III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Dariusz Rohnka


(Nie)polemika

Drugi tekst pana Gniewoja to dla mnie trudny orzech. Gdy już zdaje mi się, że oto dotarłem na rozkwitłą łąkę wyrosłego bujnie problemu, w pole mojego niedoskonałego poznania wdzierają się zuchwałe elektrony Schrödingera, szyderczo rozmazując rozpaczliwe próby ustalenia klarownego obrazu. Ze wstydem wyznaję, że nie potrafię dociec, cóż takiego chce nam pan Gniewoj powiedzieć. Dlaczego w powodzi interesujących pytań pojawia się najniespodziewaniej chropowate: „Ja twierdzę, że niepostrzeżenie dla nas komuna już osiągnęła swój cel objęcia władzy.‟

Przyjmuję chętnie do wiadomości to pana stanowisko, Panie Gniewoju, byłbym jednak wdzięczny za możliwie wyczerpujące wyjaśnienie, czego to zdanie dotyczy. Czyżby wzorem Francisa Fukuymy chciał Pan w ten sposób obwieścić koniec historii, historii politycznej, ludzkości? – Czy coś w podobnym guście? Jeżeli tak, tym bardziej nalegałbym na rozwinięcie. A jeśli chciał Pan wyrazić stanowisko o nieco mniejszej wadze gatunkowej, tej mianowicie, że komuniści rządzą obecnie i w Pcimiu Dolnym i w Paryżu, i w Berlinie, innych europejskich stolicach – rządzą niepodzielnie, niezależnie od partyjnego szyldu, który akurat firmuje władzę – także należy nam się bodaj kilka zdań objaśnienia.

Póki co, a więc w oczekiwaniu na wyjaśnienia pana Gniewoja, chciałbym zatrzymać się nad inną kwestią, którą pan Gniewoj podnosi, tym razem w zdecydowanie mniej rygorystycznej formie zasadniczo słusznej wątpliwości: „czy to co mamy, to już jest gorbaczowowski wspólny dom, czy może plan podboju Europy został wstrzymany do późniejszej realizacji? Czy sowieciarze wciąż, dla jakichś chyba tylko im znanych przyczyn, czekają i pozwalają Europie powolutku się wędzić w oparach absurdu i dyrektyw niunii?‟

Zasygnalizowany problem hipotetycznej zmiany w sowieckiej strategii uważam za jeden z kluczowych dla wyjaśnienia tego wszystkiego z czym mamy obecnie do czynienia. Trzydzieści lat temu spodziewano się właściwie dwóch rzeczy: upadku komunizmu oraz budowy wspólnego europejskiego domu. Dojście do władzy Jelcyna nie niweczyło (w ocenie zachodnich obserwatorów) ani jednego, ani drugiego. Partia komunistyczna została postawiona w stan oskarżenia, gorbaczowowski projekt europejskiej integracji nie został oficjalnie odrzucony. A jednak dawny zachodnioeuropejski entuzjazm osłabł. Bo choć, przynajmniej w pierwszych kilku latach raczej nie artykułowano niepojących wniosków z obserwacji, dostrzegano zapewne dwa problemy: upadły jakoby gmach komunizmu nie rozpadł się był całkiem bez reszty (co mocno nadwerężyło zachodnie wyobrażenia o sowieckiej demokracji); projekt budowy nowego wspólnego świata wytracił gorbaczowowski impet, a raczej zapadł się w sobie.

Jakkolwiek powyższy, przygotowany ad hoc, opis jest z pewnością daleki od doskonałości, wydaje mi się odzwierciedlać ciekawą wątpliwość zarysowaną w tekście pana Gniewoja. Niewątpliwie tak – gorbaczowowski projekt konwergencji został wstrzymany lub może tylko zamrożony, albo też odrzucony z odrazą – nie zdaje mi się, żebyśmy mogli ustalić stan faktyczny w sposób nie wzbudzający wątpliwości, jednoznacznie. Nie doszło do ideologicznego zlania się w jedno dwóch nie tak znowu odległych od siebie „porządków‟: zachodniego (demokratycznego) i komunistycznego (bolszewickiego). Jedno zdaje się być oczywiste: mimo konwergencyjnego fiaska, bakcyl bolszewizmu, ze zwielokrotnioną mocą, w postaci bardzo różnorodnych mutacji, został skutecznie zaimplementowany na Zachodzie. Dlaczego tak się stało, w jaki sposób osiągnięto podobny efekt, mamy na ten temat jedynie śladowe informacje. Nie wiemy prawie nic na temat fundamentów czy rdzenia tego zjawiska. O ile mi wiadomo, nikt do tej pory nie próbował studiować złożonego obszaru splotów i zależności, ideowych źródeł, przyczyn i mechanizmów, które spowodowały, że z nieśmiałej, okraszanej anegdotą politycznej poprawności wyrodziło się potężne narzędzie walki z nielewomyślnością. Lewitujemy w mrocznej próżni, w której nie sposób namacać konturów problemu. Co w tej sytuacji? Skłaniałbym się ku postulowaniu żmudnych badań raczej, aniżeli pośpiesznemu (i bodaj na wyrost) głoszeniu ex cathedra komunistycznego panowania nad światem.

Dlaczego wstrzymano projekt Gorbaczowa (i czy na pewno wstrzymano)? Nie chodzi, rzecz jasna, o samego Gorbaczowa, który pomimo ekstatycznej popularności w świecie zachodnim, w związku sowieckim stał się ikoną klęski. Czy Jelcyn nie mógł z powodzeniem odegrać roli dublera? Kreacja jego politycznego wizerunku, nad którą pracowano w latach 80., zdaje się sugerować, że mógł. Na partyjnym zjeździe w 1990 roku, wspólnie z Gorbaczowem, wystąpił z oszałamiającym projektem kontrolowanego demontażu związku sowieckiego i zbudowania na tym miejscu czegoś w rodzaju para-demokracji, pozostającej pod kontrolą moczących nogi w pluralistycznej zupie politycznej komunistów. W tym samym 1990 roku rzucił legitymację partyjną. Rok kolejny to nieustające pasmo gigantycznych sukcesów. W świecie, jeśli idzie o osobistą popularność, nie mógł się równać z Gorbaczowem, ale czy to mogło mieć jakiekolwiek znaczenie? W obliczu wiana jakie wnosił do międzynarodowej wspólnoty politycznej? On, pogromca komunistów, burzyciel sowieckiego molocha?

Gorbaczowowski projekt wspólnego europejskiego domu został albo porzucony całkowicie, albo niecierpliwie czeka na swój dziejowy moment. Ideologiczne szaleństwo, jakie opanowało zachodnią część świata jest (tak mi się przynajmniej zdaje) istotnym elementem projektu alternatywnego – dwóch domów, oddzielonych od siebie grubym murem. W jednym jest bogato (jeszcze), wesoło, degrengolada kwitnie. W drugim panuje zamordystyczny niby-porządek. W pierwszym stara judeochrześcijańska cywilizacja chyli się ku upadkowi z niezwykłym przyspieszeniem, w drugim… chciano by wytworzyć najlepsze wrażenie państwa silnego, ale i takiego w którym można żyć wygodnie, dostojnie, spokojnie. Z tego bolszewickiego chcenia nie wynika i wyniknąć nie może nic wiarygodnego, i to jest – znowu tylko być może – kluczowa kwestia z punktu pytania: dlaczego to wszystko trwa tak długo?

Nad tym co powyżej warto się zastanawiać. Z punktu widzenia tematu, który spowodował aktualną polemikę, są to problemy poboczne.

***

W czym tkwi istota polemicznego sporu, w którym tkwimy od kilku tygodni? W mojej ocenie, w nieprzystawalności wątków polemicznych do problemu głównego – walki z bolszewizmem. Zdawało mi się, że problem przedstawiłem w możliwie prosty sposób: czy walka z bolszewizmem jest możliwa? Jakimi środkami można ją prowadzić? Itd., itd. W jedynej próbie ustosunkowania się do tych kwestii zakwestionowano samą obecność bolszewizmu we współczesnym świecie. Cóż… To tak, jak gdyby na moją prośbę o podanie ognia, pan Gniewoj postanowił poddać w wątpliwość istnienie monopolu tytoniowego. Żart? Niech nikogo nie zmyli ponurość tonu, bardzo lubię pożartować, ale czy antycypowane gruzy świata to stosowny anturaż dla kabaretu?

Dotknięty nadczynnością polemiczną mój szanowny redakcyjny towarzysz zareagował oburzeniem. Czy na pewno słusznie? Czy istotnie powinienem po leninowsku zrobić dwa kroki w tył i wespół z panem Gniewojem zagłębić się w rozważaniach nad istnieniem (lub też nieistnieniem) bolszewickiej zarazy we współczesnym świecie? Czy taka mimowolna rejterada od zasadniczego problemu zbliży nas do jego rozwiązania, czy oddali?

Pan Gniewoj stawiając swoją tezę o anihilacji bolszewizmu świadomie lub nieświadomie, celowo lub niecelowo sprowadził problem walki z bolszewizmem na boczne tory polemiki jałowej. W konsekwencji nie zastanawiamy się dzisiaj na łamach Wydawnictwa Podziemnego czy warto, trzeba, czy istnieje możliwość walki z globalną zarazę. W zamian mamy do dyspozycji odrobinę mniej pociągające problemy, wśród nich górujący aktualnie nad całością wątek skansenu: spieramy się mianowicie, czy najludniejsze, trzecie na świecie pod względem powierzchni komunistyczne pseudo-państwo, będące drugą potęgą gospodarczą świata należy uznać za rodzaj muzealnego zabytku czy przeciwnie – za realny byt polityczny. Zastanawiamy się nad tym problemem mając za podstawę definicję zaczerpniętą żywcem z wikipedii.

Najwyraźniej dałem asumpt przypuszczeniu jakobym bagatelizował problem nowych technologii, tak przynajmniej twierdzi pan Gniewoj. Przyznaję, moje stanowisko może wydawać się odrobinę mylące, gdyż rzeczywiście mam owe technologie w najgłębszym z możliwych poważaniu. Niemniej ich zgubnego wpływu na stosunki społeczne, polityczne, ekonomiczne, polityczne i milicyjno-policyjne nigdy nie przyszło mi do głowy lekceważyć. Co więcej, uważam, że cały ten obszar – nowości komunikacyjnych, inwigilacyjnych – powinien być (i oby, będzie!) pierwszym frontem walki z bolszewizmem.

Czym są wszystkie te technologiczne pułapki, jeśli nie po prostu starym i wypróbowanym okiem wielkiego brata? Czy ich zwielokrotniona skuteczność może przerodzić się w nową jakość podglądania, w rodzaj totalitarnej dziurki od klucza? Sądzę, że tak. Takie niebezpieczeństwo istnieje. Zapewne nie za dekadę, dwie, ani za trzy, ale przyjść może taki moment, gdy w wirtualnych chmurach, przepływających ponad szklanymi bunkrami ministerstwa prawdy, zgromadzona będzie cała wiedza na temat każdego pojedynczego człowieka. Z takim ryzykiem powinniśmy się poważnie liczyć, na taką okoliczność starać się przygotować. Nie da się tego dokonać przy pomocy sterty tekstów publicystycznych i przestrzelonych polemik. Czy istnieje szansa, żeby coś w tej materii robić, wola, ochota?

Nie wiem.



Prześlij znajomemu

89 Komentarz(e/y) do “(Nie)polemika”

  1. 1 gniewoj

    Teraz i dla mnie twardy orzech reakcji Pana Dariusza staje się łatwiejszy do zgryzienia. Czy łatwiejszy do przełknięcia? Chyba nie. Pan Dariusz podrywa wszystkich nas do walki. Kisiel dawno przybity do ściany. Wroga poznamy po płaszczyku ledwie skrywającym skórzaną kurtkę czekisty. Ognia potrzeba, a nie dyskusji. Czy to jest rzeczywiście Antykomunistyczne Podziemie czy raczej droga do kołchozu jednomyślności? Do tego arbitralne ocenianie, co dobre a co złe. Głos Pana Andrzeja jak najbardziej na miejscu, głos Pana Michała już nie. Naprawdę orzech trudny dla mnie do przełknięcia.

    Ani przez chwilę nie zanegowałem potrzeby walki z zarazą. Wydaje mi się, że nie ma potrzeby wyważać również otwartych drzwi, jeżeli chodzi o metodę pozbycia się zarazy. Jest jedna, jedyna skuteczna. Powywieszać całe to tałatajstwo. Nie zrobi tego jedna osoba. Śmierć jednego czy drugiego komunisty niczego nie zmieni. Zamachowiec nie będzie miał tyle szczęścia co Gavrilo Princip. Każdy z nas wie, że los komunizmu nie zależy w żadnym stopniu od śmierci któregokolwiek z nich. Lenin, Stalin, Mao, Kim, Castro wiele wnieśli w rozwój komunistycznej zarazy. Czy zaraza ucierpiała w jakimkolwiek stopniu przez śmierć któregokolwiek z nich? Nie było takiego przypadku, więc jeżeli chce się wyplenić zło to, brzydko mówiąc, trzeba zrobić to po całości. Od dawna twierdzę, że spuścizna Mackiewiczów, działalność obydwu Wydawnictw, t.j. Kontra i Podziemnego kultywują malutkie poletka Wolnej Myśli, która oby kiedyś zmieniła się w splot wydarzeń skutecznie niszczących komunizm na świecie. Tu, według mnie, nie ma kwestii spornych, pola do ciekawej dyskusji. Najwyraźniej różnimy się w ocenach. Pan Dariusz oczekuje dyskusji nad metodami walki i tylko taką dyskusję akceptuje. Mnie zdecydowanie bardziej intryguje to, czy rzeczywiście dobrze znamy wroga. Pan Dariusz twierdzi, że nie ma nad czym się zastanawiać. Bolszewik zostanie bolszewikiem. Nie będzie sobą, jeżeli nie unurza po łokcie rąk w krwi. Czy jest tak rzeczywiście? Ja twierdzę, że nie. Wskazuje na to trzydzieści lat komunizmu w sowietach i Europie. Jeżeli miałoby być tak, jak przyjmują chyba wszyscy poza mną, że bolszewizm i komunizm to jedno i to samo, że nie ma komunizmu bez bolszewickiego terroru, to rodzi się pytanie: jakim cudem byli w stanie przetrwać ostatnie trzydzieści lat ci wszyscy putini, kaczyńscy, orbanowie, merkelowe? A może to nie są komuniści tylko marionetki sterowane na odległość przez prawdziwych komunistów-bolszewików ulokowanych gdzieś w Pekinie, Hawanie czy może w Phenianie. Ale i to nie jest możliwe. Pan Dariusz wyklucza przecież możliwość, aby prawdziwy komunista-bolszewik zadowolił się jakimiś ochłapami władzy na odległość. W przeciwieństwie do Pana Dariusza, wydaje mi, że sowiecki, europejski model komunizmu przetransformował się właśnie w ten sposób. Poletkami doświadczalnymi, według moich domysłów jedynie, były Finlandia i Austria. Pierwszy kraj trochę dzięki swojemu oporowi, trochę dzięki temu, że nie leżał geograficznie w głównej linii zainteresowania sowietów. Drugi kraj już z woli sowietów uniknął skomunizowania krwawymi, bolszewickimi metodami. Jeżeli mam rację, i jeżeli tak rzeczywiście się stało, to wróg wygląda trochę inaczej, niż było to sto czy nawet trzydzieści lat temu. Jest uzbrojony w trochę inny sposób, co oczywiście nie zmienia faktu, że jest tylko jedna jedyna skuteczna metoda pozbycia się go.

  2. 2 michał

    Drogi Panie Gniewoju,

    Nie mogę się z Panem zgodzić w ocenie, że jesteśmy na drodze do kołchozu jednomyślności. Raczej nam to nie grozi, między innymi zresztą, dzięki Panu. Co rzekłszy, podzielam Pańskie zdziwienie wobec Darkowej niechęci do debatowania czegokolwiek, poza tym co akurat chce dyskutować, bo jak wiadomo, do dyskusji, jak do tanga, potrzeba zawsze dwóch stron.

    Trudno mi także przyjąć Pańską krytykę rzekomej arbitralności w ocenach mego towarzysza podziemnej niedoli. Wydaje mi się to jaskrawo niesprawiedliwe.

  3. 3 Dariusz Rohnka

    Zatem Panie Gniewoju,

    nigdy – jak czytamy w Pana ostatnim komentarzu – nie negował Pan potrzeby walki z zarazą. Uznajmy, że to pierwszy wspólny punkt. Może nawet fundament dalszego myślenia?

    Pisze Pan, że jest tylko jedna metoda walki – wieszać. W Pana przekonaniu (mam nadzieję, że moja interpretacja Pana wypowiedzi pozostaje w zgodzie z jej duchem) zagadnienie wieszania to kwestia nie podlegająca dyskusji, a jedyne co warto być może rozważać, to ilościowy zakres tego procederu. Poza tą zasadniczą, radykalną rozprawą z problemem, pozostałe drobiazgi nie warte są naszej uwagi.

    Pozwolę sobie się z Panem nie zgodzić. W mojej ocenie metoda, jaką Pan proponuje, nie jest nawet postawieniem problemu na głowie, a jakby przeciwnie – skutecznym (choć na pewno niecelowym) spudłowaniem.

    Zacznijmy ab ovo. Co jest celem walki. Walka z bolszewicką pseudoideą, czy walka z paru (paruset?) milionami aktywistów skażonych bakcylem bolszewickiej zarazy? Pan wybiera ten drugi cel i powiada – wieszać! Czy zna Pan (pytam nawiasowo) tekst Józefa Mackiewicza „Wieszać czy nie wieszać? W obronie… Bieruta!‟? Jeżeli nie, to szczerze zachęcam do lektury.

    Co oznacza wieszanie? Jak Pan ten proceder rozumie? Czy dobrze się domyślam, że za wzorzec takiego postępowania może posłużyć incydent z czasów insurekcji kościuszkowskiej: wieszania zdrajców, rzeczywistych czy urojonych, agentów, sprzedawczyków? Motłoch na szczytach władzy? Na mniej niż mgnienie sekundy. Czy o taki rodzaj walki Panu idzie? Czy w Pana przekonaniu to droga prowadząca dokądś?

    Wszczynając kiedyś (w bliskiej czy odległej przyszłości) walkę z bolszewizmem, będziemy musieli pamiętać o jednym – nie walczymy z ofiarami zarazy, nie oni mają stanowić cel naszych poczynań. Wrogiem, z którym musimy się zmierzyć jest bolszewicka pseudoidea. Musimy zdusić ogniska bolszewickiego myślenia. Narzędziem naszego działania powinien być rozum.

    Walka z bolszewizmem będzie musiała przybrać w którymś momencie wymiar zbrojny, zapewne. Nie sposób zakładać, że od bolszewizmu uda się jego ofiary odwieść mądrą perswazją, wszystkie, bez wyjątku. Do wielu przemówi jedynie aspekt fizyczny naszej aktywności. Część z nich będzie stawiała czynny opór, na który zmuszeni będziemy odpowiedzieć adekwatnie.

    Nie znam się całkiem na militariach, ale nie wydaje mi się, żeby ten ich opór można było zneutralizować przy pomocy konopnego sznura.

    ***
    A propos bolszewizmu. Nie jest tak, że kurczowo wystrzegam się dyskusji nad jego istotą. Jako, zapewne, uważny czytelnik Wydawnictwa Podziemnego, zwrócił Pan na pewno uwagę, że temat ten stanowi lwią część tekstów i komentarzy publikowanych na naszych łamach. Dyskusja nad bolszewizmem była jednym z głównych impulsów założenia Witryny.

    O bolszewizmie, o jego istocie, można dyskutować bez końca, i zapewne z ogromnym pożytkiem. Nie sposób jednak tego robić permanentnie i w kontekście wszystkich innych problemów. Z jednego zasadniczego powodu – ponieważ swoją złożonością, gęstością, grawitacyjnym oddziaływaniem wchłonąć gotów każdy inny, interesujący temat.

  4. 4 Andrzej

    Drogi Panie Gniewoju,

    Kisiel dawno przybity do ściany? Nie!

    Jakby go zwać, jakby go opisywać nie da się tego zrobić i chyba sami bolszewicy jeszcze tego nie osiągnęli. Bowiem z natury jest to kisiel właśnie i kiedy go tylko przygwoździć to zaraz spływa bokiem. Kto go takim wymyślił jak nie wódz bolszewików Lenin? Rzecz w tym, że określony jest cel jego spływania po ścianie (jest nim świat), a forma jest dowolna (kisiel ma kształt naczyniaw którym aktualnie jest). Jego istotą jest mutacja, dostosowanie się i dezinformacja. To cechy bolszewizmu, nadane mu 100 lat temu. Czy zgodzi się Pan z tym? Od tego czasu bolszewizm i komunizm to to samo. Ja to tak rozumiem.

    „maoistowski” czy „boliwariański”, „narodowy” czy „kosmopolityczny”, czy nie są to jedynie formy? „klasyczny” czy „zmodernizowany”, „lewicowy” czy „prawicowy”, „postepowy” czy „konserwatywny”, „stalinowski” czy „gramscistowski”, „putinowski” czy „skansenowy” pozostaje sobą (i pozostaje w zgodzie z bolszewicką Metodą) bowiem według mnie jego istotą nie jest forma tylko cel i treść. Celem jest opanowanie świata a treścią jest „pierekowka” umysłów, która ciągle trwa od kiedy komunizm istnieje i podbija świat. Czy „pierekowka” umysłów nie jest największym terrorem? Czy nie należy się jej spodziewać w przyszłości, gdy już cel bolszewizmu zostanie osiągnięty? Czy patrząc na to w ten sposób, bolszewik nie pozostaje bolszewikiem?

    Darek pyta o możliwości, szuka sposobu na to, jak z tym zjawiskiem walczyć. Konkretnego i skutecznego sposobu w dzisiejszej rzeczywistości. Jestem przekonany, że nie chodzi Panu o wytrącanie mu miecza z ręki, że chce Pan mu pomóc znaleźć ten sposób. Napisał to Pan wyraźnie i zrozumiale. Bowiem tak jak on, jest Pan antykomunistą. A antykomunizm to z definicji wola walki z komunizmem. Więc nie ma potrzeby uzasadniać tej woli „wieszaniem”, bo to się rozumie samo przez się. Chodzi o wolę sprzeciwu. Chodzi o likwidację komunizmu, jakimkolwiek sposobem. Byle skutecznym i w zgodzie z własnym sumieniem. Jak się do tego zabrać? Moim zdaniem należy po pierwsze odbudować antykomunizm na jak największą skalę. Takie dziś czasy, że go nie ma. Bolszewikom udało się go zlikwidować. Może należałoby w związku z tym założyć szkołę antykomunizmu? Ale po to przecież, jak mi się zdaje, jest Podziemie. Zatem niech się rozwija z naszą pomocą.

    Zgadzam się z tym co Pan pisze o Finlandii i Austrii, że to pola doświadczalne. Myślę, że nie ma tu mowy o braku zainteresowania, sam Pan pisze przecież o „woli sowietów”. Czy nie woli stworzenia pól doświadczalnych? Skoro tak, to zostały one także „obsiane” i były odpowiednio „nawożone”. Czy nie tak było i jest? Wróg wygląda inaczej ale przecież ma ten sam cel co zawsze. Czy komuniści, którzy przeszli na „kapitalizm” nie są już komunistami? Dlaczego?
    Czy możliwym jest, że za dziesięć lat przejdą na „państwowy korporacjonizm”? Kim wtedy będą, jeśli nie porzucą swojego celu?

  5. 5 michał

    Panie Andrzeju,

    Przeczytałem raz jeszcze komentarz p. Gniewoja, po lekturze Pańskiego, i jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nie dostrzegł Pan ironii w jego słowach. To o tym kisielu, to chyba nie jest stwierdzenie faktu. Raczej na odwrót…

  6. 6 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Także jestem przekonany, że kisiel Pana Gniewoja jest ironiczny. To doskonale zapisana ironia, niecelna, ale oprawiona w formę wysokiej próby.

    Mam wątpliwości jeśli idzie o postulat zakładania antykomunistycznych szkół. Sam bym z takiej szkoły raczej wagarował. Cały problem z antykomunizmem w tym, że nie wolno go narzucać z góry, bo wówczas (nieodmiennie) staje się karykaturą antykomunizmu.

    Prawdziwy, rzetelny antykomunizmu musi wynikać z ducha i z kultury. Nie da się go proliferować nakazem czy paragrafem.

    I to jest pierwszy problem przed którym stoimy, wedle mnie.

  7. 7 Andrzej

    Panie Michale,
    Darku,

    Zgadzam się z tym, że to ironia ze strony Pana Gniewoja, ale myślę, że to sam Pan Gniewoj, niezamierzenie przybija komunistyczny kisiel do ściany uważając, że bolszewizm to „dawna sprawa”. Tymczasem dla mnie jest on trwały, obecny. Wciąż trudny do jednoznacznego zdefiniowania i tożsamy z komunizmem.

    Zatem należy Darku pobudzić i ducha i kulturę. Jeśli pojawi się znów antykomunizm to pojawi się znów wola walki. Problem dzisiejszy polega na tym, że praktycznie nikt nie widzi bolszewizmu w dzisiejszym komunizmie, a nawet komunizmu w dzisiejszym komunizmie (np. za komunizm uważając tylko to z czym mamy do czynienia na Kubie czy w KRLD).

  8. 8 gniewoj

    Panie Dariuszu,

    Teraz dopiero, zauważam jak nieprecyzyjnie się wyraziłem pisząc w swoim komentarzu: „…trzeba zrobić to po całości.” Nie ratuje sytuacji nawet pytanie z mojego pierwszego, polemicznego tekstu: „Strzelać nie sposób. … Dwa, nawet jeżeli ktoś z nas by się ruszył, to prawdę powiedziawszy, nie wiedziałby do kogo strzelać, kogo wieszać na przydrożnych drzewach.”

    Nie pozostaje mi nic innego jak tylko Pana przeprosić. Najlepiej chyba przeprosić przywołując fragment Pańskiego tekstu: „Gdzie przyczyna, czyja wina? To pytania retoryczne. Rzecz jasna i bezdyskusyjna – za wadliwe odczytanie tekstu bez wyjątku odpowiada autor. A więc, mea culpa!”

    Oczywiście, iście bolszewickim pomysłem byłoby snucie koncepcji ratowania milionów przez mordowanie milionów. Dla mnie to oczywista bzdura, o której nawet przez chwilę nie pomyślałem.
    Cieszę się i bardzo dziękuję za przypomnienie artykułu „Wieszać czy nie wieszać? W obronie Bieruta”. Panie Dariuszu, nadal twierdzę, że jedyną skuteczną metodą jest powywieszania całego tałatajstwa. Tałatajstwa, rozumianego nie jako miliony ale jako wąski kolektyw, dzisiejszego, powiedzmy „stalina”, mózg sterujący działaniami zarazy.

    Powstaje pytanie czy uśmiercenie takiego mózgu wystarczyłoby dla skutecznego zdławienia zarazy? Według mnie, nie. Raz, dlatego, że byłaby to działanie zupełnie niezrozumiałe dla ogółu i szybko okrzyknięte przez lewackie media za działalność terrorystyczną. Dwa, dlatego, że komunistyczna maszyna działałaby dalej, wyłaniając nowych członków nowego mózgu. Aby usunięcie głowy hydry skutecznie doprowadziło do śmierci jej całej potrzeba jest zmiana optyki milinów. Tych milionów, których chęć eliminacji niesłusznie mi Pan przypisywał. Potrzebne jest powstanie atmosfery podobnej do tej jaka otacza nazizm. Tak żeby nikomu nie przyszło do głowy założenie koszulki z podobizną Che Guevary czy czapki z czerwoną gwiazdą podobnie jak dziś nikomu o zdrowych zmysłach nie przyjdzie do głowy obnosić ze swastyką czy pozdrawiać gestem Heil Hitler. I na tym właśnie polu widzę miejsce do działania dla Wydawnictwa Podziemnego. Tu nieceniona jest twórczość Mackiewiczów. Tej przestrzeni nie wolno poddawać.

    Ale może rzeczywiście nie trzeba ich wieszać? Może wystarczyłoby ich (znowu mowa tylko o członkach mózgu) uwięzić, osądzić i skazać? Piszę teraz o takiej kopii Norymbergi dla komunistów. Wydaje mi się, że byłoby to niewystarczające i dlatego ciągle wracam do wieszania na przydrożnych drzewach jako jedynej skutecznej metody.

    Na koniec pragnę uspokoić Pana i wyjaśnić, że nie była inspiracją tutaj Insurekcja Kościuszkowa. Zainspirowały mnie słowa samego wodza rewolucji: „… Gdyby nie to, wisielibyśmy wszyscy od dawna na przydrożnych drzewach”.

  9. 9 Przemek

    Nie rozumiem. Przestaję widzieć ironię. Najpierw o rozumie a potem o drzewach (nawracających) i likwidacji komunizmu, jakimkolwiek sposobem. Nie podoba mi się to.

  10. 10 Przemek

    Darek,
    napisałeś (wiem wyciągam z kontekstu), ale bez wycinek w kolejności

    „Musimy zdusić ogniska bolszewickiego myślenia. Narzędziem naszego działania powinien być rozum.
    Walka z bolszewizmem będzie musiała przybrać w którymś momencie wymiar zbrojny, zapewne. Nie sposób zakładać, że od bolszewizmu uda się jego ofiary odwieść mądrą perswazją, wszystkie, bez wyjątku. Do wielu przemówi jedynie aspekt fizyczny naszej aktywności. Część z nich będzie stawiała czynny opór, na który zmuszeni będziemy odpowiedzieć adekwatnie.”
    Jako pacyfista z natury swojej odrzucam to rozwiązanie (no chyba, że ktoś złapie mnie za gardło). Zakładam jednak rozum. A może damy szansę kolejnym pokoleniom. My jesteśmy skażeni. Jako historyk coś pewnie o tym wiesz. Taka bombka za bombkę to znowu epoka lodowcowa i dinozaury. Choć w podziemiu może da się przetrwać. Tu jeszcze dyskusja czy jeszcze bolszewizm czy tylko komunizm, a może tylko władza.

  11. 11 Jacek

    Panie Gniewoju,

    Wywołał Pan bardzo interesującą dyskusję. Jeśli nie ma Pan nic przeciwko, dołożę swoją cegiełkę.

    Pisze Pan:

    „nadal twierdzę, że jedyną skuteczną metodą jest powywieszanie całego tałatajstwa. Tałatajstwa, rozumianego nie jako miliony ale jako wąski kolektyw, dzisiejszego, powiedzmy „stalina”, mózg sterujący działaniami zarazy.”

    Gdzie, według Pana jest ten mózg, kolektyw sterujący działaniami zarazy? Kto, lub co stanowi centralę współczesnego komunizmu?

  12. 12 Dariusz Rohnka

    Andrzeju,

    Nie jestem przekonany co do tego, że prawie nikt nie widzi komunizmu w bolszewizmie czy też bolszewizmu w komunizmie, niezależnie od definicji, jakimi te pojęcia opisujemy. W moim przekonaniu bolszewickie tendencje, działania, zachowania, propaganda są dostrzegane gołymi oczami przez miliony. Powód jest zasadniczo jeden – bolszewizm nieuchronnie, nieodmiennie sprowadza różnorakie przejawy życia do nonsensu. Nie potrafi funkcjonować inaczej. Gdy tylko brakuje mu środków perswazji wywołuje uśmiech politowania, czasem zgrozy. Gdy jest dostatecznie silny, żeby forsować swoje nonsensy, staje się straszny. Oczywiście, dla sporej części szarej masy bywa też przekonujący.

    Może być podmiotem kpin, strachu, bałwochwalstwa. W innej relacji ze światem zewnętrznym nie występuje, dlatego stosunkowo łatwo go rozpoznać.

  13. 13 Dariusz Rohnka

    Panie Gniewoju,

    Jakoś nie chce mi się wierzyć w szczerość Pana inklinacji do konopi. Przecież doskonale Pan rozumie, że na miejsce uwieszonych do latarni stu komisarzy przyjdzie dwustu. Poza tym wieszanie w Pana definicji oznacza, jak rozumiem, bezprawie. Czy to przystoi antykomuniście? Nie chodzi przecież o zjednanie sobie motłochu, a o restytucję cywilizacji w oparciu o rzetelne prawo.

    Pana pomysł na odkłamanie historii jest interesujący, warty dyskutowania, ale czy efektywny? Cóż może przynieść zakaz noszenia koszulki z facjatą Che, Mao czy Stalina? Ideologia komunistyczna jest jak kameleon. Nie czuje się związana z kolejnymi emblematami, sloganami, wizerunkami, z którymi bywa kojarzona. Czy we współczesnej Europie wiele jest partii komunistycznych, działających pod swoim dawnym szyldem, które by w dodatku odgrywały istotną rolę polityczną? Historyczne emblematy nie mają dla nich znaczenie. Jeżeli chce Pan demaskować komunizm, każdorazowo trzeba tego dokonywać niejako in flagranti, obnażać stare cele i dążenia, skrywane pod szyldem nowego.

    To nie jest łatwe, ale przecież nikt nam nie obiecał, że będzie lekko i przyjemnie.

  14. 14 Dariusz Rohnka

    Przemek,

    Pacyfizm, skrajny, wykluczający nawet wojnę sprawiedliwą, jest moralnie współodpowiedzialny za wszystkie wielkie zbrodnie dwudziestego wieku. Bez pacyfistycznej ideologii (podszytej lewactwem, demokratyzmem, kultem „postępu‟) nie byłoby zbrodni dokonanych w imię bolszewizmu, nazizmu, demokracji. Milionów zamęczonych, pomordowanych, zagłodzonych, żyjących w fizycznym i moralnym upodleniu. Ręce pacyfistów są umazane krwią.

    Dziwnych ideowych przyjaciół sobie obrałeś.

    Na łamach Wydawnictwa Podziemnego proponujesz bezwzględna kapitulację wobec zła bolszewizmu? Ktoś Ci to podszepnął?

  15. 15 gniewoj

    Panie Andrzeju,

    Trzydzieści lat Europa i sowiety w ładzie, dobrobycie i spokoju?! Mnie to nie pasuje na bolszewicką robotę. Z drugiej strony rozumiem niechęć do różniczkowania bolszewizmu i komunizmu. Zapewne jest w tym bardzo wiele racji. Unika się groźby nabrania na rzekome podziały między Chinami a Rosją, między Moskwą a Belgradem, między reformatorami a betonem, itd., itd. Ale tym razem nie chodzi o wodzenie za nos Zachodu i USA ale o nowy sposób zdobywania terytorium przez komunistów. I dlatego, coś mi nie klapkuje jeżeli chodzi o ostatnie trzydzieści lat w sowietach i w Europie.

  16. 16 gniewoj

    Panie Jacku,

    Rzecz jasna, że nie wiem. Zapewne wszyscy przywódcy krajów jawnie komunistycznych. Pewnie Putin ale czy już taka Merkel, Kaczyński czy podobny mu Orban. Nie wiem.

    Na jedno proszę zwrócić uwagę, na losy katastrofy smoleńskiej. I nie chodzi mi o dochodzenie czy to był zamach, czy nie. Nie chodzi mi też o to kto, kim i co chciał ugrać. Chodzi mi o taki szczegół. Po katastrofie brat prezydenta trąbi na lewo i prawo, że doprowadzi do wyjaśnienia okoliczności wypadku. Postawa najnormalniejsze w świecie. Po jakimś czasie zdobywa praktycznie pełnię władzy, i co? I, proszę mnie poprawić jeśli się mylę, cisza. Czy to normalne? Tak z czysto ludzkiego punktu widzenia. Gdyby zginął w podobnych okolicznościach ktoś z moich bliskich a ja miałbym nieograniczone możliwości wyjaśnienia tych okoliczności i ukarania winnych to czyż nie zrobiłbym tego? W normalnych warunkach, na pewno tak. Ale prl to nie jest normalny kraj. Według mnie, najwyraźniej żyjącemu bratu przedstawione zostały warunki komunistycznej gry. Co więcej, wygląda tak jakby zrobiono to po objęciu urzędu przez Kaczyńskiego a nie wcześniej, jeszcze w Magdalence. Czy został dopuszczony do kręgu trzymającego władzę, tego najściślejszego? Czy skończyło się jedynie na wyłuszczeniu zasad gry? Nie wiem.

  17. 17 gniewoj

    Panie Dariuszu,

    Nie powiem, ja od czasu do czasu przyjmę kilka kropelek olejku cbd. Pan też olejek czy może przedkłada pan tradycyjną formę ziela ponad nowości? Chce pan ewangelizować i nawracać komunistów czy raczej wypleniać zarazę? Pojedynczo, tysiącami, milionami czy może miliardami? Obojętnie co Pan ostatecznie wybierze ściskam mocno kciuki. Tak na szczęście jak i za powodzenie.

  18. 18 Przemek

    Darek,
    nie zgadzam się z Tobą, to nie pacyfizm, nawet skrajny „(podszytej lewactwem, demokratyzmem, kultem „postępu‟)” jest odpowiedzialny za zbrodnie. Może być co najwyżej odpowiedzialny za brak reakcji. Ale przeoczyłeś nawias „(no chyba, że ktoś złapie mnie za gardło)”. Gdzież mnie tam do skrajnego pacyfizmu. Przypomina mi się stare powiedzenie „gdy na drzewach zamiast liści ….” Ale czy my to wtedy braliśmy to na poważnie, chyba nie. To taka słowna forma obrony przed złem, ale naprawdę mi marzyło się jednak drogą rozumu. Przyznaję, że są sytuacje kiedy nie można inaczej, ale TU chyba jeszcze daleko do takiego rozwiązania. Z szeptunek i innych podobnych jeszcze nie korzystam.

  19. 19 Jacek

    Panie Gniewoju,

    Kaczyński nigdy nie zdobył pełni władzy. Centrala zarządzająca tą krainą jest gdzieś poza światłami jupiterów i kamer TVN, czy tam TVP. Kaczyński jest pewnie częścią systemu, jakimś trybikiem, marionetką odgrywającą swoją rolę. Z pewnością nie on decyduje o naszej przyszłości. Karty rozdawane są gdzieś w Moskwie, Waszyngtonie, narodowcy dodaliby, że w Tel Avivie.

    A skoro Kaczyński nie ma władzy, to i nie ma możliwości wyjaśnić, co się wydarzyło pod Smoleńskiem. Przypuszczam, z resztą, że jest to wiedza strategiczna, ściśle strzeżona. Na pewno nie przeznaczona dla nas, maluczkich.

  20. 20 Dariusz Rohnka

    Panie Gniewoju,

    Rozumiem, że dyskusja nabiera niekiedy rumieńców, ale żeby zaraz z rozmachem trzaskać drzwiami?! Czy nie wydaje się Panu, że pomiędzy pełnym zapalczywości wieszaniem, a miłosierną ewangelizacją jest całkiem spora przestrzeń do wypełnienia?

    Lenin spodziewał się, że zawiśnie, ponieważ w jego bolszewickim umyśle taka wizja zdawała się najbardziej logiczna. Być może istotnie zostałby w ten sposób zgładzony – wiele zależałoby od okoliczności i osób uczestniczących w jego ujęciu. Zdaje mi się jednak, że z przynajmniej równie dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że doczekałby rzetelnego procesu sądowego.

    Jest na pewno wiele sposobów walki z bolszewizmem, wiele etapów tej walki. Miałem nadzieję na rozpoczęcie debaty na te tematy, które wydają mi się raczej dość istotne. W momencie, w którym to piszę sinusoida dyskusji zahacza w pierwszym wychyleniu o Pana koncepcję, zlikwidowania problemu w ciągu jednego burzliwego popołudnia, i w drugiej skrajności – o odłożenie wyniszczającego nas wszystkich problemu na później, na jakiś milion lat (z grubsza licząc).

    Czy na pewno nie można inaczej?

    Mam nieodparte wrażenie, że walka z bolszewizmem to temat w najwyższym stopniu drażniący. A Pan jak uważa?

  21. 21 Dariusz Rohnka

    Przemek,

    Współuczestnictwo polega na dopuszczeniu do władzy ludzi i ideologii, których zbrodnicze zachowania można było z dużym wyprzedzeniem antycypować. W tym kręgu zachowań leży także Twój dzisiejszy pacyfizm. Wybacz, ale nawias, który zapisałeś aż dwukrotnie:  „(no chyba, że ktoś złapie mnie za gardło)” nie jest tytułem do chwały. Znaczy mniej więcej tyle, co: ignoruję zło, które panoszy się po świecie, jeżeli tylko jego oddziaływanie nie dotyka mnie osobiście.

    Dostrzegam godną odnotowania szczerość.

  22. 22 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Trochę mnie zaskoczyła Twoja arbitralność z jednej, brak zdecydowania z drugiej strony.

    Brak niezależności głównych polityków peerelu to interesująca hipoteza, oparta na mocnych przesłankach, ale przecież nie jest udowodniona, nie mamy do dyspozycji odpowiednio silnych argumentów, żeby poddać ją skutecznie walidacji. Nikt nikogo nie złapał nigdy za rękę (zresztą – któż miałby to zrobić? Służby kontrwywiadu iii rp?).

    Brak zdecydowania objawia się w alternatywie: kto pociąga za sznurki? Amerykanie czy sowieci? Czy możliwe, żeby upadek komunizmu sfingowali Amerykanie (ci niegrzeczni, z CIA)? Pogląd nie jest nowy, stoją za nim znane nazwiska. Czy ma ręce i nogi, biorąc pod uwagę to, co wiemy o kwalifikacjach polityczno-wywiadowczych Ameryki u progu lat 90.?

    Jeżeli nie ma, to co to oznacza? Komunizm upadał pod dyktando komunistów, czy nie? Skoro dopuszczamy koncepcję, że kontrolę nad polityczną sferą tutejszowa sprawują obecnie Amerykanie, to:

    po pierwsze – musieli, na przestrzeni ostatnich 30 lat, politycznie otrzeźwieć i zewrzeć wywiadowcze szyki;

    po drugie – sytuacja polityczna wymknęła się sowietom w którymś momencie spod kontroli. Kiedy to było?

    Znasz jakie szczegóły?

  23. 23 michał

    Darek,

    W prlu nie będąc, muszę prosić o wybaczenie, ale jakie rzekomo „znane nazwiska” stoją za poglądem, że CIA spowodowała „upadek komunizmu”?? Mnie nie są znane. Gdzie mamy mówić wprost, jak nie w Podziemiu?? Proszę o nazwiska, adresy, kontakty. Bez owijania w bawełnę i bez pieprzenia w bambus.

    A poza tym, choć nie ośmieliłbym się wtrącać w Twoją dyskusję z p. Przemkiem, to pozwolę sobie jednak zauważyć, że ktoś kto jest „pacyfistą”, ale przestaje nim być, gdy „ktoś złapie mnie za gardło” – nie jest w ogóle pacyfistą. Jako były pacyfista, mam wiele szacunku dla pacyfizmu, bo jest to odważne i poważne stanowisko, ale odrzuciłem go na drodze rozumowej dawno temu, ponieważ uświadomiłem sobie, że pacyfizm buduje palisadę nietykalności wobec zła, a jako taki wzmacnia komunizm. Co rzekłszy, jeżeli przestaję być pacyfistą, gdy ktoś chwyci mnie za gardło, to nigdy pacyfistą nie byłem. Pacyfizm na tym właśnie polega, że odrzucam gwałt NAWET WTEDY, gdy ktoś chwyta mnie za gardło.

  24. 24 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Niepokoją mnie podwójne pytajniki. Potrójne ok, ale sparowane? Parami, nie licząc zakochanych, chadzają wzdłuż peerelowskich krawężników milicyjne patrole.

    Ale do rzeczy. Dysponuję w tej chwili jednym nazwiskiem i jednym adresem do jego publikacji. Czytałem tę wypowiedź dawno temu, ale sądzę, że jest a propos. Chodzi o Tomasza Mianowicza.

    https://apcz.umk.pl/czasopisma/index.php/AE/article/view/AE.2009.016/3821

  25. 25 Jacek

    Darek,

    „Upadek” komunizmu to oczywiście dzieło sowietów, ale mam wrażenie, że ich agentura, czyli bezpośrednie narzędzie sprawowania kontroli trochę się zaczęła wypalać. Tak na oko to mogły być lata 2014 – 15, bo chyba wtedy ludzie pokroju Komorowskiego, czy Dukaczewskiego przestali się liczyć jako skuteczne środki aktywne. Rzecz jasna pozostała reszta, niżej uplasowanego komunistycznego układu, składającego na tzw deep state. Ale Amerykanie, inwestując w ludzi typu Morawieckich przejęli, zdaje się ten krajobraz polityczny z dobrodziejstwem inwentarza. Nie wiem, na ile zdają sobie sprawę z sytuacji. I oczywiście nie wiem też, czy ten deep state jest teraz nowym środkiem aktywnym Moskwy, grupą robienia dobrych interesów, czy dywersją na amerykańskim zapleczu w regionie.

  26. 26 Andrzej

    Panie Gniewoju,

    Od 30 lat Europa w ładzie, dobrobycie i spokoju? Pomijając szczegóły (takie jak np. wojna jugosłowiańska, marsze imigrantów przez kontynent), czy Pańskim zdaniem, bolszewizm charakteryzuje tylko nieład, nędza i wieczne konflikty? Czyli tylko sama forma?
    To jedno. A drugie to, proszę zauważyć, co się wydarzyło przez te 30 lat. Europa połączyła się z demoludami w Niuni. Demoludy wkroczyły do NATO i do niekomunistycznych instytucji finansowych, nastąpiło „zjednoczenie” świata niekomunistycznego z komunistycznym – połączenie ich w system naczyń połączonych. Jaki efekt może to przynieść? Czy jest Pan przekonany co do tego, że takie zjawiska jak podstęp i podbój świata nie leżą w naturze bolszewizmu?

    Sam się zastanawiam nad tym czy jest to model docelowy, czy nie. I zdaje mi się, że i tak i nie. Komunizm z ładem, dobrobytem i spokojem? Czy nie były zawsze celami głoszonymi przez bolszewików? A że zapewniali je głównie czekiści i czerwone armie? To jak mi się zdaje była tylko faza „rozwoju”, aż do uzyskania możliwości innych skuteczniejszych działań. Proszę nie zapominać co poza podbojem świata charakteryzuje bolszewizm. Tym drugim elementem jest podporządkowanie sobie umysłów – sowietyzacja. Czy można oczekiwać, że nastąpi ona, gdy już na całym świecie zapanuje osiągnięty przez komunistów ład, dobrobyt i spokój?

  27. 27 Andrzej

    Jacku,

    Trzydzieści lat temu Amerykanie pomagali czynnie sowietom w „upadku komunizmu” (czasy drugiej kadencji Reagana, a następnie Busha seniora). Na jakiej podstawie twierdzisz, że kiedykolwiek później zmieniła się ich postawa wobec „byłych” komunistów? Czego objawem są dzisiejsze umizgi Trumpa wobec Putina (od samego początku kadencji, niezależnie do aktualnego „sporu” z komunistami chińskimi). Czego przejawem są jego spotkania z Kimem? Sugerujesz, że tak naprawdę w USA rządzi zza kulis grupa antykomunistycznych spiskowców? Czy to jest owo amerykańskie „podziemne państwo”, które Trump zwalcza?

    Tutejsza „polityka” jest moim zdaniem niewarta uwagi. Komorowski, Kaczyński i cała reszta mają tylko jeden wybór: albo uczestniczysz i robisz co trzeba, godząc się na wszystko, albo znikasz.

  28. 28 Przemek

    Panie Michale,
    Ma Pan rację. Użyłem słowa pacyfizm na wyrost. Powinienem zapewne napisać np. niechęć czy obrzydzenie do używania przemocy kiedy nie próbowałem do ostatniej szansy skorzystania z rozumu. To trochę tak jak różnica pomiędzy weganizmem a wegetarianizmem. W dużej części podobne ale cezura jest w różnym miejscu. Może wyszło to z dawnych przekonań, któż z nas ich z czasem i doświadczeniem nie zmienia.

  29. 29 Jacek

    Andrzej,

    Jak już kiedyś pisałem, według mnie Trump i w ogóle amerykańska administracja nie dostrzega komunizmu, a tylko potencjalnych partnerów w interesach. Ale żeby takie interesy robić Trump chce mieć przewagę negocjacyjną. I do tego służy cała machina z manipulowaniem lokalnymi kacykami włącznie. Oczywiście nie ma żadnych antykomunistycznych spiskowców w Stanach, po prostu droga do wypracowania pozycji negocjacyjnych wiedzie w poprzek sowieckich działań agenturalnych w regionie.

    Natomiast same wolty Trumpa, o których piszesz są egzotyką związaną z jego sposobem traktowania ludzi. Czy jest w tym jakaś głębsza myśl, czy całkowita bezmyślność, nie podejmuję się odpowiedzieć.

  30. 30 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    „Karty rozdawane są gdzieś w Moskwie, Waszyngtonie…‟.

    „Amerykanie, inwestując w ludzi typu Morawieckich przejęli, zdaje się ten krajobraz polityczny z dobrodziejstwem inwentarza. Nie wiem, na ile zdają sobie sprawę z sytuacji.‟

    Czyli z tego wynikałoby, że karty rozdaje albo Moskwa albo Waszyngton, przy czym w tym drugim przypadku zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że waszyngtońskie karty przed ich rozdaniem przekłada Moskwa?

    Dzięki czemu atuty rozkładają się na rękach graczy jak zawsze?

  31. 31 Jacek

    Darek,

    Strategia Moskwy jest na pewno wielopłaszczyznowa. W perspektywie długofalowej celem sowietów jest podkopywanie fundamentów zachodniego świata, aż do całkowitej destrukcji. Odbywa się to, jak sądzę według starych, sprawdzonych czekistowskich metod. I tych działań Zachód ( ta jego część jeszcze nie zainfekowana marksizmem) zdaje się nie dostrzegać i nie rozumieć zagrożenia.

    W skali taktycznej, lokalnej, sądzę, że sowieci stosują działania typowe dla potrzeb wywiadu i dywersji, czyli plasowanie agentury penetrującej. I na tym poziomie Amerykanie odpowiadają kontrwywiadowczo. Pewnie stąd wynikła niedawna akcja czyszczenia kadr tubylczej armii ze złogów GRU i KGB.

    Natomiast finalnie może być tak, jak piszesz. Amerykanie stąpając po nieznanym terenie od czasu do czasu grają nieświadomie spreparowanymi kartami. Ale póki co w ogóle chcą grać i wykazują inicjatywę.

  32. 32 Przemek

    Darek,

    Niepotrzebnie zawęziłem (ktosiem), nie tylko fizycznie za gardło. Ale co zrobić ? „mandżur pakuj” i jedź walczyć o wolność i spojrzą jak na raroga. To może pomoc humanitarna, aby lokalny kacyk wybudował sobie nowy pałac. Masz jakiś lepszy pomysł? Skoro już o działaniu mówimy.

  33. 33 Andrzej

    Nie bardzo mi się che wierzyć Jacku w tak wysublimowaną taktykę Amerykanów, biorąc pod uwagę ich co najmniej trzydziestoletnie (wstecz) działania względem bolszewików w ogóle, a w peerelu w szczególności. Czy mógłbyś podać argumenty, które by świadczyły o ich zrozumieniu istoty pierestrojki i jej efektów w postaci „transformacji ustrojowej” demoludów? Czy np. przyjęcie demoludów (a wśród nich peerelu) do NATO świadczy o takim zrozumieniu? Czy może jest wynikiem przyjętej taktyki podstępu wobec sowietów, którą można by streścić tak: my udajemy, że nic nie wiemy ale wszystko wiemy i dajemy się wciągnąć aby ich wyciągnąć z sowieckich łap. A może po prostu korzystają z okazji jaką im dają, po to aby zyskać coś, nie dając wiele w zamian („papierowe” obietnice w zamian za dolarowe kontrakty). Polaków łatwo nabrać na tanie „błyskotki”, a bolszewikom (i nie tylko) w to graj.

  34. 34 Jacek

    Andrzeju,

    Ja bym się nie doszukiwał w działaniach Amerykanów jakiegoś wysublimowania, czy finezji. To wszystko, według mnie rozgrywa się na poziomie taktycznym, gdzie na finezję i ocenę perspektywy strategicznej nie ma miejsca. Nikt w Białym Domu, czy Pentagonie raczej nie zastanawia się nad istotą pierestrojki, raczej rozważane jest bezpieczeństwo konkretnych operacji militarnych. Każda taka operacja pociąga za sobą działania zabezpieczające, to są rutynowe procedury na poziomie, bo ja wiem, brygady, dywizji. Nawet nie koniecznie musi w to być włączona jakaś trzyliterowa służba. Ja tylko się domyślam, ze czystki Macierewicza były przeprowadzane na rozkaz z CIA, a może tylko z G2 (dziś to chyba MIC), po to, żeby zapewnić taktyczną przewagę w regionie. Nie ma w tym żadnej finezji, tylko rutyna działań kontrwywiadu. Tak było w Iraku, czy Wietnamie. W tym ostatnim nawet na dużą skalę. Operacja Phoenix była bardzo skuteczna, jako działania kontrwywiadowcze, co nie zmieniło, rzecz jasna losów całego konfliktu. Tu może być podobnie.

  35. 35 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Zastanawia mnie kwestia „czystek Macierewicza‟ i co może oznaczać w praktyce. Za takim terminem idzie bezpośrednio sugestia, że Macierewicz oczyszczał lwp z sowieckiej agentury, czy dobrze myślę?

    Skoro oczyszczał to najwidoczniej urasta w Twoich oczach do rangi antykomunisty, nie tylko w sferze deklaracji, ale również czynów. Jak pogodzić jego antykomunistyczną aktywność z udziałem w rządach Kaczyńskiego, o którym pisałeś dwa dni wcześniej, że jest trybikiem, marionetką? Czy udział w rządach trybika uwiarygadnia ten jego antykomunizm czy raczej kompromituje?

    Kwestia czystek. Skąd autentyczny antykomunista (np. James Angleton) miałby wiedzieć kto w ludowym wojsku jest agentem, kto nie? Obawiam się, nie miałby zielonego pojęcia.

    Może p. Macierewicz sugeruje się dotychczasowym przebiegiem służby, koneksjami w armii, miejscem odbywania studiów wojskowych?

    Studia w Moskwie – utrącenie. Studia w West Point – awans generalski. OK. A któż wysyłał tych drugich ludowych żołnierzy na studia do Ameryki? Jechali za swoje?

  36. 36 Dariusz Rohnka

    Przemek,

    „mandżur pakuj‟? Co to, usiadłeś pod celą, a ja o tym nic nie wiem? Zacząłeś grypsować? Gdybyś był polityczny, zorganizowałbym ucieczkę, no ale Ty teraz git-człowiek – za wysokie progi.

    Zakładasz, jak rozumiem, że wszelkie działanie jest beznadziejne. Gdybyś powiedział po prostu, że znasz ciekawsze formy bytowania, dałbym spokój – gdyż jest oczywiste, że takowe są.

    Ale Ty mówisz właśnie tak – nie ma sensu sprzeciwiać się złu – ono i tak wygra. Czy dobrze interpretuję?

    To dla mnie absolutnie nie-do-przyjęcia!

  37. 37 Jacek

    Darek,

    Nie potrafię jednoznacznie ocenić Macierewicza. To, co piszesz o udziale w rządach Kaczyńskiego, to wszystko prawda. Nie wiem też, w jakim stopniu Macierewicz działał na polecenie Amerykanów, ale sądzę, że musi mieć spore plecy w Langley, albo Pentagonie. Natomiast samo czyszczenie wojska z agentury uważam za właściwe działanie. Każde osłabianie wpływów Moskwy jest korzystne z mojego punktu widzenia.

    Nie wiem do końca, jak jest dzisiaj z oficerami typu Petelickiego, którzy kariery zaczynali w ścisłej współpracy z Moskwą, a potem się przewerbowali do Amerykanów. Być może przeszli jakąś weryfikację, być może stanowią do dziś środki aktywne SWR. Tu pewnie trzeba by rozpatrywać poszczególne przypadki, a do tego niestety brak danych.

  38. 38 gniewoj

    Panie Jacku,

    Widząc jak wielowątkowa dyskusja się rozwija, obawiam się, że moja odpowiedź jest po niewczasie. Ale, żeby nie zostawić w próżni dociekań kto tworzy komunistyczną klikę próbuje reanimować ten wątek.
    Wydaje mi się, że odpowiedź na pytanie: czy Kaczyński ma czy nie ma pełni władzy może wskazywać na jego, i jemu podobnych, położenie w komunistycznej hierarchii. Czy jest jedynie marionetką w rękach komunistów trzymających władze czy też sam został dopuszczony do tego elitarnego kręgu. Brak przełomu w sprawie katastrofy po wygranych przez pis wyborach wskazywałby, że wszelkie orbany, kaczyńskie i merkelowe to marionetki którymi zdalnie, na odległość, komuniści rządzą w Europie.

    Zdaję sobie sprawę, że powyższe to bardzo, bardzo wątła poszlaka jednak jedyna jaka jest według mnie dostrzegalna.

  39. 39 gniewoj

    Panie Dariuszu,

    Kiedy drzwi trzaskają z hukiem bezpieczniej jest wycofać się niż mieć roztrzaskany nos. Skoro jednak stawia Pan pytanie to nie wypada zostawić go bez odpowiedzi.

    Jeżeli chodzi o metody to na pewno można wybierać z szerokiego spektrum między konopnym sznurem a ewangelizacją. Jeżeli jednak chodzi o skuteczną metodę to obraz zawęża się do sznura. Spójrzmy na Maćkiewiczów Ich działania ewangelizacyjne nie były w stanie powstrzymać powszechnego ześlizgu polskiej, antykomunistycznej emigracji. Dziś zadanie jest jeszcze trudniejsze. Trudniejsze gdyż potrzebne jest wywołanie powszechnego ruchu w przeciwnym kierunku. Oczekujemy wywołania procesu odwrotnego do ześlizgu czyli mozolnej wspinaczki z pozycji lewackości do antykomunizmu. Jak rozumiem, Pan na tym nie zamierza poprzestać i liczy Pan, że ewangelizacja może doprowadzić do celu czyli do faktycznego demontażu komunizmu na świecie, nieprawdaż?.
    Jeszcze raz, bez ewangelizacji nie będzie przejścia z pozycji powszechnej lewackości na antykomunistyczną. A i to mało, gdyż takie przejście jest warunkiem koniecznym ale nie dostatecznym dla wyplenienia zarazy. Jeżeli chodzi o skuteczną metodę wyplenienia zarazy, pozbycia się rządzącej kliki, wstyd się przyznać ale bliższa mi jest logika lenina.

  40. 40 gniewoj

    Panie Andrzeju,

    Krwawej jatki w komunistycznej jugosławii nie można zaliczyć do trzydziestolecia ładu, dobrobytu i spokoju w sowietach i w Europie.

    Kiedy Henry Ford sprzedawał, rewolucyjny w metodach produkcji, model T oferował klientom dowolnie wybrany kolor nadwozia. Był jeden warunek: ich wymarzonym kolorem musiał być był czarny.

    Komunizm długo oferował jedynie swoją bolszewicką postać. Zmieniło się to w latach 1989-91. Oferta stała się szersza. Poza krwawym terrorem zaoferowali rozwiązania dużo łatwiejsze do zaakceptowania, ba czasem wręcz oczekiwane. Tak było z pokojowym demontażem komunizmu w demoludach i zssr. Jednak pokazali ewentualnym maruderom, że gdyby coś miało nie pójść po ich myśli to zawsze możliwy jest powrót do starych, bolszewickich metod. Po to według mnie została wywołana krwawa jatka na Bałkanach.
    Tak też jest obecnie. Głównym produktem eksportowym komunizmu jest model liberalno-demokratyczny ale, tak na wszelki wypadek, dla wzmocnienia swojej pozycji przetargowej utrzymywany jest też jego stary, bolszewicki model. Mam na myśli: chrl, koreę południową, kubę i wszelkie inne kraje z przewodnią rolą partii.
    Tak, domyślam się, jest w też przypadku rozmów z jednostkami. Oferują domówienie się, powiedzmy, po dobroci jednak zawsze w zanadrzu są stare, sprawdzone bolszewickie metody. Kto nie wie o czym mowa temu przypomną o losie Politkowskiej czy Liwtinienki.

  41. 41 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    „Współpracownicy Moskwy, którzy się przewerbowali do Amerykanów‟ brzmi nieco surrealistycznie. To jest koncepcja dobra do produkcji filmowej, ale czy nadająca się do opisu współczesnego świata szpiegów i agentów?

    Czy hipotetyczny współpracownik „Moskwy‟, a więc sowieckiego wywiadu wojskowego może sobie tak po prostu przejść na drugą stronę? Bez żadnych konsekwencji, a więc z aprobatą kremlowskich mocodawców?

    Czy nie trafniejsza będzie hipoteza, że owi „przewerbowani‟ (zakładając, że naprawdę istnieją) są dobrze ulokowanymi kretami sowieckiego wywiadu?

  42. 42 Dariusz Rohnka

    Panie Gniewoju,

    Barbara Toporska i Józef Mackiewicz nie dali rady. Taki, jak rozumiem, jest Pana pogląd. Sam Józef Mackiewicz pisał: „nie ja wygrałem…‟. To dobrze znane, dlatego nie rozwijam tego cytatu.

    Czy na pewno miał rację? Z kim/czym przegrał? Przegrał z pierwszymi animatorami jeszcze nie nazwanej pierestrojki. Z wizją świata, której realność nieodmiennie poddawał w wątpliwość – liberalizującego się komunizmu. Przegrał, ponieważ jego twarde stanowisko okazało się za mało powabne w zestawieniu z samo nakręcającym się pragnieniem egzystowania w kolorowym więzieniu dobrego komunizmu.

    Mackiewicz przegrał z iluzją. Czy jednak można przegrać z czymś, co nie ma realnego wymiaru? Co prędzej czy później zapadnie się w sobie, przestanie dawać pozór istnienia, odsłaniając koszmarną prawdę?

    Mackiewicz nie przegrał, bo nigdy nie przegrało dzieło jego życia. Nikt do tej pory nie zdołał podważyć sensu jego ideowej wypowiedzi. Można Mackiewicza ignorować, przekręcać, zafałszowywać, czy najzwyczajniej nie rozumieć. Nie sposób wykazać, że to dzieło chybione.

    Jak to się ma do naszej tu dyskusji? Co możemy zaczerpnąć z tego Mackiewiczowskiego przykładu przegranego starcia bez kapitulacyjnych konsekwencji? Przede wszystkim możemy sparametryzować rangę problemu, przed którym stoimy.

    Co to jest, z czym nie potrafimy się rzekomo zmierzyć? Wielka, uniwersalna idea, zdolna zastąpić współczesne resztki upadającej z hukiem cywilizacji, czy może marny bakcyl zarazy, z którym poradzimy sobie, stosując proste i skuteczne antidotum? W moim przekonaniu, to drugie.

    Jak się do tego zabrać? Jakie pierwsze kroki podjąć? O tym wszystkim chciałbym podyskutować. Spójrzmy na hierarchię problemów. Co stanowi największe niebezpieczeństwo, albo – co jest najsłabszym punktem wroga? Od czego należałoby zacząć?

    Czy zechce Pan Panie Gniewoju zabrać głos w tej dyskusji jako pierwszy?

  43. 43 Jacek

    Darek,

    To jest bardzo ciekawa kwestia. Amerykanie przejmowali hurtowo oficerów takich, jak Petelicki. Oczywiście zdawali sobie sprawę, z kim mają do czynienia. Przeszłość Petelickiego i jemu podobnych nie była dla nikogo tajemnicą. Być może euforia, jaka zapanowała na Zachodzie zaślepiła CIA do tego stopnia, że przejęcie tych ludzi odbywało się zupełnie bezrefleksyjnie.

    Ale to było trzydzieści lat temu. Teraz najwyraźniej, przynajmniej na poziomie taktycznym priorytety się zmieniły. Nie wiem, jak to wygląda np w Rumunii, ale tu czyszczenie kadr przeprowadzono. I według mnie to była inicjatywa Amerykanów.

    Ale zostawmy dygresje, dużo ciekawsza jest dyskusja o metodach walki z tą czerwoną zarazą. Z mojego punktu widzenia jedyną szansą na wywołanie jakiegokolwiek oporu przeciwko procesom destrukcji cywilizacji jest szeroko zakrojona akcja edukacyjna. Problem ze współczesnym bolszewizmem (dyskutowaliśmy ostatnio z Andrzejem, czy dziś to właściwa nazwa zjawiska – chyba tak, jeśli przyjąć, że bolszewizm to przede wszystkim zdolność przystosowania Metody do warunków zewnętrznych) jest taki, że nikt, albo prawie nikt nie kojarzy procesów rozkładu Zachodu z komunizmem. Zauważane są tylko syndromy ale mało kto potrafi znaleźć wspólny mianownik dla homoterroru, niszczenia instytucji rodziny, demoralizacji młodego pokolenia, kapitulacji przed islamem, itp. Nadal twierdzę, że większość ludzi nie ma żadnego interesu w uleganiu tym zjawiskom. Kluczową kwestią jest wywołanie masowego oporu przeciwko działaniom komunistów. A żeby taki opór wywołać, konieczne jest stworzenie ponadnarodowego środowiska wpływowych, najlepiej bogatych i zdeterminowanych jednostek, które będą w stanie uruchomić aparat medialny umożliwiający zneutralizowanie dominujących dzisiaj lewackich tub propagandowych. Kluczowa jest tu kwestia działań ponadnarodowych. I to może być najtrudniejszy punkt do zrealizowania.

  44. 44 michał

    Drogi Darku,

    Wyznaję ze skruchą, że nie potrafię się zgodzić z Twoją chwalebną, a nawet piękną, wykładnią słów Mackiewicza o jego porażce. Moim zdaniem, wiedział, co mówi, gdy twierdził, że przegrał. Jego cele były polityczne i praktyczne: obalenie komunizmu jako cel ostateczny, a przekonanie rodaków, że idą drogą donikąd, jako cel bliższy. W obu wypadkach przegrał, i zdawał sobie z tego sprawę.

    Twoje argumenty można ewentualnie zastosować do Gomeza, który chciał przekazywać akta świętego sporu przyszłym pokoleniom, ale Mackiewicza to nie interesowało, choć to właśnie osiągnął. Mam pewien, choć raczej paradoksalny, przykład na porażkę podobną tej Mackiewiczowej: Platon. Wielki Plato nie był poważany w Atenach, więc wyniósł się do Syrakuz, by tam stworzyć wszechgreckie państwo, uczynić z Greków to, co później Mahomet zrobił z Arabów: dać im prawo i uczynić z nich zuniformizowaną potęgę. Jego wzorami byli Solon i Likurg, ale jego cel był powszechny. Jak oni, próbował stworzyć prawa z niczego, ale jego praw nie przyjęto. Jak oni, chciał zbudować stosunki między ludźmi na racjonalnych podstawach, ale jego wizja państwa przegrała. W praktyce, w politycznej praktyce Hellady, Platon przegrał z kretesem.

    Zdaję sobie sprawę z wysokich progów, do jakich porównuję tu Mackiewicza, ale robię to z pełną świadomością. Mackiewicz nie pragnął być prawodawcą, ale miał praktyczną wizję, jak pokonać największego wroga ludzkości. Interesował go praktyczny wynik, ale pozostawił teoretyczne rozważania i dzieła literatury, które są na tak wysokim poziomie, że będą czytane nadal za sto lat.

    Twierdzenie, że „Mackiewicz przegrał z iluzją, która nie ma realnego wymiaru”, która „prędzej czy później zapadnie się w sobie”, wydaje mi się poniekąd obosiecznym mieczem. Jeżeli jest to rzeczywiście tylko złudzenie, to nie ma doprawdy z czym walczyć. Jeśli samo się zapadnie, to po co je obalać? Mackiewicz przegrał z dwoma realnymi siłami: z triumfującą na całym świecie bolszewicką propagandą i z powszechnym chceniem ludzi wolnych, chceniem, by być oszukanym. Obie siły są aż nadto rzeczywiste, borykamy się z nimi do dziś.

  45. 45 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Bardzo się cieszę z Twojej krytyki mojej nieco szalonej interpretacji.

    Od początku sam dostrzegałem (i dostrzegam nadal) jej liczne słabości, wydała mi się jednak na tyle oryginalna, że nie mogłem powstrzymać się przed jej zapisaniem. Co więcej, pomimo licznych zastrzeżeń, które słusznie wzbudza (i Twoich i moich) nadal wydaje mi się godna podjęcia nad nią dyskusji, do udziału w której – jak rozumiem – zapraszasz.

    Niestety, mam trochę biedę z czasem, więc nie wiem teraz dokładnie kiedy się odezwę.

  46. 46 Andrzej

    Panie Gniewoju,

    Proszę o wybaczenie, że nie odpowiedziałem Panu dotychczas. Byłem bardzo zajęty, takze w weekend.

    Wojnę jugosłowiańską obserwowałem w pewnym sensie z bliska, bywałem bowiem w owym czasie wielokrotnie w tym regionie, a także starałem się uważnie śledzić rozwój wydarzeń (względy rodzinne). Być może dla Pana wyglądało to na demonstrację „powrotu do bolszewickich metod”, lecz ja dostrzegałem w tym zespołowe działanie wszystkich politycznych uczestników. Wydaje mi się, że celem było przede wszystkim wciągnięcie w rozgrywkę państw zachodnich. W pierwszej fazie (Słowenia i Chorwacja), świeżo połączonych Niemiec (co było łatwe o tyle, że rządziła nimi pierestrojkowa ekipa Kohla-Genshera), w drugiej fazie reszty Europy i pod jej presją NATO (Bośnia), a w trzeciej USA (Kosowo). Dzięki temu tzw. Zachód stał się aktywnym uczestnikiem jugosłowiańskich „przemian”, odpowiedzialnym za ich powodzenie – ich gwarantem. To było, jak mi się zdaje, głównym celem jugosłowiańskich komunistów i ich agentury gdy rozpoczęli ten krwawy spektakl, nacjonalizm był dla nich doskonałym, niezawodnym narzędziem.

    Pisze Pan że głównym produktem eksportowym komunizmu jest obecnie model liberalno-demokratyczny. Ująłbym ten termin w cudzysłów, bowiem mowa jest o atrapie – pozorach. Atrapę tę zastosowali już na mniejszą skalę leninowscy bolszewicy w NEP-ie, więc jest to jak mi się zdaje dobry argument za tym, aby i dzisiejszy komunizm nazywać bolszewizmem.

    Skoro w CHRL istnieje dziś „stary, bolszewicki model”, to jak się ma do niego fakt, że komuniści chińscy praktykują na ogromną skalę atrapę kapitalizmu? Robią to tak zręcznie, że pod ich wpływem jest gospodarka całego świata. Czy w związku z tym faktem, „stary, bolszewicki model” utożsamia Pan także z NEP-em, którego przejawem wydaje się być dzisiejsza chrlowska „gospodarka”? Co takiego różni ją od dzisiejszej „gospodarki” sowieckiej, skoro w „Rosji” nie ma już „starych, bolszewickich metod”, za to jest tam „model liberalno-demokratyczny”?

  47. 47 michał

    Panie Andrzeju,

    Pozwolę sobie na wtrącenie, w oczekiwaniu na odpowiedź p. Gniewoja.

    Przyzna Pan, że bolszewicki nep, jako idea o prawie stuletniej tradycji, da się zaliczyć do „starego bolszewickiego modelu”. Czy nie? Stary bolszewicki model to dla mnie leninizm, skrajna brutalność połączona z niesłychaną giętkością, której wyrazem był m.in. nep.

    Być może się mylę, albo nie śledziłem całości dyskusji z należną uwagą, ale czy rzeczywiście ktokolwiek tu twierdził, że w sowietach panuje „model liberalno-demokratyczny”, gdy w chrlu „stare bolszewickie metody”?

    O specyfice sytuacji jugosłowiańskiej mówiliśmy na stronie Jesień Demoludów, ale znowu, przyzna Pan chyba, że przebieg wydarzeń odbiegł tam znacznie od tego, co się działo w innych demoludach.

  48. 48 Andrzej

    Tak Jacku, to jest najtrudniejszy punkt do zrealizowania. Chodzi bowiem o zmianę postaw z narodowo-centrycznych na antykomunistyczne. Narodowo-patriotyczne zasady opierają się na prymacie narodowych emocji nad rozumem. Jak trafnie stwierdził Darek, to kwestia ducha i kultury. Chodzi mu zapewne o przemianę mentalną i wolę zrozumienia istoty rzeczy.

    I ja pisałem o edukacji (szkole antykomunizmu) lecz Darek sądzi, że mało kogo interesowała by taka nauka. Nie miałem wcale na myśli przymusowej edukacji, chociaż być może byłaby ona w pierwszej fazie wskazana. Aby zwalczyć zarazę, na początek zwykle stosuje się kwarantannę.

  49. 49 Andrzej

    Panie Michale,

    Pan Gniewoj napisał jasno w swojej ostatniej odpowiedzi adresowanej do mnie (z 22 sierpnia), że głównym produktem eksportowym komunizmu – sądzę, że miał tu na myśli przede wszystkim sowietów, a więc jelcynowsko-putinowską „Rosję” – jest obecnie „model liberalno-demokratyczny”, zaś „stary, bolszewicki model” utrzymywany jest m.in. w CHRL.

    I dla mnie ten „stary, bolszewicki model” definiuje NEP, czyli elastyczność komunizmu. Także, jak najbardziej dzisiejszych form, co staram się wykazać Panu Gniewojowi.

    Bo ja wiem czy przebieg wypadków jugosłowiańskich był zasadniczo inny? Konflikty narodowościowe były przecież już wcześniej wykorzystane na Kaukazie a takze i krajach bałtyckich (na Litwie przeciwstawiano m.in. Polaków Litwinom). Co Pańskim zdaniem zasadniczo odróżniało wojnę w Bośni od wojny w Nagornym Karabachu? Co odróżniało ją zasadniczo od późniejszej wojny o Abchazję i Osetię Płd.? Cel, skutek czy może przebieg?

  50. 50 michał

    Tak, Panie Andrzeju, ale na eksport, to nie jest to samo co do domu. Nikt chyba nie mówił, że w sowietach panuje model lib-dem.

    Nagorno-Karabach to zupełnie inna kwestia. Rozgrywki wewnątrz sowietów, to było ciut bardziej skomplikowane niż w demoludach. Dlatego słusznie chyba oddzielił Pan na stronie Jesień Demoludów sytuację w krajach bałtyckich od np. prlu – choć nadal namawiałbym Pana do zajęcia się tym osobno.

    Natomiast różnica między „upadkiem komunizmu ’89” i wojnami jugosłowiańskimi jest chyba oczywista: konflikt zbrojny.

  51. 51 Andrzej

    Panie Michale,

    Ja tak to zrozumiałem. Jeśli coś jest produktem eksportowym, to zdaje mi się, że jest tam produkowane i powinno być dostępne w wersji lokalnej.

    Konflikt zbrojny pomiędzy kim? Czy chodzi Panu o to, że międzynarodowy? Czy ma Pan na myśli UNPROFOR z jednej strony kontra wojska JNA z drugiej? Czy może NATO i serbską armię w Kosowie? Bo reszta to przecież „wewnętrzni” gracze, tak samo jak dziś w Donbasie.

  52. 52 michał

    Ależ drogi, drogi Panie Andrzeju!! Dla przykładu: terroryzm był od zawsze produktem eksportowym komunistów, ale to nie znaczy, że był dostępny w wersji lokalnej.

    Co do Jugosławii miałem na myśli konflikt zbrojny między stronami. Nic takiego nie nastąpiło w żadnym z demoludów, o ile wiem, w rezultacie „upadku komunizmu”, choć przepowiadał to usilnie np. p. Story.

  53. 53 Andrzej

    Panie Michale,

    Zatem, jaki model według Pana miał na myśli Pan Gniewoj w odniesieniu do sowietów? Bo przecież nie „stary, bolszewicki”, skoro nie wymienił wówczas explicite „Rosji”. Czy może miał jednak na myśli także ten twór, w sensie praktykowania „przewodniej roli partii” tamże? Zdaje mi się, że musimy poczekać na jego wyjaśnienia w tej kwestii.

  54. 54 michał

    To zostawmy już jemu do odpowiedzi. Skąd moge wiedzieć, co miał na myśli? Próbuję, jak mogę, trzymać się zasady, by interpretować cudze słowa w najlepszy możliwy sposób, choć nie udaje mi się to często.

    W wypadku wypowiedzi p. Gniewoja, wydaje mi się oczywiste, że nigdy nie powiedział, że w sowietach panuje model lib-dem, ale że używają go dla lepszej kontroli innych państw, zwłaszcza na Zachodzie.

  55. 55 Przemek

    Panie Andrzeju,

    Pozwolę się wtrącić w dyskusję. Napisał Pan o szkole antykomunizmu. Tak zgadzam się. Ja czuję się uczniem (nie do końca wiem czy chcianym, ale szkoła otwarta – to wchodzę, zobaczę, może czegoś się nauczę) w szkole antykomunizmu WP (raczej takim pierwszoklasistą). Ale żeby zaraz „Nie miałem wcale na myśli przymusowej edukacji, chociaż być może byłaby ona w pierwszej fazie wskazana.” lub „Chodzi o likwidację komunizmu, jakimkolwiek sposobem. Byle skutecznym i w zgodzie z własnym sumieniem.” Toż to pachnie bolszewizmem, nie komunizmem jeśli takie rozróżnienie dopuszczamy. Bolszewicy też mieli sumienia, ale odpowiednio ukształtowane (zapewne też w szkole, czy życia czy innej). Zakłada Pan kopanie się z koniem, czy poranny klin na kaca. Szkoła powinna mieć swoje zasady, jednoznacznie przeciwstawne temu o czyim źle chce nauczać. Inna sprawa czy trzeba koniecznie tak wprost. Jak pamiętam (mimo wieku) więcej dała mi do myślenia Pomarańczowa Alternatywa niż wykrzykiwanie haseł na demonstracjach. To taki mój bardzo subiektywny odbiór. Może w drugiej klasie będę inaczej widział zagrożenia. tylko czy przejdę przez testy egzaminacyjne. A cóż jeśli nie. Czy zakłada już Pan jakieś kary dla niezdolnych uczniów (przynajmniej w pierwszej fazie).

  56. 56 Andrzej

    Panie Przemku,

    Przede wszystkim, bolszewicy nie mają żadnego sumienia. Żadnego poczucia moralności i odpowiedzialności za swoje czyny przed Dobrem. Nie pojmuję jak może Pan nie odróżniać bolszewickiej „moralności” od moralności, jaka wynika ze stworzonej i przyjętej powszechnie przez ludzkość kultury. Czy podobnie patrzy Pan na kulturę? Czy bolszewicka antykultura jest dla Pana takim samym przejawem kultury, jak np. cerkwie, które komuniści niszczyli?

    Pomarańczowa Aleternatywa na ile pamiętam ją z Warszawy była zabawą z której nic sensownego nie wynikało, poza wyśmiewaniem tego o czym każde dziecko wiedziało, że jest bezsensowne i głupie. Hasła takie jak np. „Pałac Kultury dziwem natury” czy „naszym celem mieszkania, naszym mieszkaniem cele” nie były w żadnym przypadku antykomunistyczne, a raczej oswajały Polaków z komunizmem. Mogli się dzięki temu chełpić tym, że jakkolwiek komunizm jest tutaj dobrze ugruntowany, to peerel jest „najweselszym barakiem w obozie”. Nic z tego nie wynikało poza dziwacznie pojętą „dumą”. Uważa Pan zatem, że hasła takie jak „precz z komunizmem” albo „dość paktów z czerwonymi” były niewłaściwe? Czyżby raziły Pańskie uczucia?

    Proszę sobie darować szyderstwa. Jeśli po kilkuletniej lekturze i dyskusjach na stronie WP nie rozumie Pan czym jest komunizm i jakie stanowi zagrożenie, to żadna nauka Panu nie pomoże, bowiem Pan wcale nie chce tego zrozumieć a jedynie spełnia tu swoją „misję”. Czytając Pańskie wypowiedzi odnoszę często wrażenie, że Pan po prostu chce aby komunizm istniał i trwał i temu je poświęca.

  57. 57 Andrzej

    postscriptum:

    Zagalopowałem się za co proszę o wybaczenie. Istniał to tyle co trwał. Chodziło mi o „rozwijał się”.

  58. 58 gniewoj

    Panie Dariuszu,

    Zadał mi Pan szereg pytań, na które chciałbym umieć odpowiedzieć w konstruktywny, budujący sposób ale po prostu nie potrafię.

    Pyta Pan: czy można znaleźć proste i skuteczne antidotum? Zabierając się swego czasu za napisanie artykułu „Ósma praca Asterixa”, byłem pełen optymizmu. Wierzyłem, że jest możliwe uruchomienie mechanizmu powodującego autodestrukcję zarazy. Ostatecznie jednak w zakończeniu napisałem:
    „Czyż nie byłoby to piękne? Komunizm ulegający autodestrukcji. Ci, przekonani o jego upadku zapewne niczego by nawet nie spostrzegli, żyliby dalej spokojni i zadowoleni. Jednak obawiam się, że sprawy zaszły za daleko, toczą się od zbyt dawna.”
    Dziś po ośmiu latach od opublikowania artykułu na witrynie WP jestem jeszcze bardziej przekonany, że nie da się tego trendu odwrócić. Nie wiem skąd się bierze powszechna chęć do bycia oszukiwanym ale właśnie w tej chęci upatruję brak szans na skuteczną antykomunistyczną kontrę. Skrytykował Pan pomysł Pana Andrzeja na utworzenie swego rodzaju antykomunistycznej akademii ale bez zmiany nastawienia, bez powszechnej świadomości kto jest naszym wrogiem nie uda się pokonać zarazy.

    Dalej Pan pyta: co jest najsłabszym punktem wroga? Ja znajduje tylko jeden taki punkt. Mianowicie to, że tak jak wszyscy ludzie również komuniści są istotami śmiertelnymi. Na zagrażające zdrowiu bakterie nie wystarczy ani aspiryna ani ibuprom, potrzebny jest odpowiednio silny antybiotyk. Ale jeszcze raz, żeby zacząć kurację chory musi być świadom choroby i musi wiedzieć, że kuracja jest niezbędna dla jego wyzdrowienia.

  59. 59 gniewoj

    Panie Andrzeju,
    Obydwaj zgadzamy się, że w chrl komuniści praktykują bolszewickie metody takie jak: bezprawne więzienia, obozy, powszechną inwigilację, dogmat przewodniej roli partii. Różnimy się co do oceny sytuacji i metod stosowanych przez komunistów w sowietach i w Europie (pytanie na marginesie: czy użyłby Pan określenia „sowieciarze” w stosunku do chińskich komunistów?).

    Zanim przejdę do tych różnic, zatrzymam się przy poruszonej przez Pana kwestii: czy rzeczywiście w chrl mamy jakikolwiek kapitalizm? Czy kapitalizm to nie jest forma wolności? Wolności gospodarczej. Według mnie to, że chrl potrafi kumulować kapitał sprzedając produkowane u siebie wyroby nie znaczy, że jest tam dopuszczona jakakolwiek wolność gospodarcza. Swoją drogą, ciekawe jest jak komuniści chińscy wybiórczo podchodzą do tego co jest u nich wytwarzane. Proszę zwrócić uwagę, że kraj który potrafi wytworzyć zaawansowane elementy, a nawet całą infrastrukturę sztucznej inteligencji, nie wyprodukował do tej pory żadnego przyzwoitego samochodu. Przyzwoitego według europejskich standardów. Jest to przypadek czy raczej dowód na to, że komuniści nie marnują swojej energii na rzeczy im nieprzydatne?

    Wracam teraz do różnic w naszych ocenach sytuacji. Pan twierdzi, ze komunizm i bolszewizm są synonimami a obecny stan to nic innego jak kolejne wcielenie NEPu. Mnie taka ocena nie przekonuje. Przede wszystkim ze względu na czynnik czasu. Zgadzamy się, że pierwszy NEP i wszelkie jego odmiany były swego rodzaju „odkręceniem śruby” po to żeby zdobyć czas, przygotować siły, przekonać opornych i cały proces zamknąć klamrą ponownego „dokręcenia śruby”. Pierwotny NEP trwał: pięć-siedem lat? Dzisiejszy trwa już trzydzieści lat!!! Nie wydaje się Panu, że coś tutaj nie pasuje? Według mnie, nie po to komuniści złożyli komunizm w sowietach i demoludach żeby czekać tatka-latka na nie wiadomo co. Według mnie, osiągnęli coś czego my nie dostrzegamy. Według mnie, jest to wspólny europejski dom i jeżeli mam w tym zakresie rację to mam również rację twierdząc, że bolszewickie metody (rozumiane jako krwawy terror) nie były im potrzebne do osiągnięcia tego celu. A skoro tak to bolszewizm nie jest synonimem komunizmu. Jest pojęciem węższym, był metodą podboju nowych terytoriów (najpierw Rosja potem kraje Centralnej i Wschodniej Europy) oraz przekuwania podbitych narodów w homo sovieticusa. I jest jednocześnie metodą bez której udało się im niepostrzeżenie opanować całą Europę.

  60. 60 Andrzej

    Panie Gniewoju,

    Dziękuję Panu za wyczerpującą odpowiedź w dyskusji pomiędzy nami. Czy pozwoli Pan, że odpowiem Panu za kilka dni? W tej chwili nie bardzo mogę to zrobić. Przepraszam Pana bardzo i z góry dziękuję Panu za wyrozumiałość i cierpliwość.

  61. 61 gniewoj

    Ależ oczywiście, Panie Andrzeju.
    Nie ma najmniejszego pośpiechu. Ostatecznie komunizm to nie zając, nie ucieknie. Niestety.

  62. 62 Andrzej

    Panie Gniewoju,

    Wydaje mi się, że kapitalizm i wolność nie muszą iść w parze, że kapitał to przede wszystkim środki finansowe. Choć celem kapitalizmu (zachodniego) był zawsze zysk (nie utożsamiałbym go z wolnym rynkiem) a nie podbój świata dla antyidei, to wydaje mi się, że o istocie nie świadczy tu cel lecz metoda. To jest narzędzie. Przykładem niech będzie Arabia Saudyjska. Kto powiedział, że komuniści nie mogą obracać kapitałem? Marks z Engelsem? Jeśli tak, to bolszewicy, po dojściu do władzy wprowadzili znaczącą poprawkę, przyjęli go jako swoje narzędzie. NEP jest wzorcem który opracowali, strategią. Nie każde jej zatosowanie musi mieć tę samą skalę. Powtarzali ją wielokrotnie, w różnych wersjach. Ostatnio w wersji pierestrojki. Chińscy komuniści, moim zdaniem, praktykują kapitalizm nie gorszy niż ten dziewiętnastowieczny, który Marks ogłosił wrogiem nr 1 dla komunistów. Kim więc są? Bo marksistami trudno ich określić (jakkolwiek sami twierdzą, że są nimi). Pieniądze (czyli kapitał) są dla nich narzędziem a nie celem, tak samo jak dla leninowskich bolszewików. Kapitał traktują instrumentalnie jako zasoby potrzebne im do podboju świata. Czy zgadza się Pan ze mną? Jeśli tak, to czy nie można okreslić ich mianem bolszewików, a system który praktykują mianem bolszewizmu?

    Przy tym wszystkim zgadzam się z Panem, że mamy do czynienia z czymś niezwykłym, wykraczającym poza dotychczasowe wyobrażenia o komunizmie. Sam się nieraz zastanawiam nad tym czy jest możliwe, że dzisiejsza postać komunizmu (nie ma wątpliwości, że jest wynikiem przyjętej przez komunistów strategii) nie jest aby docelowa. Przez dziesięciolecia bezustannie i skutecznie komunizm podbijał świat (po bolszewicku, wszystkim sposobami), aż komuniści doszli do punktu, w którym ich cel stał się bliski na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło im przyłączyć swój system do systemu osłabionego wroga aby przejąć nad nim kontrolę (dezinformacja i prowokacja to główne narzędzia, które pozwoliły im to osiągnąć, a oba charakteryzują bolszewicki NEP oraz Trust). Kiedy już tę kontrolę mają, to czy nie jest ich głównym zadaniem ją utrzymać i maksymalnie wzmocnić, tak aby system był wydajny? Mają co trzeba: banki, przemysł, surowce (od jakiegoś czasu produkują samochody pod marką Volvo). Może im to wystarczy do tego, aby spokojnie czekać aż pozostałe jeszcze nieliczne enklawy względnej wolności, same poddały się ich kontroli?

    Lecz na koniec, gdy komuniści już opanują cały świat, pozostanie im do przeprowadzenia sowietyzacja, czyli stworzenie światowego człowieka komunistycznego, który będzie w pełni akceptował ich władzę. A tu mogą się przydać stare, sprawdzone sposoby, które wypracowali jeszcze Lenin ze Stalinem. Bolszewicy. Czy jest Pan przekonany co do tego, że pierekowka to wyłącznie „stara sprawa”? Czym według Pana jest dzisiejsze „wychowanie”?

    Stwierdza Pan, że bolszewizm już był, że ograniczał się do podboju Rosji oraz części krajów europejskich a także do przekuwania podbitych wtedy narodów. Jaka wobec tego jest według Pana różnica, pomiędzy bolszewizmem (jak go Pan określa), a komunistycznym podbojem i zniewoleniem narodów np. Kuby, Wietnamu, Zimbabwe czy dziś Wenezueli? Czy jest to tylko różnica w czasie? Czy sądzi Pan, że bolszewizm to termin, który powinien przestać być stosowany do opisu aktualnej sytuacji?

  63. 63 michał

    Panie Andrzeju,

    Czy zechciałby Pan uzasadnić swoje słowa wypowiedziane na wstępie:

    „kapitalizm i wolność nie muszą iść w parze”

    „kapitał to przede wszystkim środki finansowe”

    „celem kapitalizmu (zachodniego) był zawsze zysk (nie utożsamiałbym go z wolnym rynkiem)”

  64. 64 Przemek

    Panie Andrzeju,

    Jeżeli odebrał Pan moją wypowiedź jako szyderstwo przepraszam. Nie było to moim zamierzeniem, zapewne niejasno się wyraziłem. Nie pełnię żadnej „misji”, skąd to Panu przyszło do głowy? Chciałem tylko zwrócić uwagę na bezsens (moim zdaniem) stosowania przymusu dla przekonywania o swoich racjach. Kojarzą mi się obowiązkowe lekcje języka rosyjskiego bodaj od 3 klasy podstawówki. Nie wiem jak Pan, ale ja robiłem wszystko aby się tego języka nie nauczyć. Trochę teraz żal, bo wiedza zawsze się przyda, ale to był taki odruch.
    Jeszcze co do sumienia. Wydaje mi się, że to odróżnia człowieka od pozostałych żywych stworzeń. Jakie jest to zależy od jednostki, choć komunistyczna indoktrynacja bardzo skutecznie potrafiła jednostkę zabić i wcielić w tłum, motłoch czy jak to nazwiemy. Nie zgodzę się jednak ze stwierdzeniem, że komuniści to nie ludzie i nie mają sumienia. Tak jak napisałem „odpowiednio ukształtowane (zapewne też w szkole, czy życia czy innej)”
    Zaskoczył mnie Pan swoim ostatnim komentarzem, chciałem zadać pytania, ale p. Michał zrobił to wcześniej i bardzo konkretnie.
    Napisał Pan też „Uważa Pan zatem, że hasła takie jak „precz z komunizmem” albo „dość paktów z czerwonymi” były niewłaściwe? Czyżby raziły Pańskie uczucia?” Nie takie hasła nie rażą moich uczuć. Choć jeśli dobrze pamiętam więcej krzyczeliśmy o wolności, ale to praktycznie to samo.
    Jeszcze co do Pomarańczowej Alternatywy, na której Pan się skupił w swojej wypowiedzi. Bardziej chyba wrocławska niż warszawska, przykład podałem po to aby wskazać sposób walki z zamordyzmem przez ośmieszenie go. Jeden z moich kolegów został zatrzymany pod zarzutem „strzelał do władzy z parasola”. Nawet wtedy to nie przeszło i wypuścili go.

  65. 65 Andrzej

    Panie Michale,

    Nie jestem znawcą przedmiotu a więc moje odpowiedzi opierają się zasadniczo na własnych obserwacjach i na intuicji.

    Kapitalizm jest dla mnie systemem bardziej ekonomicznym niż społecznym, opartym na własności i prowadzącej do zysku wymianie posiadanych zasobów (aktywów).

    Po pierwsze wydaje mi się, że kapitalizm nie musi oznaczać wolności dlatego, że jego celem nie jest wolność lecz wydajność. Podałem tu przykład Arabii Saudyjskiej, gdzie kapitalizm jest praktykowany ale nie ma wolności robienia tego co się chce. Podobny system wprowadził także generał Franco. Sądzę, że Niunia jest też dobrym przykładem. Kapitał służy tu socjalizmowi, czyli systemowi ograniczającemu wolność.

    Po drugie zdaje mi się, że obecnie zasoby finansowe dominują w gospodarce światowej, że opierają się one zasadniczo na obrocie kapitałowym przeprowadzanym przez banki. Giełdy są „przejściówkami”, łączącymi środki finansowe z innymi zasobami, przekładającymi te drugie na te pierwsze. Oczywiście istnieje też wymiana towarowa ale jej skala jest mniejsza.

    Po trzecie, wydajność która jest celem kapitalizmu powoduje zysk. Nie jestem przekonany o tym, że wydajność gospodarcza oznacza automatycznie konieczność istnienia wolnego rynku. Zdaje mi się, że czarny rynek jest formą kapitalizmu.

  66. 66 Andrzej

    Panie Przemku,

    Nie chodzi o moje racje. Chodzi o to, że Pan nie ma racji. O to, że stawia Pan na równi komunizm z antykomunizmem, a nawet jest przychylny temu pierwszemu i niechętny temu drugiemu. Ja chcę komunizm pokonać i szukam sposobów aby to osiągnąć, a Pan widzi w nim humanizm i jakieś sumienie. Sumienie wobec kogo? Odpowiedzialność wobec kogo? Komunistyczna „moralność” to niemoralność, to anty-moralność. Komuniści nie mają sumienia, mają za to cel który realizują wszystkimi możliwymi sposobami: przemocą, kłamstwem i prowokacją przede wszystkim. Nie porozumiemy się.

  67. 67 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Niepokoi mnie w tej dyskusji terminologia, która jest, nie owijając w bawełnę, marksistowska. Co to naprawdę znaczy „kapitalizm”? Czy właściciel ziemski, który produkował ziarno, bądź winogrona, bardziej efektywnie niż jego sąsiad, po czym kupił ziemię sąsiada, bo tamten nie mógł znieść konkurencji – był kapitalistą? Nie był. Wedle marksistowskiej ortodoksji należał do „fazy feudalizmu”. Tylko że znamy opisy takich sytuacji z Rzymu lub Grecji, więc jakże? Czyżby „kapitalizm” istniał od tysięcy lat?? Oczywiście marksizm jest kompletnym bełkotem.

    Paradoksalnie, kapitalizm istniał od zawsze, ponieważ kapitalizm nie jest żadnym „systemem”, a zwyczajnie naturalnym biegiem rzeczy. Kapitalizm nie jest marksistowskim bełkotem, a tylko naturalną konsekwencją praw rynku: jeżeli Pan będzie sprzedawał coś, co jest lepsze – pod jakimkolwiek względem, choćby w kwestii ceny – niż mój podobny produkt, to ludzie będą kupować od Pana, a nie ode mnie. Ot, i cała rzecz. Pan natomiast pisał coś o „celach kapitalizmu”, co jest nieporozumieniem. Kapitalizm nie ma żadnych celów. Pan, sprzedając coś, ma cel, by to sprzedać i na tym zarobić. Im więcej Pan zarobi, tym więcej ludzi może Pan zatrudnić, by zarobić więcej, zatem „motywacja zysku” jest dobra nie tylko dla Pana, ale także dla społeczeństwa wokół Pana. Ale „kapitalizm” celów nie ma.

    Kapitalizm oczywiście „nie może oznaczać wolności”, bo to w ogóle jest niedorzecznością. Wolność to jedno, a organizacja gospodarki, to co innego. Natomiast wolność handlu, produkcji i – przede wszystkim! – konkurencji, jest powietrzem, w którym kapitalizm oddycha, i w którym wyłącznie istnieć może. W tym wyłącznie sensie, wolność (w swym gospodarczym wcieleniu) jest tożsama z kapitalizmem. Co rzekłszy, rozchodzą się one gwałtownie w kwestii interwencji państwa. Otóż kapitalizm pozostawiony sam sobie, zmierza do socjalizmu, bo zmierza do monopolu. Rozwijając uprzednią analogię, jeżeli Pański produkt jest lepszy od mojego, to prędko pozbędzie się Pan konkurencji z mojej strony, a jeśli wykaże się Pan sprytem i wydajnością, to pozbędzie się Pan prędko wszelkiej konkurencji i stanie monopolistą. – TO NIE JEST KAPITALIZM. To jest socjalizm.

    Przepływ kapitału i zasoby finansowe nie mają nic wspólnego z istotą kapitalizmu, który zawiera się w wolnej konkurencji. Kapitały mogą przepływać wolno między otwarcie komunistycznymi Chinami i rzekomo kapitalistyczną „Rosją”. Stalin był wielkim operatorem na międzynarodowym rynku kapitału w latach 30. – czy to czyni go kapitalistą? Armand Hammer był jego ulubionym kapitalistą, czy przepływ kapitału od Stalina do Hammera oznacza „kapitalizm”?

    Giełdy nie są „przejściówkami” (zresztą nie rozumiem, co ma Pan tu na myśli), ale dostarczają „wody” – czyli „liquidity”, co jest trudne do oddania po polsku, bo kojarzy się z likwidacją, choć nie wątpię, że jest na to polsjkie określenie – a zatem „uwalniają kapitał”, który byłby bez tego „uwięziony” w pasywach. Czemu „kapitał służy”, to jest odrębna kwestia, która nie ma nic wspólnego z istotą kapitalizmu. Kapitał służyć może na przykład operze, więc o co chodzi???

    Ani wydajność, ani zysk, nie mogą być „celem kapitalizmu”, bo kapitalizm nie ma żadnych celów. Zysk jest moim celem albo Pańskim, Ziutka lub Stefana Pesticcio. Ten cel może być zrealizowany wyłącznie w warunkach gospodarczej wolności, w których Ziutek może konkurować z Panem, a Stefan ze mną. Jeżeli chce Pan mieć zyski, to musi Pan być bardziej wydajny niż Ziutek, ot i cały kapitalizm.

    Ale najważniejsze w tym wszystkim jest Pańskie ostatnie zdanie, że „czarny rynek jest formą kapitalizmu”. Ależ oczywiście! A czym innym mógłby być?!? Któryś z więźniów Oświęcimia opisał „gospodarkę obozową” jako doskonały kapitalizm, bez żadnej interwencji autorytetu państwowego, czysty, krwiożerczy kapitalizm. Czarny rynek jest oczywistym tego przykładem. Prawdziwy kapitalizm poddany jest regulacji państwa zapewniającej wolność konkurencji. Wedle Pańskich określeń, kapitalizm panowałby dziś niepodzielnie w sowietach czy w chrlu, że o prlu nie wspomnę. Tymczasem w rzeczywistości nie ma tam żadnej wolnej konkurencji, więc nie ma kapitalizmu

  68. 68 Andrzej

    Panie Michale,

    Niewątpliwie ma Pan rację krytykując moje interpretacje. Jak sądzę, dużo lepiej zgłębił Pan kwestię kapitalizmu, a i codzienne praktyczne doświadczenia pozwalają być Panu być doskonale zorientowanym w temacie. Przyjmuję uwagi i dopóki lepiej nie poznam tej kwestii, nie będę się na ten temat wypowiadał.

  69. 69 Przemek

    Panie Andrzeju,

    Tak ma Pan rację, zapewne nie porozumiemy się. Ale czy chodzi o jednomyślność (tego się zawsze obawiam), czy przedstawianie swoich racji, nawet jeżeli nie przekonamy innej osoby. Co ważniejsze, czy własny pogląd na świat, z otwartością i chęcią poszukiwania czy klapki na oczy i tylko to i nic więcej.
    Nigdy nie pisałem o humanizmie u komunistów, kwestię sumienia przedstawiłem jako dar u każdego człowieka, o moralności nie wspominałem, choć jest zapewne bardzo bliska sumieniu.
    Zapewniam też Pana, że nie sprzyjam komunizmowi i nie jestem niechętny antykomunizmowi.

  70. 70 michał

    Panie Przemku,

    Patrząc z boku na tę dyskusję, mogę Pana zapewnić, że nie dlatego nie będzie porozumienia z p. Andrzejem, że on „ma klapki na oczach”. Raczej dlatego, że Pan (razem z ogromną większością ludzi zamieszkujących tę planetę) jest przekonany, że „prawda leży pośrodku”, że rzekomo „wszyscy łżą i nikomu nie należy ufać”, co w kwestiach politycznych przekłada się na tzw. hipotezę moralnej ekwiwalencji. Wedle tej hipotezy, na każdą zbrodnię komunistów jest przeciwwaga zbrodni „antykomunistów”, np.: bolszewicy mordowali ludzi? A Amerykanie dokonali masakry w My Lai! Czerwoni krzyżowali wrogów podczas wojny domowej w Hiszpanii? A Franco prześladował latami każdego podejrzanego o sprzyjanie czerwonym! Castro przemienił Kubę w więzienie? A Pinochet zamienił stadion piłkarski w obóz! I tak dalej.

    W rzeczywistości jednak prawda nigdy nie leży pośrodku. Statystyczne kryterium prawdy – powszechnie dziś przyjęte, jak to Pan demonstruje – jest fantastycznie śmieszne. To tak, jak gdyby nauczyciel matematyki zebrał różne rozwiązania zadania od uczniów, wyciągnął średnią z ich odpowiedzi i tę średnią przyjął za prawidłowe rozwiązanie. Wedle takich zasad dwa razy dwa byłoby zapewne około 4 i pół.

    Kiedy p. Andrzej pisał, że „bolszewicy nie mają sumienia”, to w moim przekonaniu, wiedział, co mówi. Sumienie jest polem, na którym wolny człowiek rozważa wartości: jak mam postąpić w tej oto, konktretnej sytuacji? Posłużę się klasycznym przykładem z czasów II wojny: czy mam ukryć człowieka, którego ścigają i chcą zamordować? Ukrywając go, narażam na śmierć siebie i moją rodzinę; nie pomagając, wydaję jego na śmierć. Czy mam zagłuszyć głos sumienia i zastosować utylitarny kalkulus czyli „co mi się bardziej opłaca?”, czy raczej słuchać tego dziwnego Głosu, który odzywa się wyłącznie w sumieniu, i mówi, że są sprawy ważniejsze niż opłacalność? Otóż bolszewicy nie mają sumienia w tym sensie, że ten Głos jest skutecznie zagłuszony i zastąpiony rozkazem partii. Na pozór ich wybory są „ludzkie”, na pozór bywają nawet bohaterskie. Jest tak dzięki analogii z autentycznym bohaterstwem, bo te „sprawy ważniejsze”, to dla nich wyłącznie dobro partii.

    To nie znaczy jednak wcale, że komunista nie może odzyskać sumienia, że nie może porzucić haniebnej niewoli i odpokutować za grzechy. P. Andrzej ma jednak całkowicie rację, biorąc bolszewicką „moralność” w cudzysłów. Pan natomiast otwarcie utożsamił walkę z komunizmem, z komunizmem samym (komentarz z 27 sierpnia, 10:36). Tym samym, stanął Pan po stronie tych, którzy widzą Franco czy Pinocheta jako zbrodniarzy i „faszystów”. Rzeczywiście, trudno tu o porozumienie, bo średnia między czarnym i białym to jest nudna, bolszewicka szarzyzna.

    Natomiast Pański komentarz o jednomyślności („(tego się zawsze obawiam)”!!) jest niezamierzenie komiczny. Czy Pan naprawdę przeczytał cokolwiek na niniejszej witrynie? I co? I nadal obawia się Pan, że zagraża nam jednomyślność? Ejże, Panie Przemku. Jednomyślność zagraża tylko, którzy sądzą, że prawda leży pośrodku w zglajchszaltowanej łżeczywistości – brrr.

  71. 71 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Też mi się zdaje, że dyskusja wokół metod walki z bolszewizmem zasługuje na to, żeby stać się tematem wiodącym (albo jednym z).

    Stawiasz w pierwszych słowach na edukację. Edukacja, tak uważasz, jest ważna, ponieważ niewiele ludzi na świecie zdaje sobie sprawę, że pod kamuflażem ideologicznych natręctw atakuje bolszewizmem. Tego samego zdania jest Andrzej. Podobnie myśli pan Gniewoj.

    „Edukacja‟ domaga się dygresji. Jej stosowanie wydaje mi się uzasadnione w odniesieniu do dzieci, młodzieży, a więc grupy reprezentującej w pewnym przynajmniej stopniu „czystą tablicę‟, oczekującą na zapisanie wiedzą oraz ideami czerpanymi z możliwie szerokiego spektrum kultury. Z tym (bardzo – od biedy!) można by się zgodzić (choć wiadomo, że standaryzowana edukacja potrafi także skutecznie tłamsić).

    Edukacja w odniesieniu do gatunku ludzkiego jako całości pobrzmiewa chropowato i kojarzy mi się raczej z tymi drugimi, którzy wszelkimi dostępnymi środkami, przy pomocy zgrzebnej propagandy, zakazów, nakazów, z groźbą (i realizacją) penalizacji nielewomyślnych zachowań włącznie, koniecznie chcieliby właśnie wychowywać i edukować „społeczeństwo‟.

    Skłonny byłbym zatem odchodzić od terminu „edukacja‟ na rzecz „prezentacji przekonań‟. Przekonań opartych o rzetelną informację, dzięki czemu odbiorca mógłby wyrobić sobie własne, w pełni samodzielne zdanie.

    Czy przekaz tego rodzaju może spotkać się z zainteresowaniem? Potencjalna możliwość jest. Zapewne można uznać, że Wydawnictwo Podziemne jest takim miejscem, gdzie podejmowane są próby prezentacji przekonań, odmiennych od powszechnie obowiązującego bolszewickiego (czy też – parabolszewickiego) bełkotu. Czy to wystarczające działania, żeby trafić do możliwie szerokiego gremium ludzi, którzy – jak piszesz – nie mają żadnego interesu w uleganiu bolszewickiemu terrorowi myśli? Nie. To niestety kropla w morzu potrzeb.

    Czy można pokusić się o wynalezienie środków, które by mogło takie zainteresowanie wzmóc? Jeden z tych szczegółowych punktów, nad którym należałoby zastanowić się osobno (i zapisywać osobno). Z pewnością znacząco można poszerzyć grono osób zainteresowanych antybolszewicką alternatywą. W moim głębokim przekonaniu, nie muszą być to wyłącznie ludzie odczuwający dyskomfort w zderzeniu z ideologicznymi aberracjami. Mogą to być także dzisiejsi entuzjaści bolszewickiej i parabolszewickiej wynalazczości, którym nie przychodzi póki co do głowy, że można egzystować normalnie i myśleć samodzielnie.

    Przyjmijmy, że mamy jakąś grupę docelową. Tych, którzy w przyszłości nie tyle może staną w szranki z bolszewizmem (bo to niemożliwe do realizacji ze względów obyczajowych), ale którzy owym bolszewikom poczną łoić skórę. W jaki sposób do nich dotrzeć, zgadzając się co do tego punktu, że siła rażenia WP jest odrobinę zbyt mała (wobec potrzeb)? Jak widzę, masz pomysł. Zalecasz apel do głębokich i wypchanych kieszeni. Proponujesz stworzenie międzynarodówki wpływowych, bogatych i zdeterminowanych, którzy byliby gotowi poświęcić swoje zasoby na proliferacje antybolszewickiej idei.

    Pomysł jest. Wydaje mi się, że niekoniecznie musimy w tej chwili rozpatrywać jego wady i zalety. Ważne wydaje mi się to, że doszedłeś do konkretu propozycji. Może ten pomysł jest coś warty, może zda się psu na budę. Z pozycji teoretycznej zrobiłeś pierwszy krok w kierunku praktyki możliwej do wyobrażenia.

    Historia obfituje w najprzedziwniejsze zdarzenia, niemożliwe do przewidzenia ludzkie zachowania, czy po prostu przypadki. Ludzką wolą sterują namiętności, na pozór (lub rzeczywiście) sprzeczne z ich osobistym dobrem. Ruchy rewolucyjne, które w znaczącej mierze przyczyniły się do dzisiejszego zwycięskiego pochodu bolszewizmu, bardzo często bywały finansowane z zasobów sfer materialnie uprzywilejowanych, których przedstawiciele, rozmyślnie lub bezrefleksyjnie, przyczyniali się w ten sposób do finansowania własnej zagłady. Czy zatem można wyobrazić sobie współczesnego posiadacza sporych pieniędzy, chcącego finansować ideę, która za jeden ze swoich nielicznych aksjomatów uznawałaby nienaruszalność własności? Można. Właściwy problem tkwi gdzie indziej.

    Współczesny posiadacz na pierwsze wrażenie zdaje się zwierzęciem nietypowym. Mniej przejmuje się wizją niwelacji własnych zasobów materialnych. Zdecydowanie bardziej dba o spójność swojego biznesowego wizerunku z obowiązującą para-bolszewicką i bolszewicką ideologią. W jego ocenie jedynie takie zachowanie zapewnia bezpieczne i trwałe funkcjonowanie. W tym aspekcie daje się współcześnie zaobserwować zadziwiającą zbieżność zachowań przedstawicieli dwóch modeli: kapitalistycznego i komunistycznego. I niejako z drugiej strony – jedno z podstawowych zagrożeń (z punktu widzenia posiadacza) to destabilizacja. Zmiana istniejącego układu, który nie jest bardzo komfortowy, ale sprawia wrażenie stabilnego.

    To jednak tylko na marginesie. Jak rozumiem, chciałbyś szukać bogatych idealistów, a w takiej sytuacji powyższe zastrzeżenia tracą mocno na wartości. Jest w tym kontekście jeden zasadniczy problem. Antykomunizm nigdy nie był szczególnie popularny, nawet w czasach, gdy jego istnienie nie było tak powszechnie negowane jak to dzieje się obecnie. Jak to zmienić w czasach, gdy miliony idealistów gotowych jest stanąć w obronie dużej ryby, zaś suwerenność myśli traktowana jest z najgłębszym niezrozumieniem przedmiotu?

  72. 72 Dariusz Rohnka

    Panie Gniewoju,

    Doskonale rozumiem (i nawet w dużej mierze podzielam) katastrofizm Pana czarnych myśli, ale czy nie posuwa się Pan w swoim czarnowidztwie zbyt daleko? Co to znaczy: nie da się odwrócić trendu? Nigdy?! Czy jest Pan absolutnie o tym przekonany, że człowiek w swojej dzisiejszej nędznej kondycji to kres jego ideowej przygody na łez padole?

    Oczywiście nie jest Pan żadnym deterministą, i co więcej – myśli Pan intensywnie o przyszłości. Inaczej przecież nie broniłby Pan Andrzejowego pomysłu antykomunistycznej akademii. Bo czemu by owa miała służyć, skoro i tak już, dawno, wszystko pozamiatane?

    A zatem, jak się zdaje, mamy nowe otwarcie. Odrzucamy myśl, że oto europejscy parabolszewicy pomyślnie wyekstraktowali model zniewolenia w idealnej postaci i zatrzymujemy się przy kwestii jak tę czerwoną hołotę skutecznie zneutralizować.

    Pan (podobnie jak Andrzej, podobnie jak Jacek) stawia na antykomunistyczną akademię, która by nauczała antykomunizmu. Ja widzę tę kwestię nieco odmiennie, ale zostawmy to w tej chwili na boku.

    Od czego zacząć? Bo, zgodzimy się chyba wszyscy, potrzebny jest przecież jakiś początek.

  73. 73 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Rzadko mi się zdarzało ostatnio zgadzać z Przemkiem, ale zdaje mi się, że w przypadku ostatnich Waszych starć racja, w jakiejś części, jest po jego stronie. Rzecz wydaje mi się o tyle ważna, że doskonale wpisuje się w ogólną dyskusję, jak zwalczać czerwoną zarazę, w jaki sposób proliferować antykomunistyczną ideę.

    Przemek zwracając się do Ciebie mówi tak: „Napisał Pan o szkole antykomunizmu. Tak zgadzam się. Ja czuję się uczniem (nie do końca wiem czy chcianym, ale szkoła otwarta – to wchodzę, zobaczę, może czegoś się nauczę) w szkole antykomunizmu WP (raczej takim pierwszoklasistą).‟

    Przez kilka dni nie miałem sposobności uważnego czytania komentarzy, ale gdzieś po drodze rzuciłem przelotnie na ten komentarz okiem. Pomyślałem sobie – bardzo ciekawe. Zobaczymy co z tego wyniknie.

    Dzisiaj wiemy, że ta Przemkowa chęć uczęszczania do szkoły antykomunizmu wywołała kolejną awanturę.

    Nie zrozum mnie źle. To nie jest jakiś osobisty zarzut w stosunku do Ciebie. Awantury, mniej lub bardziej uzasadnione, zdarzają się i będą się zdarzać. Sam w niejednej brałem udział. Wydaje mi się jedynie, że ten ostatni przypadek Twojego sporu z Przemkiem nie musiał mieć miejsca. Co więcej mógł (i nadal może) rozwinąć się w bardzo interesują wątek ogólnej dyskusji.

    Przemek się na ogół nie zgadza (domyślam się, że dla zasady). My nie zgadzamy się z Przemkiem. W tym jednak konkretnym przypadku, to co proponuje – wspólne zastanowienie się nad kształtem antykomunistycznej szkoły zdaje się być mniej burzeniem, bardziej budowaniem, a wszystko to na drodze poszukiwania racjonalnego i skutecznego antidotum na bolszewizm (w którego istnienie – tak mi się zdaje – Przemek powoli zaczyna wierzyć).

  74. 74 Jacek

    Darek,

    Edukacja, to w przypadku dyskutowanego tematu szerokie pojęcie. Po pierwsze kogo edukować? Czy jest sens trafiać do tych obojętnych, płynących z prądem? Czy wyszukiwać tylko potencjalnie aktywne jednostki, mogące pociągnąć za sobą innych? Stawiać na masowość działań, czy skupić się na jakości przekazu dla nielicznych? Myślę, że odpowiedzi na takie pytania pomogą sformułować strategię działań edukacyjnych.

    Tutaj trzeba chyba spojrzeć wstecz i poszukać doświadczeń poprzedników, którzy podjęli się kiedyś podobnego zadania. Przeanalizować ich osiągnięcia i porażki. Mackiewicz miał precyzję laserowego skalpela opisując proces rozprzestrzeniania się zarazy. Podsumował zjawisko komunizmu tak obszernie, że na podstawie jego analiz można było sformułować założenia praktycznych przeciwdziałań. Wydawnictwo Podziemne niejako kontynuując dzieło Mackiewicza uzupełnia tę dziedzinę badań o kolejne doświadczenia, które nie mogły być jego udziałem. Ani pisarstwo Mackiewicza, ani póki co nasza tutaj działalność nie zaowocowały żadnym zewnętrznym odzewem. Dlaczego tak się dzieje? Czy przekaz jest zbyt trudny, czy prawda o rzeczywistości jest na tyle bolesna, że zniechęca do poważniejszych analiz? A może przyczyny leżą jeszcze gdzie indziej?

    Wspominany tutaj, czasem trochę prześmiewczo, Krzysztof Karoń też zajął się interesującym nas zjawiskiem. Jego działalność wyczerpuje, według mnie znamiona przybijania kisielu do ściany. Mając świadomość wszystkich niedoskonałości, błędów, mielizn jego pracy, uważam, że ten człowiek rozpoczął operację medialną, o której dyskutujemy. Przy czym udało mu się coś, wydawałoby się niezwykle trudnego. Zainteresował tematem całkiem sporą grupę ludzi. Jego wypowiedzi wywołały dużą dyskusję, z której może wyłonić się coś, co można będzie, być może przełożyć na bardziej praktyczne działania. To jest chyba dobry trop.

    A ilu jest takich ludzi, o których nic nie wiemy? W skali całego świata z pewnością trochę by się ich zebrało. Procesy, które dotknęły Zachód są zabójcze dla cywilizacji, muszą znaleźć się ludzie, którzy to widzą i chcą z tym zjawiskiem walczyć. Ich działalność może być skuteczna tylko wtedy, kiedy będą mogli połączyć siły. Oczywiście to będą indywidualiści, samodzielnie myślące jednostki, które będą się broniły przed działalnością w kolektywie. Ale wspólny mianownik ich działalności pomoże pokonać tę przeszkodę

    Do tego, żeby takich ludzi wyłuskać, dać im narzędzia, pozwolić mówić, pisać, kręcić filmy, potrzebne są pieniądze. Duże. Kto miałby interes, żeby takie pieniądze wyłożyć? Piszesz, że większość ludzi dysponujących takimi środkami woli raczej dostosować się do obowiązujących nurtów, niż płynąć pod prąd. Masz jak sądzę na myśli korporacje, rady nadzorcze, zarządzające naprawdę dużymi pieniędzmi? A mniejsi, ale za to niezależni gracze, jednostki samodzielnie dysponujący swoim majątkiem?

    Oczywiście tu pojawia się zasadniczy problem. Dlaczego tacy ludzie mieliby wyłożyć swoje pieniądze na cel, który nie musi przynieść im zysku? Czy wśród tej nielicznej przecież elity uda się znaleźć choć kilku idealistów, którzy widzą i rozumieją problem, o którym dyskutujemy? I jak w ogóle do nich dotrzeć, startując z naszego poziomu? A może trzeba najpierw zbudować łańcuch kontaktów, wciągać w to ludzi stojących na wyższych i wyższych stopniach w drabinie społecznej?

    Póki co nie umiem jeszcze na te pytania odpowiedzieć.

  75. 75 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Pan Karoń jest charyzmatycznym opowiadaczem ideologicznych legend i jako taki jest słuchany. Być może jego popularność wynika z faktu wpisywania się w ponad-ziemny dyskurs parapolityczny i dlatego może się wydawać na swój sposób swojski. Co on robi? Brodząc po kostki w płytkim bagienku o mętnej wodzie usiłuje wymacać złotą rybkę ślepego politycznego trafu. Raz chwali pis, innym razem gani, popiera, wzywa, namawia… zawsze bez realnej wizji. Fantasmagorie bez cienia realizmu. Nie jestem przekonany, czy tego typu aktywność mogłaby nam posłużyć jako wzór. Sądzę, że nie stać nas obecnie na fantazjowanie. Musimy starać się realnie oceniać sytuację wokół i szukać równie realnych sposobów rozplątania gigantycznego węzła problemów. Dlatego, proponuję, zostawmy na boku indywidualny przypadek pana Karonia i jego imponującą medialną karierę.

    Wciąż pojawia się w naszych rozważaniach problem edukacji, którą – jeśli dobrze Ciebie rozumiem – postrzegasz jako sposób na masową hodowlę antykomunistów. Pomińmy na chwilę mechanikę i przewidziane narzędzia, a skupmy się wyłącznie na ilości. Czy potrzeba nas tak wielu? Czy masa jest tym magicznym liczebnikiem, który akurat najlepiej pasuje do naszych zamierzeń?

    W znakomitym tekście Starego chrzana, opublikowanym wczoraj, znalazłem coś takiego:

    „Odkąd polem walki politycznej stała się kultura, nie sposób opierać się politycznej fali tsunami inaczej, jak przy pomocy kultury. Istotą kultury jest kultywacja, a nie kult. Nie potrzeba nam sztandarów ani przywódców, a koniunkturalne sojusze, nawet gdyby były możliwe, prowadzą donikąd.‟

    Czy zgadzamy się, że kultura jest właściwym (choć na pewno nie jedynym) polem walki? Przyjmijmy, że tak. Czy da się ją kultywować poprzez umasowienie? Szczerze możemy wątpić. I nie chodzi w tym przypadku o liczebnikowy desygnat masy, a o jej potoczną funkcję rzeczownika, dobrego na określenie bezmyślnej grupy ludzi.

    Grupa w każdym przypadku jest bezmyślna ponieważ rozum (jeśli występuje) jest zawsze indywidualny. Może się zdarzyć tak, że bezmyślna grupa będzie złożona z rozumnych ludzi, wszystkich, bez wyjątku. Nigdy odwrotnie. Z tego powodu, jeżeli już mowa o edukacji, jestem zdecydowanie sceptycznie nastawiony do masowego nauczania. Przekazywanie wiedzy, stwarzanie warunków, w których „uczeń‟ znajdzie się w warunkach sprzyjających do wyrobienia sobie własnych, integralnych poglądów, taki proces powinien mieć zawsze charakter indywidualnej współpracy.

    Wydaje się nieprawdopodobnie żmudny, męczący, mało wydajny, ale paradoksalnie – właśnie w ostatnim punkcie rokuje najlepiej.

    Czy nie potrzeba nam sztandarów, przywódców, koniunkturalnych sojuszy? To problem, przynajmniej ja go tak widzę, kształtu i bezkształtu. Czy walka o kulturę, o jej smętne resztki, powinna mieć formę, wodzów, zaplecze? Czy potrzebna jest organizacja dziś, jutro, za rok, dekadę, stulecie? Czy kultura jest, będzie jedynym obszarem walki? Czy warto się nad tym zastanawiać?

    Piszesz o Mackiewiczu w kontekście praktycznych konsekwencji jego Dzieła, dla nas. Piszesz także, że jak do tej pory wysiłki podejmowane w tym kierunku nie spotkały się z odzewem, z szerszym zainteresowaniem. Może dzieje się tak dlatego, że nie dość wielu zechciało do tej pory zajrzeć do podziemia, a tylko z tej – podziemnej perspektywy – możliwe jest pełne dostrzeżenie aktualnych walorów twórczości JM. W wydanych do tej pory 27 Tomach można znaleźć niepoliczalną liczbę zdarzeń, faktów, sytuacji, idei, z których bardzo wiele doskonale nadaje się do opisu współczesności. Czyżby to miało być najbardziej realne pole działania?

    Bo, co proponujesz dalej? Uświatowienie naszej aktywności, wyłuskanie z kilku miliardów spacerujących po Ziemi ludzi paru inteligentnych przeciwników systemu, zdobycie kieszeni ideowych antykomunistów. Bardzo dobre pomysły, i nawet nieważne, że nie widać sposobu ich realizacji.

  76. 76 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Odczuwam dziwny żal, że nie mogę się z Tobą zgodzić.

    Mackiewicz napisał – „przegrałem z kretesem‟. Napisał wyraźnie i umieścił w szczególnym kontekście. Na pewno pisał szczerze (bo inaczej pisać nie potrafił), ale nie był w tym swoim stanowisku konsekwentny, bo:

    Czy ktoś, kto ogłasza totalną, całkowitą klęskę, walkę swojego życia kończy zawołaniem: „Miejmy nadzieję…‟?

    Sugerujesz, a właściwie stwierdzasz jednoznacznie, że nie wybiegał w przyszłość, że nie interesował go dalszy los antykomunistycznej idei, którą rozwijał przez całe dorosłe życie. Nie wiem na jakiej podstawie. W latach 80. interesował się wydawanymi przez Kontrę tomami publicystyki, informacjami o faktycznych czy tylko rzekomych przedrukach jego książek w peerelu. W bodaj czy nie ostatniej swojej wypowiedzi publicznej ze stycznia 1983 roku zapytany przez dziennikarza, jakie zadania postawiłby współcześnie przed młodym człowiekiem, odpowiedział: „Strzelać do bolszewików.‟

    Śmiało jak na przegranego.

    Jeżeli idzie o iluzję, zdaje mi się, że nie popisałem się klarownością, stąd nieporozumienie.

    Pisząc, że Mackiewicz przegrał z iluzją, miałem na myśli iluzję dobrego komunizmu, europejskiego, oświeconego, o którym marzyli (i marzą) intelektualiści całego świata. Miałem na myśli iluzję, której dynamiczny pochód, z właściwą sobie przenikliwością i uwagą obserwował Mackiewicz w czasie „Wielkiego ześlizgu‟, a która po kilku latach przerodziła się w pierestrojkę.

    Nazywam to iluzją, ponieważ w moim przekonaniu to jedynie tymczasowy model ustrojowy, demobolszewicki, w którym wolności wciąż odrobinę przeważają nad zamordyzmem. To się zmieni.

  77. 77 michał

    Darek,

    Nie ma żadnej sprzeczności między świadomością porażki a zachowaniem nadziei, nie widzę tu więc zadnego braku konsekwencji. Co rzekłszy, różnimy się w ocenie znaczenia tekstu „Miejmy nadzieję…” i rzekomego optyzmizmu zadeklarowanego pesymisty, jakim był Mackiewicz.

    Było to tak dawno temu, że doprawdy nie pamiętam, co sam napisałem, ale nie wydaje mi się możliwe, żebym „stwierdzał jednoznacznie, że [JM] nie wybiegał w przyszłość, że nie interesował go dalszy los antykomunistycznej idei, którą rozwijał przez całe dorosłe życie”. Naprawdę tak powiedziałem? Pewnie musiałem być w stanie wskazującym na spożycie, ale nawet wówczas byłbym zdziwiony.

    Nie wiem, czy Mackiewicz był „nieśmiały, jak na przegranego”, raczej wydaje mi się, że zachował do końca pogodę ducha, bo wiedział, że rozpacz jest grzechem.

    Po Twoim wyklarowaniu na temat iluzji, dopiero teraz prawdziwie przestałem rozumieć, co chciałeś powiedzieć. Jeśli brać powyższe dosłownie, to wychodzi na to, że Mackiewicz przegrał z iluzją dobrego komunizmu, oświeconego, o jakim marzą tfuintelektualiści, ale chyba nie mogłeś tego mieć na myśli? Mackiewicz przegrał z panującym duchem powszechnego chcenia – chcenia być oszukanym przez kłamstwo, chcenia być oszukanym przez propagandę. To chcenie jest bardzo prawdziwe, nie jest złudzeniem. To jest dalekie od „porażki w walce z iluzją”. Przynajmniej mnie się tak zdaje.

  78. 78 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Napisałeś tak:

    „Twoje argumenty można ewentualnie zastosować do Gomeza, który chciał przekazywać akta świętego sporu przyszłym pokoleniom, ale Mackiewicza to nie interesowało, choć to właśnie osiągnął.‟

    Czy zatem interesowały Mackiewicza dalsze losy antykomunizmu czy nie?

    Mackiewicz, owszem, zachował pogodę ducha, ale jednocześnie interesowało go (i to bardzo) czy i jak jego myśli, jego koncepcje polityczne będą funkcjonowały w przyszłości.

    Tak się składa, że ogłaszał porażkę, zestawiając swoją pozycję z iluzoryczną formą dobrego komunizmu. Nie przegrywał ze Stalinami i Gomułkami, ale z Michnikami i Kuroniami. Przegrał z komunistyczną prowokacją w nowej formie, której zwycięstwo obwieszczał 15 lat wcześniej. Emigracja nie uległa pod naporem Breżniewa-Gierka, ale KOR-u, Papieża i Solidarności.

    Przegrywał, rzecz jasna także, z powszechnym chceniem, to zdaje się bezsporne.

  79. 79 michał

    Darek!

    Mackiewicza nie interesowało „przekazywanie akt świętego sporu”. To może zajmować mnie, i z całą pewnością zajmowało Gomeza, ale Mackiewicz chciał prowadzić skuteczną politykę, pragnął skutecznie obalić komunizm. I w tym sensie poniósł klęskę.

    Nie rozumiem zupełnie, co tu ma do rzeczy, że autor interesuje się, jak się rozchodzą jego pisma. Nie przegrał w żadnym wypadku z Kuroniami-Michnikami, tylko z tymi, którzy w imię „dobra narodu” uznali ich za reprezentujących ten naród. A zatem przegrał z powszechmym chceniem.

    Z Twoich słów natomiast, można wnosić, że Mackiewicz nie mówił poważnie, kiedy mówił o klęsce, co wydaje mi się przede wszystkim niezgodne z Twoimi własnymi wypowiedziami – mówisz wprost, że przyznawał to otwarcie i miał rację – ale po drugie, jest najzwyczajniej niesłuszne. Tu nie ma żadnego przymrużenia oka, ale otwarte przyznanie, zgodne zresztą z jego zadeklarowaną postawą patrzenia prawdzie w oczy.

  80. 80 gniewoj

    Panie Andrzeju,

    O ile dobrze rozumiem Pana wypowiedź to próbuje mnie Pan przekonać do tego, że dzisiejszy komunizm chiński, pomimo sprawnego operowania kapitałem, jest w swej naturze i praktyce jak najbardziej bolszewicki. Zapewniam Pana, że nie musi Pan mnie do tego przekonywać. Cały czas twierdzę to samo jednak, najwyraźniej, wciąż nieprecyzyjnie przedstawiam swoją koncepcję. Koncepcję dwóch dróg jakimi podąża dzisiejszy komunizm.

    Jedna z nich to stare, sprawdzone bolszewickie metody, oparte na terrorze i krwiożerczość, na brutalnej indoktrynacji, na bezprawiu i na służbach, które to bezprawie utrzymują. Metodzie zachowującej doktrynę o przewodniej roli partii komunistycznej.

    Druga droga, to ta jakim, od trzydziestu lat, posługuje się komunizm w sowietach i w Europie. Tu, metody bolszewickie zostały odrzucone. W ich miejsce przyjęte zostały, powiedzmy, miękkie metody sowietyzacji. Pod przykryciem płaszczyka liberalno-demokratycznego utrzymywana jest sowietyzacja społeczeństw dawnych demoludów. Co więcej, metoda ta pozwoliła przeprowadzić skuteczną sowietyzację społeczeństw Europy Zachodniej, tej na wschód od dawnego Muru Berlińskiego.

    Metoda bolszewicka wymaga stosowania i utrzymywania aparatu przymusu: służby specjalne, milicja, więzienia, obozy pracy, obozy resocjalizacyjne i co tam jeszcze tylko jest potrzebne dla bezpośredniego niszczenia wolności jednostki. Dla skutecznego stosowania metody przykrytej płaszczykiem liberalno-demokratycznym „wystarcza” kontrola i miękkie sterowanie inteligencją. Tutaj nie ma potrzeby fizycznego łamania wolności człowieka aby w ten sposób przekuć go w homo sovieticusa. Tutaj wystarczy ogłosić co i jak ludzie mają myśleć i zaraz lewackie media i inteligencja uznają to za jedyny dopuszczalny pogląd. Nie istnieje świat inny niż lewacki. Taki stan komuniści chcieli osiągnąć od samego początku. Cel ten i działania mające go osiągnąć opisała Barbara Toporska w a artykule „Bolszewizm i klasa inteligencka”. Komuniści nie tracą swojej energii na działania nie zbliżające ich do celu jakim zapanowaniem nad całym światem. Proszę zwrócić uwagę na przytoczone przez Toporską liczby: „..ZSRS utrzymuje dziś swoją klasę inteligencką, stanowiącą około 12% ogółu ludności kosztem 34% całego dochodu narodowego!”. Nie jestem pewien, ale w tamtych latach, sowieci takich kwot nie przeznaczali chyba nawet na zbrojenia ani na utrzymanie aparatu represji. Dobrym potwierdzeniem tezy, że komuniści zajmują się tylko tym co przybliża ich do nadrzędnego celu jest właśnie motoryzacja chrl. Zgoda, potrafią produkować samochody. Żaden zachodni koncern motoryzacyjny nie byłby w stanie funkcjonować na chrlowskim rynku nie otwierając lokalnej fabryki czy choćby montowni i w takim rozumieniu chiński niewolnik rzeczywiście umie wyprodukować samochód klasy popularnego volkswagena, bardziej prestiżowe volvo i bmw a nawet luksusowego jaguara. Jednak celem komunistów nie jest ułatwianie życia zniewolonych. Ich celem jest zniewalanie. Do tego w najbliższej przyszłości, o ile już nawet nie obecnie, potrzebne są nowe technologie. Dlatego świat podbijają chrlowscy producenci elektroniki, marki takie jak lenovo czy huawei ale nie ma wśród nich żadnego producenta samochodów.

    Wracając na chwilę do artykuły Toporskiej, zastanawia mnie czy trafnie interpretowała słowa lenina przyjmując, że ten mówiąc o dyktacie „mniejszości choćby nieproletariackiej” miał na myśli rzeczywiście klasę inteligencką. Według mnie, narzucanie dyktatury klasie robotniczej lenin powierzał partii natomiast sowiecka inteligencja miała ten dyktat egzekwować. I tak właśnie dzieje się dziś w i sowietach i dawnych demoludach i na zachód od Muru Berlińskiego. Sytuacji w niczym nie zmienia fakt, że nie mu już partii a w jej miejsce działa bliżej niezdefiniowana, co do personalnego składu, komunistyczna klika.

    I wreszcie Pana ostatnie pytanie. Jeżeli z moich wcześniejszych komentarzy można było wyciągnąć twierdzenie, że bolszewizm stosowany był jedynie do podboju Rosji i części krajów europejskich, to znowu musiałem być nieprecyzyjny w formułowaniu swych myśli. Metody bolszewickie były i nadal są jak najbardziej stosowane. Kraje, które stosują te metody nazwałem skansenami bolszewizmu. Ale jeszcze raz, użycie tego sformułowania miało na celu wskazanie, że nowe podboje komunistów dokonywane są nowymi metodami, metodami skrytymi pod liberalno-demokratycznym płaszczykiem.

  81. 81 gniewoj

    Panie Dariuszu,

    Tak długo jak wydawani i czytani są Mackiewiczowie. Tak długo jak działają Wydawnictwa Kontra i Podziemne. I wreszcie tak długo jak choćby jedna osoba na świecie dostrzega komunistyczne zło sprawa nie jest przegrana. Tylko tyle i aż tyle.
    Ponad stuletnie działania nie przynosiły upragnionego celu. Kolejne powstania, kolejne klęski aż w końcu zmieniło się otoczenie, zaborcy wzięli się za łby i na mapie Europy pojawiła się nie tylko Polska ale i wiele krajów, które nigdy wcześniej nie były niepodległe. Trzeba wierzyć, ze któregoś dnia dojdzie do kolejnego konfliktu tak wielkiego, że ludzie sięgną jeszcze raz po Mackiewiczów, zajrzą do Podziemia i wtedy przejrzą na oczy. Zauważą jak paskudny jest w swej istocie chiński bolszewizm. Do czego prowadzi sowiecki komunizm. I choćby miało zacząć się od jednej osoby, od mniej czy bardziej przypadkowego wydarzenia to uruchomiony zostanie proces, który doprowadzi do nieodwracalnego wyplenienia zarazy.

  82. 82 gniewoj

    Panie Michale,

    Nie podważając w najmniejszym stopniu Pana wykładu na temat kapitalizmu chciałbym zwrócić uwagę na pewien element, który dość skutecznie bronił ludzkość przed przemianą kapitalizmu w socjalizm. Myślę, że takim elementem jest ludzka wynalazczość, oczywiście o ile jest to właściwe sformułowanie. Wszelkie cechy, gildie, trusty, kartele mogą monopolizować życie gospodarcze tak długo aż nie powstaną nowe produkty czy technologie. Czy dziś mają jakiekolwiek znaczenie dawne cechy rzemieślnicze? Dawni szewcy, złotnicy, kaletnicy kto o nich jeszcze pamięta w dobie produkcji masowej? Kompanie Wschodnioindyjskie, Związki Hanzeatyckie i tym podobne. Nawet gdyby trwały dłużej to nie miałyby szans przetrwać konfrontacji z Internetem. Karawany, wyparła żegluga. Transport wodny śródlądowy wyparła kolej. Z kolei kolej została wyparta przez transport drogowy. Mamy do czynienia z ciągłym wypieraniem starego nowym. Nie twierdzę, że nowe jest lepsze od starego ale ciągły postęp techniczny nie pozwala na długotrwałą monopolizację. Nie wiem czy będzie tak dalej. Czy współczesne procesy globalizacji, media społeczne, sztuczna inteligencja i wszystko co niesie przyszłość nie zburzą tego mechanizmu?

  83. 83 Jacek

    Darek,

    Skupienie się intelektualnej elicie, przekonywanie nielicznych, wybitnych jednostek wydaje się być słusznym kierunkiem działania. Ale jakie wobec tego cele postawiłbyś takim jednostkom w przyszłości? Czy ich zadaniem byłoby przejmowanie pozycji zajętych dziś przez marksistów? Walka o uniwersytety, media, ogólnie pojętą kulturę? Czy ci antykomuniści mieliby ruszyć do marszu przez instytucje w odwrotnym kierunku? Czy też może powinni raczej ustanowić całkiem nowe bastiony, jako przeciwwagę dla pozycji zajętych przez komunistów?

  84. 84 michał

    Panie Gniewoju,

    Ma Pan słuszność co do wagi wynalazczości I innowacji, ale przyzna Pan chyba, że ludzka pomysłowość kwitnie wyłącznie w warunkach wolności, a więc w gospodarczym kontekcie, w swobodnej konkurencji. Zarówno bolszewicy, jak I wielkie korporacje, próbują stworzyć warunki podobne do wolnej konkurencji, ale nie jest to łatwe. Stalin sławetnie zezwalał na konkurencję między projektantami samolotów, ale była to nadal konkurencja w ramach więzienia (albo dosłownie, jak w „szaraszce”, albo w sensie, Raju Krat). Korporacje natomiast promują wewnętrzną konkurencję między zespołami o lepsze wyniki, między jednostkami o awans itp. Ale chrl jest dobrym przykładem, że ani jedno, ani drugie nie zastapi motywacji I nagrody, jaką daje osobisty sukces.

    W dzisiejszych czasach wszystko jest już tak zrównane, że żaden walec nie musi przyjść I wyrównać, więc coraz trudniej liczyć na ludzką pomysłowość.

  85. 85 Andrzej

    Panie Gniewoju,

    Mój problem polega na tym, że bolszewizm jest dla mnie terminem ogólnym, a nie jedynie fazą czy też postacią komunizmu. Nie ogranicza się do „starych, sprawdzonych metod” lecz do Metody, czyli całości praktyki i teorii komunistycznego podboju świata. Po pierwsze te „stare, sprawdzone metody” nie są wyłącznie takie jak je Pan określił. Nie tylko terror, krwiożerczość i brutalna indoktrynacja pod przymusem. Nie to bowiem sprawiło, że inteligencja w tak ogromnej skali służyli komunizmowi (zawsze była sterowana co sam Pan stwierdza, powołując się na Toporską). To jest zaraza. Moim zdaniem, wśród „starych, sprawdzonych metod” główną rolę spełniały i wciąż pełnią podstęp i dezinformacja. Brutalnie eksterminowane ofiary bolszewizmu nierzadko były najpierw zwodzone, przede wszystkim co do natury komunizmu.

    Zgadzam się z Panem co do różnych postaci dzisiejszego komunizmu. Lecz czy to nie bolszewicy zdefiniowali formę jako narzędzie do realizacji celu? Dostosowanie się do warunków, a więc różne formy komunizmu to także, a według mnie przede wszystkim, bolszewicka Metoda. Raz to jest terror, a raz „socjalistyczna odnowa”. Raz „przewodnia rola partii”, a raz „front ludowy” (dziś „system wielopartyjny”). Raz „kosmopolityzm”, a raz nacjonal-komunizm. Wedle potrzeb. Wczoraj „płaszczyk postępowy”, dziś „płaszczyk liberalno-demokratyczny” czy też „płaszczyk konserwatywny”. Wczoraj globalna „walka o pokój”, dziś globalny militaryzm. To wszystko już było. Nie w takiej skali jak dzisiaj (bo komunizm się rozszerzył na cały świat), ale było. Powtórzę za Darkiem: nowe oblicze, stary wzór. Gdy poskrobać, nowe metody okazują się być raczej stare. Bo czym jest „liberalno-demokratyczny płaszczyk” jeśli nie zwielokrotnionym, udoskonalonym, dostosowanym do aktualnych potrzeb starym nepem? Skala ogromna bo i okoliczności i potrzeby są inne. Ale wzór ten sam.

  86. 86 Dariusz Rohnka

    Panie Gniewoju,

    To bardzo ładne, co Pan napisał, ale to sprawia wrażenie zamykania naszej dyskusji. Upierałbym się przy zdaniu, że jednak warto dyskutować dalej i i o konkretach.

    Weźmy jako pierwszy z brzegu przykład: jak omijać internetową cenzurę? Internetowy czytelnik jest zapewne na ogół leniwy. Szukając treści często ogranicza się do pierwszej, drugiej strony przeglądarki (na ogół to jedna przeglądarka, w dodatku oskarżana, być może zasadnie, o cenzurowanie udostępnianych treści). Czy nie warto byłoby stworzyć podręcznik, instruktarz – jak korzystać z globalnych zasobów? Kto miałby pisać takie dzieło? Czy znalazłoby odbiorców? Jak do nich trafić?

    Drobiazg, ale może takich drobiazgów udałoby się zebrać więcej? Jak Pan myśli?

  87. 87 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Jestem zwolennikiem budowania alternatywy (zakładając, może błędnie, że to co nad nami jest jakąś alternatywą). Budowanie kładek, pomostów pomiędzy przeciwstawnymi światami to droga donikąd. Zdaję sobie sprawę z trudności takiego stanowiska, ale to jedyny sposób na zachowanie intelektualnej sterylności.

    Oczywiście, zachodzi przy okazji poważna trudność techniczna, ponieważ równolegle z drążeniem podziemnych tuneli, egzystujemy na zainfekowanej powierzchni, karmimy wszy totalitaryzmu, współbudujemy swoją skromną egzystencją para-rzeczywistość bolszewickiego więzienia. Nie powinno nas to zrażać ani osłabiać.

    Taka jest natura każdego podziemia, do czasu.

  88. 88 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Odczuwam pewien dyskomfort zawsze wtedy, gdy spór wydaje mi się jałowy, prowadzi raczej do zmętnienia niż wyklarowania.

    Napisałeś: „Nie rozumiem zupełnie, co tu ma do rzeczy, że autor interesuje się, jak się rozchodzą jego pisma. Nie przegrał w żadnym wypadku z Kuroniami-Michnikami, tylko z tymi, którzy w imię „dobra narodu” uznali ich za reprezentujących ten naród. A zatem przegrał z powszechnym chceniem.‟

    Mackiewicz napisał dosłownie: wygrali ci, którzy organizują „instynkt narodu‟.

    Nie napisał „instynkt emigracji‟, ale właśnie „narodu‟. Zachodzi zatem pytanie, o kim myślał? Czy emigracja miała jakikolwiek wpływ na naród w kraju? Znikomy, czyż nie? Wpływ Michników i Kuroniów na naród w 1977 roku był zapewne niemal równie znikomy, ale czy jednak nie ich miał Mackiewicz na myśli?

  89. 89 michał

    Darek,

    Bardzo mi przykro, jeżeli wydaje Ci się to „jałowe”. Ale jeśli tak jest, to tak musi zostać.

    Mackiewicz, jak sam przytaczasz, pisał o tych, którzy ORGANIZUJĄ INSTYNKT NARODU. Nie pisał o instynkcie, ani o narodzie, nie pisał o emigracji, ani o „opozycji”. Pisał, w moim przekonaniu słusznie, o tych, którzy ORGANIZUJĄ INSTYNKT NARODU, a zatem uzurpują sobie prawo, niezależnie od tego, jaki wpływ mają naprawdę. I przegrał, bo sam miał jeszcze mniej wpływu.

    Doprawdy nie widzę, na czym tu polega spór, więc po zastanowieniu przyznaję: wygląda na to, że masz rację: to jest jakaś jałowizna.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja