20 Comments “(Polski) Noś, noś, noś długie włosy!”

  1. 1 Andrzej

    Citizen Kane came fast and quickly
    Conquerin ol’ New York City
    Poking fun at superstition
    Media became television

    Szukasz źródeł Jacku? Ze 40 lat temu obejrzałem film “Ostatni seans filmowy” (“The Last Picture Show”) – przy szkole istniał tzw. DKF. Przełom lat 40 i 50, Texas, prowincjonalne miasteczko. Myślę, że to mniej więcej w tamtym czasie zaczął się na dobre powszechny “ferment” zarazy, pękła amerykańska “struna”. Niechciana wojna koreańska (której jakże charakterystyczny dla Ameryki obraz przedstawia “Mash”) była dla Amerykanów (wyjątek stanowiła jeszcze armia) już grą na tej strunie, zerwanej ostatecznie 15 lat później (już razem z armią). I tak to chyba poszło.

    Bukowski (czyż nie kojarzy się to nazwisko z “dysydentami”), miał być tylko katalizatorem i swoją rolę odegrał jak trzeba. Nie dziwi mnie taki właśnie scenariusz: Rewolucja rozwija się szeroko, dociera do Wietnamu Południowego i poświęca się dla komunizmu, który tam wkrótce nastaje. Miał to być komunizm z ludzką twarzą jak u tow. Dubczeka, lecz nie bardzo wyszło. Zwykle bowiem nie bardzo wychodzi. Niemniej marzenia pozostały, wiecznie żywe jak sam towarzysz Lenin. Nie tylko dla towarzystwa z musicalu ale i dla kolejnych eszelonów. Jak pisze Britannica: “His early films were characterized by their examination of working-class life and their enthusiasm for a socialist lifestyle”. To dopiero studium. Czy dostrzegał wyraźne treści polityczne? Ależ on starał się je podnieść do kwadratu!

    Moim zdaniem “Hair” to wyjątkowa słabizna w porównaniu do “Amadeusza” i “Lotu…”. Czysta propaganda, podczas gdy “Lot” pobudza jednak do myślenia, nie wszystko w nim jest tak jednoznaczne.

  2. 2 Jacek

    Andrzej,

    Dla mnie “Ostatni seans..” był zawsze syndromem pogardy oświeconej Północy do zacofanego Południa. Ale pewnie masz rację, że wojna koreańska też odcisnęła piętno na twórcach tego filmu i literackiego pierwowzoru. No tak, ta wojna mogła tkwić u źródeł tego, co się wydarzyło w latach 60-tych.

    Jest jeszcze jeden film, odnoszący się w pewien sposób do relacji Północ – Południe, czy może nawet szerzej: postępowcy kontra zacofani. To “Deliverence” (“Uwolnienie”) z 1972 roku. Tam ten konflikt jest pokazany, jakby wojna secesyjna nigdy się nie skończyła. Południe, reprezentowane przez brudnych, nierozgarniętych, prymitywnych “rednecków” pokazane jest jako zagrożenie dla nowoczesnej, postępowej Północy. Z resztą takich filmów pewnie można by znaleźć więcej.

    W kontrze widzę właściwie tylko jeden tytuł. To “The Outlaw Josey Wales” z 1976 roku. To nietypowy dla lat 70-tych western, gdzie to żołnierze Unii są przedstawieni jako barbarzyńcy palący, grabiący i mordujący wszystko, co stanie im na drodze, w imię postępu, rzecz jasna. Kiedyś wydawało mi się, że jest to przenośnia odnosząca się do zalewu lewactwa, jakie się pojawiło w tamtej dekadzie. Ale to chyba jednak nadinterpretacja.

    A postać Bukowskiego? No cóż, masz rację, on odegrał swoją rolę i tyle. Czy komuniści z północy Wietnamu byli postrzegani w Ameryce, jak Dubczek w Czechosłowacji, to nie wiem… Właściwie, to ciekawe byłoby poznać opinię kogoś, kto wtedy był zaangażowany w ruchy “pokojowe”. Jak oni to widzieli? Pewnie wynikła by z tego zabawna wymiana zdań…

    “Hair” nawet nie można porównać do “Lotu”. To faktycznie słaby film, chociaż są tam fragmenty bardzo dobre od strony formy i rzemiosła filmowego. Chyba po prostu broadwayowski pierwowzór był zwyczajnie marnym materiałem wyjściowym. Podobno Elmer Bernstein wyśmiał spektakl na premierze w 1967 roku jako wyjątkowy chłam.

  3. 3 michał

    Drogi Panie Jacku,

    Przede wszystkim muszę Panu pogratulować interesującego spojrzenia na film Formana. Rzadko się zdarza, żeby ze zwykłego musicalu udało się wyciągnąć tyle ciekawej treści. Pański artykuł wywołał we mnie tak wiele refleksji, że postanowiłem napisać o tym osobno. Tu chciałbym tylko przyjrzeć się paru pobocznym wątkom.

    Otóż czytałem gdzieś, że kiedy Forman postanowił nakręcić “Hair”, to w pierwszym rzędzie wypytywał znajomych, co pamiętają z musicalu. Nie pamiętali nic, oprócz piosenek. Żadnej narracji, oprócz ogólnej kontestacji. Oryginalny scenariusz (a wersji musicalu jest wiele), także niewiele wyjaśnia. Claude jest liderem grupy (szczepu, jak się toto nazywa), a nie nowo przybyłym prostaczkiem, i waha się czy pójść do wojska, czy nie. W końcu pojawia się w ostatniej scenie w mundurze i z krótkimi włosami. Zmierzam do tego, że Forman doskonale wiedział, co robił, gdy nadał swemu filmowi taki właśnie kształt. Miał jasną świadomość politycznej wymowy tego filmu i takich „drobiazgów”, jak utożsamienie praskiej wiosny z buntem studentów z roku 1968 oraz z protestami przeciw wojnie wietnamskiej.

    Obejrzałem przed chwilą na Youtube fragmenty z przedstawień z lat 60. i rozumiem chyba, o co chodziło Formanowi. Po pierwsze to jest słabe, a poza tym “The Age of Aquarius” czy “Let the Sunshine in” są całkowicie niepolityczne, ale wystarczająco otwarte, żeby móc im nadać polityczne ostrze. Bez wątpienia, polityczny wymiar nadawała temu publiczność, a Forman ujął to w koherentny i (chyba się tu z Panami nie zgadzam) bardzo dobry film. Oczywiście, że to nie jest na poziomie “Lotu” czy “Amadeusza”, ale niewiele filmów w ogóle bywa na takim poziomie.

    Nie jestem przekonany, czy ma Pan rację, łącząc spór między Południem i Północą w amerykańskiej wojnie domowej, ze stosunkiem do wojny wietnamskiej, czy do tzw. white trash. Prawdziwa linia podziału we współczesnej Ameryce nie zachodzi między dwiema głównymi partiami, ani między stanami konfederacji i jankesami. Prawdziwie obce sobie są wnętrze tego ogromnego państwa i jego obrzeża. Konserwatywne wnętrze i liberalne wybrzeża morskie.

  4. 4 michał

    Drogi Panie Andrzeju,

    Oglądałem wiele filmów Formana i nie zgodziłbym się z oceną recenzenta z Britannica. Hori, ma panenko! to jest film prześmiewczy. Wyśmiewa socjalistycnzy styl życia, a nie wychwala. Toteż został zakazany w 68 roku. Co nie znaczy oczywiście, że Forman nie był socjalistą.

    “MASH” i “Ostatni seans filmowy” to są bardzo ciekawe konotacje. Nie będę się wypowiadał na temat tego drugiego, bo nie lubię Bogdanovicha w ogóle, a film pamiętam słabo. Ale MASH…

    MASH to jest skoncentrowany atak na wojnę, na Amerykę i na kazdy aspekt tradycyjnego społeczeństwa. Film jest oczywiście wybitny i na tym polega z nim trudność. Należy on całkowicie do lat hippiesowskich, obaj lekarze są klasycznymi antybohaterami. Warto jednak zwrócić uwagę, ze autor scenariusza (i wcześniejszej powieści), Lardner jr, był członkiem partii komunistycznej, stawał przed komisją McCarthy’ego itd. Rzecz jednak w tym, że moim zdaniem nie można przypisywać wojnie koreańskiej ważności przełomowego punktu, na podstawie filmu, który należy do innej epoki. Proszę pamiętać, że najwybitniejszy film, jaki “wyszedł” z wojny koreańskiej, to “The Manchurian Candidate”, Frankenheimera. Film zdecydowanie antykomunistyczny. Swoją drogą, zasługiwałoby na osobną analizę, co zrobiono z tej historii w wersji sprzed kilku lat, gdzie manipulatorami nie są już komuniści, ale amerykańska korporacja.

  5. 5 Jacek

    Panie Michale,

    No dobrze, Forman świadomie zrobił film zgodny i z lewacką ideologią i z linią sowieckiej propagandy. Jak można wobec tego scharakteryzować jego pozycję światopoglądową? Czy wpisuje się on w nurt marszu przez instytucje? Wydaje mi się, że nie. Czytając wywiady z nim odniosłem wrażenie, że kwestie polityczne są mu w zasadzie obce, że jest raczej ignorantem. Będąc pod komunistycznym reżymem pomstuje na komunistów (jak pewnie większość w jego środowisku), ale nie walczy z nimi, a przenosząc się na Zachód przyłącza się do nurtu kryptokomunistów (lub nawet jawnych) i woła w chórze: walczmy z opresyjnym systemem państwa amerykańskiego. Czyli byłby kimś, kto wchodząc między wrony kracze itd…

    Czy sądzi Pan, że takie były wtedy fundamenty jego twórczości? Czy może jednak źle go oceniam i był w awangardzie gramscistów? Ale na to chyba jednak niewiele wskazuje.

  6. 6 michał

    Panie Jacku,

    Ma Pan chyba rację, że Forman nie interesował się polityką, w sensie polityki bieżącej, ale jego filmy są bardzo “polityczne”, w takim sensie o jakim mówi Pański artykuł. Mam wrażenie, że jego postawa była (jest, bo on żyje) mniej więcej taka: każdy bunt jest dobry. Bunt wobec złych komunistów w Pradze i bunt wobec złych imperialistów w Waszyngtonie. Bunt Mozarta przeciw autorytetom muzycznym i rebelia Maca przeciw siostrze Ratched. Walka Larry Flynta o prawo do pornografii, walka Andy Kauffmana o prawo do obrażania ludzi itd.

    Główny bohater “From Here to Eternity” (Stąd do wieczności?) określa to tak: problem z moją postawą jest taki, że czasami jestem komunistą, a czasami antykomunistą. (To chyba jest tylko w książce, a nie w filmie.) Przypuszczam, że szeregowy Prewitt wykazał się w tym względzie większą samoświadomością niż ogromna ilość lewicowych intelektualistów, którzy nigdy nie zadawali (i nadal nie zadają) sobie takich trudnych pytań.

    Sądzę, że fundamentem tej trudności, a także fundamentem twórczości ludzi takich jak Forman, jest zasadnicze dla tej formacji niezrozumienie wolności. Ponieważ uważają oni wszyscy wolność za wartość, to staje się ona nieuchronnie wartością najwyższą, a wówczas można robić, co się chce, byle w sposób wolny i żadna wartość nie ma znaczenia. A zatem w imię wartości, niweczą wszelką wartość.

  7. 7 Jacek

    Panie Michale,

    Czyli mówi Pan, bunt dla samego buntowania się. To dość ponura wizja, że najwięksi intelektualiści, było nie było czołowi twórcy tacy, jak Forman tak infantylnie spłycają problemy, które poruszają w swoich dziełach. Ale chyba rzeczywiście coś w tym jest, oni to zdaje się tak właśnie widzieli. Zjawisko jest zbyt powszechne, żeby nie spróbować podciągnąć tego pod jakiś wspólny mianownik. Do tych buntowników, których Pan wymienił należał też Kowalski ze “Znikającego Punktu”, motocykliści z “Easy Ridera”, Gumowy Kaczor z “Konwoju” i masa innych. Trochę szkoda, że to wszystko sprowadza się do tak bezmyślnej postawy.

    To ciekawe, że przypomniał Pan szeregowego Prewitta. Nie chciałbym brnąć w dygresje i rozmywać dyskusji w pobocznych wątkach, ale do tego muszę się odnieść. Pozornie można by go podciągnąć pod tę samą kategorię, co powyższe przykłady, ale byłby to błąd. Chociaż przecież to jemu właśnie wszyscy, od przełożonych, do kumpli zarzucają, że jego bunt nie ma jakiegokolwiek sensu. Tymczasem w tym, co robi Prewitt jest głęboka myśl. Zawodowy żołnierz, tak zwany nadterminowy, rzuca wyzwanie systemowi, ponosząc za to najwyższą cenę. On nie walczy jednak z armią, którą kocha nad życie, on buntuje się przeciwko patologii, w której pogrąża się każda armia doby pokoju, tkwiąca w koszarach. Jego prostoduszne słowa, które Pan przypomniał chyba dobrze oddają naiwne poglądy autora powieści, co do komunizmu, ale rzeczywiście, w porównaniu z postawą ludzi pokroju Formana, są one uczciwą deklaracją. Tych słów nie ma faktycznie w filmie z 1953 roku, jak z resztą wielu innych elementów z powieści. Scenariusz został mocno przetrzebiony, co ciekawe, podobno przez cenzurę w obronie dobrego imienia U.S. Army. Filmowy Prewitt nie mógł robić i mówić tego, co Prewitt powieściowy, żeby nie gorszyć przyszłych kadr. Jak to wszystko się zmieniło w zaledwie kilkanaście lat…

  8. 8 michał

    Drogi Panie Jacku,

    Ależ jak najbardziej brnijmy w dygresje i nie pozostawiajmy pobocznych wątków odłogiem.

    Film Zinnemanna jest zdumiewająco dobry, zważywszy, jak bardzo powieść została okrojona i z jaką masą najróżniejszych nacisków musieli sobie poradzić, że wspomnę tylko aferę “Frankie goes to Hollywood” i “Ojca chrzestnego”.

    Zgadzamy się, że zarówno w postaci, jak i w tej jednej wypowiedzi Prewitta, jest więcej przemyśleń, niż można znaleźć u większości lewicowych twórców. Forman jest tu tylko symbolem czegoś o wiele większego i gorszego. W skrajnym wypadku, to jest klasyczny gramsciański marsz przez instytucje, o którym Pan pisał, ale czy możemy sensownie podejrzewać Bergera czy Prewitta, że wzięliby świadomie udział w takim zorganizowanym “marszu”. Raczej chyba zbuntowaliby się i przeciw temu.

    I na tym właśnie polega geniusz “organizatorów marszu pod sztandarami Gramsciego”, że niby nie ma żadnych sztandarów, że są “przeciw opresji”, gdziekolwiek ona występuje. A wówczas Berger i Prewitt będą z chęcią “walczyć o sprawiedliwość” razem z nimi.

    To jest czysty leninizm: najpierw rozpętać, żeby móc spętać tym skuteczniej.

  9. 9 Jacek

    Panie Michale,

    Trzeba tu zadać pytanie, co to jest świadomy udział w marszu przez instytucje. Czy bierze się w nim udział, żeby tylko palić i niszczyć, czy po to, żeby zdobyć władzę? Obszarpańcy z “Hair” poprzestawali na samej destrukcji, ale zastanówmy się, czy ten owczy pęd był przez kogoś odgórnie, centralnie sterowany. Nie mam na myśli działań zewnętrznych KGB, one oczywiście były faktem, ja jednak się zastanawiam nad źródłami na Zachodzie. Czy to był tylko niekontrolowany, pierwotny, samoistny żywioł, czy za kulisami znajdowało się jakieś centrum dowodzenia? O ile dzisiejszych inicjatorów gender, multi kulti, równouprawnienia płci, itp, można jako tako określić, to z ruchami lat 60, 70-tych mam problem. Czy to było według Pana całkowicie spontaniczne? Ot, przeczytał jeden z drugim Gramsciego, spodobało się, wyszli na ulice i potoczyła się kula śnieżna?

    Natomiast, jeśli chodzi o Prewitta, to chyba go Pan nie docenia. Jeśli spróbujemy porównać Bergera z Prewittem, to mam wrażenie, że ten pierwszy poszedłby w marszu bez zmrużenia okiem, a Prewitt jednak miał dar myślenia analitycznego, on zapytałby o cel, a odpowiedź przeanalizował i porównał z własnymi przemyśleniami. I tak, jak nie dał się wciągnąć w rozgrywki ligi bokserskiej kompanii, tak i gamscistom pokazałby, gdzie babcia kobiałkę nosiła. To był łebski gość i miał żelazną wolę.

    Tak na marginesie, James Jones dość jednoznacznie negatywnie wypowiadał się na temat ruchu hipisowskiego, w domyśle również na temat marszu przez instytucje. W “Smaku Ryzyka” może nie bardzo błyskotliwym ale sprawnie napisanym kryminale, opisuje epokę dzieci-kwiatów, a jego bohater, Lobo Davies na kartach powieści co i raz wbija szpile komentując filozofię życiową ówczesnych obszarpańców.

    Adaptacja filmowa “Stąd do Wieczności” jest według mnie tylko niezła, podczas gdy powieść po prostu uderza do głowy. Zastanawiam się, czy to kwestia trudnego do sfilmowania materiału literackiego spowodowała umiarkowany (powtarzam, według mnie) efekt na ekranie. A może to ograniczenia wynikające ze specyfiki epoki, w jakiej film powstał?

  10. 10 Przemek

    Panie Jacku,

    dawno już nie oglądałem, ale z przyjemnością sobie przypomnę. Bardzo lubiłem i sam film i muzykę (jeśli dobrze pamiętam był dwupłytowy album, niestety gdzieś mi zaginął). Tak pomyślałem, może nie mieszajmy do wszystkiego polityki, pozwólmy choć niektórym dziełom, żyć swoim sposobem. Zupełnie nie rozumiem wpisywania w kontekst Clintona ( no chyba, że palił, ale się nie zaciągał), Obamy ( czyżby kolor skóry zbliżony do wysyłanych na wojnę) no a Hilary (to już chyba tylko blond włosy przypominające Sheilę). W podobny sposób można opisać np. “Jezioro łabędzie”. Na różne sposoby np. “pedały i lesbijki”, “obrońcy praw zwierząt”, no a gdyby występował Balet Moskiewski to dopiero można puścić wodze fantazji.
    Przy okazji, lubię czeskie filmy. Zwłaszcza te starsze, ale i nowe czasem oglądam.
    O knedlikach, gulaszu, utopencach a i zacnym piwie nie wspominając.

  11. 11 Jacek

    Panie Przemku,

    To jest wielka pokusa w przypadku hollywoodzkich produkcji, żeby nie analizować głębiej i skupić się tylko na formie. Wie Pan, że ja sam bardzo często wracam do tamtych filmów, wyłącznie po to, żeby poczuć ducha epoki, obejrzeć plenery Nevady, albo Arizony, posłuchać Credence Clearwater Revival, zobaczyć detektywa Jimmy “Popeye” Doyle’a jak macha gangsterowi w metrze, czy poczuć zapach napalmu o poranku. To jest magia kina i ja jej ulegam.

    Pisze Pan, żeby nie mieszać do tego polityki i ja się w zasadzie z tym zgadzam. Tylko, że to nie ja, to oni mieszają do tego politykę. Te filmy są przepojone przekazem politycznym, a ja to tylko opisuję. Być może błądzę, może nie mam racji i nadinterpretuję to, co widzę na ekranie. Proszę mnie zatem poprawić, chętnie przyjmę Pański punkt widzenia, a w każdym razie rozważę go.

    Clinton był politycznym dzieckiem tamtej epoki. To posąg wykuty tym samym młotem, co pacyfa zwisająca z szyi hipisa skandującego przed Białym Domem “Give peace a chance”, kiedy vietcong mordował dzieci w Hue. Obama to już precyzyjnie zaprojektowany twór na użytek mas ogłupionych polityczną poprawnością, tą dżumą XXI wieku. O Hilary nic nie napiszę, bo włosy jeżą mi się na głowie na samą myśl.

    Nie sądzę, żeby “Jezioro Łabędzie” można było zinterpretować podobnie do “Hair”. To była całkiem inna epoka. Natomiast jestem absolutnie pewien, że gdyby dziś przeniosła je na srebrny ekran, powiedzmy Agnieszka Holland, to analiza pod kątem pedałów i lesbijek, czy praw zwierząt byłaby naszym najmniejszym zmartwieniem. Gdyby wtedy Czajkowski wstał z grobu i zapytał, dlaczego ktoś zmasakrował owoc jego pracy, to wtedy mielibyśmy poważny problem. Bo co mu właściwie powiedzieć?

    Ja też lubię czeskie kino. I knedliki. Zwłaszcza bramborove!

  12. 12 michał

    Panie Jacku,

    Nie oglądałem dawno “Stąd do wieczności”, więc może ma Pan rację. Oczywiście, że powieść o wiele lepsza, ale tak jest zazwyczaj. Próbowałem znaleźć ten “Smak ryzyka”, ale znalazłem tylko francuski film z Jean Marais, a to chyba nie to.

    Najprawdopodobniej ma Pan także rację, co do Prewitta, ale żeby zaraz “łebski gość”? W powieści to jest klasyczny typ heroiczny, wola i działanie są dla niego wszystkim, ale chyba nie myślenie. O ile pamiętam, wspaniałe są sceny w więzieniu, kiedy on jeden radzi sobie z medytacją i nie pozwala się złamać. Jak przystało herosowi, gotów jest wziąć na siebie, czego inni nie potrafią osiągnąć.

    Natomiast co do Bergera, to mam wrażenie, że jest na odwrót: to Pan go nie docenia. Berger filmowy też ma wolę, rozumie absolutność wartości, np. gdy trzeba pomóc przyjacielowi, godzi się na ścięcie włosów. Berger i Prewitt wydają mi się indywidualistami, a jako tacy są generalnie niechętni do maszerowania w nogę razem z tłumem. Tacy ludzie są w pierwszych szeregach rewolucji, ale prędko padają jej ofiarami.

    Najważniejsze jest jednak pytanie o wprowadzenie w życie koncepcji Gramsciego. Nie potrafię wiążąco odpowiedzieć na Pańskie pytanie, nie sądzę, żeby były po temu dane. Ale na zdrowy rozum, nie wydaje mi się możliwe, żeby wiele było manipulacji i kierowania tym ruchem. Komuniści amerykańscy, otwarci członkowie kompartii, raczej wskakiwali do wagonów, gdy pociąg hippiesów już był w biegu.

  13. 13 michał

    Nie wiem, czy Pan Przemek jest takim znawcą historii baletu, czy też drwiąc sobie tylko, trafił w sedno, ale jest akurat faktem, że przed kilku laty wystawiono w Londynie “Jezioro łabędzie”, w którym wszystkie role łabędzi (tradycyjnie grane przez balleriny), są odtańczone przez mężczyzn. Książę, zakochujący się Łabędziu, którego się dotąd bał, jest symbolem uwolnionego homoseksualizmu i temu podobne nonsensy.

    Jak zwykle w tego rodzaju historiach, nie koniec na tym, bo oto odkryto, że Czajkowski był stłumionym homoseksualistą, więc przedstawienie było zgodne z jego prawdziwymi intencjami.

    Jak się chce, to wszystko można przekręcić i zinterpretować tak, jak komu wygodnie.

    Tylko dokąd uciekać?

  14. 14 Dariusz Rohnka

    Czy znana jest Panom postać Aleistera Crowleya, uwidoczniona na okładce płyty sierżanta pieprza.

    Zasłynął m. in. frazą do what thou wilt? – owe sformułowanie ma, nawiasowo, ciekawe peerelowskie konotacje.

    Bo jeśli nie Gramsci, to może tu należy szukać związków przyczynowych?

  15. 15 Andrzej

    Drogi Panie Michale,

    Proszę mi wybaczyć spóźnioną odpwiedź lecz byłem dotychczas poza domem i bez możliwości sprawdzenia komentarzy w tej owocnie rozwijajacej sie dyskusji. Pisząc o wojnie koreańskiej, miałem na myśli zaledwie początek fermentacji a nie jakiś przełom (w znaczeniu zmiany jakoścowej). Tę przypisywałbym raczej latom późniejszym, które charakteryzuje film “Rebel Without a Cause” z Jamesem Deanem. Ten film, jak mi się zdaje, odzwierciedla zasadniczą zmianę postawy młodych Amerykanów. Lecz ja, przyznaję to szczerze, nie znam się na filmie. „The Manchurian Candidate” niestety nie oglądałem, podobnie jego “powtórki” z 2004 r.

    Darku,

    Nie wiedziałem o tym (nigdy nie byłem fanem The Beatles). Lecz właśnie przejrzałem Internet i znalazłem taką oto odpowiedź: https://www.quora.com/Why-is-Aleister-Crowley-on-the-cover-of-Sergeant-Pepper-Does-his-inclusion-on-the-cover-have-anything-to-do-with-the-music
    Ta argumentacja wydaje mi się być przekonująca. Pochodzi osoby, która, jak sądzę, zna się na rzeczy (prowadzi stronę internetową na temat “psychodelicznych lat 60″ i jest w posiadaniu dużej ilości źródeł).

  16. 16 michał

    Panie Andrzeju,

    “Buntownik bez powodu” został nakręcony w 1955 roku, a zawieszenie broni w Korei podpisano w 1953, trudno więc mówić o różnych czasach.

    Moim zdaniem jednak ma Pan całkowicie rację, gdy umiejscawia Pan przemianę wcześniej niż pod koniec lat 60. Młode gwiazdy lat 50. – Brando, James Dean, Paul Newman – różniły się bardzo od poprzedniego garnituru gwiazdorów, o których pisał p. Jacek.

  17. 17 Jacek

    Panie Michale,

    Wydaje mi się, że postawa Prewitta to coś więcej, niż tylko żelazna wola i działanie. To próba zachowania człowieczeństwa wobec nieludzkiej machiny stłoczonej w koszarach armii. Tak, sceny w więzieniu były doskonałe, Prewitt miał tam z resztą swojego mentora, mistrza, który go nauczył tej sztuki medytacji.

    Na pewno i Berger i Prewitt to indywidualiści chodzący własnymi ścieżkami i buntownicy. Różnica między nimi polega według mnie na tym, że o ile szeregowy Prewitt nie chce zniszczyć armii, bo ona jest dla niego wszystkim, całym jego życiem, a buntuje się tylko przeciwko chorobie, która tę armię toczy, to Berger niszczy swój świat zupełnie bezmyślnie, nie oferując niczego w zamian. Można powiedzieć, że Prewitt doprowadzając się do samodestrukcji, na końcu zwycięża, czego symbolem jest “Hymn nadterminowcyh”, a dziedzictwem Bergera jest współczesna, pogrążająca się w gnoju Ameryka.

    Darek,

    Nie miałem pojęcia o Crowleyu. No tak, to dość znamienny syndrom, faktycznie. po peerelowsku to będzie “róbta co chceta”.

  18. 18 michał

    Panie Jacku,

    Znowu ma Pan rację. Akcentując wolę i heroizm, nie chciałem wcale powiedzieć, że nie był właśnie pełnym człowiekiem. Prewitt jest prawie “nadczłowiekiem” (w najlepszym sensie tego słowa). Jest świetnym bokserem i artystą, chce przede wszystkim pomóc bliźnim, jest gotów przyjąć cierpienie. Zważywszy, że mówimy o szeregowym w amerykańskiej armii, to jest on narysowany jako postać prawie “chrystologiczna”. Z tym, że oczywiście oprócz tego Prewitt ma także kilka wad.

    Czytałem powieść przed dziesiątkami lat, aż dziw, że mi tak zapadła w pamięć.

  19. 19 Jacek

    Panie Michale,

    Ta powieść jest z wielu względów niezwykła. Na pewno duże znaczenie ma fakt, że Jones wiedział, o czym pisze, bo znał temat z autopsji, ale dochodzi do tego jeszcze umiejętność przelania tego wszystkiego na papier. Podobnie jest z “Cienką Czerwoną Linią”, mało kto umiał tak, jak on uczciwie opisać wojnę, bez popadania w zbędny patos, bez idealizowania i koloryzowania. Ja na żadnej wojnie nigdy nie byłem, ale tak właśnie ją sobie wyobrażam.

  20. 20 michał

    Nie wiedziałem nawet, że “Czerwona kreska” to też wg jego powieści. Film Malicka znakomity, ale niestety od tego czasu jego filmy są coraz gorsze, wręcz trudne do oglądania.

Comment





Language

Books Published by The Underground

Order here:



Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a

H
1946
 
J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja