Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Michał Bąkowski


Jedenastu gniewnych ludzi

Myśl polityczną Arystotelesa sprowadzić można do jednego pytania: jak praktycznie uniknąć rewolucji?  W życiu klasycznego polis rewolucja była niemalże najwyższym złem.  Jego zdaniem, przed rewolucją zachodzi stasis – nie enerdowska tajna policja, ale sytuacja pata, w której życie polityczne nie może być kontynuowane; kiedy monarcha lub elita rządząca tracą autorytet, albo zgromadzenie ludowe rozpada się na skłócone frakcje i nie może niczego zdecydować.  Taki polityczny paraliż, prowadzi, zdaniem Stagiryty, do wojny domowej, a ta na ogół do rewolucji (ciekawe, że nie na odwrót, jak było we Francji i w Rosji).

Stasis wywodziła się z naturalnego napięcia między demokratycznymi i oligarchicznymi tendencjami w społeczeństwie.  Nie inaczej jest w dzisiejszych społeczeństwach na Zachodzie Europy.  Obie grupy mają różne koncepcje sprawiedliwości.  Dla demokratów, z równości wobec praw wynika równość ekonomiczna, czyli to co dzisiejsi demagodzy nazywają „sprawiedliwością społeczną”.  Eliminacja nierówności ekonomicznej jest praprzyczyną każdej rewolucji.  Elita powinna zatem, wedle Arystotelesa, próbować zaspokoić aspiracje każdego obywatela wewnątrz polis.  Oligarchiczna koncepcja sprawiedliwości jest odwróceniem demokratycznej: skoro jesteśmy nierówni w zdolnościach, to nasze polityczne prawa także nie powinny być równe, a zatem bogactwo (jako praktyczny przejaw nierówności) powinno gwarantować władzę.  Oligarchiczna rewolucja, którą dziś nazwalibyśmy raczej przewrotem, wypływa logicznie z tej koncepcji.

Dla uniknięcia stasis, Arystoteles proponował ideę równowagi.  Nie chodziło mu wcale o równowagę władz, we współczesnym sensie, a raczej o równowagę wpływów.  Demokracja przetrwa, jeżeli dać w niej miejsce bogatym, jeżeli pozwoli osiągać uzdolnionym; oligarchia, która daje ludowi rolę w rządzie, będzie trwała.  Z tego wynikła teoria „mieszanej konstytucji”, którą po paru wiekach wprowadzili Rzymianie, a opisał Polibiusz.  Ciekawe, że Arystoteles nie był wielbicielem Sparty, choć prawa Likurga były klasycznym przykładem mieszanej konstytucji.

Ludzie jednoczą się w polityczne społeczeństwo tylko wówczas, gdy zgadzają się, że warunki tej jedności są sprawiedliwe.  I tak z rozmaitości interesów i przekonań, powstaje jedność polis, czyli wewnętrzna jedność państwa.  Jeżeli polityka jest sztuką godzenia w praktyce rozbieżnych interesów, to naczelnym pytaniem polityki jest, w jaki sposób polityk ma dążyć do wspólnego dobra wśród tych rozbieżności?  Grecki historyk, Polibiusz, jako pierwszy opisał konstytucję Republiki Rzymu.  Tylko tam, gdzie władza jednego człowieka, władza najlepszych, bądź władza ogółu jest powszechnie zaakceptowana, można mówić o monarchii, arystokracji lub demokracji; bez tej akceptacji, mamy tyranię, oligarchię lub władzę motłochu, i w każdym wypadku gwałt i strach są narzędziami tej władzy.  Źródła przekształcenia ludzkiego stada w społeczeństwo widział Polibiusz w zagrożeniu – kataklizmy, nieurodzaj, zarazy, dzikie zwierzęta i inne katastrofy – które zacieśnia związki stadne, aż wyłania się z grupy przywódca, który jest albo silniejszy, albo mądrzejszy, który ma pomysł, jak wyjść z trudnej sytuacji, bądź potrafi pociągnąć za sobą innych.  Ale to przywództwo daje się utrzymać tylko, jeżeli wódz postępuje „dobrze”, w zgodzie z interesami członków grupy, jest sprawiedliwy, broni słabszych i karze złoczyńców.  Z czasem otacza go nimb chwały, wyniesiony jest ponad innych przez swoje zalety.  Ale już jego następcy, jego potomkowie, oczekują tej samej chwały bez względu na sprawiedliwość, a wyłącznie z powodu swej odziedziczonej pozycji.  Nie otacza ich wcale chwała, ale wręcz przeciwnie – nienawiść; aby utrzymać się u władzy, muszą uciec się do strachu i przemocy.  I tak władza królewska degeneruje się w tyranię.  Wówczas najlepsi obywatele organizują bunt przeciw zbrodniczemu królowi i tworzą arystokrację.  Ta z kolei powoli przeradza się w oligarchię, wąską grupę, broniącą wyłącznie swych własnych interesów, a nie wspólnego dobra.  Wtedy to nowi przywódcy podnoszą głowę wśród ludu i przekonują masy, że trzeba odebrać władzę klice i oddać ją w ręce wszystkich.  Ten z kolei pomysł degeneruje się we władzę tłuszczy, w stan dziczy, np. (w najlepszym przypadku) poprzez korupcję, gdy bogatsi obywatele przekupują tłum, by uzyskać wpływy polityczne (dobrym przykładem tego rodzaju korupcji jest późniejsze panem et circenses, które zrujnowało rzymską republikę i legło u podstaw cesarstwa), ale w najgorszym i najbardziej prawdopodobnym wypadku, w postaci jakobińsko-bolszewickiej dyktatury.

Likurg przewidział taki bieg rzeczy i nadał odpowiednio mieszaną konstytucję Sparcie.  Aby uniknąć degeneracji władzy królewskiej, dał Spartanom dwóch królów z dwóch rodzin.  Dał eforom władzę kontroli nad królami i wreszcie uczynił Spartan – Równymi.  Były tu więc elementy wszystkich trzech ustrojów.  Rzymianie natomiast potykali się na każdej przeszkodzie i uczyli na błędach, by dopiero w czasach Polibiusza, po ogromnych klęskach, stworzyć konstytucję, która umożliwiła im podbicie świata.  Dwóch konsulów miało władzę niemal królewską, ale poddani byli rozkazom Senatu.  Gdy nie było konsulów w Rzymie, republika wyglądała zapewne jak wiele innych ustrojów arystokratycznych, ale zgromadzenie ludowe miało władzę aprobowania lub odrzucania praw ustanowionych przez Senat, włącznie z kwestią zasadniczą: wojna czy pokój.  Choć Polibiusz nigdy nie nazywa konstytucji rzymskiej „równowagą władzy”, była ona jednak klasycznym przykładem checks & balances.  Rzymski system operował w stanie stałego ekwilibrium.

W nowożytnej teorii państwa dominuje koncepcja „podziału i równowagi władz” w nieco innym sensie.  Po pierwsze, trzy podstawowe funkcje władzy nie powinny być skupione w tych samych rękach, a po drugie, żadna z gałęzi państwa – władza prawodawcza, wykonawcza i sądownicza – nie powinna mieć przewagi nad pozostałymi.  Tradycyjnie, w krajach europejskich panuje prymat prawa cywilnego, które wywodzi się ze spisanej konstytucji czyli ustawy zasadniczej konkretnego wcielenia państwa.  Nie istnieje tam ciągłość prawna poza ciągłością danej inkarnacji, a rolą sądów jest określenie zgodności z obecnie obowiązującą konstytucją.  W krajach anglosaskich, obowiązuje prawo precedensowe (common law), które zobowiązuje sądy do rozpatrzenia każdej sprawy w wyjątkowych dla niej okolicznościach.  Amerykański system jest tu interesującym wyjątkiem, ponieważ uczynił on z Konstytucji dokument o znaczeniu niemal sakralnym (wbrew życzeniom Ojców Republiki, autorów tejże Konstytucji, którzy przewidywali, że każde pokolenie stworzy własną konstytucję).  W rezultacie, amerykański Sąd Najwyższy jest skrajnie politycznym organem, którego władza jest w zasadzie „ponad” władzą prawodawczą Kongresu i z pewnością ponad władzą wykonawczą Prezydenta.  Zwolennicy amerykańskiego systemu, wskazują, że Sąd jest tu ostatecznym biczem na polityków, gdy krytycy zwracają uwagę na absolutny prymat Sądu nad pełnią życia politycznego w Ameryce – zamiast „rządów prawa”, rządzą w Stanach prawnicy.

Wielka Brytania szczyciła się od wieków równowagą władz.  Wprawdzie zdecydowana parlamentarna większość daje egzekutywie (czyli rządowi) druzgocącą przewagę nad legislaturą (czyli parlamentem), ale tylko do czasu, tylko do następnych wyborów.  W tym sensie, brytyjski system jest wybieralną dyktaturą.  Jednak w ostatnich kilku latach, rządy nie posiadają wyraźnej większości w Izbie Gmin, co pozornie powinno było wskrzesić supremację parlamentu.  Niestety, Izba Gmin zamiast wzmocnić kontrolę nad rządem, próbuje przejąć prerogatywy władzy wykonawczej, byleby tylko uniemożliwić odejście Zjednoczonego Królestwa z niuni europejskiej.  Pisałem o tym obszerniej w ubiegłym tygodniu.  Ale wczoraj wydarzyło się coś, co wydawało się dotąd niemożliwe.

Oto jedenastu gniewnych ludzi, zasiadających w londyńskim Sądzie Najwyższym, jednomyślnie orzekło, że rząd nie ma prawa przerwać najdłuższej od 350 lat sesji parlamentu, nie ma prawa do nowej Mowy Tronowej, a tym samym, sędziowie oddali władzę w ręce marszałka Izby Gmin, Johna Bercow, i jego popleczników, którzy otwarcie używają każdego parlamentarnego kruczka dla utrącenia prób odejścia z niuni, w zgodzie z wynikiem narodowego plebiscytu, ale jednocześnie odmawiają zgody na wybory powszechne, których rząd Borisa Johnsona się domaga.  Najwyższy sąd, zamiast szukać precedensu, stworzył precedens.  Sama instytucja takiego sądu jest nowością w brytyjskiej konstytucji; wprowadzony został zaledwie 9 lat temu i wielu wyrażało obawy, że jego istnienie zachwiało delikatną równowagę władzy.  A teraz jego niekwestionowalny werdykt niweczy konstytucję, dając sędziom rolę arbitrów ponad legislaturą i egzekutywą.  Dodajmy, arbitrów nie-wolnych od politycznej motywacji.

I w ten sposób Zjednoczone Królestwo znalazło swoje własne stasis, polityczny paraliż, który doprowadzić może do rewolucji i wojny domowej.  Lenin nazwałby to sytuacją rewolucyjną.  Nic więc dziwnego, że Corbyn i towarzysze przedstawiają się jako obrońcy demokracji – śpiewając równocześnie „Czerwony sztandar” i wygrażając kapitalistom – bo węszą możliwość dorwania się do steru.  A jedenastu gniewnych ludzi z najwyższego sądu jednomyślnie prostuje ścieżki dla bolszewików.

Mam przykrą wiadomość dla najwyższych sędziów: pomimo niewątpliwych zasług, i oni pójdą pod stienku razem z Torysami, jako reprezentanci ancien regime’u.

Nie mam zielonego pojęcia, co będzie dalej.  Lewaccy sędziowie i „lewicowi konserwatyści” nie mają żadnego odbicia wśród społeczeństwa, ale nikt nie będzie pytał elektoratu o ich zdanie. Przerażający powód tego artykułu jest taki, że w obecnej sytuacji, dojście czystych bolszewików do władzy w Wielkiej Brytanii wydaje się wielce prawdopodobne.  Johnson domaga się nowych wyborów, czego opozycja mu odmawia (musi to być pierwszy taki wypadek w historii demokracji).  Parlament popiera opozycję w tej niesłychanej sytuacji, ponieważ wielu konserwatywnych posłów przeciwnych odejściu od niuni, obawia się gniewu elektoratu, zaczem wolą oni poprzeć bolszewików, raczej niż stracić miejsce w parlamencie.

Jak powiedział wielki Gómez:

Demokrata – wobec ogromu katastrof, które wywołuje – pociesza się szlachetnością planu.



Prześlij znajomemu

63 Komentarz(e/y) do “Jedenastu gniewnych ludzi”

  1. 1 BaSz

    Pisałem kiedyś tu o „mniemaniach”, które tym różnią się od określenia „sądzę że ~”, iż nie wynikają z przemyśleń, i rozpoznania zagadnienia, lecz jedynie z zarażenia się daną opinią od innych. Tedy napiszę: mniemam, że Michale dramatyzujesz. Brak w GB jest naprawdę wielkiego napięcia przed-rewolucyjnego. Acz ja tu, w Załubicach, a Ty tam, na miejscu, tedy może je wyczuwasz. A wyczuwasz?

    Rewolucje chcą wzniecać pewne jednostki (takie uogólnienie, nie w kontekście dzisiejszej w. Brytanii), lecz do jej wybuchu potrzebny jest wzburzony motłoch, który nie tyle ideami się ekscytuje, co zmianą swojego dennego statusu. Oczywiście gdy mu brakuje na chleb, (a tym bardziej na bułki), to jest to gigantyczna motywacja do uczestniczenia w zamieszkach. Czy angielskiemu plebsowi brakuje? Nie wiem tego do końca, ale żyjemy w takich czasach, że w całej dotychczasowej historii, nigdy jeszcze potrzeby materialne nie były zaspokajane w tak szerokiej ofercie, i tak najniższych nawet warstw społecznych. Nigdy!

    Dla porządku: i nie jest to w najmniejszej nawet mierze zasługą programów socjalnych, czy innych lewackich wymysłów, lecz rozwoju gospodarczego, który zachodzi wbrew owym wymysłom. Anglia, pobodnie jak cała niemal Jewropa, jest nie tyle syta, co wręcz przeżarta (nie „zgniliznę” mam na myśli, lecz zatuczenie). Czy w takim razie doły społeczne zaczną rzeź elit? Myślę, że wątpię. Ale…

    Ale w dawnej Jugosławii ludzie żyli sobie spokojnie, i nawet dość dostatnio, na pewno lepiej, niż w innych krajach „demokracji ludowej”, po czym z dnia na dzień zaczęli się wyżynać, dopuszczając zbrodni, jeżących włosy na głowie.
    Hm, czy w GB może się zdarzyć to samo? Módlmy się za to, aby „nie”!

  2. 2 michał

    Drogi, Szanowny BaSzu!

    Czy ja Cię dobrze rozumiem? Jeżeli mniemania nie wynikają z przemyśleń i rozpoznania, a Ty oznajmiasz, że niniejszym MNIEMASZ, że dramatyzuję, to powinienem zignorować Twoje mniemanie, które jest wyłącznie zarażeniem się opinią innych, czy tak?

    Nie będę wszakże zarażać się opinią innych, a w tym wypadku Twoją, tylko raczej zapytam, na czym opierasz to tak zdecydowanie wyrażone mniemanie? Skąd to się wzięło? Z jakich przemyśleń? Z jakiego rozpoznania zagadnienia?

    Chętnie się dowiem, a tymczasem, przyłączę się do modłów, by Corbyn nie dorwał się do lewarków władzy (choć nie jestem wcale pewien, czy Ty o to właśnie się modlisz, bo porównanie z Jugosławią jest tyleż nieadekwatne, co komiczne).

  3. 3 BaSz

    Michale, nie odpowiedziałeś na wielce istotne pytanie:
    Czy w GB wyczuwasz nastroje przedrewolucyjne? Dwa razy spytałem! Za to dworujesz sobie z mojego… dowcipu, który postanowiłeś traktować jako stwierdzenie całkowicie sieriozne. Nie wiem, czy dostrzegasz, ale jesteś człowiekiem mało tolerancyjnym. A czasami wręcz (no, delikatnie to ujmę) „niegrzecznym”.

    Jednak Twoje zaczepki pozwalają mi tu nieco rozwinąć kwestię „mniemań”: otóż są to sądy nie tylko pochodzące z zarażenia się nimi od otoczenia, ale w dodatku i owo otoczenie kiedyś-gdzieś się nimi zaraziło. I tak dalej, i dalej, i nigdzie w tym łańcuszku św. Antoniego nie da się znaleźć najmniejszej próby owych mniemań zweryfikowania. A jest ich co nie miara. Ojciec Innocenty Maria Bocheński pisze o „Stu Zabobonach”, lecz jest to liczba wielce zaniżona, bo jest ich więcej, niż gwiazd na niebie. Co oczywiście nie ma nic wspólnego z meritum tej dyskusji, taki mój wtręt.

    Piszesz obcesowo (ależ tak!): „porównanie z Jugosławią jest tyleż nieadekwatne, co komiczne” – ha! Gdybyśmy nie dokonywali porównania, to skąd niby mielibyśmy wiedzieć, że dwie rzeczy się… różnią?!

    To zresztą jest Twój kolejny unik: no bo czy w końcu Cockneye skoczą do gardeł Lordom, czy nie?

  4. 4 michał

    A on nabrał takiej manii, że chciał tylko do Albanii.

    Tak się składa, że ja akurat zazwyczaj odpowiadam na pytania, ale nauczyłem się od Ciebie, żeby w zamian ignorować pytania pod moim adresem. Co rzekłszy, robię to tylko względem Ciebie.

    Niechże więc dobrze zrozumiem, jak się rzeczy mają. Czy mam zignorować Twój komentarz powyżej z 11:24? Czy też raczej wziąć go dosłownie? Zrobię, jak sobie zażyczysz. Tolerancyjnym nigdy nie byłem, ale wyrozumiałym, owszem.

    Czyżbyś był doprawdy aż tak naiwny – trudno mi uwierzyć, naprawdę – żebyś sądził, że rewolucja bolszewicka polega na tym, że „cockneye skoczą do gardeł lrodom”???? Trudno mi w to uwierzyć. Angole tak czasami myślą, ale żeby człowiek urodzony i wychowany w prlu, a co gorsza, w tym prlu zanurzony po uszy razem ze swym ulubieńcem Michalkiewiczem (czy jak mu tam), opowiadał takie głodne kawałki, to jest całkiem zabawne (choć smutne, jednocześnie). Więc powiedz mi, o BaSzu, czyżby bolszewicki przewrót w roku 1917 polegał na tym, że kriestianie rzucili się do gardeł ziemianom w wybuchu słusznej walki klasowej?

    No, no, zdawałoby się, że po stu latach, tego rodzaju bełkot powinien był zaniknąć, ale widać bolszewicka propaganda nadal zwycięża.

  5. 5 BaSz

    Widzę, że najwyraźniej czerpiesz jakieś perwersyjną radość z tego, że żyjesz tam, w GB, a nie jesteś już „w PRL-u”, którą to obelgą określasz wszystkich, którzy (jak to śpiewa Turnau) „Mogłem jechać, wyjechać i stad się oddalić, ale jednak zostałem z tymi co zostali.”.

    Czy Ty, przy całej swojej sprawności intelektualnej, oraz imponującego oczytania, naprawdę jesteś aż tak głupi, żeby sądzić, że żyjąc nadal w Polsce, nie można przestać być „dzieckiem PRL-u”?!

    Zaprawdę, zdumiewający znalazłeś sobie powód, do poczucia wyższości.

  6. 6 michał

    Tak, najwyraźniej muszę być tak głupi (nawet bez wytłuszczenia), żeby sądzić, że człowiek żyjący w prlu, jak ogromna większość moich przyjaciół, może pojąć, że właśnie mieszka w prlu. Nie każdy, nie każdy, ale na pewno niektórzy są w stanie.

    Zwróć wszakże uwagę, że jak dotąd ani słowa nie było w tej dyskusji na temat meritum, na temat tego, co się wyprawia w Anglii. Niezależnie od kompleksu niższości, który najwyraźniej odczuwasz.

  7. 7 BaSz

    Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
    Przed mocą Twoją się ukorzę
    Ale chroń mnie, Panie, od pogardy
    Od nienawiści strzeż mnie, Boże

    Wszak Tyś jest niezmierzone dobro
    Którego nie wyrażą słowa
    Więc mnie od nienawiści obroń
    I od pogardy mnie zachowaj

    Co postanowisz, niech się ziści
    Niechaj się wola Twoja stanie
    Ale zbaw mnie od nienawiści
    Ocal mnie od pogardy Panie

    Co postanowisz, niech się ziści
    Niechaj się wola Twoja stanie
    Ale zbaw mnie od nienawiści
    I Ocal mnie od pogardy Panie

  8. 8 michał

    Bardzo ładnie, BaSzu. Cieszę się, że tak dobrze znasz Kaczmara, ale jeszcze bardziej się raduję, ponieważ wyrzekasz się pogardy i nienawiści.

  9. 9 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pisze, że nie wiesz co będzie dalej. Co, biorąc pod uwagę sytuacje na kępie, jest zrozumiałe. Może warto jednak w takim razie rozpatrzyć możebne scenariusze?

    Z góry przepraszam jeśli moje pytania okażą się niedorzeczne. Po prostu nie mam zbyt wielkiej wiedzy na temat niuansów brytyjskiego systemu.

    Johnson chce wyborów, ponieważ spodziewa się uzyskać w ten sposób stosowne do potrzeb poparcie w parlamencie. Z tego samego powodu opozycja oraz część kolegów konserwatystów nie chce dopuścić do rozpisania tychże wyborów. Nawet jeśli rachuby Johnsona na poparcie ze strony ulicy są przesadne, opozycja doskonale go w tych rachubach umacnia, bo sama boi się wyborów jak diabli. Obie strony mogą się teoretycznie mylić, ale o to mniejsza.

    Pytania:
    Czy istnieje sposób na szybkie rozpisanie wyborów bez zgody opozycji? Rozumiem, że nie. Ale czy mam rację?

    BJ mógłby zwolnić się sam z funkcji PM albo może zostać zwolniony w wyniku przegłosowania wotum nieufności, czy tak? Tego drugiego nie będzie, ponieważ byłoby jednoznaczne z nowymi wyborami? Tak?

    Czy opozycja ma inny sposób na uwolnienie Brytanii z premierostwa Johnsona? Jaki? Czy może go np. zmusić (w formie przegłosowanej ustawy) do zajęcia takiego stanowiska, które byłoby dla niego nie do zaakceptowania?

    Jeśli takiego sposobu nie ma, jaki może być rozwój wypadków? Co stanie się, jeżeli do końca października w ogóle nie zapadnie żadna wiążąca decyzja polityczna?

    W jaki sposób bolszewik mógłby zostać premierem UK? W efekcie ustąpienia Johnsona czy w wyniku wyborów?

  10. 10 michał

    Darek,

    Taktyka Johnsona wydaje się przejrzysta: obwinia parlament za obecny chaos i zwraca się do elektoratu o mandat, żeby odejść z niuni za wszelką cenę. A zatem postawi kandydatów na posłów, którzy chcą odejść z niuni, bo dziś w Izbie Gmin przważają zwolennicy pozostania. Z tego właśnie powodu opozycja nie chce wyborów, bo po ich stronie pewni zwycięstwa są tylko nieliczni posłowie w otwarcie i zdecydowanie pro-niuniowych okręgach.

    Teoretycznie ktoś inny mógłby spróbować sformować rząd, ale najpierw BoJo, jak go nazywają młodzi ludzie, musiałby przegrać votum nieufności, a Corbyn odmawia postawić taki wniosek, bo boi się wyborów, więc ab ovo.

    Opozycja składa się z prawie wszystkich partii oprócz Torysów, tzn. lejburzystów, liberalnych demokratów (tfu), zielonych, (tfu!), i szkockich i walijskich nazistów, a ściślej nacjonalnych socjalistów. Są więc podzieleni, a lib-dem odmawiają współpracy z Corbynem (choć są bardzo lewicowi), bo domagają się skasowania „Artykułu 50″ czyli jednostronnego zamknięcia procesu odejścia z niuni.

    Żeby zwołać wybory, trzeba rozwiązać parlament, czyli „prorogue”, ale o to właśnie była sprawa w sądzie, i rząd przegrał. Parlament zatem nie zgodzi się być rozwiązanym. Ponieważ obowiązuje ich teraz nowe (idiotyczne) prawo „fixed term parliament”, to mogą tak to ciągnąć przez 5 lat czyli do czerwca 2022 roku. To jest akurat maało prawdopodobne, a może nawet politycznie niemożliwe (prawie), bo po tak długim czasie odmawiania wyborów, byliby ukarani przez wyborców.

    Corbyn liczy na to, że w jakiś sposób dorwie się do władzy bez wyborów, że jakoś przekona pozostałe partie, żeby sformować rząd np. z jakimś figurantem jako premierem, a z nim jako kanclerzem, jak to zwykle bolszewicy robią, kiedy im tego portrzeba – front jedności narodu.

    W tej chwili sytuacja jest taka: przeprowadzili ustawę ZMUSZAJĄCĄ premiera do napisania listu do Brukseli z prośbą o kolejną zwłokę poza 31 października. BoJo odmawia napisania takiego listu, więc go znowu podadzą do sądu i znowu przgra. Jedynym wyjściem dla niego – i taki był na pewno oryginalny plan – to znaleźć nową umowę z niunią i podpisać ją przez końcem października, ale niunia ustąpiłaby wobec silnego premiera, a nie ustąpi, gdy wie, co sie dzieje w parlamencie, więc ab ovo.

    Nie sądzę, żeby Corbyn mógł wygrać wybory, ale w 2017 roku, myślałem, że May wygra w cuglach, więc mogę się znowu bardzo mylić. Machinacje parlamentarne są pewnie najlepszą szansą dla niego.

  11. 11 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Jaki ma nieprzekraczalny termin realizacji ustawa zmuszająca BJ do napisania listu do Brukseli? I czym może zakończyć się przegrana w sądzie? Jak rozumiem, sąd nie może go zmusić ani do podpisania, ani do ustąpienia. Co zatem będzie 31.10.? Wyjście?

  12. 12 michał

    Tzw. Akt Benna stypuluje, że jeżeli do 19 października rząd nie będzie miał zgody parlamentu na umowę z niunią (Withdrawal Agreement), to premier musi napisać list do Brukseli z prośbą o opóźnienie odejścia co najmniej do 31 stycznia 2020. Akt nakazuje mu nawet użyć konkretnych zdań verbatim. Celem tego aktu jest uniemożliwienie odejścia BEZ umowy. Ale rząd Johnsona utrzymuje słusznie, że zagrożenie odejścia bez umowy, jest jedynym motywem, który zmusić może niunię do negocjacji.

    Jest kilka teoretycznych możliwości, w których BoJo nie będzie zmuszony napisać takiego listu, np. jeśli przed 19 będzie umowa, a potem przed 31 zostanie złamana. Oprócz tego, list może być „bezpłodny”, np. przedłużenie musi być zaakceptowane przez wszystkie rządy niuni, więc teoretycznie, Wielka Brytania może je zawetować, bo jest pełnoprawnym członkiem, a zatem list napisany może nadal nie osiągnąć celu, ale w takiej sytuacji, rząd będzie na pewno podany do sądu. Jeżeli niunia zgodzi się na opóźnienie, to GB może sparaliżować działania niuni – zupełnie wprost im to zapowiedzieli. I wreszcie Benn Act jest w konflikcie z EU Withdrawal Act, więc jest dyskusyjne, który akt ma większą wagę.

    Nic w tej sytuacji nie jest normalne ani jasne. Wszystko jest jak pływanie w błocie. Dlatego autentycznie nie mam pojęcia, co się stanie. Natomiast mój niepokój związany jest z czekającym na marginesie Corbynem, którego wszyscy ci ultra-demokraci nie doceniają, podobnie jak kadeci i inni uczciwi ludzie w Rosji, nie doceniali zagrożenia Lenina i Trockiego.

    Lewa wolna!

  13. 13 Dariusz Rohnka

    Michał,

    To jest zawikłane potężnie.

    Czy dobrze rozumiem, że brak akceptacji dla aktu benna ze strony któregokolwiek z bolszoeuropejskich rządów (w okresie niespełna 2 tygodni) oznacza fiasko tej koncepcji i… automatyczne Wyjście? Żaden się nie odważy? Czy są jakieś prognozy na ten temat?

  14. 14 michał

    Darek, czekaj, bo teraz się zgubiłem. Na szczęście jeszcze obce rządy nie muszą akceptować (lub nie) aktów parlamentu brytyjskiego. Domyślam się, że chodzi Ci o to, że rządy europejskie muszą zaakceptować nową umowę (odmienną od tej z rządem May), czy tak? Czy chodzi Ci raczej o to, że którykolwiek z tych rządów – głównie stawiają tu dlaczegoś na trzy: Paryż, Budapeszt i Warszawę – może zawetować podanie o kolejne opóźnienie odejścia z kopńca października na koniec stycznia. Jeżeli o to Ci chodzi, to tak, wówczas parlament by przegrał, i UK musiałoby automatycznie odejść 31 październiaka, ale to nie oznacza wcale, że parlament zgodzi się na wybory. Generalnie, barany nie głosują za tym, żeby je posłać do rzeźni.

  15. 15 Dariusz Rohnka

    Tak, miałem na myśli zawetowanie tego listu. I bardzo jestem ciekaw, czy dostrzegasz taką możliwość.

    Czy wyjście 31.10 nie zmusi bandy baranów po prostu do rozpisania nowych wyborów?

    Czy przeciwnie, spodziewając się totalnego bałaganu przemieszanego z psychozą (którą łatwo nakręcają media) będą kalkulowali na przejęcie władzy?

  16. 16 michał

    Ściśle rzecz biorąc, każdy z rządów ma veto wobec przedłużenia – bo niby w jakim celu przedłużać tę agonię? Ale, jak zwykle w tym klubie, gra jest bardziej skomplikowana, bo przedłużenie najpewniej oznacza odłożenie ad calendas grecas, więc nie widzę, żeby ktokolwiek chciał temu zapobiec. Co rzekłszy, Macron odgrażał się, że użyje veta.

    Jeżeli odejdą pod koniec października, to Borys będzie triumfował, więc nie będą mu chcieli dać większego triumfu w wyborach, ale jeśli w sklepach będą braki, na lotniskach chaos, a w portach klops, to wtedy wybory natychmiast, bo BoJo je przegra.

    Dlatego gra Corbyna nie jest wcale taka głupia, jak się niektórym wydaje. Po pierwszy, siedzi na barykadzie, jeśli chodzi o samo odejście z niuni, przez co nie stracił nadal wszystkich lejburzystowskich głosów za odejściem. Po drugie, odmawia wezwania do votum nieufności dla rządu, bo mu to na razie nie jest na rękę. Czeka, czy może uda się stworzyć tymczasowy rząd, w którym on pociągać będzie za sznurki.

  17. 17 Dariusz Rohnka

    To, niestety, brzmi logicznie.

    Nasuwa się pytanie, czy należy spodziewać się chaosu, jeżeli dojdzie do wyjścia? Braków, klopsów etc.? Czy lepiej na ten temat nie dywagować, bo kto to może wiedzieć?

    Zakładam, że nasili się element sterowanej psychozy. Czy BoJo ma na to jakieś remedium?

  18. 18 michał

    Jeśli wierzyć rządowi, to nie będzie żadnych trudności; jeżeli słuchać BBC, to będzie brakowało leków, szampana i samoloty spadać będą z niebiesiech. Szampana przynajmniej można nakupować na zapas. Psychoza nadchodzących braków sterowana jest przez media samodzielnie, natomiast psychoza „faszyzmu” przez lejburzystów i to jest raczej klasyczna operacja agit-prop. Jedna posłanka lejburzystowska nawyzywała Johnsonowi w parlamencie, po czym zażądała, żeby on ją przeprosił. Dziś jest pod ochroną policji, bo „faszyści grożą, że ją zamordują”.

  19. 19 Dariusz Rohnka

    Czyli, należy się uzbroić w cierpliwość oczekiwania co przyniesie 31.10 lub jakiś inny termin?

  20. 20 michał

    Cha, cha! Dowolny inny termin. To już trwa prawie trzy i pół roku, i tzw. elity, czyli media, artyści, większość politycznej elity, zdołali nie dopuścić do odejścia. Jest zupełnie możliwe, że Wielka Brytania nigdy nie odejdzie z niuni.

    Niestety wszystko to razem stwarza okoliczności, które mogą dopuścić towarzyszy do władzy. Straszne.

  21. 21 Dariusz Rohnka

    Jakie prawdopodobieństwo, że Bojo zostanie zastąpiony przez bolo? 10, 30, 50, 99%

  22. 22 michał

    Nie mam zielonego pojęcia. Ale pamiętaj, że korbynistom wystarczy tymczasowy rząd pod wodzą byle kogo, jakiegoś figuranta, a oni już sobie dalej poradzą. Zajmą kluczowe pozycje w rządzie, będą mieli dostęp do pieniędzy, do wojska, do policji, a potem pozbędą się poputczyków, kiedy ich władza będzie umocniona. Broń Boże, nie twierdzę, że tak się stanie. Mam nadzieję, że tak się nie stanie, ale w każdym razie takie jest niebezpieczeństwo. I odpowiedzialni za to będą wówczas ci wszyscy lewaccy dziennikarze, ci politycy, jak John Major czy Ken Clarke, którzy mają najlepsze intencje, by bronić demokracji, a prostują tylko ścieżki dla bolszewików.

  23. 23 BaSz

    No dobrze, ale czy jest możliwe „kryterium uliczne”?

  24. 24 michał

    Kryterium uliczne jest zawsze możliwe, jeśli się ma rower. Zwłaszcza w Garwolinie.

  25. 25 BaSz

    Ooo, jak dobrze kojarzysz!
    Ów termin wszedł do języka polityki z kolarstwa właśnie. Brawo Kolumbie!

  26. 26 Przemek

    Panie Michale,

    Z zainteresowaniem przeczytałem Pana odpowiedzi jakich udzielił Pa Darkowi. Jeżeli to nie kłopot proszę o krótką odpowiedź co i czy coś zmieniło się po zdecydowanej niedawnej wypowiedzi BoJo o niepodważalnej dacie brexitu 31.10. Tak ja doczytałem, może jestem w błędzie.

  27. 27 michał

    Panie Przemku,

    Nie jestem pewien, czy Pana rozumiem.

    Rząd brytyjski złożył nową propozycję umowy – kością niezgody nadal pozostaje Ulster – jeżeli niunia ja odrzuci, to Johnson jest zdecydowany odejść bez umowy 31 października. Musi jednak znaleźć sposób, żeby ominąć barierę w postaci tzw. Benn Act, który zmusza premiera do napisania listu do niuni z pokorną prośbą o kolejne odłożenie odejścia.

    Nie jestem pewien, czy to odpowiada na Pańskie pytanie.

    Prawdziwa walka jest jednak o wybory, których mu Corbyn odmawia, bo wolałby się dorwać do władzy, niż przegrać w wyborach.

  28. 28 Przemek

    Panie Michale,
    Dziękuję za odpowiedź. Strasznie to pogmatwane i nieprzewidywalne. Oby tylko skończyło się dobrze, bez paniki i krachu. Z mojego konformistycznego punktu widzenia, z daleka, obojętnie w którą stronę. Norwegia i Szwajcaria też żyją poza UE, choć to nie najlepsze porównanie. Trochę inna skala. Ale jak widać można.

  29. 29 michał

    Odejście z niuni, to jest pestka. Prawdziwym problemem jest Corbyn i towarzysze.

  30. 30 Piotr "Triarius" Obmiński

    Uroczo sobie Panowie dyskutujecie, ale ja od razu po przeczytaniu paru pierwszych zdań chciałbym się wypowiedzieć na temat (moim skromnym) ważny i ach! jakże filozoficzny, tylko że przez wszystkich o dziwo przeoczany…

    Dwie koncepcje, tak? W kwestii ekonomii? Równościowa i oligarchiczna? Sorry, ale to nie nierówność zdolności jest tu istotnym problemem – ja na przykład, żeby podać przykład który znam, mam powody uważać się za o wiele zdolniejszego (plus inne zalety podobno dające wysoką pozycję społeczną i majątek), nie tylko od obecnej krajowej „elity”, ale także od większości światowych miliarderów. Tylko co z tego wynika? Nie będę tu opowiadał o różnych swoich krzywdach, bo to nie o to chodzi, na wysokość emerytury sam sobie pracowicie zapracowałem i nie mogę mieć większej pretensji…

    Nawet nie o to tu chodzi, że moi przodkowie w ciągu tych ostatnich stu lat stracili poważny majątek (taki z pańszczyźnianych, czy jak to tam było, ale także zdobyty zdolnościami, energią i uczciwą pracą – poszukajcie sobie np. Tadeusz Obmiński, mówię o tym ze Lwowa sprzed stu lat, albo Stanisław (Witold) Obmiński, o którym pewnie i tak nie znajdziecie rzeczy istotnych, a to nie wszyscy)… Że oni walcząc o Polskę tracili majątki, a czasem życie, albo 5 lat życia w obozie jenieckim, będąc cywilem (!), kiedy różni geszefciarze odzyskują teraz majątek po przodkach, cholera wie jak zdobyty, to mnie nikt nie zwraca nawet Opla Kapitana zarekwirowanego przez wojsko w pierwszych dniach kampanii wrześniowej…

    Nie chodzi tu o moje krzywdy, mnie to boli i (excusez le mot) wkurwia, ale podchodzę do tej filozoficznej kwestii, o którą mi teraz chodzi, której o dziwo wszyscy ideolodzy z prawa (z lewa mniej) starannie unikając, robiąc wiatr językami i ględząc na temat „zdolności” vs. „równość”. (Nawet mój wielki faworyt Robert Ardrey to poniekąd czyni.)

    A jednak, patrząc bez uprzedzeń i bez liberalnego „tego nie możemy powiedzieć, bo co to będzie, nieważne czy to prawda, skoro służy… faszystom czy czemuś tam”. Tu nie chodzi tak bardzo o ZDOLNOŚCI – o taką nierówność – jako rzecz przeciwstawną równości społecznej. Prawdziwy problem leży w DZIEDZICZENIU! Nazywanie „sprawiedliwością” sytuacji, kiedy jeden rodzi się od razu do wielkiej fortuny i potem może wszystko, a drugi rodzi się od razu na prola, niewolnika, albo po prostu z głodu i chorób nie przeżyje dzieciństwa – można uważać za rzecz NIEUNIKNIONĄ, można nawet, w jakiś pokrętny sposób, uznać to „tak ma być”, ale „sprawiedliwe” to to nie jest z żadnej sensownej perspektywy!

    Oczywiście – dziedziczenie jest pod istotnymi względami NATURALNE… Oczywiście dziedziczenie jest zgodne z pragnieniami dużej części społęczeństw – poza oczywiście biedotą… Oczywiście ograniczenie czy zlikwidowanie dziedziczenia wymagałoby WŁADZY, która musiałaby być tak potężna i tak… well, ideologicznie nastawiona, bo to jednak kwestie stosowanej do polityki filozofii, czyli właśnie ideologii, że aż strach i nic dziwnego, że normalny, zdrowy na umyśle i na duszy człowiek aż się przed taką myślą wzdryga. Zgoda!

    Ja wcale nie głoszę konieczności, czy nawet możliwości, likwidacji dziedziczenia, tylko do @#$% nędzy (co za adekwatne przekleństwo!) – przestańmy „filozofować” w taki sposób, że nie raczymy dostrzec realnego słonia w salonie, a… niech będzie „podniecamy się”, gościem, który wprawdzie głupi nie był, ale też za jakiegoś hiper-aktualnego myśliciela, z jego teleologią i paroma takim sprawami, poza nikłą w porównaniu z (jednak) dorobkiem dzisiejszej nauki (tej prawdziwej, a trochę tego jednak jest) naprawdę trudno go dziś jakoś sensownie do rozwiązywania naszych aktualnych problemów wykorzystać.

    Kwestia DZIEDZICZENIA to jest ta druga strona dążenia do społecznej równości – nie zróżnicowanie zdolności, którego rola jest o wiele, wiele mniejsza, i zresztą która to sprawa w o wiele mniejszym stopniu gwałci wszelkie sensowne dążęnie do SPRAWIEDLIWOŚĆI! Ględzenie o tym, że „to różnice zdolności przesądzają o pozycji społecznej, szansach życiowych i majątku”, to albo skrajna leberalna naiwność (żeby nie rzec głupota), albo po prostu wypacvzanie prawdy!

    Nie twierdzę, że mam rozwiązanie – żeby nikt ze mnie tu nie robił ideologa, czy nawet „bolszewika”! Jednak albo uczciwie filozofujemy, albo starannie unikamy widoku słonia w salonie i gadamy przemądre komunały, pozując na nastojaszczich intelektualistów, bo zacytujemy Stagirytę. (Ja też tych facetów czytałem. Studiowałem ich w Uppsali, i to od paru stron. Jeśli mówię, że niewiele z nich dziś wynika, to wiem co mówię, choć ktoś móże oponować, tylko że jakoś nikt nie raczy.)

    Pozdrawiam czule

  31. 31 triarius

    Że uzupełnię, bo parę rzeczy mi przez przeoczenie wypadło…

    Trzy razy majątek tracili w ciągu stulecia – raz z upadkiem Austro-Węgier. Tyle że przez wybujałą etykę, majątki się raczej traci, niż zyskuje.

    Jednak o politrcznych ideach Arystotelesa i jemu podobnych, z uwzględnieniem ówczesnych realiów, też chętnie porozmawiam. Choć wątpię, by ktoś chciał i… Niech będzie tyle.

  32. 32 triarius

    Panie Bąkowski – może Pan usunąć te wszystkie moje komęta, a ja ew. zrobię z nich jeden i poprawię literówki! OK?

    Zapomniałem ważnej rzeczy… Arystoteles i wsyscy tego typu arystokratyczni myśliciele od tysiącleci dlatego bez mrugnięcia okiem akceptowali różnice w dziedziczonych fortunach, że oni wierzyli, iż arystokracje, iligarchie i wszelkie elity są naprawdę genetycznie „lepszymi” ludźmi, a niektórzy są stworzeni na niewolników czy biedotę! Wtedy to ma sens, zgoda, tylko że to b. ryzykowna teza, której przeczy najelementarniejsza nawet obserwacja dzisiejszej rzeczywistości.

    Kiedyś mogło w tym być nieco więcej prawdy, ale też niewiele. No, chyba że ktoś naprawdę wyznaje skrajny socjaldarwizm w stylu Herberta Spencera i (toutes proportions gardées) Κ*wina. Trza by mieć odwagę to przyznać, jeśli tak, a wtedy ew. można rozmawiać.

  33. 33 michał

    Drogi Panie Piotrze,

    Nie jestem do końca pewien, w czym jest problem. Jeżeli dobrze Pana rozumiem, to kwestionuje Pan moje określenie podstawowej nierówności ludzi. Czy tak? Zastanówmy się więc.

    Wyobraźmy sobie dwóch młodych ludzi urodzonych tego samego dnia: jeden z bogatych rodziców-ziemian, drugi jest synem biedaków. Temu pierwszemu dawano wszystko, najlepszych nauczycieli, szkoły, uniwersytety, ale był półgłówkiem, toteż stał się utracjuszem i urwipołciem, pijakiem i kokainistą, aż umarł w biedzie, przepuściwszy cały majątek. Ten drugi uczył się i pracował, prędko zauważono jego talenty – m.in. ZDOLNOŚĆ do ciężkiej pracy – zrobił pieniądze, stał się milionerem i kupił na licytacji majątek, w którym urodził się pierwszy gość. Przed śmiercią robił wszystko, by zachować swe bogactwa, przekazać je w całości swym spadkobiercom, bo przecież płacił ciężkie podatki całe życie i nie miał ochoty płacić ich także po śmierci.

    Jeżeli dobrze Pana rozumiem, to Pan odrzuca podstawową nierówność między tymi dwoma panami – jeden rzutki, drugi leń – ale boli Pana sam akt spadku, ta nierówność jest problemem. Z mojego punktu widzenia jest na odwrót. Społeczeństwo powinno być tak zorganizowane, by pozwolić każdemu, kto tylko chce pracować, dojść z nędzy do pieniędzy. Na tym procesie zyskuje zarówno jednostka, jak społeczność. Każdy powinien móc rozwijać swoje talenty, choćby był to tylko talent do rzetelnej pracy. Natomiast sprawa spadku, to jest kwestia prywatnej własności i prawa do rozporządzania swoją własnością. Osobiście pragnę dać, co mam, moim dzieciom, a nie urzędnikom państwowego Lewiatana. A Pan? Czyżby Pan, w imię równości, wolności i braterstwa, wolał to oddać jakiejś niemej kukle urzędniczej?? Trudno mi w to uwierzyć.

    Problem tu jest oczywisty: jeśli nierówni są wolni, to jedni będą bogatsi, a inni biedniejsi, tak będzie zawsze. Natomiast zrównać nierównych można wyłącznie przez odebranie im wolności. Jedną z takich wolności jest rozporządzanie swą własnością.

    A co do Arystotelesa, to nie cenię go aż tak wysoko, ale też nie byłbym chyba w stanie dyskutować go szczegółowo, bo czytałem przed dziesiątkami lat. Z pewnością nie był jednak „arystokratycznym myślicielem”, jak jego nauczyciel. W tym wypadku, wydało mi się zabawne, że jego myśl o „stasis” i rewolucji tak trafnie opisuje obecną sytuację w Wielkiej Brytanii.

  34. 34 triarius

    Mnie nic nie „boli” – ja po prostu wskazuję na słonia w salonie. Nie pasuje mi po prostu prawicowość wynikająca niemal wyłącznie z wybiórczej (ochydne słowo, swoją drogą!) ślepoty. Tak jak Pan argumentuje niemal każdy „na prawicy” – łącznie z moim wielkim faworytem Robertem Ardreyem (który chyba zresztą za prawicę nie zdążył zacząć się uważać, a zaczął od amerykańskiej „populistycznej” lewicy). Jednak to tylko drobna część prawdy, podczas gdy znacznie większa (góra lodowa Titanica) pozostaje dla „prawicy (pospolita odmiana ogrodowa)” (nie licząc świrów i agentury w stylu K*wina) w cudowny zaiste sposób niewidoczna.

    Może niepotrzebnie poruszyłem osobiste wątki, ale to było przywołanie własnych doświadczeń, a nie że „mnie boli”. Nie ulega dla mnie cienia wątpliwości, że:

    1. Żeby być bogatym najpewniejszą metodą jest bogatym się urodzić.

    2. Wielu z biednych rodzin nie ma szansy, a przykłady różnych tam Pasteurów to tylko leberalna propaganda.

    3. Wiele fortun powstało w sposób mało etyczny, a nieraz tak, że powinno to zaprowadzić na szubienicę lub do mamra.

    4. Kiedyś elity, poza bogactwem, miały także najlepsze wykształcenie, etos z honorem, odwagą, lojalnością, etos służby, plus „wdrukowane” umiejętnoci rządzenia… Teraz nie ma NIC! Członkowie obłędnie bogatej angielskiej rodziny królewskiej mogliby mi czyścić buty, gdyby chodziło o zdolnosci i te sprrawy – szwedzkiej nawet nie to.

    5. Genialność to raczej pewna droga do lochu, do nędzy czy na szubienicę – przeciwna opinia to tylko propaganda dla przeciętniaków. Patriotyzm, honor, lojalność to raczej droga do śmierci na jakimś froncie, w ubeckim lochu, a co najmniej do nędzy. Oczywiście oficjalna liberalna wersja jest całkiem inna – można ją łykać, smacznego! Konformizm, nie mówiąc już o jeszcze marniejszych cechach, to niemal zawsze warunek sine qua non każdej kariery.

    Nie zgadza się Pan z powyższym? ;-)

  35. 35 triarius

    Że uzupełnię (sorry, że tak na raty, ale tak działa mój nieleberalny umysł!)…

    Jeśli się urodziłeś biedny, to talentem i pracą – wbrew powszechnie naw zewsząd wciskanej propagandzie – (niemal nigdy, niech będzie) nie osiągniesz bogactwa i wartościowego życia wyłączniw własnym talentem i pracowitością. Nie – zmarnujesz młodość i wiek średni, bogaty będziesz już jako człek stary i zniszczony, nie umiejąc nawet skorzystać z własnego bogactwa, bo niby jak miałeś się tego nauczyć? Plys zgrzybiałość. Tak, oczywiście – rządzący obocnie światem establiszmęt postawi ci pomnik, wpakuje do podręczników szkolnych i nakręci film, z którego !wynikać będzie m.in., że to właśnie ta twoja młodość była super… Kto chce, niech to łyka!

    Młody i bogaty będzie dopiero twój spadkobierca. Jeśli to wyjątkowo wartościowy człowiek, to super, ale słowo „wyjątkowo” jest tu akurat ważnym słowem.

  36. 36 michał

    To mnie zupełnie nie przekonywa, Panie Triariusie. Ale zanim przejdę do przyczyn, chcę się zatrzymać nad jednym punktem. Otóż wydaje mi się obojętne, jak kto argumentuje „na prawicy”, bo interesuje mnie tylko prawda. Etykietki w rodzaju lewicy itp., których sam nadużywam, są skrótem myślowym, żeby nie musieć za każdym razem wykładać tego samego. Osobiście rzadko zgadzam się z kimkolwiek, a już z prawicą prawie w ogóle. Zostawmy więc te klasyfikacje i zajmijmy się przedmiotem.

    Konserwatywna myśl ma od ponad dwóch wieków problem z wolnym rynkiem. Konserwatyzm jest tradycyjnie nieufny wobec wolności w ogóle, a w wolnym rynku szczególnie widzi niebezpieczne zaprzeczenie wszelkich wartości w imię wolności zysku. Podkreślam: jest to kwestia aksjologii, a nie tzw. „sprawiedliwości społecznej”. Ani sprawiedliwość, ani inne koniki demoliberalizmu, jak demokracja czy wolność, nie są w ogóle wartościami i nie powinny mieć miejsca w tej dyskusji.

    A teraz do bogactwa. Pan Jezus miał rzekomo powiedzieć bogaczowi, że łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu pójść do nieba. Wynikałoby z tego, że wszelkie bogactwa są złem w oczach Pana, skoro wykluczają ze Zbawienia. Tylko że Jezus tego nie powiedział. W Jerozolimie była sławna wąska brama, zwana Uchem Igielnym, przez którą trudno było przeprowadzić wielbłąda (byli nawet specjaliści, którzy za opłatą przeprowadzali wystraszone zwierzęta). A zatem Pan pouczył nas, że trudno wejść bogaczowi do Królestwa Niebieskiego, ale nie jest to wcale niemożliwe.

    Jeżeli damy choćby ździebko swobody gospodarczej, to środki rozłożą się nierówno, ponieważ jedni mają do tego smykałkę, a inni nie; bo jednym zależy na robieniu pieniędzy, a innym mniej. Zabawnym dowodem może być, że pod komunistami, nawet w łagrach, nawet w Oświęcimiu, rozwijał się czarny rynek, który był tylko tym bardziej okrutny i zdeprawowany, im bardziej był zakazany i ścigany. Zmierzam do tego, że jeżeli nie chce Pan, żeby środki gospodarcze rozłożyły się nierówno, to musi Pan skrajnie odebrać ludziom wolność, a i wówczas prawdopodobnie się nie uda.

    A zatem słoniem w dyskusji nie jest wcale bogactwo, tylko wolność. Problem polega na relacji, na skomplikowanym wzajemnym stosunku między wolnością i wartościami. Bogactwo nie jest trudnością, jeżeli jest widziane w sposób tradycyjny, jako chwilowe zarządzanie Bożym Darem. Tak widzieli to wielcy właściciele ziemscy, na wieki przed ekologizmem: Pan dał i może odebrać w każdym momencie, naszym obowiązkiem jest dbanie o majątek nie tylko dla własnej wygody, nie tylko dla swoich spadkobierców, ale także dla setek ludzi pracujących w majątku i zależnych od niego i wreszcie dlatego, że dbamy o Boży Dar. Taka była moralna strona posiadania. Z pewnością nie wszyscy tacy byli, i na pewno ci najgorsi są dziś pamiętani i przedstawiani w czarnych barwach w choliłódzkich filmiszczach, ci którzy gnębili swoich własnych ludzi i tracili majątki, ale to nie znaczy, że pozostali nie mogli przejść przez ucho igielne do Królestwa Bożego.

    Innymi słowy, zgadzam się z Pańskim punktem 4., ale poza tym to chyba nie.

  37. 37 BaSz

    Pisywałem tu już dość sporo, i niemal za każdym razem doprowadzało to do ostrego konfliktu z kol. Michałem. Tedy trudno mi raczej zarzucić skłonność do tego, aby mu bezpodstawnie schlebiać. Mogę więc dość bezpiecznie wypowiedzieć słowa:
    Kolego triarius, myślę, że wypisujesz Waść głupoty, i aby nieco rozumu nabyć, to racz uważnie przeczytać wyjaśnienia Michała, najlepiej 3 razy. Bo w pełni na to zasługują. Topią każdy Twój wywód, wywód, który najwyraźniej wynika nie z bezstronnej, i logicznej analizy świata, lecz z frustracji. Zgaduję, że żadnego znaczącego majątku kolega nie miał szczęścia odziedziczyć, czy tak? Odwracając pewne powiedzenie: nie zrozumie biedny bogatego!

    Do świetnych argumentów kol. Michała niewiele można dodać, ale jednak jest to temat, o którym dałoby się książkę napisać, i to wielotomową. Wybiorę kwestię tego, jakie zmartwienia gnębią spadkobiercę wielkiej fortuny. Sądzisz Tiariusie, że żadne? Błąd, wszak nie ma takich pieniędzy, których by nie dało się stracić! Istnienie majątku nie jest gwarancją jego trwania, już jutro można się obudzić bankrutem. Dysponując pieniędzmi naprawdę wielkimi, nie będziemy walczyć o ich znaczące pomnażanie, wszak wielkie zyski przynoszą jedynie interesy, które łączą się ze znacznym ryzykiem. Tedy optymalną strategią dysponenta wielkiego majątku jest inwestowanie w rzeczy dość pewne. A te (co przecież jest dość logiczne), są wybierane i przez innych inwestorów w podobnej sytuacji. W efekcie, jako że i tu działa prawo popytu i podaży, stopa zwrotu nie będzie zbyt imponująca. No, ale że na kapitał zawsze jest jakieś, raczej duże, zapotrzebowanie, i jest on jednym z lepszych warsztatów pracy, to zyski zazwyczaj będą większe, niż wynalazców nowych rozwiązań. Wszak to oni muszą żebrać o pieniądze, a nie odwrotnie: pieniądze o pomysły.

    W efekcie dysponenci majątków spełniają wielce ważną społeczną rolę: kierują alokacją kapitału, we własnym wszak interesie dbając, aby była jak najbardziej optymalna! — i tej ich roli najwyraźniej nie rozumiesz. Wolałbyś najwyraźniej, aby to robili funkcjonariusze państwowi, czy tak? A dla mnie jest pewne: w sposób oczywisty ich decyzje nie byłyby optymalne, lecz po prostu sprzedajne: dotacje dostawałby ten (i… dostaje!), kto da wyższą wziątkę.
    Przemyśl to Tiariusie, i… nie pitol więcej!
    A dalej, jeszcze o Twojej wypowiedzi:
    świrów i agentury w stylu K*wina — gdy czytam takie słowa, to się zastanawiam, który Departament Ci za to płaci. Wiem, że i kol. Michał ma o JKM-ie zdanie jak najgorsze, ale… kochani! Jest to jedyny polityk, który nie kłamie! Wszystkim innym śnią się po nocach spadające słupki poparcia, a on jeden mówi coś nie dla oklasków, lecz dlatego, że uważa, że powinno to zostać przekazane, aby ludzie wrócili do używania przodomózgowia, a nie starszych ewolucyjnie, emocjonalnie napędzanych fragmentów mózgu.
    Wszystkie siły III RP zgodnie go opluskwiają, zaś media wyrywają takie fragmenty jego wypowiedzi, które doskonale mogą wyśmiać. A on walcząc z wiatrakami, wskazuje na zabobony, których ludzie wyznają miliony. Są to mniemania, nabywane od ludzia do ludzia, na tej zasadzie, że wierzą w to wszyscy, więc to musi być prawda. A nikt, nigdzie i nigdy tego nie udowodnił, ani nawet nie badał! I głupota przekazywana jest z pokolenia na pokolenie, i z jednego ludzia, na kolejnego.
    Aż tu Korwin mówi: kochani, to bzdura! Jest tak-a-tak. TV to puszcza, acz skrzętnie wycinając to, że on to nie tylko uzasadnia, ale i dowodzi! I co wtedy myśli sobie ludź? Ano stwierdza: Ten Korwin jest szurnięty, wszak to co mówi, to się w pale nie mieści!
    Czy i Wam się nie mieści?? To spróbujcie choć czasem po-wyszukiwać jego uzasadnienia!

  38. 38 michał

    BaSzu, jak Ty to robisz, że nawet kiedy się ze mną zgadzasz (rzekomo), to ja nie potrafię się zgodzić z Tobą?

    Pan Triarius z całą pewnością nie mówi „głupot” (za moich czasów mówiło się „głupstw”, ale polszczyzna strasznie schamiała), a wręcz przeciwnie, wyraża poważny problem, moralną trudność, jaką chrześcijaństwo, a w odleglejszej perspektywie konserwatywna myśl, mają z bogactwem, z pieniędzmi, z zyskiem.

  39. 39 BaSz

    Co do Twojego 1 zdania, Michale: bo wiesz, ja taki człowiek raczej zgodny jestem, a zaś Ty — awanturny :)

    Piszesz, że wyraża moralną trudność, jaką chrześcijaństwo (…) — otóż od pewnego czasu tzw. społeczna nauka Kościoła jest w intelektualnej defensywie: nie potrafi bowiem samodzielnie prowadzić analiz, lecz dała się zdominować myśleniu socjalistycznemu. I jest ku temu powód arcyistotny. Pamiętam, że na studiach, acz na innych latach, widać było zakonnice, które studiowały chemię. Z tego co wiem, to wbrew przekonaniom wojujących ateistów, uważających duchowieństwo za rozmodlonych niedouków, wielu z nich kończyło studia z rozmaitych dziedzin: matematyki, fizyki, elektroniki, informatyki etc. etc.
    Warto wspomnieć x. Prof. Józefa Hellera, który jest kosmologiem, cenionym w świecie, a jednym z istotnych kierunków jego zainteresowań, jest tak trudny temat, jak kwantowa grawitacja. Są więc księża wykształceni w naukach ścisłych, z teologią zupełnie nie powiązanych. Ale jest dość istotna luka, jak mi się wydaje: niezwykle rzadko mają za sobą studia obejmujące makroekonomię. Podkreślam, że „makro”, bowiem każdego przyszłego proboszcza uczy się zapewne tej w skali „mikro”, a to po to, aby potrafił gospodarować plebanią, i finansować świątynię. Lecz „wielkiej” ekonomii raczej nie zgłębiają. Wśród nich mała jest więc wiedza o dokonaniach szkoły austriackiej, czy „Chicago boys”. A są to przemyślenia baaardzo ważne, ukazujące źródła bogactwa narodów, oraz tego, jak popadają w nędzę.

    Sam to napisałeś: sztuczne spłaszczanie nierówności musi polegać na ograniczaniu wolności. Kościół chciałby ulżyć losowi najbiedniejszych, ale nie rozumie (ekonomia, ekonomia!), że najlepszym przyjacielem biednego, nie jest socjalista, lecz ten wstrętny kapitalista, który może dać mu pracę, chleb!
    Ale czemu ten drań zagarnia lwią część „wartości dodanej”, czemu zarabia wielokroć tego, co szary prol? To po prostu kwestia prawa podaży, i popytu: na pracę tego ostatniego popyt mały, a podaż spora. I odwrotnie: ludzi, którzy potrafią pokierować przedsiębiorstwem, zapewniając mu jak największe zyski, wciąż jest niedostatek! A jeśli „zyski” to skąd one? Ano z tego, że firma produkuje coś, co ludzie chcą, całkiem dobrowolnie, kupować, czasem wręcz przepłacając. Czyli jest im to bardzo potrzebne, ergo: są zaspokajane ważne potrzeby społeczne. „Ważne” nie w opinii jakiegoś urzędasa, który mógłby coś-tam wesprzeć funduszami państwowymi ( a więc nie swoimi!), lecz tego, kto sięga do własnego wszak portfela!

    Tu zrobię dygresję, ale tylko pozorną: wielbiciele rozwiązań, w których kluczowe dla gospodarki gałęzie przemysły mają na wieki wieków pozostać państwowe, jako olbrzymią zaletę firm pod ową kuratelą podają to, że one nie mogą zbankrutować. Ludzie, luuudzie! To żadna zaleta, to upiorna wada! No bo kiedyż to bankrutuje firma prywatna: ano gdy nie jest w stanie utrzymać sensownych kosztów wytwarzania, pozwalających sprzedawać towary z zyskiem. Aby zaś je sprzedawać mogła, to muszą one być konkurencyjne, czyli lepsze od innych w tej cenie, lub tańsze w tej samej jakości. A co z firmą państwową? Otóż może ona „produkować” deficyt, bowiem swe buble będzie zmuszona sprzedawać poniżej kosztów wytwarzania. A kto ten deficyt ma pokrywać? Państwo, oczywiście, ale ono bierze na to pieniądze od obywateli, więc i od nabywców tego barachła! I tak to płacą oni za złom więcej, niż im się wydaje.

    Czy księżą, hierarchowie, a nawet i profesorowie Pontificia Academia Scientiarum nie dostrzegają, że ulegają intelektualnej nawale myśli po-marksowskiej? Widać gołym okiem, że nie są tego świadomi. A przecież goszyzm to nowa religia, więc nie toleruje konkurencji. I… tak, Michale, muszę to powtórzyć, choć dostaniesz drgawek: na czele tego frontu ideologicznego są Żydzi, którzy porzuciwszy judaizm, stali się najzagorzalszymi wrogami wszelkich religii w ogóle, a katolicyzmu w szczególności. Reszta, to durni naśladowcy, szabesgoje, no i intelektualna 3 liga!

  40. 40 michał

    BaSzu,

    Dostałem drgawek. Kościół jest odbiciem społeczeństwa – niestety. Tak być nie powinno, bo Św. Paweł wołał: nie upodobniajcie się do świata tego! Ale to do Ciebie nie może przemawiać, bo Św. Paweł był Żydem.

    Kiedy mówię o chrześcijańskiej myśli, to nie mam na myśli XX-wiecznych encyklik, czy teologii wyzwolenia, nie mam na myśli lewicowego odchylenia w Watykanie, bo niestety wszystkie upodobniają się do świata tego. Mówię o Ewangelii, o Ojcach i Doktorach Kościoła. To do nich odwoływać się należy.

    I nie wyważaj otwartych drzwi: nie trzeba tutaj mówić, że nacjonalizacja jest skandalem, że państwo jest Lewiatanem i że nie powinno się wdawać ani w służbę zdrowia, ani w edukację, nie mówiąc już o państwowej produkcji niemal czegokolwiek. To jest oczywiste. A że tego nie rozumie świat? No, dlatego właśnie jesteśmy w Podziemiu.

  41. 41 BaSz

    No i?

  42. 42 BaSz

    A jeszcze: piszesz, że Św. Paweł był Żydem — nie przeczę, ale był on autorem koncepcji, aby stworzyć kościół uniwersalny, czyli nie tylko dla Żydów! To on, a nie św. Piotr, jest fundatorem chrześcijaństwa. Jako obywatel Rzymu oczekiwał, że i nie-Żydzi do niego zaczną się garnąć. Wyszedł ponad swe żydostwo, doskonale wiedząc, do czego zmierza. Uniwersalizm nie był niczym istotnym dla pozostałych apostołów.

  43. 43 michał

    To z całą pewnością prawda, toteż dla mnie nie ma znaczenia, jakiego pochodzenia był (czy jest) ktokolwiek. Ale może Ty powinieneś zastosować się do swoich własnych słów I „wyjść ponad własną polskość”?

  44. 44 Przemek

    Panie Michale,
    Jeśli dobrze czytam to w połowie grudnia możemy oczekiwać kolejnego ciekawego artykułu. Z góry dziękuję za wyjaśnienia, to naprawdę jest bardzo trudne do zrozumienia, zwłaszcza z zewnątrz.

  45. 45 michał

    Artykułu na atemat tego, że Corbyn wygrał wybory? Chyba nie. Bo ludzie wiszący na latarni, nie pisują artykułów.

    Jeżeli Farage wystawi kandydatów w każdym okręgu wyborczym, to podzieli głosy tych, którzy są za odejściem z niuni, a wtedy Johnson przegra wybory, co otworzy drogę do koalicyjnego rządu – zielonych, żółtych, różowych i czerwonych – w którym Corbyn będzie dobrym wujaszkiem, a McDonnell dostanie w swoje ręce sakiewkę z pieniędzmi, policję i wojsko.

    I to będzie koniec Wielkiej Brytanii.

    (Ale może BoJo wygra, co daj Panie Boże!)

  46. 46 BaSz

    No tak:
    Jeżeli Farage wystawi kandydatów w każdym okręgu wyborczym, to podzieli głosy tych, którzy są za odejściem z niuni, a wtedy Johnson przegra wybory
    — swoistym paradoksem każdej sceny politycznej jest, że ktoś, kto ma zbliżone do nas poglądy, staje się groźniejszym wrogiem od tych, co uważają „wręcz przeciwnie”! Bo aspiruje do tego samego elektoratu. To zagadnienie wielce istotne, i warto mocno się nad nim zstanowić.

    I znów podłożę się kol. Michałowi, który nie cierpi Michalkiewicza, i JKM-a: oni naprawdę propagują idee wielce zbliżone do pana-michałowych, ale to go najwyraźniej jedynie w***wia! „No jak to, to Ja, i tylko Ja jestem tym prawdziwym prawicowcem”!

    Łajdaki doskonale dogadują się „ponad podziałami”, bo gdy chodzi jedynie o kasę, to kryteria są raczej proste: „tyle tobie, tyle nam”. A gdy rzecz idzie o idee, to żadnej-tam prostoty nie uświadczysz! Tylko postawy skrajne: albo-albo!

  47. 47 michał

    Co za kolega? Jaki kolega? Tylko nie kolega!

    Ta rzekoma zasada każdej sceny politycznej jest – jak większość tego rodzaju zasad – do niczego. Czasami tak bywa, ale równie często nie. W żadnym jednak wypadku nie da się zastosować do Farage’a i Johnsona. Ale ja się na tym nie znam. Nie jestem demokratą. Mało mnie interesują aspiracje elektoratu (tudzież zagadkowe „aspiracje do elektoratu”).

    Jak dotąd nie miałem Cię za postmodernistycznego wysmrodka spod ogona Foucault (choć ten Michalkierwicz powinien był mi podsunąć takie koligacje), ale widać on już wszędzie wpełzł. Nie, nie idzie tylko o władzę. Nie, nie idzie wcale o „tyle tobie, tyle sobie”. Nie, nie wszystko da się sprowadzić do tego rodzaju prostych rachunków. Jeszcze nie. Ale nie wykluczone, że już niedługo tak będzie, gdy gówno równomiernie rozpełznie się wszędzie.

  48. 48 BaSz

    Czytam, czytam, i nachodzi mnie myśl jedna:
    Michale, podkręć jasność!

  49. 49 michał

    Który punkt wydaje Ci się niejasny?

  50. 50 BaSz

    Aaa, czyli nie-nie-nie-kolega? Tak po 3-kroć, niecierpliwie, i nerwowo. Na jakiś odcisk nastąpnąłem, czy-co? No jeśli tak nalegasz, tedy zmieniam tytulaturę: czy Wasza Upierdliwość był łaskaw komentować ten mój tekst, (bo na to mi nie wygląda!) słowami „Jak dotąd nie miałem Cię za postmodernistycznego wysmrodka spod ogona Foucault” — Ha! Czyli od teraz już do wspomnianej rangi „wysmrodka ” awansowałem? Czy może mi Wasza Upierdliwość wyjaśnić, co jest takiego „postmodernistycznego” w moich rozważaniach?

    Już gdzieś tak po raz 58 odnoszę nieodparte wrażenie, że w tym, co napiszę, irytuje Cię jedno, a napadasz za co insze, choć po wielokroć tu obwieszczałeś wszem, i wobec, że nie interesuje Cię to-czy-tamto (hm, ideologia?) lecz tylko i wyłącznie prawda. Czy aby… na pewno? Bo odnoszę wrażenie, że Twój wpis nie dotyczy mojego wcześniejszego tekstu, ale jakiegoś zupełnie innego! Bo nijak się ma o tego, co ja napisałem faktycznie, a mam jakieś przekonanie, że dyskutujesz z tym, co sobie postanowiłeś dośpiewać. A czy ja za takie trele mogę odpowiadać?

    Nie, nie idzie tylko o władzę. Nie, nie idzie wcale o „tyle tobie, tyle sobie”. Nie, nie wszystko da się sprowadzić do tego rodzaju prostych rachunków.” — może dla Ciebie, i pewnie dla każdego idealisty. Ale ilu takich idzie uprawiać politykę, ilu? Tam pchają się nade wszystko ludzie chorobliwie wręcz ambitni, w sposób, który drzewiej, gdy rządziła (dla króla) arystokracja — był nader rzadki. Oni, tak jak ci dawni purpuraci, domagają się od swych Prezesów (takich, czy siakich) aby im dali jakieś „księstwo” w wyłączne władanie: Urząd Wielce Ważny, lub chociażby jakiś urzędzik. No i oczywiście odpowiednie apanaże! A szanowni prezesi pilnują przestrzegania zasady: My nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych! Właśnie w myśl tej nadrzędnej: tyle tobie, tyle sobie. Cóż takiego wielce dziwnego dostrzegłeś w tym, że łajdacy dogadują się łatwo (bo problemem spornym jest tylko i wyłącznie „ile”), zaś idealiści będą roztrząsać różnice dookoła Wojtek? Latami dzieląc włos na dwanaście… Ja wiem, tak być nie powinno, ale… jest! Nie można obrażać się na rzeczywistość.

  51. 51 michał

    Ad 1. Tak.

    Ad 2. Nie. Amicus Plato sed magis amica veritas. Ideologia mnie nie interesuje.

    Ad 3. Idealizm nie ma z tym nic wspólnego. Idealizm jest przekonaniem, że mamy tylko nasze poznanie, a nie wiemy nic o realnym świecie, więc – pudło.

    Sub specie aeternitatis. Wojtek nie ma z tym także nic wspólnego.

  52. 52 Przemek

    Panie Michale,

    Tak z daleka co można poczytać na popularnej witrynie w Polsce. Zaznaczam, że nie znam portalu opendemocracy.com Tu chyba błąd w podaniu źródła, bo strona to, moim zdaniem, opendemocracy.net
    To tak gwoli ciekawości, choć jak pamiętam niewiele to Pana interesuje co tu się dzieje. Ale takie informacje trafiają.

    Link: https://www.opendemocracy.net/en/dark-money-investigations/revealed-russian-donors-have-stepped-tory-funding/

    A tu tłumaczenie z portalu:
    Według śledztwa przeprowadzonego przez portal openDemocracy, rosyjscy oligarchowie coraz hojniej wspierają brytyjską partię konserwatywną. Opozycja zarzuca premierowi Borisowi Johnsonowi blokowanie raportu, który stawia go w niekorzystnym świetle i podkreśla jego związki z rosyjskimi miliarderami.
    Partia Konserwatywna otrzymała wpłaty od dziewięciu rosyjskich darczyńców, których wymieniono w raporcie na temat ingerowania Rosji w politykę brytyjską. Raport miał zostać opublikowany w tym tygodniu, ale został zablokowany przez Johnsona ze względu na obawy, że zawarte w nim informacje zaszkodzą szansom premiera na wygranie zbliżających się wyborów parlamentarnych.
    Wśród darczyńców wymienionych raporcie ma być Aleksander Temerko, który pracował dla rosyjskiego ministerstwa obrony i wcześniej chwalił się, że brytyjski premier jest jego „przyjacielem”. Oligarcha przekazał konserwatystom ponad 1,2 mln funtów w ciągu ostatnich siedmiu lat.
    Wśród innych rosyjskich darczyńców ma znajdować się m.in. Luba Czernuchin, żona powiązanego z Kremlem Władimira Czernuchina. Kobieta zasłynęła tym, że na jednej z aukcji zapłaciła 160 tys. funtów za mecz tenisowy z Johnsonem i byłym premierem Davidem Cameronem. W ubiegłym roku przekazała konserwatystom ponad 45 tys. funtów.
    Opozycyjna Partia Pracy oskarżyła Johnsona o próbę zatuszowania jego związków z rosyjskimi oligarchami. – Torysi zablokowali ten raport i sprzeciwiają się przejrzystości podatkowej, tak aby ich miliarderzy mogli nadal łupić nas bez żadnych problemów – powiedział koordynator ds. wyborów Partii Pracy Andrew Gwynne.
    Źródła które dotarły do raportu uważają, że podkreśla on liczne powiązania między donatorami brytyjskiej partii a rosyjskim Federalnym Biurem Bezpieczeństwa. – Interesujące jest to, jak bliskie są lub były niektóre z tych osób w stosunku do FSB – twierdzi jedno z anonimowych źródeł.
    Partia Konserwatywna twierdzi, że „nie przyjmuje zagranicznych darowizn, ponieważ są nielegalne”. „Wspomniane wyżej osoby od wielu lat mieszkają w Wielkiej Brytanii i są obywatelami brytyjskimi, co daje im demokratyczne prawo do przekazywania wpłat na rzecz partii politycznych” – tłumaczą politycy.
    Źródło: opendemocracy.com

  53. 53 michał

    Panie Przemku,

    Nie bardzo rozumiem, o co chodzi z tym ‚net’ i ‚com’, ani co to ma wspólnego z moim brakiem zainteresowania dla wewnętrznych przepychanek w prlu bis.

    Oczywiście nie czytuję tak żenująco lewackich produkcji, jak witryna opendemocracy (niech Pan koniecznie zajrzy, co mają do powiedzenia o 1989 roku https://www.opendemocracy.net/en/can-europe-make-it/1989-revolutions-and-peace-movement/ – genialny bełkot), choć być może powinienem częściej zaglądać, bo to jest tak absurdalne, że aż wciąga jak zły czeski film.

    Natomiast co do meritum, to oni piszą tylko o tym, co jest rzekomo przedmiotem raportu komisji parlamentarnej. Ale ten raport jest tajny i nikt nie wie, co w nim jest, bo byłoby złamaniem prawa opublikowanie choćby jego części, a nawet mówienie o jego zawartości merytorycznej może spowodować pociągnięcie do odpowiedzialności karnej. Zatem lewacy z openwhatever też nie wiedzą, a zaledwie spekulują. I na pewno nie mają żadnych „źródeł, które dotarły do raportu”.

    Czy zdziwiłoby mnie, że Torysi biorą pieniądze od sowieciarzy? Dlaczego miałoby mnie dziwić? Torysi nie są, i nigdy nie byli, konserwatystami. Pieniądze od sowieciarzy biorą wszyscy i jest to, z mojego punktu widzenia, równie naganne, co skandaliczne, w każdym wypadku. Jest jednak zasadnicza różnica między Borysem Johnsonem i tow. Corbynem. Jest to taka sama różnica, jak między księciem Lwowem i Wołodią Iliczem.

  54. 54 Przemek

    Panie Michale,
    W linku który Pan podał naprawdę bzdury. Zupełnie nie rozumiem dlaczego zdjęcie p. Jacka Kuronia, którego bardzo szanuję, choć niekoniecznie zgadzam. Bełkot. Przykład podałem aby pokazać jak można odbierać sytuację w GB nie znając realiów. Co oczywiście nie znaczy, że z Pana interpretację przyjmuję jako pewnik. Z ciekawością i lekkim (bo z daleka) niepokojem oczekuję dalszych wydarzeń.

  55. 55 michał

    Panie Przemku,

    Trzeba odróżniać fakty od opinii. Z faktami się nie dyskutuje, natomiast żadnej opinii nigdy nie należy „przyjmować za pewnik”, bo niby dlaczego? Cały problem współczesności można sprowadzić do tego, że propagandę przyjmuje się za opinie, a opinie redukuje się do propagandy, po czym obie odrzuca się arbitralnie lub przyjmuje za pewnik (również arbitralnie).

    Efektem jest, że dyskusja staje się wzajemnym przekrzykiwaniem.

    Zatem bardzo Pana proszę: nigdy, przenigdy niech Pan nie przyjmuje moich opinii bezkrytycznie.

  56. 56 Paweł

    Teraz prawica krzyczy, że jest zmasowany atak na Stanisława Michalkiewicza ze względu na jego antysemickie wypowiedzi.
    Oczywiście, jak zawsze nikomu się nie chce wypowiedzieć na temat meritum. A chodzi tylko o to, że poprzez wypowiedzi Michalkiewicza (i Ziemkiewicza) Józef Mackiewicz jest błędnie łączony z z antysemityzmem.

    Michalkiewicz z jednej strony publikuje całe książki przeciw Żydom (nazywa się to”prawda o Żydach”, a z drugiej wypowiada się po prostu niezręcznie. Wszystko to u niego się idealnie łączy.

    Przykład? Z satysfakcją powtórzył ponury autoironiczny żart Fejgina, iż aresztowany został przez komunistów jako”parch pro toto”. Gdy dwóch mówi to samo to to nie jest to samo.
    Gdy tak mówił Fegin to był żart autoironiczny, gdy tak powiedział Michalkiewicz to był żart antysemicki.

    https://www.dorzeczy.pl/kraj/121614/jego-obecnosc-w-kapitule-kompromituje-nagrode-rodzina-mackiewicza-wydala-oswiadczenie-ws-michalkiewicza.html

  57. 57 michał

    Panie Pawle,

    Ta rzekoma „prawica”, to nacjonaliści, a nacjonalizm (wbrew rozpowszechnianym przez lewicowców pogłoskom) jest ideologią lewacką. Wywodzi się z rewolucji antyfrancuskiej i ma po swojej stronie takie tuzy myśli jak Adolf Hitler z jego nazional-sozialismus. Ci wszyscy Michalkiewicze są na lewo od ściany, która oddziela myśl konserwatywną od wachlarza post-jakobińskiego pseudo-podziału lewo-prawo.

    To raz, a dwa, że ani Michalkiewicz ze swymi antysemickimi kupletami, ani jego „nagroda”, nie mogą w żaden sposób zaszkodzić wielkiemu pisarzowi, z którym nie mają nic wspólnego.

    Na koniec wreszcie śmieszy mnie bardzo nagła niechęć Orłosia do Michalkiewicza. O ile mnie pamięć nie myli, to sam był członkiem tej antymackiewiczowskiej „kapituły”, i co? Nie wiedział wówczas, z kim ma do czynienia? Orłoś był członkiem założycielem „bandy czterech”, o której pisaliśmy tu wielokrotnie, a teraz nagle mu przeszkadza taka kreatura jak Michalkiewicz?

    Ech, wart Pac pałaca…

  58. 58 Paweł

    Panie Michale, Kazimierz Orłoś wystąpił z kapituły nagrody w roku 2006, właśnie ze względu na antysemickie publikacje Michalkiewicza.

  59. 59 michał

    Otóż to. Czy sądzi Pan, że Michalkiewicz ukrywał swoje poglądy do 2006 roku? Nie wydaje mi się.

    Ale właściwie, co za różnica? Obaj podpierają się Mackiewiczem, obleśnie gęby sobie nim wycierają. To jest oczywiście ich prywatna sprawa. Ale obiektywnie ważne jest, że ich nieznajomość jego pisarstwa tylko kompromituje obu.

  60. 60 Paweł

    Panie Michale, Pan zbyt wysoko ocenia znajomość pisarstwa Michalkiewicza do roku 2006. Był na pewno znany w kręgach nacjonalistycznych. W roku 2003 opublikował książkę „Studia nad żydofilią”, ale ludzie jakoś to przetrzymali.

    Z czego Pan wnosi o nieznajomości przez Orłosia pisarstwa Józefa Mackiewicza?

  61. 61 michał

    Osobiście, nie znam „pisarstwa” Michalkiewicza, ani znać nie chcę. To, co przeczytałem, wydawało mi się na bardzo niskim poziomie. Nie byłem świadom, że napisał taką książkę w roku 2003, ale w takim razie tym bardziej tylko oczywiste musiało być dla Orłosia, kto zacz.

    O nieznajomości pisarstwa Mackiewicza przez Orłosia wnoszę na podstawie tego, co miał na ten temat do powiedzenia. A czy istnieje jakakolwiek inna możliwa podstawa?

  62. 62 Paweł

    Rozumiem.

    A czytał Pan rozmowę z Orłosiem, gdzie m.in. mówi o swoim spotkaniu z Józefem Mackiewiczem? Ciekawa jest prognoza autora „Kontry” na temat ewolucji Sowietów:
    http://www.jozefmackiewicz.com/ojm035.htm

  63. 63 michał

    Owszem, Panie Pawle, czytałem i to jest nonsens. Nawet zresztą pisałem o tym, bo to jest rzadki nonsens. On nie rozumiał w ogóle, co Mackiewicz do niego mówił. Podobnie zresztą jak Mackiewiczówna, która chciała „poprawić Zwycięstwo prowokacji”, bo ojciec nie rozumiał.

    Mackiewicz nie „prognozował ewolucji sowietów”. Wręcz przeciwnie. Uważał, że postulat ewolucji jest elementem sowieckiej prowokacji; prowokacji, która polegała na podsuwaniu ludziom rzekomych dowodów na to dokładnie, czego pragnęli. Ale Orłoś nie czytał Mackiewicza, więc nie wie.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.