20 Comments “(Polski) Przeciw „intelektualistom”. I parę słów o postetycznym świecie ze szczególnym uwzględnieniem Polski”

  1. 1 Andrzej

    Panie Tomaszu,

    Mam wrażenie, że pisząc o współczesnej pedagogice przede wszystkim ubolewa Pan nad jej poziomem. Co jednak z przekazywanymi treściami? To racej treści stanowią podstawę do “uprawy dusz ludzkich” (albo “inżynierii” jak kto woli).

    Broniłbym Kołakowskiego. Wydaje mi się, że był innego formatu niż Mrożek, Szymborska et al. Jeśli chodzi o jego okres życia na emigracji to wydaje mi się że moralny kręgosłup odzyskał. To jednak “inna półka”. Sadzę, że był w tym okresie uczciwy intelektualnie o czym świadczy zdemaskowanie przezeń marksizmu ale nie tylko. Jeśli już, to prędzej zestawiałbym go z Miłoszem.

    Powołuje się Pan także na Bobkowskiego. Bobkowski peerel nazywał “hooojczyzną” (np. list do Grydzewskiego z 2.11.1957). Czy nie sądzi Pan, że dziś stosowałby podobne nazewnictwo wobec ustroju? W swoim poprzednim liście do Grydzewskiego (6.9.1957) napisał tak:
    (…)
    Dziś miałem list od Giedroycia z ciekwym zakończeniem: “Z kraju dochodzą coraz gorsze wieści. Bałagan, rozprężenie, bierność, demoralizacja, bo ja wiem co. To wygląda wprost beznadziejnie. No i powolne zaciskanie cenzury, co odczuwam bardzo wyraźnie. Jeśli się oni boją nawet Kultury to niewątpliwie to jest jakaś swoista odmiana kiereńszczyzny”. Napisałem mu, że nie ma żadnej kiereńszczyzny i nie żadna odmiana, ale po prostu zawsze ten sam komunizm – zawsze chuj, lecz inny strój, jak mówi ludowe powiedzenie.
    (…)

    Czy to co napisał nie jest dziś aktualne?

  2. 2 Andrzej

    ps.
    w cytacie z listu Bobkowskiego powinno być “Napisałem mu, że nie żadnej kiereńszczyzny i nie żada odmiana…”. Przepraszam za to “ma”.

  3. 3 michał

    Do artykułu p. Tomasza chciałbym się odnieść szerzej, a tymczasem chciałem w pierwszym odruchu wyrazić zdziwienie, że Giedroyc mógł pisać takie kawałki o kiereńszczyznie, ale uświadomiłem sobie w samą porę, że przecież to nie jest wcale dziwne.

    “Boją się nawet Kultury”, pisał ze zdumieniem, a zatem tworzył pismo, którego bolszewicki okupant Polski nie powinien w jego mniemaniu się obawiać. To powinno zaskakiwać, ale niestety nie zaskakuje. Jeżeli Wódz Naczelny mógł wydać w roku 1939 rozkaz “Nie strzelać do bolszewików!”, to Giedroyc miał prawo wydawać na emigracji pismo, którego bolszewicy nie powinni sie obawiać.

  4. 4 Tomasz

    Panie Andrzeju,
    treść stanowi o poziomie, forma to ostatecznie tylko naczynie, które jednak może podnieść lub popsuć smak. Ważna jest odpowiedniość. A jeśli treści szczątkowe i selektywne, często kłamliwe albo niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, okrasić entuzjastyczną i kategoryczną propagandą, to wychodzi idiokracja.
    Nie wierzę w metamorfozy aparatczyków, chyba że ich postawa był nieszczera, ale wtedy nie można mówić o duchowych przemianach tylko o zmianie koryta albo o tchórzostwie (jak ostatnio w przypadku Jaruzelskiego). Idealiści rzadko zmieniają poglądy, co najwyżej je modyfikują. A za świństwa należy odpowiadać albo przynajmniej publicznie złożyć samokrytykę – jeśli publicznie się je robiło.
    Przytoczone przez Bobkowskiego “zawsze chuj, lecz inny strój” jakże prawdziwe. Owszem, bywają wyjątki, ale nie one tworzą reguły. Każdy może zbłądzić, każdemu może przydarzyć się fatalne zauroczenie. Skruszonym należy wybaczać, ale nie rozgrzeszać. Cwaniakom wybaczać nie wolno, podobnie nie wolno zapominać ich niegodziwości; ta łatwość zapominania komuchom przez tak zwaną ludzkość – równa łatwości czynienia komuszych świństw – psuje rzeczywistość i relatywizuje, a to droga do upadku.
    Kołakowski rzeczywiście może być zestawiony z Miłoszem, chociaż temu zawsze blisko było do mickiewiczowskiego chrześcijańskiego socjalizmu i nie pisał donosów, w przeciwieństwie do “filozofa”. Obaj jednak przywłaszczyli sobie pracę innych (Kołakowski Tatarkiewicza, Miłosz Krzyżanowskiego). I znów kłania się Bobkowski. Zawsze aktualny.

  5. 5 michał

    Interesuje mnie bardzo kwestia “poziomu” poruszona przez Panów. Co naprawdę decyduje o poziomie? Czy poziom to tylko “jak”, “forma”, “naczynie”? Tak mogłoby się wydawwać, bo jakże często mamy do czynienia z dziełem obcym ideowo, któremu nie sposób odmówić jakości. Przykładów są tysiące. Diderot czy Wolter są z pewnością wielkimi pisarzami, ale ich dzieła przyczyniły sie bardziej do zniszczenia starego świata niż cały agit-prop made in ussr razem wzięty. Filmy takie jak “Kanał” czy “Popiół i diament” Wajdy wydają mi się znakomite formalnie, na poziomie niemal arcydzieł sztuki filmowej, ale ich “przesłanie” jest mi zupełnie wrogie. Wajda był propagandystą złej sprawy.

    Ale z drugiej strony p. Tomasz słusznie przecież zauważa, że treść stanowi o poziomie w bardziej zasadniczym sensie. Treści kłamliwe, choćby ubrane w świetną formę, jak wspomniane filmy Wajdy, wydają się właśnie “nie na poziomie”.

    Odnoszę wrażenie, że “poziom” to jest raczej nieuchwytna jakość, mieszanka wielu elementów o różnorakiej proweniencji, wiele z nich obiektywnych, gdy niektóre są tylko kwestią smaku. Na poziom wypowiedzi ma wpływ coś tak niedefiniowalnego jak “kultura” autora. Rzecz jasna, kulturalny autor może wypowiadać się “nie na poziomie”, poniżej poziomu swej sztuki (jak to pisał Gmober o napisach w klozecie), więc nie jest to na pewno czynnik decydujący, ale trudno wyobrazić sobie wypowiedź na wysokim poziomie, a pozbawioną kultury.

    Czyżbyśmy więc mówili o osobistej kulturze? Chyba nie. Zarówno Lenin, jak Trocki byli osobnikami o wysokiej kulturze. Czyżby chodzilo o erudycję? Także nie. Znam wielu (zwłaszcza młodych) ludzi, o wysokim wykształceniu i wielkiej erudycji, którzy niczego nie rozumieją, bo brak im … poziomu właśnie.

    Obawiam się, że nie zakończę tych rozważań żadną konkluzją, bo po prostu takiej konkluzji nie widzę. Kiedy mówię “na poziomie”, to wiem co mam na myśli. Może więc “brak definicji nie powinien mącić naszego metodologicznego sumienia”?

  6. 6 Andrzej

    Chyba dotknął Pan sedna, że poziom (szczególnie w dziedzinach humanistycznych) wynika z wielu cznników, także z odbioru subiektywnego. Biorąc ponownie za przykład publicystykę Ściosa jestem gotów uznać, że jest na wysokim poziomie. Na taką moją klasyfikację wpływa przede wszystkim kultura osobista autora ale także to, że nie odrzucam zdecydowanej większości jego tez (gdybym odrzucał, to jak u Chodakiewicza który wydaje mi się ponadto traktować poruszaną tematykę powierzchownie i “efekciarsko”, poziom uznałbym za słaby). Być może dlatego poziom często dzieli się na sładowe (np. poziom przekazu i poziom merytoryczny). Ale może w tym jest pułapka? Czy to jednak nie jest jednak wygodnictwo albo też swego rodzaju oszustwo? (np. że poziom przekazu jest wysoki a poziom przekazanych treści niski ). W tym miejscu gotów jestem przyznać rację Panu Tomaszowi, że treść stanowi o poziomie.
    To jest faktycznie coś co “się czuje” ale trudno to rozgryźć nie kręcąc się w kółko.

  7. 7 Tomasz

    Nie wiem, czy potrzebne jest porządkowanie i definiowanie wszystkiego, więcej pola zostawiłbym fenomenologicznej intuicji racjonalnej, zdrowemu rozsądkowi i, w pewnym stopniu, verites necessaires. Są pojęcia, które trudno przedstawić w postaci definicji równościowych w ścisłym znaczeniu, istnieją jako definicje cząstkowe, co wielokrotnie wystarcza. Nie wszystko zresztą da się sprecyzować. W którym miejscu ciągłego widma optycznego kolor żółty zamienia się w pomarańczowy? Jak wyjaśnić, co znaczy “poziom” albo “talent”? Ilu to ludzi na tzw. poziomie, gładko mówiących erudytów, w życiu okazuje się zwykłymi bydlakami? (to też między innymi mam na myśli pisząc o chamstwie w białych rękawiczkach). Ileż “talentów” to zwykli kuglarze? Są to zresztą kwestie drugorzędne albo nawet jeszcze dalsze. Fundamentem tego, co najbardziej istotne, czyli dobrego w najszerszym pojęciu tego słowa, oraz główną składową “poziomu” są etyka i prawda, bez nich nie zbuduje się niczego wartościowego. Nawet jeśli przyjąć, że prawda absolutna nie istnieje a etyka bliższa jest w swoich zasadach fizyce niż matematyce, lepsze to niż relatywizm. Dobry przykład jest więcej wart niż definicje, a pan Michał podał przykłady wzorcowe. Definicja niepoparta przykładami jest martwa, im więcej przykładów, tym lepsze zrozumienie zjawiska, a gdy przykładów wiele, nie potrzeba definicji. Osten pisze, że w kulturze anamnezy pamięć i przypominanie to warunek humanizmu. Tylko czy kłamliwe lub wybiórcze treści w najdoskonalszej nawet formie to humanizm? “Dzieło” Andrzejewskiego/Wajdy to jeszcze sztuka? Mitologia? A może agitka? Sprawa dyskusyjna, ale zaczynam wątpić w sens dyskusji. Powoli dochodzę do wniosku, niezbyt zresztą odkrywczego, że dialektycznym sztuczkom należy się miejsce daleko za poznawaniem Natury i bezinteresowną kontemplacją.

  8. 8 michał

    Szanowni Panowie,

    Proszę wybaczyć milczenie, ale byłem ciut zajęty czymś w rodzaju Teatru na Pohulance.

    Mam wrażenie, że porządkowanie i definiowanie, uściślanie i cyzelowanie są równie potrzebne jak Iluminacja, Rozdarcie Zasłony, jednorazowa, natychmiastowa, całościowa intuicja Prawdy. Niewielu dano wgląd w “ding an sich”, ale te wglądy, te przeżycia wielkich ludzi – na ogół wielkich artystów – zostają nam maluczkim podane do cyzelowania właśnie, do refleksji, do – ach, jakie to trafne słowo! – rozważania. Fiodor Dostojewski doznawał przeżycia istoty Bytu na chwilę przed atakiem epileptycznym. Domniemywam, że wielu epileptyków przed nim miało podobne odczucia, ale żaden nie zdołał opisać tego tak znakomicie, a dziś tylko mnożą się “potwierdzenia” w rodzaju, tak jest, i ja mam takie przeżycia jak Fiedka.

    Zatem więc (że zapożyczę) należy porządkować i defniować (czyli ująć) i zostawiajmy na to jak najwięcej miejsca. Bo czymże innym jest świetna uwaga Pana Tomasza, że nie wiadomo, “w którym miejscu ciągłego widma optycznego kolor żółty zamienia się w pomarańczowy”? Czymże innym, jak nie sprecyzowaniem, że “nie wszystko da się sprecyzować”?

    Wiem, wiem, że już tylko mnie jednego fascynuje dyskusja. Dyskusja jako sztuka. Dyskusja jako wyraz, jako żywe dzieło, poruszające się w nieprzewidywalnym kierunku. Mnie jednemu już tylko wydaje się, że dyskusja na “talentem”i “poziomem” nie jest wcale poozbawiona sensu, nawet jeśli nikogo to nie interesuje. Mnie osobiście zajmuje, dlaczego wypowiedź nie pozbawiona talentu, wydaje się czasami nie na poziomie. To chyba nie jest tylko kwestia najszerzej pojętych wartości (etyka i prawda), bo niekiedy bywa, że się zgadzam z postawą moralną, a nadal mi doskwiera brak poziomu.

  9. 9 Andrzej

    O ile dobrze rozumiem Pana Tomasza, chodzi mu o to, że dyskusja jest pochodną zastosowanego języka (jako zbioru defefiniujacego pojęcia) i z tego może wynikać brak jej sensu. Jest w tym sporo racji, bo np. jak rozumieć sam termin “bolszewizm”? Czy jest tożsamy tylko z leninowsko-stalinowską praktyką marksizmu czy oznacza coś szerszego: metodę? Nieraz jesteśmy świadkami redukowania tego pojęcia do np. kwestii kulturowych (generalnie czynią tak konserwatyści) i jeśli się widzi to inaczej (bolszewizm jako doktrynę i praktykę władzy totalnej dla której kultura jest jednym z narzędzi) to trudno się porozumieć.
    Dla mnie dyskusja jest definiowaniem pojęć.

  10. 10 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    To wszystko bardzo przekonujące, ale jeśli dyskusja nie ma sensu poza zbiorem definiujących pojęć, to dyskusje mogą się odbywać tylko w bardzo wąskich grupach zgodnych co do rozumienia pojęć podstawowych. Oczywiście trudno nie zgodzić się z Panem, gdy chodzi na przykład o dyskusje z szeroko pojętą lewicą, które przypominają przebijanie piłeczki ponad przepaścią, ale pokusiłbym się o sformułowanie zasady, że im głębsza kultura tym szersza dyskusja jest możliwa. (Nawiasem mówiąc, może w tym właśnie leży rozwiązanie zagadki poziomu.)

    Opowiadałem komuś ostatnio, jak z dyskusji na temat definicji bolszewizmu zrodziła się niniejsza witryna, nie będę więc otwierał raz jeszcze odrzwi trudności defniowania bolszewizmu. Chciałbym jednak zauważyć, że dyskusja musi być czymś więcej niż samo definiowanie pojęć. Proszę sobie wyobrazić, że zdefiniowaliśmy i zaostrzyliśmy wszystkie pojęcia – co wtedy? To jest trudność wszelkiej filozofii analitycznej, która cyzeluje i precyzuje język, ale odrywa się w tym procesie od rzeczywistości albo (jak to określił mój ulubiony filozof, Henryk Elzenberg) “asymptotycznie zbliża się do akosmizmu”.

  11. 11 Andrzej

    Panie Michale,

    Muszę się przyznać, że na większość kwestii patrzę “matematycznie” co jest zapewne związane z moim kształceniem (uniwersyteckim ale ścisłym). Być może jest to założenie błędne w dziedzinie kultury czy filozofii ale wydaje mi się, że powinno odgrywać znaczną rolę, że ważna jest precyzja sformułowań a sama wysoka kultura wcale nie musi decydować o szerokości dyskusji. Co z tego, że Alain Besançon jest historykiem i doskonale poznał bolszewizm (na własnej skórze) skoro obecnie nie chce być uczciwym intelektualnie i zadowala się głoszeniem “banialuków” o “wiecznie prawosławnej Rosji” i poza takie ujecie tematu nie chce wyjść? A co ze wspomnianym wielokrotnie Ściosem? Jak z nim dyskutować, skoro koniec końców o jego postrzeganiu rzeczywistości decydują zdefiniowane przez niego pojęcia i ich hierarchia wskutek czego wszędzie widzi tylko “państwa narodowe”?
    Oczywiście to skrót myślowy, że dla mnie dyskusja to definiowanie pojęć. Nie chodzi mi o definicję dla definicji. Chodzi mi o to, że bez uzgodnienia o czym naprawdę mówimy, trudno jest rozmawiać o rzeczywistości a co dopiero dojść do jakiejś konkluzji.

  12. 12 michał

    Panie Andrzeju,

    Ale matematycznie, to znaczy jak właściwie? Matematyka jest nauką formalną, nie może nam wiele powiedzieć na temat ludzkich zachowań. Więcej do powiedzenia miałoby na przykład podejście “inżynierskie”, które postrzega ludzkie problemy jako problemy do rozwiązania, wedle zasady przyczyny i skutku. Często jest to podejście niesłuszne, ale nie mniej przez to ciekawe.

    Wydaje mi się, że zagraża nam semantyczna konfuzja, więc określijmy nasze pojęcia ściślej. Przypuszczam, że z Besançonem można prowadzić szeroką dyskusję, bo posiada głęboką kulturę, ale z tego nie wynika przecież, że trzeba się z nim zgadzać. Nie wynika także, że nie może gadać głupstw. Ludźmi będąc, jesteśmy niedoskonali, jest zatem nieuniknione, że możemy wypowiadać zdania niesłuszne, nietrafne, nieadekwatne, bądź wręcz banialuki. Mnie się to zdarza bezustannie. Dlatego zresztą nalegam na wartość dyskusji, bo tylko w dyskusji może mi ktoś wskazać fałsz moich pogladów, a wtedy grzecznie mu podziękuję i zmienię zdanie.

    Uzgadnianie pojęć jest bez wątpienia ważne, ale otwiera to masę problemów. Osobiście jestem zwolennikiem tzw. normatywnego użycia języka, tzn. w kontrowersyjnych punktach ani ustalania, ani uściślania, ale wręcz określenia z góry: odtąd, na potrzeby niniejszej dyskusji będę używał terminu x w takim oto znaczeniu. Kropka. To niczego nie definiuje, ani nie uścisla, a jest tylko próbą uniknięcia nieporozumień. Podczas gdy uzgodnienie bywa wręcz niemożliwe. Żeby użyć skrajnego przykładu z Księżyca: jakie może być uzgodnienie pojęć między Wałęsą a mną? Pomijam już, że facet nie mówi ani po polsku, ani w żadnym innym języku, ale ideowo? Takiej możliwości nie ma.

  13. 13 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Z Bolkiem dogadują się tylko bolszewicy. W swoim języku bo tak właśnie Bolka wykształcili.

    Zaś “matematycznie” oznacza dla mnie algorytmicznie, wychodząc od zdefiniowania założeń. Czyli jak Pan to określił inżyniersko. Przyznaję, że takie podejście nie zawsze przynosi pożądany skutek.

    Bynajmniej nie myślę o tym, żeby się z kimś zgadzać. Nie po to jest dyskusja tylko po to aby inspirować myślenie i dochodzić do indywidualnych, własnych wniosków. Tak ją rozumiem.

  14. 14 michał

    Drogi Panie Andrzeju!

    Widzę, jak bardzo ma Pan rację, że uściślanie jest koniecznością. Nie mówiłem oczywiście wcale o “dogadywaniu się”, o nie! Mówiłem o uzgodnieniu pojęć. To przecie nie to samo, nieprawdaż? Dogadywać się może jeden bandyta z drugim, albo bandyta z policjantem, albo Churchill ze Stalinem, ale nie może się dogadać kat z ofiarą ani antyk z omunistą. Ba, ale czy mogą uzgodnić pojęcia? Otóż o dziwo, mogą! A ja, psiakrew, uzgodnić pojęć z Bolkiem nie mogę. Churchill nazywał okupację Polski wyzwoleniem, ale czy nazwałby okupację Wielkiej Bytaniii wyzwoleniem? Nie. A dogadać się z wielkim Soso mógł, pomimo technicznej nienożliwości uzgodnienia pojęć.

    Różnica pomiędzy “matematycznym” uściślaniem i “metodą inżynierską” wydaje mi się ogromna. Matematyka jest tu zupełnie zbędna, choć może przyjmę jej niezbędność, jeśli kiedyś pojmę, co to takiego jest algorytm. Natomiast metoda rozumienia stanu rzeczy poprzez związek przyczynowo-skutkowy wydaje mi się zawsze dobrym punktem wyjścia. Jej ograniczenia są oczywiste, ale ileż to nieporozumień dałoby się uniknąć, gdyby ludzie pojmowali lepiej kauzalne związki!

  15. 15 Tomasz

    Panowie,

    mam utrudniony dostęp do komputera, za chwilę czeka mnie podróż niemal w czasie, więc tylko kilka słów. Do rzeczowej dyskusji (inna przecież nie ma sensu) potrzebny jest zbliżony przynajmniej język dyskutantów, ich dobra wola i uczciwość, zbiór jasnych definicji i celnych przykładów, cel i metoda, a także wiedza i suwerenne myślenie. Już tylko te warunki konieczne powodują, że nie jest to rzecz łatwa. A tu jeszcze przydałby się czysty i praktyczny rozum Kanta, kartezjańskie podstawowe kryteria pewności wiedzy i parę innych ingrediencji. Zwykle jednak nawet uzgodnienie pojęć jest niemożliwe, przynajmniej poza naukami matematyczno-przyrodniczymi. Daleki jestem jednak od twierdzenia Chwistka, że dyskusje zabagniają, albo od pełnej rezygnacji konstatacji Witkacego, że nie ma z kim dyskutować, nie ma o czym, nie ma nawet po co, bo poziom zjełopienia oświeconej warstwy ludzkości osiągnął stan uniemożliwiający porozumienie, nie mówiąc już o rzeczowej i uczciwej dyskusji, a zwykli ludzie mają inne sprawy na głowie. Zasadniczo dyskusja powinna służyć dociekaniu prawdy. Co jednak, kiedy tak jak w tej rozmowie, warunki w dużym stopniu są spełnione i, gdyby posłużyć się pojęciami teorii mnogości i życiem, suma wszystkich elementów rozważań tworzy zbiór jednorodnych i prawdziwych twierdzeń? Ano, dochodzimy do sytuacji opisanej przez bodajże Fenga Youlana w historii chińskiej filozofii. Według tej starej przypowieści (a podobno to jednocześnie zdarzenie prawdziwe), dwaj mędrcy zmierzali z różnych stron państwa i wszystko wskazywało na to, że ich drogi spotkają się w mieście, dajmy na to Weixi. Ludność z miasta i okolic niecierpliwie wyczekiwała spotkania i nadzwyczajnej dyskusji, która w takiej sytuacji była oczywista. Kiedy mędrcy spotkali się, pokłonili się sobie nisko, pozdrowili i poszli dalej, każdy w swoją stronę. Dyskusji nie było, bo wiedzieli już wszystko, co ważne, i nie mieli sobie nic do powiedzenia. Owszem, wydaje się, że powinni byli porozmawiać, chociażby po to, jak zauważył Pan Andrzej, by inspirować myślenie, ale może ważniejsze dla nich było to, by iść i nauczać, obserwować i wyciągać wnioski, oraz w praktyce stosować swoje mądrości – bo życie jest najlepszym weryfikatorem wszelkich idei, a przed faktami stanowiącymi często zaprzeczenie najmądrzejszych konceptów ręce opadają filozofom, naukowcom i innym majstrom od naprawiania świata.

  16. 16 michał

    Nie ma to jak podróż w czasie. Zwłaszcza gdy w podróży spotyka się i Witkaca, i chińskich mędrców. Ale w moim mniemaniu, Panie Tomaszu, zarówno Witkacy jak i obaj mężowie z chińskiej przypowieści mieli rację. Witkacemu chodziło chyba o to, że w jego czasach nie było z kim dyskutować publicznie, wdawał się przecież w dysputy bez ustanku. Nieskromność podsuwa mi myśl, że dziś prędzej pisałby komentarze w Podziemiu, niż debatował w prlowskiej telewizji (nie wiem zresztą czy tam w prlu jest telewizja). Natomiast dwaj mędrcy, jak sądzę, znali na wzajem swą mądrość, skłonili się więc w milczeniu, bo czy można debatować aspekty góry, gdy się stoi na jej szczycie? Czy można rozważać przymioty bóstwa, stojąc wobec Bożego Majestatu?

    Muszę także delikatnie zaoponować wobec Pańskiego stwierdzenia, że było dla nich ważne “by iść i nauczać”. Jeśli dobrze rozumiem chińską tradycję (a nie znam jej w stopniu żadnym), to obcy jej jest “prozelityzm mądrości” (jeśli wolno mi to tak określić). Nauczanie jest przywilejem, na który uczeń musi sobie zasłużyć. Mędrzec nie “chodzi i naucza”, ale obserwuje w milczeniu, a poucza tylko tych nielicznych, którzy sobie na to zasłużą, i którzy prawdziwie takiego pouczenia pragną. Jest to chyba cecha charakterystyczna, odróżniająca chińską od “zachodniej” mądrości: przekonanie, że nie warto i nie należy pouczać tych, którzy nie chcą być pouczeni.

  17. 17 Andrzej

    Wracając do kwestii intelektualistów. Sądzę, że mamy tu do czynienia z paradoksalną sytuacją. Otóż intelektualista zdaje się być powołany do tego aby trafnie i jasno wypowiedzieć prawdę o komuniźmie (czy jakimkolwiek innym przejawie bolszewizmu). Zna świat i jego historię, potrafi formułować trafne oceny i być komunikatywny. Ale jednocześnie ten sam rozum nakłania go do stosowania dialektyki i odrzucania intelektualnej uczciwości. Do hierarchizowania swoich intelektualnych spostrzeżeń i manipulowania nimi. A jak doskonale wiadomo zdarza się to intelektualistom bardzo często. Jak mi się zdaje jest to kwestia moralności która dotyczy wszystkich ludzi więc intelektualiści tak samo jej podlegają jak inni. Jednak jej brak przynosi w tym przypadku katastrofalne skutki.
    To stanowi oczywiście o intelektualistach ogólnie bowiem w peerelu (obecnej “Polsce”) intelektualistów w praktyce nie ma. Wymarli albo zeszli do podziemia. Ten “ogólny” intelektualista pozostaje bowiem jeszcze wolnym w swoim wyborze. A ten peerelowski typ intelekualisto-podobny (tfu!) ma już zakodowane takie zachowanie w którym miejsca na żaden wybór nie ma. To “intelektualista” wzięty z “Rejsu” albo z filmów Barei który widzi tylko jeden horyzont – bolszewicki. W peerelu tylko dla takich jest miejsce i na takich jest on opiera. Dlatego też jest to peerel a nie żadna Polska.

  18. 18 Andrzej

    postscriptum: w peerelu są jeszcze tacy “intelektualiści” którzy widzą tylko horyzont “patriotyczny”, w istocie nacjonalistyczny bo sprowadzający się tylko do interesu narodowego. Ale jaka to różnica skoro bolszewicy doskonale ich rozpracowują i wykorzystują do swoich celów?

  19. 19 michał

    Do intelektualistów – zarówno tych prlowskich jak i tych rzekomo “wolnych” – czyli do samego meritum artykułu p. Tomasza, chciałbym wrócić osobno i szerzej, jeżeli Pan pozwoli, kiedy znajdę ciut czasu. Tymczasem powiem tylko, że obraz intelektualisty z Rejsu jest bardzo trafny. Zwłaszcza z tej sceny, gdy gra w salonowca z kaowcem i przyjmując zasady gry nie jest w stanie poradzić sobie z rzeczywistością.

    A przecież to takie proste! Wystarczy tylko nie grać.

  20. 20 Andrzej

    Poczekam cierpliwie Panie Michale.

    Wystarczy nie grać! Ba! Ale rzecz w tym, że owo “wystarczy tylko” nasi współcześni “patrioci” wymazali ze swoich umysłów jak mi się zdaje już bezpowrotnie. Dla nich to co jest to “Polska”. Nieustannie tylko narzekają, że nie taka jak trzeba ale do głowy im nie przyjdzie że wystarczy tylko poskładać fakty i spojrzeć na nie trzeźwo. Dwa słowa “wystarczy tylko” a jaką mają wagę… Czy tak wygląda ostateczna kapitulacja?

Comment





Language

Books Published by The Underground

Order here:



Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a

H
1946
 
J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja