III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Świat antykomunistyczny jest zupełnie bez „jaj”.

Czas teraźniejszy, czy przyszły?

Socjalistę Adama Pragiera obdarzał Mackiewicz wielkim uznaniem. Może dlatego, że jako jeden z dwojga autorów (obok Stefanii Zahorskiej) Puszki Pandory, stałej rubryki Wiadomości, nie eksponował swoich lewicowych predylekcji. Obdarzony wybornym piórem, uważny obserwator spraw światowych i lokalnych, wyśmienity pamiętnikarz, błyskotliwy publicysta i gawędziarz, umiejący skwitować problem finezyjną uszczypliwością, był jednym z najciekawszych pisarzy politycznych epoki. Nie znaczy to, aby obaj panowie reprezentowali jakoś szczególnie zbliżone do siebie zapatrywania polityczne. Różnili się zawsze i znacząco.

W 1964 roku Mackiewicz zareagował listem do redakcji Wiadomości na artykuł Pragiera Kij w mrowisko. Nie zgadzał się z tezami autora, ale swoją krytykę zawarł w formie przepełnionej kurtuazją:

[Artykuł Pragiera] służyć może za wzór tej kulturalnej powagi i obiektywnego spokoju, jaki cechował ongi najwyższy poziom publicystyki, dziś, niestety, zbyt często zastępowany nieodpowiedzialnym krzykactwem i demagogią, terroryzującą rozsądek. Można z wywodami Pragiera zgadzać się lub nie zgadzać się, niepodobna jednak zaprzeczyć, że o sprawach istotnie ważnych pisać można jedynie w ten sposób, tzn. odważnym gestem strącając ze stołu nagromadzoną latami bibułę i frazeologię narodową.

Pragier pisał o Mackiewiczu z ogromnym uznaniem, ale prywatnie:

Mam wielki podziw dla Pana talentu pisarskiego, a nie mniejszy dla odwagi cywilnej, która każe Panu pisać to co Pan uważa za prawdę, a o czym z góry Pan wie że nie może być popularne…

…byłoby prawdziwym nieszczęściem, gdyby Pan nie miał swobody pisania…

Jak Pan wie, uważam Pana za jedynego wielkiego pisarza naszego okresu i chyba Pan jeden pozostanie na stałe w naszej literaturze.

Pisał o Mackiewiczu także do Wiadomości. Przy okazji omówienia Lewej wolnej relacjonował potępieńcze protesty, które książka wywołała. Nie zgadzał się z powieściowym opisem przebiegu wojny polsko-bolszewickiej, ale jednocześnie przyznawał, że wolno mu „głosić ten swój pogląd niesłuszny”. Krytykował Instytut Piłsudskiego, który wydał na Mackiewicza „wyrok”, ale bez należnego umotywowania. Łagodniej potraktował identyczną inicjatywę Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, które postąpiło w sposób „cywilizowany”, bo uzupełniło werdykt o „wyczerpującą dyskusję”. Nie jestem przekonany czy SPK zasłużyło na pobłażliwość ze strony Pragiera. W przedmowie do wydanej przez Stowarzyszenie broszury „ocena” autora Lewej Wolnej ustalona została z góry:

Nie umiał czy może nie chciał przystąpić do swej pracy pisarskiej z umysłem wolnym od uprzedzeń, animozji lub sympatii, a ponadto zdradził zupełny brak umiaru w sądach i brak niezbędnego przygotowania fachowego.

W taki sposób próbowano zdeprecjonować Mackiewicza, który „obarcza kierownictwo polskie odpowiedzialnością za utrzymanie się bolszewizmu w ogóle”. Autorzy „przedmowy” w pamięci mieli zapewne artykuł „Nudis verbis”, gdzie pisał Mackiewicz o „kompletnym bankructwie” „kierownictwa polskiego”, które swoim działaniem spowodowało „idealne niemal rozbrojenie moralne wobec najeźdźcy sowieckiego”.

Pragier bronił Mackiewicza, oburzony falą ataków. Z rozmysłem przychylnie komentował „bulwersujące” wątki powieści. Zapanowała moda na odżegnywanie Mackiewicza od czci i wiary, a to bardzo się Pandorze nie spodobało. Śmiało występował przeciwko montowaniu antymackiewiczowskiego pospolitego ruszenia. Nie wiem, czy znał „Opinię” na temat Lewej wolnej spisaną przez Komisję Historyczną Koła Harcerek i Harcerzy z lat 1910-45:

…żołnierze-uczniowie i żołnierze-harcerze przedstawieni są jako bandyci, dziwkarze, narkomani, spekulanci i płatni prowokatorzy. Żołnierze dziewczęta, kurierki harcerki to zboczone lezbijki lub dziewczyny niewiele różniące się od prostytutek…

Ale z przekonaniem stawał w obronie obyczajowej warstwy Lewej wolnej:

Teraz Karol spotyka Zosię w mundurze. Jest w P.O.W. Przysiedli na trawie i Zosia uniosła sukienkę. Karol pyta: „Czy możesz wyżej?”. „Mogę” – odpowiada Zosia i unosi sukienkę troszkę powyżej kolan. Tak, jak dzisiaj „mini-jupes” z r. 1966. Ale, że Zosia uczyniła ten nieskromny gest w r. 1919, przeto ma być odpowiedzialny za to Mackiewicz w r. 1967.

Wkrótce po ukazaniu się Zwycięstwa prowokacji Pragier wystąpił z omówieniem jej niektórych tez. Zwraca uwagę określenie użyte w tytule: „dysydent”. Niestety Pragier nie wyjaśnia, w stosunku do jakiej idei lub wiary jest Mackiewicz odszczepieńcem. Czyżby chodziło o to, że autor Kontry stoi zawsze nieco z boku emigracji i jej sposobu postrzegania politycznej rzeczywistości? Pragier nie zgadzał się z pesymistycznym tytułem książki. W jego przekonaniu polityczny obraz wolnego świata nie przedstawiał się aż tak ponuro jak go malował Mackiewicz. Zachód – przekonywał w początkach 1963 roku – lepiej rozumie istotę komunizmu aniżeli w czasach Roosevelta. Niestety, nie wdawał się w szczegóły. Raczej jednak nie rozpatrywał mądrości Zachodu poprzez znaczące wydarzenia polityczne tamtego czasu: blamaż w Zatoce Świń; najbezczelniejszą, w poczuciu bezkarności, budowę muru w Berlinie; rozdmuchany z premedytacją lub jak kto woli – dęty – sowiecki kryzys kubański. Bagatelizował komunistyczne zagrożenie. Prokomunistyczni intelektualiści nie stanowili wedle niego dużego problemu, bo nie oni byli nosicielami woli politycznej. Nie miał racji. Gdyby nie intelektualiści nie byłoby zamachu 1917, powszechnej „postępowej” sympatii dla Rosji sowieckiej, frontów ludowych i demobolszewickiej walki z „faszyzmem”, „wielkiej spółki”, „odprężenia”, aż po wspólne kosmiczne eskapady i przyjaźń z unurzanymi we krwi Chinami. Dostrzegał za to wyraźnie odmienność sowieckiego molocha, który w żadnym razie nie był kontynuacją, ale zaprzeczeniem carskiej Rosji. Tu byli zgodni. Obaj uważali peerel za twór jednoznacznie nie-niepodległy, żywiąc szczere przekonanie, że panujących tam stosunków w żadnej mierze nie należy naprawiać, a obalać. Recenzję kończył charakterystycznym poczuciem humoru: „Jej przeczytanie zmusi do zastanowienia nawet tych, co tego nie lubią”.

Jest w pisarstwie Pragiera coś, co pozwala zapomnieć o radykalnych społecznych inklinacjach autora. Rzadki w dwudziestym wieku (dziś niemal nie istniejący) staromodny rzetelny stosunek do zasad. Warta przypomnienia jest jego decyzja związana z rozpoczęciem parlamentarnej kariery – uznał, że musi zdobyć dodatkowe źródło utrzymania, aby uniezależnić się od poselskiej diety. W ten sposób zyskiwał pewność, że żadne uboczne względy nie wpłyną na podejmowane wybory polityczne. „Nie ma w nim krępującego schlebiania panującej modzie – pisał Mackiewicz – cienia podskakierstwa do obowiązujących na dzień dzisiejszy poglądów. Natomiast jest dużo – mimo socjalizmu autora – dużo cienia tego ‚wstecznictwa’ (w cudzysłowie), który pada od wielkich tradycji obiektywizmu z okresu przedrewolucyjnego”.

W 1973 napisał dla Wiadomości obszerny artykuł Odwet na wety (w zbiorze Czas teraźniejszy stosowny rozdział nosi tytuł Polowanie na Mackiewicza), w którym z ironią ośmieszał cyklicznie pojawiające się próby zdyskredytowania Mackiewicza. Pisał, że organizacje i osoby, próbujące atakować Mackiewicza nie mają żadnych ku temu argumentów, a ich wyobrażenie o praworządności i sądownictwie trąci nonsensem. Przekonywał, że jeśli chodzi o zarzut kolaboracji, bez trudu można go przypisać oskarżycielom, którzy zarówno podczas wojny jak i po jej zakończenie zrobili bardzo wiele dla łatwej sowietyzacji Polski. Pisząc o oskarżycielach, wskazywał na panującą wśród nich tendencję do stosowania represji administracyjnych, które przypominają praktyki stosowane w systemach totalitarnych.

Juliusz Sakowski, ściśle związany z Wiadomościami, był zachwycony. Kowalewski, mimo że Pragier w nieprzyjemny sposób pominął jego nazwisko (a powoływał się na jego recenzję z Nie trzeba głośno mówić), dobrze oceniał artykuł, choć nie bez krytycznych uwag (chodziło o przemilczenie przez Pragiera głównego prowodyra ataków na Mackiewicza, Jeziorańskiego). Mackiewicz nie podzielał entuzjazmu. Na długo przed opublikowaniem artykułu pisał w liście do Pawła Jankowskiego z prośbą, aby ten zechciał powstrzymać „prof. Pragiera” przed tą „obroną”. Już po fakcie, w liście do Kowalewskiego, wyjaśniał powagę sytuacji:

…jego artykuł jest raczej uderzeniem nie tyle we mnie, ile w moją pozycję, którą zajmuję. To była typowa „obrona”. Podczas gdy powinna być atakiem na tych gangsterów za ich niesłychaną nagonkę! Ponieważ jest to wielki autorytet, Pragier, więc w gruncie – jak powiadam – jest to pierwsze poważne postawienie mnie w „stan oskarżenia”.

Nie jestem przekonany, czy na pewno miał w tym przypadku rację. Pragier nie ograniczał się do ostrej w tonie „obrony” pisarza. W długim wywodzie wykazywał, że to strona nominalnie „atakująca” współpracowała z okupantem.

dążymy do wprowadzenia w Polsce „nienormalności” w stosunku do stanu rzeczy, jaki Moskwa Polsce narzuciła.

Taki pogląd podzielali. Stanowisko, które w połowie 1975 roku, kiedy ukazał się Czas teraźniejszy przestawało być normą. Londyn, a wraz z nim polityczna emigracja, poczynał się peerelizować, w trybie błyskawicznym, powodowany gwałtowną chęcią wpisania się w nowe tendencje. Wyśmienitą ilustracją tego fenomenu są dzieje recenzji Mackiewicza z nowej książki Pragiera, którą z początkiem 1976 chciał wydrukować na łamach Wiadomości.

Zaczęło się od Mackiewiczowskich gromów, których redaktor Wiadomości Stefania Kossowska chciała uniknąć i dlatego, zamiast „po prostu opuścić kilka zdań”, postanowiła skonsultować swoją decyzję z Sakowskim. Wiadomości – pisała w liście do Mackiewicza – „NIE MOGĄ drukować ataków na sygnatariuszy listu ’34’ i ’59’”. Nie mogą, ponieważ: „strasznie surowo ich tu sądzimy, siedząc sobie bezpiecznie zagranicą”; w Londynie organizowane są wielkie manifestacje w ich obronie; bierze w nich udział „cały PANA rząd londyński”, młodzież, intelektualiści, „a tu niepodległe polskie pismo ma stawać w poprzek!”. Wytaczała mniejszego kalibru motywy. Argumentowała chaotycznie, przeczuwając złe konsekwencje. Ta próba cenzorskiej ingerencji dobrze opisuje ówczesny stan emigracyjnego myślenia.

O tym sporze będzie jeszcze mowa w jednej z kolejnych części. A teraz zajrzymy do odrzuconej przez Kossowską recenzji z książki Pragiera. To tekst szczególny, przeleżały „w szufladzie” czterdzieści lat. Spróbujmy na jego podstawie podjąć próbę wyekstrahowania podobieństw oraz różnic, charakteryzujących myślenie obu pisarzy.

Obaj mają dar dostrzegania rzeczy niewidocznych dla innych; obaj wykazują bezkompromisowość w dążeniu do prawdy. Stąd wielkie uznanie oraz sympatia, o której wspominałem wcześniej, a którą obdarzali siebie wzajemnie.

Jest wiele znakomitych rozdziałów w książce Pragiera, których, niestety, kto inny by nie napisał. „Niestety” dlatego, bo nie może nas cieszyć, że Pragier jest jeden.

Ogromny walor Pragiera to intelektualna uczciwość, działanie na „rzecz obiektywnego dostrzegania prawdy przez autora, której nie ukrywa, nawet z uszczerbkiem dla własnej tezy”. Mimo dążenia do prawdy, starał się być jednocześnie stronnikiem „politycznego realizmu” jako wyznacznika rozsądku. Mackiewicz był z gruntu odmiennego przekonania: świat nie wyjdzie z kryzysu, dopóki nie zrezygnuje z „realnej polityki” na rzecz realnej rzeczywistości.

Komentując książkę Pragiera zwrócił Mackiewicz uwagę na krytyczny artykuł dotyczący Adama Bromkego, politologa, doradcy rządów USA i Kanady w sprawach Europy Wschodniej. W 1988 – jak informuje Wydawca – przeniósł się do peerelu. Mackiewicz podkreślał celność z jaką Pragier rozprawiał się z Bromke, który „infiltruje emigrację” i przekonuje rządy zachodnie w „duchu komunistycznej Warszawy”. Dezawuował pomysły Bromkego, chcącego widzieć w emigracji rodzaj opozycji w stosunku do rządów Gomułki i Gierka; opozycji wsłuchującej się w głos „kraju”. Powinno być „wręcz na odwrót” – pisał Pragier. Mackiewicz reprezentował identyczny punkt widzenia. Tak postrzegał zadania emigracji i jej rolę nadrzędną wobec społeczeństwa żyjącego pod komunistyczną okupacją: rolę obrońcy suwerennej myśli. Naigrywano się z tego. Wytykano mu, że swoją bezkompromisowość głosi siedząc wygodnie i bezpiecznie w Londynie czy w Monachium. Odpierał te zarzuty. Przekonywał, że w sytuacji, w której ludzie w peerelu nie mogą wypowiadać się swobodnie, obowiązek taki musi przejąć na siebie emigracja.

Pojęcie emigracyjnego bezpieczeństwa nie było wcale tak oczywiste, jak mogło by się zdawać. Emigracyjni pisarze i publicyści bali się, niekoniecznie o siebie i swoje emigracyjne życie, najczęściej o los egzystujących w peerelu rodzin. Jeden z bliskich znajomych Józefa Mackiewicza, którego pisarz wysoko cenił, Kazimierz Okulicz, pisał w 1966 do redaktora Kultury:

Otrzymałem z Polski wiadomości, które mnie zaniepokoiły. Ze względu na bezpieczeństwo mojej rodziny tam zmuszony jestem skreślić kilkanaście zdań z recenzji książki Zabiełły, lub też zmienić podpis na pseudonim (na przykład Jan Oksza). Co by Pan wolał? Przepraszam za kłopot, ale nie mogę ryzykować bezpieczeństwem bliskich mnie osób lub ich żywotnym interesem.

W artykule użył zwrotu: „my Wolni Polacy”. Trafnie, jeśli przyjąć, że autocenzura to także forma wolności. Stanęło na zmianie podpisu, można więc zakładać, że część artykułu, która miała stanowić zagrożenie dla rodziny, nie została wykreślona. Podjąłem próbę ustalenia, o jaki temat „szczególnie dotkliwy dla reżimu” mogło chodzić. Lektura artykułu nie daje w tym punkcie pewności. Może chodzi o niewinny fragment krytycznie odnoszący się do spełniania „charytatywno-politycznej misji w imieniu grupy rządzącej” przez stowarzyszenie „pax”. Znaczyłoby to, że starał się Okulicz chronić „żywotne interesy” rodziny aktywnej w tej agenturalnej organizacji.

Barbara Toporska pisała do Mieczysława Grydzewskiego:

Niedługo cała emigracja przycupnie w bezruchu, bo każdy ma rodzinę w kraju. Ja mam też rodzinę i bardzo mnie te rzeczy drażnią, bo wychodzi na to, że o tę rodzinę niby nie dbam!…

A także:

Pan myśli, że ja się łudzę, że Pana autorzy krajowi wysyłają artykuły do Wiadomości bez komunistycznego „imprimatur”? Niech się Pan spyta którego z nich wprost, zapewne uważają to za tak samo przez-się-zrozumiałe, że mogą nie przeczyć!

Autorzy krajowi” byli zasłoną, skrywającą istotę problemu: inercję emigracji, porzucenie kursu. Było to w istocie pytanie skierowane do Grydzewskiego: czy wie, czy go obchodzi, że artykuły drukowane w jego gazecie przechodzą przez sito komunistycznej cenzury? Pytała o postawę emigranta, a sam problem umieszczała w szerszym kontekście: sensu walki z komunizmem: „Nie wiedziałam, że Pan tak kategorycznie rezerwuje dla Polaków better red than dead”. Grydzewski odpowiadał:

Niestety, bez względu na to czy diagnoza Pani jest w stu procentach słuszna, nie zgadzam się z teorią najdrobniejszego oporu czynnego, który musiałby doprowadzić do katastrofalnych wyników.

Niewalka była barierą, której redaktor Wiadomości nie myślał przekraczać. Ta sama niewalka wytyczała granice: wolności słowa i politycznych dążeń. Nie było to niestety rozdwojenie jaźni jednego Grydzewskiego, ale smutna prawda o stanie niepodległościowej emigracji.

Artykuł Mackiewicza Nasze zagadkowe czasy, drukowany w 1962 roku w paryskiej Russkoj Mysli jest szczególnym przykładem polskiej emigracyjnej cenzury. Rosyjski periodyk opublikował artykuł w całości. Polskojęzyczna wersja tego samego tekstu została także wydrukowana, w londyńskim Dzienniku, ale do połowy.

Mogę mieć nadzieję na zamieszczenie tej części tylko w prasie rosyjskiej. Dziś bowiem nie ma na świecie ani jednej polskiej gazety, która pozwoliłaby pisnąć słówko, zrobić najmniejszą aluzję do możliwości czynnego sprzeciwu wobec władzy komunistycznej w Polsce. Kościuszko jest, tak jak był, bohaterem narodowym. Kościuszko walczył przeciwko Rosji. Ale „Kościuszkowie” dnia dzisiejszego, którym przyszłoby do głowy walczyć przeciw władzy komunistycznej, to już nie bohaterowie; będą uważani za wariatów albo „prowokatorów”.

I został Mackiewicz uznany za, nieomal, wariata. Nie trafił do psychiatryka, jak Knut Hamsun, nie umieszczono go w otwartej klatce, jak to uczyniono Ezra Poundzie, ale jego kontrrewolucyjny punkt widzenia stał się przedmiotem korespondencji redaktora Wiadomości z autorem Okna na Rosję, stałej rubryki tygodnika, Pawlikowskim. Niestety nie znam listów Grydzewskiego, a jedynie ślad po nich w odpowiedziach Pawlikowskiego. W liście z maja 1962 roku pisał:

Jednak nazywanie Józ. Mack. „maniakiem” uważałbym za przesadę. Sam jestem „wrogiem” wszelkich polskich powstań – od kościuszkowskiego począwszy. Mimo to nieraz przychodziło mi do głowy pytanie, gdzie podziali się bohaterscy rewolucjoniści sprzed 1917 roku? Świat antykomunistyczny jest zupełnie bez „jaj”. Wszystko jest gnuśne, zastraszone. Skąd więc zaraz „maniak”?… Osobiście smucę się na równi z Józ. Mack., że polska prasa emigracyjna wymyśliła różne tematy „tabu” i w rezultacie pozbawiła wolności słowa tych, którzy tego „tabu” nie uznają.

Dyskusja nie zakończyła się na jednorazowej wymianie argumentów. Dotyczyła także streszczenia rosyjskiego artykułu Mackiewicza, cytowanego wyżej. Grydzewski stawiał zdecydowany opór. Pawlikowski podkreślał zbieżność swoich poglądów ze stanowiskiem „maniaka” Mackiewicza: „po prostu dziwię się, że się nie znalazł ktoś jeden (ot, taki Elig[iusz] Niewiadomski á rebours), który by palnął w łeb Gomułce lub innemu draniowi”.1)

Maniak J[ózef] Mack[iewicz] nie wzywał Polaków do zrywu, a po prostu „dziwił się” (mówię o jego artykule z Russkoj Mysli). Pod tym „dziwieniem” sam się podpisuję, więc nie mógłbym dać żadnego kontr-komentarza od siebie.

Grydzewski nie umieścił streszczenia artykułu Mackiewicza.

Trudno jest pisać o walorach profetycznych publicystyki Mackiewicza – sam nie sygnalizował swoich w tym obszarze ambicji. Zwykł pisać o faktach, nie zaś o rojeniach przyszłości. Gdy jednak spojrzy się na tytuł recenzji „Czas teraźniejszy, czy przyszły?”, trudno jest nie zauważyć starań o wybieganie myślami w jeszcze nieznane. Intuicja podpowiadała mu, że dzieje się coś ponad miarę zwykłych zjawisk. Wielokrotnie podejmował próby złapania tego czegoś, zbadania, zdefiniowania. Czas teraźniejszy, zawarte w tym zbiorze rozważania Pragiera na temat współczesności, dawały sposobność do zerknięcia w przyszłość.

Zgodni w wielu punktach, Pragier i Mackiewicz, różnili się w ocenie wagi zarejestrowanych, niepokojących zjawisk. Pragier, analizując wypowiedzi wspomnianego chwilę wcześniej Bromkego, konkludował brutalnym tytułem „Bromke – czyli Nic”. Według Mackiewicza, Bromke rzeczywiście nie miał istotnie nic do zaproponowania, ale nie działał w próżni, reprezentował pewną zbiorowość, typ zachowań, prowadzących „do polskiej kapitulacji”. Chodziło o kontakty z krajem: masowe wyjazdy do peerelu oraz równie liczne przyjazdy z kraju „różnej maści ‚opozycjonistów’, podejmowanych w Ognisku Polskim z aplauzem patriotycznym, rezerwowanym dotychczas dla Kościuszków”.

Bromke twierdził, że stawianie celów politycznych bez wskazywania środków umożliwiających ich osiągnięcie nie jest polityką, a moralistyką. Pragier z gruntu negował taki sposób myślenia. Powołał się na przykład polskich organizacji niepodległościowych sprzed pierwszej wojny światowej. Wiadomy był tylko cel, ale nie drogi prowadzące do jego osiągnięcia. Samo wytknięcie celu stanowiło wartość. Takie ujęcie zagadnienia impregnowało na kompromisy z „rzeczywistością”: „Bromke chciałby żeby jego ‚diaspora’ była czymś w rodzaju lojalnej opozycji w stosunku do władz komunistycznych w Polsce, uprawianej z zagranicy”. Taki pogląd jest nie do przyjęcia, bo władza rządząca Polską nie jest rodzimą władzą, a jej „wola państwowa” nie mieści się w Warszawie tylko w Moskwie.

Konsekwentni emigranci polityczni”, czyli polski ruch niepodległościowy na zachodzie, nie jest opozycją w stosunku do rządów Gomułki czy Gierka. Odmawia on prawowitości wszystkim rządom, narzuconym krajowi przez obcych. […]

…wszędzie na świecie ludzie uważają każdy stan rzeczy, który istnieje przez dłuższy czas, za normalny, choć czasem to i owo ganią. Tak było w Polsce przed pierwszą wojną światową, nie tylko w Galicji… Owóż zadaniem ruchu niepodległościowego jest właśnie walka z tym przeświadczeniem o normalności. Wzniecanie zarzewia buntu przeciw niej było zawsze dziełem nielicznej mniejszości.

W ten sposób formułował Pragier cele emigracji. Z racji jego socjalistycznych afiliacji niezręcznie nazywać to stanowisko kontrrewolucyjnym, a jednak takie określenie nie wydaje mi się całkiem pozbawione sensu.

Różnili się w ocenie zagrożenia. Mackiewicz wskazywał na niekonsekwencje w wypowiedziach publicysty. Z jednej strony pisał Pragier celnie o twardym kursie ideologicznym sowieckich komunistów. Przytaczał wypowiedzi Chruszczowa, który głosił, że mowy nie ma o „ideologicznej koegzystencji”; słowa Gierka, przekonującego, że komunizm musi zapanować także na Zachodzie. Z drugiej strony nie upierał się przy tej wykładni: „Sowiety dawno już porzuciły mesjanistyczną doktrynę ‚rewolucji światowej’”; „Sowiety nie brały na serio ‚międzynarodowego komunizmu’, lecz posługiwały się nim jako narzędziem swojej polityki mocarstwowej…”. Mackiewicz pisał w liście do Sakowskiego: „Jestem, jak zawsze, wielkim jego wielbicielem, ale musiałem się jednak wdać w trochę polemikę, tam gdzie moje stanowisko jest nieustępliwe”. Polemikę podjął istotnie, ale – takie można odnieść wrażenie – nie dopowiedział swoich wniosków do końca. Wskazał na niekonsekwencje, umotywował swój punkt widzenia i jakby zawiesił pióro w pół wywodu.

Mimo ogromnej wiedzy, błyskotliwości, wnikliwości, intelektualnej uczciwości, miał Pragier problem z odrzuceniem klasycznej historiozofii, opartej na mechanice interesów dynastycznych czy narodowych. Nie chciał przyjąć do wiadomości, że modus operandi bolszewików opiera się na odmiennej logice. Nie tylko socjalizm stał w poprzek jego ideowej drogi.

________________________________

1) Pawlikowski nie mógł wiedzieć, że „ten jeden ktoś” już się znalazł. Był nim Stanisław Jaros, który podjął dwie próby zamachu. W 1959 roku na Gomułkę i Chruszczowa. Dwa lata później na Gomułkę. Służby peerelu zdołały objąć oba zamachy ścisłą tajemnicą. Z wyroku „ludowej praworządności” Stanisław Jaros został zamordowany w styczniu 1963 roku. O Stanisławie Jarosie przeczytałem w artykule Pawła Chojnackiego, Nowohuckie barykady. W rocznicę obrony krzyża w Nowej Hucie.



Prześlij znajomemu

33 Komentarz(e/y) do “Za lub przeciw kontrrewolucji część II”

  1. 1 Jacek

    Darek,

    Co za fascynująca historia z tymi zamachami na Gomułkę i Chruszczowa! Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem. To prowokuje do snucia wizji alternatywnej historii. Gdyby, gdyby…
    Oczywiście to jest działanie nieco jałowe, ale jakoś nie mogę się powstrzymać przed takimi dywagacjami. Gdyby kwiat młodzieży, tej nastawionej antysowiecko i antykomunistycznie nie zginął w Powstaniu w 1944, gdyby struktury podziemne AK, NSZ, WiN, zeszły jeszcze głębiej do podziemia, gdyby nie prowadziły otwartej wojny w lasach, tylko zakonspirowały się w instytucjach powstającego peerelu (wiem, że brzmi to jak czysta fantastyka), byłaby szansa na stawienie liczącego się oporu czerwonym. Słabość takich działań, jak inicjatywa Jarosa wynikała stąd, że był sam, bez żadnego wsparcia.

    Ale jaka piękna i śmiała inicjatywa!

    Gdyby za nim stała profesjonalna, wsparta przez większość społeczeństwa organizacja, jakże inaczej mogłaby się potoczyć historia… Ale do tego potrzeba było elit, które niestety poszły na rzeź, między innymi w Warszawie. Poza tym taktyka komunistyczna, żeby postawić na „patriotyzm”, polską tradycję, walkę z odwiecznym germańskim wrogiem, Grunwald, słupy Chrobrego, czyli krótko mówiąc wykorzystać nacjonalistyczne skrzywienie i użyć go dla realizacji komunistycznych celów, całkowicie rozbroiła te resztki oporu, które jeszcze w ludziach zostały.

  2. 2 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Nigdy nie przepadałem za snuciem alternatywnych wizji historii. Jestem zwolennikiem innego rodzaju aktywności – cofania kół historii wstecz. Ale, rzecz jasna, i snucie alternatywnych wizji może okazać się przydatne, jeśli w ten sposób uda nam się wskazać pierwociny tego, co jest.

    Nie wiem jak dalece chciałbyś się zagłębiać w swoich rozważaniach. Do powstania warszawskiego? Mackiewicz pozytywnie oceniał koncepcję związaną z jego wybuchem, bo co miało być niby złego w „restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem”. Niestety, koncepcja ta była mocno nadwerężona poprzez konieczność zakamuflowania jej rzeczywistych celów. Bo cel powstania, cel polityczny (a nie honorowo- odwetowy) mógł być tylko jeden – antysowiecki. A tego nie chciano manifestować… w obawie wielkiego politycznego skandalu. Straszny paradoks, ta próba stawania przeciw bolszewizmowi pod przykrywką walki z nazizmem.

    Tak czy inaczej, na osiągnięcie realnych celów było już raczej za późno. Nie dość, że Polska (za sprawą Churchilla i politycznych towarzyszy) została oddana w sowiecką strefę wpływów, to w dodatku „Naród Polski” pochłonięty był w tamtej chwili „wyszukiwaniem usprawiedliwienia moralnego dla rezygnacji ze swej niepodległości na rzecz Sowietów”. A ludzi, którzy uważali: „lepiej niech nie będzie żadnej Polski, niźli miałaby być czerwona” było bardzo niewielu.

    W tej sytuacji nie powinno dziwić, że ledwie znikoma część antykomunistycznego podziemia, jak na przykład V Brygada, wybrała walkę z bolszewikami z własnej woli. Zdecydowana większość żołnierzy została do tej walki zmuszona bolszewickim terrorem, nie pozwalającym wegetować w spokoju.

    Byli też tacy jak „legendarny” generał Fieldorf Nil, który ze względu na „trudne warunki bytowe” poprosił ludową władzę o emeryturę, deklarując jednocześnie zarzucenie wszelkiej działalności antykomunistycznej. Czy poprosiłbym o to samo Niemców? Nigdy! A dlaczego? Bo Niemcy robili ze swoich wrogów bohaterów, zaś sowieci…

    Ta Mackiewiczowska teza o sowieckiej produkcji gówna wydaje mi się dobrym punktem wyjścia dla dalszych rozważań.

  3. 3 michał

    Panie Jacku,

    Jako PS do powyższego komentarza Darka, dodałbym tylko pytanie: a kiedyż to „struktury podziemne AK zeszły jeszcze głębiej do podziemia i prowadziły otwartą wojnę w lasach”? Nigdy. Tak postępowali tylko nieliczni i byli za to odsądzani od czci przez Jasieniców i Korbońskich, których „instynkt narodu” uznał za wielkich patriotów, a od wiary odsądzeni zostali przez Kościół katolicki. Pańska supozycja byłaby teoretycznie możliwa, ale nikt tak nie postąpił i posąpić nie mógł.

    Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że Pan określił tę sytuację w terminach warunkowych, „gdyby tak się stało…”, ale przyzna Pan, że pytanie „Gdyby…” ma sens inspirujący, powoduje mianowicie tendencję do wyobrażenia warunków, w których walka byłaby możliwa. W takich warunkach, prlowskie wielkości, Jasienica, Kisiel i moc innych, są po prostu zdrajcami.

    Zatem Pańska „piękna i śmiała inicjatywa”, za którą stałaby „profesjonalna, wsparta przez większość społeczeństwa organizacja”, zdaje się zakładać, a przynajmniej suponować, o wiele więcej niż Pańskie założenia powyżej. Chodzi o coś o wiele więcej niż elity, które poszły na rzeź w Warszawie.

    Choć jestem gotów przyznać, że czegoś nie zrozumiałem…

  4. 4 Jacek

    Darek,

    Kwestia sensu rozpoczynania zrywu w Warszawie, to oczywiście temat rzeka. W skrócie, uważam, ze był to błąd i pod względem politycznym i rzecz jasna militarnym. Politycznym, bo gdyby nawet udało się przepędzić Niemców i powstańcy utworzyliby polski rząd, który przyjąłby sowietów jako gospodarz w Warszawie, to co by się wtedy właściwie zmieniło? Czerwona Armia do spółki z NKWD wyłapaliby detalicznie wszystkich przedstawicieli władz, mając tym łatwiejsze zadanie, że ci wystąpiliby oficjalnie, bez żadnej konspiracji. Sami by się podali czerwonym na talerzu. Żeby osiągnąć zakładane cele, potrzebne było wsparcie Zachodu, a tu, wiadomo…

    Ja się po prostu zastanawiam, czy gdyby te nastawione antysowiecko elity przetrwały, byłaby możliwa skuteczna kontrrewolucja.

    Panie Michale,

    Działanie Jarosa można było wyciszyć i skazać na niepamięć, bo on był sam. Być może, gdyby takich, jak on było więcej, Jasienice i Korbońscy byliby napiętnowani, jako kolaboranci, a uznanie peerelu za państwo polskie nie osiągnęłoby skali masowej. Być może szarpanie komunistów w niekończącej się wojnie partyzanckiej byłoby możliwe, gdyby ci ludzie z Powstania nie zginęli, tylko przeszli do struktur podziemia. Oprócz fizycznej walki z komunistycznym państwem, miałoby to też znaczący walor ideowy. Domyślam się, że w takiej sytuacji, na przykład Wajda nie odważyłby się nakręcić „Popiołu i diamentu”, bo bałby się, że ktoś mógłby kiedyś do niego wygarnąć z rozpylacza za rozpowszechnianie komunistycznej propagandy.

  5. 5 Andrzej

    Szanowni Panowie,

    Gdyby nie istniał polrealizm i nie zmuszał Polaków do stadnego, jednokierunkowego myślenia, wiele rzeczy byłoby możliwych i zapewne wiele by się nie wydarzyło. Nie byłoby korbońskich, nowaków, jasieniców, wałęsów, mikołajczyków i reszty pseudo-herosów narodowych. A wszyscy oni to rzygowiny polrealizmu. Ale on jest jak skała – niweczy każdą wolną myśl. Narodowy kolektywizm polski (ale patrząc wokół nie tylko, bo i węgierski, litewski, łotewski, białoruski, ukraiństki i tak dalej i dalej…) przyswoił sobie nawet kolektywizm komunistyczny, zaadaptował go i wprzągł do swojej furmanki. Tymczasem „trzymał Kozak Tatarzyna”…Wydaje mi się, że tak już będzie bez końca. „Nie pytaj o Polskę” Jacku. „To płonie Paryż”.

  6. 6 Jacek

    Andrzej,

    Dobry cytat (Ciechowski?).

    Tak, jak piszesz, nie tylko polrealzm, ale nacjonalizmy w ogóle ułatwiają rozprzestrzenianie tej zarazy. Przyglądam się różnym ugrupowaniom narodowym w nadziei, że któreś z nich dostrzeże istotę problemu i zacznie działać w ponadnarodowej skali. Ale to oczywiście kłóci się z istotą tej ideologii

  7. 7 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Zaryzykowałbym hipotezę, że antysowieckie elity, owszem, przetrwały. Bo, gdyby się zastanowić, skąd tak bogata właśnie w elity emigracja niepodległościowa. Gdyby nie czuli wrogości do sowietów, jaki byłby powód pomieszkiwania z dala od domu? A przecież nie wrócili, przynajmniej zdecydowana większość.

    Może problem nie tkwi w braku wrogości, ale w braku woli oporu, woli walki? A jeśli tak, to z czego ów brak może wynikać? Czy nie z tego, że agresor sowiecki (w odróżnieniu od tępego agresora niemieckiego) nigdy nie powiedział, że przychodzi nas pętać, odbierać suwerenność, spychać do kategorii podludzi?

    Jak walczyć z kimś, kto z uśmiechem na ustach powiada, że przyszedł nas wyzwalać?

    Czy nie tu tkwi problem? W nieznajomości istoty bolszewizmu?

    A może to nie jest wyłącznie niewiedza, może też chęć przylgnięcia do tej z gruntu „postępowej” przecież hałastry?

    Chcę powiedzieć, że problem nie do końca tkwi w wymordowaniu elit (co bez wątpienia jest bardzo ważnym argumentem). Jest osadzony głębiej.

  8. 8 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Czy nie jest tak, że polrealizm do niczego nie zmusza? Polrealizm to droga, na którą każdy polrealista wstępuje z własnej, nieprzymuszonej woli. A gdy już wkroczy się na tę drogę, to taki niejednokrotnie entuzjazm go ogarnia, że z łatwością rozsadza się od wewnątrz przeszkadzającą rzeczywistość.

    Ale masz słuszność. Wszystkim (niemal) się zdaje, że w kupie siła, nawet w tej niemetaforycznej.

    Czy jednak „tak już będzie bez końca”? Jesteś przekonany?

  9. 9 Andrzej

    Darku,

    Napisałem, że polrealizm „zmusza”, ponieważ poprzez uczestnictwo w tej wspólnocie – do której rzecz jasna przystępuje się dobrowolnie, szczerze i niewątpliwie z ochotą (wielu deklaruje dumę), dalsze zachowanie takiej osoby jest ściśle zdefiniowane obowiązującym szablonem działań. W tym samym momencie nakłada sobie pęta konkretnych poglądów i zobowiązań, w rodzaju np. „katechizmu Polaka”. Jak słusznie to zauważasz, jakiś czas, może nawet do końca, jest ona szczęśliwa, lecz jeśli przyjdzie chwila, że z czymś się nie zgodzi, to ma problem. Nie można wychylić się poza ramy, bowiem wtedy grozi jej potępienie i ostracyzm (podobnie, jak to jest w sektach religijnych). Nie każdy to dobrze zniesie. Więc chcąc w niej pozostać robi coś, co musi zrobić.

    Jestem pesymistą. Sądząc po deklaracjach wielu moich znajomych z lat kiedy się udzielałem w takim kręgu, uważam, że polrealizm zagnieździł się tak głęboko w polskiej myśli politycznej i jest tak przytłaczający, że wyrwać ją z tego „zauroczenia” może tylko jakieś dramatyczne wydarzenie, które zmieni cały układ odniesienia. Tragicznie przegrana wojna tego nie zrobiła, a komunizm to wielokrotnie wzmocnił. Co oznacza rzecz jasna, że tym bardziej należy tę postawę krytykować i przeciwstawiać się jej.

    Jacku,

    Tak. Obywatel G.C. (1986 i 1988)

  10. 10 Jacek

    Darek,

    Tak, to złożony problem. Niektórzy, bardzo nieliczni, walczyli z bronią w ręku, jak Zumbach, czy Gan-Ganowicz. Ale większość wybrała święty spokój. Dlaczego się tak stało? Pewnie odpowiedź przyniosłyby próby rozpatrywania każdego przypadku osobno, ale to raczej trudne. Jeśli miałbym to zjawisko niewalki jakoś wytłumaczyć, to powiedziałbym, że zaważyła tu obojętność, czy wręcz uległość Zachodu wobec komunizmu. Polonia nie chciała pewnie wychodzić przed szereg, skoro wszyscy wokół akceptowali rozprzestrzeniającą się zarazę. Chęć koegzystencji z komunistami zaślepiła narody do tego stopnia, że nawet ci, którzy zdawali sobie sprawę z zagrożenia, pozostawali bezsilni i rozbrojeni.

  11. 11 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Pesymizm jest wielce ceniony w podziemnych czeluściach, nie bez oczywistych przyczyn. Z drugiej strony, nie ma powodu, aby bez reszty mu ulegać. Nie powinien nas paraliżować.

    Jak słusznie piszesz, polrealizm należy tępić, gdzie tylko się da. Nac-realizmy wszystkich innych narodów również. Inaczej kontrrewolucja wiecznie będzie jedynie niewyraźną mrzonką.

    Pytanie, jak do tego podejść? Swojego czasu rozważana była na tych łamach metoda pipetowania polrealistycznej dziczy antykomunizmem. Zdaje mi się, że projekt nigdy nie wyszedł z ram czystego teoretyzowania. I słusznie. Nie był sposobem dość efektywnym. Zresztą w epoce przymusowych szczepień preparatem podejrzanej jakości i skuteczności taka inicjatywa nie spotkałaby się raczej z ciepłym przyjęciem.

    Należy bez wątpienia szukać dalej. Ty sam nabyłeś sporo doświadczeń w obcowaniu z polrealistami, miałeś okazje poznać z bliska ich mentalność, sposób rozumowania, obrony przed niebezpieczną argumentacją. To mi się wydaje bardzo cenne i warte spisania. Miałbym nawet prowizoryczny tytuł. Nie dałbyś się skusić i napisać czegoś w rodzaju: O skutecznym rad sposobie wyzwalania z polrealizmu?

  12. 12 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Piszesz w kontekście wygody życia. W odniesieniu do Polonii, zgoda.

    Tyle, że ja sam nie miałem na myśli emigracji zarobkowej (wielopokoleniowej często Polonii), ale polityczną, a więc deklarującą wierność przekonaniom, wolę walki o nie lub ich obrony. A jednak ta część emigracji, poza sferą deklaratywną, nie wykazywała szczególnej aktywności.

    Co było powodem? Zakładam, że nie ma jednej odpowiedzi, pojedynczej przyczyny. Sybarytyzm, który sugerujesz, na pewno był ważnym elementem bierności. Ale raczej nie jedynym. Co jeszcze? Nadmiar wiary w wybuch iii wojny światowej? Polrealizm?

  13. 13 Jacek

    Darek,

    Próbuję sobie wyobrazić sytuację tych ludzi, o których piszesz. Ideowych antykomunistów, którzy osiedli na Zachodzie demonstrując w ten sposób swoją niezgodę na sytuację polityczną w okupowanej przez czerwonych Polsce. Znaleźli się oto w obcym kraju, wśród obojętnych wobec nich ludzi, w czasach, kiedy społeczeństwa zachodnie nie chciały słyszeć o wojnie, ani o jakiejkolwiek walce z komunizmem. To musiało być przygnębiające doświadczenie. Do tego dochodziły na pewno problemy bytowe dnia codziennego, przygnębienie życiem na obczyźnie. Ot, zwykła proza życia codziennego. Pewnie w głębi duszy pozostawali wierni swojej idei, ale na walkę nie starczyło już woli. Poza tym, jak i gdzie mieliby walczyć? W Korei? Pewnie sporo Polonii amerykańskiej się, tam znalazło, jak choćby Francis Gabreski, ale czy traktowali tę wojnę jako opór stawiany komunizmowi? Nie jestem pewien. Ale może w jakimś stopniu tak było.

  14. 14 Andrzej

    Darku,

    Przemyślę to. Obecnie jestem tak „wypompowany” opisem „przemian” sprzed trzydziestu paru lat w sowieckiej Białorusi, że po tym jak go skończę, chyba pojadę do jakiegoś sanatorium.

  15. 15 Dariusz Rohnka

    Jacek,

    Przywiązanie do wygody życia jest ogromnym problemem i słusznie zwracasz na ten punkt uwagę. Mackiewicz, w kontekście ludzi zachodu, pisał, że wszyscy wolą samochodem, z dziewczynką u boku, nad morze pojechać, aniżeli siedzieć w dusznym tanku.

    Nie sądzę, żeby to był główny problem kontrrewolucji, ale z pewnością istotny. Może nawet ważniejszy aniżeli wydaje się na pierwszy rzut oka. Tym bardziej, że druga strona ma bez wątpienia naturę wiecznego krwiożerczego drapieżnika. (No i nie zwykła przejmować się nastrojami szarego czerwonego bojca.)

    Czy jest jakieś lekarstwo na wyrwanie sybaryty z leniwego letargu?

    Odnalezienie odpowiedzi na to trudne pytanie wydaje mi się z każdą chwilą coraz bardziej pilne. Za rok, pięć lat, za dekadę może być za późno. I może będziemy wówczas dogorywać z poczuciem zmarnowanej szansy.

    Kiedy robić kontrrewolucję? Czy wtedy, gdy wróg w pogotowiu i spięty, czy wówczas, gdy pozostaje w (choćby pozornym tylko) odwrocie, z maską liberalizmu na bolszewickiej twarzy?

    Rewolucjonista potrzebuje sytuacji zapalnej, by łatwiej podburzać tłum. Kontrrewolucjoniście nie wypada zakładać butów tamtego. Jako strażnik wartości, kultury, cywilizacji nie powinien płynąć z falą ekscesów, ale występować przeciwko nim.

    Ekscesów mamy zalew, tylko strażników nie widać, smacznie pochrapują. Jak
    ich odnaleźć, no i zbudzić? Tych prawdziwych, a nie milionowej rzeszy malkontentów, którym w zębach zgrzyta… piasek z piaskownicy.

  16. 16 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Sanatoria są dla cherlaków, a nie dla gigantów pracy. Bolszewik nie odpoczywa, a nawet polrealista (choć czasem wydaje się, jakby bardzo oszczędzał swoje szare komórki).

    Czy, wobec powyższego, wolno kontrrewolucjoniście próżnować?

  17. 17 michał

    Nie będąc ani bolszewikiem, ani polrealistą, a za to pozostając cherlawym próżniakiem, podązę z chęcią za Panem Andrzejem do sanatorium.

  18. 18 Sonia

    Jesli ktos rzeczywiscie chce walczyc z komunizmem, to od 106 lat okazji nie brakuje. Prawie kazda wojna (nawet ta miedzy Iranem i Irakiem) pozwala zabijac bolszewikow, choc prawda jest ze bardzo czesto strona anty-komunistyczna jest czystym faszyzmem. Ale w walce ze zlem absolutnym nie mozna grymasic.

  19. 19 michał

    Soniu,

    Grymasić nie należy, ale „faszyzm”? To znaczy co, właściwie? Mussolini był faszystą. Poza tym jest to zaledwie połajanka, jakby powiedział Mackiewicz. Połajanka, dodałbym, zapoczątkowana przez Stalina, który nazywał faszystą kogokolwiek chciał zniszczyć, począwszy już w latach 20.

    Innymi słowy, nie mam pojęcia, co chcesz powiedzieć.

  20. 20 Sonia

    Michal,

    Dla mnie to nie jest „polajanka”. Moim zdaniem, faszysta jest aniolem w porownaniu z komunista. A ze Stalin sie ze mna nie zgadza, no coz, przeboleje…

  21. 21 michał

    Soniu,

    Moje pytanie jest inne: co to znaczy „faszyzm”? Kto jest, Twoim zdaniem, „faszystą”? Z mojego punktu widzenia, to są słowa bez określonych desygnatów, po prostu metoda obrażenia, wygodny epitet bez jasnego znaczenia. Ale jeżeli dla Ciebie tu jest jakiś racjonalny rdzeń znaczenia, to chętnie wysłucham jaki.

  22. 22 Sonia

    Michal,

    Moja definicja faszyzmu jest dokladnie taka sama jak na Wikipedi. Nie mam odmiennego zdania w sprawie definicji faszyzmu. Natomiast uwazam, ze oskarzenie kogos o komunizm jest sto razy wieksza obelga i polajanka, niz oskarzenie kogos o faszyzm, nawet jesli jest to oskarzenie jak najbardziej sluszne.

    Przykladowo: Putin oskarzyl rzad ukrainski o nazizm. Obojetnie, czy byla to prawda, czy zwykla „polajanka”, same oskarzenie nie jest, moim zdaniem, zbyt powazne, nawet gdyby bylo prawdziwe. Potwierdziloby to tylko dosc kontrowersyjna teze, ze tylko nazisci i faszysci maja odwage walczyc zbrojnie z komunizmem…

  23. 23 michał

    Soniu,

    Fascism is a far right, authoritarian, ultranationalist political ideology and movement, characterized by a dictatorial leader, centralized autocracy, militarism, forcible suppression of opposition, belief in a natural social hierarchy, subordination of individual interests to the perceived good of the nation and race, and strong regimentation of society and the economy.

    Czy to jest „definicja”, z którą się zgadzasz? Wikipedia nie jest źródłem. Nie jest nawet encyklopedią, jest zaledwie dobrym punktem wyjścia w dociekaniach na tematy, których nie znamy. Ale powyższa definicja, to jest kompletny bełkot.

    Faszyzm oznacza historycznie jeden wyłącznie ruch: ruch Mussoliniego we Wloszech. Był to ruch socjalistyczny i nacjonalistyczny, więc lewicowy. Przeflancowanie faszymu i Hitlera, który oczywiście faszystą nie był, na „ruch skrajnie prawicowy” jest wielkim osiągnięciem propagandy stalinowskiej, ale poddawanie się takim dyktatom uważam za rezygnację ze zdrowego rozsądku.

    Stalinowska sztuczka była majstersztykiem propagandy – najpierw nazwać lewicowe ruchy prawicą, a następnie ukuć jeden termin (obejmujący szeroki wachlarz), który można rzucić w twarz każdemu jako inwektywę, bo jest tak nieokreślony (woolly), że nie sposób się bronić – ale powszechne przejęcie stalinowskiej terminologii przez Niemiłosiernie Nam Panującą Lewicę jest dopełnieniem czary goryczy.

    Osobiście – odmawiam. Odmawiam przyjęcia pseudo-definicji wiki. Odmawiam przyjęcia stalinowskiej nomenklatury, odmawiam przyjęcia lewackiego dyktatu.

    Według propagandy stalinowskiej, Trocki i Piłsudski, Bucharin i Mussolini, Franco i Hitler, wszyscy byli „faszystami”, gdy w rzeczywistości Hitler był socjalistą, a Franco antysocjalistą. W oczach dzisiejszych lewaków, „faszystami” są Trump i Farage, Bolsonaro i Weidel, Meloni i Berlusconi, co jest niedorzecznością.

    Wydaje mi się, że nie należy się obawiać zarzutu o „faszyzm”, bo jest pozbawiony treści. Niech sobie lewacy bełkoczą, co chcą. Nie przykładajmy do tego ręki i nie dolewajmy oliwy do ognia semantycznej konfuzji, która objęła świat idej przed stu laty.

  24. 24 Sonia

    Michal,

    Zgadzam sie ze charakteryzacja faszyzmu jako „far right” jest tendencyjna i manipulatorska, ale reszta definicji jest wlasciwie sluszna. Taka ideologia naprawde istnieje na swiecie. I jak kazda inna ideologia, faszyzm rowniez jest podatny na bolszewickie manipulacje. I dlatego Hitler podpisal ow nieszczesny uklad w 1939 roku, a Berlusconi calowal sie z Putinem. I dlatego i Modi i Orban wspieraja bolszewikow w obecnej wojnie.

    Zgadzam sie natomiast z toba w sprawie tej „symantycznej konfuzji”, ktora rzeczywiscie mozna przyprawic o zawrot glowy. Komunista Lula wspiera Putina. Faszysta Orban wspiera Putina. Komunistka Ocasio Cortez wspiera Ukraine. Faszystka Meloni wspiera Ukraine. Skrajna prawica partii Republikanskiej w USA potepia komunistyczne Chiny, ale odmawia pomocy Ukrainie. Przypomina to troche galimatias ideologiczny polowy lat 30-tych w Europie. gdy Hitler w Niemczech zamykal komunistow o obozach koncentracyjnych, a w Austrii i nazisci i komunisci wspolnie walczyli na barykadach w Wiedniu przeciw rzadowi Dolfusa….

  25. 25 michał

    Ależ Soniu droga! Jakże? Kult przywódcy charakteryzuje przede wszystkim komunistów i od nich się wywodzi, podobnie jak niszczenie opozycji siłą. Tendencje autorytarne mieli Perykles i Epaminondas, wielcy demokraci, Blair i Brown, wodzowie lejburzystów i Roosevelt, kolejny pieprzony demokrata. Centralizacja władzy wywodzi się z Sumeru i Egiptu, poprzez wielkich Persów do Cezara i jego następców, dalej Charlemagne i Stauffen, Kazimierz Wielki i wielcy Jagiellonowie, Burbonowie i Habsburgowie, czy to wszystko faszyści??

    Militaryzm??? Poważnie? Najbardziej militarystycznym polis w Grecji były Ateny. Pod wieloma względami Ameryka jest militarystyczna, ale najzabawniejsze, że Włosi Mussoliniego – autentyczni faszyści – byli mniej militarystyczni od współczesnych im Francuzów czy Anglików. Saladyn i Dżyngis Chan byli militarystami, czy to ich czyni faszystami? Wiele społeczeństw w historii zbudowane było dla wojny, w takim razie faszyzm byłby najnaturalniejszą myślą ludzką, a przecież nie to ma się na myśli rzucając komuś w twarz: faszysta!

    Wiara w hierarchię społeczną jest cechą tradycjonalistów, a przekonanie, że wspólne dobro może w pewnych sytuacjach być ważniejsze niż dobro jednostki leży u podstaw schodzenia się ludzi we wspólnoty. Czy to wszystko byli faszyści? Nb. tak uważa mniej więcej każdy człowiek i zawsze tak było: są sytuacje, w których wolność jednostki ustąpić musi wspólnemu dobru. Problem od wieków polega na określeniu tych sytuacji, na tym by nie nadużywać praw grupy lub nie nadużywać praw jednostki.

    Dodajmy do tego, że Mussolini czy Hitler nie wierzyli w naturalną hierarchię społeczną, wręcz przeciwnie, wynosili najgorsze męty, byle tylko ich męty.

    Twój ostatni akapit jest błyskotliwie zabawny, ale raczej przyczynia się do konfuzji, niż ją odrzuca, ponieważ stosuje eykiety w rodzaju „faszyzmu”, które nie dadzą się utrzymać.

    Coś takiego jak „faszyzm” po prostu nie istnieje jako definiowalna ideologia (poza historycznym ruchem faszystowskim we Włoszech), więc używanie takiego skrótu tylko wzmaga semantyczny kociokwik.

  26. 26 Sonia

    Michal,

    „Roosevelt, kolejny pieprzony demokrata”. No coz, gdyby Roosevelt przegral wojne, slowo „demokrata” zastapilo by „faszyste” we wszystkich polajankach. Zwlaszcza gdyby wojska japonskie wyzwolily obozy koncentracyjne w Kalifornii w ktorych by odkryli umierajacych z glodu Amerykanow japonskiego pochodzenia… A na Wikipedi pod haslem „demokrata” bylby bardzo podobny tekst jaki dzis jest pod haslem „faszysta”. Ale poniewaz Roosevelt wojne wygral, wiec na Wikipedi napisali co napisali…

    Jesli wiec chcesz moja definicje faszyzmu, oto ona: „[tekst Wikipedii], ktory przegral wojne”.

    „Mussolini czy Hitler nie wierzyli w naturalną hierarchię społeczną, wręcz przeciwnie, wynosili najgorsze męty”. Moze Mussolini, ale Hitler raczej nie. Leni Riefenstahl, Otto Skorzeny i Albert Speer to nie „męty”…

    „Najbardziej militarystycznym polis w Grecji były Ateny”. Raczej Sparta. Co nie przeszkadza Hollywood by ja gloryfikowac w takich filmach jak „300”. Gloryfikowac mozna bo to faszysci ktorzy choc bitwe przegrali, ale wojne w koncu wygrali…

  27. 27 michał

    Soniu,

    Dodatek „przegrał wojnę” do definicji faszysty jest bardzo dowcipny, ale przyznasz chyba, że tylko pogłębia zamieszanie. Piłsudski nie przegrał wojny, a wedle tej definicji był faszystą (zresztą wielu nazywa go faszystą). Franco nie przegrał wojny, ani Pinochet, a bluzgają im od faszystów. Meloni? Berlusconi? Bolsonaro?

    Wynoszenie mętów społecznych, nie oznacza, że się nie wynosi także innych. Oznacza natomiast, że inne kryterium niż hierarchia społeczna waży. Cziczerin był kulturalnym człowiekiem, przez co przysłużył się bolszewikom.

    Mój punkt na temat militaryzmu Aten dotyczy właśnie powszechnego przekonania, które niestety podzielasz, że to Sparta była militarystyczna, a nie Ateny. Czytałem niedawno po raz któryś Herodota i Tukidyda i podtrzymuję z całą stanowczością, że było na odwrót. Spartanie ruszali na wojnę niechętnie i z oporami, Ateńczycy byli klasycznymi awanturnikami, zawsze gotowi do podboju, zawsze na militarnej stopie. Gdy Spartanie odmawiali wyruszenia na kampanię, bo mieli święo, które trwało miesiąc, to Ateńczycy gotowi byli mordować, gdy wszyscy wokół świętowali.

  28. 28 amalryk

    Jeżeli wierzyć Ryszardowi Kuleszy (autorowi książki „Starożytna Sparta”) to jej historia została dość silnie „zlegendowana” w postaci jakiejś „skamieniałości przedhistorycznej” gdy w rzeczywistości zmieniała się, i to znacznie z biegiem dziejów .
    System społeczny, oparty na bezwzględnej tyranii Spartiatów, którzy przy pomocy pozbawionych praw politycznych periojków i bezlitośnie eksploatowanych ( oraz „sezonowo” mordowanych) helotów zbudowali swoje (podobne do jakiegoś obozu koncentracyjnego) państwo, wykazał się podejrzaną długowiecznością… O ile zdarzały się bunty helockie to o wystąpieniach periojków czy też zawiedzionych obywateli w ogóle nie słychać.
    Zastanawiające , że kalkulacja Kinadona gdzie na przeciw 40 homoioi postawił 4000 pozbawionych praw, którzy ochoczo winni rzucić się na Spartiatów jakoś nie zadziałała? Spisek został zduszony w zarodku a o innych historia milczy.
    I ostatecznie Sparta powoli umarła na „uwiąd starczy” uzyskując w 146 r. p. Chr. uprzywilejowany status civitas libera od wszechwładnego Rzymu.

  29. 29 michał

    Panie Amalryku,

    Nie wiem, kto zacz Kulesza i czy można mu wierzyć, ale sądzę, że można ufać Tukidydowi i Herodotowi, których opowieść została przekabacona, gdy „demokracja okazała się wartością absolutną”.

    Przede wszystkim muszę jednak oponować, bowiem periojkowie nie byli zupełnie pozbawieni praw, nie mieli po prostu praw Spartan, nie byli Równi, Homoioi. Heloci i Periojki są najciekawszym elementem konstytucji Sparty. Heloci byli Grekami, mówili tym samym językiem i wierzyli w tych samych bogów, a mimo to byli niewolnikami. Nie ma drugiego takiego przypadku w Grecji. Buntowali się wiele razy i nawet zwyciężali. Periojki (dosłownie „mieszkańcy wokół”) byli również Grekami, ale byli wolni. Stanowili bufor między Spartą i Helotami. Było ponad sto wspólnot Periojków z godnością polis, ale nie mieli autonomii, byli poddani Spartanom. I oni także się buntowali, ale wiemy tylko o jednej rewolcie: podczas trzeciej wojny messeńskiej. Wspólne siły Spartan i Periojków nazywano Lacedemończykami. Stosunek do Helotów wydaje mi się kluczem do rozumienia Sparty. Z jednej strony, ich istnienie jako niewolników było powodem dla ustanowienia wojownicznej wspólnoty Równych, ale i odwrotnie: trzymano ich w niewoli – gdy z pewnością wygodniej i politycznie mądrzej byłoby ich uwolnić, użyć jako żołnierzy i na nich zbudować potęgę Lacedemonu – właśnie dla podtrzymania ducha elitarnego społeczeństwa Równych.

    Być może najlepszym dowodem na ideologiczne przekręcenie historii Sparty i Aten jest rzekomo najważniejszy współczesny badacz antyku, Cartledge. W książce o Tebach pisze, że dwaj najwięksi Tebańczycy, Nie ma dowodów, że wprowadzili demokrację, ale Cartledge jest zdania, że byłoby „niezwykłe, gdyby tak nie zrobili”. Sugeruje, że jest to „ekonomiczna hipoteza”, gdy w rzeczywistości, Tebańczycy zapewne pozostali przy swojej wersji timokracji, która odpowiadała ich tradycjom i była równo-odległa od dwóch wrogich potęg – demokratycznych Aten i antydemokratycznej Sparty. Innymi słowy, Cartledge jest przykładem nakładania swoich preferencji politycznych na badania historyczne. Przekracza wszakże granice dobrego smaku, pisząc:

    One might speculate further and regard Pelopidas returning to Thebes as liberator in 379 as somewhat similar to Lenin arriving at the Finland Station of St Petersburg in October/November 1917. What he had learned above all from his three years of exile in Athens was that the best way to resuscitate post-occupation, liberated Thebes and Boeotia was by going democratic. [sic!]

    Porównanie największego zniewolenia ludzi w historii, z wyzwoleńczą masakrą kilku zdrajców, wysługujących się okupantom (Spartanom), byłoby śmieszne, gdyby nie mówił tego zawodowy historyk, sławny professor, który nie wie nawet, kiedy Lenin przyjechał na Dworzec Fiński. I nie ma nikogo w redakcji naukowego wydawnictwa, kto mógłby mu powiedzieć, że Lenin przyjechał w kwietniu, a porównanie zdradza bolszewickie sympatie autora. Nie ma nikogo, kogo by to raziło…

    Cartledge periojkuje dalej, niczym Lenin z trybuny, że „wyobraża sobie”, iż Tebańczycy chcieliby „maszerować z duchem czasu”, a były to czasy demokracji. Dlaczego tak sobie wyobraża? Tego nie mówi. W rzeczywistości, jest równie prawdopodobne, że mądry Epaminondas pragnął uniknąć „demokratycznego ducha czasów”, który nakazał demokratom wymordować 1500 przeciwników w Argos – wytłukli ich pałkami, dosłownie: wytłukli pałkami, jak przystało demokratom. A zatem ustrój Teb mógł być o wiele bardziej oligarchiczny, niż ideologia pozwala przyznać autorowi.

    Tfu… ech ty, bolszewicka twoja chrząstka z Cambridge…

  30. 30 amalryk

    Porównanie jakiegokolwiek uczciwego człowieka do Lenina to obraza najcięższego gatunku, a ten
    tu kambrydżański profesor poniewiera bezczelnie godnością antycznego bohatera szukając mu powinowactwa z taką kanalią! Nóż się w kieszeni otwiera!
    O jakim duchu czasów on majaczy? Demokracja była raczej wyjątkiem niż regułą i trwała krótko.

    Co do książki Kuleszy, on podaje tam ciekawą informację, iż potwierdzone w dokumentach jest występowanie w latach 424 – 370 p.Chr. kategorii „neodamodów”, helotów którym nadano wolność i przyjmowano do wojska. Może to był taki „wentyl bezpieczeństwa” dla co bardziej sprawnych i aktywnych helotów?

    Co do pojęcia „faszyzm”, to rzeczywiście , udało się piekłoszczykowi Stalinowi i pozostałym komuchom uogólnić je na współczesny obraz szatana, pod który podciągają wszystkich swoich przeciwników. I tak to rózgi liktorskie zrobiły oszołamiającą lecz nieoczekiwaną karierę…

  31. 31 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Paul Cartledge jest zupełnie skandaliczny. A to jest ponoć jeden z największych żyjących historyków starożytnej Grecji, łączący archeologię z historią, czyli dokładnie to, czego potrzeba w tych badaniach. Szeroki oddech badawczy, z którego, niestety, wychodzi kompletny bełkot, bo facet nie potrafi się oderwać od swych politycznych i ideologicznych zboczeń, zaczem w książkach o Tebach lub o Sparcie polemizuje ze Scrutonem i Calasso, ponieważ – ich nie lubi… Gaworzenie o „demokratycznym duchu czasów” jest tylko przykładem niskiego poziomu, na który schodzi. W takim świecie żyjemy, że bydlak porównuje wielkiego Pelopidasa do Lenina i ziemia się pod nim nie otwiera.

    Problemem Lacedemonu była tzw. oliganthropia czyli zanik Spartiatów zdolnych do walki. Zaczęło się to w 464 roku przed Chrystusem, od ogromnego trzęsienia ziemi, w którym być może stracili 20 tysięcy Spartan. Nie wiadomo tego dokładnie, bo Spartanie skutecznie ukryli rozmiary strat. Następująca krótko po tym klęska na Pylos – w której Spartanie po raz pierwszy w historii poddali się, zamiast walczyć do końca – spowodowała, że używali odtąd w wojnach coraz więcej Periojków. Byli to nadal wysoce wyszkoleni i wolni żołnierze, ale nie Równi Spartiaci. Nie wiadomo dokładnie, o ile rozumiem, skąd wywodzili się Periojkowie, ale być może najlepszą supozycją jest, że przybyli do Lakonii i Messenii razem z doryckimi zdobywacami, a nie byli autochtonami, jak Heloci.

    Z czasem Spartanie poczęli używać do walki także Helotów, zarówno uwolnionych (neodamodes) jak i niewolnych. Arystoteles uważał oligantropię za główny powód klęski Sparty z rąk Epaminondasa. Dodałbym, że pozorne kunktatorstwo Spartan w niezwykle trudnej sytuacji na Pylos i Sfakterii, być może także podyktowane było świadomością oligantropii. Nawiasem mówiąc, studiowałem szczegółowo rozprawę na Pylos (bo nie można chyba tego nazwać bitwą w klasycznym sensie), z mapami w ręku i różnymi źródłami, i wydaje mi się, że Spartanie zrobili wszystko co w ich mocy, tylko mieli przeciw sobie prawie genialnych Ateńczyków, którzy kiedy raz dostrzegli szach, to nie popuścili, aż doprowadzili do mata. Ale ostateczne poddanie się – sam fakt poddania Spartan! – było dla nich potworną klęską, musiało się odbić echem po całej Grecji i na zawsze zniszczyło mit niezwyciężonej Sparty.

    Heloci wyprowadzeni z Messenii przez Ateńczyków, byli najbardziej zaciętymi, zaprzysięgłymi wrogami Sparty, więc tak, neodamodes to był wentyl bezpieczeństwa, ale niestety było już wówczas za późno, by ratować Spartę.

    A faszym? Mój Boże, to taki straszak dla niegrzecznych dzieci. Nie stoi za tym słowem żaden desygnat. Karierę, owszem, zrobił faszyzm olśniewającą. Coż więc innego nam pozostaje, jak odmawiać używania słów pozbawionych znaczenia oraz cierpliwieprzekładać, dlaczego są puste.

  32. 32 amalryk

    Zawstydza mnie Pan swoją erudycją. Pierwsze słyszę o Pylos i Sfakterii, dotychczas byłem święcie przekonany że bitwą która zachwiała potęgą Sparty była przegrana pod Leuktrami…

  33. 33 michał

    Panie Amalryku,

    Jest oczywiście na odwrót. To Pan ma rację. Leuktra zachwiała potęgę Sparty, Pelopidas i Epaminondas zadali decydujący cios. Źle się wyraziłem.

    Awantura – bo nawet nie bitwa! – wokół Pylos i na sąsiedniej wyspie Sfakterii, była znacząca, w moim przekonaniu, jako moment „przechylenia szali”. To nie znaczy wcale, że Spartanie nie odnieśli mnóstwa sukcesów po klęsce w Pylos i na Sfakterii. Podbili i okupowali Ateny i Teby, czegóż więcej trzeba? Byli niekwestionowanymi hegemonaami Hellady. Ale mit ich wrodzonej, boskiej, nadprzyrodzonej wyższości militarnej został skutecznie zniszczony na wyspie Sfakterii u wejścia do zatoki Pylos. Wszystko to stało się dzięki mistrzowskiej strategii ateńskiego generała, Demostenesa (nic wspólnego z późniejszym, sławnym oratorem), ale także pomimo geniuszu Brasidasa, jednego z największych przywódców Sparty w ogóle, ale zapewne jednego z najbardziej niedocenionych wodzów starożytności.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.