idea wyzwolenia społecznego, to jest liberalizm czy nadużycie?  Z mojego punktu widzenia, jest to urąganie zdrowemu rozsądkowi, a nie wyzwolenie.  Ale czy zachodzi formalna różnica między takim wołaniem, a dążeniem wielu odmian konserwatyzmu do uwolnienia społeczeństwa od zgubnych wpływów zorganizowanej mniejszości, np. w postaci związków zawodowych?  Jeżeli socjaliści nadużywają terminu „wyzwolenie”, to czy ja także go nadużywam, wołając o wyzwolenie ludzi ze szponów związków zawodowych?  Czy obrona jednostki przed związkowymi jaczejkami to już liberalizm czy tylko nadużycie?

Wiara, że jednostka ludzka ma prawo NIE brać udziału w życiu politycznym, odrzucana jest z oburzeniem przez socjalistów i nacjonalistów, przez demokratów (od Ateńczyków począwszy) i przez republikanów (od czasów Rzymian), przez to co się dziś nazywa (jakże nietrafnie!) „lewicą i prawicą”.  „Reakcyjne prawo do bycia człowiekiem prywatnym”, jak to określał Józef Mackiewicz, czy jest to aż postawa liberalna?  Dla starożytnych wolność polityczna oznaczała udział w rządzie własnego miasta-państwa, własnej res publica.  To dlatego właśnie Grecy uważali poddanych perskiego Szachinszacha za zwykłych niewolników, pomimo że żyło się w Persji lepiej niż w Atenach czy Sparcie.  W moim nieskromnym mniemaniu, idea wolności od polityki zawiera w sobie wiele dobrego i jest niezwykle pociągająca.

Czy jestem liberałem, gdy twierdzę – wbrew jakobinom i ich krwią zbroczonemu, potwornemu potomstwu – że równość i wolność są sprzecznymi celami?  By zrównać nierównych, trzeba im odebrać wolność, a zezwalając na wolne doskonalenie jednostki, karmimy nierówność, i tę nierówność ludzkich indywiduów trzeba chronić przed walcem współczesności.  Ale jednocześnie wszyscy równi jesteśmy wobec Stwórcy i odbiciem tej równości w naszej ziemskiej egzystencji, jest równość wobec prawa.

Wobec powyższej litanii, wydaje mi się udowodnione, że można wyznawać poglądy powszechnie uznane za „liberalne” i nie dość, że nie być wcale liberałem, ale odrzucać liberalizm jako fałszywe credo.  Oderwijmy się na chwilę od najrozmaitszych wcieleń wolności i korespondujących z nimi – choć nie zawsze analogicznych – wersji liberalizmu.  Czym różni się liberał od konserwatysty?  Co sprawia, że jednego myśliciela nazwalibyśmy liberalnym, a innemu przypisalibyśmy zaledwie liberalną pozycję w konkretnym aspekcie myśli?  Kiedy, dla przykładu, konserwatywny myśliciel na miarę Mariana Zdziechowskiego, mówi o sobie: „Z innego jestem pokolenia, z innego świata: wyznaję wzgardzony dziś i ośmieszony przez obydwie strony, przez chrześcijan i satanistów – liberalizm”, to czy rzeczywiście podpisuje się tym samym pod klasycznym liberalizmem Johna Stuarta Milla?  W moim głębokim przekonaniu, Zdziechowski pozostawał klasycznym konserwatystą, wypowiadając powyższe słowa i nie miał nic wspólnego z żadnym rozumieniem liberalizmu, zachodzi tu więc istotne semantyczne zamieszanie.

W każdym powyżej opisanym wypadku mamy do czynienia z jakimś rozumieniem wolności.  Ale nie rozumienie wolności czyni liberała.  Konserwatywni myśliciele nie próbowali „pogodzić wolności z wartościami”, jak to się niekiedy przedstawia.  Waga i ważność wolności była dla nich oczywista i niezbywalna.  To co wyróżnia liberalizm, czynnik, który odróżnia go w każdym wcieleniu od klasycznej myśli konserwatywnej, to prymat wolności.  Klasyczni liberałowie byli dalecy od absolutyzacji wolności, z jaką mamy do czynienia od dwóch stuleci, ale popełnili pierwszy krok na drodze do piekła: postawili wolność na pierwszym miejscu i dlatego nazywamy ich liberałami.  Ani Zdziechowski, ani Józef Mackiewicz nigdy nie popełnili tego zasadniczego błędu, żeby stawiać wolność na piedestale.  Byli co najwyżej liberalnymi konserwatystami, ale nigdy konserwatywnymi liberałami.  Daruję czytelnikom naszej witryny czysto teoretyczne uzasadnienia, dlaczego nadanie pojęciu wolności pierwszego miejsca w dowolnym systemie myślowym, ma tak fatalne konsekwencje.  Pisałem o tym wielokrotnie tutaj, w felietonowym tonie, a cały rozdział książki „Votum separatum” poświęcony jest szczegółowej i do pewnego stopnia teoretycznej analizie problemu.  Ograniczę się tym razem do ogólników.

Wolność nie jest – nie może być, z samej natury rzeczy – treścią, ani przedmiotem ludzkich działań.  Jest w zamian warunkiem.  Co mamy na myśli, mówiąc, że wolność jest warunkiem działania?  To mianowicie, że tylko wolny ludzki akt podlegać może ocenie moralnej, tylko za wolny czyn ponosić można odpowiedzialność, tylko działając w sposób wolny jesteśmy podmiotami.  Wyłącznie w wolnym działaniu spełnić możemy naszą powinność.  Wolność jest więc warunkiem moralności.  Ale sama wolność nie jest ani przedmiotem czynu, ani treścią obowiązku, nie jest ani wartością, ani powinnością, nie należy do porządku aksjologicznego ani do deontologicznego (czyli normatywnego).

Prymat wolności, tak typowy dla naszej współczesności, niweczy wszelką powinność, bo jeżeli wolność ma być moim obowiązkiem, to obojętne co robię, bylebym postępował w sposób wolny.  Pierwszeństwo wolności obraca w nicość każdą hierarchię wartości, z tych samych powodów.  Każda autentyczna wartość strącona zostaje niemal automatycznie na podrzędne miejsce w spłaszczonej hierarchii, w której niepodzielnie króluje wolność.

W rzeczywistości ludzkiej, w praktyce międzyludzkich relacji, moja wolność nie jest wcale ograniczona interesem drugiego – wedle nieśmiertelnego powiedzonka przypisywanego (błędnie) Millowi: „twoja wolność do wymachiwania pięścią kończy się tam, gdzie zaczyna się mój nos” – ale jest uprzednio, apriorycznie ograniczona przez prawo moralne.  Współczesny nam świat odrzuca to aprioryczne ograniczenie, zapoznaje wartości, odmawia rozpoznania w świecie Bożego Ładu, jako warunku wstępnego dla określenia zakresu ludzkiej wolności.  Odrzuca wszelkie ograniczenia w imię wolności właśnie.

Pochodne pojęcia, wolności społecznej, politycznej, gospodarczej, czy tak mylące jak „wolność od” i „wolność do”, wywodzą się aż z Grecji, a zwłaszcza z Rzymu.  Obywatel rzymskiej republiki miał prawo np. przekazać spadek przy pomocy testamentu lub ożenić się, był wolny do głosowania w zebraniu ludu na Forum.  Miał także prawo NIE być poddanym torturom, był wolny od kaźni ukrzyżowania.  W praktyce oczywiście nie było tak dobrze, ale takie były prawa obywatelskie.  Takie właśnie uprawnienia były punktem wyjścia raczej niemądrych marksistowskich rozróżnień.  Rzymska libertas, tj. wolność obywatelska, związana była zarówno z niezależnością republiki od innych państw, jak i z obowiązkami obywatela wobec republiki.  Powinność obrony państwa równoznaczna była z obowiązkiem obrony wolności, była więc jednocześnie prawem, obowiązkiem i przywilejem obywatela.  Dla Rzymian, inaczej niż dla greckich mieszkańców polis, obowiązek ten nie wypływał ze wspólnych interesów, nie był więc pra-utylitarną gloryfikacją zasady, że jeśli ty poskrobiesz mnie po plecach, to ja poskrobię ciebie po plecach.  Był w zamian imperatywem honoru.  Warto pamiętać przecież, że to co jest pożyteczne, nie zawsze jest chwalebne, a postępowanie zgodne z honorem nie zawsze przynosi nam pożytek.  Rzymska libertas była tylko odwrotną stroną tych obywatelskich obowiązków i nic nie miała wspólnego z utylitarną kalkulacją, tak typową dla demokratycznych Aten.

Czym więc jest wolność, skoro nie jest wartością i nie może być celem?  Człowiek należy do świata materialnej konieczności.  Jesteśmy poddani prawom naturalnym poprzez naszą zwierzęcą naturę, przez naszą cielesność.  Jesteśmy cząstką żelaznego łańcucha przyczyn i skutków.  Ale człowiek jest bytem granicznym.  Nie jest tylko zwierzęciem.  Zwierzę nie potrafi działać wbrew swej naturze.  Głodny lew zabija, by jeść; syty lew ignoruje skaczące wokół antylopy.  My tymczasem potrafimy oprzeć się silniejszemu bodźcowi.  Człowiek potrafi odmówić sobie jedzenia wśród obfitości, ale także zabijać bez żadnej potrzeby.  Wyłuskuje nas z naturalnego otoczenia – wolność.  Poza naturalnymi determinantami jest jeszcze przyczynowość wolna.  Ludzka trzcina może być złamana przez materialne okoliczności, ale wie, że jest łamana.  Świadomość jest cechą ludzkiego ducha, i to właśnie sprawia, że jesteśmy czymś ponad naturę, że w człowieku obok materialnej konieczności, istnieje jeszcze pierwiastek duchowy.  Zubożają ludzką osobę ci, którzy widzą w niej tylko duchowość, ale ci, co redukują ją do zwierzęcej natury są winni zbrodni przeciwko ludzkości.  Dla człowieka pozbawionego duszy, nie ma żadnej wolności ponad marksowską „uświadomioną konieczność”, toteż dla Marksa i Lenina najważniejsza była walka o sprowadzenie człowieka do poziomu mrówki, do rzekomego zracjonalizowania społeczeństwa na poziomie mrowiska, do odrzucenia wszelkich indywidualnych odruchów wolności.  I stąd także bierze się błąd absolutyzowania wolności w odpowiedzi na totalistyczne zagrożenie.

Ludzka wolność jest czymś nadzwyczajnym, pięknym i niezrównanym.  Człowiek potrafi podnieść się z upadku, wznieść się na szczyty po bolesnej porażce, paść ofiarą zbrodni i wybaczyć, ale potrafi także zejść w najciemniejsze odmęty zbrodni i występku.  Nasza wolność jest tak straszna i tak absolutna, że potrafimy sprzeciwić się nawet samemu wszechmocnemu Stwórcy, zamknąć się na Jego Głos, którym obdarza nasze sumienia, odwrócić się od wszelkiego Dobra, Piękna i Prawdy, odrzucić nawet Bożą Łaskę.  W swym nieskończonym miłosierdziu, Wszechmogący szanuje naszą indywidualną wolność.

I tu właśnie dochodzimy do kluczowego punktu, który sprawia, że liberalizm – w każdym swym wcieleniu, nawet w tym uroczym i szlachetnym ujęciu tradycyjnym – jest zdradą i zaprzaństwem.  Stawiając bowiem na prymat wolności, liberalizm zachwiewa Boży Ład.  Czyniąc z wolności wartość, rujnuje każdą hierarchię wartości.  Wpatrzony nabożnie w swobodę, zapomina o obowiązku, o godności, o ludzkiej przyzwoitości, a w zamian pragnie zanurzyć się w stan, „gdy ostatecznie przestają człowieka krępować wszystkie wymagania honoru i można bez reszty korzystać z nieograniczonych niczym stron dodatnich hańby”, jak sobie myśli młody Hans Castorp.

Uzbrojeni w najlepsze intencje, w miłość do ludzkości, w humanizm i uwielbienie wolności, liberałowie torują drogę do piekła.  Szepcząc słodkie słówka o wolności, zagłuszają Głos Boży i wodzą ludzkość na pokuszenie.



Prześlij znajomemu

12 Komentarz(e/y) do “Antyliberalne credo

  1. 1 BaSz

    Idea „wszechogarniającej wolności”, brzmiąca tak pięknie, nosi, ewidentnie, zatrute ziarno, gdy jest pozbawiona konserwatywnej kotwicy. O czym pisałem w wątku „Populizm” w tym moim komentarzu
    Piszesz Michale, że „Jakiś czas temu, wywiązała się na naszej witrynie poważna dysputa na temat liberalizmu” — mógłbyś podlinkować owe wypowiedzi, bo tak na pierwszy rzut oka, to ich nie widzę…

  2. 2 michał

    Baszu,

    Cieszę się bardzo, że tyle dóbr w Twoich komentarzach.

    Nie „podlinkuję” debaty, bo miała wiele bardzo różnorodnych wątków. Ciągnęła się przez dłuższy czas, pod koniec lipca, a może nawet rozlała się na sierpień, pod trzecią częścią artykułu Darka pt. Niech biega sobie w kukurydzę… Prawdę mówiąc, wydawało mi się nawet, że brałeś w niej udział, ale mogę się mylić.

    http://wydawnictwopodziemne.com/2018/07/15/niech-biega-sobie-w-kukurydze-iii/#comments

  3. 3 Andrzej

    Wolność jest więc warunkiem moralności

    Panie Michale,

    Czy profesor Zdziechowski nie tak właśnie postrzegał liberalizm? Błędne nadawanie wolności cechy wartości, zdaje mi się świadczyć o tym, że to co uważamy dziś za liberalizm, wcale nim nie jest. Że termin ten traktuje się dziś dowolnie, tak jak pojecie demokracji. Jak widział tę kwestię twórca utylitaryzmu J. S. Mill? Choć wywodził utylitaryzm z myśli oświeceniowej (szczęście jednostki podporządkowane powinno być szczęściu ogółu) to chyba także traktował wolność jako warunek. Być może jednak, że czegoś dobrze nie rozumiem. Jak mi się zdaje, utylitaryzm był dla J.S. Milla pojęciem z dziedziny doktryn moralnych. Czy słusznie, to temat do dyskusji. Ja sądzę, że niesłusznie, bo dla mnie fundamentem moralności jest Uniwersalne Dobro – Bóg a nie człowiek.

  4. 4 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    W moim głębokim przekonaniu, Marian Zdziechowski nie był liberałem i postrzegał wolność tak, jak to przedstawiłem powyżej, tzn. w jedyny możliwy sposób zgodny z Ewangelią, nauką Kościoła i ze zdrowym rozsądkiem. Oczywiście można widzieć wolność inaczej, np. jako wartość, ale wtedy należałoby mi wykazać, jak cokolwiek może pozostać wartością, gdy wolność ma należeć do porządku aksjologicznego.

    Mój problem z liberalizmem jest niemal odwrotnością tego, co Pan napisał powyżej. Rzecz nie w wielości znaczeń, w błędnej interpretacji itp. Kłopot leży w samym sercu liberalizmu. Nawet w najlepszych wcieleniach, nawet tradycyjny i szlachetny liberalizm, ten który domaga się najmniejszej ilości praw regulujących życie ludzkie i najcięższych kar za przekroczenie tych praw, nawet ta wersja stawia na prymat wolności. I w ten sposób staje się zaczątkiem dzisiejszej degrengolady.

    Mill sprawia mi kłopot. Czytałem go zaledwie fragmentarycznie przed dziesiątkami lat. Był mi zawsze bliski ze względu na swą obronę indywidulaności i indywidualizmu, ale odstręczała mnie jednocześnie płaskość jego utylitarnej kalkulacji. Zajrzałem ponownie przed chwilą i nie bardzo mogę się zgodzić z Pańską wykładnią. Wolność była w jego oczach kwestią pragmatyczną, sprawą „pięści i nosa”, tj. wolno ograniczyć cudzą wolność tylko w obronie własnej. To jest chyba płytkie rozumienie wolności jako interakcji pomiędzy jednostkami.

    Utylitaryzm był bez wątpienia w założeniach Milla koncepcją moralną. Ale sama moralność jest zaledwie utylitarną kalkulacją. Bóg i religia są dobrymi koncepcjami tylko o tyle o ile, to znaczy tylko wówczas jeżeli podsuwają szeroko przyjęty zestaw zasad moralnych. Wydaje mi się to klasycznym dla takiego myślenia redukcjonizmem.

    Jeżeli moralność jest kwestią kalkulacji pożytku, to komputery mogą być moralne, mogą nawet z definicji być bardziej moralne niż ludzie – bo szybciej i precyzyjniej kalkulują – a zatem, jak twierdzi np. BaSz, mogą i powinny być zbawione. Ba! Ale czy komputery mają duszę? Czy stworzone są przez Wiecznego Pana na Jego obraz i podobieństwo? Czy raczej przez niedoskonałych ludzi na ich obraz i podobieństwo?

  5. 5 Paweł

    Komputery, mimo iż stworzone przez niedoskonałych ludzi, pod pewnymi względami stają się bardziej doskonałe. Rozwój Sztucznej Inteligencji może doprowadzić do sytuacji, że Sztuczna Inteligencja zacznie postrzegać ludzi jako zagrożenie.

  6. 6 michał

    Drogi Panie Pawle,

    Komputery, AI, roboty, maszyny myślące będą z definicji lepsze od człowieka w tym, co robią. Zaprogramowana maszyna może powtórzyć tę samą czynność wielokrotnie bez zmiany, gdy człowiek męczy się, nudzi, zmienia, bo nie jest maszyną. Program, który jest zaprogramowany, by się uczyć (self-learning), będzie się uczył szybciej, dokładniej i lepiej od człowieka, bo człowiek próbuje zrozumieć, a nie powtórzyć jak papuga.

    Ale w tym właśnie tkwi piekło nadchodzącej robotyzacji. Nawet jeżeli maszyna może się nauczyć czynności, które wyglądają jak czyny wolne, to może je wykonywać tylko w ramach programu, więc nie jest wolna. Nie ma duszy, nie może być zbawiona. Co rzekłszy, nic nie jest niemożliwe dla Pana Boga, więc jeżeli zechce zbawić maszynę, to tak będzie.

    Tymczasem jednak nadchodzi piekło „transhumanizmu”, czyli „h+”, o którym pisał tutaj niedawno Stary chrzan:

    „W procesie przyspieszonej ewolucji przemienia się niedoskonałego człowieka w wyższy gatunek, gatunek pod tytułem h+. W transhumanistycznym laboratorium, ludzki intelekt spotęgowany zostanie dzięki sztucznej inteligencji, fizjologiczne ograniczenia będą usunięte, bioniczne mechanizmy zastąpią członki i organy ludzkie. Śmiertelność przestanie być przekleństwem ludzkości, choć pozostanie nadal problem nudy w poniedziałkowe popołudnia.”
    http://wydawnictwopodziemne.com/2018/04/08/minotaur-w-nieeuklidesowym-labiryncie/

    Stary chrzan słusznie, moim zdaniem, widział to jako ostatni krąg piekła.

  7. 7 Andrzej

    Panie Pawle,
    Panie Michale,

    Komputery są dziełem człowieka, takim samym jak fotografia albo czołg. Sadzę, że jako takie są tylko narzędziem, które może być użyte dobrze albo źle. Samo z siebie nie zadziała nigdy, musi to być w jakiś sposób zaprogramowane/sterowane przez człowieka. Dusza jest przynależna człowiekowi, dana mu przez Stwórcę. Moim zdaniem sensowniej jest dyskutować to, czy inne żywe stworzenia maja duszę.

    AI to oczywiście spore osiągnięcie myśli ludzkiej i dla humanisty może jawić się jako coś groźnego ale chyba na zasadzie lęku przed nieznanym. Zdaje się, że mózg ludzki wciąż ma pojemność nieosiągalną dziś technicznie, a jego wydajność jest w praktyce nie do zmierzenia (zależy od „formy” – stopnia „wytrenowania”). Zresztą nie jest i chyba nie będzie nigdy całkowicie poznany, więc jak można to oszacować? Możliwość „przewidywania” czy „uczenia się” komputerów opiera się na algorytmach stworzonych przez ludzi. Chociaż napisanie programu przez program wydaje się możliwe, niemniej i ten jest ostatecznie dziełem człowieka i pośrednio realizuje zdefiniowane przez niego wcześniej algorytmy. Nie można zaprogramować uczuć, bo nie można zaprogramować duszy („Bladerunner” to świetny film, remake z Goslingiem gorszy ale podoba mi się). Można za to zaprogramować budowanie albo niszczenie albo coś do wyboru. Albo-albo. Tu są ostatecznie tylko zera i jedynki. Jest znana od lat gra, która nazywa się grą w życie ale i ona ma ustalone zasady. Prawdziwe życie nie ma ustalonych zasad, jest nieprzewidywalne. Największym wrogiem człowieka zdaje się być człowiek.

  8. 8 michał

    Ależ Panie Andrzeju! Stary chrzan na pewno nie jest humanistą…

    Koszmar polega chyba na tym, że kiedy się raz zredukuje człowieka do materii, do zwierzęcia, do cielesności, do zbioru komórek podlegającemu ewolucji, to wtedy rzeczywiście komputery są lepsze od nas we wszystkim. Jeżeli zakwestionuje się sens ludzkiej wolności – w deterministycnzym paradygmacie, wolność jest tylko uświadomioną koniecznością – to jesteśmy zaledwie mrówkami w nieracjonalnie urzadzonym mrowisku. A wówczas trzeba poddać się racjonalnej organizacji społecznej zaprogramowanej przez sztuczną inteligencję.

  9. 9 Andrzej

    Albo też zredukuje się człowieka do algorytmu Panie Michale. To właśnie miałem na myśli odnośnie życia ludzkiego i prób naśladowania go z wykorzystaniem komputerów.

    Chyba się Pan ze mną zgodzi, że procesy redukowania człowieka trwają od dawna. Czasy nam współczesne to już nie tylko redukcja ale i reedukacja. Ku chwale mrowiska.

  10. 10 michał

    Ku chwale mrowiska.

    Tak, redukcja trwa od bardzo dawna: od Pelagiusza przez humanizm, oświecenie, jakobinów, materialistów do bolszewików, darwinistów, freudystów i całej tej dzisiejszej hałastry. Aż dziw, że po tylu wiekach redukcji cokolwiek jeszcze z człowieka zostało. Ale to już tylko śladowe resztki. A potem będzie nam wolno zasypiać w szufladzie dokładnie wskazanej.

  11. 11 BaSz

    Najistotniejsze „klocki”, składające się na komputer, ich „wydajność” — ulegają podwojeniu co jakieś półtorej roku, góra dwóch latach. O czym pisałem tu (kliknij) . Czyli AI ewoluuje szybciej od życia „żywego” szybciej, nie kilkukrotnie, ale o kilka rzędów wielkości szybciej!

    Ponadto sztuczna inteligencja uczy się wydajniej, niż gatunek ludzki, i to wręcz dramatycznie łatwiej. W przypadku, gdy napotka problem, na który nie posiada „gotowego” algorytmu, to może wybrać nieoptymalne rozwiązanie, bywa! Podobnie jak człowiek. Ale gdy coś się zdarzy, to magicy od algorytmów, ludzie, mogą wspomóc poszukiwania rozwiązań prawidłowych: dokonają analizy, i wskażą wielowariantowe możliwości reakcji. Ale to jeszcze pikuś:
    Każdy człowiek uczy się mozolnie sam, czyli w pojedynkę gromadząc narastające pokłady danych. Natomiast AI uczy się zbiorowo: to, co opanuje jedna tylko maszyna, to już następnego dnia roboczego będą umiały wszystkie — (podobnej konstrukcji) bo wiedzę między nimi przenosić można błyskawicznie. W tym wyścigu człowiek jest bez szans.
    Dlatego też, jak powtarzam to po raz kolejny:
    Białko jest tylko krótkim epizodem, preludium do milionoletniego pochodu „inteligencji w ogóle”!
    Ale gdy ktoś jest przekonany, że człowiek jest, pod względem myślenia, nie do zastąpienia, to często zaczyna manipulować samą definicją inteligencji. A co do „duszy”, no cóż, to by trzeba teologów zapytać. Ale przypomnę, że nieco podobne rozważania, t. j. „czy dzicy posiadają duszę” — doprowadziły do tego, że któryś z soborów wskazał, iż katolik nie może wspierać niewolnictwa. Zaś protestanci oczywiście nadal je stosowali, jeszcze bodaj przez 2 stulecia.
    Ale, ale, żeby nie było: ja nie twierdzę, że to „niewolnictwo” dotyczy komputerów, chodziło mi o inny aspekt „wyzwolenia”…

  12. 12 michał

    Bardzo dziękuję, Barciku, zapytam teologa. Ale zaraz! Od czego Pan Bóg dał nam rozum? Może zamiast pytać współczesnego teologa, który zacznie bredzić o „teologii wyzwolenia”, lepiej poradzić się własnego rozumu? Albo zajrzeć do Doktora Anielskiego?

    Wdzięczny jestem także za pouczenie, że „tu” to trzeba kliknąć. Nie wiem, jak sobie radziłem w życiu dotąd. Prawdziwa Iluminacja.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja