III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




By wyjaśnić przyczyny wojen perskich, Herodot musiał się cofnąć do porwania Io, do wojny trojańskiej, do historii Krezusa i Cyrusa.  Założycielskie mity Hellady wiążą się w dużej części z ziemiami, zwanymi przez Greków Azją Mniejszą.  Były to żyzne i bogate krainy, o które walczyły imperia.  Lidia, Paflagonia, Kapadocja, Galacja, były niegdyś potężnymi państwami, ale prędzej czy później padały ofiarami wielkich imperiów ze Wschodu – Asyrii, Babilonii, Persji – a później z Zachodu, Greków i Rzymian.  Nawet Wschodnie Imperium rzymskie, ze stolicą w Konstantynopolu, nie panowało niepodzielnie nad tymi ziemiami.  Azja była ciągle miejscem wojen, najazdów i wielkich bitew, starć, długich marszów i potyczek.  Po upadku Bizancjum, Otomańska Porta rozciągnęła kontrolę nie tylko nad Azją Mniejszą, ale nad ogromnymi połaciami Europy, Azji i Afryki, aż do czasu klęski wiedeńskiej, odkąd zapadający się w sobie sułtanat liczyć się musiał nie tylko z Rzeczpospolitą Obojga Narodów, ale także z rosnącym w siłę państwem Romanowych.

Geopolityczne znaczenie tych ziem jest oczywiste.  Są one łącznikiem między Europą i Azją, ale także między Azją i Afryką.  Tamtędy biegnie droga na Kaukaz i do bogactw Morza Kaspijskiego, tamtędy także wiedzie droga do Zatoki Perskiej, do Lewantu i nawet do Indii i Chin.  Dystans między Istambułem i Wiedniem jest mniej więcej taki sam, jak między Wiedniem i Londynem.  Ale najważniejsze strategicznie są one dla ziem ruskich.  W swej ekspansji na Południe, carowie moskiewscy zupełnie otwarcie stawiali sobie cel opanowania Bosforu.  Bosfor jest jedną z trzech bram Morza Śródziemnego (wliczając w to Suez), ale dla ziem ruskich jest jedyną drogą morską na południe.  Rzecz jasna, Rosja już nie istnieje, podobnie jak nie istnieją potężne niegdyś królestwa Bitynii, Pontu czy Frygii.  Na miejscu tych ostatnich jest sekularna Turcja pod władzą autokratycznego Erdogana, a na miejscu Rosji stoi od wieku złowróżbna potęga sowiecka.  Część interesów każdego państwa jest po prostu funkcją jego geografii, nic więc dziwnego, że sowieccy przywódcy od lat pragnęli mieć więcej kontroli nad Turcją.  I dokładnie z tego samego powodu, Turcja była przez dziesięciolecia jednym z najważniejszych członków NATO.

Co się stało?

Już od samego początku wojny domowej w Syrii, Turcja nie mogła być obojętna na wydarzenia za południową granicą.  Erdogan mniej był zainteresowany obaleniem Assada, niż pomocą dla turkmeńskich ziomków (zamieszkujących pogranicze Syrii) oraz zgnieceniem dwóch rosnących sił antyreżymowych: ISIS i Kurdów.  Tzw. kalifat był o wiele zbyt radykalny dla jego gatunku islamizmu (bliskiego raczej Bractwu Muzułmańskiemu niż saudyjskiemu wahhabizmowi), natomiast Kurdów chce turecki prezydent zwalczać zawsze i wszędzie, są oni dla niego czymś jak Żydzi dla polskiego antysemity.  Obama odmówił zaangażowania w Syrii w jakiejkolwiek formie, co doprowadziło do ochłodzenia stosunków Turcji z Ameryką.  Jednocześnie jednak, stosunki z Moskwą pozostały chłodne ze względu na jednoznaczne i otwarte poparcie Putina dla Assada.  Sytuacja zmieniła się w listopadzie 2015 roku.

W połowie listopada odbyła się w Turcji konferencja G20 i rozmowy między Putinem i Erdoganem otworzyły obiecujące perspektywy porozumienia.  Ale 25 listopada sowiecki myśliwiec Su-24M został zestrzelony przez tureckie myśliwce F-16 i rozpoczęła się, częsta w takich wypadkach, wymiana gwałtownych oskarżeń z obu stron.  Odpowiedź Putina miała jednak także wymiar gospodarczy.  Nie, nie nałożył sankcji, w których tak celują demokracje.  Wezwał do bojkotu tureckich produktów i tureckich plaż jako celu wypraw turystycznych Rosjan.  W ten sposób, w krótkim czasie zrujnował tureckich producentów pomidorów i wywołał protesty przeciw Erdoganowi.  Kryzys kosztować miał Turcję prawie 10 miliardów dolarów, a na Europę, jako rynek zbytu lub źródło turystów, nie było co liczyć, toteż Erdogan prędko porzucił buńczuczną retorykę i przeprosił się z Putinem w lecie 2016.

Erdogan jest stale krytykowany na liberalnym Zachodzie za swoje autorytarne i jednoznacznie nacjonalistyczne rządy, gdy w Putinie znalazł bratnią duszę, jak on, ofiarę zachodnich machinacji.  W lipcu tegoż roku, miała miejsce nieudana próba przewrotu w Ankarze i Istambule, próba dziwnie podobna do sierpniowego puczu w Moskwie w 1991.  Do dziś istnieją dwie uporczywe pogłoski, że autorem puczu była albo CIA, albo sam Erdogan.  Efektem były wzmożone represje w Turcji i zwiększone napięcie między Erdoganem a jego sojusznikami z NATO.  Gdy Amerykanie odmawiają nadal ekstradycji tureckich dysydentów, kagebiści usłużnie pomagają zbierać dowody przeciw nim.

A jednak turecko-sowieckie „kochajmy się!” nie poszło zupełnie gładko.  W grudniu tegoż roku, zamordowany został w Ankarze ambasador Karłow.  Zabójca wykrzykiwał slogany dżihadu i głosił zemstę za masakrę w Aleppo, zanim został zastrzelony.  Jego akt wskazywał na rosnący opór wobec zbliżenia z Moskwą ze strony tradycyjnych zwolenników Erdogana.  Ale, jak to mówi Tadeusz w Drodze donikąd, „jeżeli im to nie będzie w tej chwili potrzebne, to żebyś strzelił sto razy, schowają to w kieszeń”.  Toteż Putin schował w kieszeń prowokację, bo akurat w tej chwili potrzebne mu było zbliżenie z Turcją.  W tym samym bowiem czasie pod jego egidą odbywały się rozmowy w Astanie na temat pokoju w Syrii.  Putin osiągnął wszystkie taktyczne cele w Syrii – bazy morskie i lotnicze, wraz z utrzymaniem Assada u władzy – a na dodatek był teraz w bliskich stosunkach z Turcją, która początkowo była po drugiej stronie barykady w Syrii i pozostawała nadal ważnym członkiem NATO.  Wobec tak wielkich sukcesów, zniósł bojkot tureckich produktów i przywrócił bezwizowy ruch między obydwoma krajami, zamknął rozgłośnię w języku kurdyjskim i uzgodnił z Erdoganem politykę wobec Wenezueli, by zacieśnić przyjazne stosunki między obydwoma krajami.

Wszystko to jednak drobiazgi, a może wręcz preludium do decyzji zasadniczej: oto Erdogan ogłosił, że zamierza zakupić sowiecki system obrony rakietowej S-400.  Zważywszy, że głównym celem tego systemu jest zestrzelenie samolotów i rakiet NATO, Pentagon zawiesił sprzedaż samolotów F-35 do Turcji, a Biały Dom próbował wywrzeć presję na Turcję, żeby odwołano transakcję z Moskwą.  Pomimo presji amerykańskiej, przed paru tygodniami dostarczono Ankarze pierwsze elementy S-400, na co Trump, z typową dezynwolturą, ogłosił, że nic mu nie przeszkadza sowiecki system w rękach Turków i że to wszystko wina Obamy.  Jednak głównym problemem strategów z NATO nie jest niekompatybilność sowieckich rakiet z ich własnymi systemami, ale bardziej zasadnicza trudność, że system musi potrafić skutecznie odróżnić przyjacielskie samoloty i rakiety od wrogich, a więc tajne sygnały rozpoznawcze musiałyby być włączone do systemów operacyjnych S-400.

Turcy argumentują, nie bez słuszności, że sowiecki system jest bardziej zaawansowany od zachodnich systemów obronnych i nieporównywalnie skuteczniejszy od amerykańskich rakiet typu Patriot.  S-400 używa czterech różnych typów rakiet, może zidentyfikować i zestrzelić każdy zachodni samolot – włącznie z tymi, które używają technologii „stealth” – a także rakiety typu „cruise” i tzw. bomby kierowane.  Sowieci utrzymują, że S-400 jest w stanie przechwycić również rakiety balistyczne, ale zachodni eksperci podają to w wątpliwość.  Turcy natomiast twierdzą, że są w stanie utrzymać w tajemnicy integralność systemów rozpoznawczych NATO, ale znowu zachodni eksperci są innego zdania.  Prawdopodobnie setki sowieckich doradców będą pracować wewnątrz tureckich baz lotniczych i wojskowych nad instalacją, rozmieszczeniem i wdrożeniem S-400, więc okazji do zdobycia sekretów będzie co nie miara.

W odwecie, Amerykanie skasowali tureckie zamówienie na 100 samolotów F-35 (dotąd tylko zawieszone).  Cztery już zakupione samoloty nie zostaną posłane do Turcji.  Tureckie firmy zostały skreślone z listy dostawców części do F-35, co pogrąży tylko turecką gospodarkę w jeszcze głębszą recesję i, najprawdopodobniej, pchnie Erdogana mocniej w objęcia Putina.  Turecki prezydent błaga chrl o inwestycje, a niedawno posunął się nawet do obrony chińskiego reżymu w obliczu zachodniej krytyki.  W Turcji mieszka 30 tysięcy ujgurskich emigrantów z Chin, ale państwowe media tureckie przestały ich ostatnio popierać, a nawet posunęły się do wyzwisk po adresem emigrantów, którzy okazują się teraz być „służalcami CIA”.

Reakcja NATO, a bardziej konkretnie, reakcja Trumpa, wydaje mi się w miarę słuszna strategicznie: nie zaogniać sporu, nie nakładać ogromnych – a do tego przewidzianych prawnie! – sankcji na Turcję, a w zamian ograniczyć się do ochrony interesów NATO w tej trudnej sytuacji, w nadziei, że prędzej raczej niż później przyjdzie opamiętanie.

Trudniejsza do zrozumienia jest postawa Erdogana.  Nie może on mieć żadnych wątpliwości, jak niebezpieczną prowadzi grę, ale być może wydaje mu się, że jest zbyt ważnym członkiem Paktu Atlantyckiego, by Amerykanie pozwolili mu odejść, może próbuje ich zmusić do większej pomocy gospodarczej i powściągnięcia krytyki jego posunięć.  Jeżeli tak jest w istocie, to się przeliczy.  Rzecz tylko w tym, że kiedy się opamięta, to może być już za późno.  A geostrategiczne znaczenie Turcji nie da się przecenić.

Czy nie było już kiedyś podobnej sytuacji?  Czy nie było gdzieś autokratycznego przywódcy państwa, który, widząc się opuszczonym przez zachodnich sojuszników, zawarł pakt nieagresji ze Stalinem?  Józef Piłsudski, podobnie jak Recep Erdogan, prowadził trudną grę, którą Polska przegrała z kretesem.  Podobnie jak Piłsudski, Erdogan czuje się porzucony przez Zachód i szuka wyjścia z trudnej sytuacji, ale droga, którą wybrał, prowadzi donikąd.



Prześlij znajomemu

18 Komentarz(e/y) do “Putin i Erdogan czyli języczek u geopolitycznej wagi”

  1. 1 Andrzej

    Panie Michale,

    Nie wspomniał Pan o Krymie. Co Pan sądzi o hipotezie, że na „zaprzyjaźnienie” się Turcji z sowietami-czekistami mogła mieć wpływ „ponowna” instalacja pocisków balistycznych tamże?

    Nie wiem czy Pan pamięta, jak po zdławionym „puczu” Erdoğan dziękował sowietom za pomoc wywiadowczą. Jaka była ich rola w tym „wydarzeniu”? Czy aby nie sprawcza?

    W trzeciej części cyklu „Wszystko jest połączone” pisałem o tym, że w atakach na serwery stanowych systemów wyborczych USA użyto tych samych adresów IP, które wykorzystano wcześniej w atakach na serwery partii Erdoğana (AK Parti). Czy nie jest możliwym, że sowieci nabyli w ten sposób wiedzę na temat polityki tureckiej i tureckiego wodza, którą następnie wykorzystali? Niecały miesiąc przed zwrotem w polityce Turcji wobec nich, poprzez WikiLeaks ujawnili, że są w posiadaniu dość dużego zbioru informacji.

    Zgadzam się z tym co Pan napisał w kwestii geopolitycznej, tzn. pozostawiona samej sobie Turcja, mająca lokalne ambicje mocarstwowe, szukała dla siebie innego partnera z wyższej ligi aby je podtrzymać (a wybór był tylko jeden). Ale ten „partner” Turcję „za łeb trzyma”. Erdoğanowi podoba się maska, którą nałożył Putin i jak każdy nacjonalista nie chce dostrzec prawdziwej sowieckiej twarzy. To raczej nie tyle głupota, co zaraza.

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Krym nie wydaje mi się mieć wielkiego znaczenia. Bazy były tam zawsze, a rozmieszczenie rakiet balistycznych nie zmienia niczego z punktu widzenia Turcji. Rakiety Iskander są wprawdzie krótkiego zasięgu, ale ich zadaniem jest zniszczenie systemów NATO w Europie raczej niż w Turcji. Dystans między Krymem a Ankarą jest 500 km, więc rakiety balistyczne są ekstrawagancją, by trzymać w szachu Turcję. Noworosyjsk czy Soczi są jeszcze bliżej Turcji niż Krym, więc posunięcie rakiet na Zachód nie mogło mieć Turcji jako celu.

    Pucz jest intrygujący. Nie badałem go nigdy szczegółowo, powtarzam raczej krążące pogłoski i oskarżenia. Usłużne podsunięcie wywiadowczych danych jest klasyczną sowiecką prowokacją, co Erdogan powinien chyba rozumieć, ale z drugiej strony wygodnie mu było to przyjąć raczej niż odrzucić.

    Trzy elementy tej sytuacji są niezwykle ciekawe. Po pierwsze, umiejętne i bardzo sprawne lawirowanie Putina. Nie po raz pierwszy, nie doceniamy sowieckich wrogów. Po drugie, beznadziejna krótkowzroczność tzw. Zachodu. Tu odróżnić trzeba kompletną ślepotę strategiczną w Europie, od czegoś w rodzaju bezradnego oczekiwania na rozwój wypadków w Stanach (ale tam przynajmniej rozumieją, co się święci). Ale najważniejsze jest postępowanie Erdogana.

    Wskazałem na analogię z Piłsudskim, bo w moim przekonaniu, Erdogan się miota i próbuje zastraszyć Zachód, że jeśli mu nie pomogą, to pójdzie z Putinem. Ale jednocześnie on wie lepiej niż politycy zachodni, z czym ma do czynienia, trudno więc pojąć, jak sobie wyobraża wyjście z tej zależności.

    Proszę wybaczyć, ale nie pamiętałem o Pańskich odniesieniach w artykule „Wszystko jest połączone”. Zajrzę tam dzisiaj później i napiszę osobno.

  3. 3 michał

    PS do powyższego artykułu.

    Pan Andrzej Dajewski napisał tu przed paru laty cykl pt. „Wszystko jest połączone (w cyberprzestrzeni i wokół)”, którego Część III (http://wydawnictwopodziemne.com/2017/07/05/wszystko-jest-polaczone-w-cyberprzestrzeni-i-wokol-czesc-iii/) jest w pewnej mierze poświęcona Turcji. Niech mi niniejszym wybaczy, że nie pamiętałem tego artykułu. Żałuję, bo ma on wiele do dodania w kwestii zwrotu w stosunkach turecko-sowieckich.

    Najważniejsza wydaje mi się sugestia, że, mówiąc brutalnie, sowieccy hakerzy dali Putinowi jakiś „hak” na Erdogana. Jak zwykle w tego rodzaju historiach, nic nie jest do końca jasne, a już z całą pewnością nie da się udowodnić przez wiele lat, ale że coś tu jest na rzeczy – to fakt.

    Panie Andrzeju, napisał Pan powyżej:

    Czy nie jest możliwym, że sowieci nabyli w ten sposób wiedzę na temat polityki tureckiej i tureckiego wodza, którą następnie wykorzystali?

    Czy nie wydaje się Panu, że „hak” musiałby być innej natury? Polityka turecka wydawała się w miarę przejrzysta, ale tylko do momentu owej zmiany orientacji, o której mówimy.

  4. 4 Andrzej

    Panie Michale,

    Nie posiadam wiedzy na inne cyberataki sowieckie na Turcję poza tym na serwery AK Partii. Ale wydaje mi się bardzo prawdopodobne to, że sowieci posiedli wiedzę (nie tylko z tego źródła) odnośnie strategicznych danych tureckich. To by rzeczywiście był powód do zmiany, która nastąpiła trzy lata temu. Wszystko jest nie tylko połączone ale i możliwe. W kontekście cyberataków na serwery partii Erdoğana, nie tyle miałem na myśli klasyczne „haki” na niego (dajmy na to obyczajowe), co poznanie sekretów jego polityki.

    Czy uważa Pan za uzasadnioną hipotezę, że to sowieci zorganizowali turecki „pucz” a następnie „rozbroili go”, uzyskując tą „kombinacją operacyjną” zmianę polityki Erdoğana? Okres od zestrzelenia przez Turcję sowieckiego myśliwca na granicy z Syrią do „puczu” wydaje mi się kluczowy. Czy wiadomo coś Panu o kontaktach turecko-sowieckich w tym czasie?

    Czy zabójstwo sowieckiego ambasadora w Ankarze mogło być testem lojalności wobec procesu „pojednania”? Będąc pewni tego, że Turcja nie zmieni swojej polityki wobec nich, sowieci mieli tureckiego asa w rękawie na wspomniane przez pana negocjacje w Astanie (dziś już Nur-Sultan ku chwale towarzysza Nazarbajewa).

  5. 5 michał

    Panie Andrzeju,

    Ale jakie „sekrety polityki” mogłyby mieć taki skutek? Że jako nacjonalista turecki, będzie w pierwszym rzędzie wrogiem Kurdów? Że Turcja jest członkiem NATO, i to bardzo ważnym członkiem? Że Erdogan nie lubi Assada, ale obawia się zwycięstwa fundamentalistów w Syrii, a jeszcze bardziej chaosu? To wszystko było zupełnie oczywiste i bez odkrywania tejemnic. Stąd podejrzenie, że jeżeli coś było w tych emaliach, to nie dotyczyło strategii.

    Pucz jest bardzo dziwny, choć nie znam szczegółów. Nie wydaje mi się jednak, żeby Putin ryzykował zorganizowanie go. Prędzej mógł był podsunąć Erdoganowi pomysł, że taki pucz dałby mu wystarczający pretekst. Tylko że w czasie gdy wybuchł, stosunki między nimi nie były jeszcze na tyle dobre.

    Zarówno zestrzelenie myśliwca, jak i zabójstwo ambasadora, wskazują raczej na siły odśrodkowe w tym zbliżeniu. Na istnienie poważnych napięć między Turcją i sowietami, choć zdaje się nie pomiędzy Putinem i Erdoganem. Toteż niezupełnie rozumiem Pańskie słowa o „teście lojalności”. Na moje oko, to raczej kapitalny przykład giętkości Putina, który wykorzystał na swą korzyść wydarzenia całkowicie poza jego kontrolą i skierowane przeciw niemu.

    Dodajmy, klasyczna to leninowska taktyka.

  6. 6 BaSz

    Oczywiście rzeczą banalną i wiadomą jest to, że dla Turcji była Rosja najważniejszym, stale jej zagrażającym wrogiem, od kilku setek lat. To, że Erdoğan postawił na zbliżenie z Moskwą, patrząc okiem potomków Sobieskiego, świadczy najwyraźniej o jego elastyczności. Czy się na tym nie przejedzie? Hm, a co takiego może stracić, cnotę? Wydaje mi się, że zyskać może więcej, trzymając te zbliżenie nad głową NATO jak miecz Damoklesa.

    A tak BTW: gdy rozpoczęto dziłania zbrojne przeciw Saddamowi, to mi chodziło po głowie, że Turcja mogła wtedy „coś” ugrać, ale to zaniedbała. Wszak dla całości operacji militarnych dość istotne były możliwości lotów (i nie tylko) z baz tureckich. Ankara mogła wówczas postawić warunki na to, że aby uczestniczyła aktywnie w anty-irackiej eskapadzie, to „coś” musi za to dostać. Kilka warunków, z przyjęciem do EWG na czele. Czemu tego nie zrobili? Pewnie nie przyszło im to do głowy, dosyć to… dziwne.

  7. 7 michał

    Tak, oczywizda, chodzi o to, że Erdogan może stracić cnotę. Tylko cicho-sza, nie mów o tym nikomu, bo jak się dowiedzą w waszyngtońskiej synagodze, to będzie klapa, przechlapane, picu picu, chlastu chlastu, nie mam rączek jedenastu.

  8. 8 Jacek

    Panie Michale,

    Co prawda z opóźnieniem, ale pozwolę sobie jeszcze zabrać głos w dyskusji. Erdogan oczywiście bardzo ryzykuje balansując na barykadzie, wydaje się jednak mieć pewne atuty. Przede wszystkim Turcja jest na tyle niezależnym i suwerennym państwem, że może sobie pozwolić na taką grę. Gdyby podobne fanaberie przyszły do głowy komuś w Europie Wschodniej, to zostałby natychmiast skutecznie zneutralizowany przez Waszyngton lub Moskwę, w zależności od aktualnej przewagi agentury. Więc być może Erdogan jednak coś ugra od Trumpa, bo chyba taki jest cel jego działań. Nie wydaje mi się, żeby stawiał serio na zbliżenie z Moskwą, to raczej tylko taktyczna zagrywka.

    Taką też zagrywką wydaje się być deklaracja zakupu S 400. Nie mogę się zgodzić z Panem co do skuteczności tego systemu. Oczywiście realnie jego możliwości ocenić można by dopiero na podstawie pełnowymiarowego konfliktu, ale są pewne analizy, które ułatwiają taką ocenę. Szwedzi z Agencji Badań Obronnych FOI w raporcie na temat skuteczności S 400 wykazali podstawowe słabości systemu. Przede wszystkim krążące opinie o zasięgu rakiet 40N6 (rzekomo 400 km) są mocno przesadzone. Pociski tego typu są wciąż jeszcze w fazie prób. Świadczy o tym między innymi fakt, że S 400 umieszczone w Syrii były wyposażone w starszy model rakiet, o skromniejszych parametrach. Szwedzkie analizy wykazują również słabości systemu wykrywania i naprowadzania na cel. Chodzi przede wszystkim o ograniczenia w obserwacji celów znajdujących się poza tzw horyzontem radiolokacyjnym. Z dostępnych danych wynika, ze sowieci nie dysponując technologią over-the-horizon, czyli możliwościami, jakie dają urządzenia takie, jak np amerykański HAARP. Pewnym atutem sowieckiego systemu jest zdolność samonaprowadzania aktywnej głowicy rakiety 40N6, ale zasięg takiego działania wynosi około 30 km, wiec musiałby być wspomagany przez radar naziemny, a to z kolei powoduje problemy w komunikacji pomiędzy obydwoma systemami i ogranicza skuteczność pocisków.

    Reasumując, Szwedzi oceniają realny zasięg S 400 na 200 – 250 km w przypadku dużych i powolnych samolotów transportowych, typu np C 5 Galaxy na pułapie około 10 000 m. W przypadku myśliwców IV generacji i pocisków typu cruise ten zasięg spada do około 35 km. Natomiast przypisywanie temu systemowi możliwości niszczenia F 35, Raptorów, czy B2 jest według mnie dużym nieporozumieniem.

    Wszystko to pokazuje, że sowieci, wbrew własnym deklaracjom nie są w stanie stworzyć przy pomocy S 400 strefy A2/AD (Anti Access/ Area Denial), a cała legenda o możliwościach systemu jest wytworem kremlowskiej propagandy, podobnie jak w przypadku myśliwca SU 57.

  9. 9 michał

    Drogi Panie Jacku,

    Proszę wybaczyć moje milczenie. Byłem ciut zajęty.

    Nie jestem w stanie podjąć dyskusji na temat S400. Mogę tylko powtórzyć opinie przeczytane, że system jest imponujący, ale oczywiście całkowicie przyjmuję, że to się może okazać „sowiecka robota”, jak określił był klasyczną sowiecką fuszerkę ojciec rewolucji, tow. Lenin. Jane’s Defence Weekly wypowiada się dobrze o tym systemie, ale nie wątpię, że wiele wiadomości na jego temat to propaganda.

    Natomiast co do strategii przyjętej przez Erdogana, to nie przekonał mnie Pan.

    We wczesnych latach 30 ubiegłego stulecia, wywiad polski donosił o buntach na Ukrainie, o rosnącym głodzie, o wrzeniu, uciekinierzy z Ukrainy potwierdzali, że ludność czeka na „wyzwolenie” przez Polaków. Ale Piłsudski nie miał żadnego poparcia z Zachodu dla takiej interwencji, toteż „na złość mamie odmroził sobie uszy” i podpisał pakt ze Stalinem.

    W moim przekonaniu, Erdogan robi to samo. Czuje się porzucony przez Zachód. Niunia wystawiła go do wiatru i krytykuje go na każdym kroku, a Ameryka nie jest pomocna. Pan sądzi, że próbuje „ugrać coś od Trumpa”, ale realistycznie, musi być dla niego oczywiste, że nie ugra nic. Co więcej, w ostatnich dniach otwarcie zagroził, że zaatakuje Kurdów w Syrii; Kurdów, którzy są głównymi aliantami Ameryki w Iraku i w Syrii. Nie po raz pierwszy, nacjonalizm okazuje się złym doradcą. O ile wiem, nie przeprowadził nadal tego ataku, ale samo wyrażenie takiej groźby wskazuje, że on nie do końca chyba wie, co robi. Wydaje mu się, jak Piłsudskiemu w latach 30., że chroni swój naród, że prowadzi mądrą politykę, ale to się tylko może skończyć dla Turcji tak, jak się skończyło dla Polski.

    Zbliżenie z sowietami wydaje mi się pod każdym względem autentyczne. Nie, jak Pan utrzymuje, naciągane, żeby przekonać Zachód, że nie mogą sobie pozwolić na utratę takiego sojusznika jak Turcja, ale raczej „na złość mamie odmrożę sobie uszy” w stylu Piłsudskiego.

  10. 10 Jacek

    Panie Michale,

    No dobrze, ale, jeśli Erdogan faktycznie chce zbliżenia z Moskwą, to czego realnie oczekuje? Ani gospodarczo, ani militarnie sowieci nie są dla niego atrakcyjni. Nie sądzę, żeby zdawał sobie sprawę z długofalowej strategii politycznej Kremla i chińskich komunistów, więc o jakimś głębszym sojuszu na tym polu też raczej nie można mówić. Według mnie dla Turcji jedynym strategicznym kierunkiem jest sojusz z USA, nawet mając świadomość ich słabnącej pozycji.

  11. 11 michał

    Panie Jacku,

    Dlatego jest to tak dziwne. Jego gra wydaje się bardzo krótkowzroczna, ale być może warto pamiętać zasadę, której nie stosowali polscy politycy podczas II wojny: nie ceni się całkowicie lojalnych sojuszników. Żeby wydobyć coś od Zachodu (w praktyce, od Ameryki) musi stworzyć wrażenie, że jest gotów pójść z Putinem.

    Chciałbym jednak zakwestionować Pańską supozycję, że sowieci są dla niego mało atrakcyjni. Bojkot, bo nie sankcje, wywołany przez Putina, miał ogromny wpływ na turecką gospodarkę I, jak się zdaje, spowodował, że Erdogan położył uszy po sobie I przeprosił za zestrzelenie samolotu. Zatem „turystyka z Rosji” I eksport pomidorów, mają jednak swój ciężar. Zwłaszcza, że niunia jest tak bardzo wroga Erdoganowi.

    Proszę dodać do tego, że sowieci są teraz głęboko osadzeni w Syrii, co oznacza otoczenie Turcji do pewnego stopnia.

  12. 12 Jacek

    Panie Michale,

    Ok, przyjmijmy, że turyści z sojuza mają wpływ na gospodarkę turecką. Ale przecież w zestawieniu z potencjalnymi kontraktami z Lockheed Martin, czy Raytheon, jest to wpływ pomijalny. Putin, poza propagandowymi chwytami, nie ma zbyt wiele do zaoferowania, a Erdogan wydaje się być na tyle inteligentnym graczem, że prowadząc taką politykę na dwa fronty może wzmocnić swoją pozycję wobec Trumpa.

    Kluczowe wydaje mi się to, co Pan napisał o niecenieniu ślepo lojalnych sojuszników. Erdogan wymusza na Trumpie zabieganie o utrzymanie Turcji w sojuszu z USA. W sytuacji, kiedy Waszyngton stoi w obliczu potencjalnego konfliktu z chińskimi komunistami, każdy sojusznik się liczy, zwłaszcza taki, jak Turcja. Trump nie może sobie teraz pozwolić na utratę jakichkolwiek aktywów. Proszę zwrócić uwagę, że odbudowywanie wpływów politycznych w skali globalnej jest teraz priorytetem Białego Domu. Jeśli dyplomacja waszyngtońska zabiega o współpracę z takimi graczami, jak Papua i Nowa Gwinea, to z pewnością nie odpuszczą Turcji.

  13. 13 michał

    Nie, Panie Jacku, to chyba tak nie działa. Statystycznie i całościowo, zapewne kontrakty na dostawy części do F-35 były więcej warte dla tureckiego GDP, ale protesty na ulicach były o to, że nagle hotele na wybrzeżu Morza Czarnego stały puste, a góry niesprzedanych pomidorów blokowały drogi.

    Odejdę na chwilę od tematu, żeby wskazać na inny przykład nieracjonalności tureckiej polityki. Otóż dzisiaj ogłoszono, że turecki państwowy wojskowy fundusz emerytalny zakupi brytyjskie huty British Steel. W jakim celu? Przecież nie po to, żeby uratować 4 tysiące posad w Wielkiej Brytanii, więc po co? Czy decyzja tego rodzaju mogła być podjęta bez udziału Erdogana? Wątpię, ale po jaką cholerę mu się w to pchać? Pisze Pan, że Erdogan wydaje się inteligentnym graczem, ale czy jest to udowodnione?

    Tak, próbuje chyba wygrać dla siebie coś przez niebycie ślepo lojalnym, ale czy może coś wygrać? Moim zdaniem, żadnych ustępstw ze strony Trumpa nie będzie – bo sytuacja z S-400 nie nadaje się do ustępstw – a na niunię on sam już dawno machnął ręką. Tymczasem flirt z Putinem jest czymś na kształt zbliżenia między królikiem i kobrą, nie może się to skończyć dobrze dla królika-Turcji.

    Czy każdy sojusznik liczy się w konfrontacji Ameryki z chrlem? Estonia? Łotwa? Polska?…

  14. 14 michał

    Jeszcze jedno PS do powyższego.

    Warto chyba pamiętać, że nie jest to pierwszy konflikt Erdogana z Ameryką. W 2003 roku, nowo wybrany premier turecki, odrzucił ogromne gwarancje kredytowe oraz 6 miliardów dolarów w darowiznie, w zamian za udział w koalicji przeciw Saddamowi. W rezultacie, Amerykanie nie mogli użyć baz tureckich do ataków na Irak. Erdogan po latach tłumaczył to stanowiskiem Kurdów, którzy rzekomo mieli mieć wpływ na Busha, ale wydaje się bardzo mało prawdopodobne, żeby głos mnieszości kurdyjskiej był ważniejszy niż postawa poważnego członka NATO.

    Efektem tych machinacji Erdogana było odrzucenie najlepszej koncepcji na zorganizowanie przyszłości politycznej Iraku. Koncepcja ta opierała się na rozbiciu sztucznej całości, jaką Irak zawsze był, na trzy odrębne państwa: szyickie państwo na południu, wokół Basry, sunnickie w centrum, wokół Bagdadu, i kurdyjskie w północnym Iraku. Rozwiązanie takie miało tę wadę, że mogło potencjalnie wzmocnić irański „szyicki półksiężyc”, ale wciągało także Iran do polityki irakijskiej po Saddamie, jako stabilizującą siłę, gdy w rzeczywistości stał się Teheran siłą destabilizującą.

    Jednak prawdziwą przeszkodą było stanowisko tureckie wobec zalążku niepodległego Kurdystanu. Erdogan widział to jako posunięcie antytureckie (Kurdowie otwarcie dążą do stworzenie państwa w zaborze tureckim, syryjskim, irańskim i irakijskim). Wolny Kurdystan mógł doprowadzić nawet do wystąpienia Turcji z NATO i dlatego właśnie koncepcja ta została odrzucona przez administrację Busha.

    Wydaje mi się, że zagrożenie dziś jest większe niż w 2003 roku. Turcja, pozostając członkiem NATO, jest już faktycznie w orbicie Moskwy. Zarówno Turcja, jak i NATO, mają bardzo wiele do stracenia. Pakt Atlantycki może utracić najdalej na Wschód wysunięte bazy wraz z drugimi liczebnie co do wielkości stałymi siłami zbrojnymi w sojuszu. Turcja natomiast może utracić niezawisłość.

  15. 15 Jacek

    Panie Michale,

    Odpowiadając na Pańskie pytanie z przedostatniej wypowiedzi, ani Pribałtika, ani nasze poletko nie mają podmiotowości, więc są całkowicie podatne na naciski tej strony, która ma aktualnie przewagę polityczną w regionie. Obecnie taką przewagę mają według mnie Amerykanie. A dla nich znaczenie ma terytorium krajów, o które Pan pytał. Świadczy o tym choćby zwiększająca się stopniowo liczba wojsk USA na tym obszarze, o czym już dyskutowaliśmy.

    Natomiast Turcja jest podmiotem w rozgrywce międzynarodowej i ma olbrzymie znaczenie dla Ameryki, więc nie wydaje mi się, żeby Trump wepchnął Erdogana w objęcia Putina, pogłębiając sankcje za S 400. Raczej stawiam na tendencję do utrzymania Turcji w strefie wpływów amerykańskich.

  16. 16 michał

    Panie Jacku,

    Ale czy nie wynika z Pańskich słów, że Polska czy Estonia, są „na linii frontu walki z Rosją”, jak twierdził tu przed laty Nyquist? Mnie się to wydaje nieporozumieniem. Te kraje nie są podmiotowe politycznie, nie z tego powodu, że są zależne od wpływów – niemieckich, jak utrzymuje BaSz i Jaszczur, żydowskich, jak utrzymują antysemici, albo amerykańskich, jak zdaje się twierdzić Pan – a wyłącznie dlatego, że są w strefie wpływów sowieckich, i że nikt nie zamierza tego zmieniać.

    Oczywiście zgadzamy się co do podmiotowości Turcji. Rzecz w tym, że Erdogan tę podmiotowość wykorzystuje, by leźć prosto w otwartą paszczę Putina. Mackiewicz pytał, jak to się dzieje, że wolni ludzie z własnej woli działają na korzyść komunizmu? – i to jest taki przypadek. Jeżeli patrzeć na Putina jak na zwykłego gracza na arenie politycznej, to oczywiście Erdogan ma rację, czyli, że znowu posłużę się przykładem BaSza: „co niby może stracić”, na grze z Putinem? Jeżeli natomiast rację mamy my, że nie ma żadnej „Rosji”, nie ma kraju o normalnych interesach państwowych, a tylko narzędzie globalnych interesów komunizmu z centralą w Moskwie, to wówczas Erdogan popełnia koszmarny błąd, błąd podobny do tego, który popełnił Piłsudski.

    Administracja Trumpa wybrala najmniejsze zło – nie wprowadzać sankcji nakazanych prawem – tylko dlatego, że każde inne wyjście pcha Turcję jeszcze bardziej w ramiona Putina, jak Pan słusznie mówi. To nie jest dobre wyjście, ale najmniej złe. Pentagon zwłaszcza (w przeciwieństwie do Departamentu Stanu) oczekuje, że być może Erdogan upadnie i da się to jakoś odkręcić, ale to są marzenia ściętej głowy.

    Wydarzenia z roku 2003 są bardzo pouczające, a przecież wówczas pozycja Putina w regionie była bez porównania słabsza. Jeżeli Erdogan wprowadzi w życie pogróżki przeciw Kurdom w Syrii, to będzie oznaczało bezpośredni konflikt między żołnierzami tureckimi i amerykańskimi, a to byłoby wielkie zwycięstwo dla Moskwy.

  17. 17 Jacek

    Panie Michale,

    Te twory polityczne, o których Pan pisze na początku swojej wypowiedzi jeszcze nie są, ale mogą być na linii frontu walki z sowietami. Wynika to wyłącznie z geopolityki i starań USA, a nie z jakichś chęci, czy działań osób zasiadających na stołkach w Warszawie, Wilnie, czy Tallinie. I specyfika wejścia do takiej walki będzie skutkowała wykorzystaniem terytoriów tych krajów. Z możliwością całkowitej destrukcji włącznie. Osobiście wątpię, żeby do tego doszło, ale całkowicie wykluczyć takiej ewentualności nie sposób.

    Tak na marginesie, wydaje mi się, że wszyscy wymienieni przez Pana dyskutanci mają odrobinę racji, co do wpływów, pod jakimi znajduje się współczesny peerel. Wszystkie te siły odgrywają swoją rolę na tym obszarze. I sowieci dzisiaj już chyba nie odgrywają kluczowej roli. Rozpychają się, jak i pozostali gracze.

    Natomiast, co do potencjalnego błędu Erdogana grającego z Putinem, to oczywiście można to tak oceniać, jeśli Erdogan faktycznie dąży do zbliżenia z Kremlem. Nie jestem o tym do końca przekonany, wydaje mi się, że to wciąż tylko zabieganie o wpływy w Waszyngtonie.

  18. 18 michał

    Panie Jacku,

    W takim razie, różni się Pan od Nyquista, który wręcz „zwracał się do narodu polskiego”. Ale ode mnie różni się Pan także, bo w moim mniemaniu, amerykańska polityka opiera się na niepodważaniu sowieckiej strefy wpływów w żaden inny sposób niż propagandowo (pisałem o tym obszernie w cyklu o powstaniu węgierskim). Jeżeli mam rację, to rzężenie w sprawie tarczy jest równie bezprzedmiotowe, co kiwanie palcem na słońce, żeby nie zachodziło, a żołnierze amerykańscy w Estonii będą równie przydatni w przyszłej wojnie, jak czajnik do herbaty zrobiony z czekolady.

    Oczywiście, może się okazać, że nie mam racji, ale na razie nie widzę żadnych powodów, by poddać tę opinię rewizji.

    Dyskutanci na pewno mają rację. Wpływy istnieć mogą zawsze i wszędzie. Np. w Zjednoczonym Królestwie ogromne wpływy ma niunia europejska. Ale to są innego rodzaju „wpływy” niż te, które decydują o braku podmiotowości politycznej prlu.

    Rozumiem Pańskie zdanie o Erdoganie tak: wszystko jest odwracalne, Erdogan gra asem, jakim jest dla niego NATO. Miejmy nadzieję, że ma Pan rację. Drobny problem jest tylko ten, że on nie „dąży do zbliżenia z Kremlem”, ale już się do niego zbliżył, a to zbliżenie stopniowo coraz bardziej go od Putina uzależnia. To nie jest tylko dążenie, to jest już niestety fakt.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja