III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




VI Ankieta Wydawnictwa Podziemnego składa się z podejrzanych pytań, dla przypadkowego czytelnika z pewnością irytujących, czy nawet obrazoburczych. Od razu można tu wyczuć prowokację, więc profilaktycznie należy wzmóc czujność. Bo przecież przytłaczająca większość obserwatorów bieżących spektakli politycznych, tych zapasów w kisielu, czy też może precyzyjnie reżyserowanych przedstawień, jest zaangażowana emocjonalnie po którejś ze stron pląsających na polityczno-medialnym wybiegu.

Ale przyjrzyjmy się bliżej pytaniom ankiety. Czy rzeczywiście są aż tak obrazoburcze, a przede wszystkim, czy są te pytania, a może raczej sugestie, jakie ze sobą niosą, jakoś specjalnie unikalne w tzw „debacie publicznej”. No dobrze, nie mam na myśli telewizji, czy gazet. Ale czy w drugim obiegu, w internecie nie pojawiają się głosy, które wtórują autorom ankiety WP?

A jakie to pytania? Zacznijmy od początku:

Jaka jest natura współczesnego państwa polskiego? Czy jest to państwo suwerenne? Czy jest to niepodległa Polska?

Zanim sam odpowiem, wspomnę tylko, że są w polskojęzycznym internecie postacie, które od lat głoszą poglądy, które mogłyby posłużyć jako odpowiedzi na powyższe pytania. Stanisław Michalkiewicz, Witold Gadowski, Jerzy Targalski, Sławomir Cenckiewicz, Aleksander Ścios i wielu innych w swoich wypowiedziach definiując otaczającą nas rzeczywistość polityczną ocierają się o stwierdzenie, że państwo, w którym żyjemy nie jest suwerenną, niepodległą Polską, że to wciąż atrapa. Nie mam na myśli jakichś konkretnych cytatów, jest to raczej moja interpretacja wypowiedzi powyższych osób. Kiedy mówią czy piszą o jakimś fragmencie życia politycznego, czy gospodarczego, zauważają patologię, która uniemożliwia osiągnięcie jakiegoś pożądanego przez obywateli efektu. A jednak nikt z nich nie zrobi konsekwentnie jednego kroku dalej i nie wyciągnie wniosku, że zasięg tego zjawiska dotyczy całości, istoty tego tworu. I mimo tego zdają się nie mieć wątpliwości, co do konieczności udziału w instytucjach tego organizmu, w którym przyszło nam żyć. Jest w ich poglądach jakaś wewnętrzna sprzeczność.

Czy zatem, będąc świadomym obserwatorem, można w ogóle uznać dzieło towarzyszy Jaruzelskiego i Kiszczaka, na rozkaz z KGB, za wolną Polskę? Czy jest to państwo stworzone przez obywateli, dla obywateli?

Nie jest.

Idźmy dalej:

Czy po upływie 30 lat, jest to nadal państwowo-prawna kontynuacja polskiej rzeczpospolitej ludowej czy raczej definitywne zerwanie z prlem?

Jeżeli kontynuacja, to czy w istotnych elementach dałoby się zauważyć zalążek przyszłej państwowości polskiej? Jeżeli zerwanie, to na czym ono polegało?

Właśnie, czy jest to kontynuacja peerelu? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba by zdefiniować, czym właściwie był peerel. Według mnie był on, podobnie, jak pozostałe demoludy rezerwuarem mięsa armatniego i zapleczem przemysłowym dla sowieckiej militarnej inwazji na wolny świat. A jeśli tak, to ta konstrukcja polityczna wyczerpała swój resurs gdzieś około przełomu lat 60-70—tych XX wieku. Kiedy stało się jasne, że eksportu komunizmu na Zachód nie da się zrealizować na drodze konfliktu zbrojnego, nastąpiła zmiana strategii. Od tego momentu takie twory, jak peerel straciły rację bytu. Ostateczne zwinięcie całej konstrukcji politycznej nastąpiło w wyniku gorbaczowowskiego NEP-u, w końcu lat 80-tych. Ale co, wobec tego pojawiło się w zamian? Czym są te wszystkie „demokratyczne” państwa Europy Środkowej? Być może w zamyśle Kremla było podrzucenie Zachodowi, a przede wszystkim Amerykanom swego rodzaju konia trojańskiego. Wypchnięcie w struktury NATO sowieckiej agentury mogło dać Moskwie znaczną przewagę taktyczną przy planowaniu kolejnych operacji dezinformacyjnych i w zdobywaniu nowych technologii militarnych. Przypadek Hermanna Simma, dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Ministerstwa Obrony Estonii, pracującego dla wywiadu sowieckiego jest tu dobrym przykładem. Z całą pewnością operacja NEP-u lat 80-tych przyniosła bolszewikom wiele korzyści. Ale czy takie okoliczności decydują o przedłużeniu statusu, kontynuacji peerelu? To już chyba pozostaje kwestią czysto semantyczną, jak można nazwać to, co komuniści stworzyli po 1989 roku. Można chyba jednak zaryzykować stwierdzenie, że biorąc pod uwagę inną funkcję tego tworu, jedyny aspekt kontynuacji polega na całkowitym braku podmiotowości i stuprocentowym uzależnieniu od sił zewnętrznych, w chwili obecnej już chyba nie tylko sowieckich.

Czy w tym czymś (może na potrzeby tej wypowiedzi będę używał dalej określenia peerel bis, bo ono już jakoś tu, na łamach WP wcześniej zaistniało i tak będzie chyba przejrzyściej) można doszukiwać się przyszłej, prawdziwej państwowości polskiej? Mam wrażenie, że to pytanie jest nieco anachroniczne. Biorąc pod uwagę, że peerel bis jest częścią eurokołchozu i nie ma żadnej siły politycznej, która by potrafiła zdiagnozować zagrożenie wynikające z rozlewającego się marksizmu, a nacjonalizmy zostały zaprzęgnięte w tryby nowej machiny, mówienie o powrocie polskiej państwowości jest chyba dyskusją poza tematem. Chyba, że powrót do prawdziwych państw narodowych mógłby powstrzymać pochód komunistów, ale na tym etapie nie wydaje mi się to realne. Może na to pytanie powinien odpowiedzieć ktoś bardziej kompetentny, na przykład jakiś narodowiec?

Czy uporczywe obstawanie przy terminie „prl” w sytuacji, w której 99% społeczeństwa uważa, że żyje w Wolnej Polsce, nie powoduje nieuchronnej konfuzji semantycznej?

Ależ oczywiście, że powoduje! Takie zamieszanie było pewnie jednym z celów budowniczych peerelu bis. O ile przed rokiem 1989 zdarzały się środowiska opozycyjne, które domagały się obalenia pierwszego peerelu i odrodzenia prawdziwego państwa polskiego, to po kulminacji NEP-u już nikt takich postulatów nie podnosił, bo to przecież „państwo polskie”.

Na jaką ocenę zasługuje to coś, w czym żyjemy współcześnie?

Jest lepiej?

Nie da się zaobserwować istotnych zmian?

Jest zdecydowanie gorzej?

Określenia „lepiej”, „gorzej” są względne. Dla kogo lepiej, dla kogo gorzej? Jak to porównać?

Dla zwykłego, zawodowego oficera LWP, który do 1989 roku chodził w glorii chwały i cieszył się (przynajmniej na łamach „Żołnierza Wolności”) szacunkiem, teraz chyba jest gorzej. Nikt oficjalnie go nie pochwali, że na przykład szkolił dzielnych bojowników o wolność i demokrację w Wietnamie, czy Angoli. A i z emeryturą też zdaje się ostatnio coś nie tęgo. Z kolei dla nietykalnych zawodowców z II Zarządu Głównego, ich tajnych współpracowników i ich rodzin pewnie jest zdecydowanie lepiej. Skokowo podwyższyli swoją stopę życiową, więc domyślam się, że chwalą sobie obecną sytuację. Dla zwykłego, przeciętnego obywatela, który z jednej strony ma możliwość zamiatania podłóg w jakiejś zachodniej korporacji i dostaje za to stosunkowo niezłe pieniądze, a z drugiej strony będąc przygniatanym przez niespłacalny kredyt są to pewnie tak zwane mieszane uczucia. Dla kogoś, kto patrzy trochę szerzej na otaczającą go coraz bardziej rzeczywistość, kiedy widzi nadciągające z eurokołchozu marksistowskie wyziewy, rosnących w siłę chińskich komunistów i sowieciarzy czekających cierpliwie na rozwój wypadków, zdaje sobie sprawę, że jest to dopiero preludium do zagrożenia, które jeszcze nie pokazało się w całej swojej przerażającej okazałości.

Czy istnieje możliwość, że współczesna nam forma państwowości polskiej jest groźniejsza nawet niż prl?

Jest tak groźna, jak zjawisko masowej dezinformacji. Wprowadzanie w błąd w skali jakiejś większej społeczności zawsze jest dla niej groźne, bo prowokuje do podejmowania działań, które są efektem braku rzetelnej wiedzy o własnej sytuacji. Dziś ta dezinformacja doprowadziła do tego, że najgorzej poinformowaną jednostką w peerelowskiej „demokracji” jest wyborca przy urnie. Oczywiście tak musi być, bo system, nie może sobie pozwolić na udostępnienie obywatelowi (poddanemu?) wiedzy o statusie tworu, w którym żyje. Nie ma formalnej cenzury, ale molochy medialne filtrują wszelkie nieprawomyślne treści, kształtując fałszywy obraz rzeczywistości. Internet odgrywa oczywiście rolę platformy wymiany wolnych myśli, ale ci którzy tam zaglądają stanowią nikły procent społeczeństwa. Przygniatająca większość jest uzależniona od współczesnego dziennika telewizyjnego.

Czy jest groźniejsza, niż pierwszy peerel? Nie mam doświadczenia tych, do których strzelano w „Wujku”, rodzin Przemyka, Popiełuszki, Niedzielaka, Suchowolca i wielu innych, więc uchylę się od odpowiedzi.

Czy można rozważać naturę tego tworu w oderwaniu od międzynarodowego kontekstu? Jeżeli nie, jak podjąć debatę na temat szerszych implikacji politycznych w Europie i na świecie?

Rozpatrywanie istoty peerelu bis, bez uwzględnienia, że on jest częścią eurokołchozu nie ma sensu. Większość byłych demoludów została przyłączona (można by powiedzieć siłą i podstępem) do tego marksistowskiego molocha, żeby umożliwić realizację starego planu komunistów, polegającego na budowie jednego, wielkiego, totalitarnego superpaństwa, w którym nieliczna kasta będzie miała władzę absolutną. Ten plan jest realizowany na naszych oczach. Czy proces zostanie doprowadzony do końca, to chyba jeszcze nie jest przesądzone. Zbyt wiele zmiennych wchodzi tu w grę. Europejscy marksiści tworzą co prawda narzędzia terroru, cenzurę, ograniczenia gospodarcze, itp, ale póki co cały ten ich terror jest, jakby to powiedzieć, taki pluszowy. Taktyka, jaką wybrali, czyli metoda wprowadzania zmian stopniowych, ewolucyjnych uniemożliwia im rozwinięcie na masową skalę metod bolszewickich, więc wciąż jeszcze pozostaje pole do stawienia oporu. Na czym by ten opór mógł polegać? Czy odwoływanie się do wzmacniania państw narodowych, które marksiści chcą zniszczyć jest jakąś możliwą linią obrony? Nie jestem w stanie odpowiedzieć kategorycznie na to pytanie. Pozornie wydawać by się mogło, że w tym punkcie dążenia narodowców mogłyby pokrzyżować szyki komunistom, ale zamykanie się w narodowych gettach raczej nie daje większych możliwości stawiania oporu rewolucji. Według mnie tylko ponadnarodowy ruch składający się ze świadomych zagrożenia wolnych ludzi mógłby powstrzymać nadciągające zmiany. Narodowcy nie mają chyba takiej optyki i widzą jedynie polski (niemiecki, włoski, ukraiński) interes narodowy, więc łatwo nimi manipulować.

A zatem, jak podjąć debatę na temat zagrożenia wciąż mutującym komunizmem? Trzeba o tym mówić i pisać, dopóki jeszcze się da z takimi tematami trafić do potencjalnych zainteresowanych. Im więcej treści się przekaże, zanim system się domknie, tym więcej szans na realizację jakiejś strategii obrony.



Prześlij znajomemu

25 Komentarz(e/y) do “prl czy coś gorszego?
VI Ankieta Wydawnictwa Podziemnego”

  1. 1 michał

    Panie Jacku,

    Miałem nadzieję, że inni podejmą dyskusję, ale łatwiej dziś o popielniczkę na pędzącym motocyklu, niż o porządną wymianę zdań, choć ta pierwsza jest nieprzydatna, a ta druga – mile widziana. Potencjalni dyskutanci się cykają i chowają głowy w piasek, zamiast bronić swych pozycji, zamiast rzucić swe przekonania na szale polemiki.

    Pisze Pan, że demoludy były rezerwuarem mięsa armatniego dla sowietów. Dlaczego? Przecież ani Rumuni, ani Węgrzy nie byli posyłani walczyć w Afganistanie. Co więcej, poziom życia w tzw. „satelitach” (idiotyczne określenie), był wyższy niż w moskiewskiej metropolii, co się raczej nie składa na obraz wykorzystywanego rezerwuaru i zaplecza. Konsekwentnie, te dzisiejsze „państwa” w pasie Międzymorza, od Estonii do Bułgarii, mają chyba inną rolę, tylko jaką? Koń trojański? Być może, ale taki np. Nyquist, który naiwny nie jest, uważa „Polskę za linię frontu w walce z Rosją”, więc jak to jest? Moja trudność polega na tym, że kontynuacja prlu wydaje mi się wprawdzie niepodważalna, ale jednocześnie pojawia się tu nowa jakość, która wymyka się analizie.

    Co prowadzi mnie do pytania o semantykę: jeżeli użycie nazwy prl bis wprowadza zamieszanie, to może należałoby użyć czegoś w rodzaju „prl plus”? Wobec dwóch proponentów „postprlu” w ankiecie (BaSz i Midmoor) postawiłem kwestię absurdalności „post-czegokolwiek”. To tak, jak gdyby kobieta po drugim małżeństwie, zamiast przyjąć nazwisko drugiego męża, nalegałaby na użycie „post-nazwisko-pierwszego-męża”.

    „prl plus” ma przynajmniej tę jedną zaletę, że wskazuje na to coś dodatkowego, tę nową jakość.

  2. 2 Jacek

    Panie Michale,

    Stalin tworząc demoludy chciał posłać swoich zuchów ramię w ramię z Polakami, Czechami, Węgrami, itd, na zachód, nieść wyzwolenie ujarzmionym narodom europejskim aż po Atlantyk. III wojna jednak nie wybuchła, dysproporcja sił była zbyt duża, sowieci zdawali sobie sprawę z własnej słabości militarnej. Konflikt w Afganistanie wybuchł na innym etapie, wtedy wdrażana była już nowa strategia. Nie można było posyłać na tę wojnę Rumunów, czy Węgrów. Z kolei różnice w poziomie życia w poszczególnych satelitach były kwestią wtórną, wynikającą z lokalnej specyfiki.

    Koń trojański to był raczej etap lat 90-tych. Wtedy gorbaczowowski NEP zebrał swoje żniwo. Sowieci osiągnęli wszystkie cele, jakie stawiali sobie w poprzednich dekadach. Atomizacja NATO, skłócenie USA z europejskimi partnerami, rozbrojenie Zachodu, obcięcie budżetów agencji wywiadowczych, głównie CIA, rozlanie się marksizmu na Zachodzie.

    Natomiast, co do kwestii poglądów Nyquista… Czyli jak to dziś wygląda? Trump (ale i jego poprzednik) postanowił obsadzić nasz rejon swoimi GI’s, licząc na wzmocnienie pozycji negocjacyjnej w targach z Putinem. Uważa najwyraźniej, że można w ten sposób nakłonić sowietów do, co najmniej neutralności wobec konfliktu USA – Chrl. A konflikt taki najprawdopodobniej wybuchnie. Rzecz jasna, nie ze względów ideologicznych, bo Trump nie widzi w ogóle komunizmu w Chinach, tylko ekonomicznych. Mówiąc precyzyjniej chodzi o to samo, o co chodziło w wojnie z Japonią, czyli panowanie nad szlakami morskimi. Tylko, że Cesarstwo Japonii chciało tymi szlakami importować surowce, a chińscy komuniści chcą za ich pośrednictwem eksportować swoje towary, co Trump odczytuje (w kontekście globalnej sytuacji gospodarczej), jako zagrożenie dla pozycji Stanów.

    Więc ja widzę obecny peerel (niech będzie, ze „plus”), jako szachownicę, na której Trump rozstawia swoje figury, przed zasadniczą rozgrywką na Pacyfiku. Jak to wpływa na status tworu, o którym dyskutujemy? Aspektów jest kilka. Po pierwsze Amerykanie z wrodzoną sobie naiwnością nie chcą zauważyć, że działają na terenie przeżartym sowiecką agenturą, co może wpłynąć już nawet nie na potencjalny konflikt zbrojny w tym regionie, ale wręcz na wspomniane negocjacje z Putinem. Po drugie, Amerykanie zmuszają obecne władze do całkowitego posłuszeństwa w realizacji swoich planów. I wygląda na to, że, przynajmniej na poziomie premiera osiągają zamierzony efekt. Po trzecie, realizacja amerykańskich zamiarów wymaga, żeby lokalna armia osiągnęła choć w minimalnym stopniu poziom kompatybilności z US Army, stąd różne gwałtowne manewry mające ten stan uzyskać.

    I po czwarte: kwestia dla mnie najmniej zrozumiała, czyli naciski Waszyngtonu na lokalne władze w sprawie realizacji tzw roszczeń żydowskich. Pozorne wygląda to na jakąś grę Kremla i Tel Awiwu, ale jaki interes mają w tym USA? Nie wydaje mi się, żeby siła lobby żydowskiego w Stanach była aż tak duża, żeby wpływać na działanie w oczywisty sposób sprzeczne z racją stanu.

    Podsumowując, większość cech czyniących peerel peerelem, pozostaje bez zmian. Gdyby Trump zrozumiał, na czym polega dziś prawdziwe zagrożenie, nie tylko dla USA, ale całego Zachodu, mógłby zacząć od naszego poletka i wyrwać czerwone chwasty pod byle pretekstem, ale oczywiście tego nie zrobi, bo jego optyka czerwieni nie rejestruje.

  3. 3 michał

    Panie Jacku,

    Czyli chodzi Panu o przyczynę stworzenia demoludów? Ale nawet w tym wypadku miałbym wątpliwości. Mięsa armatniego Stalinowi nie brakło i bez, powiedzmy, Estonii czy bez csrs, a słabość militarną najlepiej zniwelować przy pomocy mięsa armatniego właśnie. Mnie się wydaje, że to były raczej przygotowania do podboju Europy, sprawdzanie różnych odmian, odstępstw od modelu, przy jednoczesnym zachowaniu istoty rzeczy, tzn. bezpardonowej, przyspieszonej sowietyzacji.

    Czy hipoteza konia trojańskiego przetrwała lata 90.? Jeżeli nie, to nie była słuszna nawet wówczas. Trudno przecież twierdzić, że Odys mógł siedzieć w brzuchu konia przez 10 lat i dopiero potem z niego wyskoczyć i podbić Miasto.

    Myślę, że przecenia Pan strategiczne myślenie strony amerykańskiej. Gdyby tak było, jak Pan mówi, to ten prl nie byłby wcale tak bardzo prlowski.

    Konflikt sino-amerykański nie wydaje mi się możliwy, bo Trumpem kierują interesy. Nie jest w jego interesie wojna gospodarcza (ani tym bardziej militarna) z chrlem, więc przed kampanią wyborczą ogłosi triumfalnie, że wszystko załatwił, bo taki z niego geniusz-„dealmaker”.

    Czy Trump rzeczywiście rozstawia figury do rozgrywki na szachownicy prlu? Czy może mi Pan dać przykłady? Ameryka, jak każde mocarstwo w historii, lubi zmuszać inne państwa do uległości. Nie inaczej traktują Wielką Brytanię, a przecież jest jednak różnica między prlem i UK.

    Roszczenia żydowskie wydają mi się w miarę jasne. Odebrano ludziom ich majątek, odebrano bezprawnie, więc żądają odszkodowań, a kogo obchodzi, że to by zbankrutowało prl? W Ameryce jest gigantyczne i bogate lobby żydowskie (zapewniam Pana, że potężne), więc nic dziwnego, że Trump chce odebrać głosy Demokratom (bo na nich głównie głosują Żydzi amerykańscy). Dlaczego jest to sprzeczne z amerykańską racją stanu?

    Niestety nie znam dzisiejszej Polski, więc nie potrafię powiedzieć, na czym polega ten nowy czynnik, nowa jakość, to jakieś niemierzalne ignotum x, które czyni zeń coś innego niż zwykłą kontynuację prlu.

  4. 4 Jacek

    Panie Michale,

    Sprawdzanie odstępstw i testowanie różnych dróg do sowietyzacji, to chyba raczej metoda zastosowana pod koniec następnej dekady. W latach 40-tych, kiedy Stalin tworzył blok sowiecki, obowiązywała jeszcze doktryna dominacji militarnej. Więc to mięso armatnie miało jednak znaczenie, zwłaszcza do 1949 roku, czyli do pierwszej sowieckiej próby atomowej. Kreml jeszcze przez kolejne dwie dekady łudził się, co do własnych możliwości militarnego podboju świata i dopiero w latach 70-tych podjęto ostatecznie decyzję, że jedyną metodą jest jednak dezinformacja.

    Nie bardzo rozumiem tego o hipotezie konia trojańskiego. Czy przetrwała poza lata 90-te? No, na przykład ja dziś uważam, że ta hipoteza jest słuszna, więc w jakimś tam stopniu przetrwała. Natomiast symboliczni Achajowie wyszli z konia w latach 90-tych i wtedy spełnili swoją rolę.

    Jak wygląda rozgrywka polityczno-militarna w naszym regionie? Sukcesywne zwiększanie ilości wojsk USA – zdaje się, że będzie to więcej, niż jedna brygada pancerna, uszczelnianie dziur w obronie przestrzeni powietrznej od Odry po Pribałtikę, wymuszanie na lokalnych armiach podniesienia poziomu wyszkolenia, budowa systemu antyrakietowego, to wszystko nazywam rozstawianiem figur na szachownicy, nie tylko peerelu, ale w całym regionie.

    Nie podejmuję się prorokować, czy do konfliktu z Chrl na pewno dojdzie, ale prawdopodobieństwo jest duże. I tu nie chodzi o Trumpa, to są zaszłości niezależne od jego prezydentury.

    Z roszczeniami żydowskimi, to chyba nie tak. Nie chodzi o poszczególnych ludzi, bo roszczenia indywidualne są na bieżąco rozpatrywane i tu nie ma sporu. Chodzi o tzw mienie bezdziedziczne, po polskich obywatelach pochodzenia żydowskiego. Czyli o majątek, który zgodnie z prawem międzynarodowym przechodzi na skarb państwa, którego obywatelem był właściciel. Być może organizacje żydowskie uznają, ze skoro peerel to państwo z paździerza i dykty, to można na tym zrobić interes. Ale pal diabli peerel, bo przecież to jego obywatele ostatecznie zostaną bezprawnie obrabowani, bo w ten czy inny sposób za te roszczenia zapłacą. Jak nie w podwyższonych podatkach, to w inny sposób. Natomiast popieranie tego procederu przez Trumpa jest niezgodne z amerykańskimi interesami, bo celowe podburzanie lokalnej społeczności przeciwko USA (zwłaszcza, że jest to społeczność tradycyjnie proamerykańska) ma jednoznacznie negatywny wpływ, chociażby na traktowanie wojsk amerykańskich. Zawsze przyjazna ludność cywilna jest atutem. Tym większym, im więcej wojsk ma tu stacjonować.

    Natomiast, jeśli chodzi o kalkulacje przedwyborcze Trumpa, to chyba też wygląda to inaczej. Polonia amerykańska nie ma oczywiście takiego wpływu na Biały Dom, co lobby żydowskie, ale w liczbach bezwzględnych jest dużo silniejsza i będzie miała znaczenie w nadchodzących wyborach, a jej sympatie Trump skutecznie traci. Dlatego mówię, że nie rozumiem jego postawy.

  5. 5 michał

    Panie Jacku,

    Spróbuję odpowiedzieć obszerniej później, ale na razie ten koń trojański.

    Hipoteza konia trojańskiego oznacza chyba, że ktoś jest przyjęty z otwartymi rękami, ale okazuje się być agentem wroga I przyczyną upadku. Koniem trojańskim byłby np. Nosenko. Jeżeli prl miał być koniem trojańskim w NATO w latach 90., to czy można nadal utrzymywać, że jest nim w roku 2019? Byłem przekonany wówczas, że hipoteza konia jest słuszna, że wojska demoludów rozbiją NATO od wewnątrz. Ale trudno mi to podtrzymać dzisiaj. Nie dlatego, żebym miał wątpliwości co do schyłku NATO. Nie. Raczej dlatego, że zmierzch Paktu Atlantyckiego dokonywa się rękami Zachodu, a nie dzięki koniom trojańskim demoludów.

    Czy istnieją jakiekolwiek dowody, że udział demoludów w NATO jest sterowany z Moskwy?

  6. 6 Dariusz Rohnka

    Panowie,

    Odnośnie wojsk ludowych w NATO oraz koncepcji konia trojańskiego, wydaje mi się że ta hipoteza wciąż nie straciła swojej aktualności. Kadrę dowódczą bloku przyjęto do Paktu z otwartymi ramionami, włącznie ze swoistą legendą jaką wnieśli do organizacji i nikt, nigdy nie próbował weryfikować ich bona fides (nie licząc drobnych afer o charakterze szpiegowskim).

    Miałem w rękach powieść Richarda Shirreffa, jednego z wyżej postawionych dowódców NATO „2017. Wojna z Rosją‟, której co prawda nie udało mi się przeczytać, ale zerknąłem na wstęp.

    Pierwszy dzień aneksji Krymu, gen. Shirreff, przebywający w tym momencie w głównej kwaterze NATO, spędził przed szklanym ekranem telewizora, pogłębiając wiedzę o aktualnej sytuacji w świecie przy pomocy stacji telewizyjnych w rodzaju CNN i BBC. Dopiero nazajutrz pojawił się na konferencji z udziałem kolegów po fachu. W konferencji wzięli także udział mocno skonfundowani sytuacją jawnej agresji przedstawiciele państw bałtyckich, wszystko wyżsi oficerowie. Gen. Shirreff z troską obserwował ich nerwowe reakcje i niepokój, nazywając niektórych z nich swoimi przyjaciółmi. Owi przyjaciele byli w pojęciu Shirreffa niegdysiejszymi ofiarami sowieckiego systemu. Siłą zmuszeni zostali do służby wojskowej, siłą nakłonieni do nauki w szkołach oficerskich oraz zajęcia stanowisk dowódczych w szeregach armii związku sowieckiego etc. etc. Stali się wolni dopiero wraz z upadkiem komunistycznego imperium. Taka w każdym legenda (przekazana przez jego nowych przyjaciół) zakotwiczyła się w głowie wziętego generała/powieściopisarza.

    Nie zauważyłem cienia refleksji – jak to tam mogło w istocie być z ową służbą w sowieckim wojsku. Czy rzeczywiście zmuszano ludzi do przyjmowania szarż oficerskich siłą? Czy był to raczej proceder o pewnej dozie dobrowolności? Czy Shirreff ma przed sobą lojalnych przedstawicieli „upadłego‟ systemu czy odwrotnie – ofiary tego systemu?

    Opowiedziana przez Shirreffa krótka historia miała miejsce zaledwie 5 lat temu, w 2014 roku. Podający się za ofiary komunistycznego systemu oficerowie (którzy swoją służbę oficerską rozpoczęli w l. 80. XX w.) zapewne nadal pracują w centrali NATO, a jeżeli przeszli już na emeryturę, stanowiska po nich zajęli młodsi stażem oficerowie, za to ukształtowani w pełni pod ich bezpośrednią kuratelą.

    W moim przekonaniu wewnątrz konia trojańskiego nadal siedzą Odyseusze.

  7. 7 Jacek

    Darek,

    Postawa Shirreffa może być oznaką swego rodzaju, jak to się dziś mówi, politycznej poprawności w armii. Że nie podważamy wiarygodności naszych nowych sojuszników. Tylko pytanie, czy za tą gładką mową faktycznie stoi kompletna ignorancja granicząca z głupotą, czy jednak kontrwywiad jakoś kontroluje sytuację.

    Ja widzę takie możliwości: albo Amerykanie zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa infiltracji sowieckiej i byłe demoludy traktują wyłącznie jako teren pod bazy wojskowe na zasadzie zdobywania Dzikiego Zachodu (Wschodu). Czyli okopują się w fortach i funkcjonują jako zdobywcy na wrogim terytorium, nie ufając tubylcom. W pewnym stopniu na rzecz tej wersji świadczyłby status takich systemów uzbrojenia jak pociski JASSM, czy Patriot. Teoretycznie są one (lub niebawem mają być) na wyposażeniu tutejszej armii, ale kody startowe i system rozpoznania celów są całkowicie po stronie amerykańskiej, tak jakby zostawiali sobie pakiet kontrolny.

    Druga możliwość jest taka, że jednak przeprowadzili jakąś weryfikację (o której nie wiemy), przynajmniej części kadry i tą dopuszczają do wnętrza systemu obrony, a resztę trzymają w izolacji.

    No i trzecia możliwość, że poszli całkowicie na żywioł i wynurzenia Shirreffa są całkowicie szczere.

    Swoją drogą jego powieść jest zaskakująco naiwna w warstwie sensacyjnej. Sądząc po sposobie narracji, wzorował się chyba na MacLeanie, ale nie zaczerpnął od niego tych charakterystycznych piętrowych intryg, które były znakiem rozpoznawczym tamtych powieści. W efekcie wyszła z tego dość mdła opowiastka.

  8. 8 Jacek

    Panie Michale,

    Ja rzecz jasna żadnych takich dowodów nie mam. Tu zresztą nie musi chodzić o bezpośrednie sterowanie z Moskwy całymi armiami przyjętymi do NATO. Wystarczy umieścić jednego, dwóch kretów w kluczowych punktach i można sabotować lub inwigilować na dużą skalę działalność sojuszu. Tak właśnie było w przypadku wyżej wzmiankowanego Hermanna Simma.

    Natomiast jeśli chodzi o przyczyny rozpadu NATO, to „upadek” sojuza miał tu chyba kluczowe znaczenie. Skoro zniknął przeciwnik, zniknęła dyscyplina i strach spajający dotychczasowe struktury.

  9. 9 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Opowieść Shirreffa jest wedle mnie podszyta niekłamaną empatią dla biednych sojuszników z Litwy, Łotwy czy też Estonii, którym ponownie zagraża odwieczny wróg – Rosja. Jeżeli chodzi o kody i inne tego typu sprawy, o których nie mam pojęcia, nie eliminowałbym możliwości, że Amerykanie z czystej arogancji, aby nie powiedzieć – pogardy dla wschodnich sojuszników programowo zachowują wszelkie istotne elementy dowodzenia dla siebie (znając jako tako historię wojen wywiadowczych USA i sojusznicy kontra związek sowiecki nie ma to praktycznego znaczenie – wszelkie możliwe tajemnicy i tak dawno już wypłynęły).

    Przy okazji drobna refleksja – przy obecnym stopniu zaawansowania technologicznego, istnienia podzespołów elektronicznych (co do których właściwej funkcji nie da się zapewne nic powiedzieć), miniaturyzacji – jaki jest sens kupowania broni od najbardziej nawet zaprzyjaźnionego państwa? Przecież byle najdrobniejszy chip wbudowany w dowolny podzespół może spowodować destrukcję najdroższego sprzętu, broni, pocisków… jeżeli tylko zajdzie ze strony sprzedającego podejrzenie, że sprzęt ten mógłby być wykorzystany niezgodnie z jego własnym interesem.

    Jeżeli chodzi o obecność amerykańskiego wojska na terenie peerelu, do tej pory sądziłem, że mają dostatecznie wiele oleju w swoich głowach, aby tu nie wdeptywać. Świadczyć może o tym nadal praktyka dezawuowania śmielszych projektów (typu – Fort Trump). Skoro jednak całkiem nie zdają sobie sprawy co dzieje się na Kremlu i w okolicy, to kto wie – może faktycznie myślą o większej liczbie żołnierza tutaj.

    Strach pomyśleć, jakie to daje szalone możliwości bolszewikom.

  10. 10 Jacek

    Darek,

    Nie wiem, jak to jest z najnowszymi systemami uzbrojenia. Być może masz rację i cały ten sprzęt za naciśnięciem guzika gdzieś w Pentagonie staje się bezużytecznym szmelcem. Ale to tym bardziej stanowi dla Amerykanów zabezpieczenie, gdyby tu się objawił jakiś drugi Simm.

    Ja myślę, że obecność US Army w naszej stranie, póki co jest kartą przetargową Trumpa, który chce, jak to biznesmen zrobić dobry interes z towarzyszem Putinem. Natomiast, zupełnie niezależnie od kalkulacji Trumpa, obecność wojsk amerykańskich tutaj może mieć wymiar strategiczny, na wypadek, gdyby jednak interes się nie udał i znowu wybuchła burza nad Pacyfikiem.

  11. 11 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Chodzi Ci o to, jak rozumiem, że te kilkaset czy parę tysięcy US żołnierzy miałoby szachować Putina, co by nie poparł chrl? Nie wykluczałbym, że taka koncepcja może faktycznie istnieć, ale zdaje się być ździebko zabawna. Gdyby faktycznie doszło do wielkiego konfliktu na Dalekim Wschodzie, na czym będzie najwięcej zależeć Amerykanom (poza zwycięstwem rzecz jasna)? Na możliwym uniknięciu konieczności otwarcia drugiego frontu. Na niczym innym. Wyobraź sobie, jakie to da możliwości Putinowi, czy komukolwiek innemu na jego miejscu.

    Przecież nie wystraszy się jednej amerykańskiej brygady, tym bardziej, że ta ostatnia będzie miała akurat spore kłopoty z ludnością tubylczą, której zapewne nie spodoba się, że omyłkowo wystrzelony patriota (czy jakie inne licho) spadło na Wronią w W., niszcząc piękny, okazały, wysoki budynek.

  12. 12 michał

    Panie Jacku,

    Przepraszam, źle się wyraziłem. Dowodów, rzecz jasna, oczekiwać nie należy (choć mogą się z rzadka zdarzyć), miałem na myśli raczej poszlaki, wskazówki, jakieś podstawy do takich domniemań. Ja takich nie widzę, a powieści dostarczać ich nie mogą z definicji.

    Zmierzam do tego, że hipoteza konia trojańskiego nie może mieć zastosowania po 20 latach. Koń nie może stać na placu w Troi przez dwie dekady i nadal spełnić swą rolę. Jeżeli prlowskie wojsko spełnia jakąś rolę dla sowietów w strukturach NATO, to trzeba na to znaleźć inną metaforę.

    Krety i wtyczki byli zawsze. Nosenko był skuteczną wtyczką, nie mówiąc już o Philbym i sitwie z Cambridge. Ale do ich istnienia nie trzeba było od razu udawać upadku komunizmu i przyłączać wojska demoludów do NATO. Sądzę, że brzytwa Ockhama obowiązuje w każdym rozumowaniu.

    Znowu, tzw. „upadek komunizmu” miał być wystarczającą przyczyną dla rozwiązania NATO, ale ono nie nastąpiło. Po 10 latach koń trojański demoludów – nadal nic. Jest teraz 30 lat później, więc musimy chyba zrewidować poprzednie metafory, nie? Proszę mnie źle nie zrozumieć, bo sam byłem takeigo zdania przed laty, po prostu wydaje mi się to naciągane po 20 latach.

    Mamy do czynienia ze zmierzchem NATO, ze schyłkiem, ale nie widzę – mogę się mylić – żadnego w tym udziału ze strony sowieckiej. NATO chyli się ku upadkowi, bo mieszkańcy Zachodu, jak mieszkańcy Sybaris 2500 lat przed nimi, są sybarytami i nie chcą się bić w swojej własnej obronie.

  13. 13 michał

    Panie Jacku,

    Wracając do pozostałych kwestii przez Pana poruszonych.

    Pańska interpretacja kalkulacji elektoralnych Trumpa wydaje mi się przekonująca. Rzeczywiście, więcej jest pewnie polskich głosów niż żydowskich. Tylko że żaden kandydat tak chyba nigdy nie kalkulował. Przyzna Pan jednak, że kalkulacje wyborcze to jedno, a racja stanu, to co innego. Nie wydaje mi się, żeby takie stanowisko było sprzeczne z amerykańską racją stanu.

    Natomiast „przyjazna ludność cywilna”? Raczy Pan żartować. Kiedy Pentagon rzekomo nauczył się lekcji z Wietnamu i US Army miała „wygrywać serca i umysły” podbitej ludności w Iraku, to naprawdę żołnierze pisali na murach: DIE, RAGHEAD! DIE!

    W konflikcie sino-amerykańskim trzeba chyba wyraźniej odróżnić dwa aspekty. Pierwszy aspekt ma na imię Trump. To on wywołał wojnę handlową, tit-for-tat taryfowe, wprowadził marże i utrudnił chrlowcom handel. Miał rację, ale – w moim głębokim przekonaniu – uczynił to z czysto egoistycznych powodów, tj. dla wywołania kryzysu, który następnie rozwiąże i ogłosi swój własny geniusz przed wyborami. To jest prymitywny człowiek, który wierzy w swój własny geniusz. Jedyny sposób, w jaki może wygrać kolejne wybory, to stworzyć sztuczny „boom” (nie wiem, jak to po polsku) czyli wzrost gospodarczy, wzrost na giełdzie i ogólne świetne samopoczucie. A że po jego wyborze nastąpi krach, to już go mało obchodzi. Nie różni się w tym ani na jotę od Clintona, który dokładnie to samo zrobił w latach 96-98, tworząc tym podstawy do krachu z lat 2000-03. Ale dość o tym.

    Pan natomiast, mam wrażenie, ma raczej na myśli tzw. „nieunikniony konflikt sino-amerykański”, który ma musieć nastąpić w ciągu najbliższych 20-30 lat. Promują taki pogląd ci, którzy nie widzą, że chrl to komunizm. Są to głównie marksizujący myśliciele i dziennikarze, którym wydaje się, że konflikt między KAPITALISTYCZNYMI I IMPERIALISTYCZNYMI potęgami jest nieunikniony. Delikatnie mówiąc, wydaje mi się to niesłuszne (niedelikatnie: to jest marksistowski bełkot). Jeżeli taki konflikt rzeczywiście nastąpi, a nie musi, to raczej między osią sowiecko-chrlowską, a upadającym Zachodem. Nie musi nastąpić, ponieważ komuniści nas wszystkich najprawdopodobniej połkną pokojowo, bez konfliktu, bez tarcia i bez mrugnięcia okiem.

  14. 14 Jacek

    Darek,

    Oczywiście, że jedna brygada pancerna niewiele znaczy. Ale też jest to dopiero początek gromadzenia kontyngentu. Poza tym siły pancerne, które tu się znajdą mają za zadanie powstrzymać tylko pierwsze uderzenie z Kaliningradu. W 2016 roku Amerykanie pokazali, że są w stanie w ciągu kilkunastu godzin przerzucić dywizję powietrznodesantową na Kujawy. To był przekaz dla sowietów, że w ciągu kilku dni mogą mieć nad głowami połowę Fortu Bragg. Więc tu, na miejscu kontyngent nie musi być jakoś bardzo wielki.

    Poza tym Amerykanie naciskają na jak najszybszą budowę największej w tym regionie bazy lotniczej pod nazwą Centralnego Portu Lotniczego, który zapewni zaplecze dla lotnictwa taktycznego z Aviano i Ramstein i ciężkich transportowców.

    Takimi środkami jankesi chcą szachować Putina, a nie jedną brygadą pancerną.

    Stany ciągle jeszcze zachowały zdolność prowadzenia działań na dwóch frontach jednocześnie, czego nie potrafią sowieci, ani chińscy komuniści. Oczywiście w tej kalkulacji najsłabszym ogniwem jest chęć polityczna prowadzenia walki, ale to już oddzielna kwestia.

  15. 15 Jacek

    Panie Michale,

    Schyłek NATO ma według mnie ścisły związek z „upadkiem” sojuza, ale oczywiście bierność i rozkład wewnętrzny Zachodu też odegrał olbrzymią rolę.

    Jeśli chodzi o konflikt USA-Chrl, to wydaje mi się, że może on mieć charakter czysto gospodarczy i to raczej Stany będą motorem dążącym do wojny, dopóki jeszcze mają przewagę. Nie ma to nic wspólnego z marksistowską wizją walki ideologicznej kapitalistów z totalitarystami. Trumpowi chodzi wyłącznie o interesy. A jest on na tyle nieprzewidywalny, że nie wiem, czy skończy się wyłącznie na manewrach przedwyborczych.

  16. 16 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Stany zachowały zdolność walki na dwóch frontach? Nie bardzo wiem co masz na myśli. Czy porównujesz fronty walki wielkości tego z Iraku i z Afganistanu, z potencjalnymi frontami: ludowo-chińskim i sowieckim? A co, jeżeli równocześnie przyjdzie im się zaangażować na przykład w konflikt z Koreą i z Iranem?

    Poza tym musieliby poważnie brać pod uwagę użycie przez sowietów taktycznej broni atomowej. Czy są/będą gotowi przeprowadzić symetryczny atak odwetowy? Czy ich opinia publiczna wytrzyma podobne napięcie?

    Weźmy pod uwagę jeszcze jedno. związek sowiecki w całej swojej historii nigdy nie występował jako jawny agresor, a przynajmniej nie przypominam sobie takiego konfliktu. Jeżeli gdzie wkraczali to zawsze z bratnią pomocą lub w celu uchronienia lokalnej ludności przed koszmarem wojny. Wyjątek stanowi wojna z Finlandią, kiedy „zostali zaatakowani‟ przez Finów.

    Czy amerykańska dyplomacja gotowa jest stawić czoła także takiej, pokojowo-humanitarnej retoryce?

    Pomijając znikome prawdopodobieństwo wybuchu konfliktu zbrojnego, mogą sobie Amerykanie instalować tu brygady i nawet dywizje, budować bazy i infrastrukturę. W razie niespodziewanej wojny pozostanie jeden problem – jak się stąd dyskretnie wycofać.

  17. 17 Jacek

    Darek,

    Który front walki z Irakiem masz na myśli? Pustynną Burzę? Tak, uważam, że Amerykanie byliby ciągle zdolni do prowadzenia operacji tej skali, równolegle do wojny powietrzono – morskiej z Chrl. Korea Północna byłaby częścią tego drugiego konfliktu, nie ma potrzeby rozpatrywania trzeciego frontu w tym kontekście. Krld nie ma ani floty, ani skutecznych systemów przenoszenia ładunków nuklearnych, to papierowy tygrys zdolny tylko do politycznych demonstracji. Iran byłby w razie czego kontrowany przez Izrael, Stany nie musiałyby się nawet oficjalnie angażować na Bliskim Wschodzie. Ale to oczywiście tylko teoretyczne rozważania możliwych scenariuszy z taktyki wojskowej, praktyka polityczna, to co innego.

    Co do potencjalnego użycia przez sowietów taktycznej broni jądrowej, to masz rację, jest to czysty hazard. Z całą pewnością lewaccy aktywiści zrobiliby wszystko, co mogliby, żeby doprowadzić do powtórki z Wietnamu.

    Ewentualność, o której piszę na początku tej wypowiedzi byłaby realna tylko w przypadku, gdyby w Białym Domu zasiadał ktoś będący skrzyżowaniem Reagana z Georgem Pattonem. Wiem, mrzonki…

    Ale technicznie, militarnie, ciągle jeszcze jest to możliwe.

  18. 18 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Irak i związek sowiecki to raczej dwa różne potencjały militarne, nie sądzisz?

    Ale to jeszcze fraszka w zestawieniu z możliwością zagospodarowania, utrzymania zajętego terenu po krótkim incydencie militarnym. Zdaje się, że poza maleńką Grenadą, Amerykanie nie mają na koncie żadnego sukcesu w tym aspekcie od czasu zakończenia ii wś.

    A przecież teraz mieliby prowadzić operacje wojenne przy całkowitej nieznajomości kontrolowanego terenu (w sensie politycznym i militarnym – sądziliby przecież zapewne, że ludowe wojsko stoi za nimi murem, gdy tymczasem stałoby, owszem, ale od kaprala w dół). Nie byłoby ani odrobiny lepiej aniżeli w Iraku czy Afganistanie, jeżeli już to zdecydowanie gorzej, wziąwszy pod uwagę kwalifikacje polityczne, propagandowe, wywiadowcze wroga z tutejszowa.

  19. 19 michał

    Panie Jacku,

    Co do amerykańskiego potencjału militarnego, to wydaje mi się bezdyskusyjne, że przewyższa chrl, sowiety, krl i Iran razem wzięte, ale klucz leży w słowie „potencjał”. Oni nie zamierzają tego potencjału zaktualizować, a bez woli użycia, siła jest niczym. Zasadnicze pytanie jest chyba inne. Czy Stany walczyłyby w obronie Europy? W moim przekonaniu, owszem, w obronie Europy Zachodniej, ale nie w kwestii Europy Środkowej, tzn. od Węgier i Polski na Wschód. Dlatego (między innymi dlatego) sowieci nie zaatakują Europy, tylko wezmą ją przy pomocy rodzimej dla każdego kraju kanalii (wedle recepty Kelusa: nie był potrzebny żaden sąsiad, rodzimej dosyć jest kanalii; zapewniam, że więcej jej na Zachodzie niż w prlu).

    Wracając do NATO. Czy nie zaprzecza Pan sobie? Jeżeli schyłek Paktu wynika z przedstawienia „upadku k”, to po co jeszcze koń trojański w postaci demoludów na placu Troi? Tymczasem upłynęło 30 lat i NATO istnieje. Słabe i coraz bardziej chylące się ku upadkowi, ale nadal istnieje.

    Czy mówi Pan, że Trump może wywołać wojnę – otwartą, gorącą wojnę – z chrlem? Poważnie? Wydaje mi się to zupełnie wykluczone. Trump, to jest klasyczny „bully”, człowiek, który gnębi i upokarza słabszych, ale nie zbliży się nawet do kogoś, kogo postrzega jako zagrożenie, z takim będzie „negocjował”. Stąd moje przekonanie, że jego „wojna taryfowa”, to jest gra. Gra obliczona na podbudowanie wewnętrznego poparcia (nawet niektórzy Demokraci go popierają w tej kwestii).

  20. 20 Andrzej

    Jacku,
    Darku,

    Można oczywiście dyskutować kwestie militarne (w nieskończoność) ale czego nauczyła nas historia konfliktów tzw. wolnego świata z komunistami? Otóż, pomimo znacznej przewagi technicznej, lepszemu wyszkoleniu i zapewne dużo lepiej rozwiniętej „myśli wojskowej” (lepszej organizacji i pracy sztabowej itd.), żaden z konfliktów z komunistami z drugiej połowy XX wieku nie został przez tzw. Zachód wygrany. Przeciwnie, albo kończyły się połowicznymi sukcesami jak w Korei albo klęskami jak w Wietnamie. A to dzięki bezkrwawemu podbojowi tzw. Zachodu od środka przez komunizm. I to mi się wydaje być najistotniejsze. W ten sposób komuniści wygrywali strategicznie każdy konflikt.

    Wojna w Iraku nie była wojną z komunizmem, którego przecież już tzw. Zachód nie dostrzegał. Nie dostrzega go także obecnie w ChRL. Trump dziś robi jedno, a jutro zrobi coś zupełnie przeciwnego. Jest bowiem nieprzewidywalny i chyba dlatego sowieci tak go wspierali trzy lata temu i teraz mu przyklaskują (i znajdą zapewne sposoby aby go wesprzeć za rok). Prowadzi wojnę celną z ChRL ale wczoraj spotykał się z Kimem a jutro pewnie spotka się z Putinem. A komunistyczny Wietnam to dziś sojusznik USA. Pojutrze, być może Trump będzie się spotykał z Xi a wojował z Kimem czy z Putinem (chociaż wobec niego jest konsekwentnie dziwnie wstrzemięźliwy od samego początku). Teraz, po czystkach w administracji, jak mi się zdaje, nie ma wokół siebie osób, które by go powstrzymały przed zrobieniem czegokolwiek zechce. A może zechcieć wszystkiego, w tym oddania całej Europy sowietom o ile mu się to spodoba. Uważa, że „robi interesy”, a jak wiadomo komuniści doskonale opanowali sztukę „robienia interesów” z zachodnimi naiwniakami i poputczykami. To, że tak wygląda dziś Ameryka i świat nie jest wynikiem militarnej rywalizacji tylko słabości wewnętrznej USA i jego sojuszników.

  21. 21 Jacek

    Panie Michale,

    Porównanie do konia trojańskiego pewnie nie oddaje idealnie sytuacji z lat 90-tych. W tym przypadku we wnętrzu znajdowali się szpiedzy i dywersanci. NATO istnieje na papierze, ale nie liczy się jako siła militarna. Są tylko osamotnione Stany.

    Nie wiem, co ostatecznie zrobi Trump. Jest nieprzewidywalny. Ale wojna na obecnym etapie wydaje się dla Stanów jedynym wyjściem, jeśli chcą zachować dominującą pozycję gospodarczą. A Trump tylko taki problem widzi.

  22. 22 Jacek

    Andrzej,

    Oczywiście, że słabość polityczna Zachodu jest powodem obecnej zapaści, a przegrana w Wietnamie była objawem wewnętrznego rozbicia państwa.

    Być może, nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że ta ewentualna wojna, o której dyskutujemy będzie inna, niż Wietnam, czy Korea. Amerykanie widzą zagrożenie gospodarcze, nigdy wcześniej takiego za strony komunistów nie było. Skoro teraz Trump widzi tylko chińskie koncerny zagrażające amerykańskiej gospodarce, być może będzie to mobilizujące do zdecydowanych działań.

    Darek,

    Wydaje mi się, że na tej wojnie nie będzie chodziło o zajmowanie terytorium przeciwnika, tylko o neutralizację jego militarnych możliwości. Kto wie, być może wystarczą punktowe ataki na centra dowodzenia i wyrzutnie rakiet.

  23. 23 michał

    Panie Jacku,

    NATO jest potencjalnie jedyną nadzieją, powinno nas zapewne napawać otuchą, że pomimo wszystko nadal istnieje. A jednak trudno się nie zgodzić z Panem, że Pakt istnieje tylko na papierze. Paradoks jest chyba taki: otóż jedyne, co mogłoby uratować NATO, to sowiecka agresja. Przypuszczam, że niestety zdają sobie z tego sprawy w Moskwie.

    Naturalnie obaj nie wiemy, co zrobi Trump, ani co się stanie. Na temat przyszłości możemy tylko daremnie spekulować. I kontynuując takie dywagacje, nie wydaje mi się słuszne, że wojna z chrl jest dla Stanów jedynym wyjściem. Wydaje się Pan zapominać, że Ameryka z zamkniętą gospodarką i wysokimi cłami, Ameryka-ideał izolacjonistów, zamknięta na kłódkę i schowana za murem, pozostanie nadal potęgą gospodarczą, a chrl nie.

  24. 24 Jacek

    Panie Michale,

    Na czym opiera Pan twierdzenie, że Ameryka za zamkniętymi drzwiami pozostanie potęga gospodarczą? Jakie mechanizmy muszą zadziałać, żeby tak się stało? Odizolowane Stany bardzo szybko zaczną cierpieć na nadprodukcję, w przypadku żywności już ma to miejsce. Wyłączenie USA ze światowej gospodarki zniszczy dolara jako waluty światowej, a tego właśnie Amerykanie boją się najbardziej. Czy może się mylę? Jak Pan to widzi?

  25. 25 michał

    Drogi Panie Jacku,

    Na tym głównie, że Ameryka jest potencjalnie samowystarczalna. Nie musi prawie niczego sprowadzać, choć to robi, nie musi prawie niczego eksportować, choć oczywiście jest jej to na rękę. Koncepcja „splendid isolation” jest angielska, ale te wyspy samowystarczalne nie są, wręcz przeciwnie, są bardzo biedne w porównaniu z resztą Europy (dlatego właśnie, zmuszeni niesłychaną nędzą Brytyjczycy ruszyli na podbój świata). Koncepcja to może być jednak zrealizowana np. w Australii (do pewnego stopnia, choć nie pamiętam szczegółów, czegoś zasadniczego im brakuje, być może za bardzo są uzależnieni od eksportu surowców), ale prawdziwym ideałem dla izolacjonistów jest Ameryka.

    Dolar jako waluta światowa wcale nie jest dobry dla amerykańskiej gospodarki. Jest dobry dla ich „imperialnego samopoczucia”. Ilość dolarów poza kontrolą Fed jest nie do wiary. Oczywiście przeszkadza im to mniej, niż przeszkadzałoby komukolwiek innemu, dosłownie, bo nie mam wcale na myśli oczywistego przykładu yuana, którego kontrola jest całkowicie w ręku politbiura, ale także yen czu euro – nikt by na to nie pozwolił. A Amerykanie pozwalają, bo uważają się za pępek świata. To samo dotyczy US Treasury Notes, które są w wielkiej proporcji trzymane przez obce rządy. Nie znam cyfr w tej chwili, ale kilka lat temu Pekin miał grubo ponad bilion dolarów w UST (polski bilion, czyli anglosaski trylion). Kilka lat temu ponad 6 bilionów dolarów w UST było trzymane przez obce rządy, gdy tylko 2 bilony były w euro.

    Nie mówię wcale, że izolacja nie niosłaby żadnych kosztów dla Stanów. Nadprodukcja jest oczywiście wielkim problemem nawet teraz, kiedy mają rynki zbytu. Ale jest to rynek tak ogromny, bogaty i zróżnicowany – i najważniejsze: giętki – że prędzej poradzą sobie z tym niż chrl. Proszę pamiętać, że odpowiadałem tylko na Pańską hipotezę, że wojna z chrl jest dla Ameryki nieunikniona, bo to wojna o dominację gospodarczą. Nie wydaje mi się to słuszne.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja