Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Dariusz Rohnka


Walka z bolszewizmem

Czy jest możliwa? Jakimi środkami? Przez kogo miałaby być prowadzona?

Nie będzie dzielenia włosa na czworo. Przekonywania, że bolszewizm to nie jakieś tam urojone widmo przeszłości, ale zjawisko aktualne, żywe, wielolice, różnokształtne. Nie będzie wsłuchiwania się w głosy mamroczące po kątach, że przewrócić tej obrzydliwości nie sposób. Nie ma na to prozaicznego czasu. Jutro, najpóźniej pojutrze bolszewizm zmieni swoje obecne „liberalne‟ oblicze, a wszelka dyskusja, także możliwość działania – odejdą w niebyt.

Dekady temu Barbara Toporska napisała: „Moim zdaniem, walka jest niemożliwa, więc tym bardziej należy do niej dążyć.‟

Niezależnie od aktualnej sytuacji politycznej, nastrojów, mód, stosunków panujących wokół, walka z komunizmem/bolszewizmem powinna być zawsze nadrzędnym celem. Nieważne, czy jest akurat lepiej czy gorzej na świecie. Czy możemy wojażować bez przeszkód, czy jesteśmy skazani na ciągłe gnicie w absurdalnych oparach peerelu, czy kto wie – nie wolno nam akurat wychodzić poza zonę obozu koncentracyjnego, w którym odsiadujemy karę 30 lat więzienia za wypowiedziane niebacznie wraże wobec systemu słowo. Jeśli idzie o zasadę – o walkę z bolszewizmem – warunki, w jakich egzystujemy, sytuacja polityczna (a raczej ideologiczna), z jaką zmuszeni jesteśmy się borykać, nie są najważniejsze. Myśl o walce nie powinna nas opuszczać nawet w najmniej/najbardziej komfortowym położeniu.

Warunki – i owszem – mają znaczenie, ale tylko w odniesieniu do zagadnienia – co możemy zrobić, co wydaje się potencjalnie możliwe, co nie. Dlatego – sądzę – o warunkach właśnie (tu i teraz), o mniej lub więcej realnych szansach powodzenia jakie stwarzają, należy rozmawiać, warto je dyskutować; a rozważywszy te warunki, szansy, sprzyjające zdarzenia i koincydencje, spożytkować praktycznie.

Znane jest leninowskie powiedzenie: „im gorzej tym lepiej‟. (W rzeczywistości autorem był Czernyszewski, od którego Lenin zapożyczył także swoje słynne: „co robić?‟). Im gorzej wiedzie się na frontach wojny carskiej armii, im podlejsze są warunki życia wywołane przez wojnę, tym lepiej dla rewolucji. Trudno nie zauważyć uniwersalności tej koncepcji. Czy nie zdaje się przydatna również w odniesieniu do – walki z bolszewizmem?

Można przytoczyć liczne argumenty potwierdzające powyższą hipotezę. Bo, pomyślmy przez moment. W jakich okolicznościach, w połowie lat 40. XX wieku lasy zapełniały się antykomunistyczną partyzantką? Antykomunizm budził się i wzrastał w siłę dokładnie wtedy, gdy komuniści nie dawali żyć; gdy mordowali, wsadzali do więzień, torturowali, okłamywali chcących „normalnego‟ życia, na każdym kroku. W jakich okolicznościach poznaniacy chwycili za broń w czerwcu ’56? Gdy pojawiło się podejrzenie, że komunistyczna „władza‟ nie chce wywiązywać się z obietnic. Podobnie było w Budapeszcie, kilka miesięcy później.

A jednak, mnie osobiście te historyczne argumenty nie przekonują. Nie zdają mi się trafne z zasadniczego powodu – antykomunista z przymusu ma nikłe szanse stania się dobrym kontrrewolucjonistą. Podobnie jak zmuszony do pracy niewolnik, będzie wykonywał powierzone mu zadania, ale nigdy nie będzie tego robić dobrze. Z niewolnika (niewolnika historycznej koniunktury) nie wyrośnie dobry wojownik. Nie będzie antybolszewikiem z powołania, a tylko na takich będzie można liczyć w ostatecznym starciu.

Czy nie akurat dzisiaj wyłania się wymarzona sposobność budowy zastępów antybolszewickiej idei? Gdy w wielu sferach przyziemnego bytowania jest po prostu lepiej: lepiej się żyje, zajada, przyodziewa, podróżuje hen, aż na kraniec Europy bez zbytnich ceregieli, a nawet, jakoby, wolności intelektualnej nieco więcej, i Mackiewiczów czytać wolno (bez żadnych ograniczeń) i po Henryka Glassa („Walka z bolszewizmem‟) sięgnąć można nie wychodząc z domu? Czy paradoksalnie chwila historii w jakiej przyszło nam żyć, nie jest czasem wielkiej szansy, której zaprzepaścić nie powinniśmy? Czy nie pora na szukanie antybolszewików nie przywiązanych bez reszty do marności świata?

***

To co poniżej, to ledwie pierwszy głos w dyskusji, którą – oby – udało się zainicjować. Zacznę od powrotu do leninowskiej zasady: „im gorzej, tym lepiej‟, która zdaje się być o wiele starsza od swojego bolszewickiego głosiciela, można jej także przypisać bardziej uniwersalny charakter. Bo czy istotnie, nie krąży ponad dziejami ludzkości jak ponure widmo? Czy nie pojawia się zawsze, gdy przychodzi ochota burzyć ustalony porządek? Czy nie znajdziemy jej po obu stronach ideowej barykady, pośród zwolenników i przeciwników rewolucji? Przyjrzyjmy się jej naturze. Czy nieuchronnym skutkiem jej obecności nie jest deprawacja?

Poza tym, któż to jakoby powiedział, że lepiej oznaczać musi koniecznie gorzej dla sprawy kontrrewolucji? Nikt się nie zgłasza? To i dobrze. Pozwolę sobie z tą, niewypowiedzianą jeszcze przez nikogo tezą nie zgodzić się.

Po pierwsze „lepiej‟ oznacza trudniej, jest zdecydowanie bardziej wymagające. Nie wystarczy prosty impuls oburzenia, odruch niepohamowanej emocji w zderzeniu z uprzykrzoną rzeczywistością. „Lepiej‟ narzuca konieczność głębokiej refleksji, merytorycznego przygotowania się, uruchomienia szarych komórek. Nie może przecież chodzić o to, żeby pod umownym sztandarem antybolszewickiej idei gromadzić stada baranów, wyzbytych wewnętrznej integralności. Nie wolno zniżać się do poziomu Lenina i szajki: wszystkich tych trockich, zinowiewów, bucharinów, dzierżyńskich, cziczerinów; a współcześnie chmary bolszewików spod znaku kremlowsko/brukselskiego sierpa-młota, czy peerelowskich kacyków: kaczyńskich, macierewiczów, tusków, millerów, morawieckich (i kogo tam licho po świecie jeszcze niesie). Owi ćwierć-, pół-, także bolszewicy pełną gębą, wszyscy oni nieodmiennie stosują dwie metody: manipulację masą oraz ideologiczne łgarstwo. W największym skrócie – pierwszym narzędziem ich działania jest nieprawda. Gdyby było inaczej (to znaczy – mówili prawdę) nie mogliby w żadnej mierze polegać na ciemnocie tłumu, grze na najniższych instynktach i emocjach. Budowanie bolszewickiej wieży Babel nie byłoby możliwe bez spożytkowania takiego choćby hasła jak: „grab zagrabione‟, popularnego nie tylko sto lat temu, ale w większej jeszcze mierze – współcześnie. Nie mogliby zatem liczyć, że im gorzej na świecie (nieważne czy pusto akurat w garnkach, czy tylko w głowach), tym dla ich partykularnych bolszewickich knowań o wiele lepiej.

Antybolszewikom nie godzi się postępować wedle podobnego wzorca.

Po drugie „lepiej‟ oznacza istotnie właśnie – lepiej. Jesteśmy w dziwnym momencie, w nietypowej chwili, gdy standardowa opresyjność bolszewickiego molocha skazana jest na względną opieszałość. Możemy pisać, dyskutować, działać bez większego skrępowania (choć, zapewne, nie bez sporawej dozy inwigilacji). Możemy, między innymi, przygotowywać pole walki i strategię działania na bliską/dalszą przyszłość. Taka sytuacja nie potrwa zapewne długo, ale w tej sekundzie jest. Grzechem byłoby nie korzystać. Druga szansa może się nie pojawić.

Nie mnie sądzić, czy uda się wywołać odpowiednie warunki, sprawić, że walka z bolszewizmem ze słów przeistoczy się w czyny, uważam jedynie, że próby takiego działania warto szkicować.

Możliwości

Jakie możliwości?! – zakpi niejeden, wytaczając arsenał żelaznych argumentów. Antybolszewizm od dawna nie jest żywą ideą. Jest sinotrupi, w kwiecie heroicznego rozkładu. Nie błądzi po świecie nazbyt wielu ludzi, którzy rozumieliby znaczenie idei jego odrodzenia. Garstka pogrobowców, zaplątanych w internetowej sieci, nie stanowi poważnej, ani nawet żadnej siły. Nie ma organizacji, zaplecza, środków, widoków na przyszłość. Nawet nie pustynia – nicość. A to zaledwie czubek wierzchołka stosu istotnych problemów.

Co stanowi największą zawadę z punktu widzenia możliwości? Brak popytu. Po cóż komu antybolszewizm skoro panujące współcześnie odmiany wysysającego mózg bolszewizmu są może nieco irytujące, uprzykrzające codzienność, ale wciąż pozostawiające skrawek życiowej przestrzeni. Mówiąc najoględniej – w bolszewizmie da się wegetować. Bolszewizm coś tam zabiera (przeświadczenie coraz rzadziej dziś spotykane), ale również daje. Co mianowicie? Otóż daje to, co w życiu każdej ludzkiej istoty zdaje się mieć szczególne znaczenie – poczucie wolności. Nie jest to co prawda towar najpierwszej jakości, ale jakże atrakcyjny zamiennik – wolność od trudnych wyborów, odpowiedzialności, samodzielności; wolność na modłę bolszewicką.

Dlatego, gdy mowa o realnych możliwościach walki z bolszewizmem dziś, odłóżmy póki co dyskusję o technicznym drobiazgu: o sposobie, raczej o sposobach obalania bolszewickiego monstrum. I na te kwestie – oby – przyjdzie pora. Zajmijmy się problem zasadniczym – jak nadać antybolszewickiej idei należne jej miejsce w myślowych horyzontach człowieka? Czy starania takie w ogóle mają sens?

Środki

Chciałbym uniknąć nieporozumienia. Pisząc o kultywacji antybolszewickiej idei, nie mam na względzie ani jej propagowania, ani tym bardziej umasawiania. Urabianie tłumu, kształtowania nowego typu człowieka – to domena wroga, dla którego nie są to wyłącznie środki, ale w równej mierze cele. Z oczywistych powodów wchodzenie w bolszewickie buty byłoby pomysłem groteskowym.

Bolszewizm to choroba ludzkiego wnętrza: mózgu i ducha. Odbiera rozum, zamazuje znaczenie elementarnych wartości. Jego triumf polega na asymilacji zastanej kultury dla swoich potrzeb. Nie ma dziedziny życia umysłowego, w którym nie dokonałoby się bolszewickie przewartościowanie, a dzieje się tak za sprawą coraz to lepszych narzędzi oddziaływania, używanych z niezwykłą konsekwencją. Zawdzięczając różnorodności, potrafi zastawić sidła niemal na każdego, zawsze pod szyldem jakiejś pozytywnej idei. Każdy pięknoduch (a któż w mrocznych pokładach intymności nie marzy o pięknoduchostwie?) znajdzie w bolszewizmie coś dla siebie. Walczyć z czymś tak globalnym, potężnym, wielorakim wydaje się mrzonką i ułudą. A jednak.

Bolszewizm w kusym płaszczyku rzekomego liberalizmu jest łatwiejszym celem niż kiedykolwiek. Bez terroru, mordu, głodu, chamskiej opresyjności jest jeszcze bardziej perfidny w swojej dzisiejszej powierzchowności, ale też zdecydowanie bardziej narażony na atak i porażkę. Nie mitologizowałbym również jego zdolności do mimikry. Nie wybiegając poza obręb polrealistycznej piaskownicy łatwo skonstatować jedno – liczne przejawy bolszewizmu w różnorodnych sferach życia bywają dostrzegane. Nierzadko można natknąć się na inteligentną analizę któregoś z jego przejawów. Na ogół wygląda to tak: zwolennicy jednej pseudo-politycznej opcji potrafią dostrzec u konkurenta czy wroga liczne bolszewickie praktyki; podobnie czynią ich rywale; wciąż jednak brakuje stosownego dystansu, aby zjawisko bolszewizmu potraktować w sposób na jaki zasługuje – globalny. Dlatego prosty wniosek o powszechności bolszewizmu w polrealistycznej piaskownicy nie potrafi przebić się na powierzchnię. A wystarczy tylko jeden nieśmiały krok w odpowiednim kierunku – zrzucenia mentalnego balastu: szachrajstwa ukartowanego dawno temu przy okrągłym stole; bezczelnej wizji rzekomo odrodzonej Rzeczpospolitej. W konsekwencji – przyjęcia oczywistego wniosku: każda droga nie prowadząca przez ciemne korytarze podziemia jest, w swojej naturze, drogą prowadzącą donikąd.

Oto i środek (a raczej nieśmiałe tego środka pierwociny). Rzecz w tym, aby wszyscy, którym staje inteligencji i rozumu, raczyli dostrzec nie tylko źdźbło w oku bliźniego. Nie trzeba przekonywania (które i tak psu na budę), perswadowania i kalkulacji. Wszyscy ci dzielni z pewnością ludzie wyczuwają doskonale (w zakamarkach pilnie strzeżonej podświadomości) z czym wiąże się otwarcie oczu. Czy tę samą jasność zdołają zachować w podziemiu, pozostaje pytaniem otwartym.

Kto

W tym przypadku proponuję zaledwie jedną, bardzo prostą, bardzo krótką zasadę: Nie wolno szukać antybolszewików. Muszą znaleźć się sami.



Prześlij znajomemu

26 Komentarz(e/y) do “Walka z bolszewizmem”

  1. 1 Andrzej

    Darku,

    Dla mnie antybolszewizm jest wyrazem integralnej postawy sprzeciwu wobec gwałtu na człowieczeństwie, pozbawiającego człowieka możliwości poznania dobra i wyboru dobra, na podstawie przyrodzonej mu od Boga wolnej woli. Czy to siłą czy podstępem, w każdym razie gwałtem.

    Niestety, mało kto jest odporny na takie paraliżujące działania. Strach, łatwowierność, niechęć do otwartego sprzeciwu, słabość moralna są jednymi z przyczyn. Stąd i antybolszewizm jest taki jaki jest, słaby i śladowy. Nawet ten „wymuszony” o którym piszesz w kontekście antykomunistycznej partyzantki. Zdaje mi się, że temat ten jest poruszony w polecanej w bocznym panelu niniejszej strony, książce „1946” autorstwa H. Ilu było rzeczywistych antykomunistów, którzy walczyli nie dlatego, że nie mieli innego wyjścia ale dlatego, że ich sprzeciw wobec komunizmu był integralny, był wyborem uwarunkowanym moralnie, z pobudek ludzkich a nie np. narodowych czy patriotycznych?

    Według mnie istotna jest wola sprzeciwu oparta na człowieczeństwie a nie jako przynależności do takiego czy innego narodu, środowiska itp. Ta druga kończy się, gdy cel narodowy zostanie osiągnięty, a bolszewicy dobrze potrafią to wykorzystać. I o tym jest w tej książce H. Przede wszystkim właśnie dlatego uważam ją za dobrą książkę, którą polecam innym. Autor wspomniał w wywiadzie, że napisze jej ciąg dalszy. Oby jak najszybciej!

    Masz rację. Odrzucić fikcję, zdjąć okulary zniekształcające obraz rzeczywistości. Poz fałszem jest tylko podziemie (bez związku z niniejszą witryną). Po prostu samodzielnie poznać, myśleć, zrozumieć.

    Kiedyś spotkaliśmy się w Gdyni, pragnąc przekazać gronu innych osób swój punkt widzenia. Wypadło dobrze, choć przyszło niewielu. Ale za to ciekawi, myślący ludzie. Zdawało się, chcący poznać i zrozumieć. Opisałem kiedyś to spotkanie. Co z niego wynikło dla każdego, nie wiem. Ale było tam kilku moich dobrych znajomych, z którymi rozmawiałem później i rozmawiam do dziś. Wśród tych osób nie do przyjęcia było i jest to, że ktoś może krytykować ich wybór, nawoływać do odrzucenia fikcji. Nie chcą jej dostrzec. Więc co? Ciągle to samo? Ciągle ważniejsze jest być Polakiem niż być człowiekiem? I ja jestem tego zdania. Nie wolno szukać antybolszewików. Sadzę, że albo się jest antybolszewikiem, albo nie chce się być przede wszystkim (np. narodowością) człowiekiem. Hypogaeum necesse est.

  2. 2 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Nie ma potrzeby – nie ma bohaterstwa. To fenomen, który ze sporym zaskoczeniem obserwował Mackiewicz podczas okupacji. Niemcy odzierali człowieka z dumy, powodując w ten sposób czyny heroiczne wymierzone w nich samych. Sowieci nikogo dumy nie pozbawiali, a jedynie wyeliminowali to słowo ze słownika. Tak uporali się z problemem. Z problemem nie tylko dla siebie, ale także z dużym, potencjalnym problemem poddanych, którym (w innym razie) byłoby bardzo niekomfortowo współuczestniczyć w przebudowie ojczyzny na więzienie. Szczęśliwie dla wszystkich duma stała się pojęciem skisłej kontrrewolucji.

    Cokolwiek by o bolszewikach nie powiedzieć są wielkimi odkrywcami człeczej natury. Nie. Może nie aż odkrywcami, może jedynie genialnymi eksploratorami. Bez trudu potrafią zamienić człowieka w bezpostaciową maź i kształtować wedle uznania. Kiedyś potrzebny był do tego terror. Dziś wystarczy rozporządzenie pierwszego z brzegu kacyka pośledniej rangi i „obywatel‟ sam sobie staje się strażnikiem, sumiennie pilnującym przestrzegania najbardziej idiotycznych nakazów zwierzchności. Dzieje się tak nie w jakimś mitycznych związku sowieckim z czasów Breżniewa czy Stalina, ale tu i teraz, na wszystkich kontynentach, pod każdą szerokością geograficzną.

    Beznadzieja – czy to najlepszy termin na określenie takiego stanu spraw na świecie? I tak i nie. Paradoks, który zdaje mi się, że dostrzegam, starałem się uchwycić w tekście. Jest beznadziejnie ponieważ nigdy chyba dotąd nie żyło się ludzkości równie znośnie jak współcześnie, w tej naszej globalnej zagrodzie dla bydła. Jest minimalna szansa na odmianą, ponieważ najwyraźniej inżynieria społeczna lubi płatać figle i w chwilach braku surowej dyscypliny (terroru), wypuszcza w świat lekkoduchów, skorych do dyskusji i myślenia. W takiej chwili żyjemy. Powinniśmy zapewne myśleć o skorzystaniu z okazji i z zapałem wyplatać naszą własną podziemną sieć.

    Zmusiłeś mnie do przekartkowania starego wywiadu z H. Nie widzę, gdzie by zapowiadał pojawienie się drugiej części historii. Mówił coś całkiem innego, zdaje się.

  3. 3 Andrzej

    Darku,

    Być może niewłaściwie interpretuję te słowa, lecz zdanie „czas pokaże czy [Janek] dobrze się z tej swojej roli wywiązuje (w jego przypadku księga nie została zamknięta)”, zdaje mi się sugerować, że autor myśli o ciągu dalszym tej historii. Zdaje mi się też, że bohater powieści, w efekcie swoich peregrynacji przygotował się do spełnienia nowej roli. Powieść nie kończy się zamknięciem po przegranej walce zbrojnej z komunizmem tylko nowym otwarciem, symbolicznym wydostaniem się bohatera z komunistycznej matni. Dlaczego?

    Zgadza się. Bolszewicy są mistrzami w odkrywaniu ludzkiej natury i posługiwaniu się nią. To właśnie jest dla mnie gwałtem na człowieku i to jest jądrem ich Metody. Od samego początku, od Marksa. Reszta to narzędzia. Władza to sowietyzacja, sowietyzacja to władza.

    Szansa zawsze jest. Bylebyśmy pozostali sobą, nie zakłamywali się, nie zapominali znaczenia starych słów i używali je. Wyobraźmy sobie cały świat ogarnięty przez bolszewicką zarazę. To łatwe, bo łatwo jest dziś poczuć, że ta wizja jest bliska. Czy wówczas nie będzie szansy na wyzwolenie się? Moim zdaniem to kwestia woli. Trzeba więc, aby tę wolę podtrzymywać na ile się da i jak długo się da.

  4. 4 BaSz

    Ha, 5918 liter, rozpisałem się. No, ale temat ważny, chyba mnie to usprawiedliwia?
    Czytam powyżej (w tym w komentarzach):
    1. „ W jakich okolicznościach, w połowie lat 40. XX wieku lasy zapełniały się antykomunistyczną partyzantką? Antykomunizm budził się i wzrastał w siłę dokładnie wtedy, gdy komuniści nie dawali żyć; ” – to mi nasuwa dziesiątki „dopowiedzi”, acz w większości mocno dygresyjnych, tedy skupię się na jednej: do zbrojnego oporu komuna przygotowana była jak nic na świecie szerokim! Dlatego był on nie tylko skazany na klęskę, ale był wręcz antyskuteczny. Gdyż, wbrew pozorom, stanowił dla najeźdźców świetne alibi dla zaprowadzania na szeroką skalę „dyktatury proletariatu”. Co więc (zapytacie) byłoby oporem skuteczniejszym? Ha, jestem pod dużym wrażeniem, podziwem dla Pomarańczowej Alternatywy, Waldemara „Majora” Fydrycha: otóż dużo skuteczniejsze byłoby obśmiewanie tego niezwykle serioznego, sztywniackiego systemu, i tą drogą podkopywanie zapędów zbrodniarzy w ich misji objęcia rządu dusz. Na taki atak nie byli oni impregnowani w najmniejszym nawet stopniu, nie mieli metod przeciwdziałania. Acz oczywiście trzeba pamiętać o tej starej śpiewce o opowiadaczach antysowieckich dowcipów:
    A ci, co to słuchali
    Kanał Wołga-Don kopali

    2. „ Podobnie było w Budapeszcie, kilka miesięcy później.” – w przypadku Węgrów trzeba koniecznie zaznaczyć, że w roku 56. o zmiany walczyli nie tylko ci, którzy chcieli „realizacji obietnic socjalizmu”, czy też liberalizacji, ale i pełnogębni wrogowie lewicy (we wszystkich jej kolorach. No, może z wyjątkiem… brunatnego. Ano tak). Węgrzy mieli przecież bolesny epizod 133 dni Węgierskiej Republiki Rad w 1919 roku pod „światłym” przywództwem Beli Kuna. Tu uwaga do Michała: zapewne jego kuzyni mieszkający w innych jeszcze krajach pisali się Khun, a gdzie indziej Kon. Czy coś Ci to mówi?
    Wprawdzie „ Tak zwany na Węgrzech miał (…) relatywnie małą skalę i nie był zjawiskiem podobnym do tego prowadzonego w Rosji” {Wiki}, lecz Węgrzy chyba dobrze odrobili z niego lekcję, a już na pewnie nie zapomnieli całkiem!
    3. „ Nie będzie antybolszewikiem z powołania, a tylko na takich będzie można liczyć w ostatecznym starciu.” – a z jakiego powodu stawiać mamy kreskę na antybolszewikach nie-z-powołania? Np. ludziach, którzy w zasadzie polityką się nie za bardzo interesują, czy wręcz wcale, ale uroszczenia lewicy budzą w nich sprzeciw, choćby i nie do końca jasno umotywowany. Ot, choćby zwykłym poczuciem przyzwoitości, czy też wyższymi wymaganiami o naturze (hm, jakby to nazwać?) powiedzmy: estetycznej?
    4. „ Czy paradoksalnie chwila historii w jakiej przyszło nam żyć, nie jest czasem wielkiej szansy, której zaprzepaścić nie powinniśmy?” A skąd tu znak zapytania, no skąd? Każdy etap jest istotny, aby przeciwstawiać się goszystom wszelkiej maści, ale jeśli chodzi o „dziś”, to obawiam się, że czas płynie szybko, czyli że z każdym wręcz miesiącem będzie pod tym względem coraz gorzej i gorzej!
    5. „ chmary bolszewików spod znaku kremlowsko/brukselskiego sierpa-młota” – zastanawiałem się, czy dodać komentarz do tego, bo zapewne różnice widzisz, i o nich nie pisałeś „licząc na życzliwą domyślność czytelnika”. No ale różnica jest, lewicujący prominenci, czy drobniejsze urzędasy na brukselkowym wikcie uważają że moskiewscy bolszewicy poszli drogą „błędów i wypaczeń”, odcinają się też (ha! Na razie, na razie!) od terroru, i mają wizję innej, oczywiście lepszej drogi, a i celu takoż. Lecz bez różnicy na deklarowane metody, cele, i etapy, trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że wezwanie Lewą Marsz jest, z samej swej natury, permanentne: w lewo, w lewo, i w lewo, coraz to mocniej i mocniej. I kwestia zaprowadzenia komunizmu koszarowo-gułagowego jest tylko sprawą czasu!

    6. „ Taka sytuacja nie potrwa zapewne długo, ale w tej sekundzie jest.”. Tu bym wskazał na zagrożenia najbardziej przerażające: laicyzacja, tajna widna i (stu)-płciowa. Atak na wiarę to jeden z istotniejszych sposobów w drodze wyhodowania „nowych człowieków” (albo „ludziów”). A nie mniej groźna jest ofensywa propagandy LGBT(etc. etc. etc.) w tym zamach na rolę rodziców w zakresie edukacji w ogóle, z tą seksualną takoż.
    7. „ Garstka pogrobowców, zaplątanych w internetowej sieci, nie stanowi poważnej, ani nawet żadnej siły” — polecam m.in. dyskusyjny Klub Ronina (jest ich „gazeta” sieciowa, są filmy ze spotkań na youtubie), czy stowarzyszenie citizengo.org. Na świecie wzbiera jednak, choć szkoda, że jeszcze niezbyt szybko, front walki z lewactwem, a w tym wzbieraniu najważniejszą rolę odgrywa dostęp do informacji (WWW), który zapewne będzie kolejnym celem ataku goszystów. Co jo godom, co jo godom: już jest!
    8. „ Bolszewizm w kusym płaszczyku rzekomego liberalizmu jest łatwiejszym celem niż kiedykolwiek.” – Celem? Czyli „tym, do czego (ktoś) zmierza”, czy też się do niego strzela? Mimowolnie wyraziłeś się baaardzo dwuznacznie, wręcz przeciwstawnie! Dodam, choć to pewnie wiecie, że wśród goszystów są wprawdzie w większości naiwni, wszelkiej maści попутчики, (bez)użyteczni idioci, pięknoduchy, czy, na koniec, „osoby skołowane”, ale twarde jądro, można rzec: kompania kadrowa, to ludzie przeszkoleni, i prowadzący zza pleców dobrze zorganizowaną grę na tysiąc fortepianów. To szeroka jaczejka dawnych komunistów, o zakonspirowanych powiązaniach, i szczelnie skrywająca cele dalekofalowe.
    9. @Andrzeju, czemu uważasz za, hm, niepokojące (?) to, że „Ciągle ważniejsze jest być Polakiem niż być człowiekiem?”? Oparcie we wspólnotach lokalnych („miejsce”) czy środowiskowych – jest podstawą do pielęgnowania zdrowego ordo caritatis, w której ktoś może upatrywać coś na kształt „zbiorowego egoizmu”. Tak! Nie atakujmy go, pewien zakres egoizmu jest jak najbardziej zdrowy, i chroni przed różnymi rodzajami „miłości do całej ludzkości”, które to „miłości” (L. Mnoga) to po prostu zboczenia, i już!
    10. Hm, @Andrzeju, nie całkiem tak, że każdaWładza to sowietyzacja, sowietyzacja to władza”. Wszak zanim w Europie zaczęły się panoszyć trujące miazmaty reformacji, „oświecenia” i humanizmu, to monarchie, całkiem jeszcze nie-oświecone, zapewniały swym poddanym wolność duchową w stopniu dziś już zapomnianym.
    11. W każdej walce trzeba szukać sojuszników. I w tym aspekcie bardzo istotne jest dzielenie się wiedzą o wartościowych inicjatywach, sprzyjających zdarzeniach, i miejscach w sieci, gdzie powietrze jeszcze nie nasiąkło czerwonym, czy nawet i różowym odorem. Powyżej coś takiego zawarłem, zachęcam innych do tego samego. A może Michale stworzysz ku temu jakiś artykuł / pod-stronę? Linki, i krótka charakterystyka.

    I tym wezwaniem do admina zakończę, a za rozpisanie się – przepraszam niecierpliwców!

  5. 5 BaSz

    errata:
    Do punktu 2. dobrał się chochlik, i namieszał w znakach formatujących. Powinno być:

    Wprawdzie „ Tak zwany </ Czerwony terror na Węgrzech miał (…) relatywnie małą skalę i nie był zjawiskiem podobnym do tego prowadzonego w Rosji” {Wiki}, lecz Węgrzy chyba dobrze odrobili z niego lekcję, a już na pewnie nie zapomnieli całkiem!

    Mam nadzieję, że już będzie OK…

    A tak BTW: szkoda, że zamieszczanych tekstów nie można poddawać reedycji od-autorskiej!

  6. 6 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Nie wypada mi przesądzać kwestii definitywnie, ale H chodziło bodaj o coś innego, aniżeli napisanie kolejnej książki. Mówił tak:

    „Jeśli zaś chodzi o jego fikcyjność [Janka], fikcyjność powieściową ze wszystkimi jej ograniczeniami wynikającymi z zamknięcia narracji w ciasnych ramach książki, niekiedy (jest wiele na to przykładów w literaturze) bohater potrafi wyzwolić się z tych drażniących ograniczeń, narzuconych mu przez autora, i egzystować na szerszym, poza powieściowym planie, w oderwaniu od literackiego zapisu.‟

    Janek jest archetypem antykomunisty (swojego pokolenia i nie tylko); przykładem pewnego stosunku do tego, co zwykliśmy określać mianem rzeczywistości. Nie ma jedynie współuczestniczyć w opisie powieściowych perypetii. Jego rola jest większa. Ma uwrażliwiać czytelniczą wyobraźnię, skłaniać do refleksji, no i last but not least wskazywać czytelnikowi jedną z wielu dróg wyboru. W tym sensie bohaterem (i autorem jednocześnie) nie napisanych jeszcze rozdziałów kolejnej książki może stać się czytelnik.

    „Szansa zawsze jest. Bylebyśmy pozostali sobą…‟. To program absolutnego minimum. Tym się bolszewików nie pokona.

  7. 7 Dariusz Rohnka

    Szanowny BaSzo,

    Bardzo to przyjemne dla autora, gdy ktoś pod jego tekstem rzuca na szalę dyskusji aż pięć tysięcy dziewięćset osiemnaście liter. To znaczy, że czytelnik nie tylko zadał sobie trud lektury, ale też to co przeczytał, postanowił gruntownie przemyśleć, a nasuwające się wnioski ubrać w słowa.

    Czy opór był skazany na klęskę? Bezwzględne liczby podpowiadają – tak, oczywiście, nie było najmniejszych szans zwycięstwa. Ale dlaczego tak sądzimy? Ponieważ patrzymy na tę historyczną sytuację z punktu widzenia ostatecznej, a w gruncie upokarzającej, przegranej. Można by na ten tematy dyskutować bez końca, teraz mogę jedynie zasygnalizować problemy.

    Wyobraź sobie np., że nie ma układu Sikorski-Majski, Wachlarza, Burzy, Ostrej Bramy, Mikołajczyka w Moskwie i PSL współtworzącego komunistyczne rządy w Polsce. Gdzie podzialiby się wówczas wszyscy zwolennicy bezkrwawego obalenia sowieckiej okupacji? Jak myślisz, gdzie? Czy aby nie w lesie?

    Poza tym, czy partyzantka była najlepszym rozwiązaniem? Czy nie można było oprzeć działania na silnej organizacji o charakterze cywilnym, która tworzyłaby konsekwentnie silne państwo podziemne, i dopiero to państwo zajęłoby się, między innymi, organizowaniem stosownych struktur siłowych: wojskowych, policyjnych, wywiadowczych?

    Czy ten znikomy opór antykomunizmu lat 40. dał odwrotny skutek? Absolutnie nie. Bez tej walki sowietyzacja przebiegałaby o wiele sprawniej, a my dzisiaj nie mielibyśmy nawet o czym dyskutować.

    Czy opór stanowił dla najeźdźcy alibi dla zaprowadzenia „dyktatury proletariatu‟ na szeroką skalę? Nie, nie zdaje mi się, żebyś myślał poważnie w ten sposób. Na co bolszewikowi alibi? Jako papier na skrętki? Od razu pomyślałem, że to dowcip… no i proszę! W następnym akapicie pojawia się propozycja zabijania bolszewików śmiechem. Przypadek?

    Jest pod komunizmem coś, co nie bez powodu nazywamy logiką danego etapu. Dlatego nie powinno się zestawiać dwóch różnych historycznych sytuacji: tej z połowy lat 40., i drugiej – z lat osiemdziesiątych. Niechby Major Waldemar spróbował hepeningować przed sztabem generała Sierowa, zobaczylibyśmy czy aby nie brakuje bolszewikom poczucia humoru. Sądzę, że to dość koszmarna perspektywa. Major mógł sobie działać i tworzyć swoje groteski, ponieważ to co robił było bolszewikom przydatne, a nawet potrzebne.

    Budapeszt? Chodziło o to, kto rozpoczął walkę i z jakich powodów.

    Stawiać kreskę na antybolszewikach-cywilach? To nieporozumienie. Antybolszewizm to nie jest żadna polityka, to sposób i styl życia. Dlatego zarzut przekreślania ludzi, którzy w zasadzie stronią od polityki, jest mocno chybiony. Nie ma znaczenia, kto czym się interesuje, każdy jest mile widziany, byleby miał w sobie to coś – śmiałość sprzeciwu wobec bolszewickiej zarazy.
    „Czy paradoksalnie chwila historii w jakiej przyszło nam żyć, nie jest czasem wielkiej szansy, której zaprzepaścić nie powinniśmy?‟ Przy czym tu znak zapytania, pytasz. W danym przypadku z chęci zaproszenia czytelnika do wspólnego zastanowienia się nad paradoksem tej szczególnej chwili, w której tkwimy; chwili podwójnej szansy. Gdy z jednej strony o wiele trudniej spotkać antybolszewika (bo żyje się zbyt łatwo i beztrosko), a z drugiej bolszewizm jest w swoich reakcjach łagodny jak nigdy w historii. Bardzo możliwe, że ten akurat etap zmierza ku kolejnemu, który zapewne okaże się nieporównanie bardziej zamordystyczny. Tym bardziej wypada się, jak słusznie sugerujesz, pospieszyć.

    Nie zgadzam się, że to etap, jak każdy inny. Jest wyjątkowy pod każdym względem. Ale o tym wszystkim już pisałem.

    Na pewno warto zwracać uwagę na wszystkie te mini-ideologie. Ale dobrze byłoby zdawać sobie równocześnie sprawę z niebezpieczeństw uwikłania naszego, nazwijmy to, potencjału na jakimś drugo- czy trzeciorzędnym poletku walki. Warto pamiętać o jednym: mniejsze ideologie, a nawet ta najpotężniejsza – marksizm-leninizm to jedynie narzędzia pracy w rękach rzeźników. Każde, nawet najlepsze, narzędzie w końcu tępi się (traci swoją społeczną funkcjonalność) i jest zastępowane kolejnym.

    Zdaje się, że był to Bukowski. Zastanawiał się dawno temu, który tak naprawdę z bolszewickiej wierchuszki wierzył lub wierzy nadal w „dyktaturę proletariatu‟. Doszedł w końcu do wniosku, że najprawdopodobniej był nim sam Lenin i może nikt inny. Wierutne brednie. Może i wysokie czoło nie gwarantuje szczególnej lotności myśli, ale – umówmy się – aż takim idiotą wódz bolszewickiej rewolucji być nie mógł. Trza się otrząsnąć z mitów.

    Sieć obfituje w ryby, to prawda. Jestem jej uważnym obserwatorem od ponad dwudziestu lat, czasem jej zawartość pozytywnie mnie zaskakiwała i zaskakuje. A jednak pluskająca w niej ryba niemal zawsze okazywała się nieświeża, a czasem był to najzwyczajniejszy w świecie czerwony śledź. No ale, nie wolno się poddawać.

    „Bolszewizm w kusym płaszczyku rzekomego liberalizmu jest łatwiejszym celem niż kiedykolwiek.” – Tak, przyznaję, to niezamierzenie odrobinę dwuznaczne, ale i niesprzeczne. Dobrze wiedzieć, że są jeszcze uważni czytelnicy na świecie.

  8. 8 Andrzej

    Panie BaSzu,

    Proszę mi wybaczyć spóźnioną o kilka dni odpowiedź (jeśli jej Pan oczekiwał).

    Przede wszystkim pragnę wyjaśnić, że odnosiłem się do bolszewizmu i wszystkie moje uwagi prosiłbym rozpatrywać w tym kontekście.

    Jeśli chodzi o „egoizm wspólnotowo-środowiskowy” (jak Pan go określa), to w przypadku konieczności pokonania zarazy, która jest powszechna i globalna, jest on wg mnie poważną przeszkodą. To właśnie wyraziłem. Zamykanie się w sobie, niechby tylko izolacja nic nie da gdy zaraza rozwija się wszędzie (także wewnątrz wspólnoty czy środowiska). Należy starać się ją wyplenić wszędzie, ponieważ nie ma dla niej granic ani barier. Chcąc pokonać bolszewizm na świecie należy pokonać go u siebie, a chcąc pokonać bolszewizm u siebie, należy pokonać go na świecie. To też chciałem wyrazić jako swój pogląd. Każdy egoizm będzie tu przeszkodą i będzie paraliżował wolę działania w tym kierunku. Przede wszystkim zaś każdy nacjonalizm.

    Jestem przeciwnikiem nacjonalizmu. Dlatego, że uważam go za głupią „ideologię” (wątpię, czy wywyższanie się ponad innych, stworzonych przez tego samego Stwórcę, można nazwać ideą, raczej błędną hipotezą skierowaną przeciw Bogu i Jego Porządkowi), która każe ponad sprawy ludzkie stawiać sprawy plemienne. Na tutejszym poletku nacjonalizm występuje w połączeniu z patriotyzmem (jest nawet z nim powszechnie zrównywany), co wydaje mi się szczególnie nieszczęśliwym zestawieniem. Uważam, że zdrowy patriotyzm nie powinien mieć związku z narodową identyfikacją. Ojczyzna to coś, o utrzymanie czego powinni zabiegać wszyscy ją zamieszkujący, a tzw. myśl narodowa to ograniczanie swojej ojczyzny (do plemienia).

    Nie napisałem, że każda „władza to sowietyzacja, sowietyzacja to władza”, co Pan nawet pozwolił sobie wyróżnić. Pisałem to w odniesieniu do bolszewizmu czy jak kto woli komunizmu. Proszę Pana o uczciwość w kwestii cytowania moich wypowiedzi.

  9. 9 Jacek

    Panowie,

    Taka dyskusja, a ja ledwo mogę wygospodarować chwilę czasu na przeczytanie. Ale na te kilka słów muszę się zmobilizować.

    Darek sugeruje, że współczesna forma bolszewizmu (gramscizmu?) jest podatna na kontratak. Ja się z tym zgadzam, wydaje mi się, że narzędzia, które budują obecni marksiści są nieskuteczne w zaprowadzaniu nowego ładu. Być może ta nieskuteczność jest chwilowa, może intelektualny terror stanie się wkrótce marksistowską wunderwaffe, ale póki co tak jeszcze nie jest. Więc jak wykorzystać tę sytuację?

    Darek pisze, że objawy zarazy są dostrzegane na powierzchni, co prawda nie w szerszym kontekście, bez świadomości globalnego charakteru zjawiska, ale jednak. Czy nie warto wobec tego zwrócić uwagę na tych, którzy wykazują tę spostrzegawczość, choćby i wybiórczą? Czy już sam fakt, że zdefiniowali proces jako zagrożenie, nie budzi nadziei na ewolucję poglądów i przemianę w prawdziwych antykomunistów? Przecież niejeden z nas przeszedł podobną ewolucję. Nie zgadzam się, że antykomuniści muszą znaleźć się sami. Być może gdzieś tam się jeden, dwóch pojawi, ale co z tego? Będą osamotnionymi jednostkami. Tacy nic nie zdziałają. Potrzebne jest zorganizowane działanie, nie ma czasu na działanie w pojedynkę.

  10. 10 Andrzej

    może intelektualny terror stanie się wkrótce marksistowską wunderwaffe, ale póki co tak jeszcze nie jest

    Jacku,

    Czy nie dostrzegasz go od lat (powiedzmy) trzydziestu? Czy jest Twoim zdaniem niunia, jeśli nie wyrazem tegoż? Nakazy (nie tyle regulacje krzywizny banana, co „dostosowania” ludzkości do określonych „norm”), poprawność polityczna, wychowanie dzieci, genderyzm, etc. Wszystko. Czym wg Ciebie są od lat wielu „postępowe uniwersytety”? Jaką rolę spełniają? Ile ich jest na świecie i od kiedy działają?

    Czy sądzisz, że narodowy „patriota”, który dąży do zastąpienia „uniwersalnych norm” niuni „normami” plemiennej walki narodów między sobą, bez oglądania się na to czy tkwią w one bolszewizmie, czy też nie to już dobry materiał na antykomunistę? W jakim sensie i czego mu jeszcze potrzeba aby stał się antykomunistą? Jaką ewolucję poglądów ma przejść? Czy powinien pozbyć się swojego nacjonalizmu, czy dalej może przedkładać go ponad wszystko inne?

    Czy potrzebne jest dziś zorganizowane działanie wszystkich (łącznie z nacjonalistami), czy może potrzebne jest dziś zrozumienie istoty rzeczy i działanie tych, którzy tę istotę dostrzegają i/lub chcą ją dostrzec?

  11. 11 Jacek

    Andrzeju,

    No oczywiście, że widzę te wszystkie zjawiska, które wymieniasz. Ale pisząc o nieskuteczności metody miałem na myśli to, że dziś jeszcze możemy bez stosowania jakichś wyrafinowanych technik konspiracyjnych szczerze o tej zarazie rozmawiać i w miarę skromnych możliwości treści te rozpowszechniać. Czy to nie jest aby błąd systemu, a dla nas szansa na przeciwdziałanie?

    Co do narodowców… Jak zwykle trafiasz w dziesiątkę. Ciągle zastanawiam się, czy to środowisko stanowi jakikolwiek potencjał. Ich oczywiste ograniczenia, zamykanie się w narodowym getcie, wąskie horyzonty poznawcze, zdają się temu przeczyć. Ale mam wrażenie, że jeśli antykomunizm wymaga pewnego zaangażowania intelektualnego, rozpoznania sytuacji, identyfikacji zagrożenia, to oni mają przynajmniej narzędzia. Trzeba tylko im pokazać, jak ich używać.

    Czy potrzebne jest dziś zorganizowane działanie? No a jak inaczej? Oczywiście, że jest potrzebne. I oczywiście, do tego działania potrzebne jest zrozumienie istoty rzeczy. Również przez nacjonalistów. Z resztą pal diabli nacjonalistów, ważne jest zaangażowanie każdego, kto nie zatracił zdolności samodzielnego myślenia. I jest w stanie działać na pewnym poziomie zorganizowania i dyscypliny.

  12. 12 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Nie wydaje mi się, żeby obecna względna swoboda wymiany informacji wynikała z „błędu systemu‟. Nie jestem zresztą pewien czy można mówić o jednym systemie (mam na uwadze szerszą perspektywę, aniżeli tylko tutejszowo).

    Załóżmy jednak, dla uproszczenia, że system jest istotnie jeden. Otóż ta względna swoboda wydaje się być absolutnie niezbędnym warunkiem funkcjonowania systemu. Bo na czym system polega? Najprościej można by go określić jako system dobrowolnej samo-totalizacji jednostki. Dobrowolność ma, co prawda, charakter jedynie pozorny, ale owa pozorność (za którą kryje się brutalna siła) wcale nie wadzi w realizacji celu, raczej pomaga.

    Dlatego „względna swoboda‟ nie jest słabością systemu, stwarza też stosunkowo niewielkie zagrożenie, z którego twórcy systemu z pewnością zdawali sobie sprawę. Zagrożenie polega na wykorzystaniu owej „względnej swobody‟ w sposób odmienny od zalecanego przez twórców. W praktyce zagrożenie jest niemal żadne. Mogą zdarzyć się krytycy, nawet głównego nurtu systemowego, którzy zajmą się krytyką jakiegoś elementu systemu, nigdy nie pozwolą sobie na zaatakowania systemu jako całości (są przecież jego częścią).

    Jedyne zagrożenie systemu może wynikać z postawy jego całkowitego odrzucenia. Nie ma drogi pośredniej.

    Czy nacjonaliści mogą być rzetelnymi antykomunistami? Jak wiesz z tym może być pewien problem. Nawet jeśli nacjonalista dostrzega komunistyczne zagrożenie, ma w głowie także swoją hierarchię wartości, albo hierarchię spraw ważnych. Otóż zdaje mi się, komunistyczne zagrożenie nigdy nie zajmie w tej jego hierarchii pierwszego miejsca. A skoro tak, nawet ideowy antykomunizm nacjonalisty łatwo zostanie wyparty przez inne potrzeby.

  13. 13 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Czy sądzisz, że narodowy „patriota”, który dąży do zastąpienia „uniwersalnych norm” niuni „normami” plemiennej walki narodów między sobą, bez oglądania się na to czy tkwią w one bolszewizmie, czy też nie to już dobry materiał na antykomunistę?

    Historia ostatnich 100 lat zdaje się potwierdzać, to co powyżej napisałeś. Nacjonalizm zawsze da się skusić na jaką bądź przynętę komunistów i prędzej raczej niż później im ulegnie. Z drugiej strony rozumiem słowa Jacka. To co nacjonalistów odróżnia od szarej, skoniunkturyzowanej w systemowych oparach masy to (w wielu przypadkach pewnie szczera) ideowość. Tylko czy z paranoicznego przekonania o wyższości własnego narodu da się wysublimować ideę odrobinę bardziej wartościową?

    Jest jeszcze jeden szkopuł. Sięgam głęboko w pamięć i staram się przypomnieć postać choćby jednego nacjonalisty, który wyzbył się swoich rojeń i odnalazł się w świecie bez nacjonalistycznej aberracji. – Nie znajduję.

    Ale czy to nie jest tylko dowód mojej złej pamięci?

  14. 14 Jacek

    Darek,

    Tak, całkowite odrzucenie systemu byłoby dla niego zgubne. Ale na czym miałoby takie odrzucenie polegać w praktyce? I czym jest system?

    Już nawet pomijając poziom dyktatu ideologicznego, a skupiając się na warstwach, powiedzmy operacyjnych, to nawet rozmawiając tutaj jesteśmy pod obserwacją. Nie mówiąc o tym, że choćby płacenie podatków jest zasilaniem owego systemu. Więc jak go odrzucić?

    Oczywiście masz rację, że nacjonaliści mają zupełnie nieprzystawalną do antykomunizmu hierarchię wartości, ale w tym środowisku zdarzają się ludzie, którzy chcą jednak z tą czerwoną zarazą walczyć. Problem w tym, że szansę na połączenie się w jakiś większy organizm polityczny widzą tylko w idei narodowej. Bo tylko ona jest widoczna na horyzoncie, oprócz niej widzą tylko marksistów. To jest chyba największa przeszkoda. Ale może jest jakiś sposób, żeby do nich dotrzeć? Ostatecznie, to jedni z niewielu ludzi, którzy jeszcze nie zatracili zdolności czytania, a to chyba ważne.

  15. 15 Andrzej

    Ale na czym miałoby takie odrzucenie polegać w praktyce?

    Skoro odrzucenie Jacku, to nie uczestniczenie w podtrzymywaniu systemu, przede wszystkim w podtrzymywaniu politycznym. Sądzę, że polega to na nie uwiarygadnianiu go (przez własnoręczny podpis na jego „liście obecności” i uczestnictwo w jego instytucjach), nie próbowaniu „naprawiania go”, nie wskazywaniu jak mógłby być jeszcze lepszy (bo np. jakaś umowa gazowa jest dlań niekorzystna) ale na dochodzeniu jego istoty. To jest oczywiście minimum, jak słusznie twierdzi Darek ale od czegoś należy wyjść. To mi się wydaje podstawą do jakichkolwiek skutecznych działań. Wskaż mi proszę, ile osób w „nowym, wspaniałym” peerelu tak to widzi i chcą go odrzucić.

    Czy każdy wróg czerwonej zarazy, jest naszym sprzymierzeńcem? Czy każdy wróg czerwonej zarazy powinien być naszym towarzyszem walki? Są nacjonaliści, którzy chcą zwalczać czerwoną zarazę ale czy tylko i wyłącznie dlatego, że to czerwona zaraza która opanowuje cały świat, czy przede wszystkim dlatego, że stoi ona na drodze nacjonalizmowi? Jak słusznie zauważasz „nacjonaliści mają zupełnie nieprzystawalną do antykomunizmu hierarchię wartości”. Skoro tak, to nie są antykomunistami. Czy naszymi towarzyszami walki nie powinni być antykomuniści, skoro ma mieć ona sens i być skuteczna? Nie ma ich dziś prawie wcale. Jak zwiększyć ich liczbę?

    Nacjonaliści być może jeszcze nie zatracili zdolności czytania ale zdaje mi się, że ich interesują głównie treści i tematy nacjonalistyczne. Wszystko poza tym puszczają mimo uszu albo adaptują do nacjonalizmu. Dobrym przykładem jest Ścios i jego interpretacja Mackiewicza. Co oznacza Twoim zdaniem posiadanie zdolności do samodzielnego myślenia? Moim zdaniem zdolność to za mało, potrzebna jest wola samodzielnego myślenia.

    Czy znasz Darku nacjonalistę, który porzucił nacjonalizm dla antykomunizmu bowiem zrozumiał, że sprawy ogólnoludzkie są ważniejsze od spraw narodowych? Nie wątpię, że taki się znalazł (znajdzie?). To by oznaczało jednak, że przestał być nacjonalistą. Każdy może zmienić swoje poglądy o 180 stopni, jeśli tego zechce. Czy komunista może zostać antykomunistą? Może (przykładem jest dla mnie Szymon Szechter).

  16. 16 uważny czytelnik

    Panie Dariuszu,
    Jako uważny czytelnik niezwykle cenię Pana artykuły omijające nacjonalizmy, Stwórców i np. „Brombę i innych”. Zastanawia mnie fakt, że zawsze w dyskusjach to się pojawia. Widzę w Pana tekstach proste umiłowanie wolności i jasny jednoznaczny przekaz. Niezwykle trudny do akceptacji wprost dla mnie. Ale daje wiele do zastanowienia i zachęca do poszukiwań.

  17. 17 Jacek

    Andrzej,

    No właśnie w tym problem, że nacjonalista, żeby stać się antykomunistą musi porzucić nacjonalizm. Ale dlaczego w ogóle zwróciłem uwagę na narodowców? Zaobserwowałem, że ich znacznie łatwiej, niż przeciętnego konsumenta medialnej brei jest zainteresować tematyką poruszaną na przykład na tej witrynie. Oczywiście, większość z tych, z którymi potem rozmawiam wraca uparcie w swoje koleiny, ale wykazuje przynajmniej jakąś intelektualną aktywność i nie nazywa mnie siewcą teorii spiskowych. Pozostali nie widzą zjawiska w żadnym aspekcie, może tylko podśmiewają się czasem z parad zboczeńców, to wszystko. Reasumując, narodowcy wykazują przynajmniej chęć dyskusji, pozostali nie.

  18. 18 Dariusz Rohnka

    Jacku,

    Odrzucenie w praktyce?

    Jak słusznie sugerujesz, nie da się odrzucić całego systemu bez reszty (przynajmniej do momentu ostatecznej konfrontacji, kiedy to nieprzebrane rzesze antykomunistów całego świata na jeden sygnał wyrzucą swoje paszporty, numery pesel, smycze i kagańce, i rzecz jasna zabiorą się za obalanie). Codziennie składasz trybut systemowi, nieważne czy jest to akurat „dobrowolna‟ danina na rzecz sowieckiego państwa, czy zakup (obłożonego szczególnym haraczem) worka foliowego, w którym planujesz przenieść zakupy do domu. Kto wie, może resztki pozostałe po zakupionych produktach, także ich opakowania, skrupulatnie sortujesz przed ich wyrzuceniem, bo taki dostałeś nakaz od swojego administracyjnego nadzorcy lub – co zdecydowanie gorsze – czynisz tak, ponieważ wmówiono Ci z powodzeniem, że grzebanie w śmieciach to Twoja naturalna, przyrodzona rola w społeczeństwie.

    Te wszystkie (i milion pokrewnych) drobiazgi nie powinny stanowić argumentu w dyskusji, jeżeli przyjmiemy następujące założenie: celem antykomunisty nie jest wyłącznie jego indywidualne zwycięstwo nad systemem; celem jest obalenie systemu.

    Oczywiście, człowiek obdarzony wolną wolą ma nieograniczoną możliwość wyboru. Nikt, nawet najgorszy oprawca, nie może go zmusić, żeby wegetował na rzecz systemu. W dziejach bolszewizmu zdarzały się przypadki potwierdzające to stwierdzenie. Znana jest historia mniszek, które odmówiły pracy w łagrach, ponieważ uważały, że taka praca byłaby służbą na rzecz antychrysta. Decydowały się na okropne cierpienia i męczeńską śmierć.

    Wybrały piękną drogę i do nich należy zwycięstwo. Ale nie wszyscy muszą iść za ich przykładem. Nie tylko dlatego, że w „realiach‟ pozornie liberalnego systemu byłoby nam może trudno podzielić ich los. Przede wszystkim dlatego, że wyznaczając sobie konkretny cel, mamy do dyspozycji o wiele bogatszy wachlarz środków, taktycznych rozwiązań, strategicznych decyzji.

    Być może przyznasz mi rację kiedy powiem, że w mojej ocenie nie jesteśmy jeszcze nawet na początku drogi. Stoimy na krawężniku i rozglądamy się wokół. Kto może zagwarantować, że zrobimy pierwszy krok, może setny? Nikt. Ale nie ma też takiego mądrego na świecie, który powie nam z absolutną pewnością: nawet palcem nie kiwniecie w bucie.

    Pozostając w stanie błogiej nadziei możemy sobie pofantazjować, albo zabrać się do pracy. Postarajmy się na początek zdefiniować pole gry, gdzie będzie się decydować odrzucenie systemu dzisiaj. W tym co pisał dzisiaj Andrzej, w komentarzu powyżej, jest na pewno sporo racji. Naszkicował plan minimum.

    Bardzo dobrze, że zmierzasz w kierunku konkretów. Zapewne jesteśmy obserwowani, zapewne teksty i dyskusje, które pojawiają się na witrynie nie docierają zbyt szeroko. Oba te problemy nie wydają mi się wielkie. Obserwacja jest nieunikniona, skoro nasze podziemne rozmowy prowadzimy z otwartą – że się tak wyrażę – przyłbicą. Ta sama obserwacja może być dla nas, a może jeszcze bardziej dla czytelników, cichą inspiracją, że jawność jawnością, ale nie należy z ową przesadzać. Jeśli na przykład któryś z czytelników chciałby zabrać głos na witrynie, a niekoniecznie zdradzać przed mniemanymi „obserwatorami‟ swoją tożsamość może sięgnąć po stosowne środki, kamuflujące nadawcę komentarza. I byłoby bardzo dobrze, bo każdy kolejny głos wzbogaca dyskusję.

    To tylko marginalny przykład, ale kto wie czy nie inspirujący. Być może świat niezrozumiałych krzaczków, rozbieganych po monitorach kuchennej sfery programów jest tą przestrzenią, w której powinna toczyć się zasadnicza część walki?

  19. 19 Dariusz Rohnka

    Nacjonalizm domaga się wedle mnie odrębnej dyskusji. Może warto rozpocząć od kilku pytań. Postawię pierwsze: na ile szeroko należy termin definiować? Czy zawężamy go do środowisk w rodzaju ONR-Falanga i pogrobowców? Czy traktujemy pojęcie możliwie szeroko i przyjmujemy, że nacjonalista to człowiek, wyznający zdumiewającą zasadę: lepszy polski komunizm niż sowiecki, bądź też – niechby już był komunizm, byle polski. Określilibyśmy w ten sposób kierunek i rozpiętość naszego zainteresowania polskim nacjonalizmem.

  20. 20 Dariusz Rohnka

    Szanowny Panie Uważny Czytelniku,

    Bardzo dziękuję za niezdawkowe komplementy, a odwdzięczę się Panu jednym drobnym problemem do rozważenia. Cóż takiego w „jednoznacznym przekazie‟ moich tekstów jest dla Pana trudne do zaakceptowania? Czy zechciałby Pan uchylić rąbka tajemnicy?

    Skoro nie zgadza się Pan z moją argumentacją to znak, że w Pana dyspozycji pozostają argumenty mocniejsze, trafniejsze, bardziej przekonujące. Czy nie zechciałby Pan podzielić się nimi z nami, i w ten sposób przybliżyć wszystkich do niedościgłej… prawdy?

  21. 21 BaSz

    Liter 6057

    Kol. Dariusz pisze:
    Sięgam głęboko w pamięć i staram się przypomnieć postać choćby jednego nacjonalisty, który wyzbył się swoich rojeń i odnalazł się w świecie bez nacjonalistycznej aberracji. – Nie znajduję.
    Hm, chyba już to pisałem, ale powtórzę: jeśli nacjonalizm, uważacie za tożsamy z szowinizmem, no to po co w naszym języku 2 terminy na jedno-i-to-samo? Inaczej: jest między nimi różnica, czy nie ma żadnej? Ja uważam, że dzieli je bardzo szerokie spektrum. Porównam to z ludzkim (ludzkim w obu znaczeniach) seksualizmem: przeważająca większość ludzi odczuwa swą seksualność, nieważne: taką, siaką, czy owaką. Lecz pewien odsetek populacji cechuje hiperseksualizm. Jak to określał jeden mój znajomy:
    Taki to pier*oli wszystko, co się rusza, z wyjątkiem zegarka ”. I to 5 * dziennie.
    Szowinizm jest skrajną formą nacjonalizmu (Wiki), a już to, że istnieją w nim „skrajności”, implikuje istnienie całej, szerokiej gamy form i odmian. Odrzucanie tej gamy dlatego, że nie podoba nam się wysokie c, brzmiące fałszywie, jest rzeczą zdecydowanie nieroztropną.

    Warto cofnąć się do XIX w. i spojrzeć na to, jak był nacjonalizm postrzegany wtedy, gdy stał się modny: ówczesna lewica, w tym stada pięknoduchów z salonów, uważała go za chwalebny i wzniosły: oh, rozwalmy te wszystkie monarchie, owe „więzienia narodów”, i niech one (te narody uciemiężone) nareszcie zaczną rządzić się same. Tu można wtrącić nasz wątek rodzimy: Polska była dla ówczesnych piewców owego samo-rządzenia przykładem sztandarowym, nasze tragiczne powstania wytoczyły łzę z niejednego oka.

    Idąc dalej chronologicznie, spójrzmy na ND-ecję: choć było tam nieco szowinistów, to na pewno nie zaliczał się do nich Roman Dmowski, choć poglądy miał zdecydowane. Ale nie znaczy to, że od razu skrajne! Endecja kierowała swój program do klasy średniej, zabiegając też o poparcie warstw wyższych, ale i o robotnikach nie zapominała. Jej formacja ideowa była na pewno znacznie wyższej próby, niż obozu piłsudczyków. Wygenerowała kompletne recepty dotyczące budowy państwa, ustroju społecznego, i kierunków rozwoju gospodarki. Głównym autorytetem w jej zakresie był Roman Rybarski, zwolennik umiarkowanego liberalizmu gospodarczego. Natomiast rządy sanacji przyniosły wciąż narastającą ingerencję państwową, etatyzm, wraz z nieuchronnie z nim związaną korupcją.

    Władze PRL-u tępiły propagandowo rządy przedwojenne, takiej np. sanacji wytykając to-i-owo. Lecz o wiele zacieklej była atakowana Narodowa Demokracja, której programowo i z wielkim hurgotem wytykano grzechy czasem zawinione (oczywiście wyolbrzymione), i całkiem wymyślone. Jej działalność sprowadzano do getta ławkowego, czy poczynań pałkarzy Zygmunta Przetakiewicza. No i oczywiście jej grzechem szczególnym i absolutnie niewybaczalnym, był antysemityzm. Który wszak ze samej natury rzeczy jest czymś tysiąckroć gorszym, niż germanofobia, rusofobia, albo rusino-fobia. A przecież mniejszość rusińska w II RP była półtora kroć liczniejsza, niż żydowska!

    Przyczyną zupełnie szczególnej nienawiści komunistów do endecji było to, że czerwoni mieli budować „internacjonalizm”, będący jednak przykrótką kołderką mającą maskować wielkoruski szowinizm, który wcale nie zanikł z nastaniem komunizmu: stolica wszechświatowego proletariatu mogła być tylko jedna! I nawet zawołani internacjonaliści, czyli zlaicyzowani i skomunizowani Żydzi – nie spierali się (wówczas!) o to. Acz odmieniło im się, gdy Stalin ich nagle znielubił. Za co? Za to, że po wojnie zaczęli głosić, iż to „naród wybrany” był jej główną, a może i nawet jedyną liczącą się ofiarą. Tego ścierpieć nie mógł, bo choć z urodzenia Gruzin, to z wyboru był Rosjaninem, i uważał, że Wielka Wojna Ojczyźniana (tak ją tam zwą, a nie żadną-tam „drugą światową”) była wspaniałym wysiłkiem radzieckich „ludziów”, i demonstracją potęgi niezwyciężonej A. Czerwonej.

    Co do endeckiego antysemityzmu, to można tu wspomnieć o pewnym podobieństwie do makkartyzmu, porównywanego do jakichś polowań na czrownice. McCarthy oskarżył wiele osób, do historii przeszły 102 z nich, które nie zgadzały się na przesłuchania przed komisjami, acz stanowczo zaprzeczały jakimkolwiek powiązaniom z komunizmem. Minęły lata, odtajniono moskiewskie archiwa, i co się okazało? Ano, że cała ta setka (+2) była albo w samej amerykańskiej kom-partii, albo ją wspierała, formalnie członkami nie będąc. Dlaczego o tym wspominam? Otóż dlatego, że infiltracja II RP przez szpiegów Moskwy ruszyła na skalę naprawdę wielką, zaraz po zakończeniu wojny 1920. Wysyłano tu perfekcyjnie przeszkolonych szpiegów, werbowano też zwolenników w Polsce. A przecież nasz PPS był mocno antykomunistyczny, do tego i patriotyczny, więc do KPP sympatią nie pałał najmniejszą. Kto więc garnął się do komuny najchętniej? Zlaicyzowana inteligencja żydowska, dla której „internacjonalizm” stał się nową Ziemią Obiecaną.
    Tak, tak Michale, tak oni to widzieli! Jeśli masz przeciw temu rzeczowe argumenty, to wskaż je, a nie wspinaj się na wyżyny… szyderstwa! Tudzież pałki „niewybaczalnego” antysemityzmu. Taki nurt lewicy, jak żydokomuna jest faktem historycznym, na świecie, i oczywiście również w Polsce, zarówno przed~ jak i po-wojennej. A co takiego się zdarzyło w 68-mym? Dla nas nic bardzo ważnego: walkę o władzę pomiędzy Chamami a Żydami wygrali ci pierwsi, i tyle… Część wyjechała (acz nie wszyscy do Izraela!), lecz kto nie chciał, to nigdzie wyjeżdżać nie musiał! (warto przeczytać).

    Nie jestem narodowcem, jako ko-liberał widzę, że są oni skłonni do etatyzmu, i nie rozumieją zalet Rynku W Pełni Wolnego. Ale uważam, że nie można ich z tego powodu skreślać, pozostawiając na żer socjalistom typu PiS-owskiego. Trzeba im przypomnieć Rybarskiego, tudzież uświadamiać, że socjalizm wcale narodu nie wzmacnia, lecz całkiem przeciwnie!
    Roboty jest huk, ale i nadzieja jest spora. W środowisku tym istnieje świadomość tego, że Bóg jest dla wszystkich potrzebny, jest też dużo ideowego zapału, nie odrzucajmy tego! Nie odrzucajmy nawet tych garnących się do RN kiboli, bo to jest jedyna szansa, aby szanse mieli i oni: wyrosnąć na ludzi porządnych, czy choćby tylko „nieco” porządniejszych.

    Nie wolno lekceważyć ideowego zaangażowania, oraz zdolności do samoorganizacji: RN jest obecnie jedyną siłą polityczną w Polsce, która jest w stanie w krótkim czasie wyprowadzić na pochód 100 tys. zwolenników, choć jej wyniki sondażowe mówią o jakichś 2% poparcia społecznego.

    Nie przeczę, że istnieje coś takiego, jak prymitywny, bezrefleksyjny hurra-patriotyzm, istnieje! Lecz wg mnie stokroć gorszy jest ślepy, lemingowy kosmopolityzm, w którym celuje nasza obecna, pożal się Boże j-elita. Należy ją demaskować, piętnować, i zwalczać. To by było na dziś tyle.

    Pozdrawiam!

  22. 22 Dariusz Rohnka

    Szanowny BaSzo,

    Z jakiego fragmentu mojej wypowiedzi wynika jakobym nie odróżniał nacjonalizmu od szowinizmu? Nie ma takowego, prawda? To i dobrze, tym prędzej będziemy mogli przejść do poważniejszych kwestii.

    Józef Maria Bocheński, pisząc swoje szkice o nacjonalizmie i katolicyzmie w l. 30. XX wieku nacjonalizm nazywał szowinizmem, patriotyzm nacjonalizmem. Co nam to mówi? Zdaje się, że ni mniej, ni więcej tylko to, że w latach młodości przyszłego znanego filozofa (i antybolszewika) w pewnych środowiskach intelektualnych czy politycznych pojęcie nacjonalizmu zlewało się w jedno z patriotyzmem, a zatem, cytując Dmowskiego przyjmowano, że: „Ojczyzna to przede wszystkim naród‟.

    Konsekwencją tego myślenia, jedną z najbardziej ciążących na naszej historii, były decyzje powzięte w Rydze, zdeterminowane chęcią takiego zawężenia granic państwa, które by – zdaniem nacjonalistycznych ekspertów w typie Grabskiego (może Dmowski oraz jego towarzysze partyjni byli jednak szowinistami?) – pozwalały realnie myśleć o asymilacji mniejszości narodowych, czyli o de facto wynarodowianiu Białorusinów, Ukraińców, Litwinów (o przeprowadzeniu podobnej operacji w odniesieniu do Niemców czy Żydów nigdy nie myślano).

    Zanim doszło do zawarcia wspomnianego wyżej traktatu z bolszewikami (Marian Zdziechowski nazywał ten haniebny akt polityczny endeków [i nie tylko endeków] Zbrodnia ryską , podczas wyborów do Sejmu w 1919 roku ci sami endecy (kierowani przez Dmowskiego) zorganizowali się w formację polityczną o interesującej nazwie Związek Ludowo-Narodowy. Głosili: „Polska musi być narodowa, bez podziału na szlachecką, robotniczą, chłopską czy mieszczańską. W przeciwnym razie może stać się ona jedynie żydowską.‟ – Mnie to nie wygląda na program umiarkowanego liberalizmu. Raczej na szowinizm o podłożu skrajnie antysemickim. Kilka lat później Dmowskiego zafascynowała postać i faszystowskie koncepcje Mussoliniego, czego efektem było powstanie OWP. Umiarkowany liberał Rybarski jako współtwórca tej formacji zasłynął odmową wpisywania ocen do indeksów tym studentom, którzy ośmielili się protestować wobec getta ławkowego. Wyobrazić sobie trudno – profesor uniwersytetu, w dodatku liberał (choć umiarkowany). Ja bym jego „dokonań‟ nikomu nie chciał przypominać. Na pewno nie jako wzór do naśladowania.

    Zdumiewają narracje, gdzie nawet Gruzin może uchodzić za przedstawiciela „wielkoruskiego szowinizmu‟, który jakoby „wcale nie zanikł z nastaniem komunizmu‟. Bardzo byłbym ciekaw, jakie przesłanki świadczą na rzecz powyższej tezy. Czyżby tym twardym argumentem mogły być miliony wymordowanych Rosjan i wszyscy pozostali, żyjący na skraju śmierci głodowej i chronicznego niedostatku (po dzień dzisiejszy)?

    Prowadzenie dyskusji wokół problemu występowania zwolenników komunizmu pośród przedstawicieli narodu żydowskiego wciąż pewnie przykuwa uwagę, ale dokąd może prowadzić? Czyżby do wnioski, że Żydzi nie są odporni na bakcyl komunistycznej zarazy? Jeżeli tak, to dyskusja jest bezprzedmiotowa – bo ja się zgadzam. Może podyskutujmy w zamian o innych nacjach. Któraś pewnie jest niewrażliwa. Wiem! To POLACY? To muszą być ONI, nieprawdaż!

    Zachodzę w głowę cóż to takiego „prymitywny, bezrefleksyjny hurra-patriotyzm‟ i dlaczego warto się tym zjawiskiem zajmować, a reprezentantów tej ideowej formacji przygarniać? Poczytam. Pewnie znajdę coś na ten temat u Dmowskiego.

  23. 23 (nie)uważny czytelnik

    Szanowny Panie Dariuszu,
    Ojojoj, wiele by mówić. Ale nie, nie mam takich odwrotnych, mocniejszych argumentów. Tym bardziej tajemnicy, o jej rąbku nie wspomnę, bo i z czego go odsłonić. W zasadzie powinienem powiedzieć, że niedowierzam. Ale o wierze nie miało być. To może przewrotnie odpowiem pytaniem na pytanie. Dlaczego Pana argumenty nie mogą mnie przekonać? W ostatnim artykule zwraca Pan uwagę na słabości bolszewizmu. No właśnie, czy tylko bolszewizm czy jakikolwiek pomysł na zamordyzm, choć często właśnie pod przykrywką komunizmu. I dlaczego walczyć tylko z tym jednym, wprost deklarowanym. Czy uważa Pan, że np. Korea Północna czy Chiny są naprawdę komunistyczne, czy tylko wykorzystują ideologię dla własnych celów, a że to teraz najwygodniej to inna sprawa. Może utrzymywanie fikcji (nie wiem czy fatalnej czy totalnej), zanim nie znajdzie się nowy pomysł, jest sposobem na przetrwanie. A do prawdy, tak tej niedościgłej, to rzeczywiście możemy tylko próbować się zbliżyć.

  24. 24 Dariusz Rohnka

    Szanowny Czytelniku Uważny lub Nie,

    Cóż to za ezopoizmy?

    Cytuję: „No właśnie, czy tylko bolszewizm czy jakikolwiek pomysł na zamordyzm, choć często właśnie pod przykrywką komunizmu.‟

    Hm!

    Czyli, że zdaniem Jego bolszewizm jest częścią większego zbioru, mianowicie „jakiegokolwiek pomysłu na zamordyzm‟?

    Czytelnik Jest Nieuważny. Od tuzina lat przekonujemy na wp, że bolszewizm jest czymś absolutnie wyjątkowym, nieporównywalnym z niczym, że stworzył nową epokę, nową erę w dziejach świata, a tu Szanowny wyskakuje z takim klopsem.

    Po co? Po co pisać?

  25. 25 (nie)uważny czytelnik Przemek

    Panie Dariuszu,
    Klopsy uwielbiam, co do ezopoizmu to nigdy nie jadłem. Czy może Pan wyjaśnić znaczenie tego słowa. Wujek google nie daje rady.
    „Jego” zdaniem nie jest wpisywanie bolszewizmu (komunizmu) w większy zbiór, a tylko uwaga na wykorzystanie tej hydry do własnych celów (zazwyczaj niecnych).
    Po co? No właśnie, czy tylko poklask, zgoda i pochwały. Tak, te też się należą za „tuzin lat”, ale czy tylko te.
    Jeszcze, co do cytowania pojedynczych zdań. Darek to ja teraz zacytuję. „Upadły Związek Sowiecki obnażył swoją słabość militarną. Trwająca przez dziesięciolecia psychoza strachu okazała się bezpodstawna” Kojarzysz? A reszta wokół, kolejne zdania i cała książka nie jest istotna?

  26. 26 Dariusz Rohnka

    Przemek,

    Kto niby wykorzystuje komunizm do realizacji własnych celów? Masoni? Cykliście? A może podli kapitaliści? Zdawało mi się zawsze, że jest odwrotnie.

    Pomiędzy komunizmem a antykomunizmem jest pewna zasadnicza różnica. W przypadku tego ostatniego, zdarza się pewnej natury osobnikom udawać zwolennika tej idei. Jednym z najciekawszych przykładów tego typu zafałszowania jest Adam Michnik, który z własnej/nieprzymuszonej woli przywdział przyobszerny kubrak antykomunizmu. Zrobił tak, ponieważ formuła, w której chciałoby mu się tkwić i działać najchętniej – reformatora ukochanego komunizmu – straciła rację bytu. Mówiąc kolokwialnie, świat mu się rozpieprzył, brutalnie zahaczając o jego ideową tożsamość.

    W przypadku komunizmu jest nieco inaczej, bo… z komunizmem nie ma żartów i na ogół każdy to rozumie. Ale są wyjątki. Specjalnym przykładem jest Czesław Miłosz, który udawał komunistę, choć – tak twierdził Józef Mackiewicz (znający Miłosza bardzo dobrze), nigdy komunistą nie był. Jako ideowy koniunkturalista (Miłosz, nie Mackiewicz) uznał po prostu, że bycie komunistą (najlepiej rozczarowanym) najbardziej się opłaca. Nie przeliczył się (w pewnym sensie). No, ale Miłosz nie robił w polityce, więc to przykład nie całkiem adekwatny. Gdyby na przykład politycznie zaangażowani cykliście próbowali grać komunistyczną kartą (z racji jej siły), sądzę, że skończyłoby się to dla nich tęgim laniem.

    Kolejnego zdanie, wybacz, w ogóle nie rozumiem, tylko pojedyncze słowa, dlatego trudno mi się do niego odnieść.

    Z trudem także domyślam się, o co chodzi w ostatnim akapicie. Czy o to, że zdanie celowo wyrwane z kontekstu nie oddaje intencji jego autora? Ok.

    Aaaa, jeszcze ezopoizm. To nic wielkiego, nowe słowo. To od Ezopa.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja