Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




W pospolitym mniemaniu pokutuje pogląd – tego rodzaju poglądy zazwyczaj odbywają pokutę wśród powszechnie utrzymywanych i na ogół fałszywych opinii – że marksizm, trockizm, maoizm i inne czerwone izmy nie mają racji bytu w Ameryce, w kraju ludzi wolnych, w ziemi obiecanej demokracji i kapitalizmu.  Jeżeli zdarzają się jacyś Rosenbergowie, to tylko jako obcy agenci.  Jeśli nawet można znaleźć rdzennie amerykańskich komunistów, to jest to nadal marginalna obecność.  Książka Trevora Loudona, White House Reds: Communists, Socialists and Security Risks Running for US President, 2020 [“Czerwoni Białego Domu: komuniści i socjaliści ubiegający się o nominację na prezydenta Stanów w roku 2020”], zadaje kłam takim przekonaniom.  Przewodniki komunistycznych wpływów są w Ameryce wszechobecne, szeroko rozprzestrzenione i głęboko zakorzenione.  Co gorsza, sięgają już najwyższych urzędów państwowych, aż do Izby Reprezentantów, Senatu i Białego Domu włącznie.

Loudon koncentruje się na dziesięciu kandydatach w ubiegłorocznej kampanii o nominację prezydencką z ramienia partii Demokratycznej: były senator i wiceprezydent Joe Biden, senator Cory Booker, burmistrz Pete Buttigieg, burmistrz Julian Castro, posłanka Tulsi Gabbard, senator Amy Klobuchar, gubernator Deval Patrick, senator Bernie Sanders, Tom Steyer – multi-milioner, senator Elizabeth Warren.  Loudon celowo pominął Kamalę Harris, Kirsten Gillibrand i Billa de Blasio, którzy odpadli w przedbiegach, zanim ukończył swą książkę.  Wszyscy troje mają zaplecze w ruchu komunistycznym na skalę nie mniejszą niż dziesiątka, która pozostała jeszcze na placu boju.  Rzecz jasna, sylwetka Kamali Harris interesowałaby nas najbardziej, gdyż to ona zastąpi w Białym Domu zidiociałego starego grzyba, kiedy będzie miała dosyć zmieniania mu śliniaków.  Harris jest córką marksistowskiego profesora z uniwersytetu w Stanford, która to uczelnia, jak wynika z narracji Loudona, jest siedliskiem komunistycznej zarazy w Ameryce.

Ale zostawmy Harris i wróćmy do przybrudzonej dziesiątki wybranej przez Loudona.  Najciekawszą jest oczywiście postać 46 Prezydenta Stanów Zjednoczonych.  Początki jego kariery wywodzą się z ruchu przeciw wojnie w Wietnamie.  Loudon przytacza notatkę Wadima Zagładina na temat młodego senatora Bidena po jego wizycie w Moskwie: nie interesowało go rozwiązanie problemu dysydentów, a wyłącznie pokazanie amerykańskim wyborcom, że zajmuje się prawami człowieka…  Niestety miał rację stary bolszewik.  Biden pozostawał następnie w ostrej opozycji wobec wszystkich aspektów polityki Reagana – był przeciwny zarówno reformom wewnętrznym, tzw. Reaganomics, które postawiły Amerykę na nogi po latach socjalizmu, jak i polityce konfrontacji wobec sowietów – co, ściśle rzecz biorąc, nie czyniłoby z niego jeszcze kryptokomunisty.  Jego przywiązanie do linii dyktowanej z Moskwy ma jednak głębsze korzenie.

Council for a Liveable World (CLW)

Nazwa tej bolszewickiej jaczejki brzmi źle po angielsku i jest równie trudna do przekazania po polsku.  „Rada na rzecz świata, w którym dałoby się żyć” mniej więcej oddaje jej treść.  Założona została przez węgierskiego fizyka nuklearnego, Leo Szilarda.  Jako młody student, Szilard popierał bolszewicki rząd Beli Kuna w Budapeszcie, musiał więc uchodzić z Węgier po upadku krwawego reżymu Kuna.  Stał się z czasem pionierem badań nad rozbiciem atomu; był współautorem listu do Roosevelta, którego rezultatem był tzw. Manhattan Project – amerykański program budowy bomby atomowej.  Nie był niestety jedynym sympatykiem komunizmu wśród pracowników ekstra-tajnego programu.  Paweł Sudopłatow twierdzi w swej słynnej książce, że to on zwerbował Oppenheimera, Fermiego, Pontecorvo, Fuchsa i Szilarda.  Wielcy fizycy pomogli sowietom ukraść tajemnice bomby, zbudować ich własną bombę, po czym, z rozkazu Berii, zaangażowali się w ruch pokojowy przeciwko rozwojowi broni nuklearnej na Zachodzie.

W 1960 roku Szilard spotkał się z Chruszczowem, a w 1962 założył CLW, której jedynym celem miało być zbieranie funduszy dla polityków amerykańskich gotowych popierać ograniczenie zbrojeń.  Szilard podszedł do swej kreciej roboty w sposób naukowy.  Postanowił skupić swe wysiłki na Senacie i na najmniejszych stanach, rozumując słusznie, że mniejsze środki finansowe są potrzebne dla pozyskania senatora z małego stanu.  Jeden senator ma zawsze tylko jeden głos spośród stu, a łatwiej wygrać wybory w mało zaludnionych stanach.  Akcja „popierania postępowych polityków” prędko nabrała rozmachu, toteż, wedle danych z 2008 roku, CLW wspomogło 113 kandydatów do Senatu i 151 do Izby Reprezentantów.  Ich kandydaci domagali się jednostronnego rozbrojenia Zachodu i polityki „nie-interwencji” wobec sowieckiej agresji.  Była to – i jest nadal – klasyczna sowiecka „ofensywa pokojowa”.  29-letni radny ze stanu Delaware, Joe Biden, był idealnym kandydatem dla CLW.  Stanął do wyborów przeciwko Republikaninowi, który miał 80% poparcia, ale z pomocą pieniędzy Szilarda – wygrał.  Świat, w którym dałoby się żyć, jest najwyraźniej światem, w którym najłatwiej żyje się komunistom.

CLW przedstawiło młodego polityka Albertowi Gore, który popierał go odtąd finansowo do końca życia.  Strategia CLW i Gore’a polegała na znalezieniu obiecujących kandydatów, którzy mieli małe szanse zwycięstwa i finansowaniu ich kampanii do niespodziewanie wysokiego stopnia, co obarczało zwycięskiego kandydata długiem wdzięczności i dawało CLW większe, głębsze i bardziej długotrwałe wpływy.  Zarówno Biden, jak i ludzie z CLW, otwarcie potwierdzają, że pieniądze na kampanię dawane były w zamian za poparcie dla rozbrojenia.  Ale nie na tym koniec.

Albert Gore, ojciec przyszłego wiceprezydenta Al Gore’a, sam był protegowanym Armanda Hammera, swego czasu najbogatszego człowieka na świecie, który zarobił pierwsze miliony na produkcji ołówków w sowietach Stalina, a później dorabiał na handlu z sowietami.  Hammer był klasycznym agentem wpływu, jednym z najsławniejszych agentów sowieckich w historii.  W 1950 roku, Hammer uczynił Gore’a partnerem w firmie hodowli bydła.  Gore stał się w rezultacie bogatym człowiekiem, senatorem i głośnym propagatorem rozbrojenia, a w zamian otwierał drzwi w Waszyngtonie dla Hammera.  Rolę tę odziedziczył po nim Al Gore Junior.  (Nawiasem dodam, że hollywoodzki aktor, Armie Hammer, jest wnukiem bolszewickiego agenta.  Jak zwykle w merytokratycznych republikach, przywileje są dziedziczne.)

Powiedzmy to wprost: prezydent Stanów Zjednoczonych, Joe Biden, jest instrumentem sowieckiej jaczejki, pod dziwaczną nazwą „Rady na rzecz świata, w którym dałoby się żyć”, która otwarcie domaga się jednostronnego rozbrojenia Ameryki.  W 2012 roku Biden gratulował CLW pięćdziesięciu lat istnienia i nie omieszkał wyznać, że ma dług wdzięczności wobec organizacji:

Moje związki z Radą trwają od lat i są głębokie, idą wstecz do mojej pierwszej kampanii do Senatu.  Nie zapomnę nigdy wiary, jaką mi okazaliście, i pomocy dla młodego człowieka, który nie miał wielkich szans wejść do Senatu w 1972 roku.  Dzięki wam wygraliśmy.  Kontynuowaliście swą pomoc przez całą moją karierę, zwłaszcza gdy byłem przewodniczącym Komisji Senackiej Spraw Zagranicznych, i kontynuujecie ją nadal.

Moje uznanie dla waszych wysiłków rośnie, gdy pracujemy usilnie nad szeroką gamą projektów skierowanych na redukcję zagrożenia nuklearnego.

Wasza wiedza, rada i pomoc, której nie żałujecie ani mnie, ani moim kolegom na Wzgórzu Kapitolińskim i w Białym Domu, pomogła nam wspólnie osiągnąć znaczące punkty zwrotne w historii rozbrojenia, od ratyfikacji Traktatu o siłach jądrowych średniego zasięgu [Intermediate Range Nuclear Forces Treaty] i START [Strategic Arms Reduction Treaty], przez ustanowienie moratorium na próby broni jądrowej, aż do konwencji o broni chemicznej.  I aż do dziś, wasza pomoc i wskazówki w czasie wysiłków do ratyfikacji nowej umowy START.

Każdy traktat rozbrojeniowy nieproporcjonalnie faworyzuje sowieciarzy – obojętne, „rosyjskich” czy „chińskich”.  Czyżby to umknęło uwagi pacyfistów z CLW i Białego Domu?  Wątpię.  Taki był ich cel.

Przed Bidenem, najsławniejszym protegowanym CLW był niejaki Barak Obama.  Bernie Sanders i Elizabeth Warren związani są z CLW od dziesiątek lat.  Sanders zawsze odpłacał się za poparcie finansowe dla swych kampanii hałaśliwą agitacją i propagandą rozbrojenia.

Uniwersytet w Stanford – rozsadnik zarazy

Elitarny amerykański uniwersytet, Stanford, okazuje się być centrum komunistycznej propagandy.  Zaczęło się, jak zwykle, od radykalnych studentów.  „Liga walki rewolucyjnej” (League of Revolutionary Struggle (Marxist-Leninist), w skrócie LRS(ML)) powstała ze zjednoczenia jaczejek studentów azjatyckiego pochodzenia, komunistów murzyńskich oraz tzw. Chicanos, tj. Amerykanów latynoskiego pochodzenia (głównie z Meksyku), którzy domagali się samostanowienia i oderwania południowo-wschodnich stanów od USA.  Liga nie działała otwarcie, jej członkostwo było tajne, i prędko oskarżona została o kampanię oszczerstw i nacisków na niezrzeszonych studentów.  Pomimo swej nazwy, Liga była fundamentalnie maoistowska i skupiała się na agitacji rasowej, podkreślając rzekomy „instytucjonalny rasizm Ameryki”.  Wrócę jeszcze do tego punktu.

Z takiego zaplecza wywodzi się działalność Steve’a Phillipsa, założyciela organizacji o nazwach pochodnych od PowerPAC.  Ich zadaniem jest agitacja, pod mylącą nazwą „mobilizacji wyborczej”.  Phillips zorganizował największą w historii mobilizację na rzecz Obamy.  Senator Cory Booker jest absolwentem Stanford i protegowanym Phillipsa; podobnie jak Kamala Harris.  Żoną Phillipsa jest Susan Sandler, spadkobierczyni ogromnej fortuny bankierskiej rodziny, której bogactwo liczy się w miliardach.  Pieniądze komunistycznej pary zostały użyte dla poparcia kandydatury Bidena, ale dopiero od momentu, gdy wybrał Harris jako swego wiceprezydenta.

Sandler, Phillips i Jim Steyer (brat Toma, także absolwent Stanford) założyli „sojusz demokracji” (Democracy Alliance), nieformalną sieć ultra-bogaczy, działających na rzecz „sprawy postępu”.  Zrozpaczeni porażką Johna Kerry w wyborach 2004, zwołali w kwietniu następnego roku 70 milionerów i miliarderów na spotkanie w Arizonie.  Członkowie sojuszu zgodzili się dawać co najmniej 200 tysięcy dolarów rocznie na poparcie dla socjalizmu.  Są to może najdziwniejsi socjaliści na świecie: agitują z limuzyn i prywatnych odrzutowców przeciw globalnemu ociepleniu i niesprawiedliwości społecznej.  To oni finansują blm.  Najsławniejszym członkiem tej grupy jest George Soros.  DA ma w praktyce nieograniczone możliwości finansowe i składa swe środki w ofierze skrajnej lewicy.  Loudon ma rację, twierdząc, że ich intencje są bez znaczenia, skoro oddają miliony w ręce organizacji jawnie i otwarcie komunistycznych, rewolucyjnych i antyamerykańskich.

Aktywiści kładą nacisk na „tęczową koalicję”, wzorowaną na kampaniach Jesse Jacksona z lat 80., w których Phillips brał udział jako „organizator”.  Strategia polegała na łączeniu sprzecznych ze sobą nurtów.  Ani Indianie, ani Hindusi, feministki czy aktywiści domagający się uznania praw homoseksualistów, nie mieli powodu głosować na Jacksona.  „Organizatorzy” zdołali przekonać ich do stworzenia wspólnego frontu.  Już samo słowo, „organizator” przywodzi na myśl bolszewickich agitatorów, sączących truciznę do uszu biedoty.  W Ameryce, organizatorami są miliarderzy z dyplomami ze Stanford.  Phillips łączy doświadczenie agit-prop z wielkimi pieniędzmi.  Mówi o sobie:

Wyszedłem z lewicy.  Studiowałem Marksa, Mao i Lenina.  Już w szkole, organizowałem solidarnościowe wysiłki z walką o wolność w Południowej Afryce i Nikaragui, przyjaźniłem się z ludźmi, którzy uważali się za komunistów i rewolucjonistów.

Bracia Castro także studiowali w Stanford, gdzieżby indziej.  Przyczynili się do ożywienia agitacji na rzecz wolności Aztlán, mitycznego kraju Azteków, czyli oderwania południowych stanów.  Ruch ten przerodził się z czasem w Battleground Texas („pole bitwy, Texas”), jaczejkę na rzecz zwycięstwa Demokratów w wyborach w Texasie poprzez mobilizację i rejestrację wyborców oraz kampanię o legalizację nielegalnych emigrantów.

Źródła tęczowej koalicji i separatyzmu południowego, tkwią w strategii Stalina z lat 30.  Kompartia USA agitowała wówczas, z rozkazu kominternu, za stworzeniem socjalistycznej republiki murzyńskiej w południowych stanach.  Migracja kolorowej ludności na uprzemysłowioną północ, spowodowała ewolucję tej taktyki w latach 60: wymyślono separatyzm Aztlán i antyrasistowską agitację wśród czarnej ludności.  W latach 80. Jesse Jackson stworzył wspomnianą już tęczową koalicję.  Obama i jego następcy, odżegnywali się oficjalnie od rasowego szowinizmu czarnych, gdyż rozbijał on zwycięską koalicję, ale blm zachwiała tym ekwilibrium.  Loudon o tym nie pisze, ale mam wrażenie, że nowa koalicja łączy elementy tęczy Jacksona ze skrajnym szowinizmem rasowym i narodowym.  Kamala Harris i Deval Patrick reprezentują ten nowy nurt.  Ojciec Patricka, muzyk jazzowy, obawiał się wpływu szkoły na swego syna, gdyż tożsamość amerykańskich Murzynów powinna być, jego zdaniem, zdefiniowana przez „białą opresję”.

Pokolenia

Czy dzieci komunistów muszą być komunistami?  Nie muszą.  I na odwrót: dzieci porządnych ludzi mogą przeistoczyć się w bolszewicką swołocz.  Rodzice Dzierżyńskiego byli przyzwoitymi ludźmi, a taką kanalię wychowali.  A jednak niektórzy z bohaterów książki Loudona są zaiste komunistami z dziada pradziada.  Kamala Harris jest córką marksistowskiego profesora z uniwersytetu Stanford.  Pete Buttigieg jest synem tłumacza i znawcy pism Antonio Gramsciego.  Teorię kulturalnej hegemonii i marszu przez instytucje, młody Pete wyssał niejako z mlekiem matki.  Wielu wysnuwa poprawność polityczną od Gramsciego, choć prawdę mówiąc, mam zawsze wątpliwości co do oryginalności włoskiego komunisty.  W końcu, to samo mówili wcześniej i lepiej Fabianie, np. George Bernard Shaw, ale pozostaje faktem, że Gramsci jest wpływowy w Ameryce.

Młody Pete został aktywistą już w szkole.  Przedmiotem jego szkolnego wypracowania na temat polityki był Bernie Sanders.  Jego praca wygrała ogólnonarodowy konkurs i w nagrodę pojechał do Waszyngtonu, gdzie spotkał się z przedstawicielami „demokratycznych socjalistów” (Democratic Socialists of America, DSA, największej marksistowskiej organizacji w Stanach).

Julian Castro jest synem Red Rosie Castro i Jesse Guzmana, pary komunistycznych agitatorów.  Matka zabierała synów na maoistowskie wiece, gdy nie mieli nawet 10 lat.  Aż dziw, że nie umarli z nudów.  „Czerwona Róża” walczyła o wolność dla Palestyny i wyzwolenie Texasu spod amerykańskiej okupacji, a jednocześnie o światowy pokój w zgodzie z dyrektywami z Moskwy.  Domagała się uwolnienia Angeli Davis, rozdając ulotki drukowane w Hawanie.

Senator Amy Klobuchar także wyszła z lewackiego domu.  Jej matka była aktywistką w związku nauczycielskim, a ojciec lewicującym dziennikarzem, który miał niejasne stosunki z sowietami w latach 70.

Loudon tropi ideowe korzenie nie tylko samych kandydatów, ale także ich doradców, mentorów i przyjaciół.  Śledzi podejrzane organizacje, jak np. maoistowskie Liberation Road, „drogę do wyzwolenia”, FightBack!, czy Minnesota Peace Project – wszystkie aktywnie zaangażowane w agitacji przeciw Izraelowi, za uznaniem Kuby lub w poparciu Iranu.

Tulsi Gabbard została oskarżona przez Hilary Clinton, że pracuje „na rzecz Rosji”.  Zdawałoby się, przyganiał kocioł garnkowi.  Trevor Loudon argumentuje przekonująco, że trudno byłoby udowodnić, że sowieciarze pielęgnują Gabbard w celu wykorzystania jej, gdy osiągnie wysokie stanowisko.  Wystarczy jednak przyjrzeć się jej wypowiedziom, aby dostrzec, dlaczego Gabbard może się podobać w Moskwie i im mniej jest sterowana, tym bardziej użyteczna.  Popiera głośno Assada w Syrii i Maduro w Wenezueli, domaga się rozmów z Kimem w Korei i ugłaskania Iranu.  W rezultacie, prawica ceni Gabbard za jej „niezależność” w polityce zagranicznej, a lewica za jej „postępową retorykę” i walkę o pokój.  Ma ona wszakże tylu przyjaciół wśród jawnych komunistów amerykańskich, że nie można chyba wykluczyć także jej agenturalności.

Gabbard prędko stała się ulubionym politykiem amerykańskim w RT (Russia Today).  Nie może być wątpliwości, że nie osiągnęła jeszcze poziomu Obamy, Sandersa czy Bidena w oczach sowieciarzy, ale w przeciwieństwie do nich, posłanka z Hawajów jest młoda i przystojna.

Nowomowa

Najbardziej przygnębiającym aspektem książki Loudona jest koszmarny, bolszewicki język amerykańskich komunistów.  Być może, jako człowiek narodzony w Polsce ludowej, nie powinienem się dziwić, że tacy ludzie mówią z własnej, nieprzymuszonej woli orwellowską nowomową, która byłaby na miejscu w sprawozdaniach z posiedzeń dowolnego politbiura w dowolnym demoludzie.

Przyjaciele Tulsi Gabbard z kompartii USA złożyli w Kongresie w 2001 roku projekt ustawy o Departamencie Pokoju.  Warto przytoczyć opis projektu w ich własnych słowach:

Ustawa miała zobowiązać rząd federalny do założenia agencji z budżetem 3 miliardów dolarów rocznie i Sekretarzem Pokoju jako członkiem gabinetu prezydenta, wraz z siedmioma asystentami.  Misją departamentu miało być uznanie pokoju jako nadrzędnego pryncypium, rozwijanie polityki, która zapobiega narodowym i międzynarodowym konfliktom, popieranie interwencji bez użycia siły, mediacja między stronami, pokojowe rozwiązywanie sporów i strukturalna mediacja [sic!].

Innymi słowy, będzie taka walka o pokój, że kamień na kamieniu nie zostanie.

Wspomniana już DSA pisała o celach politycznych w Kongresie:

Głównym celem jest… identyfikacja jednoczących wartości, wspólnych postępowcom w tym punkcie historii USA, by zdefiniować podstawowe elementy postępowego programu na przyszłość i złączyć ten program z troskami milionów rozczarowanych, którym odmówiono głosu.

W centrum postępowego programu leży kwestia cierpień, bezsilności i strachu, stworzonego przez potęgę korporacji, bez pomijania milczeniem rasizmu, seksyzmu, ksenofobii, homofobii i innych niesprawiedliwości zaostrzonych przez niepewną sytuację ekonomiczną robotników.

Następnym krokiem w formułowaniu polityki, będzie seria wykładów dla Kongresu na temat sprawiedliwości społecznej (globalna gospodarka, odpowiedzialność korporacji, reforma zasiłków, wśród tematów do poruszenia).

Nic dziwnego, że DSA skutecznie zinfiltrowała partię Demokratyczną.  Bernie Sanders, Elizabeth Warren i ich poplecznicy celują w nowomowie, ale najzabawniejszym jej przykładem służyć mogą wyzwiska rzucane sobie wzajem, gdy część lewaków poparła Warren, a nie Sandersa w 2019 roku.  Klasyczna bolszewicka dintojra, ale właściwie czego innego się od nich spodziewać?

Nudne to wszystko i przewidywalne, ale mimo to, niech wie prawica, co robi lewica.



Prześlij znajomemu

13 Komentarz(e/y) do “Niech wie prawica, co robi lewica”

  1. 1 Andrzej

    Smutny to obraz. Bolszewizm w USA głęboko zapuścił korzenie. O ile przejęcie przez komunistów kierownictwa amerykańskiej partii demokratycznej nie jest dla mnie żadną niespodzianką od czasów (co najmniej) Clintona to naprawdę niepokoi mnie ześlizg partii republikańskiej, postępujący w tym samym tempie od czasów „upadku komunizmu”. Te elity są z każdą kadencją coraz bardziej „poprawne politycznie” i nic nie pomoże trwanie kilku „konserwatywnych jastrzębi” w rodzaju „wykołowanego” w 2016 roku przez Trumpa Teda Cruza, który też nierzadko lawiruje, aby dostosować się do ogólnego trendu. Osoby takie jak Romney czy Liz Chenney, nie wspominając o Bushach nadają ton tej formacji. Do nich doszlusował Trump – koniunkturalista, który moim zdaniem narobił ogromnych szkód, odrywając wartościowych ludzi do swojej pustej wewnątrz „magi”, dezorientując i dzieląc elektorat republikanów. Obawiam się, że ten ruch po równi pochyłej trudno będzie powstrzymać, a nawet sądzę, że będzie coraz szybszy. Ale może pojawi się nowy Reagan, który to pozbiera do kupy. Ameryka pilnie potrzebuje antykomunistycznej kontrrewolucji.

    Ciekaw jestem, czy Trevor Loudon poruszy kiedyś ten temat.

  2. 2 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Republikanie nie mają w tym względzie dobrej historii. Oczywiście, to nie jest taki poziom, jak Carter, Clinton czy Obama, ale ani Eisenhower, ani Nixon i Ford, ani obaj Bushowie, nie okryli się chwałą w swych kontaktach z komunistami. Nie zapominajmy, że to Eisenhower był u władzy podczas powstania węgierskiego i zachowanie Ameryki wówczas było nie mniej skandlaiczne niż Bidena w Afganistanie. Nie kto inny, jak Nixon i Kissinger, wciągnęli chrl i Mao na arenę międzynarodową, w czasach potworności rewolucji kulturalnej. O Bushach nie ma co mówić, choć Bush junior jest często niezasłużenie krytykowany.

    Czy pojawi się nowy Reagan? Oto jest pytanie.

  3. 3 Andrzej

    Można dodać, że Eisenhower zgodził się na oddanie komunistom połowy Korei, a Nixon z Kisingerem „odprężali się” (w tym samym mniej więcej czasie) z sowietami i peerelami.

    Wszystko jest możliwe, ale na dziś wygląda to bardzo źle.

  4. 4 amalryk

    Jakie to wszystko , aż do znudzenia powtarzalne….

    „Tak się historii koło kręci,
    że najpierw są inteligenci,
    co mają szczytne ideały
    i przeobrazić świat chcą cały.
    Miłością płonąc do abstraktów,
    najbardziej nienawidzą faktów,
    fakty teoriom bowiem przeczą,
    a to jest karygodną rzeczą.”

    Z nauką zaś {przy uwzględnieniu wszystkich wątpliwości i zastrzeżeń wobec tego co nazywamy „nauką”} kłopot mamy coraz większy…

    „Nauki mają dwa końce. Jeden to czysta niewiedza naturalna, w jakiej znajdują się wszyscy ludzie przy urodzeniu. Drugi kraniec to ten, do którego dochodzą wielkie dusze, które przebiegłszy wszystko, co ludzie mogą wiedzieć, uznają, że nie wiedzą nic i znajdują się w podobnej niewiedzy, z której wyszli: ale jest to niewiedza uczona, która zna samą siebie. Natomiast ludzie pośredni, którzy wyszli z niewiedzy naturalnej, a nie doszli do niewiedzy uczonej, mają jakowyś polor wiedzy zadufanej w sobie i udają mędrków.
    Owi to mącą świat i sądzą mylnie o wszystkim.”

    Może dlatego że obecnie nie ma już miejsca dla takich pascal’owskich „wielkich dusz”?
    Jak to już przed pół wiekiem zauważył Stanisław Ulam;

    „…wygłaszając przemówienie podczas uroczystości 25 lecia konstrukcji komputera von Neumanna w Princeton, zacząłem nagle szacować w pamięci, ile twierdzeń publikuje się co roku w czasopismach matematycznych. Przeprowadziłem szybko ciche rachunki i doszedłem do liczby sto tysięcy na rok. Powiedziałem to i … audytorium osłupiało.”

    Od czasów upowszechnienia obowiązkowego szkolnictwa strasznie nam się namnożyło owych „mędrków”. Czy to oczadzonych miazmatami owego le siecle des lumieres akuszerów rewolty we Francji , czy też tych oszalałych biesów, którzy doprowadzili do zagłady Rosję.
    Widocznie nadszedł teraz czas na Amerykę…

  5. 5 michał

    Panie Andrzeju,

    Pytanie o nowego Reagana jest jednak uzasadnione o tyle, że istnieją nadal w amerykańskim społeczeństwie potęźne siły konserwatywne, z których taki nowy przywódca może się wyłonić.

    Jak na mój gust, to brzmi dosyć optymistycznie, a ja optymistą nie jestem. Trzeba jednak w tym miejscu dodać, że tak samo mogło się wydawać w dennej beznadziejności lat 70. w Ameryce i Wielkiej Brytanii, że nie ma już ratunku – i wtedy pojawili się Thatcher i Reagan. Komuniści nadal owinęli ich sobie w końcu wokół palca, ale przynajmniej zdołali postawić na nogi swoje własne kraje.

  6. 6 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Jak miło usłyszeć od Pana. Bardzo to wszystko słuszne i trafne. Dodałbym tylko, że największa literatura znana światu, literatura rosyjska XIX wieku, mówi o takim właśnie społeczeństwie, które z zamkniętymi oczami, w szampańskich humorach, pędzi ku zagładzie, jednocześnie krytykując państwo, które im tę zabawę i tę krytykę umożliwia i na którą dobrodusznie pozwala. Tamto społeczeństwo radośnie podcinało gałąź, na której siedziało i dlatego należy czytać Gogola, Dostojewskiego, Czechowa i innych, jak gdyby pisali o współczesnych nam społeczeństwach Zachodu.

    Akuszerów rewolty i biesów ci u nas dostatek…

  7. 7 amalryk

    Plinio Corrêa de Oliveira wyróżnił cztery główne rewolucje niszczące kolejno nasza cywilizację: religijną , polityczną, ekonomiczną i aktualnie trwającą obyczajową.
    Prawdę mówiąc, zbyt wielkiej nadziei w USA ja bym nie pokładał.

  8. 8 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Nigdy nie słyszałem o Plinio Corrêa de Oliveira. Poszukałem trochę i to bardzo ciekawa postać. https://www.pliniocorreadeoliveira.info/ENGLISH.asp#BIOGRAPHY Ktoś powinien o nim napisać.

    I ja nie wiążę wielkich nadziei z Ameryką, ale chyba nie ze względu na rewolucję obyczajową, a bardziej z powodów fundamentalnych.

    W moim przekonaniu, rewolucje w obyczajach przychodzą i odchodzą. Libertyni w XVIII wieku byli bardziej „wyzwoleni” obyczajowo, niż siksy z metoo; paradoksalnie, metoo i cała ta hałastra, prowadzą raczej do powściągnięcia obyczajów. Nie zmienia to faktu, że obyczaje się zmieniają.

    Tymczasem Stany Zjednoczone są krajem zbudowanym na racjonalistycznych podstawach. Ojcowie Republiki, autorzy Konstytucji byli rewolucjonistami, a nie konserwatystami. Uważali, że należy budować stosunki między ludźmi na racjonalnych podstawach, a nie na tradycji. Stąd „naturalna” (złe słowo w tym kontekście, ale nie mam innego) sympatia Amerykanów do każdego przewrotu, do rewolucji francuskiej, bolszewickiej i każdej innej. Stąd ich naturalna antypatia do carskiej Rosji czy do Imperium Brytyjskiego, do hiszpańskiej korony czy do Rzeczpospolitej. (Być może nie mam racji w tych ostatnich dwóch wypadkach, bo większość Amerykanów nie ma żadnego zdania na ten temat.) Stąd ta łatwość z jaką przełykają argumentację, że sowiety to tylko Rosja, proponowaną zresztą głównie przez Polaków.

  9. 9 Andrzej

    Zatem Panie Michale, na jakiej podstawie napisał Pan, że w społeczeństwie USA nadal istnieją „poważne siły konserwatywne”?

  10. 10 Andrzej

    ps. Pomyliłem się. Chodziło o „potężne siły”. Przepraszam

  11. 11 michał

    Panie Andrzeju,

    Oczywiście napisałem tak, ponieważ takie odnoszę wrażenie. Są w Stanach siły autentycznie konserwatywne, nawet jeżeli zmylone atencją, choć lepiej byłoby powiedzieć bezbożną weneracją, dla Ojców Założycieli i dla Konstytucji. Nb. słyszałem kiedyś bardzo interesującą dyskusję na temat amerykańskiej konstytucji, z której wynikało, że jej twórcy, a zwłaszcza Franklin, byli zdania, że konstytucja powinna być odrzucona po określonej liczbie lat (zdaje mi się, że po 28 latach, co uznano „naukowo” za długość życia jednego pokolenia) i następne pokolenie powinno stworzyć swoją własną konstytucję. Czy to nie zabawne, w świetle czci, jaką jest otoczony dziś zwykły dokument? Jego autorzy nie uważali go wcale za „tekst święty”.

    W tak ogromnym i zróżnicowanym społeczeństwie, zawsze będą istniały siły konserwatywne. Proszę zwrócić uwagę na taki drobiazg: większość komentatorów (m. in. Loudon) uważa, że tzw. Hispanics czyli Amerykanie pochodzenia meksykańskiego, z Puerto Rico, Kuby i Ameryki Łacińskiej, są naturalnie skłonni głosować na Demokratów i że są generalnie na lewo. Nie wątpię, że głosują na Demokratów z początku, ale bardzo prędko mają dość lewackiej propagandy i przechodzą do Republikanów. Dzieje się tak ze względu na ich „naturalny konserwatyzm”, przywiązanie do rodziny, przekonanie, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny itd.

    Czy to wystarczy dla powstrzymania lewackich tendencji w Ameryce? Nie sądzę, ale nie znaczy wcale, że nie wyjdzie z tych sfer kolejny Reagan.

  12. 12 amalryk

    Panie Michale,
    Naturalnie, że w czasach zawieruchy ludzie wykazują zastanawiającą skłonność do folgowania sobie w sferze obyczajowości, ale obecnie mamy do czynienia z próbami zinstytucjonalizowania promowania dewiacji w oparciu o edukacyjny aparat państwa , że nie wspomnę o deprecjonowaniu rodziny poprzez lekceważenie instytucji małżeństwa.
    Chyba ma Pan rację, że Ameryka, o ile pozostanie państwem otwartym, to ratunku może się spodziewać raczej ze strony „fasolarzy” niż owych wasp’ów kimkolwiek oni dzisiaj są.

  13. 13 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Rozpasanie obyczajów tradycyjnie wiąże się ze schyłkowym okresem wielkich kultur. Rzym czy Persja, ale także przedrewolucyjna Francja, są tego dobrymi przykładami. Rozwiązłość czasów zawieruchy, jak Pan to określa, ma chyba nieco inny charakter. Pisał o tym ciekawie Kierkegaard, ale musiałbym poszukać, gdzie o tym pisał. Rewolucje generalnie rozwiązują i stąd wyuzdanie czyli „odrzucenie uzdy”.

    Słusznie Pan mówi, że to z czym mamy do czynienia w dzisiejszych czasach, jest innej natury niż tradycyjne rozumienie rozwiązłości obyczajów. Ma inne podłoże i, co może najbardziej zdumiewające, pozornie przeciwstawne wektory. Z jednej strony absolutna wolność wyuzdanego indywidualizmu – erozja małżeństwa, feminizm, wolność mordowania nienarodzonych, ogólny permisywizm w kwestiach erotycznych – a jednocześnie, wzrost czegoś, co można nazwać cenzurą obyczajową, a co wyraża najlepiej ruch metoo, i ma ogromny wpływ na stosunki międzyludzkie.

    Udział państwa w tym wszystkim, rzecz jasna, komplikuje obraz, ale mówiąc prawdę, tak jest zawsze, gdy państwo wtyka swoje trzy grosze do ludzkich spraw.

    Co do odrodzenia konserwatyzmu, to nie może być mowy, żeby wystarczył ten tradycyjny konserwatyzm przez małe ‚k’, związany z latynoskim pochodzeniem. To musi być szerszy ruch, żeby mógł zeń wyrosnąć nowy Reagan. Niestety nie znam sytuacji w Stanach na tyle szczegółowo, żeby móc o tym wyrokować.

Komentuj





Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.