III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?




The Age of Chivalry is gone.
That of sophisters, economists, and calculators has succeeded;
and the glory of Europe is extinguished for ever.
Edmund Burke

Pokazowa kapitulacja

W jednym z ostatnich rozdziałów broszury „Trust” nr 2, Triumf ześlizgu: przez „opozycję” do „integracji” opisywał Mackiewicz już nie wyłącznie destrukcję, niszczenie antykomunizmu, ale nowe zjawisko, nową jakość polegającą na afirmacji przez emigrację (wciąż uchodzącą za antykomunistyczną) politycznej „rzeczywistości” peerelu, na uznaniu jego suwerenności, na zerwaniu z celem: walki z komunizmem. Emigracja rezygnowała z własnej tożsamości politycznej na rzecz „integracji” z peerelem, a za jego pośrednictwem, ze światowym ruchem komunistycznym.

Na przełomie 1975/76 doszło wreszcie w emigracji polskiej do szczytowego punktu, który by można nazwać pokazową kapitulacją, gdyby nie była właśnie opakowana w szatę pokazowej „opozycji”!

Mackiewicz pisał to w związku z tzw. „Memoriałem 59”, supliką do władz, złożoną – z powodu planowanych poprawek do Konstytucji – przez sfery opozycyjne w peerelu. „Poprawki” nie zmieniały w żadnej mierze istoty rzeczy, a więc braku suwerenności peerelu i całkowitej zależności od Moskwy.

„Suwerenność PRL” – pisał Mackiewicz w liście do Kowalewskiego – została wymyślona przez Sowiety dla zmylenia nas, całego świata, i dla wiadomych celów rewolucji światowej. Naszym obowiązkiem jest demaskować tę „suwerenność”, a nie, i nigdy: stawać w jej obronie!!!

„Memoriał” był protestem wobec zapisów, sankcjonujących obowiązujący stan rzeczy: kierowniczą rolę pzpr oraz sojusz ze związkiem sowieckim. Pomysłodawcy protestu przyczyniali się do ugruntowania fałszywego obrazu „rzeczywistości”, „do pogłębienia oszukaństwa”. Emigracja, zamiast wytknąć fałsz „suwerenności”, „konstytucji”, a więc i fałsz „poprawek” do niej, postąpiła odwrotnie – sama zgłosiła akces do peerelowskiego protestu, popularyzując go w prasie zachodniej. Nastąpiła akcja zbierania podpisów wśród emigracji, które następnie zostały wręczone władzom komunistycznym. Emigranci podpisywali dokument adresowany do władz w Warszawie; niekoniecznie z przekonania, ale pod presją wszechobecnej euforii.

Wśród podpisujących był Juliusz Sakowski, regularnie korespondujący z Mackiewiczem. Na jego przykładzie możemy prześledzić dramaturgię tamtych zdarzeń, prowadzących do – jak to ujmował Mackiewicz – „pokazowej kapitulacji”. Był początek 1976, moment w którym Stefania Kossowska zdecydowała się odrzucić recenzję Mackiewicza z książki Pragiera (pisałem o tym w części II cyklu). Sakowski był między innymi wydawcą Wiadomości, posiadał, jak się zdaje, głos decydujący. W liście z 21 stycznia wymieniał kilka kwestii, uniemożliwiających publikację artykułu w jego pierwotnym kształcie: „kwaśno o protestowiczach 59 w kraju”; „kwaśna uwaga o Sacharowie”; krytyka poglądów Wojciecha Wasiutyńskiego, współpracownika Wiadomości. Swoje stanowisko motywował opłakaną kondycją finansową pisma, sugerował także, że krytyczne wypowiedzi pod adresem 59, czy dysydentów jak Sacharow, mogą skutkować „odmową prenumeraty”. Zasadniczy problem był jeden: „wielkie ‚hallo’ o 59 ‚odważnych’”.

Mackiewicz pisał do Sakowskiego 23 stycznia, nie znając jeszcze treści jego listu. Informował o swojej decyzji zerwania z tygodnikiem:

Sytuacja jest dosyć jasna: mam pisać {„pod”} panującą opinię publiczną, i basta. Żeby nikogo nie drażnić, i nie wyskakiwać z własnym zdaniem, gdy wszyscy są innego zdania. Z wolnością myśli i druku nie ma to, oczywiście, nic wspólnego. Równie dobrze można by się przenieść do PRL-u.

Niewalka z komunizmem stała się rygorystyczną normą, obowiązującą całą, nominalnie wciąż antykomunistyczną, emigrację. Cóż takiego zdarzyło się na przełomie lat 1975/76, co spowodowało gremialną deklasację emigrantów z wrogów na poprawiaczy komunizmu?

Współcześnie, z trzydziestoletnim bielmem „upadłego komunizmu” na oczach, powszechne polityczne zbałwanienie daje się, do pewnego stopnia, zracjonalizować. Komunizm rozpłynął się w ludzkiej świadomości poprzez zasiedziałą w czasie prowokację. Mniej dziwi, że byty w rodzaju peerelu, innych krajów demoludnych, „byłych” związkowych republik, traktowane bywają jako twory suwerenne. Stąd narracje, jak ta o suwerennej Polsce, dzielnie wspierającej wolną Ukrainę w jej zmaganiach ze zbrodniczym rosyjskim imperializmem. Nie jest to stanowisko racjonalne, ale znajdujące wyjaśnienie w triumfie komunistycznej prowokacji, w „rozpadzie” wschodnioeuropejskiego komunizmu na upodmiotowione (przez kogo, kiedy i jak?) byty polityczne.

W 1976 sytuacja była inna. Długofalowa strategia rozwijała się pomyślnie, ale daleko jej było jeszcze do happy endu. Mimo appeasementu obowiązywał podział na: komunistyczny Wschód i kapitalistyczny Zachód. Nie był to dualizm pełnej krwi, ale niekwestionowany. Decyzja wsparcia supliki 59 nadszarpywała logikę tego układu. Można by to zrozumieć, gdyby chodziło o meandrującą ideowo Kulturę, ale tu za decyzją stali niezłomni z Londynu. Czy niezłomność była całunem, przykrywającym trupa imponderabiliów? List Kowalewskiego z 2 lutego 1976 daje wgląd w panującą atmosferę:

Co do Pana sporu z Kossowską. Ona tutaj opowiada, że Pan zaatakował list 34 i 59, czy ilu ich tam było, i że tylko dlatego Pana ocenzurowała, bo atak na tych „świętych męczenników” w Wiadomościach położyłby pismo. Fakt faktem, że taką tutaj w tej sprawie rozrobili histerię, że wystąpić przeciw temu prądowi byłoby niemal samobójstwem.

Kowalewski nie całkiem pojmował punkt widzenia Mackiewicza. Odnotował jego krytycyzm wobec poparcia dla 59, ale nie rozumiał motywów. Wyraźnie skonfundowany, w dopisku do listu z połowy lutego, zapytywał: „Czy Pan celowo nie podpisał protestu emigracyjnego, czy Pana pominięto?” W odpowiedzi Mackiewicza przeczytał: „…tym mnie Pan zmiażdżył!!! Bo znaczy, że nikt nie zadaje sobie nawet fatygi czytać tego co ja głoszę”. Nieprzyjemne wrażenie robi sposób, w jaki sumitował się Kowalewski: „W sprawie protestów przeciw poprawkom – a logicznie biorąc za obecną konstytucją – ma Pan absolutną rację. Ale ja w swojej tutaj sytuacji, człowieka bez litości gnojonego przez agentów ‚Wolnej’ Europy, nie mogłem odmówić złożenia podpisu, bo bym dał tym łotrom jeszcze jeden sztylet przeciw sobie do ich brudnych łap” – przyklękiwał przed prozą życia.

Suplika 59 nie wpłynęła w żadnej mierze na sytuację w komunistycznej Warszawie. Podczas stosownego głosowania panowała niemal stuprocentowa zgodność. Nieśmiałe zdanie odmienne wyraził Stomma, wstrzymując się od głosu. Widać wahał się, czy partii oraz przyjaźni ze związkiem sowieckim powierzyć losy ojczyzny. Farsa jednego aktora, bez znaczenia. Dlatego trudno zignorować przypuszczenie, że celem supliki 59 była niepodległościowa emigracja. A ta, dała się złapać. Została wciągnięta w życie peerelu, po puti z opozycją i komunistami. Sakowski pisał do Mackiewicza w liście z 29 stycznia:

…tylko mam obawy o protestowiczach 59-u. Bo to inna rzecz tym razem niż protesty poprzednie. Tekst 59 nie jest „poprawianiem”, ale „obalaniem”, bo to próba nie tylko protestu, ale walki o to, by nie sowietyzować na całej linii – w kierunku do 17 polskiej republiki sowieckiej. Tu robi się wielkie manifestacje, częściowo pod egidą Ostrowskiego i Urbańskiego (czyli naszego rządu).

Przekonywał, że sprawa 59 całą niemal emigrację podniosła „do boju”. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że to „bój” o lepszy socjalizm. Decyzja Mackiewicza o zaprzestaniu współpracy z tygodnikiem mocno nim wstrząsnęła, ale postanowił wciąż bronić swojej pozycji. Kolejny list obejmował osobliwą listę zasług, jego, jako wydawcy. Wymieniał tematy i postacie, o których mógł Mackiewicz pisać w przeszłości, wracał do głównego wątku, powtarzał argumentację. Mackiewicz odpowiadał:

emigracja polska w żadnym wypadku nie może zejść ze stanowiska negacji wobec ustroju komunistycznego, do stanowiska – „opozycji” wewnętrznej; nie może się w nią „włączyć” i maszerować razem, bo drogi kraju i emigracji są różne. Tymczasem to co nastąpiło w tej chwili na emigracji w związku z „59”, jest już nie tylko „początkiem końca” jej postawy dotychczasowej, ale – powiedziałbym – „końcem końca”.

Zastanawiam się nad słusznością tezy o „końcu końca” emigracji w pierwszych miesiącach 1976. Sam upatrywałem tego „końca” w późniejszym geście, przekazania insygniów II RP agentowi-prezydentowi Wałęsie, przez instytucję reprezentującą emigrację, rząd Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie. Ale czy racja niej jest przy Mackiewiczu? Bo jakie znaczenie mogą mieć insygnia władzy, która dawno temu utraciła tożsamość?

„Jak Boga kocham, przekonał mnie ten Józef!” – wykrzykiwał przy innej okazji Andrzej Bobkowski. Sakowskiego nie musiał przekonywać, bo ten wiedział, gdzie leży racja. Dziękując za „piękny i znakomity Pana list” pisał:

Najpierw wstydzę się. Powinienem tak się zachowywać jak Pan, a tuż na wstępie grypy podpisałem jakiś „protest” ułożony przez Zw. Pisarzy na Obczyźnie. Nie miałem siły ani odporności na gromadny protest, który każdy bez wyjątku podpisywał. […]

Niech Pan nadal pisze tak jak Pan to umie i robi, przeciw mnie – jak i innym. Niechże Pan koniecznie napisze do Wiadomości, bez względu na uwagi p. Stefy (czy moje – błędne). Zaczynam się zastanawiać, czy nie wyjść z Wiadomości jako tzw. Zarządca i następca po wydawcach. Odbiera mi Pan wszelką chęć życia, a już od dawna nie umiem też pisać.

PS. Ten list jest z łóżka i trochę bez sensu, ale godzę się z Panem i trzeba w Wiad. napisać to co Pan myśli o emigracji, tak jak Pan mi wyjaśnił.

Rozgorączkowany list Sakowskiego, pisany „z łóżka i trochę bez sensu”, w męczącej fazie choroby, ilustruje stan konfuzji emigracyjnej elity, peerelizującej się w niebywałym tempie. Trzeba było maligny, żeby przyznać Mackiewiczowi słuszność. Sakowski szybko otrząsnął się ze słabości, powracając do dawnych argumentów. Emigracja przechodziła na pozycję opozycji peerelu. Dokument, który w gorączce sygnował Sakowski, także Kowalewski, ukazał się w prasie emigracyjnej w lutym 1976, z podpisami 79 pisarzy emigracyjnych. Komunikat nosił tytuł SOLIDARNOŚĆ. Zdumiewająca koincydencja z nazwą sierpniowej prowokacji. „Jakakolwiek krytyka tego owczego pędu, który opanował emigrację, nie była dopuszczana przez żadne pismo na emigracji”. Mackiewicz pisał o „Ześlizgu ku integracji z komunistyczną Polską”.

Późną jesienią 1977 roku w Wiadomościach ukazał się artykuł Mackiewicza „Na drodze wielkiego ześlizgu”. Nie wiem, co go skłoniło do podjęcia kolejnej próby publikacji w londyńskim tygodniku. Raczej nie redaktorskie kuszenia:

Ach – pisała Kossowska – jak bym chciała Pana jakoś namówić z powrotem do pisania, Pana, który tak pięknie potrafi pisać – i nie pisze. Jak do Pana zaapelować? Jak przekonać? Z Pana publicystyki nic nie zostanie – Pan dobrze wie jak szybko wietrzeją najbardziej zapalne tematy – tylko jest ważna Pana literacka twórczość. Nawet jeśli Pan ma pewne racje w swych politycznych przekonaniach, to w pojedynkę nic Pan nie zrobi – a zwolenników Pan nie znajdzie (poza Kowalewskim i Szechterem, ale z nimi też Pan nie zrobi wiele).

Tenor tego listu nie zachęcał. Ale Mackiewicz o to nie dbał.

Gdyby np. wybrany został [Jan] Kott, to ja bym nigdy z tym długoletnim członkiem partii komunistycznej (PZPR) do jednego stołu nie zasiadł. Nie z żadnych „moralnych” względów. Każdy ma prawo do własnych poglądów i postępowania. Ani z Kołakowskim, ani z Andrzejewskim, ani z (drugim po Wyszyńskim) obecnym „wodzem narodu”, agentem Bezpieki, Adamem Michnikiem. Ani z żadnym z tej kategorii. To są dla mnie ludzie, jeśli nie z innej planety, to w każdym razie z innej mentalności. Najbardziej wrogiej mi ideowo i politycznie.

Ci wszyscy „dysydenci” pół- i ćwierć- i inni socjaliści etc. nie chcą zwalczać, tylko poprawiać komunizm („w obronie człowieka”), są tego komunizmu odpryskami, bardziej frakcją, a nie wrogiem. I ciągną całą Polskę jak wszy do wody (tak się dzieci kiedyś {straszyło}), tak oni do „modelu” udoskonalonego „socjalizmu”. – Ile w tym szczerości, ale ile prowokacji Centrali, to już zostawmy na boku. Niech się z tego cieszą „eurokomuniści”. Ale ja jestem antykomunistą.

W sierpniu 1977 zapowiadał powrót:

Chciałem Panią zaskoczyć „faktem dokonanym”. Ale korespondencja w międzyczasie skłania mnie raczej do wyznania, że piszę ogromny artykuł (nie literacki!), coś w rodzaju pożegnalnego artykułu politycznego, może bardziej ideowego. Jeżeli Pani zamieści – przejdzie do historii; jeżeli nie zamieści – też.

Kossowska nie zamierzała cenzurować Mackiewicza, ale artykuł jej nie przekonał. „Jakże nieudolnie i nie przekonująco muszę pisać” – kwitował Mackiewicz. Wśród czytelników tekst wzbudził entuzjazm. Prasa go przemilczała, polska, z wyjątkiem Gwiazdy Polarnej. Był drukowany po rosyjsku i ukraińsku.

Artykuł opisuje ewolucję politycznego myślenia w jego zetknięciu z bolszewizmem. Rozpoczyna się od ponurej uwagi Mieczysława Grydzewskiego, wypowiedzianej w 1949: „Nie myślałem, że to tak prędko pójdzie…” Do tej pory zwracałem w tym wyznaniu uwagę na tempo. Ale czy nie ważniejsza jest tkwiąca w tych słowach bezsporność spełnienia, przekonanie, że, prędzej czy później, dojdzie do kapitulacji? Wiedział Grydzewski, wiedzieli poputczicy w kraju, emigracja, ale wszyscy upierali się nie wierzyć. Mackiewicz przyrównywał stanowiska „kraju” i emigracji, która deklarowała: „Nie jesteśmy białą emigracją!” Z tej mocno niekontrrewolucynej pozycji emigracja poczęła ewoluować, porzucając deklarowane dążenie do obalenia komunizmu na rzecz przydania mu „ludzkiej twarzy”. Artykuł jest opisem tego procesu, „wielkiego ześlizgu” na pozycje afirmacji komunizmu, pod ideową batutą polskiego dysydentyzmu, z dyrygentami jak Kuroń i Michnik.

Ale jest w nim coś jeszcze: próba dotarcia do istoty problemu, motywów ukrytych za wybuchem dysydentyzmu. Swoje rozważania oparł na przykładzie litewskiej grupy katolickiej „Auszra”, zwracającej się o pomoc do opinii publicznej na Zachodzie. Do kogo powinni kierować swoje prośby? Do Papieża, do urzędującego w Rzymie ministra Lozoraitisa, zastępcy ostatniego prezydenta niepodległej Litwy? Do sekretarza ONZ? Grupa poprosiła o wsparcie przywódców zachodnich partii komunistycznych.

Istnieje hipoteza, że jest to paradoks trustu komunistycznych mózgów, który wpadł na pomysł szczególny: skoro dotychczasowa prosowiecka robota nie przyniosła skomunizowania świata – dawaj! – spróbować z odwrotnego końca! Niby w myśl nauki Lenina o taktyce, że liczy się tylko skuteczna… Rzekomy paradoks ma zakładać, iż za dużo już od 60 lat nagromadziło się niedobrych wiadomości w świecie o tzw. rzeczywistości sowieckiej, których nie da się zrymować z zapowiedzią świetlanej przyszłości komunizmu.

Akurat gdy spisywałem powyższy cytat, znakomity komentator tekstów na witrynie Wydawnictwa Podziemnego, pan Amalryk, postawił pytanie: dlaczego sowieccy komuniści postanowili się rozpaść, w przeciwieństwie do chińskich komunistów, wybierających drogę gospodarczego sukcesu?

Czy w cytowanej przez Mackiewicza „hipotezie” sprzed pięćdziesięciu lat nie odkrywamy najbardziej przekonującej odpowiedzi? W latach 20., 30, i później, aż po kres ery Stalina, zakończonej symbolicznie tajnym referatem Chruszczowa (tajny, ale szeroko propagowany na Zachodzie), komunizm porywał wizją, dawał odpowiedź na kryzys kapitalizmu. Jego zbrodnie nie przerażały, bo nie mówiono o nich głośno. W połowie lat 50. wyidealizowany świat przyszłości zawalił się pod naporem nieświętych pragnień: komunizm okazał się być krwawym chichotem historii. Czy nie wówczas zaczęto szukać alternatywnych metod podboju? Wyzwolenie zachodniego komunizmu spod sowieckiej kurateli, poluźnienie wewnętrznego rygoru, skutkujące rozwojem dysydentyzmu, dawało nowe perspektywy. Dziś, nawet ludzie dobrze zaznajomieni z metodyką komunizmu, mówią o rozproszeniu, spontaniczności, oryginalności nowych, podszytych bolszewizmem, ideologii. O tym pisał Mackiewicz w 1977. O odnowieniu metod i wizerunku, prowadzących do – triumfu bolszewizmu. Bo nie komunizm jest winien, ale błędy. Wystarczy usunąć „sowietyzm” a ludzkość podąży „drogą ku świetlanej przyszłości komunizmu”. Takie jest rozumowanie mas „progresistów”, „eurokomunistów” kładących nacisk na „swą polityczną poczciwość i demokratyczny ‚pluralizm’”. Tak przedstawiała się, uderzająca przenikliwością, Mackiewiczowska hipoteza.

Trafnie lokował wykonawców Wielkiego Planu. Dezawuował przypuszczenia jakoby była to prowokacja kgb czy nawet CIA. „Jest to naiwne upraszczanie zjawisk. Robi się – jeżeli pozostaniemy przy tym bezosobowym czasowniku – na o wiele wyższym szczeblu”. Pisał, że zaledwie nikły procent bierze w tym przedsięwzięciu udział świadomie. To co było za kulisami, interesowało go o tyle, o ile prowadziło do wyjaśnienia zjawiska. Ważniejsze były efekty, wywołujące globalną aurę afirmacji „poczciwego” komunizmu.

Uważam osobiście, że Europa nigdy jeszcze tak dalece nie była zagrożona oddaniem we władanie Komunizmu („Euro”) jak dziś, od kiedy Carter rozwinął swój sztandar „praw człowieka”… etc.

Paweł VI nie od dziś wprowadza „pluralizm” na wywrót: tzn. komunizm do Kościoła itd.

Pisał w połowie 1977 do Kowalewskiego. List z 7 lipca 1979 jest dokumentem skumulowanego zniechęcenia. Impulsem były poczynania papieża.

I wreszcie cios nad ciosy! Nowy papież. […] Teraz widzimy, że jest to ostateczny cios nie tylko dla Polski, ale dla całego świata. Dlatego ten świat tak bardzo się cieszy. Takiego porozumienia między Kościołem i komunizmem nie tylko nie bywało nigdy, ale trudno sobie było nawet we śnie wyobrazić… Pyta Pan: moje zdanie? Jest to największa TARGOWICA w dziejach polskich. Po tamtej były jeszcze jakieś kościuszki. Teraz cały naród leży na ziemi i liże stopy.

Jedno zdanie może frapować: „Dlatego ten świat tak bardzo się cieszy”. Wizja świata, skumulowana w kilku słowach. Widmo ludzkości, której pragnieniem jest życie w globalnym mrowisku, sterowanym przez komunizm. Kolaboracja Jana Pawła II z komunizmem, witana entuzjazmem obserwatorów zaświadczała: tego chcą Polacy, emigracja, świat. „Mundus vult decipi” powtarzał Zdziechowski. Ale tu nie chodziło o poddanie się kłamstwu, a o życie w nim, dobrowolne. Straszna wizja bestializacji człowieka nie przerażała, stawała się upragnionym celem. Czy to miał na myśli Mackiewicz, pisząc o radości świata z doznawanych od komunizmu cięgów?

Wie Pan, że jestem naprawdę i przygnębiony i złamany. Po raz pierwszy osobiście złamany tą sytuacją polityczną.

Kowalewski nie podzielał tych opinii. Na marginesie jednego z kolejnych listów, w którym Mackiewicz pisał o papieżu: „największy ‚poputczik’ jakiego świat wydał od czasu bolszewizmu” dopisał: „obłęd totalny!”, wpisując się do grona ludzi, nie pogodzonych z Mackiewiczowskim opisem rzeczywistości.

Bywał Mackiewicz zgorzkniały. „Myślę złamać pióro i dać wszystkiemu spokój” – pisał, ale pióra nie łamał. Nie przestawał wierzyć w wielką potencję antykomunizmu. Pisał, że 90% ludzi w krajach komunistycznych nienawidzi komunizmu, ale nie mają sposobu do wyrażenia swojej wrogości: „trzeba działać pod sztandarem walki z samym ustrojem komunistycznym, dążenia do jego obalenia”.

***

Fabuła opowiadania Przygoda małego diabełka rozgrywa się na dwóch, powiązanych ze sobą jednostronnie planach: ludzkim i nominalnie transcendentnym. Nominalnie, bo w swojej istocie plan ten odzwierciedla wyłącznie stosunki panujące na Ziemi. To obraz bipolarnego świata, zimnowojennego. Bohaterowie opowiadania żyją w ramach cywilizacji identycznej do ludzkiej. Doznają tego samego, co istoty ziemskie: radości, rozczarowań, sprzeczności i harmonii. Gdyby nie zdolności nadprzyrodzone, którymi posługują się na co dzień, nieziemskie atrybuty w postaci rogów i kopyt, można by o tych bohaterach powiedzieć – ludzie.

Konwencja świata transcendentnego, w którym rozgrywa się akcja jest metaforą. Istnieje Piekło, odpowiedzialne za zło; Niebo kultywujące dobro, ale obraz w swojej istocie nie dotyczy zagadnień nadwiecznego konfliktu. Strony odgrywają role typowe dla spraw ziemskich, tyle że w wymiarze uniwersalnym. Piekło reprezentuje demokrację; Niebo – bolszewizm. Mówią o tym aluzje pomieszczone dyskretnie w narracji. Prasowe artykuły: „Niebieski imperializm”, „Nie ma takiego diabła ani w Piekle, ani we wszechświecie, który by się zgodził…”, „Prowokacyjne zachowanie się straży anielskiej…”, nawiązują do ziemskiego dyskursu politycznego. Szkicowana lekkimi pociągnięciami pióra postać Anioła nie wzbudza swoim wizerunkiem wahania, kogo reprezentuje:

Naprzeciw przechadzał się Anioł o szerokiej, kwadratowej twarzy i blond włosach ostrzyżonych na jeża. Po zaciętym układzie ust i trochę tępym wyrazie poznać, że pochodził z gminu; takich przeważnie dobierano na strażników do pilnowania Czyśćca. Miał przewieszony przez skrzydło pistolet automatyczny strzelający wodą święconą.

Pytanie o „kres wieczności” powoduje wzburzenie, bo „może przyjść straszny kataklizm, który zniszczy kąty widzenia”. To oznacza zagładę współdzieloną, Piekła i Nieba. Mowa o relatywizmie, nie występującym w stosunkach nadprzyrodzonych, za to adekwatnie odzwierciedlającym „rzeczywistość” post-wojennego świata. Rzeczywistość, w której dobro i zło są „kątami widzenia”. Wypowiedziane niebacznie słowo Prawda, która ma „nastąpić po wieczności”, wprawia w popłoch na równi Diabła i Anioła. Oznacza zagładę. Dobre wychowanie, w zgodnej opinii nadziemskich sfer, wymaga, aby owo niebezpieczne słowo, nie trafiało do uszu śmiertelnych i nieśmiertelnych, aby nie zmieniło w niczym istoty rzeczy… harmonijnej zgody Wielkiej Spółki, która, jak przekonywał w swojej publicystyce Mackiewicz, trwa.

Wielką bronią bolszewizmu jest przyrodzona człowiekowi skłonność do życia w nieprawdzie. Kłamstwo napędza koło młyńskie zarazy, ucierając ludzką psychikę. Zmiażdżona gotowa jest uwierzyć w każdy absurd, chłonąć byle ułudę. Ta destrukcja nie dotyczy tylko homo sovieticusa, działa w wymiarze globalnym. Kształtuje wielką politykę. Kulminacją jej oddziaływania jest wielkie kłamstwo „upadku komunizmu”, skutkujące powszechnym zaburzeniem percepcji. Ta powszechność nie przestaje frapować, ponieważ dotyka także ludzi, których trudno posądzać o uleganie powabom koniunkturalizmu.

Defekt postrzegania związany z „upadkiem komunizmu”, wątpliwa autentyczność tej anomalii, nasuwa refleksję nad istotą wishful thinking. Mackiewicz pisał o wielkim chceniu bycia oszukiwanym przez komunistów. Słusznie. Ale czym to pragnienie bardziej jest podszyte: potrzebą chowania głowy w piasek przed konfrontacją, czy głosem uległości wobec deterministycznej wizji historii, objawionej przez Marksa? Whittaker Chambers, pisząc o własnych motywach przejścia na komunistyczną stronę, wskazywał na kryzys historii, na przekonanie, że to komunizm jest receptą na jego przezwyciężenie. Identyczny pogląd był, i jest, powszechny w sferach intelektualnych. W sierpniu 1991 uroczyście ogłoszono pogrzeb komunizmu, ale wcale nie myślano go pochować. W zatomizowanej formie wybuchł w krajach Zachodu, ukazując się pod nowymi inicjałami. W przekonaniu elit, burzycieli cywilizacji, komunizm jest nieuchronną przyszłością. Tylko patrzeć, a wróci do publicznych łask pod właściwym imieniem.

Tymczasem nie uporano się jeszcze doszczętnie z reliktami antykomunizmu. Myśl polityczna Mackiewicza, choć niestrawna, wciąż jest obecna, a jego imienia nie sposób wymazać. Dlaczego by jednak jego krnąbrnych idei nie dopasować do współczesnych potrzeb? Nie wykorzystać w walce politycznej czy wręcz partyjnej? Stąd „sejmowy” pomysł roku Mackiewiczowskiego, 2022. Najwidoczniej udany, bo roku nie zamknięto. Okolicznościowe imprezy odbywają się nadal, a nazwisko Pisarza bywa wykorzystywane w osobliwy sposób, jak podczas seminarium w Wilnie, gdzie debatowano:

…towards the victory against Russian imperialism. What can we learn from Jozef Mackiewicz?

Russian imperialism as viewed by Józef Mackiewicz and how it relates to today.

From Katyń to Bucza. Anatomy of the Russian cruelty based on Mackiewicz’s eyewitness testimonies.

Przytaczam te nonsensy po angielsku, bo, jak pisał w Drodze donikąd, nie wszystkie teksty warto tłumaczyć. To tematy obramowane w ujęciu całkowicie sprzecznym z Mackiewiczowską historiozofią XX wieku. Cóż to było? Kolejna próba okrojenia jego spuścizny? – Trywialnymi incydentami nie należy zaprzątać myśli. Odwracają uwagę od istoty Mackiewiczowskiego przesłania – kontrrewolucji.

***

…komunizmu nie obali wojna, której nikt nie chce, ale obalić ją [sic] może kontrrewolucja. I to nie przez żadne „żeby Polska była Polską”, ale międzynarodowa, jednoczesna i z udziałem Rosjan.

Pisała Barbara Toporska. – Ba, łatwo powiedzieć – powie niejeden czytelnik. Tylko jak tego dokonać, skoro potencjalnych kontrrewolucjonistów na świecie są może ze dwa tuziny? Odpowiedź dawał Mackiewicz:

…najważniejsza jest idea, a środki – to później.

Nie chodzi o to, żeby bez widoków powodzenia strzelać do bolszewików. Demonstrowanie własnej bezsilności nie może być środkiem; nie prowadzi do celu. Ale zasada walki powinna być niepodważalnym aksjomatem. Czy koniecznie dodawać, że tylko… moim zdaniem?

Wiele rzeczy w historii nie zaistniałoby nigdy, gdyby przed tym zaistnieniem oglądać się było na to, czego inni chcą lub nie chcą. Historia rewolucji i kontrrewolucji, powiedzmy od Wielkiej Francuskiej, poprzez cały wiek XIX aż do Lenina włącznie, poucza nas, że kiedyś przed każdym zamachem nie rozkładano biuletynów giełdowych, trudząc się deliberacją: a co na to powiedzą…

Jednak walka to zapowiedź niechybnego zniszczenia, utraty części świata, który znamy. Adwersarze Mackiewicza, jak Aleksander Bocheński, sprzeciwiali się oporowi, ponieważ przegrana skutkuje „upadkiem ducha narodowego”. Klęska oznacza utratę tego, co daje się kultywować w warunkach niewoli.

Konserwatyści polscy i ci wileńscy i ci krakowscy („Stańczykowie”) nienawidzili zawsze rewolucji. Tak jak ja. Ale oni nienawidzili do tego stopnia, że gdy „rewolucja” stała się kontrrewolucją, zaczęli nienawidzić kontrrewolucji…

Stanowisko pozostające w absolutnej sprzeczności z politycznym credo Mackiewicza. Ale konserwatywne, w ścisłym znaczeniu.

To co konserwatyzm w istocie oznacza nie ma nic wspólnego z bitwami, to miłość do miejsca, w którym konserwatysta żyje i staranie o zachowanie tego.

Mówił Sir Roger Scruton i dopytywał: „Cóż w tym złego?” Nic oczywiście złego, ale pod warunkiem, że umiłowane miejsca, czy godne poszanowania instytucje, zachowują dawną tożsamość. Nie można tego powiedzieć o świecie, w którym wypowiadał swoje słowa Scruton.

Mackiewicz pisał o konserwatyście, Aleksandrze Wielopolskim:

Dlatego mam wrażenie, że gdyby Wielopolski zetknął się z dzisiejszą rzeczywistością kraju, gdzie i sądy polskie, i administracja polska, i książka polska, i szkoła polska, i kino, i radio, o których nie mógł wówczas marzyć, i nawet poczta polska, wszystko działa nie na korzyść narodu, a na jego moralne zniszczenie od wewnątrz, nacisnąłby na uszy konfederatkę i poszedł raczej z dwururką do lasu niż z artykułem programowym do Dziś i Jutro.

Wielopolski był wrogiem czynnego oporu, ale jego stanowisko osadzone było w realiach historycznych, gdzie agresor, najeźdźca, zaborca wyznawali tradycyjne wartości zakorzenionej od stuleci cywilizacji. To był Stary Świat, nadszarpnięty widmem rewolucji, skazany na zagładę, totalną, która przyszła po półwieczu. Bolszewizm dopiero się wykluwał, zawdzięczając swoje poczęcie epokowym wydarzeniom. Nie byłoby go, gdyby nie francuska rewolucja.

…przeciw rewolucji i jej zniszczeniom – pisał Marian Zdziechowski – iść należy z kontrrewolucją, ale absolutną, czyli taką, coby umiała wyrzucić z siebie wszelkie pierwiastki mające jakikolwiek związek z rewolucją.

Istotnie. Bolszewizm jak perz, trzeba wyrywać z korzeniami.



Prześlij znajomemu

14 Komentarz(e/y) do “Za lub przeciw kontrrewolucji część VIII”

  1. 1 Andrzej

    W obliczu praktycznego osamotnienia i poczucia klęski w swojej walce z komunizmem na emigracji od drugiej połowy lat 70. Mackiewicz nie zamierzał nigdy z tej walki rezygnować. Być może był pesymistą co do przyszłości, ale nie poddawał temu pesymizmowi swojej postawy.

    Na początku nowej dekady – wyznaczonej przez bolszewików na realizację znacznie większej prowokacji, której uległ cały świat; czego nie mógł wiedzieć, choć się jej domyślił (zapowiadające ją „Sierpień ’80” i „stan wojenny” były dlań wewnętrzną rozgrywką komunistów na miarę „praskiej wiosny”; skoro był to diabelski ześlizg, to na dnie piekła niewątpliwie czekało coś gorszego) – napisał tekst „Miejmy nadzieję…”.

    Zdaje mi się, że był to jego ostatni publiczny przekaz i świadczy on o nieugiętym i niezmiennym do końca życia duchu walki u Mackiewicza, który nigdy nie stracił nadziei na skuteczne pokonanie komunizmu. Być może powinien być uzupełnieniem Twojego doskonałego artykułu Darku (a może już wybrałeś go jako jeden z tematów kolejnego odcinka cyklu?). Uważam też, że powinien być dla nas wskazówką na dziś. Z braku realnych możliwości skutecznego pokonania bolszewizmu dzisiaj, nic nie powinno skłaniać antykomunisty do utraty ducha walki z nim.

  2. 2 Andrzej

    ps. Ostatnie zdanie wyszło nieskładnie (po poprawkach w ostatniej chwili), za co przepraszam. Powinno brzmieć: „Brak realnych możliwości skutecznego pokonania bolszewizmu dzisiaj, nie powinien skłaniać antykomunisty do utraty ducha walki z nim”.

  3. 3 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Zastanawiam się nad „duchem walki” Mackiewicza, a im dłużej się zastanawiam, tym mniej to pojęcie wydaje mi się dopasowane do postaci. Niezgoda na zło bolszewizmu jest naturalnym refleksem przyzwoitości. Inaczej postępować nie wypada. Wyznanie Sakowskiego w malignie wydaje mi się dobrą ilustracją tego przekonania.

    Artykuł „Miejmy nadzieję…” był wielokrotnie poruszany na witrynie WP. Jest tekstem bardzo szczególnym, mimowolnie lub celowo (tego nie potrafię powiedzieć), zapraszającym do dyskusji nad kondycją człowieka sowieckiego. Pisał ten tekst w chwili, gdy głowy poczęło podnosić dziesięć milionów Polaków, zapisanych do „Solidarności”. Mogło się zdawać, że coś się w nich budzi, ale Mackiewicz pozostawał wielce krytyczny wobec tego zjawiska. Nie dostrzegał w tym „zrywie” kontrrewolucji, raczej skomlenie niewolnika o głębszą miskę i dłuższą smycz.

    Nie określił w tym tekście warunków, w których człowiek podsowiecki byłby skłonny sięgnąć po swoją wolną wolę. Ale takie zdarzenie opisywał. Miało miejsce późną jesienią 1941 roku w Moskwie, gdy władza sowiecka popadała w panikę. Dwie dekady po przewrocie, z niebywałym w historii świata terrorze zapisanym w ludzkiej pamięci. Wtedy w moskwiczanach obudził się człowiek, obarczony wolną wolą; przez krótką chwilę chcieli zmieść bolszewizm z powierzchni ziemi. Może takie warunki (rzeka krwi i poważny kryzys władzy) są potrzebne, żeby nadzieja przeobraziła się w spełnienie?

    Nie jest mi ta myśl bliska.

    Ostatnia wypowiedź Józefa Mackiewicza została opublikowana w 2015 roku. Był to wywiad, którego udzielił Mackiewicz 25 stycznia 1983 roku „Janowi Katyńskiemu”. Za tym pseudonim krył się pracownik RFE Stanisław Wujastyk. W liście do Szymona Szechtera Mackiewicz pisał: „[Wujastyk] oszalał z zachwytu po przeczytaniu…”. T.W. Najder, ówczesny szef RFE, zgodził się na przeprowadzenie wywiadu, którego jednak nie nadano.

    J.K.: „…gdyby Pan pisał na nowo książkę i pańskim bohaterem był młody człowiek dnia dzisiejszego, jak by go Pan przedstawił, jakie zadania by Pan mu dał?”

    J.M.: „Strzelać do bolszewików [śmieje się]… Nie słuchać papieża Wojtyły.”

    Mackiewicz dostrzegał przyciągającą siłę bolszewizmu, jego zdolność deprawowania człowieka. Widział, co działo się z ludźmi pod sowiecką okupacją 1940/41; z jaką łatwością ześlizgiwała się emigracja lat 70. A jednak nigdy nie wyzbył się przekonania, że (prędzej czy później) to prymitywne paskudztwo zostanie zmiecione z powierzchni ziemi.

    Nie wydaje mi się jednak, iżby wierzył w dobry gust peerelowskiej młodzieży.

  4. 4 Andrzej

    Darku,

    Powinienem był napisać „wola walki”, bo o to mi w zasadzie chodziło.
    Przyzwoitość i to co w związku z tym wypada czynić to jedno, ale czy Twoim zdaniem możliwy jest antykomunizm bez chęci walki z nim?

    Nie mam aktualnie pod ręką tej książki, ale wydaje mi się, że opisany przez Ciebie wywiad dla RFE, został opublikowany w tomie „Wielkie tabu i drobne fałszerstwa”. Czy był on publikowany w tej formie (drukiem) jeszcze za jego życia?

  5. 5 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Antykomunizm bez chęci walki?

    Bez wątpienia, jest możliwy, i bardzo popularny, np. wśród członków partii komunistycznej, ale także wśród prolów. Bardzo nieliczna część ludzkiej społeczności jest stworzono do walki, nie tylko do walki z komunizmem, ale w ogóle. Z cywilizacyjnego punktu widzenia to może nawet lepiej, bo w innym razie wszyscy byśmy się nawzajem powyrzynali.

    Byłeś blisko (bardzo), ale to nie ten tom. Pierwsza publikacja miała miejsce w 2015 roku.

  6. 6 Andrzej

    Szperając w Internecie znalazłem wspomnienie Wujastyka dotyczące wywiadu z Mackiewiczem.
    Czyżby dotyczyło ono tego właśnie wywiadu, którego fragment podałeś Darku? Ale tu nie zgadza się data: połowa lat 70. Czy Wujastyk mógł się pomylić?

  7. 7 Andrzej

    ciąg dalszy (ze względu na drugi link, którego zdaje mi się nie toleruje system bloga w tym samym komentarzu):

    Wyszukiwarka hasła „ostatni wywiad Józefa Maciewicza” przeniosła mnie z kolei na moim zdaniem mocno podejrzaną (fronda z polsko-litewskich narodowych komunistów, obecnie zamieszczone odsyłacze wskazują na proputinowskich „konserwatystów”) stronę, gdzie zamieszczony jest tekst Eberhardta (dobrze opisanego kiedyś przez Pana Michała) z 2010 roku, w którym jest data wywiadu koniec 1984 roku. To wydaje mi się jakąś manipulacją-konfabulacją, bowiem jak sądzę, pod koniec 1084 roku Maciewicz był już zbyt poważnie chory aby udzielać wywiadów. Czy się mylę?

  8. 8 Dariusz Rohnka

    Andrzej,

    Wielkie dzięki za ten nieprawdopodobny bełkot. Rzadki rarytas. Wujastyk wspomina w swojej wypowiedzi o własnej, słabej pamięci, ale raczej nie myli się, a przeinacza. Bóg raczy wiedzieć, dlaczego. Niewarte to uwagi.

    Mackiewicz udzielił mu wywiadu 25 stycznie 1983 roku. To ścisła informacja.

  9. 9 amalryk

    „Wszystkie istotne koncepcje współczesnej teorii państwa są zsekularyzowanymi koncepcjami teologicznymi…” (Carl Schmitt)

    Kontrrewolucja ale jaka? My tu w podziemiu ze szczególnym obrzydzeniem postrzegamy przewrót bolszewicki jaki się dokonał w trakcie rewolucji rosyjskiej, zapewne dlatego, że z jego efektami zetknęliśmy się bezpośrednio a także dlatego, że komunistyczna zaraza, po bolszewickim podboju Rosji , wykorzystując zasoby tego państwa rozniosła swój odór po całym świecie.

    Ale sprawa jak wiemy nie jest nowa. Spośród wielu buntów, powstań , zrywów i rewolucji jakie targały naszą cywilizacją brazylijski historyk i publicysta Plinio Correra de Oliveira w swojej pracy „Rewolucja i Kontrrewolucja” wyróżnił kilka.

    Pierwszą , która pojawiła się w XIV w w chrześcijańskiej Europie (być może po traumie „czarnej śmierci”) była rewolucja obyczajowa owo pragnienie gwałtownego „użycia życia” które objęło intelektualne kręgi epoki.
    Druga to rewolta pseudoreformacji, ów bunt przeciw władzy kościelnej przez zaprzeczenie monarchicznego charakteru kościoła, który zapewne by się nie powiódł gdyby w ślad za konwersją protestancką nie poszła grabież majątku kościoła przez regionalnych książąt-konwertytów.
    Trzecia, rewolucja francuska to (wg de Oliveiry) dokładne odbicie pseudoreformacji przeniesione w sferę państwa: bunt przeciw królowi odpowiadał buntowi przeciw papieżowi; bunt ludu przeciw szlachcie odpowiadał buntowi wiernych przeciw duchowieństwu (no i oczywiście znów grabież na wielką skalę ). To z niej (tzn rewolucji) narodził się komunistyczny ruch Babeufa…
    Następna w kolejce to dobrze nam znana rewolta bolszewicka, której krwawy plon i okrucieństwo przebił wszystko co oglądaliśmy do tej pory.

    Ale rozpoczyna się kolejna:

    ” Progresizm rozlokowany prawie wszędzie, zamienia zielony do tej pory las Kościoła Katolickiego w drewno, które może być łatwo podpalone przez komunizm. Jednym słowem, zasięg tej przemiany jest taki, że nie wahamy się stwierdzić, iż centrum – najbardziej wrażliwy i rzeczywiście decydujący punkt w walce pomiędzy Rewolucją i Kontrrewolucją – przesunęło się ze społeczności doczesnej do duchowej. Tym centrum jest teraz Kościół, w którym z jednej strony progresiści, kryptokomuniści i prokomuniści ścierają się z antyprogresistami
    i antykomunistami z drugiej ” (de Oliveira)

    Tylko jeżeli spostrzeżenia brazylijskiego myśliciela są trafne , to marnie nasze sprawy dziś wyglądają…

  10. 10 Dariusz Rohnka

    Panie Amalryku,

    Trafne pytanie: jaka powinna być ta kontrrewolucja? Starał się na nie odpowiedzieć Marian Zdziechowski, podążając tropem myśli Gonzague de Reynolda.

    … jedno jest pewne, a konieczne, że przeciw rewolucji i jej zniszczeniom iść należy z kontrrewolucją, ale absolutną, czyli taką, co by umiała wyrzucić z siebie wszelkie pierwiastki mające jakikolwiek związek z rewolucją. Pierwiastki te istnieją, bolszewizm jest logicznym zakończeniem rewolucji francuskiej, tej zaś źródła leżą w epoce Odrodzenia…

    Reynold był krytykiem liberalnej demokracji, podobno także zwolennikiem faszyzmu (ale tego nie sprawdzałem). Zdziechowski z pewnością żywił do faszyzmu szczerą pogardę, był za to zaprzysięgłym obrońcą liberalizmu. Nie wchodząc w tej chwili głębiej w te zawiłości, chcę wyrazić przekonanie, że ilu nas, zwolenników kontrrewolucji (czy reakcji), tyle punktów widzenia, osobistych światopoglądów. Tego się nie da „naprawić”, bo każda próba takiej „naprawy” oznaczałaby gruntowne zubożenie świata, który współtworzymy. Nie przynależymy do zbioru równających krok; to zdecydowanie obyczaj drugiej strony.

    Jako reakcjoniści nie jesteśmy zdolni (proszę mnie poprawić jeśli się mylę) do stworzenia jednej definicji dobrego życia, jednego celu, do którego chcielibyśmy wspólnie zmierzać. Jeżeli zatem działać wspólnie, to chyba jedynie zawężając program do jakichś rudymentarnych punktów, w rodzaju: precz z bolszewizmem; na pohybel demokracji itp.

    Ma Pan rację przekonując, że bolszewizm nie narodził się sam z siebie. Ma licznych i wyrazistych przodków, o niejednorodnej proweniencji. Są tu fanatyczne sekty religijne, skrajnie radykalne ruchy społeczne, światoburcze prądy umysłowe. Ogniwem spajającym te trendy jest dążenie do totalnej sekularyzacji, traktowanie religii przedmiotowo, jako instrumentu społecznej organizacji i kontroli.

    Jednym z dwóch zasadniczych celów jest walka z wiarą, z Kościołem. De Oliveira ma niewątpliwie rację, wskazując na walkę jaka toczy się wewnątrz instytucji Kościoła Katolickiego (dziś widoczna o wiele wyraźniej niż za jego czasów). Ale czy ta walka z Kościołem jest rzeczywiście prowadzona w celu wyniesienia ponad jego miarę człowieka?

    Nie wydaje mi się. Ponieważ drugim celem jest niewątpliwie walka z człowiekiem, a głównym i paradoksalnym narzędziem tej walki antropocentryzm, na gruncie którego budowane jest dobrodziejstwo rzekomego postępu.

    Bolszewicy zasługują na szczególne wyróżnienie w kategorii zła niemal absolutnego, ponieważ posiedli umiejętność stosowania tego narzędzia z prawie idealną perfekcją. Potrafią z naturalną troską edukować, więzić, torturować, mordować. Nikomu wcześniej nie udała się taka sztuka.

    Wyplenienie tego paskudztwa jest nie tylko punktem honoru, ale sprawą najwyższej konieczności. Od czego zacząć?

  11. 11 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Nigdy nie zdarzyło mi się czytać Plinio Corrêa de Oliveira, ale muszę wyznać, że nie przekonywa mnie jego periodyzacja rewolucji. Zwłaszcza ta pierwsza rewolucja obyczajowa, pragnienie użycia życia, nie wydaje mi się trafna. Calasso pisał o tym bardzo interesująco i wskazywał, że Homo saecularis istniał od zawsze. Pewien benedyktyński mnich, imieniem Petrus Celensis, przyjaciel Jana z Salisbury, opat Chartres, opisał go w XII wieku. Z punktu widzenia kontemplacyjnej duszy, patrzył ze zdumieniem na „wielkie koło sekularnego życia, które toczy się wokół” i wskazywał na niestałość sekularnego sumienia. Ziemskie troski i ludzka natura zawsze dominowały na rynku i w karczmie, w tłumie na ludowym przedstawieniu i w burdelu, na trakcie i w ciemnym zaułku. Świątobliwy opat nazywał je „pracownią błędu”, gdzie homo saecularis panował. Był wszędzie i był zawsze, ale był cieniem, stał z tyłu, na drugim planie. Nic się nie zmieniło w jego naturze, ale powoli wysuwał się naprzód, aż stał się normą. Wyszedł na pierwszy plan, a nawet stoi samotny na scenie i jest zagubionym, głównym bohaterem.

    Pragnienie użycia życia istniało zawsze, ale nie nadawało tonu czasom – i to się zmieniło, choć raczej ewolucyjnie. Rewolucji dokonał Renesans i chyba nie polegała ona na używaniu życia.

    Reformacja wydaje mi się zupełnie autentyczną rewolucją, z wszelkimi klasycznymi nurtami i wewnętrznymi sprzecznościami. Natomiast nalegałbym na to, że prekursorem rewolucji antyfrancuskiej był Oliver Cromwell i jego purytanie. To była prawdziwie pre-bolszewicka banda.

    Ale fragment o progresistach znakomity. Wielkie dzięki.

    Jaka zatem ma być ta kontrrewolucja?

  12. 12 amalryk

    Panie Dariuszu;

    „Ponieważ drugim celem jest niewątpliwie walka z człowiekiem, a głównym i paradoksalnym narzędziem tej walki jest antropocentryzm, na gruncie którego budowane jest dobrodziejstwo rzekomego postępu.” – Bardzo trafne spostrzeżenie! Tak, tak właśnie jest.
    Co robić ? Gdy nie można do nich strzelać trzeba ich obrzydzać, zawsze i wszędzie , zrywać te maski. Czy my dożyjemy lepszej koniunktury, czy nie to jest sprawa drugorzędna musimy myśleć w kategoriach stuleci – ten gnój nie będzie trwał wiecznie.

    Panie Michale;

    „…homo saecularis panował. Był wszędzie i był zawsze, ale był cieniem, stał z tyłu, na drugim planie. Nic się nie zmieniło w jego naturze, ale powoli wysuwał się naprzód, aż stał się normą. Wyszedł na pierwszy plan, a nawet stoi samotny na scenie i jest zagubionym, głównym bohaterem.” – Właśnie! Tylko on chyba nie wierzy w swoje zagubienie, bo zachowuje się dość bezczelnie… Gdy zastanawiałem się dlaczego ja, taki wszak okaz hodowlanego bolszewika odrzuciłem to świństwo od siebie, to chyba jednak dominujące były względy… estetyczne, bolszewizm jest najzwyczajniej ohydny!
    Powiada Pan Cromwell Panie Michale… Ciekawe, słabo znam rewolucję w Anglii i tego typka, ale zastanawiające jest dlaczego ten „prekursor” nowożytnych rewolucji zszedł był z antykomunistycznych celowników ?

  13. 13 michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Te dwa wątki – antropocemtryzm i sekularyzm – są w zasadzie jednym i tym samym, albo dwiema stronami tej samej monety. Sekularyzm jest nieuniknionym wynikiem przekonania o centralanej roli człowieka. Skoro nic co ludzkie nie powinno być nam obce, to tu i teraz człowieka musi być najważniejsze. Antropocentryczny homo saecularis stoi dumnie na scenie, ale w moim mniemaniu, jest zagubiony, nie ma pojęcia, po co tam jest, do czego zmierza, nie widzi sensu, bo szuka sensu tylko w sobie samym. A zatem jest jednocześnie bezczelny i zagubiony.

    Widzę, że jest Pan herbertianistą, jeżeli wolno mi stworzyć taki neologizm: w gruncie rzeczy była to sprawa smaku, tak smaku!

    Łączę się z Panem także w kwestii Cromwella i jego purytanów. Nie rozumiem, dlaczego ja sam tak długo nie widziałem jego roli, nie dostrzegałem, że angielska rewolucja jest zasadniczym etapem, prowadzącym wprost do jakobinów. Być może fanatyzm ich wiary był dla mnie mylący, ale przecież nie powinien był być. New Model Army jest zapewne najbliższym wzorem dla krasnej armii Trockiego. Bestialskie okrucieństwo i barbarzyństwo purytanów było może mniej szokujące, bo następowało po potwornościach despotyzmu i barbarzyństwa Tudorów. Cromwell nie był bardziej zezwierzęcony niż diaboliczny Henryk VIII czy Gloriana czyli Elżbieta; nawet królobójstwa dokonała ona pierwsza, a nie Cromwell. To Elżbieta, ku zgorszeniu kulturalnej Europy, ścięła koronowaną głowę Marii Stuart w klasycznych ramach sądowniczego mordu.

    Trudno powiedzieć, dlaczego rola Cromwella nie jest doceniana. Może zadecydowała o tym skuteczna restauracja monarchii po jego śmierci oraz masowa emigracja purytanów do Ameryki.

  14. 14 Dariusz Rohnka

    Panie Amalryku,

    Myślenie kategoriami stuleci, a nawet tysiącleci zdaje mi się zdecydowanie pociągające i pewnie nic bym w życiu innego nie robił, gdybym mógł.

    A jednak w zadanym problemie nie chodzi o przeczekanie uwierających niedogodności, tkwiąc po uszy w subtelnym poczuciu niezbywalnych wartości. Ale o coś całkiem innego: o wyplenienie paskudztwa, które nie tylko zaśmieca ludzką cywilizację, ale także bardzo poważnie zagraża jej istnieniu.

    Wiem, że może niełatwo jest pogodzić powołanie estety z profesją dezynfektora i deratyzatora w jednym. Ale w moim odczuciu, innej drogi nie ma.

    Skłonny jestem upierać się przy tym punkcie, ponieważ żyjemy w dość szczególnych okolicznościach, gdy bolszewicki pomiot przyjął taktykę maskowania swoich krwiożerczych instynktów: wyjątkowo nie torturuje w nadmiarze, nie morduje, a stosowane przez niego obecnie środki ideologicznego przymusu bezpośredniego są śmiechu warte.

    Obawiam się, że to się może rychło skończyć i przyjdzie o wiele gorsza koniunktura.

Komentuj





Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.