III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Lato 1914 było – od czerwca do późnej jesieni – gorące, upalne i prawie bez deszczu.

Rosja, więzienie narodów, jęczące pod carskim knutem, była jedynym uczestnikiem Wielkiej Wojny, który przez pierwsze dwa lata konfliktu nie zmobilizował studentów.  Początkowo nawet pociągi chodziły na czas, ale zmieniło się to wraz z wybuchem patriotycznego ferworu.  (Dlaczego patrioci i demokraci nie potrafią trzymać się rozkładu jazdy na kolei, jest jedną z nierozwiązalnych zagadek bytu.)  Tłum zmobilizowanych rezerwistów napadł beztrosko na gorzelnię w Ihumeniu, a potem na pałac Wańkowiczów w Śmiłowiczach (gdzie powstać miał ponoć Straszny dwór).  „Pogrom w Śmiłowiczach” był przez długi czas przedmiotem podekscytowanych komentarzy w salonach, ale niektórzy dworowali sobie, bo wielkie barbarzyństwo ograniczyć się miało do tego, że stłuczono „moc słoików z konfiturami”.  Był to słaby podmuch nadchodzącej katastrofy.

Według Pawlikowskiego, wojny nie chciał nikt.  Nie dążyły do niej elity dworskie ani rządzące dynastie.  „Wojny chciała może garstka Polaków w Galicji” i Włodzimierz Uljanow w Szwajcarii.  Godzi się jednak przypomnieć, że do wojny parły narody, czyli tzw. opinia publiczna wszystkich stron.  Antagoniści rzucili się do działań wojennych z ochotą, z przekonaniem, że naprawiają krzywdy mitycznych rozmiarów, i z wiarą we własną słuszność.  W rezultacie tej wojowniczości, miński kafeszantan „Akwarium” stał się nudny, głównie dzięki prohibicji alkoholu, ale w Petersburgu, przezwanym ku zgorszeniu Tadzia Irteńskiego, Piotrogrodem, zabawa złotej młodzieży trwała w najlepsze, więc Tadzio poruszał się między operą w stolicy i polowaniami w majątkach sąsiadów.  Polował m. in. nad Drucią.

Dla dziewięćdziesięciu dziewięciu na stu Polaków „Druć” zabrzmi tylko jak nic niemówiąca nazwa geograficzna.  A szkoda.  Druć jest właśnie dla Polaków rzeką godną zapamiętania.  Linią bowiem tej rzeki biegła granica pierwszego rozbioru (1772).  Dalej na zachód nie śmiały jeszcze wedrzeć się szpony Katarzyny II.  Zabrała tylko spory szmat ziemi między Drucią i Dnieprem.

Druć była więc pierwszą w dziejach Polski linią Curzona.  Pierwszym wycofaniem się Polski znad Dniepra.  Po raz ostatni polował Irteński na Witebszczyźnie w majątku siostry, w Sokorowie.

Huczy i trzaska ogień w kominku.  Sennie posykuje samowar.  Smakują tłuste i aromatyczne półgęski.  I smakuje siwucha gorzelniana cudem ocalała z pogromu prohibicyjnego, kiedy to rok temu cały olbrzymi zapas surówki wylano do stawu pod gorzelnią i po barbarzyńsku zapalono!

Była zima z 1916 roku na złowróżbny rok 1917.

Świat opisywany przez Pawlikowskiego zawęża się z posępną nieuchronnością.  Bajka rozgrywała się pośród wielkich przestrzeni, niespiesznych podróży między majątkami i Mińskiem, ale także do Wilna, do Dorpatu, do Warszawy, do Petersburga i na Riwierę („utartym polskim szlakiem z obowiązkowym, dlaczegoś w powrotnej tylko drodze, zatrzymaniem w Mediolanie, Padwie, Wenecji”, pokpiwał Mackiewicz).  Wybucha Wielka Wojna i świat robi się ciaśniejszy, przecinają go fronty, życie utrudniają rekwizycje, prohibicje, wysiedlenia i rosyjska taktyka spalonej ziemi, ale nadal trwają rauty w Mińsku i flirty z panienkami z dobrych domów, hulanki i romanse w Petersburgu, polowania na mszarach i w śniegu, mimo że Wielki Książę Mikołaj, barbarzyńca, nakazał palenie starki i wylewanie dobrych win z piwniczek dworskich.  Pawlikowski-Irteński, pomimo poborowego wieku, kontynuował spokojnie studia i dekował się wygodnie z dala od frontu wraz z większością swych przyjaciół.  No, ale to były czasy cesarzy, obszarników i krwiopijców.

Najpierw zawalił się tron i nastąpiła konsternacja.  Bawiono się wprawdzie nadal, ale już bez wielkiej wiary w przyszłość.  Nastąpiła sławna licytacja na lewo wśród partii politycznych: te z prawa domagały się tylko zwolnienia tempa przemian.  Pogromy ziemian, grabież i bezmyślne niszczenie dworów nabierało powoli cech epidemii – owe czasy anarchii, gwałtów i rabunku nazywano wówczas „swobodą” – aż zostało gwałtownie powstrzymane przez pojawienie się Dowborczyków (jak widzieliśmy w części II), a potem Niemców.  Płynne fronty, nie istniejące granice, bezprawie i bliskość krwawej bolszewii powodują niejaki popłoch wśród ziemian.  Wuj Obiezierski wydał wielkie przyjęcie dla Dowbora w Bobrujsku.

Panie, rozgorączkowane i zarumienione, topniały pod zabójczymi spojrzeniami ułanów.  Panom kurzyło się z łysin i czupryn.  Było bardzo, bardzo wesoło.  A wszystko to w czasie, gdy nad krajem panowali już bolszewicy.

Pojawia się coraz silniejsza potrzeba ucieczki („mikrob wiania”, znaleziony najpierw u „bieżeńców”, tj. ludzi wysiedlonych przez Rosjan podczas ofensywy niemieckiej, przeniósł się następnie na ziemian w strachu przed chłopskim pogromem, a z czasem przemienił w paniczny lęk przed bolszewicką zarazą).  Krewni i znajomi już nie umierają dostojnie w swych dworach, ale giną, a nawet giną w niepojętych męczarniach, jak młodszy brat, Kazio, goniony nago po śniegu, tłuczony kolbami i kłuty bagnetami przez bolszewików.  Przyjście Niemców powstrzymało pogromy ziemian i palenie dworów, a nawet odrodziło polskie życie kulturalne, ale odbywało się ono w cieniu stojącej za Dnieprem „nieznanej dziczy bolszewickiej”.  Mel Wańkowicz miał rzekomo jakiś niecny udział w rozbrojeniu Dowborczyków w Bobrujsku, więc pani Leonowa Wańkowiczowa domagała się usunięcia go ze… Związku rodu Wańkowiczów…

Z odejściem Niemców pojawiły się na ulicach Mińska i Bobrujska podejrzane typy z czerwonymi opaskami na rękawach i wówczas Irteńskich także objął mikrob wiania.  Kiedy Tadeusz opuszczał Baćków, wzięła go chęć spojrzenia za siebie na rodzinny dwór.

– Nie obejrzę się, bo jeżeli się obejrzę, nie zobaczę już nigdy Baćkowa.
Zwalczył pokusę i nie obejrzał się.  Ale nic to nie pomogło.

Irteńscy znaleźli się w Warszawie, ale bolszewicy podążali za nimi.  Pawlikowski ironizuje, że kiedy przyszło bić się o Warszawę, to o Wilno na dwoje babka wróżyła, a „o Mińsk babka nie stawiała nawet kabały”.  Wstąpił wreszcie do wojska, do 19 eskadry lotniczej, mógł więc paradować w mundurze i jadać kolacje w Astorii.  Polacy wojnę wygrali, ale przegrali pokój.

Zdrada ryska – przekleństwo Kainowe

Zdrada ryska odetnie go na zawsze od własnego majątku i rodzinnej Mińszczyzny, ale odetnie także od ogromnych ziem historycznej Litwy, hen aż do Smoleńska i aż po Dniepr; inne granice przetną Żmudź i Inflanty.  Petersburg, miejsce młodzieńczych uciech, przestanie istnieć, a na jego miejscu powstanie monstrualna groteska w postaci centrali międzynarodowego bolszewizmu.  Pozostanie tylko ślepa kiszka Wileńszczyzny, w której, choć bliska i rodzinna, Irteński będzie się zawsze czuł już tylko emigrantem.  Będą nadal dwory krewnych i przyjaciół, bale i miłostki, kariera i polowania, ale świat stanie się ciasny i zaciskany coraz bardziej przez Sławojów, Bociańskich, przez napływową polską administrację i jej tępe nakazy.  Własna ziemia, własny dom przepadły na zawsze i krwawić będą pod bolszewickim knutem.  Aż wreszcie przyjdzie rok 1939 i klaustrofobiczne odczucie zamknięcia na Pomorzu, w Toruniu, skąd nie ma dokąd uciekać.  Irteński-Pawlikowski, jak tylu innych, ucieknie na wschód, po to tylko by znaleźć się między dwoma frontami, a w końcu dostać się w kleszcze sowieciarzy.  Bakcyl wiania zaszczepiony przed laty, przyda się znowu.  Uciekłszy spod sowieckiej okupacji, będzie mieszkał kątem u znajomych w Wilnie, i skorzysta z litewskiego interludium, by uciec do Szwecji.  Tam, w przytułku dla uciekinierów spotkają go kary za nieprzepisowe ścielenie łóżka, a w Londynie będzie mu jeszcze ciaśniej.  Bajka niespiesznej podróży sankami wśród mrozów, między rodzinnym majątkiem na Mińszczyźnie i majątkiem kuzynów na Witebszczyźnie, w mało praktycznym celu polowania na łosie, zamieniona zostanie na powietrzną komunikację między zatęchłą dziurą pod Sztokholmem i wynajętym emigranckim pokoikiem w Londynie.  Ale znowu wybiegam naprzód.

W 1947 roku, Pawlikowski opublikował w tygodniku Lwów i Wilno, artykuł pt. „Przekleństwo Kainowe”, którego obszerne fragmenty weszły po latach do tomu Wojna i sezon (rozdział „Cud nad Wisłą”).  Maciej Urbanowski pisze w Posłowiu do prlowskiego wydania, że w Rydze „oddano bolszewikom nie tylko małą ojczyznę autora, ale też miliony istnień”.  Nie sądzę, żeby Pawlikowski widział to w ten sposób.  Zniszczenie Petersburga i zastąpienie go sparszywiałym Leningradem było równie dla niego bolesne, choć stolica carów nie była jego ojczyzną.  Chodziło mu o Polskę, o wizję Polski, w której mógł leżeć Pućków, ale nie dlatego że był jego majątkiem.  Polskę, w której mogły mieszkać miliony Rusinów, ale nie po to by uprawiać jego pola.  Zdaniem Pawlikowskiego, rok 1920 był dla Polski „szaloną okazją”, do której Polacy nie dorośli.

Dobrowolnie zrzekliśmy się spuścizny jagiellońskiej.  Dobrowolnie oddaliśmy wrogowi wschodniemu ćwierć miliona kilometrów kwadratowych ziemi i kilka milionów mieszkańców.

Winił nie negocjatorów w Rydze, ale polskość: krótkowzroczność, małoduszność, tchórzliwe milczenie, brak wyobraźni.  Pawlikowski nazwał traktat ryski „przekleństwem Kainowym”, źródłem „wszelkiego zła, które nas dotknęło i dotyka”.  Załamała się w Polakach wiara w Polskę.  Czym innym jest bowiem być pokonanym w walce i utracić ziemie, a czym innym nikczemnie się wycofać, podle machnąć ręką na miliony istnień.  Polskość zacieśniła się także.

Odrzuca argumenty apologetów traktatu, że Polska nie mogła „przetrawić tego obszaru”.  Polacy, tkwiąc w niewoli, rzucili piękne hasło „za wolność waszą i naszą”, ale w praktyce woleli rzucić Rusinów bolszewikom na pożarcie, skoro nie potrafili ich spolonizować.  Współczesny nam badacz, Piotr Bojarski, pisał z okazji setnej rocznicy ryskiej zdrady:

Niestety, międzywojenna Polska nie miała wystarczających środków finansowych potrzebnych do efektywnej polonizacji [podkreślenie moje – mb], zabrakło też niewątpliwie konsekwencji w prowadzonej polityce.  („Wokół traktatu ryskiego. Kilka refleksji Michała Kryspina Pawlikowskiego”, Echa Przeszłości 2022 nr 1)

Finanse nie były problemem, ani nawet brak konsekwencji, ale dążenie do „efektywnej polonizacji”.  Stanisław Grabski próbował po latach usprawiedliwiać swe poczynania w Rydze małostkowymi argumentami, że Polacy mogliby nie wygrać przyszłych wyborów na Mińszczyźnie, bo system wyborczy w Rosji nie był demokratyczny i tylko dlatego ziemianie zajmowali tam znaczące stanowiska.  Chciałoby się odpowiedzieć pytaniem: i co z tego?  Niech idą na Sołowki lub w kołchozy, skoro endecja nie może wygrać w wyborach?  Pomińmy ten drobiazg, że w sowdepii żadnych wyborów nie było.  Nic dziwnego, że towarzysz Grabski przystąpił ochoczo już w 1945 roku do bolszewickiego sowietu pod nazwą krn.  W rzeczywistości Grabski pragnął Polski etnicznej, nie chciał mieć w Polsce „wrzodu narodowego”, za jaki endecy uważali wschodnie ziemie Polski.  Wolał odrzucić ziemie wywalczone przez polski oręż i dawane lekką rączką w Rydze przez Joffego, a wraz z nimi oddał w niewolę miliony Rusinów i Polaków.

Polskie zaścianki przemienione zostały w kołchozy, bogate chutory zrównane z ziemią, ponieważ p. Grabski nie lubił Rusinów.  Pawlikowski widział w ryskim traktacie objaw choroby, toczącej myśl polską.

Był objawem atrofii racji stanu; racji opartej na pewnym minimum moralności politycznej.  Był objawem raka dojutrkostwa zbudowanego na fałszywym poczuciu bezpieczeństwa.

W psychice polskiej „załamał się duch przygody”, dodawał.  Osobiście, nie wierzę w istnienie psychiki narodu, ale wydaje mi się udowodnione, że dominanty kultury polskiej zmieniły się wraz z odwróceniem od Wschodu, z zastąpieniem polityki współżycia różnych narodowości, polityką polonizacji.  Utrata ziem wschodnich Rzeczpospolitej była tego konsekwencją, a nie przyczyną.  Pawlikowski miał słuszne pretensje pod adresem krótkowzroczności polityki, która do tego doprowadziła, a której punctum saliens była zdrada ryska.  Pisał w 47 roku:

Chodziło o te miliony ludzi stęsknionych do Polski.  Ludzi tych zdradzono.  Nie potrafiono nawet zawarować ich praw, już nie do ziemi i mienia, lecz po prostu – do życia.

A w dwa lata później dodał:

Po zwątpieniu w linię Dniepru zwątpiliśmy w linię Berezyny; z linii Berezyny cofnęliśmy się na linię traktatu ryskiego; a dziś są między nami tacy, niestety dość liczni, którzy gotowi są „zgodzić się” na linię Curzona…  Na co zgodzą się jutro?  I w tym tkwi nasze nieszczęście i nasza pokuta.

Od siebie dodałbym do tych gorzkich słów, że haniebne potraktowanie naszych pobratymców znad Dniepra i Berezyny w Rydze, zemściło się w dwie dekady później w Jałcie, gdzie Polacy zostali zdradzeni i rzuceni na pożarcie bolszewii w taki sam sposób.  Te „miliony ludzi stęsknionych do Zachodu” zdradzono w Jałcie, nie potrafiono zawarować nawet ich prawa do życia.  Tylko że Polska jest odległym i nieznanym krajem dla Wielkiej Brytanii, a nie można tego samego powiedzieć o mieszkańcach zaścianków szlacheckich nad Berezyną wobec Polski – ponieważ to byli Polacy.

Pensjonat

Międzywojenna Polska była zaledwie pensjonatem dla mińczuków.  Nie tylko Pawlikowski czuł się w niej obco, czuł się jak emigrant.

Rodzeństwo Maria i Józef Czapscy należeli do rozległego i bogatego rodu z Mińszczyzny.  Spokrewnieni z ambasadorem Katarzyny Wielkiej Otto Magnusem von Stackelbergiem i z konfederatami barskimi, ich wujem był Gieorgij Cziczerin, a obracali się w dzieciństwie wśród Austriaków, którzy byli czeskimi patriotami i niemieckich protestantów, służących wiernie Imperatorowi Wszechrosji.  Rodzina hrabiów Hutten-Czapskich była skoligacona z wieloma dworami europejskimi, ale jej członkowie pozostawali lojalnymi poddanymi Samodzierżcy.  Kiedy Józef Czapski znalazł się w Krakowie w 1921 roku, to czuł się jak obcokrajowiec.

Ale byli też inni.  Melchior Wańkowicz czuł się w Polsce przedwojennej jak ryba w wodzie.  Chwalił się później, że na długo przed wojną, jeszcze w Polsce niepodległej, aprobował odpowiedź swych dzieci, gdy zapytani, „z jakich są Wańkowiczów?”, odpowiadali: „z tych z Żoliborza”.  Jedni zaakceptowali tę nową, okrojoną Polskę, a inni nie mogli się w niej odnaleźć.  Na przykład Florian Czarnyszewicz, który już w 1924 roku wyemigrował do Argentyny.  Znakomitym przykładem tego rodzaju paradoksalnej bezradności jest Sergiusz Piasecki, a ściślej, fikcyjni bohaterowie jego najsławniejszej powieści, Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy.

Samotność nauczyła mnie myśleć i kochać.  Więc kocham las – jak ryś, jak wilk.  Kocham broń jak najlepszego przyjaciela i namiętnie kocham noc: najwierniejszą mą kochankę.  Każdą nową noc witam radośnie, z zachwytem.

Tak myśli opuszczony przez wszystkich przemytnik Władzio, bohater, narrator i porte parole Sergiusza Piaseckiego.  Władzio jest bandytą, terroryzuje całe pogranicze, i to po obu stronach granicy.  Książka jest napisana po amatorsku, co tylko dodaje jej wdzięku, daje świadectwo nie istniejącej już „kulturze” szmuglu, męskiej, bandyckiej przyjaźni, lojalności i zdrady, chciwości i obojętności.  Jej niezaprzeczalnym walorem jest bezpośredniość narracji, pewność opisów spraw widzianych z pierwszej ręki, świata doświadczonego.  Kompletna moralna degrengolada opisywanych ludzi, staje się właściwie obojętna.  Postaci przemytników u Piaseckiego są jak zwierzęta, poza dobrem i złem, wyzuci i porzuceni.  Tym bardziej razi upór, z jakim Władzio prowadzi swą vendettę.  Najpiękniejsze słowa książki pochodzą niespodziewanie z autorskiego wstępu, napisanego w Rzymie w 1946 roku:

Żyliśmy jak królowie.  Wódkę piliśmy szklankami.  Kochały nas ładne dziewczyny.  Chodziliśmy po złotym dnie.  Płaciliśmy złotem, srebrem i dolarami.  Płaciliśmy za wszystko: za wódkę i za muzykę.  Za miłość płaciliśmy miłością, nienawiścią za nienawiść.

Co robiliby ci sami ludzie w Rakowie – nb. to miejsce urodzenia samego Mariana Zdziechowskiego – gdyby zdrada ryska nie wytyczyła granicy tuż obok ich miasteczka (akcja toczy się we wczesnych latach 20.)?  Gdyby Grabski nie wydumał takiej właśnie linii granicznej, albo gdyby po drugiej stronie nie znajdowała się czarna plama sowdepii?  A zaledwie kilka kilometrów dalej wielka stolica tej krainy – Mińsk.  Powieść Piaseckiego dzieje się na ziemiach Pawlikowskiego, Woyniłłowiczów i Zdziechowskich, Wańkowiczów i Czapskich, ale jakże są zmienione.  I u Piaseckiego szlachta zaściankowa nie różni się wiele od chłopów (choć może mniej byli skłonni do bandytyzmu).  Dworów w opowieści Piaseckiego nie ma żadnych.  Czy nie trudno wśród przemytników dostrzec Nadberezyńców, Kościka i Stacha?  Czy i oni, zdradzeni przez wyczekiwaną od lat Polskę, nie staliby się bandytami?  Już za kilka lat sowieciarnia umocni się na granicy, nep upadnie i nie będzie czego, ani po co, szmuglować.  A wówczas pozostałoby im tylko kłusownictwo, bandytyzm i pędzenie bimbru.  I zapewne by pili, i pili, i pili – do dna.  To też reakcja na niespodziewany koniec lata.

Edward Woyniłłowicz opuścił rodzinne Sawicze w grudniu 1918, ostrzeżony, że miejscowi bolszewicy szykują na niego zamach.  Już w sierpniu następnego roku powrócił do Mińska, by organizować zrujnowaną przez bolszewików gospodarkę wiejską.  9 września powrócił do swego majątku.  Pola pozostały nieuprawiane, park zdziczały, sprzęt i zwierzęta hodowlane rozkradzione.  W pałacu pozostawiono nagie ściany, porąbane meble i gołe podłogi.  W Mińsku spotkał się z Mereżkowskim i Fiłosofowem, uciekinierami z Rosji.  Mereżkowski opowiedział mu rozmowę z generałem Żeligowskim, którą w wiele lat później przytoczył Mackiewicz w Lewej wolnej.  Mereżkowski namawiał Żeligowskiego do ataku na Moskwę, dla wyzwolenia Rosji od bolszewickiej zarazy.  Żeligowski odparł:

Bardzo dobrze, wezmę 10 dywizyj i za dwa tygodnie Moskwa będzie w polskiem ręku; ale ona nam nie potrzebna, więc po wzięciu komu, profesorze, każesz ją oddać?

Woyniłłowicz jeździł między Mińskiem, Sawiczami i Warszawą i energicznie przekonywał do wojny z bolszewią, z którą nie można koegzystować.  6 lipca 1920 roku otrzymał polecenie od starosty słuckiego, ewakuowania majątku i niszczenia maszyn rolniczych, by nie dostały się w ręce bolszewików.  Następnego dnia ostatni z Woyniłłowiczów opuścił ziemię, którą uprawiali od 350 lat.  Ale tym razem nie uciekali ukradkiem, ale jawnie, w powolnej procesji, żegnani przez ludność.

W październiku wojska polskie ponownie zajęły Mińsk, ale od razu pojawiły się pogłoski o preliminarzach pokojowych pozostawiających Mińszczyznę po stronie sowieckiej.  Na wieść o wycofywaniu się oddziału Bałachowicza z Mińska, ruszył ponownie do Sawicz.  Zajrzał do zrujnowanego pałacu, zbrukanego – niestety! – pobytem wojsk polskich.  Czuł się jak złodziej we własnym domu, który chce zabrać, co się da.  Wracając do Nieświeża spotkał chłopów rąbiących kilkusetletnie dęby w jego lasach.

W wytęsknionej wolnej Polsce nie otrzymał żadnego odszkodowania za utracone ziemie i zmarł w biedzie w Bydgoszczy w wieku lat 80.  Próbował jeszcze działać i protestować, ale nie mógł się otrząsnąć z przygnębienia, że „miliony ludności z dawnych kresów Rzeczypospolitej odpadły od macierzy polskiej i rzucone zostały w paszczę molocha bolszewickiego przez Braci Polaków”.

Wśród Nadberezyńców, Poleszuków i Mińczuków panował, tak naturalny w dawnych czasach, kult ziemi i grobów.  Chodzenie „na mogiłki” należało do uświęconych tradycji.  Nie wolno było rąbać drzew cmentarnych, ani tknąć grzybów, ani wypasać bydła, bo „mogiłki to rzecz święta”.  Patriotyzm tych ludzi sprowadzał się w istocie do miłości ziemi ich ojców i grobów ich ojców.  Starzy ziemianie, jak Florian Wańkowicz, „pan z panów”, czy Woyniłłowicz, „bojar białoruski”, byli autochtonami, jak miejscowi chłopi.  Żyli rytmem ziemi, odwiecznych tradycji i wiary ojców.  Wojenne zawieruchy przychodziły i odchodziły, a woły wyruszały do orki, siewcy szli siać, bo „zboże” to po polsku „ziarno Boże”, obojętne czy pańskie, czy nie, chleba naszego powszedniego, daj nam dzisiaj.

Na grobie Sługi Bożego Edwarda Woyniłłowicza w Bydgoszczy widniał napis:

Traktatem ryskim z swej ziemi wygnany,
deptać musiałem obce łany.

W 2006 roku przeniesiono jego doczesne szczątki do Mińska towarzysza Łukaszenki…



Prześlij znajomemu

0 Komentarz(e/y) do “„Niespodziewany koniec lata” część IV Pierwszy koniec lata”

  1. Brak Komentarzy

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.