III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




Waliajet duraka

„Dobre wychowanie polega na tym – usłyszał od Anioła Borutek, jeden z bohaterów Józefa Mackiewicza – aby tolerując zmiany, które następują na powierzchni rzeczy, nie zmieniać w niczym samej istoty tych rzeczy.” Gdy przedstawiciele sowieckiej Rosji zasiadali przy burżujskim stole podczas konferencji w Rapallo, w 1922, reguła powyższa była im gwarancją powodzenia. Bolszewicy tamtego pokolenia byli wystarczająco inteligentni, aby pojąć, że maniery skutecznie zamazują wszelkie ewentualne kontrowersje, od plamy z sosu na mankiecie, aż po niedomytą krew na rękach. Udrapowane w savoir-vivre pozory skutecznie zamykają oczy i umysły, otwierają drzwi prowadzące na salony. Gdy dla odmiany Nikita Chruszczow rąbał butem w pulpit „narodów zjednoczonych”, kryptokomunistycznej organizacji założonej w San Francisco w 1945, spowinowacony z nim Adżubej pozwolił sobie na słowa krytyki. „Ależ mój drogi Adżubejku – miał odpowiedzieć Nikita – myślałem, że to właśnie zrobi na wszystkich dobre wrażenie i pokaże, jak dalece jesteśmy silni i prostolinijni. Dziękuję ci, Adżubejku, już więcej nie będę.”

Każdy etap niesie swoją mądrość, tak głosi jedna z naczelnych bolszewickich zasad. Niekiedy sytuacja wymaga stanowczości. Wówczas, przy zachowaniu wszelkich pozorów, oczekuje się na „dobre wychowanie” drugiej strony, na niezaglądanie pod „powierzchnię rzeczy”. Można od tej reguły wyliczyć szereg, niekiedy istotnych, wyjątków, jak choćby dzisiejsza zła prasa Kremla. W takich przypadkach nie należy jednak zapominać o perspektywie. Czas zabliźnia rany i wymazuje z pamięci. To co dziś uchodzi za szkaradne, wykluczające nić porozumienia, przekreślające komitywę, jutro będzie wrzodem, o którym już się nie pamięta.

Bolszewizm zbudowany jest na niewielkiej liczbie niezbywalnych zasad, z których pierwszą jest nieskończona elastyczność. To prawidło, pozwalające nagiąć, wykluczyć, wyłączyć, na pewien czas, każdą inną regułę: pseudomoralną troskę o dobro ludzkości, czy żelazną dyscyplinę i centralizację. Nie licząc samej prereguły, każda inna jest dziś poważnie nadwerężana. Pseudomoralność proludzka wypierana jest troską o dobro „Planety” (po której zły z gruntu człowiek stąpa niepotrzebnie), a żelazne: dyscyplina i centralizacja zastąpione zostały (czy nie pozornie?) rozwydrzeniem i rozproszeniem.

Ideologiczne nonsensy, wyposażone w oczywisty walor przyciągania mas, od bolszewickiego zarania nie przedstawiały swoją usłużnością problemu. Masy jak to masy, nastawić można w dowolnym kierunku i nie trzeba do tego aż inżynierii dusz. Permisywizm i sobiepaństwo zawsze można przywołać do porządku. Nienaruszalność „istoty rzeczy” pozostaje, na przekór pozorom, opoką współistnienia. Bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że nikt nie nazywa agresora jego imieniem? Że nie robi tego tzw. Zachód, zdołaliśmy przywyknąć. Ale dlaczego Kijów, trzymany przez bolszewików we wrażym uścisku, pozostaje równie taktowny? Dlaczego sięga w zamian po typowo sowiecki epitet – faszystowski? Czyżby to strach przed ludową mądrością: „Kto się przezywa sam się tak nazywa”?

Historia bolszewizmu to nieustająca siurpryza. Wynalazczość tego tworu nie zna granic:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni „rozsądnie” się przystosować, w roku 2012!

Staramy się zrozumieć świat poprzez pryzmat własnych doświadczeń i obserwacji. Dla mnie bolszewizm był przez wiele lat dziwacznym zestawieniem nowoczesności ze starzyzną. Pewnie dlatego, że doświadczałem go poprzez peerelowską przaśność. Była to powierzchowna obserwacja, oparta na doświadczeniu cywilizowanego zapuszczenia, nie uwzględniająca ważniejszych aspektów. Zewnętrzny świat bolszewika był szary, bo ograniczony w dostępie do kolorowych zdobyczy cywilizacji; siermiężny, bo poprzez marksowsko-leninowski monopol odcięty od ogólnoludzkiej kultury. Okazuje się jednak, że przy wszystkich, wynikających z powyższego, upośledzeniach, bolszewik nie jest gorszym strategiem aniżeli jego wrogowie. Potrafi wspiąć się na wyżyny kreatywności, o których tamtym nie dane zamarzyć. Jego współczesna odsłona uderza różnorodnością; bogactwem porażających nonsensów, sloganów, ruchów. Mackiewicz miał sposobność obserwowania pierwocin zjawisk, które z upływem czasu doprowadziły do obecnego stanu spraw.

Bolszewizm to elastyczność, ale i statyczność. W dniach politycznej flauty system jest zasklepiony w rutynie ideologicznej urawniłowki, skłonny do przepotwarzania się tylko wówczas, gdy zachodzi taka konieczność. Wówczas pojawiają się nepy i liberalizacje – wiejący nudą schemat. Śmierć Stalina wywróciła tę monotonię. Mackiewicz pisał o fermencie roku 1955, „spotęgowanym” po mowie Chruszczowa. Było to zaproszenie do wielkiego arrangementu, odczytane przez drugą stronę jako „nieuchronność przemian”, na lepsze, pod komunizmem. Odpowiednikiem w peerelu był „polski październik”. Potępiając Stalina, Chruszczow nie potępiał zbrodni komunistów, ale zbrodnie na komunistach. Ogłaszał powrót do leninizmu. Jasny przekaz dla tych, którzy w „dobrym” komunizmie upatrywali szansy na postęp. W bloku komunistycznym poczęły się wyłaniać środowiska opozycyjne. Obserwując, starając się opisać te nowe zjawiska, Mackiewicz nie słyszał o długofalowej strategii, o pomysłach Mironowa, Szelepina i towarzyszy. (O istnieniu Anatolija Golicyna mógł dowiedzieć się dopiero w 1984 roku, gdy ukazała się książka New Lies for Old.) A jednak był zdania, że tego rodzaju opozycyjne, „niezależne” inicjatywy nie mogły pojawić się bez milczącej aprobaty partii lub – wyraźnej zachęty z jej strony. Ta jego konstatacja jest niezmiernie istotna.

O Sołżenicynie pisał obszerniej w 1965 roku, szczerze powątpiewając. Pisał wprost, że Jeden dzień Iwana Denisowicza pisany być musiał na zamówienie partyjne po xx zjeździe kpzs. Za oczywistą „bujdę” uznał stwierdzenie, jakoby redaktor Nowego Miru sam podjął decyzję o publikacji utworu. Uważał, że opowiadanie zostało napisane i wydrukowane na wyraźne polecenie Chruszczowa. Było potrzebne dla kampanii zwalczania „kultu jednostki”. Co ciekawe, podobnego zdania był w tym czasie naczelny publicysta Kultury, Juliusz Mieroszewski.

Powrócił do „nie rozwiązanej zagadki” Aleksandra Sołżenicyna w 1972 roku, skupiając uwagę m.in. na redaktorze czasopisma, w którym publikował swoje opowiadania Sołżenicyn, Twardowskim, okrzyczanym przez prasę zachodnią mianem „liberała”. Polit-karierę rozpoczął w okresie wielkiego głodu na Ukrainie jako „znakomity w literaturze sowieckiej chwalca Stalina”. Jego utwory poetyckie były nagradzane „stalinowskimi nagrodami literackimi”. W 1949 roku, podczas uroczystości w teatrze „Bolszoj” w Moskwie, z okazji 70. urodzin Stalina odczytano odę Twardowskiego. Cytując fragment, pisał Mackiewicz o „lokajskim upodleniu duszy ludzkiej”. Taki człowiek stał się filarem „odwilży”, wydawcą autora Archipelagu. Potwierdzeniem supozycji Mackiewicza mogą być komentarze prasy komunistycznej, po ukazaniu się debiutanckiego opowiadania. Izwiestia nazwały Sołżenicyna „autentycznym pomocnikiem partii w świętym i koniecznym jej dziele…”. Organ Komunist nazwał opowiadanie „aktywnym potwierdzeniem tego Nowego, co wniosły w nasze życie XX i XXII Zjazdy…”. Najciekawsza była wypowiedź sowieckiego związku pisarzy: „Przez opublikowanie tej powieści zrobiliśmy ogromną ilość sojuszników, gdyż ludzie uwierzyli, że wróciły czasy autentycznej idei…”.

Kolejny tajemniczy aspekt związany z osobą Sołżenicyna to jego niebywała kariera na Zachodzie. Mackiewicz przytaczał wypowiedź redaktora wydawanego w Nowym Jorku kwartalnika Nowyj Żurnał, Romana Gula, który zwrócił uwagę, że sołżenicynowski opis łagrowej rzeczywistości nie stanowi żadnej rewelacji, nie demaskuje niczego, o czym nie pisano by wcześniej na Zachodzie. Gul wymieniał liczne książki i ich autorów. Mackiewicz konkludował:

Świat zachodni (opinie, rządy, etc.) ucieszył się nie z prawdy, jaką Jeden dzień Sołżenicyna zawiera, lecz odwrotnie: z nieprawdy, jaką ten utwór sugeruje. Że mianowicie: 1. System kancłagrów sowieckich nie jest wytworem ustroju komunistyczno-sowieckiego, lecz wyłącznie epoki „stalinowskiej”. 2. Że w Sowietach nastąpiła zmiana, która potępia poprzedni system…

Podkreślał dezinformacyjny charakter publikacji Sołżenicyna. Niewątpliwie słusznie. Ale był to zaledwie startowy punkt w konglomeracie pytań i problemów. Przypuszczenia związane z literackim debiutem Sołżenicyna nie mogły dać odpowiedzi na szereg rodzących się pytań. Sołżenicyn, jego dzieła, aktywność polityczna nie były związane wyłącznie z mądrością etapu. Wpisywały się w montowaną akurat długofalową strategię, której celem było stworzenie całkowicie odmiennego wizerunku związku sowieckiego.

W tym samym czasie, na przełomie lat 60. i 70., powstawały pamiętniki Chruszczowa. Zarówno sama ich treść (uzupełniona i rozbudowana już w XXI wieku do trzech opasłych, liczących ponad 3000 stron, tomów), jak i sposób ich opracowania, a także przeszmuglowania ze związku sowieckiego na Zachód Europy, warte są komentarza. Publikacja pierwszego tomu (w 1970, na rok przed śmiercią Chruszczowa) wzbudziła kontrowersje. Treść ukazywała Chruszczowa jako miłującego całą ludzkość, odrobinę prostackiego, reformatora; Chruszczow odżegnywał się od autorstwa; powszechnie dyskutowano nad ich autentycznością. Autorem przedmowy był Edward Crankshaw, światowej sławy dyżurny sowietolog; tłumaczem i redaktorem tekstu Strobe Talbott, w „postpierestrojkowej” przyszłości długoletni Zastępca Sekretarza Stanu USA w administracji Clintona. Najciekawszą postacią (poza domniemanym autorem) był człowiek odpowiedzialny za przeszmuglowanie wspomnień na Zachód, Wiktor Louis. Miał na tym zarobić 700 tysięcy dolarów. Mackiewicz napomykał o tej awanturze przy okazji jednego z tekstów poświęconych tajemnicy Sołżenicyna. Powoływał się na rosyjskiego publicystę Nikołaja Uljanowa: „dziś nikt nie ma wątpliwości, że to fałszerstwo. Choć dobra fabrykacja. Podobnie fabrykuje się ‚powieści Sołżenicyna’”.

W rzeczywistości sprawa nie przedstawiała się tak prosto. Wątpliwości co do autorstwa Chruszczowa są skrzętnie odnotowywane, ale nie brane poważnie. Książka powstała na podstawie nagrań magnetofonowych, na których utrwalony został głos Chruszczowa. Można zatem kwestionować wiarygodność „wspomnień”, ale nie autentyczność ich powstania. W takiej sytuacji, a nie wdając się w nadmierne szczegóły, można założyć, że sam Chruszczow był nie tyle autorem tekstu, co uczestnikiem mistyfikacji. Co więcej w mistyfikacji tej musiało brać udział także biuro polityczne komunistycznej partii, które jakoby usiłowało skłonić byłego pierwszego sekretarza do zaniechania pamiętnikarskiego procederu.

Zwraca uwagę niezwykła postać Wiktora Louis. Witalij Lui (tak brzmiało jego rosyjskie nazwisko) już w wieku 16 lat miał pracować jako informator „tajnej policji” w ambasadzie Nowej Zelandii w Moskwie, a później w ambasadzie Brazylii. Zanim trafił do łagru, studiował języki obce w Moskwie. Louis twierdził, że trafił do obozu pod zarzutem kontaktów z obcokrajowcami oraz handlu na czarnym rynku. Możliwe, że chodziło jedynie o jego aktywność czarnogiełdową. Według innej wersji, Wiaczesława Keworkowa, redaktora wspomnień Louis oraz jego oficera prowadzącego w latach 80., został aresztowany około 1946 roku w Leningradzie i w związku z oskarżeniami o szpiegostwo skazany na 25 lat więzienia. Interesującą informację podaje John Barrow, autor opracowania KGB: the secret work of Soviet secret agents. Według jego relacji, pisarz i krytyk, Arkadij Bielinkow, spotkał Louis w obozie, w 1954 roku. Skazaniec Louis przybył do obozu w wielkim stylu, w korkowym hełmie oraz w stroju przypominającym brytyjski tropikalny mundur wyjściowy, w związku z czym w łagrze pojawiły się pogłoski, że związek sowiecki prowadzi wojnę z Wielką Brytanią.

Po zwolnieniu z obozu wrócił do działalności czarnorynkowej, jeżeli w tym przypadku wolno pozostać przy takim określeniu. W istocie bowiem uprawiał swój proceder ostentacyjnie, całkiem jawnie handlując ikonami i walutą w środowisku zachodnich dziennikarzy i dyplomatów, za co w związku sowieckim groziła kara śmierci. Co oczywiste, był agentem kgb. Pytanie tylko, jakiej rangi i do jakich zadań przeznaczonym? Znany ze skrajnej niewiarygodności Nosenko przekonywał, że Louis był konfidentem zwerbowanym przez lokalne struktury kgb w Moskwie, nie zaś przez drugi zarząd główny, który, jak wiadomo, zajmował się obcokrajowcami. Można to uznać za kolejną źle spreparowaną bajkę, w dodatku wcale nie dlatego, że osobą wyznaczoną do jej puszczenia w obieg był akurat Nosenko. Po prostu cała przyszła kariera Louis dowodzi, że powierzano mu zadania niezwykłej delikatności i znaczenia.

W drugiej połowie lat 50. rozpoczął pracę jako korespondent mediów zachodnich, od czasu do czasu puszczając w obieg elektryzujące informacje. Jedną z nich była pogłoska o utrąceniu ze stanowiska pierwszego sekretarza samego Nikity Chruszczowa. Twierdził, że oparł tę wiadomość na samodzielnie przeprowadzonej analizie zdarzeń (m.in. w centrum Moskwy miano jakoby usunąć ogromnych rozmiarów portret Chruszczowa). W rzeczywistości musiał być to przeciek najwyższej możliwej operacyjnej kategorii. Podobną rangę wypada nadać informacji, którą puścił w obieg w 1969, na temat ataku nuklearnego na czerwone Chiny, co jakoby miały rozważać władze w Moskwie. Trudno precyzyjnie stwierdzić, jak wielkie znaczenie mógł mieć tego rodzaju przeciek dla światowego nieporządku przełomu lat 60. i 70. Wolno chyba przypuścić, że ogromny. Został za swoją pracę szczodrze wynagrodzony. W zgrzebnym świecie komunizmu, gdzie jedynie wysokiej rangi kacykom wolno było pławić się w zbytku (ale dyskretnie), Louis dysponował kolekcją zachodnich samochodów (Porsche, Bentley i tym podobne marki, niektóre z nich zabytkowe); luksusowym mieszkaniem w Moskwie, daczą z krytym basenem i kortem tenisowym.

Oprócz „pamiętników” Chruszczowa był zamieszany w szmugiel rękopisu Sołżenicyna Oddział chorych na raka, w próbę skompromitowania Swietłany Alliłujewej, miał jakoby sprzedać niemieckiej prasie film na temat Sacharowa, gdy ten przebywał na zesłaniu w Gorkim. Miał zatem bezpośredni kontakt z ogromnym kompleksem agenturalnych poczynań, które dawałyby się wpleść w opisaną przez Golicyna długofalową strategię. Nie powinno być zaskoczeniem, że przez niemal dwie dekady utrzymywał osobisty kontakt z Jurijem Andropowem, od roku 1967 szefem kgb, który był dla niego – jak wolno sądzić – tryskającym źródłem dziennikarskiej inspiracji.

Biografia Louis jest nie tylko ciekawa, ale poprzez uwikłanie z kluczowymi elementami strategii, w interesujący sposób oświetla wciąż żywe wspomnienia Chruszczowa. Bo skoro Louis był ściśle związany z najwyższym eszelonem sowieckiej władzy i jej planami, trudno domniemywać, aby działał wbrew jej interesom czy intencjom. Dokładnie to samo wypada powiedzieć i o samym, choć pozornie odstawionym na boczny tor, wodzu raju krat. W moim przekonaniu wspomnienia Chruszczowa nie były wykwitem rozczarowanego outsidera, ale mogły mieć znaczenie z punktu widzenia strategii. Trudno przypuszczać, żeby planowano dla Chruszczowa jakąś eksponowaną rolę w przyszłej polityce, a jednak nie do przecenienia był (i bodaj pozostaje) obraz bolszewika, który z ociekającego krwią zbrodniarza potrafi przedzierzgnąć się w miłującego pokój i całą ludzkość, zbuntowanego wobec niemądrej władzy, dysydenta. Jego śmierć przekreśliła ewentualne przyszłe plany, ale obraz dobrego komunisty pozostał i wciąż świeci przykładem. Jeden z najbardziej znanych biografów Chruszczowa, William Taubman (Khrushchev: the man and his era), wynagrodzony za ten trud Pulitzerem, swoją monografię oparł w lwiej części na: wspomnieniach Chruszczowa, wywiadach z rodziną, wypowiedziach syna Siergieja, relacjach Semiczastnego, Szelepina oraz innych, równie niezawodnych źródłach. W przedmowie do książki napisał z wielką trafnością:

To on zapoczątkował długotrwały proces nakładania ludzkiej twarzy na socjalizm. Utorował w istocie drogę do reform Gorbaczowa i Jelcyna.

Mackiewicz przez wiele lat zastanawiał się na fenomenem Sołżenicyna, pisał na ten temat artykuły, z uwagą śledził doniesienia, własnym nakładem opublikował broszurę, w której wiele miejsca poświęcił temu zagadnieniu. Sołżenicyn, jego biografia i dzieła, stanowił nową jakość, jeśli idzie o kreatywne rozwinięcie jakże pożądanej przez obie strony współpracy. Bo Sołżenicyn nie był tylko kolejnym ulepszaczem komunizmu, marksistowskim rewizjonistą. Reprezentował, jak okazywało się z biegiem lat, konsekwentną wrogość wobec systemu sowieckiego.

Zainteresowanie fenomenem Sołżenicyna wykazywał także Pragier. Omawiając list Sołżenicyna do przywódców związku sowieckiego, pisał, że wywody Sołżenicyna, który jako sowiecki obywatel nie rozumie, że komunizm może istnieć tylko pod przymusem „są w istocie przeniesieniem całego zagadnienia naprawy warunków życia w Sowietach w stratosferę irracjonalizmu”:

Jest rzeczą zdumiewającą, że ten wysoce utalentowany pisarz, którego twórczość można powiązać z wielką prozą rosyjską z najświetniejszego okresu rozwoju w drugiej połowie XIX w. i ten człowiek, który tylekroć okazał niepospolitą odwagę cywilną wobec despotyzmu sowieckiego, jest w swoim myśleniu politycznym naiwny jak dziecko i zdaje się nie pojmować istoty systemu rządzenia, w którego ramach spędził całe życie. Kto wie, czy nie wynika to z jakiejś trudnej do zrozumienia dla nas struktury jego umysłu?

Mackiewicz, w odróżnieniu od Pragiera, nie szukał rozwiązania w sferze psychologii. Dostrzegał surrealizm zjawiska („waliajet duraka”), ale uznawał go jedynie za pozór, pod którym ukrywają się prawdziwe intencje. W trakcie pracy nad kolejnym artykułem w sprawie aktywności Sołżenicyna, w listopadzie 1974 roku, pisał w liście do Janusza Kowalewskiego:

Właściwie wszystko rozwija się wg moich podejrzeń. Występuje on teraz coraz gwałtowniej przeciwko jakimkolwiek „rewolucyjnym” i nawet „politycznym” wystąpieniom antysowieckim. A przemawia nie z fotela politycznego, nie z trybuny pro-sowieckiej, lecz… zza drutów łagru… […] Jeżeli więc nie jest agentem sowieckim to – moim zdaniem – najbardziej szkodliwym dziś na świecie człowiekiem: nie ruszać Związku Sowieckiego, i czekać aż się „przeobrazi moralnie” od wewnątrz. Nie wiem tylko gdzie tu kończy się KGB, a gdzie zaczyna CIA?

Kowalewski nie podzielał podejrzeń Mackiewicza, i był pod tym względem konsekwentny, przy licznych okazjach wyrażając swoje zdanie. Zdarzało mu się zestawiać (na zasadzie mniemanej analogii) Sacharowa i Sołżenicyna obok Sokratesa, a nawet samego Józefa Mackiewicza. Ten ostatni reagował z nutą politowania: takie stanowisko „niegodne jest Pana jako byłego komunisty, który przecież niektóre rzeczy musi widzieć lepiej od innych”. Kowalewski jednak nie dostrzegał, lub też nie chciał dostrzegać, stojącego za Sołżenicynem zjawiska. Nie było sprzyjającego klimatu dla pisania źle o Sołżenicynie w londyńskiej prasie. Takie było stanowisko Sakowskiego, zrelacjonowane w jednym z listów Kowalewskiego do Mackiewicza: nie pisać, że dwaj towarzysze S. są agentami Bezpieki. Rzekomo w obawie przed atakami „całej rosyjskiej” emigracji. Wierutna bzdura. Jeżeli ktokolwiek w tym czasie zachował trzeźwość politycznego osądu, to była to przede wszystkim emigracyjna Biała Rosja.

Popiera mnie w anty-Sołżenicynie dużo Rosjan. Dużo jest przeciw mnie, jeśli chodzi o tę sprawę. Wmieszać się ma nasza Kultura – pisał Mackiewicz.

Do fenomenu Sołżenicyna powrócił Mackiewicz już po ukazaniu się Archipelagu GUŁag, który „wywraca niejako do góry nogami, niejedną z konwencjonalnych klisz myślowych”. Miał na myśli siebie, swój sposób ujmowania, rozumienia istoty komunizmu. Jawny antykomunizm Sołżenicyna bez czekistowskich dla niego konsekwencji nie dawał się łatwo zinterpretować. Domagał się drobiazgowej analizy. W latach 1974-1975 Mackiewicz napisał na ten temat kilka artykułów.

Rozpoczyna swoje rozważania od antybolszewickiego ab ovo, od fundamentów bolszewickiej doktryny, przywołując postać rosyjskiego filozofa Fedora Stepuna, który wskazał na cechy odróżniające cenzurę sowiecką od cenzury carskiej Rosji. Ta ostatnia mogła skreślać pewne publikacje, ale nie mogła na ich miejsce wyznaczać treści odmiennych. Bolszewizm „nie tylko zakazuje mówić i pisać tego, co mu nie dogadza, ale ponadto nakazuje mówić i pisać, co mu dogadza”. Przywoływał krążący po sowietach żart: nie żądamy prawa do pisania, co chcemy, ale przynajmniej prawa do milczenia o tym.

Mackiewicz sformułował Zagadkę nr 1: „Jakże więc doszło do tego, jak mogło w ogóle do tego dojść, aby w świecie tamtych praw sowieckich, kilku obywateli tym prawom podległych, w tym głównie prof. Sacharow i pisarz Sołżenicyn, przebywając w Moskwie, zdołało przez tak długi czas ‚bezprawnie’, a zatem i ‚bezkarnie’ rozgłaszać na cały świat prawdę o rzeczywistości sowieckiej?” Dotykał w ten sposób istoty rzeczy, która wyróżniała jego antykomunizm: przekonanie o niereformowalności doktryny komunistycznej i konieczności obalenia komunizmu siłą. Swobodne, z pozorami jedynie represji, funkcjonowanie Sacharowów i Sołżenicynów, dawało się wyjaśnić w jeden tylko sposób – było na rękę bolszewikom.

Sensacja związana z Sołżenicynem nie wynika z faktu, że został w końcu aresztowany i wydalony ze związku sowieckiego – przekonywał Mackiewicz – ale z tego, że nie został aresztowany przez ostatnie lata, a zwłaszcza po ukazaniu się na Zachodzie Archipelagu GUŁag. Bo Archipelag w odróżnieniu od wcześniejszych publikacji nie był w swojej istocie jedynie antystalinowski, ale z gruntu antykomunistyczny. Sołżenicyn, z jego krytyką poczynań samego Lenina, objawia się jako nieprzejednany wróg systemu komunistycznego. Jego historia jest „oparciem Wielkiej Nadziei” dla wszystkich, którzy dążą nie do obalenia systemu, ale jego poprawienia, udoskonalenia, wzmocnienia i wywyższenia, która to Nadzieja mogłaby wpłynąć „i na oczyszczenie kapitalistycznych demokracji zachodnich”.

Ten ostatni punkt, zmian przewidzianych dla kapitalistów, powoli nabierał coraz wyraźniejszych kształtów w rozważaniach Mackiewicza. Wciąż pozostawał ostrożny, stawiając zdecydowanie więcej znaków zapytania, aniżeli hipotez. Paradoks gonił paradoks, jak choćby ujawniony w Archipelagu antykomunizm Sołżenicyna w połączeniu ze wsparciem, jakie otrzymywał ze strony skrajnie prokomunistycznych kół. Jednym z najściślej współpracujących z Sołżenicynem przedstawicieli tych środowisk był Heinrich Böll, piszący na swój temat: „być może jestem niedoszłym komunistą…”. Zastanawiając się nad fenomenem wsparcia antykomunizmu właśnie z tej, prokomunistycznej strony, dochodził Mackiewicz do przewrotnego wniosku: po prostu Archipelagu GUŁag nie mieli czasu przestudiować. Liczyło się tylko to, że Sołżenicyn uosabiał głos dysydenta stamtąd, wystrzegając się przy tym wszelkiej kontrrewolucji, bo jak pisał w przedmowie do Archipelagu Böll:  „Żadnemu rozsądnemu człowiekowi na świecie nie może zależeć na rewolucji w Związku Sowieckim, każdemu jednak na zmianach”. Przyszłość pokazała, że zmiany nie miały dotyczyć jedynie związku sowieckiego.



Prześlij znajomemu

1 Komentarz do “Za lub przeciw kontrrewolucji część III”

  1. 1 michał

    Darek,

    Jak wiesz, różnimy się zasadniczo w rozumieniu spraw anielskich. W przytoczonym przez Ciebie na wstępie cytacie, Anioł wykłada chyba klasycznie konserwatywne zasady zachowania, a „dobre wychowanie” jest tu tylko literackim ozdobnikiem. Tolerować zmiany na powierzchni rzeczy tak długo, jak istota rzeczy pozostaje niezmieniona, to wykład mądrości, ponieważ na rozróżnieniu między tym co istotne (ważne, treściwe) i przypadłościowe (zewnętrzne, formalne itd.) polega mądrość. Anioł powtarza odwieczną mądrość konserwatyzmu, że conservatio est continua creatio – cały czas odnawiać rzeczy, by pozostały takie same – albo if it’s not necessary to change it is necessary not to change. Zmienia się zewnętrzny wygląd, modę, a zachowuje istotę rzeczy. Można na przykład porzucić żaboty i krynoliny, a zastąpić je gorsetami i cylindrami, byle istota rzeczy pozostała niezmieniona.

    Jest to całkowite odwrócenie zachowania bolszewików w ogóle, ale akurat zwłaszcza odwrotne było sławne postępowanie Cziczerina w Rapallo. Cziczerin był arystkoratą, spokrewniony był z Hutten-Czapskimi, zaprzyjaźniony z Marianem Zdziechowskim, ale był bolszewikiem. Zastosował więc odwrócenie porady Anioła: zachował zewnętrzną formę, by zmienić istotę rzeczy. Wdział cylinder, frak i białe rękawiczki i oczarował mężów stanu ówczesnego świata, i purpuratów Kościoła powszechnego. Okazał swe dobre wychowanie i zrozumienie dla zewnętrznych zasad, a ręce miał nie tylko dobrze wymyte, ale wręcz wymanikiurowane. Przy pomocy takiej szarady przemycił zupełnie nową treść czyli zmienioną istotę rzeczy. Może warto w tym miejscu przypomnieć, że opublikowaliśmy tu kiedyś dwugłos na ten temat, Wickhama Steeda i Zdziechowskiego: http://wydawnictwopodziemne.com/2014/03/22/paradoks-przemieniony-w-szalenstwo/

    Nie widzę, jak można to zinterpretować jako zastosowanie porady anielskiej. Anioł tu nie jest winny, ani dobre wychowanie, ludzka głupota winna. Ot co.

    Oczywiście jest tu jeszcze inna kwestia, która nie ma nic wspólnego z Rapallo, a mianowicie, że po stu latach dzierżenia władzy, komunizm nabrał cech konserwatywnych, bo rzecz jasna jest w interesie władców propagowanie kontynuacji.

    Z Aniołami!

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.