III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Jak do tego doszło? – oto jest pytanie.  Legło ono u podstaw wielkiej literatury: jak to się stało, że dumny zwycięzca Troi stał się żebrakiem w swym własnym domu?  Ale może być także źródłem dociekań historycznych, np. w jaki sposób potężne cesarstwo rzymskie padło pod ciosami barbarzyńców?  A niekiedy staje się zaczątkiem politycznych rozważań: co doprowadziło nas do stanu, w którym jesteśmy?  W tej ostatniej kategorii znajduje się na ogół najlepsza publicystyka polityczna.  Czytałem ostatnio kilka książek, których autorzy próbują prześledzić wydarzenia ostatnich trzydziestu lat z hakiem, by zrozumieć, jak doszliśmy do zdumiewającej współczesności.  W jednej z nich znalazłem następującą wypowiedź:

Nawet wówczas, gdy dziesiątki tysięcy rzekomo zdemoralizowanych oficerów zrezygnowało ze służby, by robić interesy, część systemu po prostu zeszła do podziemia.  Jak Putin przy Sobczaku, „pozostali w cieniu”, powiedział pewien pośrednik z kgb, który zgodził się udzielić wywiadu pod warunkiem, że pozostanie anonimowy.  „Nie pozbyli się w rzeczywistości niczego.  Zmienili fasadę i zmienili nazwę, ale nic się nie zmieniło naprawdę.”

Są to słowa jednego z wielu anonimowych informatorów Catherine Belton, autorki nowej książki o „ludziach Putina”. [1] Rzecz jest napisana przez dziennikarkę Financial Times i Reutera, ale ma raczej formę kryminału, w którym trup ściele się gęsto i, choć od początku wiadomo, kto jest winien, to trudno dociec, w jaki sposób zdołał to wszystko osiągnąć i dlaczego cały świat z taką łatwością dał się nabrać.  Autorka do pewnego stopnia skupia się na finansach, choć nie ogranicza się do nich; śledzi tropy finansowych transakcji, szuka źródeł rzeki pieniędzy i próbuje znaleźć jej ujścia, wedle zasady follow the money; wskazuje na jednostki, które poruszają i potrząsają, ale próbuje także rzucić snop światła na tych, którzy pozostali w cieniu; słusznie cofa się w czasie, żeby spojrzeć z innej perspektywy na dzisiejszą Moskwę, by zrozumieć zjawisko, które nazywa szumnie „Rosją”.  Idzie wstecz, do lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, do lat stagnacji, aby wykazać, że w machinacjach Andropowa i politbiura jest źródło współczesności. – Dlaczego nie do poprzednika Andropowa, Aleksandra Szelepina? – zapyta ktoś. – Ponieważ nie czytała Golicyna – odpowiem.  Ale właściwie, dlaczego nie do lat dwudziestych i leninowskiego nepu?  Dlaczego nie do roku 1917, kiedy rosyjska gospodarka upadła, by już nigdy się nie podnieść?  To Lenin wprowadził „kapitalizm państwowy”, który tak owocnie zapłodnił wyobraźnię Deng Xiao-pinga po siedmiu dekadach.  Wedle Belton, sowieciarze zaczęli kombinować w latach 70., jak wykorzystać przyjazne zachodnie firmy dla swoich celów, ale czy było w tym coś nowego?  Lenin, kapitaliści i sznur – czy można coś do tego dodać?  Belton uważa, że można.  A zatem pójdźmy tropem jej rozważań, a może dowiemy się czegoś na temat źródeł wydarzenia, które niektórzy do dziś nazywają „upadkiem komunizmu” – i jego konsekwencji.

Partia miała własne finanse, niezależne od państwa – nu! zdawałoby się, wiadomo.  Równoległość aparatu państwowego i partyjnego była jedną z naczelnych charakterystyk sowieckiego systemu.  Dziś wszakże, okazuje się rewelacją, że partia kupowała ropę po ustalonych z góry (i bardzo niskich) cenach, a sprzedawała ją zagranicą, niekiedy z dziesięciokrotnym zyskiem w twardej walucie.  Czyżby, dla zrównoważenia, handel ziarnem (na dokładnie takich samych zasadach) był domeną sowieckiego pseudo-państwa?  O tym Belton nie mówi, wiadomo jednak, że tak właśnie postępowano nawet w czasach najgorszego głodu w latach 30., kiedy sowiety pozostawały niezmiennie poważnym eksporterem zbóż, a dochody z handlu żywnością rozdzielano między partię, państwo i komintern.  Tylko że sprzedaż milionów ton zboża to jedno, a handelek stosunkowo małymi transportami ropy o rzadkiej specyfikacji, to co innego.  By przeprowadzić takie operacje bez zwracania uwagi, potrzeba było „przyjaznych ludzi na Zachodzie”, a kontakty z nimi umożliwiało kgb; ściślej, wywiad kgb, czyli to, co do dziś nazywa się z czułością, „wspólnotą agentów wywiadu” wewnątrz kgb.  W rezultacie kagiebiści nadzorowali przepływ partyjnej gotówki między „przyjaznymi firmami” i podwójnie zamkniętymi kontami bankowymi w równie przyjaznej Szwajcarii (nawet bank nie wiedział w owych czasach, kto jest właścicielem podwójnie zamkniętego konta), a terrorystami i komunistami na Zachodzie.  „Komuniści na Zachodzie”, to była etykietka równie wygodna i pojemna, co „przyjazne firmy”.  Był to w istocie ogromny wór pojęciowy, który obejmował partie komunistyczne, działające otwarcie, oraz, pozornie im wrogie, nie-komunistyczne ugrupowania lewicowe; mieścili się w nim agenci wpływu pośród ludzi literatury, sztuki i mediów wraz z nieskończoną ilością pożytecznych idiotów; wór zawierał terrorystów i ekstremistów wszelkiej maści, ale także najtajniejszą z tajnych, sieć nielegałów, tj. głęboko zakonspirowanych agentów.  Krótko mówiąc, poprzez kgb kompartia kontrolowała „czarną forsę”, pieniądze, których pochodzenia nie można było z łatwością dociec, i które mogły być użyte na wiele celów, od finansowania terroru, przez legalne wydawnictwa, aż do moszczenia własnego gniazdka przez poszczególnych agentów włącznie.  Jest to system stosowany od dziesiątków lat przez bandytów, międzynarodowe gangi, mafię, tzw. zorganizowaną przestępczość.  Wśród sowieckich bandziorów czarna forsa znana jest jako obszczak.  Warto zapamiętać to słowo, bo powróci jeszcze w opowieści Belton.

Operacja Łucz

Wołodia Putin wielokrotnie podkreślał, jaki wpływ wywarło na niego „milczenie Moskwy”, gdy żądał pomocy dla czekistów oblężonych w drezdeńskiej willi pod koniec 1989 roku. [2] Był gotów przyjąć, że sowiety utraciły swą pozycję, „intelektualnie rozumiał”, że „pozycja oparta na murach” nie może trwać, ale należało stworzyć nową pozycję, a nie rzucić wszystko w diabły i wyjechać do Kisłowodzka, jak rzekomo postąpiła „Moskwa” w roku 1989.  Milczenie Moskwy stało się dla niego symbolem paraliżu władzy, do którego nie zamierzał więcej dopuścić.  Trudno oprzeć się wrażeniu, że Putin próbował tu dyktować narrację.  Nie inaczej było z wyrzekaniem na marksizm i pochwałami pod adresem rynkowej gospodarki.  Catherine Belton wie o wiele więcej niż autorzy wcześniejszych książek o Putinie, ale i tak daje się nabrać.  Ma jednak rację, gdy kładzie nacisk na rozwianie legend wokół służby młodego Wołodii w kgb.  Według jego własnych wspomnień, miał się tam nudzić śmiertelnie, bo prowincjonalne Drezno było martwe, gdy prawdziwa rozgrywka wywiadów toczyła się w Berlinie.  Miał wówczas pić tak dużo piwa, że przybrał 12 kilo na wadze (choć fotografie tego nie potwierdzają).  Wedle Gessen (podobnie jak wg oficjalnej biografii), placówka w Dreznie, z dala od mieniącego się możliwościami Berlina, była szpiegowską mielizną – tak nie było.

Znalazł się w Dreznie w 1985 roku, prosto ze szkoły szpiegowskiej.  Pod pokrywką prowincjonalnego, nudnego miasteczka, Drezno było centrum przemytu zachodniej technologii do wschodniego bloku.  Markus „Misza” Wolff, sławny szpieg stasi, zakładał przez lata wiele frontowych firm w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i Lichtensteinie, a także rekrutował pracowników wielkich firm zachodnich, tworząc w ten sposób sieć nie dla stasi, ale dla kgb.  Wiemy, że Putin zajmował się w Dreznie rekrutacją studentów wraz z agentem stasi, imieniem Matthias Warnig.  Nazwisko to warto zapamiętać.  Warnig był wschodzącą gwiazdą stasi, mistrzem rekrutacji i skutecznym szefem departamentu zajmującego się nabywaniem technologii.  Putin tymczasem, był sekretarzem komórki partyjnej w Dreznie i jego pozycja była na tyle wysoka, że w 1989 roku osobiście nadzorował niszczenie enerdowskich akt.  W pierwszym rzędzie niszczył akta kgb, ale okazuje się, że stasi byli również zobowiązani oddać swe dokumenty w jego ręce.  Dwanaście ciężarówek akt wywiezione zostało do Moskwy.  Zarówno Misza Wolf, jak i Władymir Kriuczkow, twierdzili, że nigdy nie spotkali Władymira Putina, i że nie brał udziału w ściśle tajnej operacji Łucz, ale zachodnioniemiecki wywiad był – i jest – innego zdania.

Wyjazd Putina z Drezna został przygotowany przez generała Jurija Drozdowa, legendarnego szefa sekcji nielegałów, który spotkał się z młodym oficerem w lutym 1990 w Berlinie.  Tyle wiadomo na pewno – o ile cokolwiek w takich sprawach można wiedzieć z pewnością – więc co naprawdę robił młodzieniec w cichym Dreznie pod koniec lat 80.?  W rzeczywistości, Putin był odpowiedzialny za sieć nielegałów (nie wiadomo w jakich krajach) oraz bezpośrednio prowadził bandę Baader-Meinhoff, tzw. Rote Armee Fraktion, której niedobitki mieszkały w Dreznie.  Fakt ten ma daleko idące konsekwencje, ponieważ bandyci z frakcji armii czerwonej dokonali swego najsłynniejszego zamachu – w trzy tygodnie po „upadku muru berlińskiego”! – gdy zamordowali prezesa Deutsche Bank, Alfreda Herrhausena, bliskiego doradcę kanclerza Kohla.  Atak dokonany został z najwyższą precyzją, a bomba była tak niezwykle technicznie zaawansowana, że zamach pozostał zagadką przez lata, do czasu aż ustalono, że stasi pracowali nad taką właśnie bombą. [3] Belton jest zdania, na podstawie rozmów z byłym członkiem gangu, że zamach był dziełem Putina, choć dowody na to są tylko pośrednie.  Najważniejszą częścią tajemniczej operacji Łucz było bowiem zapewnienie finansowej strony utrzymywania śpiącej sieci na Zachodzie.  W czasie likwidacji ogromnej organizacji stasi, zniknęły miliardy marek, które po latach wytropiono w firmach w Szwajcarii, Lichtensteinie i Singapurze, założonych przez Martina Schlaffa, austriackiego biznesmena, najpewniej na zlecenie Wolffa.  (W wiele lat później dochodzenia w Niemczech ustaliły rolę Schlaffa, który został oskarżony o defraudację, ale szwajcarskie sądy odrzuciły pozew.)  Przygotowując się do nadchodzącego „upadku komunizmu”, kagiebiści pragnęli kontrolować jego skutki.  W roku 1989 wydawać się mogło, że Deutsche Bank był najlepiej sytuowany, by finansować przyszłą prywatyzację enerdowskich firm, głównie dzięki dynamicznej osobowości Herrhausena.  Tymczasem Putin miał doprowadzić do sytuacji, w której konkurencyjny Dresdner Bank mógłby czerpać zyski z prywatyzacji, gdyż miał swego człowieka w tym banku, niejakiego Matthiasa Warniga, tegoż samego oficera stasi.  Czy pod wodzą Herrhausena, Deutsche odegrałoby taką rolę w dalszym ciągu tej historii, jak zobaczymy w następnych odcinkach opowieści?  Prawdę mówiąc, chciwość kapitalistów nie zna granic.

Belton opisuje to wszystko uczciwie, ale pomimo to, co chwila powraca do utartej narracji, jak to demokracja zwyciężyła we wschodniej Europie.

Część KGB planowała bardziej stopniowe przejście [do gospodarki rynkowej], w którym kagiebiści zachowaliby wpływy i zakulisową kontrolę.

Słyszeliśmy tę historię do znudzenia: sprawy wyrwały się spod kontroli.  Jak bardzo się „wyrwały”, opisuje w szczegółach Andrzej Dajewski na stronie Jesień demoludów: tajne policje rozpoczynały przemiany w jednym kraju, a gdy im wszystko umykało spod kontroli, to próbowały w innym, aż wreszcie, gdy już kagiebiści stracili panowanie nad sytuacją w całym bloku, to zapoczątkowali takie same „reformy” w raju krat, w sowieckiej ojczyźnie.  Wot, durnaja gołowa, wsio zabyła…

Mimo to, Belton jest gotowa przyznać, że to, co zastąpiło poprzedni reżym, było tylko częściową zmianą warty.  Jelcyn rozbił machinę kgb na cztery osobne służby, przez co stworzył Hydrę o wielu głowach – jej słowa, nie moje.  Belton utrzymuje, że rozpoczęta w połowie lat 80. operacja Łucz (czyli Promień, czyżby miał to być promień nadziei?) – operacja ta opisywana bywa dzisiaj różnie, np. jako akcja zdobycia zachodniej technologii lub, komicznie, jako próba rekrutacji enerdowskich aparatczyków dla głasnosti – była w rzeczywistości operacją pozostawienia tajnych struktur na Zachodzie, po nadchodzącym „upadku komunizmu”.  Oczywiście, cudzysłów (wraz z bezwstydną ironią) pochodzą tu ode mnie, nie od autorki.  Belton formułuje opinię, którą słyszeliśmy powtarzaną do znudzenia: postępowe elementy kgb (np. ten słynny postępowiec, Andropow) pracowały już od wczesnych lat 80., nad wprowadzeniem wolnego rynku do sowieckiej gospodarki, przy zachowaniu kontroli nad nią.  Markus Wolf, szef enerdowskiego wywiadu, nagle, w 1986, zrezygnował ze swojej sieci agentów w zachodnich Niemczech, stał się poplecznikiem pierestrojki, i opuścił szeregi stasi (ironia w tym wypadku pochodzi od Belton!), pomimo że, jak później udowodniono, pobierał nadal pełną pensję.  Patrzymy więc na te same wydarzenia, te same zabiegi i fakty, ale widzimy je całkowicie na odwrót: jej zdaniem upadek był przewidywalny, autentyczny i wręcz nieunikniony, więc inteligentni czekiści przygotowywali się do niego, a moim zdaniem, sprokurowali „upadek” (niekiedy z wielkim trudem), po czym zrobili wszystko, żeby uczynić go wiarygodnym, ale przez cały czas przygotowywali się do jego następstw.  Rozwój wydarzeń, wpływ na ich kierunek, konsekwencje posunięć, nadzór, były dla nich wszystkim.

A jednak Belton sama przytacza, że w 1988 roku kgb wysłało do enerdowa Borysa Łaptina z tajną misją stworzenia tajnej sieci agentów, osobnej i równoległej do sieci kgb.  Sieć taka mogłaby działać w zjednoczonych Niemczech bez obawy kompromitacji związkami ze stasi lub z kgb, ale w jakich celach, skoro komunizmu już wówczas miało nie być?  Wolff i Warnig, Drozdow i Putin, Łaptin i Kriuczkow, byli częścią operacji Łucz, kluczowego elementu prowokacji, którą wielu do dziś nazywa „upadkiem komunizmu”.

Operacja „bezrobotny kagiebista poszukuje zatrudnienia w celach zarobkowych”

Po powrocie z enerde, zamiast zająć ciepłą posadkę w centrali, Putin „otrzymał rozkaz powrotu do rodzinnego Leningradu”, gdzie „włączył się w demokratyczną politykę”.  Próbował pracować dla Starowojtowej (sam zwrócił się z propozycją, że będzie jej kierowcą lub gorylem), ale odrzuciła jego ofertę – z pogardą czy z lękiem, nie wiadomo, ale czy można się jej dziwić?  Znalazł nisko płatną posadę na uniwersytecie i tam rzekomo „wpadł w oko” Sobczaka, nowej gwiazdy polityki sowieckiej.  W rzeczywistości, Putin został prawą ręką burmistrza Leningradu z rozkazu kgb, ale według niemieckiego wywiadu, Sobczak także od dawna pracował dla kgb.  Kiedy „wybuchł pucz w Moskwie”, Sobczak mógł bezkarnie okazywać odwagę w obronie demokracji, bo Putin równocześnie prowadził zakulisowe rozmowy z kgb „na zakodowanych liniach komunikacyjnych”.

Nie będziemy się ponownie zajmować żałosnym spektaklem buntowszczyków w pijanym widzie, ani ich dzielnych oponentów, przemawiających z czołgów w zamroczeniu alkoholowym.  Niektórzy nawet nazywają tę komedię „ostatecznym upadkiem komunizmu”.

We wczesnych latach 90., po tym, jak komunizm upadł, zczezł i rozwiał się niczym widmo, próbowano rozwikłać finanse widmowej partii.  Niestety, odpowiedzialni za nie aparatczycy padli ofiarą upiornej epidemii; być może wskutek interakcji z widmem, wszyscy rzucali się z okien wysokich budynków (do dziś nie znaleziono szczepionki na tę zarazę, w większości wypadków śmiertelną).  Wśród nielicznych dokumentów, które przetrwały kradzieże, morderstwa, choroby zakaźne i prozaiczne palenie akt, by w końcu ujrzeć światło dzienne, były dowody, że 5 grudnia 1989 roku 22 miliony dolarów wpłynęło na konto partii dla pomocy lewicowym organizacjom na świecie, kropla w morzu 12 miliardów dolarów, które zniknęły z kont partyjnych w ostatnich latach oficjalnego istnienia sowietów.  Kiedy Gorbaczow doszedł do władzy, sowiety posiadały ponoć 1200 ton złota.  W 1990 roku po tych rezerwach nie zostało śladu.

Dochodzenia sowieckich prokuratorów ustaliły, że pieniądze były przekazywane przyjaznym firmom na Zachodzie, które działały jako pralnie do pieniędzy.  Pośród setek firm nieznanych lub drzemiących i pozbawionych dochodów (oprócz przekazów z Moskwy), były także firmy sławne, jak Olivetti, Siemens, Fiat lub Pergamon Press, Roberta Maxwella.  Maxwell zginął w niewyjaśnionych okolicznościach na swym jachcie, na kilka dni przed ogłoszeniem tych rewelacji.  Przyjazne firmy wspomagały sowiecki eksport lub dostarczały sowietom technologii, a przepływ funduszy umożliwiał ukrycie prania pieniędzy lub przekazywania ich dalej.  W zachodnich oczach, najdziwniejsze wydawało się, że nawet zupełnie oficjalny eksport sowiecki był także używany dla wysysania pieniędzy z sowietów, w czasach gdy, zdawałoby się, tak bardzo potrzebne im były obce waluty.  W późnych latach 80. wysysanie gwałtownie się wzmogło: góry aluminium, miedzi i tytanium szły na Zachód, ale pieniądze też pozostały na Zachodzie.  Obok przyjaznych firm były także fundacje, organizacje charytatywne, fundusze, firmy maklerskie i, ulubione przez wszystkich gangsterów na świecie, firmy eksportowo-importowe, a każda z nich była także frontem, była przykrywką dla przyszłych operacji.

Wśród ocalałych dokumentów znalazł się jeden, który sugeruje, że celem „niewidzialnych funduszów partyjnych” miało być założenie „niewidzialnej gospodarki” i zapewnienie przetrwania partii:

Powinno być możliwe stworzenie systemu tajnego członkostwa Partii, które zapewni przetrwanie Partii w każdych warunkach w tych niezwykłych czasach.

Dokument ten został opublikowany w Moskowskich Nowostiach 18 września 2001 roku.  Czyżby zamierzeniem widmowych planistów miało być tajne stowarzyszenie na wzór masonerii?  Z tajnym uściskiem dłoni między wtajemniczonymi, który otwierać by miał drzwi do niesłychanych bogactw?  Nie mogło przecież chodzić o kompartię Zjuganowa, bo ta była zupełnie jawna i celowo operetkowa.  Członkowie politbiura, pytani po latach o plany niewidzialnej partii, odpierali z rozbrajającym uśmiechem: „upadek nastąpił tak prędko, że nic z tego nie wyszło…”

Ależ wyszło, wyszło.  Jak raportuje Belton, setki przyjaznych firm na Zachodzie operowały, obracały pieniędzmi, jak gdyby nigdy nic, a „upadek” stworzył tylko lepszy klimat dla ich operacji.  Jedną z tych firm była Seabeco, o której w następnej części.

Kto, zdaniem Belton, rozpoczął pracę nad przygotowaniami do „transformacji ustrojowej”?  Jurij Andropow.  Zakładał instytuty do badań rynku, szykował kadry dla przyszłych „kapitalistycznych sowietów” i przeznaczył elitę wywiadu kgb do kierowniczej roli.  Wysyłał młodych kagiebistów na studia na Zachód, by uczyli się od wroga; a weteranów walki z Zachodem ustanowił szefami instytutów badawczych; warto tu zapamiętać nazwiska Michaiła Milsztajna, byłego szefa dezinformacji gru, Raira Simoniana, Jegora Gajdara i Piotra Awiena.  Studiowali czarny rynek i metody jego kontroli.

Co się zaczęło jako korupcja systemu, stało się z czasem probówką, w której KGB hodowało przyszłą gospodarkę rynkową.

Jak zwykle, Belton zapomina, że czarny rynek istniał w sowietach zawsze, od samego początku, bo inaczej raj krat nie potrafił się wyżywić, i że zawsze był ściśle nadzorowany przez czekistów.  Trzeba jednak oddać hołd jej obiektywizmowi, skoro to ona sama opowiada o projekcie Andropowa.  Drugim etapem eksperymentu było poszukiwanie zdolnych, młodych komunistów, którzy mogliby stać się przyszłymi kapitalistami.  Kazano im tworzyć „młodzieżowe centra naukowo-techniczne” (nttm) i dano im dostęp do kont „beznalicznych rubli”, które stały się zaczątkiem przyszłych bogactw.  To wśród komsomolców kagiebiści znaleźli Chodorkowskiego, Fridmana i innych przyszłych oligarchów.  A kto wydawał rozkazy i czuwał nad kontynuacją pracy nad planem, po śmierci Andropowa?  Władymir Kriuczkow, szef kgb, który był takim betonem, tak bardzo był twardogłowy, że dzisiejsze siłowiki to przy nim słowiki.  To on przecież miał stać za sierpniowym puczem przeciw Gorbaczowowi…  A ot, przygotowywał grunt pod przyszłe cieplarnie, w których sowieckaja włast’ odrodzić się miała i rozkwitnąć na nowo, jak robotnicza pięść zaciśnięta radośnie na gardle burżuja.

Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”.

______

  1. Putin’s People. How the KGB Took Back Russia and then Took on the West [„Ludzie Putina. Jak KGB przejęło władzę w Rosji i rzuciło wyzwanie Zachodowi”], London 2020
  2. Por. książkę Gessen o Putinie, The Man Without Face, Londyn 2012, omawianą przeze mnie przed laty: Wołodia Putin – aparatczyk z gutaperki http://wydawnictwopodziemne.com/2012/09/06/wolodia-putin-aparatczyk-z-gutaperki-i/
  3. Sam zamach jest niezwykle ciekawy i godny uwagi, przerasta jednak ramy niniejszego artykułu. Zainteresowanych odsyłam do dłuższego tekstu na ten temat: https://www.wired.com/2008/07/the-assassinati/. Bomba wykorzystała tzw. efekt Misznaya-Schardina, ale w sposób wyjątkowo precyzyjny, więc nie bez powodu, nazwano technikę użytą w zamachu – „superbombą”.  Pocisk wysłany przez zdalnie kierowaną eksplozję, przekłuł opancerzone auto, jadące z dużą prędkością w konwoju, dokładnie tam, gdzie siedział pasażer.


Prześlij znajomemu

38 Komentarz(e/y) do “Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część I”

  1. 1 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Pytasz w którymś miejscu, dlaczego Catherine Belton w swoich dociekaniach cofnęła się zaledwie do lat 70. i 80., a nie na przykład do leninowskiego nepu etc.

    Tak się złożyło, że akurat w dniu publikacji Twojego artykułu wpadła mi w ręce ciekawostka historyczno-polityczna, odkryta wiele lat temu przez Christophera Story („The European Union Collective. Enemy of its Member States.”) Otóż Story zestawia (w formie fascimile) dwa krzyczące nagłówki z The New York Timesa. Pierwszy pochodzi z 13 sierpnia 1921 roku i głosi: „Lenin abandons state ownership as soviet policy”; drugi, z 26 lipca 1991 roku: „Gorbachev offers party a charter that drops icons.”

    Story konkluduje:
    The New York Times announced the death of Communism prematurely on 21st August 1921, when it interpreted the introduction of Lenin’s ‚New Economic Policy’ [NEP] strategic deception as a decision by the Soviet Leninist revolutionaries to abondon Communism. Having failed to learn the lesson of its mistakes 70 years earlier, The New York Times announced the premature death of Communism for the second time on 26th July 1991, when reporting on the 29th CPSU Congress in Moscow. Of course, the second announcement has predictable turned out to be as inaccurate and irresponsible as the first.

    Postanowiłem zajrzeć do gazety sprzed 99 lat. Informację, którą przytoczył Story, można tam ujrzeć w formie sporawego nagłówka, u góry szóstej szpalty na pierwszej stronie. Co ciekawe, bezpośrednio pod nim znaleźć można korespondencję własną TNYT z Rygi, z dnia 12 sierpnia 1921 roku, podpisaną przez Waltera Duranty:

    Lenin has thrown communism overboard. His signature appears in the official press of Moscow on Aug. 9, abandoning State ownership, with the exception of a „definite number of great industries of national importance” – such as were controlled by the State in France, England and Germany during the war-end re-establishing payment by individuals for railroads, postal and other public services. […] The other industries and enterprises are to be leased to individuals, co-operative bodies and labor organizations. […] To improve the State’s financial position, individuals will be made to pay for railroad, postal and other public services.

    Kilka miesięcy później, być może w dowód uznania za jego pracę, Duranty został korespondentem TNYT w Moskwie. W 1931 za serię reportaży o związku sowieckim został nagrodzony Pulitzerem. Skutecznie hamował wypływ informacji na temat komunistycznych zbrodni tego czasu. W Boże Narodzenie 1933 roku sam Józef Stalin uhonorował Duranty’ego wielce przyjaznymi słowami.

    Zabawne: nawet w TNYT zdecydowano napiętnować dokonania reporterskie Duranty’ego, a stało się to już w czerwcu 1990 roku, co prawda nie na pierwszej, a na 20 stronie dziennika. Napisano: „Mr. Duranty remained loyally partial to his horse [chodziło o sowiet-partię i Stalina osobiście]. The result was some of the worst reporting to appear in this newspaper.”

    W nieco ponad rok później gazeta ze spokojem (i bez szczególnej dociekliwości) głosiła „upadek komunizmu”.

  2. 2 michał

    Aaa, bardzo dobre!

    Pisaliśmy tu nie raz o Durantym, bo był częściowo odpowiedzialny za ukrycie głodu w latach 30., a dokładniej, gwałtownie zaatakował Garetha Jonesa, który jako pierwszy zachodni dziennikarz pojechał na Ukrainę i opisał potworności sowieckiego głodogospodarki. Niech mu ziemia lekką będzie, bolszewicka jego chrząstka.

    A co do odcięcia się od swojej gwiazdy przez NYT w kilkadziesiąt lat po jego śmierci, to jest z kolei efekt „nożyc”, o którym pisałem u tegoż Christophera Story w jego „Soviet Analyst”, przed wielu, wielu laty.

    Tam, gdzie jest ciągłość, oni widzą cezurę. Gdzie jest jedność, oni widzą podziały. Gdzie jest wciąż to samo, dostrzegają coś nowego. A potem nazywają to „upadkiem komunizmu”.

    Dzięki. Świetne te przytoczenia.

  3. 3 Dariusz Rohnka

    Wykrzyknik Duranty’ego z 1921 roku: Lenin has thrown communism overboard… zdaje mi się ciekawy z psychologicznego punktu widzenia. Jeżeli pisał z własnej/nieprzymuszonej, to ten, w zasadzie radosny, okrzyk można by uznać za przejaw masochizmu wysokiej próby.

    Bo, czy wolno spekulować, że to króciutkie zdanie zostało mu podsunięte? Przecież największych strategicznych tajemnic nie zdradza się byle dziennikarzowi.

  4. 4 michał

    Darek,

    Jest chyba mało prawdopodobne, żeby mu podsuwano takie zdanie, bo niby dlaczego? Mało to ludzi tak myślało?

    Nie wiem, czy masz rację w interpretacji. Tytuł jest ambiwalentny, nie jest „radosny sam przez się”. To my mu nadajemy taki oddźwięk. Ale masochizm? To by sugerowało, że upadek komunizmu w 1921 roku sprawił Duranty’emu ból, co jest możliwe, ale chyba równie prawdopodobne (jeżeli nie bardziej), że oni wszyscy chcieli wierzyć, że to nie jest żaden komunizm, tylko takie mrzonki. A poza tym, normalne państwo, tylko ma wyjątkowo inteligentnych i uroczych przywódców, a nie takich buców, jakich obserwowali u siebie w domu. Lenin, Trocki, Radek, wszystko wspaniali ludzie! A później Stalin, przecież on postępował tylko, jak postąpiłby każdy inteligentny polityk, ale niestety był pod bezustanną presją ze strony imperialistów, którzy nie mogli go zostawić w spokoju. Więc czemu się dziwić, że może czasami, ciut, ale tylko odrobinkę – przesadził.

  5. 5 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Całkiem możliwe, że nie wiedział czy to komunizm, czy bolszewizm, leninizm, czy jakie inne licho. Sami mamy dziś problem ze ścisłą definicją tej zarazy i przecież tego nie kryjemy.

    Dlatego brak definicji („tylko takie mrzonki”) nie zmienia tu niczego. Niezależnie jak to to nazywał, interpretował, definiował, chciał tego. Chciał, żeby trwało, panoszyło się, zwyciężało.

    To jedno krótkie zdanie, zdaje mi się odpowiadać (pozytywnie) na oczekiwania tzw. Świata. Skąd to u niego? Czyżby nie chciał tego „świata” na lepsze zmieniać?

  6. 6 michał

    Darek,

    Na moje oko nadinterpretujesz ten tytuł. On jest zupełnie neutralny: Lenin wyrzucił komunizm za burtę. To jest chyba jak stwierdzenie faktu, coś w rodzaju: „Lenin, który miał wciąż komunizm na ustach, wyrzucił go za burtę – nie ma się czemu dziwić, tak się stać musiało”. Ja bym to tak odczytywał, nie widzę w tym żadnych innych, ukrytych treści.

    Gdyby Duranty usłyszał od Ciebie o planach podbicia świata, to by się roześmiał. Ale jakże, powiedziałbyś Ty, przecież zaledwie rok wcześniej szli na Berlin przez trupa Polski? Eee tam, odpowiedziałby Duranty, to tylko takie gadanie, propaganda, każdy tak robi, nic w tym dziwnego ani zdrożnego.

    Tak przecież postępuje lewica od zawsze. Jak im wykazać czarno na białym naturę bolszewii, to mają jedną odpowiedź: musieli się bronić przed imperialistami. Ale poza tym, zupełnie normalne państwo, które pragnie polepszyć byt obywateli i dobrze by było, gdyby Ameryka i Wielka Brytania (Duranty, od dziwo, był Anglikiem) się od nich uczyły.

  7. 7 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Niezwykłość tego jednego zdania tkwi w jego prostocie. Czy tak się mówi o zmianie ustrojowych fundamentów? – bez słów w rodzaju: „Wielka sensacja!”. Konstrukcja tego zdania byłaby właściwsza dla stwierdzenia: „Lenin poszedł do fryzjera i poprosił o wygolenie włosów na ciemieniu”.

    A tu przecież mowa o porzuceniu rewolucyjnej idei.

  8. 8 michał

    Darek,

    Zgadzamy się co do prostoty, ale w moim odczuciu nie ma w tym zdaniu nic niezwykłego. Raczej typowy tytuł z gazety. Nb. warto zauważyć, że w anglosaskich pismach tytuł nie należy do autora artykułu. Jest osobny redaktor (albo kilku), który pisze tytuły. Stąd bierze się, tak typowa dla anglosaskich pism, stylistyka tytułów. Economist ma swój własny styl tytułów artykułów, The Sun jest sławny ze swoich tytułów, zwłaszcza na frontowej stronie, a Guardian czy Times różnią się zasadniczo w tym, jak formułują tytuły. Czy w 1921 roku już tak było? Sądzę, że tak, bo było to podyktowane łamaniem stron. Dziwne raczej, że tak nie było w polskich pismach.

    Ale pomyślałem nagle, że może ja Ciebie cały czas źle rozumiem. Czy chcesz powiedzieć, że skoro Lenin porzucił rewolucyjną ideę, to ten tytuł był zbyt delikatny? Mnie się wydaje, że on dokładnie i akuratnie odpowiada sytuacji. Był rok 1921 i im się wszystkim – z antykomunistami i bolszewikami włącznie – wydawało, że Lenin porzucił rewolucyjną ideę. Słowa „wyrzucił ją za burtę”, wydają mi się adekwatne do sytuacji, jak ją postrzegano. „To throw overboard” jest po angielsku w miarę łagodne, nie brzmi dramatycznie – ot, gest wyrzucenia za burtę, jak śmieci, pozbycie się czegoś bez znaczenia – a ja dotąd myślałem, że Ty odczuwasz te słowa bardzo dramatycznie. Zmierzam do tego, że niewielu wówczas – prawdę mówiąc, nie potrafiłbym wskazać na kogokolwiek – widziało, że to tylko gra.

  9. 9 Andrzej

    Darku,

    Jest wg mnie oczywistym, że pro-komuniści tacy jak Duranty pragnęli i pragną aby komunizm trwał i zapanował na całym świecie. Nie postrzegają go jako zło lecz jako rzecz pozytywną (a nawet konieczną). W takim ujęciu, gdyby pisał dla takich jak on, byłby to więc nie okrzyk radości lecz okrzyk żalu. Lecz Duranty dezinformował świat i temu się poświęcił aby wspierać komunizm, toteż nagłówek wydaje mi się być temu poświęcony – jest wyrazem dezinformacji. Jest celowym kłamstwem na potrzebę chwili – zadaniem, które spełnił.

  10. 10 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Bardzo ciekawe, co piszesz, ale czy mi się wydaje, czy są to raczej daleko idące przypuszczenia, nie zaś wnioski wynikające z rzetelnych danych? Skąd przekonanie, że w sierpniu 21 Duranty świadomie dezinformował, chłepcząc treściwą zupkę z sowieckiego garnuszka? Dysponujesz jakimś źródłem?

    Richard Pipes (Russia under the Bolshevik Regime), zdaje się, nie miał do niego dostępu:

    One of the most outspoken anti-Communists on the New York Times staff was Walter Duranty. An Englishman by birth and upbringing, he had much in common with John Reed, in that like him he came from a socially undistinguished (although far less affluent) family and had suffered snubs from schoolmates. Duranty, who in 1920 held a minor post with the New York Times Paris office, was eager to go to Russia as a full-fledged correspondent. Moscow cold-shouldered him, but he found ways to overcome its hostility by publishing some friendly remarks about Litvinov and assuring his readers that with the New Economic Policy (NEP) Lenin had „thrown Communism overboard.” A few days after these items had appeared in print, the New York Times was informed it could send a carrespondent to Moscow. The assignment went to Duranty, who received a Soviet visa and accreditation, albeit on a „probationary” basis.

  11. 11 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Rzecz w tym, że w tytule (w nagłówku składającym się z kilku fraz) nie ma mowy o porzuceniu komunizmu. Zdaje się to potwierdzać, co piszesz o tytułach (i ich odrębnej redakcji). Wydaje mi się, że tak musiało być w tym przypadku.
    Kto inny zredagował nagłówek, kto inny napisał notatkę. Nagłówek jest wiernym streszczeniem podanych w notatce informacji. Pierwsze zdanie notatki nie jest informacją – to interpretacja. Czy dlatego nie zostało wyróżnione w nagłówku? Czy też dlatego, że redakcja nie podzielała publicystycznych dociekań swojego korespondenta? Dlaczego w takim razie w ogóle puszczono to zdanie? Czy uznano, że korespondent ma prawo do własnej interpretacji zdarzeń w notatce? A może potrafił spowodować, że to jedno zaskakujące zdanie zostało przez redakcję przepuszczone?

    Jeżeli przyjąć, że powyżej cytowany Pipes nie mylił się w swoim opisie, Duranty (bez niczyjej inspiracji) zagrał na politycznych aspiracjach sowietów. A zatem – zdawał sobie sprawę, że nep to gra (w dodatku orientował się w zasadach tej gry). Czy nie ciekawe?

    Całkiem możliwe, że nie rozpatrywano powszechnie zmian w sowieckiej gospodarce jako tylko gry. Zdaje mi się, że sami sowieci, z Leninem na czele, nie postrzegali w ten sposób nep-u. nep był koniecznością danego etapu, grą tylko przy okazji.

    Liczni jeszcze wówczas przeciwnicy bolszewizmu uważali nep za przejaw sowieckiej słabości, nie dostrzegając (bo niby na jakiej podstawie), że to także niezwykle groźne narzędzie w rękach wroga.

    Co innego jednak słabość gospodarcza sowietów, chaos, brak umiejętności rządzenia, powszechny głód – taki obraz, ukształtowany na podstawie dostępnych informacji, był dość oczywisty. Co innego wybieganie przed szereg i obwieszczanie nie znajdującego w faktach przekonania o tym, że Lenin pozbywa się komunizmu. Czy nie warto przewertować gazety z tego czasu i zweryfikować „oryginalność” Duranty’ego?

    Może to proste w wyrazie zdanie jest jednak co nieco wyjątkowe?

  12. 12 Andrzej

    Darek,

    Krótko mówiąc Pipes sugeruje, że artykuły Duranty’ego posłużyły jego akredytacji u sowietów jako „próbnego” korespondenta NYT, który musi się dodatkowo „wykazać” (co też zrobił). Logicznie rzecz biorąc w dyplomacji (także „prasowej”) jako reprezentantów wysyła się osoby raczej przychylne krajowi, którego to dotyczy. Nie bardzo rozumiem dlaczego Pipes uważa, że Duranty był wcześniej szczerym antykomunistą. Miałoby o tym świadczyć jego pochodzenie? A nie to co przedtem pisał o sowietach? Bo przecież pisał, skoro się bardzo interesował i zabiegał o to aby tam pojechać. Pipes przecież utożsamiał sowiety z komunizmem? Dlaczego zestawia Duranty’ego z komunistą Reedem?

    Nie znam żadnych źródeł potwierdzających moją hipotezę co do Duranty’ego. Jeśli jednak był prosowiecki to niewątpliwie chciał się sowietom przysłużyć. Nawet gdyby nie był „zadaniowany” jako, dajmy na to „kontakt operacyjny” czeki, to i tak pisałby w ten sposób, aby sowiecki system przedstawić jako coś pozytywnego. Skoro w tamtych czasach krytyka komunizmu była dość powszechna, mógł starać się przedstawiać sowiety jako ustrój (już) niekomunistyczny – jedynie „postępowy i normalny”. Stwierdzenie, że w sowietach komunizm został odrzucony „za burtę” byłoby taką właśnie próbą. Świadomą dezinformacją w którą zapewne, jako ślepy wielbiciel sowietów, sam wierzył (wiec dla niego była to prawda a nie kłamstwo).

  13. 13 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    A jak myślisz, dlaczego Richard Pipes pisze o Durantym jako o jednym z najbardziej szczerych antykomunistów? Może, w przeciwieństwie do Ciebie, zadał sobie trud przeczytania tekstów Duranty’ego sprzed jego sierpniowej wolty roku 1921?

    Tak, Duranty mógł uchodzić w oczach współczesnych za nieprzejednanego wroga bolszewickiego systemu – „jednej z najpotworniejszych tyranii w historii” – to jego słowa.

    Pipes pisał o Durantym obszernie, m. in. to:

    He was neither a sympathizer of Communism nor a friend of the Russian people, but simply a corrupt individual who made a living by lying. Eugene Lyons, who saw him often, writes that Duranty „remained, after all his years in Russia, detached from its life and fate, curiously contemptuous of Russians. He spoke of Soviet triumphs and travail as he might of a murder mystery he had read, but with not half the passion or sense of personal involvement.

    Nie zdaje mi się, że osobnika o podobnym nastawieniu trzeba było koniecznie nazywać „pro-komunistą”. To chyba inny typ.

  14. 14 michał

    Szanowni Panowie,

    Wyznaję, że nie miałem pojęcia, że Duranty był kiedyś antykomunistą. Jeżeli Pipes ma rację, a chyba można mu ufać (choć określenie „jeden z najbardziej szczerych antykomunistów” nasuwa wątpliwości), to Duranty, który zawsze wydawał mi się kanalią – z gatunku karierowiczów gotowych powiedzieć wszystko, byle tylko pchnąć naprzód swą karierę, bez względu na koszty – wygląda teraz jeszcze gorzej. Że antykomunista pisze parę dobrych słów o Litwinowie, żeby dostać akredytację, to mogę wybaczyć (nie inaczej, o ile pamiętam, postąpił Gareth Jones, żeby dostać się do sowdepii); tytuł o wyrzuceniu komunizmu za burtę, jak już tłumaczyłem, nie da się w żadnym wypadku zinterpretować jako dezinformacja, ani jako „wybieganie przed szereg i obwieszczanie”. Ale jeżeli ten „antykomunista” następnie otwarcie atakuje jedynego człowieka, który próbował otworzyć oczy świata na potworne rozmiary głodu na Ukrainie, po czym (jak rozumiem, już po wyjeździe z sowietów, bo to nie jest oczywiste z jednego cytatu z Pipesa) pozostaje wrogi wobec sowietów i „wzgardliwie nastawiony do Rosjan”, to ten człowiek zasługuje na najwyższą pogardę i odrazę. Nic dziwnego, że wykonywał brudną robotę na Zachodzie dla tych zbrodniarzy, bo oni też gardzili Rosją. Co za bydlak! Nie, żle mówię. Byłby bydlakiem, gdyby to robił tylko dla kariery, jak mi się zdawało, ale jeżeli Pipes ma rację, to jest najnikczemniejszą szumowiną.

    Paradoksalnie, ja właśnie nazwałbym tę odrażającą kreaturę „prokomunistą”, bo tacy jak on, którzy w głębi ducha chowali pogardę dla komunizmu, ale służyli mu z własnej woli, dla pieniędzy, dla pochwał po obu stronach, dla glorii bycia „wielkim korespondentem z Moskwy” (tfu!), to oni właśnie robili najlepszą robotę dla bolszewików. Na pewno lepszą niż John Reed.

  15. 15 Dariusz Rohnka

    To może jeszcze jeden cytat z tej samej publikacji tytułem podsumowania:

    It has been said that no individual had done more to promote in the United States a favorable image of the Soviet Union at a time when she was suffering under the most savage tyranny known to man. Radek said that his reporting had been most influential in paving the way for U.S. diplomatic recognition in 1933.

  16. 16 michał

    Dokładnie! Więc jego rzekomy „antykomunizm” nie może wyjść poza sarkastyczny cudzysłów, podczas gdy jego prokomunizm jest otwarty i przenika wszystko, co robił. Po owocach poznacie ich.

  17. 17 Dariusz Rohnka

    Zdaje mi się, że odkrywasz nowy rodzaj prokomunizmu, czyli prokomunizm komercyjny, nie z przekonania, a dla sławy, wpływów, pieniędzy. Czy to aby nie jednak zwykłe kurwienie się, polityczne, dziennikarskie etc.?

  18. 18 michał

    Nie. Nie odkrywam niczego. To nie jest nowy rodzaj. On jest niestety stary jak komunizm. I to jest właśnie prokomunizm najgorszy. Pamiętasz „attaché honorowego” nacjonał-komunizmu? Konserwatysta, katolik, arystokrata i „człowiek dobrej woli”, Otto Forst de Battaglia. Ale tacy ludzie w masie skręcają sznur:

    „… W najwcześniejszym dzieciństwie mieszkałem z rodzicami w St. Petersburgu. I bardzo nie lubiałem, jak mnie czesano. Wtedy, pamiętam, mówiła do mnie bona: – Zobaczysz, zalęgną się u ciebie na głowie weszki. – No to i co! – odpowiadałem krnąbrnie. – A to, że jak ich będzie dużo – mówiła – ukręcą sznur i wciągną ciebie do Newy.”

  19. 19 Dariusz Rohnka

    Najgorszy, w znaczeniu – najohydniejszy, zgoda. Ale czy bardziej „wydajny”? Czy hordy rozideologizowanych, zidiociałych sympatyków, od wybitnych intelektualistów po szare masy, nie przyczyniają się ciut bardziej do zmiany oblicza świata?

    Duranty przyczynił się bardzo do zwycięskiego pochodu rewolucji, najbezczelniej oszukując czytelników, amerykański establishment i wszelki inny drobiazg. Czy jednak o niebo nie gorsi, bardziej efektywni są: Waty, Miłosze, Russelle?

  20. 20 michał

    Hmm, nie wiem, Darek. Nie jestem przekonany. Wydajesz mi się bardzo wymagający i brutalny w ocenach. Ale mniejsza o to. W końcu, to jest kwestia indywidualnej opinii. Józef Mackiewicz np. bardzo się „cieszył z przejścia Miłosza na tę stronę barykady” – taka była jego opinia. Miłosz i Wat zaserwowali wspaniałą książkę-wywiad „Mój wiek”. Sądzę, że już tą jedną pozycją nadrobili wiele szkód, które wyrządzili.

    A zatem, z mojego punktu widzenia, Duranty jest znacznie gorszy i wyrządził o wiele więcej szkód. Nie mam pojęcia, jak mierzyć „efektywność” takiej kanalii, ale waży tu na przykład 7 milionów ofiar hołodomoru. Znowu, mniejsza o niemożliwą do określenia „wydajność”. Spójrzmy na to inaczej.

    Duranty wyszedł – rzekomo, ale zakładamy, że Pipes miał rację – z antykomunistycznego punktu wyjścia, po czym służył bolszewikom, ale pozostał „antykomunistą”. Wat i Miłosz zaczynali jako bolszewicy, stracili złudzenia, przeszli na drugą stronę barykady, pozostając jednak lewicowcami. Mnie się wydaje, że ich wpływ był nikły w ogóle, ale w porównaniu z Durantym, nieistniejący.

    Natomiast jego postawa moralna, podobnie jak postawa moralna Forst de Battaglii, jest nie do przyjęcia. Dla pieniążków, dla doczesnej chwały, dla wygodnego życia, robili robotę morderców, potajemnie pogardzając swymi pracodawcami. Tfu!

  21. 21 Dariusz Rohnka

    To dobrze, że nie jesteś przekonany. Przyjęcie jednego punktu widzenia jako wspólny, zabiłoby dyskusję, a temat jest zbyt ważny, żeby go nie ciągnąć.

    7 milionów ofiar zaplanowanego głodu nie jest wedle mnie probierzem zła, jakie wyrządził Duranty. Miarą jego grzechu nie jest to ludobójstwo (którego przecież nie mógł powstrzymać), ale miliony oszukanych, ogłupiałych ludzi na całym świecie. Tyle, że jego chamskie, grubo ciosane kłamstwo działało na krótki dystans – nawet The New York Times musiało się go wyrzec, w końcu.

    Ani Wat, ani Miłosz nie byli bolszewikami – oni jedynie dopomagali w jego budowie. Mackiewicz w którymś liście dziwi się, że Miłosz chce uchodzić za byłego komunistę, bo przecież komunistą nigdy nie był.

    Słuszne czy niesłuszne było zdziwienie Mackiewicza? Moim zdaniem niesłuszne. Miłosz nigdy nie stał się bolszewikiem, bo nie widział siebie w roli bezwzględnego rzeźnika. Stał nieco z boku, chwilę potem nawet uciekł na Zachód, ale komunistyczna ideologia nigdy nie przestała go pociągać. W peerelu, w połowie roku 1981 (jeśli mnie pamięć nie myli) czuł się jak w domu. Kilka lat temu miałem nieprzyjemność słuchać w radio jego ówczesne wystąpienie – brzmiało jak prosowiecka pogadanka o bohaterskiej armii czerwonej. Nie, Miłosz nie był tylko lewicowcem. Był szczerym zwolennikiem komunizmu, byleby bezkrwawego. Czy wpłynął na myślenie sobie współczesnych? Myślisz, że nie wpłynął?

    A Wat? Z całym swoim przekonaniem o diabolicznej istocie bolszewizmu, pracował przez wiele lat jako urzędnik „kultury” w ludowej ojczyźnie. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego. Czy, podobnie jak Miłosz, liczył na to, że czas rzezi skończył się nieodwracalnie?

  22. 22 michał

    Uuuuuu, teraz dopiero prawdziwie się nie zgadzamy. Co to znaczy, że „nie mógł powstrzymać ludobójstwa”? Rzadko kto może. Wówczas mógł tylko Stalin. Czy to uniewinnia innych? Mackiewicz nie mógł powstrzymać masakry w Ponarach i jak się to ma do rzeczy? Był jednak jej świadkiem i czuł się zobowiązany mówić o niej. Gareth Jones także nie mógł powstrzymać Hołodomoru, ale zrobił wszystko, co w jego mocy, by oznajmić o nim światu i przypłacił to życiem. Był świadkiem, świadczenie zbrodni jest powinnością. Milczenie o zbrodni jest zaprzaństwem. Czyż nie?

    Mogę zobie wyobrazić, że artykuły Jonesa, jego podróż na Ukrainę, uratowały kilka osób od potwornej śmierci, gdy Duranty wolał milczeć o głodzie, a atakował tylko Jonesa. A zatem te miliony ofiar leżą na szali jego win. Jest winny, bo milczał. Jak możesz utrzymywać, że ofiary nie są probierzem win? A skąd nagle ten krótki czas? O ile wiem, NYT odżegnało się od niego dopiero w latach 90….

    Nie wiem, dlaczego mówisz, że Wat nie był bolszewikiem. Termin „biezpartyjnyj bolszewik” jest znany od lat 20. Nie należał do kompartii, ale był marksistą, jego przyjaciółmi byli bolszewicy i poszedł siedzieć za działalność komunistyczną. Zresztą, sam się chyba za komunistę uważał. Z Miłoszem podobnie. Nie rozumiem, w czym rzecz, że rzekomo nie był komunistą. Jasne, że był. A że stali z boku? Mój Boże! Przecież to byli poeci, cóż w tym dziwnego? Po wojnie, z całą pewnością Wat już komunistą nie był i ja akurat byłbym skłonny mu wybaczyć, że pracował jako urzędnik. Co miał robić? Ukrywać się? Sprzątać śnieg? Znam bardzo niewielu, którzy się na to zdobyli. I nie byli to ludzie wracający z gułagu.

    Sądzę, że wpływ Wata i Miłosza jako komunistów był nikły. Przed wojną pisali dla nielicznych. Ich krytyka komunizmu, miała większy wpływ, ale przecież nadal ograniczony. Pamiętaj jednak, że obaj zostali przytoczeni przez Ciebie w porównaniu do Duranty, jako „o niebo gorsi, bardziej efektywni”. Pozwól sobie zwrócić uwagę, że NYT miał półmilonowy nakład w latach 30., i zakres wpływów autentycznie globalny (jak na tamte czasy), bo był czytany na całym świecie, nie tylko w Ameryce.

    Ja natomiast nie chciałem się wypowiadać na temat efektywności, ani skutków ich działania, ale moralnej postawy kogoś, kto uważał się za antykomunistę i postępował jak poputczyk – nie z musu, nie z lęku przed torturami i kulką w łeb, ale dla wygodnego życia w sterroryzowanej i zabiedzonej Moskwie. Może mu kawior i szampan z łaski Stalina, smakowały lepiej, gdy wokół ludzie umierali z głodu?

  23. 23 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Napisałeś: „Nie mam pojęcia, jak mierzyć „efektywność” takiej kanalii, ale waży tu na przykład 7 milionów ofiar hołodomoru”.

    Widzę to inaczej. Jego wina polega na ukryciu ludobójstwa przed światem, ale nie czyni go odpowiedzialnym za tę zbrodnię. Zgrzeszył kłamstwem, nie zabójstwem. Nie pojmuję po co to komplikować.

    Wat nigdy nie czuł się bolszewikiem. Sam pisał o sobie jako o tylko sympatyku. Deklarował, że definitywnie zerwał z komunizmem i marksizmem w 1935 roku. Zdaje mi się to dziwne i mało wiarygodne. Jeszcze bardziej dziwna wydaje mi się jego decyzja pozostania w sowietach (po latach więziennych cierpień). Zdecydował się nie wyjeżdżać z sowietów z armią Andersa. Z jakiegoś powodu wolał zostać, tam.

    A po wojnie? Czy musiał pracować jako bolszewicki urzędnik, ujeżdżać po ludowej Polsce z literacko-bolszewicką propagandą i zmuszać umęczonych ludzi do wysłuchiwania bolszewickiego bełkotu? Uczestniczyć w bolszewickich akademiach, rautach, kolacjach? Rzekomo nie zawsze odpowiadało mu towarzystwo, szczególnie towarzystwo sowieckich enkawudzistów i generałów. Biedak. Czy taka nieszczerze/szczera afiliacja do komunizmu nie jest czymś nierównie gorszym?

    Powiedzmy, upraszczając, że Duranty kłamał dla pieniędzy. Czy aby Wat nie kłamał trochę dla idei, po kres dni nie porzucając myśli, że za komunistycznym gównem kryje się świetlana przyszłość?

    Z jakiegoś powodu Giedroyc chciał na nim wymóc rodzaj deklaracji, że zerwał z komunizmem. Nigdy tego nie zrobił.

    Nie wiem na jakiej podstawie twierdzisz, że Miłosz był komunistą. To prosty poputczik, zakłamany buc. Józef Mackiewicz ujął swoje zdziwienie w nader delikatną formę, ale zdaje mi się, że wiedział o czym pisze.

    Ani Wat, ani Miłosz (mimo nagrody bobla) nigdy nie zdobyli światowego rozgłosu, milionów czytelników na całym świecie. Ale od kiedy to Michał Bąkowski wpływy myśli ludzkiej mierzy masami? Obaj byli obecni w świadomości peerelowskich elit. Jako kto? Czy nie jako rozczarowani, ale w gruncie rzeczy wierni?

  24. 24 michał

    Darek,

    To jest interesujące. Tylko świadomy wykonawca może być odpowiedzialny za akt i jego skutki. Kropka. W wypadku ludobójstwa na tak niesłychaną skalę, jak na Ukrainie (i nie tylko) w latach 30. (i nie tylko), odpowiedzialni są wszyscy, którzy świadomie wprowadzali w życie politykę zagłodzenia ludności; obojętne, czy były to partyjne tuzy, lokalny milicjant, czy aktywista młodzieżowy, poszukujący ukrytej garstki ziarna w domu zagłodzonych; obojętne czy z rozkazu, czy z nadmiaru gorliwości. A zatem Duranty z pewnością nie był odpowiedzialny za Hołodomor. Ale my nie mówiliśmy o odpowiedzialności, tylko o relatywnej „efektywności” wolnych ludzi w prowadzeniu bolszewickiej agit-prop, a tu Duranty jest winny aktywnego skrywania głodu i propagowania linii podanej mu z Kremla. Odpowiedzialny za głód? Nigdy. Ale po stokroć winien.

    Zatem dla uniknięcia nieporozumień: ja nadal nie wiem, jak mierzyć efektywność w propagowaniu bolszewików, ale ukrycie milionów ofiar wydaje mi się ważyć na szalach tej wagi.

    Masz oczywiście rację, co do mas. Ale chyba nigdy nie było mowy o masach. Ten półmilionowy nakład NYT nie był czytany przez masy. Co ważniejsze, nawet gdyby był, to masy są i tak bez znaczenia. Wpływ mierzy się chyba tym, że o nich nadal mówimy dzisiaj, a o Stefanie Pesticcio, który też popierał komunizm, ani słychu.

    Nie sądzę, żeby Wat był obecny w świadomości polskich jelit jako „w gruncie rzeczy wierny”. Musiałbym zajrzeć do „Mojego wieku”, ale z pamięci, on sam się przynaje do komunizmu (przed wojną) i wprost go odrzuca. Nie znam historii o Giedroyciu, domagającym się deklaracji antykomunistycznych. Musisz mnie oświecić. Miłosza natomiast oceniałem jako komunistę na podstawie jego wypowiedzi i działań przed wojną. A że nie należeli obaj do partii, wydaje mi się drugorzędne.

    Twoje dociekliwe pytania otwierają nowy aspekt sprawy do dyskusji: jaka jest różnica, jeżeli jakakolwiek, między sympatykiem komunizmu, a poputczykiem? Między sympatykiem a komunistą? Z tego, co dotąd powiedziane, wydaje mi się wynikać, że sympatyk i poputczyk, to nie to samo (vide: Duranty i Miłosz), choć dawniej bym te formuły utożsamiał. Z drugiej strony, granica między sympatykiem i komunistą wydaje się bardzo płynna, aż do punktu, w którym jest być może nieistniejąca.

    Nie zarzucasz mi chyba, że pochwalam uczestnictwo w prlowskich urzędach. Powiedziałem jednak, i podtrzymuję to, że trudno oczekiwać, żeby ktoś kto wrócił z gułagu, miał się stawiać, gdy go wysyłano na akademie. Osobiście, jestem w stanie mu to wybaczyć.

  25. 25 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Tak, w tym sensie, o którym piszesz, Duranty jest winien. Niezaprzeczalnie miał też ogromny wpływ na afirmację komunizmu w USA i nie tylko tam. Swoim fałszywym obrazem przekonał bardzo wielu, że „nie taki diabeł straszny”. Rzecz w tym, czy ten jego pseudo-opis, oparty na siermiężnym kłamstwie, przekaz cynicznego do granic bydlaka da się jakoś porównać, zestawić z wpływem ludzi, tak czy siak zauroczonych wizją komunizmu, świetlanej przyszłości? Czy da się to jakoś zważyć i czy w ogóle to ma sens?

    Problem z Watem jest bardzo złożony i niestety domaga się ponownej lektury jego tekstów. Po wojnie (już na Zachodzie) deklarował, że odrzucił marksizm i komunizm w 1935 (to pewnie kalendarzowe okolice jego pobytu w więzieniu). Jeżeli rzeczywiście odrzucił, to na bardzo krótki dystans, bo jak wytłumaczyć inaczej sposób w jaki opisuje swój udział w pierwszej „manifestacji patriotycznej w życiu”:

    …była we Lwowie, ale to trwało króciutko, jedną godzinę, na cmentarzu – przemówienie Polewki nad grobem Iwana Franki – kiedy się wydawało, że radykalna inteligencja polska, z hasłem „za naszą i waszą wolność”, pozostanie pod opieką Czerwonej Armii, która będzie nas chroniła aż do zakończenia wojny, a potem nastąpi prawdziwa Polska, wymarzona przez radykalną inteligencję.

    Adam Polewka to był komunista, czy też komunizujący publicysta, członek kpp, który w 1939 roku podpisał oświadczenie pisarzy polskich witających przyłączenie Zachodniej Ukrainy do Ukrainy Radzieckiej. Potrafił swoim przemówieniem wzruszyć Wata do łez. Czy tylko dlatego, że również Wat podpisał to samo oświadczenie?

    Wat w rozmowie z Miłoszem zająknął się jednym zdaniem na temat Józefa Mackiewicz i jego „Drogi donikąd”:

    Owszem – atmosfera, obraz. Atmosfera – jak ci już mówiłem – Lwowa gdzieś tam w listopadzie, grudniu rzeczywiście była taka, jaką opisuje dla Wilna Józef Mackiewicz. Była bardzo podobna. Zbrzydzenie tego miasta, miasto oblężone przez strach, pod jakąś potworną machiną. We Lwowie to może było jeszcze bardziej widoczne.

    To są cytaty z jednej rozmowy, prowadzonej przez wiele miesięcy, ale jednej. Mówi to człowiek o absolutnie wyjątkowej inteligencji, niebywałej erudycji, ogromnym osobistym doświadczeniu. Co on? Kulawy robotnik?

    Mam wrażenie, że odkrywając tajemnicę Wata, odkrylibyśmy w dużym stopniu mechanikę afirmacji komunizmu, jego magnetyczną moc zniewalania najpotężniejszych intelektów.

    Historia z Giedroyciem. Mam przed sobą jedynie jakieś strzępy tej historii, wydrukowane w wydaniu „Mojego wieku” z l. 90.:
    …po godzinie jego presji, gdy chciał wymóc na mnie napisanie «manifestu» do narodu polskiego – jako byłego komunisty! Byłem więc jak Justyna de Sade’a: po prostu – nie to, że nie chciałem, ale nie mogłem inaczej.

    Nie polubili się. Wat uważał (chyba słusznie), że Giedroyc widział w nim wyłącznie narzędzie polityczne. Pisał: „nie cierpię, gdy się próbuje zinstrumentalizować moje myśli.”

    Więc znowu, sprawa nie jest jasna, dlaczego Wat odmówił. Czy możliwe, że po prostu nie chciał ostatecznego zerwania z „piękną” wizją radykalnej inteligencji. W 1966 pisał do Miłosza:

    Skłócenie z Giedroyciem. Jesteśmy wciśnięci pomiędzy obie «Kultury», ale nasza [Jak sądzisz, która? – DR] jest o tyle szlachetniejsza. Trzeba zapomnieć o skłóceniach, małostkowych koniec końców. Gdybyż to Giedroyc nie był taki głupi. Albo tak obłąkany. Albo tak niezłomny. Albo tak megalomański! Chociaż nigdy nie należałem do sitwy (owszem, ale krótko i koślawo), ale w naszych warunkach powinniśmy robić sitwę: Ty, Kot [Jeleński], Zbyszek [Herbert], Antoni [Słonimski] (…) Zatem: wszyscy za jednego i jeden za wszystkich!

    Otwierasz bardzo ciekawy temat o mniemanych różnicach pomiędzy sympatykami a poputczikami komunizmu. Nie wiem, czy nam co z tego wyjdzie treściwego, bo jak widać z powyższego, problem jest, mówiąc oględnie, zmeandryczony.

    Duranty nie stanowi zagadki. Można o nim prosto [że sięgnę po klasykę], w stylu oczywistości: „niedźwiedzie fajdają w lesie”. Nie jest już groźny. Jego przekaz nie oddziałuje.

    Zauroczenie komunizmem, czy to będzie Wat, czy Miłosz, czy miliony im podobnych wciąż działa. Zdaje mi się, że Wat i Miłosz nie tylko byli, ale wciąż są czytani. Nie przez masy, rzecz jasna. Pewnie dlatego, że obaj nigdy nie byli antykomunistami. Z mniejszą lub większą sympatią, nieodmiennie prezentowali bardzo ucywilizowany stosunek do zarazy, „obiektywny”, ułożony, niekiedy przymilny, nie pozbawiony nadziei, że kiedyś stanie się strawniejszy… i zapanuje.

  26. 26 michał

    Darek,

    Bardzo interesujące. Przejrzałem „Mój wiek”, mam tam bardzo zajmującą dedykację, ale nie będę czytał całości ponownie (książki, nie dedykacji). Zostawmy Miłosza i zajmijmy się Watem (Duranty jest w ogóle bez znaczenia, łącznie z nagłówkiem z 1921 roku). Zabawne, że postrzegamy Wata niejako na odwrót. Ty nie widzisz w nim komunisty przed wojną, ani antykomunisty później, a ja tak.

    Wat mówił o sobie: „chciałem rewolucji, szukałem rewolucji”, „nasze koło marksistowskie”, „byłem ateistą, zaczynałem być komunistą”, „mądrzejsi komuniści machali ręką, że ja nigdy komunistą ani marksistą nie będę”. To są wyznania komunisty, przekonanego, myślącego, poszukującego, inteligentnego bolszewika. Majakowski zatrzymywał się u niego w domu, ilekroć był w Warszawie. Wat był au courant z każdą zmianą personalną w kompartii, bo znał ich wszystkich. Był klasycznym „bezpartyjnym bolszewikiem”.

    Kiedy porzucił komunizm? Musiałbym przestudiować „Mój wiek”, żeby o tym wyrokować. Ale jego wspomnienie o Stiekłowie jest z gruntu antykomunistyczne. Żadnego romantyzmu, żadnego antystalinizmu, ale sama prawda o bolszewizmie z ust starego bolszewika:

    „Wszyscy mieliśmy ręce po łokcie w gównie i we krwi. Każdy z nas, aresztowanych bohaterów rewolucji, widział przed sobą taką listę upadku i degradacji, i łajdactw, i to prawie od samego początku, że już właściwie było nam wszystko jedno.”

    Czy to jest „ucywilizowany stosunek do zarazy”? Nie sądzę. Wat nie był antykomunistą w sensie Mackiewiczowskim, ale rzadko kto jest. Wat stał się jednak antykomunistą w sensie „praktyki proludzkiej”, wystąpił przeciw degradacji, jaką jest komunizm. Chwała mu za to.

    Nie przypisywałbym takiej wagi do manifestacji, jak Ty (z Twojego przytoczenia nie wiadomo, kiedy ta manifestacja, ani o co chodzi). Bardziej mnie interesuje, co miał do powiedzenia w „Moim wieku”. Jego słowa były „celnie wymierzonym, sumarycznym uderzeniem w zęby bolszewizmu, sowietyzmu, komunizmu, socjalizmu w ogóle”, że pozwolę sobie zacytować słowa Mackiewicza wypowiedziane pod adresem „Archipelagu Gułag”. Jeżeli Wat jest czytany, to chwała Bogu. Może powinienem podsunąć go moim dzieciom do lektury, bo to był wybitny i przenikliwy człowiek.

  27. 27 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Jeśli Jolka powie, że dobrze kieruje swoim BMW, ja zaś wiem, że często mylą jej się pedały, mam prawo nie brać jej słów poważnie. Jeżeli Wat powiada, że nigdy nie był komunistą, że był zaledwie sympatykiem komunizmu, zmuszony jestem przyjrzeć się tej jego wypowiedzi z uwagą. Sam go cytujesz: „„mądrzejsi komuniści machali ręką, że ja nigdy komunistą ani marksistą nie będę”. Więc może nie wystarczy przewertować jego wspomnień? Jestem szczęśliwym posiadaczem bardzo długiej listy zaległych lektur, ale z chęcią zrobię sobie wagary i przeczytam te wspomnienia jeszcze raz – bo to nie tylko wnikliwe studium zjawiska, ale także doskonała literatura.

    Sam deklaruje, że porzucił i komunizm i marksizm w 1935 roku, ale z jakiegoś przedziwnego powodu jesienią 1939 roku śnił na jawie, co by się nim zaopiekowała „Armia Czerwona”, a w listopadzie tego samego roku podpisał się pod aktem hołdowniczym pisarzy polskich (łącznie z Boyami, Ważykami i resztą) witających z entuzjazmem zagarnięcie części II RP przez sowiety. Jeżeli rzeczywiście porzucił komunizm cztery lata wcześniej, to jak go nazwać? Kanalią, szmatą?

    Zdaje się, zmienił zapatrywania na wiele kwestii, gdy istotnie władza sowiecka zajęła się jego przypadkiem wnikliwie. Jego poglądy i obserwacje z tego okresu, niewątpliwie nader cenne, noszą piętno osobistych przeżyć. W takich warunkach egzystencji pewnie i sam Stalin stałby się antybolszewikiem. Co zrobił Wat wypuszczony na wolność, względną bo wciąż podsowiecką? Uciekł z Andersem? Nie, wolał został i współbudować ludową ojczyznę. Przestało mu się podobać dopiero po kilku latach, ciekawe dlaczego?

    Powrócę do tego tematu, do antykomunizmu Wata, do Stiekłowa i kilku innych wątków dopiero po lekturze.

  28. 28 michał

    Hmm, to chyba nie jest w porządku. „Może nie wystarczy przewertować jego wspomnień”?? Po pierwsze, to nie są „wspomnienia”. Po drugie, ja to czytałem. Po trzecie, mam z tej lektury notatki. Po czwarte, twierdzę, że Wat był przed wojną komunistą, bo a) obracał się wśród komunistów, b) był redaktorem komunistycznego pisma, c) co sam powiedział na ten temat, już przytoczyłem. Tylko o komuniście mogli inni bolszewicy powiedzieć słowa, że nigdy z niego nie będzie marksista – to wydaje mi się oczywiste i doprawdy nie jest warte debaty, typowe przyjacielskie przekomarzania. Kiedy mówi o sobie, „chciałem rewolucji, szukałem rewolucji”, to o jakiej rewolucji marzył? Endeckiej?! Ot, biezpartyjnyj bolszewik, jakich wielu. Jednak wytykać mi, że „może nie wystarczy przewertować”, kiedy sam najwyraźniej zrobiłeś to samo, to jest nie w porządku.

    We wrześniu 39 roku ogromna większość polskich Żydów uciekała na Wschód, nawet jeżeli nie siedzieli uprzednio w polskim więzieniu za komunizm. Wat siedział, więc wydaje mi się niepoważne wytykać mu, że uciekał przed Niemcami pod skrzydła nkwd. Głupota? Naiwność? Na pewno. Ale nie mniej naiwny był Juliusz Margolin, który zrobił to samo, a komunistą nigdy nie był. Jeżeli chcesz obu nazywać „kanalią i szmatą”, to jest Twoja prywatna sprawa. Ja nie zamierzam.

    Nie widzę żadnych dowodów, że Wat komunistą nie był. Nie dość, że u niego, to także w tym, co piszesz na poparcie takiej tezy. Na każdym kroku wyłazi jego bolszewizm, jak szydło z worka. Natomiast co do antykomunizmu pod koniec życia, jestem gotów wysłuchać argumentów. Być może się mylę, ale takie odniosłem wrażenie podczas lektury „Mojego wieku”. „Przewertowanie nie wystarczyło”, by to odczucie potwierdzić, ani by je odrzucić.

    Kto to jest ta Jolka? Przystojna przynajmniej?

  29. 29 Dariusz Rohnka

    Michał,

    Wybacz, że Cię uraziłem. Nie miałem takiej intencji. Chodziło mi jedynie o to, że w przypadku tak drobiazgowych kwestii jak te, które dziś poruszamy, i w odniesieniu do tak niezwykłego intelektu jak intelekt Wata, nie wystarczy opierać się na własnej pamięci i kilku ad hoc zebranych cytatach. Wat, którego obaj przecież bardzo cenimy, zasługuje na większą dozę uwagi. Mówiąc inaczej, wskazałem na alternatywne podejście do problemu niż Twoje (pewnie dlatego, że moja czytelnicza pamięć niewiele jest warta), widać zrobiłem to niezręcznie. Scusi.

    Jest oczywiste i jak najbardziej zrozumiałe, że we wrześniu 1939 roku Żydzi uciekali przed nazistami na wschód. Ale przecież nie formułuję wobec Wata zarzutu, że wolał okupację sowiecką od niemieckiej. Czy Margolin podpisał się pod listem dziękczynnym polskich pisarzy, wyrażającym radość z przyjęcia „Ukrainy zachodniej” do Ukrainy sowieckiej? Zdaje mi się, że nie podpisał. Czy jestem w błędzie?

    Gdyby chodziło o Boya lub Ważyka, czy Twoje oburzenie wobec użytych przeze mnie słów byłoby równie wielkie? A przecież chodzi tylko i wyłącznie o ten jeden jedyny moment zaczernienia papieru swoim osobistym nazwiskiem pod aktem haniebnego wiarołomstwa.

    Jolki nie pamiętasz? Cóż, lata się nie cofają!

  30. 30 michał

    Aaa, to ta Jolka! Pamiętasz, lato ze snów? Urwij się od Cezara? Zaraz mi wychłódło, bo już musi być z niej stare pudło.

    Darek,

    Nie poczułem się urażony. Chodzi mi o zasadę, że skoro obaj opieramy się na wertowaniu, to nie może być argument. Ja się nie oburzam, tylko pragnę zrozumieć. Od Boya też mi wychłódło i to już bardzo dawno, ale czy Ważyk kiedykolwiek przestał być komunistą?

    Jeszcze raz potwierdzasz, co napisałem, tj., że Wat był komunistą. Przypisujesz mu jakąś mityczną i arbitralną datę 35 roku, jako datę zerwania, o czym ja nic nie wiem. Twierdzę nadal, że z tego co piszesz, wynika, że Wat był komunistą. A potem, w 30 lat później, schorowany, stary człowiek, stworzył wraz z Miłoszem (sympatykiem komunizmu czy poputczykiem?) piękną książkę, którą ja wziąłem za „sumaryczny kopniak w zęby bolszewizmu”.

  31. 31 Dariusz Rohnka

    Michał,

    To nie ja mu przypisuję datę. To on sam tak twierdzi. Chcę to sprawdzić, na podstawie jego własnych wypowiedzi.

    W kwestii Ważyka nie czuję się ekspertem, ale może i on jest ciekawym przypadkiem.

    Tak, piękna książka. W tym punkcie zgadzamy się na pewno.

  32. 32 michał

    Ja już zupełnie zapomniałem o Ważyku, Wacie, nawet o Waci, a nic tylko ta Jolka mi się plącze po głowie.

  33. 33 Dariusz Rohnka

    Bolszewików mrowie, a Ty dumasz o białogłowie? Wstyd!

  34. 34 michał

    Myślisz, że już osiwiała? Pewnie masz rację. Ale nie ma się czego wstydzić, mnie to nie przeszkadza. Nie wszyscy mogą być wiecznie żywi, jak Lenin, albo wiecznie młodzi, jak Ty.

  35. 35 Dariusz Rohnka

    Bardzo mi podmaślasz, co – rzecz jasna – wcale nie jest podejrzane.

    Wiele lat temu, będzie ze 30 roków z naddatkiem, pewna Bułgarka, z którą podróżowaliśmy w jednym kuszetkowym przedziale do Budapesztu, powiedziała: „Pani mąż ma czoło wysokie jak Lenin. Musi być bardzo mądry.”

    Widać z tego jasno – wszystkie kobiety są przebiegłe, nie tylko Jolka.

  36. 36 michał

    Ну, мальчик, ты плохо думаешь. Смотри Ленин, у него один костюм, но какая душа прекрасная!

  37. 37 Dariusz Rohnka

    И что ты думаешь? Что я переодеваюсь каждый месяц?

  38. 38 michał

    W takim razie, będziemy Cię tytułować „Wołodia Ilicz”.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.