III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Pewien młody człowiek, z którym koresponduję od czasu do czasu, zapytał mnie przed laty, dlaczego zostały opublikowane prywatne listy Mackiewiczów do Redaktorów Wiadomości.  W domyśle było tu chyba inne pytanie: czy Mackiewicz zgodziłby się na publikację prywatnej korespondencji, która w dużej mierze zajmuje się materialną stroną egzystencji emigranta, a mówiąc brutalnie: pieniędzmi, zabieganiami o honoraria i najogólniej – borykaniem się z nędzą.  Wydaje mi się oczywiste, że Mackiewicz nie chciałby publikować takich listów, ani by mu na myśl nie przyszło, żeby coś takiego ogłaszać.  Afiszowanie się ze swą biedą i codziennymi zmartwieniami nie było w jego stylu.  Na tym polega prywatność korespondencji.  Ale oboje Mackiewiczowie są postaciami historycznymi, ich listy mają inne znaczenie, niż np. moja, pożal się Boże, epistolografia, mają charakter źródłowy dla zainteresowanych tą twórczością.  Tak jest zresztą w wypadku każdego twórcy.  A jednak przypadek Józefa i Barbary Mackiewiczów różni się zasadniczo od innych pisarzy.  Waga ich korespondencji jest odmienna, a znaczenie ich listów bez porównania większe, niż miało to miejsce w okolicznościach życiowych innych twórców.

Otóż ich listy – zwłaszcza te pisane do redakcyj tak ważnych pism emigracyjnych jak Wiadomości i Kultura, ale nie tylko – zawierają opinie, nawet poszczególne słowa i określenia, a niekiedy wręcz całe konsekwentne argumentacje, których w takiej formie nie mogli nigdzie wypowiedzieć publicznie.  Znamy wypadki tekstów, których, pomimo ponawianych prób, nie udało im się opublikować w zamierzonej pierwotnie formie (dopiero w ostatnich latach opublikowała je Kontra).  Nie było w owych czasach internetu, Mackiewicz tylko z rzadka decydował się na „sam-izdat”, wydawanie swych pism własnym sumptem.  Wydał w ten sposób na przykład Zwycięstwo prowokacji, jedną z najważniejszych książek politycznych XX wieku.  Decydował się na ten krok rzadko, ale chyba nie z powodu swych warunków materialnych, choć było to zapewne nie bez znaczenia.  Odnoszę wrażenie, że w grę wchodziły tu raczej względy prestiżowe.  Wolał publikować w poważnych pismach, a na wydawanie własnym kosztem decydował się tylko wówczas, gdy spodziewał się z góry, że pozycja nie może liczyć na wydawcę.  Z tego właśnie powodu, korespondencja obojga Mackiewiczów jest źródłem nadzwyczajnej wagi.  Znajdujemy w niej bowiem wypowiedzi nie przeznaczone dla szerszej publiczności, nie obciążone próbami dostosowania tonu wypowiedzi do gustu redaktora.  W wypadku Barbary Toporskiej i Józefa Mackiewicza publikacja ich korespondencji wydaje mi się koniecznością.

Co do trudności związanej z ogłaszaniem szczegółowych zabiegań o pieniądze, o posady czy nawet o zasiłki, to ich trudna sytuacja materialna była powszechnie znana.  Istniało nawet Koło Przyjaciół Twórczości Józefa Mackiewicza, którego jedynym celem było zbieranie składek, by umożliwić pisanie najważniejszemu pisarzowi polskiej emigracji, utrzymującemu się wyłącznie z pisarstwa.  Bieda była więc faktem znanym.  Ale Listy ukazują jeszcze dwa inne aspekty.  W pierwszym rzędzie, kulturę, klasę i wielkoduszność ludzi, którzy pomimo trudnych warunków osobistych nigdy nie przestali wysyłać paczek do prlu.  W wielu wypadkach prosili np. o przesłanie honorariów wprost do Tazaba, firmy wysyłkowej Tadeusza Zabłockiego.  Nie muszę dodawać, że jedną z adresatek tych prlowskich paczek była panna Mackiewiczówna; ta sama, która później wyraziła chęć „poprawienia” Zwycięstwa prowokacji

Dochodzi tu jeszcze inny aspekt, nazwijmy to tak, polityczno-literacki.  Wielokrotnie zarzucano Mackiewiczowi na emigracji, że krytykuje literaturę prlowską jako nie-polską, a literatów z prlu jako sługusów reżymu, podczas gdy wszyscy ci Brandysowie, Andrzejewscy, Wańkowicze i Iwaszkiewicze „walczyli w trudnych warunkach w Kraju, kiedy my tu na Zachodzie opływamy we wszystko” albo, jak z odwrotnej perspektywy mówiło się z sarkazmem o emigrantach w prlu w latach 80.: żyjcie wy godnie, a my będziemy żyli wygodnie.  Otóż epistolografia Mackiewiczów obnaża fałsz tamtej krytyki, ale także naszej ówczesnej perspektywy, druzgocze prlowskie poczucie moralnej wyższości wobec emigracji, pokazuje bowiem codzienną walkę o byt, o materialne przetrwanie pary schorowanych antykomunistów, w czasach, gdy wielkie gwiazdy prlowskiej literatury, jak tenże Wańkowicz i Iwaszkiewicz, którzy „ach, jak walczyli”, w rzeczywistości opływali we wszystko.  Było zatem dokładnie na odwrót, niż to się nam kiedyś wydawało: to my żyliśmy wygodnie, a od emigrantów oczekiwaliśmy godności.

Skoro już mowa o Melchiorze Wańkowiczu, to pozwolę sobie przytoczyć fragment z listu Mackiewicza:

Miałem onegdaj telefon z Warszawy, że Melchior Wańkowicz gotów byłby nawet przeprosić mnie za to, co napisał w Życiu Warszawy, jeżeli… etc.  Odpowiedziałem na to, że gdyby taka szmata jak Wańkowicz miał mnie przepraszać w Życiu Warszawy, znacznie obniżyłby mnie w moich własnych oczach.

Przepraszać – rzekomo przepraszać – miał Wańkowicz za takie perełki pod adresem Mackiewicza, którego zresztą znał osobiście:

Pan Kowalewski jednak tak śmierdzi, że tego odoru nie zniosła nawet „Wolna Europa”, odmawiając mu współpracownictwa, jak odmówiła współpracownictwa byłemu kolaborantowi Józefowi Mackiewiczowi, współpracownikowi niemieckiej gadzinówki.  Ten Mackiewicz, na którym ciąży wyrok śmierci Armii Krajowej, jest obecnie proklamowany jako „największy pisarz emigracji” (patrz list redakcji Wiadomości londyńskich) i na razie nie na Zamek, lecz na niego płyną szerokim strumieniem składki obałamuconych.

„Pan Kowalewski”, w tym arcydziele lekkości stylu, krzepiącym i cukrzanym, jak to w warszawskim życiu, to emigracyjny publicysta i przyjaciel Mackiewicza, Janusz Kowalewski.

Toporska pisała o takich pisarzach w liście do Grydzewskiego, na marginesie sprawy pokajania się Pasternaka:

Sympatii do pisarzy sowieckich, jak zresztą do polskich, nie mam.  Chcieliby wolności, lecz jednocześnie utrzymania przywilejów garnuszka.  Miły proletariat niech dostarcza papu, odzienia, służby, willi i samochodów, a my mu za to poemacik, lub powieść.  A ponieważ istnieje obawa, że proletariat wolałby drugą parę butów, więc niech się tym „sprawiedliwym” rozdziałem zajmuje dyktatura państwowa.  To jest ta moralność, z którą się nigdy nie pogodzę, i dlatego, jak ktoś piszczy o wolność a jednocześnie chce zostać na statusie państwowego urzędnika, łzy mi z nosa nie kapią.

Szczerze wątpię, czy Grydzewski opublikowałby takie słowa w Wiadomościach.

Na tym polega niemoralność istnienia komunizmu, że albo jest się niewinnym głupcem, albo za skórę włazi tropiciel.

Ani Toporska, ani jej mąż nie mieli żadnej ochoty tropić spisków, jak się im to zarzuca, ale odmawiali być głuchoniemymi głupcami.  Jeszcze o komunizmie z długiego listu do Grydza z 24 października 1961:

Oto, co ja uważam za istotę komunizmu: że wszyscy zaczynają się zachowywać, jak nie chcą, i jak nie powinni, bez wyraźnego przymusu.

Bo czy ktokolwiek kazał Wańkowiczowi napisać takie rzeczy dla prlowskiej gazetki?  Kazali mu pisać, tu wyboru nie miał, taka była cena za te warszawskie luksusy.  Ale słowa były jego.  I tenże Wańkowicz otoczony jest w dzisiejszym prlu nimbem niemalże męczennika „opozycji wobec komunizmu”, wraz z Jasienicą, Słonimskim czy Kisielewskim.  Ech…  Toporska pisała o postawach wobec komunizmu:

W rzeczywistości komunistycznej racjonalne zachowanie jest zarezerwowane dla komunistów.  Inni zachowują się jak umysłowo chorzy: nieprzyzwoicie, bez celu, i bez przyczyn.  Zachować racjonalność w państwie komunistycznym można tylko przez stworzenie rzeczywistości antykomunistycznego oporu.  Jest to trudne, i od tego jest emigracja.  Właśnie dlatego, że jej łatwo, co tam trudno, dlatego, że nie pod działaniem koszmaru.  A nie od tego jest emigracja, by wysłuchiwać bełkotu ludzi pod psychiczną presją, i twierdzić, że jest to zdrowy, rozsądny „głos Kraju”.

I wreszcie wniosek na temat konieczności walki:

I tylko one [tj. szczegóły, dające pogląd na psychologiczne działanie komunizmu] dają odpowiedź na pytanie: czy trzeba walczyć, czy walka jest zbrodnią?  Moim zdaniem, walka jest niemożliwa, więc tym bardziej należy do niej dążyć.  Tzn. wypracować takie metody walki, jakimi komuniści walczą w krajach niekomunistycznych.  To nie jest dla mnie zagadnienie red versus dead, ale kwestia zło – dobro, gnicie – życie, schizofrenia – pięć klepek.

Moralna degrengolada była w jej oczach o wiele ważniejszym zagrożeniem, niż rzekoma groźba biologicznego wyniszczenia narodu (choć ten akurat list ukazał się w Wiadomościach w maju 1971):

Należę zresztą do tych nielicznych, których się dziś w pejoratywny sposób nazywa „antykomunistami” za to, że wyniszczanie moralne jednostek i narodów uważają za niebezpieczeństwo większe niż straty biologiczne, jakie pociągnęłaby walka czy wojna.  A mówiąc o wyniszczaniu moralnym mam na myśli nie tylko terror i jego powszednie skutki, ale przede wszystkim ową potworną reżyserię zwaną polityką kulturalną, która rozdziela role, ustawia na scenie, fabrykuje – gdy trzeba – z najwierniejszych komunistów „wrogów ludu”, a – gdy trzeba – przebiera ich za „liberałów”, rozdziela głosy w dyskusjach, daje przydziały na „patriotyzm” i „nieortodoksyjność”, przydziały w ludziach i w papierze, zmieniając w ten sposób szczerość w kłamstwo, a kłamstwo w szczerość, ale pilnując przy tym, aby nikt nie zapomniał, że jest prowokatorem, bo biada temu, kto się nie zatrzyma na gwizdek.  W ten sposób ma się spełnić proroctwo, że wolność jest tylko w komunizmie, bo tylko przez zespolenie woli własnej z komunizmem postępować można z czystym sumieniem.

Zaledwie 18 lat później, komuniści, gdy im było potrzeba, rozdzielili na głosy, kto liberałem, a kto opozycjonistą, kto katolikiem z łaski, a kto socjaldemokratą (choć wszyscy bez wyjątku musieli otrzymać przydział na polrealistyczny patriotyzm), i dali wolność wyboru, nazwali to demokracją i Wolną Polską.  W ten sposób okazało się, że wolność jest tylko w komunizmie i wszyscy – z własnej, nieprzymuszonej woli – zatrzymują się na gwizdek.  A cały tzw. wolny świat wsłuchiwał się w bełkot ludzi pod psychiczną presją, i twierdził, że jest to zdrowy, rozsądny „głos Kraju”.

Mackiewicz dorzucał o statusie prlu:

A dla „sprawy polskiej” byłoby lepiej, żeby PRL włączony został do SSSR.  Natomiast gdybym był ideowym komunistą, to oczywiście byłbym za PRL, za rewizjonizmem, za reformizmem, za ewolucjonizmem etc., tj. za wszystkim co komunizm wzmacnia i uatrakcyjnia na świecie.

Myśl, że włączenie prlu do sowietów byłoby na rękę „sprawie polskiej”, była anatemą dla wszystkich Polaków, czym jednoczyła emigrację z prlem.  Emigracja była dumna z każdego przejawu niezależności polskich komunistów, czym doprawdy kompromitowała się jako emigracja polityczna.  Nic więc dziwnego, że myśl taka nie mogła być wypowiedziana w pismach „emigracji tzw. wolnościowej”, jak ją nazywał Mackiewicz.  Podobnych przykładów jest w ich korespondencji mnóstwo.  Weźmy np. spór Mackiewicza z Grydzem na temat rzekomej polskiej tendencji do nadmiernego przelewu krwi.  Redaktor domagał się skreślenia (z odpowiedzi na Ankietę Mickiewiczowską) niepochlebnych określeń na temat Samosierry i San Domingo, na co Mackiewicz odpierał, że nie ufa polskim źródłom, gdyż są notorycznie stronnicze.

Po ostatniej wojnie, którą przebyłem w kraju pod okupacją i widziałem wszystko własnymi oczyma, a teraz mogę przed własnym sumieniem i Bogiem stwierdzić, że 85% wydrukowanych relacji stanowi jakieś hipnotyczne, masowe łgarstwo, z którym walczyć jest fizycznym niepodobieństwem, gdyż 1.000 świadków przysięgnie w każdej chwili, że było tak, jak – nie było… – nie wierzę w żadne źródła polskie!

Prawdziwy ogień zachował dopiero dla mitu polskiej gotowości do przelewania krwi:

Bieda jest oczywiście nie w tym, że my „przelewamy krew za kogoś”, tylko, że nie chcemy przelewać jej nawet za własną ojczyznę i dlatego bili nas wszyscy po kolei i rozbierali Polskę od dwiestu lat jak kto chce.  Podczas ostatniej wojny na prosowieckich kolaborantów, czyli AK, spadał taki deszcz dolarów i złota, że każdy zabity przez nich Niemiec ważył na pewno mniej i to o wiele.  A teraz krzyczymy, że „nas sprzedali” bolszewikom!

Mackiewicz mógł to napisać tylko w liście, a nie w artykule, gdyż każdy redaktor, nawet Grydzewski i Giedroyc, obawiał się potężnych sfer nacisku związanych z AK.

Londyńska Kontra wydała już kilka tomów korespondencji obojga Mackiewiczów: „Listy do Redaktorów Wiadomości” (warto podkreślić, że II wydanie z roku 2018 zawiera nowo znalezione listy i jest w znacznie rozszerzonym opracowaniu Niny Karsov); „Listy do i od Redaktorów Kultury”; Korespondencja z Pawłem Jankowskim w tomie 26 Dzieł.  Ostatnio ukazał się tom 27 Dzieł, zawierający korespondencję z Juliuszem Sakowskim.  Z wyjątkiem ostatniego, pisaliśmy tu już o tych tomach kilkakrotnie, ale żadne omówienia nie wyczerpią bogactwa tej korespondencji.

Najnowszy tom Dzieł zasługuje na osobną, szczegółową analizę, między innymi ze względu na postać Juliusza Sakowskiego, powszechnie zapomnianego tytana emigracji londyńskiej.  Znajdujemy w nim wiele błyskotliwych zwrotów, krótkich druzgocących ocen, drobnych perełek rozsianych wśród prywatnych listów.

„Maria Czapska…”  Osobiście uważałem ją zawsze za drabinę wspartą o rynnę narodowego faryzeizmu.

Przyznajmy, łatwo zbyć te słowa jako złośliwość zgryźliwego, rozgoryczonego emigranta, ale siła obrazu w tej metaforze jest najwyższej miary.  Wysoka i szczupła, arystokratycznie wyniosła hrabianka Hutten-Czapska, wspierała się całe życie o rynnę, którą spływały z dachu ścieki polskiego narodowego zakłamania.  Jakże to trafne, jak świetnie powiedziane.

Inna wielkość emigracji, Tadeusz Nowakowski, przyjaciel Jana Nowaka, podejrzewany szeroko o utrącenie wydań przekładów powieści obojga Mackiewiczów w Niemczech.

Czy jednak sam Tadeusz Nowakowski jest istotnie „urażony i zgnębiony”, czy może trochę inaczej… nie jestem zupełnie pewny.  Mało się nim interesuję, ale wydaje mi się być węgorzem w ludzkim ciele.

W 1957 roku Mackiewicz napisał List do Redakcji Wiadomości, pt. „Przesada”, który ujrzał światło dzienne dopiero w tomie Kontry.  Zarzucał w nim Nowakowskiemu narodową megalomanię „w dziedzinie zarówno bohaterstwa jak w dziedzinie cierpiętnictwa”.

„Cóż mają – pisze p. Nowakowski – ci i tamci (wymienia różne narody) do powiedzenia! – My jedni wiemy co to było i jak to było.  All copyrights reserved.  For Poles only.” – Hm…  Jeżeli autor był pod okupacją, to chyba pamięta że Żyd, któremu udało się wykombinować „polskie papiery” („aryjskie”!) uważał się w praktyce za uratowanego.  Oczywiście pod warunkiem, że go ktoś z Polaków nie wyda. W zestawieniu więc z losem Żydów, owo „Poles only” wydaje się monopolizacją cierpiętnictwa wbrew prawdzie historycznej.  Ale czy tylko w zestawieniu do Żydów?  Ostatecznie w kacetach hitlerowskich i łagrach bolszewickich znajdował się tylko pewien procent Polaków.

Czy te słowa nie są adekwatnym komentarzem do dzisiejszych dyskusji w prlu bis na temat wyjątkowości polskiej martyrologii?

Pisał w jednym z listów do Juliusza Sakowskiego, na temat „ogłupiania narodu”:

Moim zdaniem, nie można budować ideologii, racji stanu, „realnej polityki” i postawy całego narodu na świadomym łudzeniu tego narodu.  Tak właśnie postępował zarówno rząd w Londynie, jak zwłaszcza AK w kraju, podczas wojny.  Ludzie z tej tradycji wyrośli chcą tę politykę kontynuować.  Jest to polityka, w moim przekonaniu, zgubna.  Nie usprawiedliwia jej fakt, że za jej uprawianie zasilani są z kas obcych państw, podczas gdy za mówienie prawdy grozi strata pomocy materialnej.  Sprowadzilibyśmy wtedy rolę naszej emigracji do ciasnego dziedzińca koszarowego, na którym regulaminowe slogany „podnoszące na duchu” aplikowałby feldfebel, czy jak w wypadku Nowaka, obcy łaps wg instrukcji obcego państwa. – Ale abstrahując od polityki.  Cóż by to była za katastrofa, gdybyśmy cenzurą tego skoszarowania objęli literaturę, publicystykę; rozciągnęli na zakaz krytyki i innego zdania!

Episkopat polski (Wyszyński) jest dziś w skutkach najbardziej niebezpiecznym propagatorem tendencji kapitulacyjnych.  Jakże możemy mu w tym pomagać, zamiast ostrzegać i demaskować?  Pogłębiając masowe oszukaństwo i usypianie społeczeństwa.  Społeczeństwo w kraju jest w znacznym stopniu dlatego tak ospałe i gnijące, że daje się właśnie usypiać przez tych, w których wierzy, że są ich przywódcami duchowymi.  Naszym zadaniem jest raczej budzić go do świadomości zagrożenia.

Ale ta koszarowa cenzura objęła literaturę, objęła publicystykę, i tak dopełzliśmy do dzisiejszego wcielenia prlu.  Nowakowie i Nowakowscy wygrali i ze wszech stron słychać regulaminowe slogany podnoszące na duchu, a jakże, wykrzykiwane tonem internetowego feldfebla.

W 1976 roku pisał Mackiewicz do Sakowskiego o stosunku emigracji do prlu:

Tytuł na pierwszej stronie, na pierwszym miejscu, w Dzienniku z dn. 28.1.76.  Brzmi: POLACY W ANGLII PROTESTUJĄ przeciw nowym zmianom w Konstytucji PRL

Tytuł jest paradoksalny, jeżeli nie absurdalny.  (Nie mówiąc już o wszędzie: „Konstytucji” z dużego K!)  Znaczy Polacy w Anglii chcą zachować konstytucję dotychczasową, stalinowską nb.?  Z dalszych artykułów, wypowiedzi, uchwał, cytat w rodzaju z kazania Wyszyńskiego etc. etc. wynika jednak, że to nie paradoks, że to jest logiczne stanowisko, w którym się m. in. mówi o: „Zagrożeniu Suwerenności PRL” (!!!).  Przecież „suwerenność” PRL jest fikcją, wymyśloną przez Moskwę dla oszukania opinii światowej, i dla oszukania samych Polaków.  Naszym obowiązkiem jest demaskować tę fikcję.  Ale nie stawać w jej OBRONIE!!!

To znowu aktualny komentarz do dzisiejszych „dyskusji” w prlu bis na temat rzekomej ich konstytucji i rzekomej ich suwerenności.  Ale prawdziwy paradoks pojawia się dopiero dziś.  Bo oto tzw. „wszyscy” uznają teraz, patrząc wstecz, niesuwerenność ówczesnego prlu, to znaczy tego sprzed „przemian ustrojowych pokojowej rewolucji roku 1989”, tego, o którym pisał Mackiewicz.  „Społeczeństwo w kraju jest tak ospałe”, że aż odrzuciło post factum istnienie tamtego prlu w numeracji ich „pospolitych rzeczy”, nadając prlowi bis miano iiirp.  A zatem dzisiaj, poniewczasie, Polacy zgadzają się z Mackiewiczem.  Ach, jak niewygodnie!  Bo jeżeli tak, to rzecz jasna, tak samo nie mają racji we współczesnych nam czasach, zawodząc coś niejasno na temat „Wolnej Polski”, „suwerenności i demokracji”, „konstytucyjnego” bądź „niekonstytucyjnego” postępowania ich zarządców.

Rację miała Barbara Toporska, pisząc do Sakowskiego w 1976:

A ten powszechny kult dla propagandy, i te „kulty jednostek” i ten kult „jednomyślności”, w naturalny sposób związany ze wstrętem do myślenia – oczywiście żadnej polskiej antykomunistycznej emigracji nie ma!  Jest antyrosyjska, bo to i tradycja, i w zgodzie z polskim nacjonalizmem nienawidzić wszystkich wokoło, ale niechby to Polakom przypadła rola Moskwy, nie byłoby tu ani jednego emigranta, a Sołżenicyna zadeptano by butami nim by zdołał pisnąć.

Trafna myśl i nasuwająca smutne refleksje: gdyby to Warszawa, a nie Moskwa, była centrum międzynarodowej rewolucji, rozsadnikiem zarazy, nie byłoby Polaka na świecie, który nie odczuwałby dumy z triumfów polskości.  Tfu, co za koszmar.

Oczywiście żadnej antykomunistycznej emigracji nigdy nie było, tak samo jak nie było nigdy żadnego antykomunizmu w Polsce.  Tylko antyrosyjskość, tylko nienawiść do kacapów, i podpieranie się o rynnę narodowego faryzeizmu.



Prześlij znajomemu

4 Komentarz(e/y) do “„Rynna narodowego faryzeizmu””

  1. 1 Stanisław Ogórkiewicz

    Na skutek grzechu pierworodnego żaden człowiek nie jest w stanie posiadać całej prawdy – możemy poznać ją tylko częściowo. Jeżeli ktoś twierdzi, że zna całą prawdę, jest to nieomylny znak, że jest dokładnie odwrotnie. Ktoś, komu dane jest poznać część prawdy, świadomy jest tej sytuacji (pokora), dlatego prezentuje swoją opinię publicznie, by poddać ją dyskusji i krytyce, aby w ten sposób zbliżyć się bardziej do prawdy, ku wspólnemu pożytkowi.

    W opisanej w artykule sytuacji stanowisko grupy ludzi, określanych mianem duchowych i moralnych przywódców narodu (niektórzy rzeczywiście nimi byli, niektórych takimi bezpodstawnie ogłoszono), wyniesione zostało do rangi aksjomatu, niedyskutowalnego dogmatu, którego akceptacja ma być wyznacznikiem patriotyzmu. Postawę ich przedstawia się jako jedynie słuszną, bezalternatywną, czasem nawet utożsamiając ją z polskością. Ludzie ci (Prymas Wyszyński i Episkopat z jednej, a AK i potężne związane z nią emigracyjne lobby z drugiej strony) zostali uznani nieomylnymi, a ich stanowisko za jedynie słuszne. Jest to zabieg niezwykle niebezpieczny, wręcz zabójczy dla dobra wspólnego każdej społeczności. W ten sposób samemu pozbawia się możliwości “sprawdzenia” danego stanowiska, wzmocnienia go poprzez dyskusję i krytykę, co w sytuacji, gdy jest to stanowisko błędne – a tak jest w tym przypadku – jest samobójcze, szczególnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę okoliczności empiryczne (bolszewicka okupacja).

    Otumaniane w ten sposób społeczeństwo ostatecznie uległo tej dyktaturze, zrezygnowało z samodzielnego myślenia i zaakceptowało swoją rolę jako prostych (szeregowych) żołnierzy, wykonujących jedynie polecenia (“”kult jednomyślności”,  w naturalny sposób związany ze wstrętem do myślenia“). Pojawiające się od czasu do czasu wątpliwości były szybko rozwiewane poprzez samo-uderzenie się pałką policyjną politycznej poprawności. Slogany w rodzaju ”Episkopat wie, co robi” kończyły dyskusję i pozwalały powrócić do błogiego stanu śpiączki.

    Ludzi, którzy ośmielają się mieć inne zdanie i prezentują je publicznie, wyłamując się z tej “koszarowej cenzury” obrzucano i obrzuca się błotem populizmu, postrzega jako jątrzycieli i mącicieli, oskarża się o brak patriotyzmu, ich stanowisko określa się jako “anty-polskie”, a czasem posądza o agenturalność.

    Tę dyktaturę pałki policyjnej należy odrzucić. Należy ukazać, że nie jest to stanowisko bezalternatywne, że potrzebna jest nad nim dyskusja. Należy poddać je krytyce i przedstawić alternatywę. Wydaje się, że jedynie w ten sposób można cokolwiek zmienić i dlatego myślę, że artykuły takie, jak Pański, Panie Michale, są krokiem w dobrym kierunku.

  2. 2 michał

    Szanowny Panie,

    Dzięki za dobre słowo. Ma Pan bez wątpienia rację. O ile samobiczowanie się może mieć jakieś zastosowanie w procesie doskonalenia i samo-dyscypliny, to „samo-uderzenie się pałką policyjną politycznej poprawności” służy wyłącznie zduszeniu wątpliwości i zniszczeniu jasnego myślenia.

    Proszę się czuć zaproszonym do przedstawienia alternatywy na witrynie Wydawnictwa Podziemnego.

    Na marginesie, zdaję sobie, rzecz jasna, sprawę, że nie jest to przedmiotem Pańskiego komentarza, ale czy, ściśle rzecz biorąc, niedoskonałość ludzkiego poznania jest wynikiem grzechu pierworodnego? Musiałbym chyba zajrzeć do podręcznników (do patrystyki? do Summy? nie jestem pewien), ale czy pamięć mnie myli, że wedle ortodoksyjnego ujęcia, człowiek został stworzony wolnym, ale o niedoskonałym poznaniu, gdy aniołowie mają doskonałe poznanie i pozostają wolni. Czyżby Adam i Ewa wyposażeni byli w doskonałe poznanie przed Upadkiem?

    PS. Czy jest Pan spokrewniony z sławetnym Klemensem Nemezjuszem Ogórkiewiczem?

  3. 3 Stanisław Ogórkiewicz

    Szanowny Panie Michale,

    Początkowo wydawało mi się, że Pańskie zastrzerzenia są zasadne, ale po lekturze katechizmów i Sumy nie jestem tego pewien.

    Z jednej strony, «Baltimore Catechism» w odpowiedzi na pytanie 248 stwierdza: «The chief blessings intended for Adam and Eve, had they remained faithful to God, were a constant state of happiness in this life and everlasting glory in the next.», nie ma tu więc mowy o wiedzy. Z drugiej jednak strony, w odpowiedzi na pytanie 261 czytamy: «We say our understanding was darkened because even with much learning we have not the clear knowledge, quick perception and retentive memory that Adam had before his fall from grace.»

    Przypuszczam, że gdyby był wsród nas mój pradziad, gwiazda wileńskiej publicystyki lat trzydziestych, którego postać był Pan łaskaw przywołać, rozwiałby on nasze wątpliwości. Niestety, nie ma go wśród żywych, a my, nieszczęśni, zdani jesteśmy jedynie na własne niedołęstwo…

  4. 4 michał

    Drogi Panie,

    To jest ciekawy problem.

    Poznanie Aniołów jest doskonałe. Aniołowie mają pełen ogląd rzeczywistości w całej jej prawdzie. Czy poznanie Adama przed upadkiem mogło być takie samo? Adam nie był Aniołem. Jego percepcja być może nie była jeszcze przytępiona pracą na kawałek chleba, jego retencja mogła być lepsza, bo nie posiadał żadnej pamięci oprócz dni szczęśliwości w Raju. Ale z tego nie wynika chyba, że jego poznanie było doskonałe, że był „w stanie posiąść całość prawdy”.

    Być może taki jest sens tych dwóch cytatów z katechizmu, że upadek spowodował nieuniknione obniżenie możliwości intelektualnych Adama, a za nim ludzkości. Raczej to, niż zejście z poziomu Aniołów do poziomu nas, ludzi?

    Właściwie, może i to ostatnie stwierdzenie jest także niesłuszne, bo percepcja śp. Klemensa Nemezjusza, Pańskiego przaszczura, na pewno przewyższała możliwości wygnanego Adama, choć wszystkim nam razem daleko do doskonałości.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja