III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?



Aby odpowiedzieć Michałowi Bąkowskiemu w sposób bardziej wyczerpujący, pragnę odnieść się bezpośrednio do oczywistej niekonsekwencji mojej „obrony”, w trakcie której uznałem za dopuszczalne stosowanie słowa „Rosja” w zastępstwie słowa „Sowiety”, muszę się także odnieść do zakończenia mojej wypowiedzi, gdzie uznałem, że taka właśnie wymiana jest ściśle związana z semantyczną likwidacją antykomunizmu, którą przeprowadzili nasi wrogowie. Pan Bąkowski przypuszcza, że mylnie przyjmuję terminologię wroga za swoją. Jest zdania że musimy obronić się przed wpływem tej terminologii, używając do tego celu wszystkich dostępnych nam środków. Aby wyjaśnić swoje stanowisko, zastosuję analogię wojskową: komuniści obeszli nasze skrzydła, kiedy wygrali semantyczną bitwę w latach 1989-1991. Z dobrze znanego retorycznego gruntu zostaliśmy zepchnięci w bagno. To był nieuchronny rozwój wydarzeń i nie było sposobu, aby temu zapobiec. Wróg usunął grunt spod naszych stóp. Nie mogliśmy powrócić do dawnego stanu, ponieważ obiegowe pojęcia zostały zmienione, a właśnie obiegowe pojęcia narzucają kształt dyskusji. Obecnie jesteśmy poddani procesowi, w którym pojęciom przypisywane są nowe słowa, dzięki czemu ludzie dopasowują stare rozumowanie do nowych etykietek. Kiedy ludzie mówią „Federacja Rosyjska”, coraz częściej zdają sobie sprawę, że to dyktatura, pod rządami której morduje się dysydentów, gdzie wolność prasy została zawieszona, gdzie trwają przygotowania wojenne; a słowo „Rosja” jest skrótem od „Rosyjskiej Federacji”. W potocznym języku, Rosja cofnęła się wstecz, bardzo blisko ZSRS. Jeśli komuniści ukrywają się pod pojęciem „Rosja”, to ich przykrywka została odkryta. Podstęp traci swój impet. Stopniowo odpływa w dal. Jeśli ta strategia zostanie wyczerpana, wówczas będą zmuszeni zaangażować się w otwarty konflikt. Nie mogą odświeżyć swojego podstępu przy użyciu kolejnego zbioru etykietek, ponieważ podstęp został starannie przygotowany z kilkudziesięcioletnim wyprzedzeniem, a przygotowania te nie mogą być skopiowane w prosty sposób. Stąd ich strategia ma nieprzekraczalny okres ważności. Ostatecznie, będzie musiała być zastąpiona, jak to określił Golicyn, przez strategię „jednej zaciśniętej pięści”. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Jeff Nyquist był uprzejmy odpowiedzieć na mój poprzedni artykuł. Zaofiarował mi nawet niby przeprosiny. Pomimo to jednak, potraktuję jego polemikę z zupełną powagą. Nalegałem, że antykomunista powinien odróżniać między złowrogą potęgą sowiecką i „Rosją”, na co Nyquist odparł:

Związek Sowiecki nie jest już tym samym Związkiem Sowieckim. Polska nie jest tą samą Polską. Czy rozumiecie co to znaczy? Nie ma ostatecznej formy politycznej. Tak samo jak nie ma ostatecznego zwycięstwa, czy ostatecznej klęski. Który naród spośród wszystkich narodów świata może łatwiej zrozumieć tę prawdę aniżeli Polacy?”

Moje rozumienie jest w najlepszym razie zmącone, ale nawet ja potrafię dostrzec zasadność słów Nyquista: twierdzenie, że nic w ludzkich sprawach nie jest ostateczne, jest bez wątpienia słuszne, chociaż ciut oczywiste; być może z poprawką, że nic nie jest ostateczne oprócz śmierci. Przyznaję, że nie wiem nic o narodach, ich zdolnościach czy umiejętności przyjęcia prawdy bądź jej odrzucenia. Będąc człowiekiem prostym, żyję nadal w przeświadczeniu, że narody nie myślą, tylko jednostki mogą myśleć, a zatem bycie Polakiem nie predestynuje mnie do „łatwiejszego zrozumienia” czegokolwiek. Prawda jest niedostępna ludzkiemu poznaniu i jedyny godny stosunek do prawdy to jej poszukiwanie. Tylko tyle, ale nawet to jest poza zasięgiem większości – i na pewno poza zasięgiem narodów. A jednak jeden punkt w powyższym cytacie jest prawdą: Polska od 1945 roku nie jest tą samą Polską. Ta smutna prawda pozostaje niezmieniona. Wydaje mi się atoli, że Polacy mają trudności z przyjęciem tej prawdy, bo najpierw widzieli prl jako Polskę, a teraz za Wolną Polskę przyjmują tzw. iiirp. Dokąd nas to doprowadziło? Jeśli o mnie chodzi, to potrzebuję więcej protekcjonalnego poklepywania po plecach, więc będę drążył głębiej. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Publikujemy poniżej odpowiedź Jeffa Nyquista na artykuł Michała Bąkowskiego pt. Poland as a front line state?, który ukazał się 30 listopada wyłącznie na angielskiej wersji naszej witryny. Nie tłumaczymy tego artykułu, ponieważ wszystkie jego tezy znane są polskiemu czytelnikowi z poprzednich publikacji na stronie Wydawnictwa Podziemnego.

W odpowiedzi Michałowi Bąkowskiemu

Odpowiadając na krytykę ze strony Michała Bąkowskiego, muszę prosić o wybaczenie. Tak, przyznaję się do winy, piszę o Związku Sowieckim jako Rosji i odwrotnie, mając na myśli Rosję piszę Sowiety. Aż do 1991 roku taka praktyka była w powszechnym użyciu. Oczywiście, nie jest ona całkowicie poprawna, niemniej gdybym miał stosować wyłącznie nieskazitelny, naukowy język, w ogóle nie mógłbym sformułować żadnej wypowiedzi, ponieważ w obszarze zagadnień, o których tu mówimy, precyzyjny i naukowy język nie istnieje. Tematyka polityczna zawsze dopuszczała stosowanie pewnych ogólnych terminów i skrótów myślowych, takich jak „demokracja” czy „wolność”. Zakłada się ogólnie, że wiemy jakie znaczenie kryje się pod tymi słowami. Tyle że ogólne założenia często bywają mylne. Przytoczmy przykładowe pytania: co to jest „demokracja”? Co to jest „wolność”? Nie ma precyzyjnej odpowiedzi, a ludzie próbujący odpowiedzieć na tak postawione pytanie popadają w niezgodę. Ktoś może także zapytać: co to jest totalitaryzm? I czym jest w tym kontekście Rosja – w jaki sposób w ogóle opisujemy kraj, władzę, rząd? Czy określamy rosyjski rząd jako „Kreml”? Ale przecież Kreml to tylko cytadela. Czy mówimy, za Władimirem Bukowskim, że Rosja jest rządzona przez KGB? A co w takim razie z rosyjską armią, ze Sztabem Generalnym, GRU, Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, z czerwoną mafią oraz tymi wszystkimi tajnymi, wszechmocnymi strukturami, które tworzą dzisiaj „podziemie” Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego? Znajdujemy całą orkiestrę, choć Bukowski skupia swoją uwagę na pierwszym skrzypku. Dezerter z KGB, Anatolij Golicyn, powiedział nam 25 lat temu, jakiego gatunku muzykę zamierza grać ta orkiestra. Powiedział nam jaką rolę zamierza odegrać dyrygent. Powiedział także, że celem dyrygenta jest komunizm. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Jeff Nyquist


Trójkątna konstelacja

Z Jeffem Nyquistem rozmawia Dariusz Rohnka

Część II

DR: Wróćmy do obecnego prezydenta Twojego kraju. Czy decyzja szwedzkich akademików ma szczególny związek z niedawnym wystąpieniem Obamy w onz, gdzie wyjawił swoją misję deatomizacji świata? Czy należy ją raczej rozpatrywać w szerszym kontekście?

JN: Pokojowa Nagroda Nobla została przyznana Obamie, ponieważ przyrzekł ogołocić Stany Zjednoczone z broni nuklearnych. Rzecz jasna, powinien był raczej otrzymać Nagrodę Stalina, ale dziś nie ma już takiej nagrody. Mamy Nagrodę Nobla. Natomiast co do szerszego kontekstu, to nadanie Obamie nagrody pokojowej miało na celu zachęcenie go do czynienia zasadniczych ustępstw wobec Moskwy. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Jeff Nyquist


Trójkątna konstelacja

Z Jeffem Nyquistem rozmawia Dariusz Rohnka

Część I

Dariusz Rohnka: Jeff, należysz do bardzo wąskiej grupy amerykańskich publicystów, którzy starają się zrozumieć wydarzenia z lat 1989-1991. Co, Twoim zdaniem, zadecydowało o tak powszechnej akceptacji oficjalnej wersji wydarzeń? Co spowodowało absolutny brak zainteresowania innymi interpretacjami?

Jeff Nyquist: Decydującym czynnikiem w powszechnym przyjęciu oficjalnej wersji „upadku komunizmu” był sukces odniesiony przez sowieckie służby specjalne w ich aktywnych operacjach na Zachodzie połączony ze stałym wzrostem popularności socjalistycznych idei w tych krajach.

Dlaczego zignorowano alternatywne interpretacje? Zachód jest uzależniony od komfortu, przywykły do pochlebiania arogancji, do obowiązkowego optymizmu gospodarczego i do błędnego przekonania, że tylko popularne reżymy mogą przetrwać. Zachód nie zdaje sobie sprawy, że dyktatura jest normą w historii ludzkości, a wolność wyjątkiem. Stąd wzięło się powszechne przekonanie, że zachodni styl życia musi zwyciężyć. Na domiar złego, na wieść o „upadku komunizmu”, konserwatyści chcieli przypisać sobie zwycięstwo, podczas gdy socjaliści ujrzeli nową szansę propagowania swych pomysłów bez piętna ZSRS. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Publikujemy poniżej (za wiedzą i zgodą wydawcy) fragment książki Votum separatum, zaadaptowany co nieco do potrzeb dyskusji toczącej się na naszej witrynie od jakiegoś czasu.

 Co sprawia, że komunizm jest tym, czym jest? Jest to niełatwy problem, zważywszy taktyczną ruchliwość komunistów i głośną reklamę ewolucjonistów. Spróbujmy zatem wyobrazić sobie, jaka zmiana sprawiłaby, że komunizm przestałby być sobą. Dokładnie w ten sposób, w jaki, chcąc dociec, co czyni stół stołem, wyobrażamy go sobie np. bez czterech nóg – i już wiemy, że cztery nogi nie stanowią o stole. 

Na początek śmiała hipoteza: istotą komunizmu są „socjalistyczne stosunki produkcji” czyli „społeczna własność środków”, centralne zarządzanie itd. Hipoteza taka musi być śmiała, bo pochodzi od większości sowietologów na świecie, a czyż można ich posądzić o nieśmiałość? A zatem czy decentralizacja zarządzania ekonomią, gospodarką rynkową lub po prostu: kapitalizm, to już destytucja komunizmu? „Nowa” polityka ekonomiczna Lenina, prywatna fabryka ołówków i piór Armanda Hammera za czasów Stalina, „kapitalizm parciany i krwiożerczy” późnych lat 80., czy wreszcie czarny rynek w sowietach albo elementy gospodarki rynkowej w chrl – czyżby rozłożyły komunizm? Obawiam się, że bolszewicy używają gospodarki tak, jak im się akurat podoba. Komunizm w pełnej symbiozie z mechanizmami rynkowymi jest niestety zupełnie wyobrażalny: ba, nie trzeba nawet fantazjować, wystarczy przyjrzeć się gospodarce krajów komunistycznych. (Ależ to doprawdy wielka szkoda! Byłby to uroczy sposób obalenia wroga ludzkości: produkcja i sprzedaż bubli, na rynku tak wygłodzonym, że wszystko pożre. Ja sam byłem kiedyś zdania, ze pędzenie bimbru jest działalnością antykomunistyczną. Szkoda bimbru, a jeszcze bardziej szkoda tej pięknej, śmiałej hipotezy.)  Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Michał Bąkowski


Smutno mi, Boże!

Moja nieudolność i alarmujący brak precyzji w wyrażaniu myśli napawają mnie rozpaczą. Jeżeli tak nadzwyczajnie przenikliwy czytelnik, jak pan Daniel Paczkowski, nie zdołał mnie zrozumieć nawet ze słownikiem języka polskiego w ręku, to muszę winy szukać w swoich niedostatkach. Może powinienem pisać w innym języku? Może w narzeczu ludów zamieszkujących rejon jezior wyschłych albo nizin wzniosłych? Ich wykuta w ciężkich warunkach bytowania mowa, łatwiej ujmuje sprzeczności, z jakimi borykać się przychodzi nieszczęsnej myśli ludzkiej, porażonej fenomenem komunizmu. I dlatego – smutno mi, Boże. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Daniel Paczkowski


Komunizm metodą?

Poniżej publikujemy artykuł Daniela Paczkowskiego napisany w odpowiedzi
na tekst polemiczny Michała Bąkowskiego. Zgodnie z dobrą
tradycją polskiego piśmiennictwa, pozostawiamy
tę wypowiedź bez wcześniejszego komentarza.

Redakcja

 

Pan Michał Bąkowski zaprosił mnie do polemiki z jego tekstami dotyczącymi istoty komunizmu.

Bardzo sobie cenię zaproszenie do opublikowania tekstu w witrynie zajmującej się problematyką twórczości Józefa Mackiewicza, gdzie znajduje się również szereg ciekawych tekstów politycznych, mimo tego, że trudno mi się często zgodzić z ich treścią. Ale do rzeczy. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Michał Bąkowski


Rosja czy sowiety?

Motto:

W rewolucji rzecz wcale nie idzie o Rosję – pluję na Rosję. Rosja jest tylko stadium w drodze do rewolucji światowej, do światowej władzy. Włodzimierz Iljicz Lenin

Kiedy międzynarodowa szajka opryszków zagarnęła władzę w Rosji na drodze przewrotu, który odtąd nazywany bywa górnolotnie „październikową rewolucją”, pierwszą ofiarą i największym wrogiem bolszewizmu była Rosja. Zarówno rosyjski naród, jak rosyjska kultura, były przedmiotem najbardziej brutalnych prześladowań. Zarówno rosyjska Cerkiew, jak wszelkie przejawy rosyjskiej państwowości, poddane były najokrutniejszym represjom. Wszystko to co rosyjskie było prześladowane, bolszewicy ufali bardziej obcokrajowcom niż Rosjanom. Bolszewiccy oprawcy podkreślali na każdym kroku zerwanie nie tylko państwowej ciągłości Rosji, ale każdej ciągłości: kulturalnej, prawnej, moralnej i obyczajowej. Wkrótce z krwawej łaźni wyłonił się kadłub sowieckiego potwora, a bolszewicka wierchuszka prędko przejęła zewnętrzne przejawy rosyjskiej państwowości (nie przestając ich dławić wewnętrznie), by wykorzystać je na arenie międzynarodowej jako narzędzie w swej polityce; polityce, której jedynym celem była i jest wszechświatowa rewolucja. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Dariusz Rohnka


Dość tej zabawy w eufemizmy

Na śmierć zdrajcy

Kilka tygodni temu zmarł jeden z dwóch, sprawujących swoje funkcje równolegle, Prezydentów Rzeczpospolitej Polskiej na Uchodźstwie, jedynej legalnej kontynuacji II RP, funkcjonującej w oparciu o zapis Konstytucji RP z 23 kwietnia 1935 roku. Śmierć ta przeszła bez echa, nie licząc kilku nekrologów oraz paru niewybrednych dowcipów pod adresem nieboszczyka. Prezydent S. nie cieszył się popularnością równą popularności jego politycznych rywali (licząc od roku 1972 było ich aż czterech), a zdecydowana większość peerelowskiego społeczeństwa nigdy o nim nawet nie słyszała. Jak do tego doszło, dlaczego to nie on, a jego polityczni przeciwnicy zdobyli uznanie emigracyjnych mediów i resztek politycznego establishmentu, w jaki sposób w ogóle doszło do bulwersującego w skutkach rozłamu z roku 1972, wszystkie te niezmiernie frapujące sprawy odkładam na bok. Znacznie bardziej ciekawa wydaje mi się inna kwestia: jak to się stało, że genialny zapis Konstytucji Kwietniowej, mówiący o przekazaniu najwyższego urzędu w państwie w przypadku wojny, w rzeczywistości zapewniający ciągłość instytucji państwowych w sytuacji braku terytorium, w efekcie poczynań obu stron został jakże haniebnie zmarnowany? Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Pisałem niedawno, że Aleksander Ścios jest jednym z najciekawszych autorów polskiej blogosfery. Zważywszy, iż uważam blogosferę za jedyną dostępną wolnym Polakom trybunę, z której można wypowiedzieć się na temat współczesnej sytuacji politycznej Polski, bez wchodzenia w kompromis z prlem, czuję się zobowiązany podejmować dyskusję z tymi nielicznymi głosami, które na taką dyskusję zasługują. Ścios jest jednym z takich głosów.

Jak wykładałem w poprzednim artykule, wiele w jego twórczości wydaje mi się niepodważalnie słusznym i wręcz bliskim stanowiska zajmowanego przez Wydawnictwo Podziemne. Nie trzeba iść śladami założyciela wybiórczej gazetki, nie trzeba być wyznawcą irenizmu, bo nie to jest ważne, co nas łączy, ale to co nas dzieli. Na tym należy skupić uwagę, temu poświęcić myśl i nad tym debatować. W polskiej blogosferze natomiast nie ma dyskusji, są tylko równoległe do siebie, nigdy się nieprzecinające, towarzystwa wzajemnej adoracji. Mniejsza jednak o adoratorów, wróćmy do Ściosa, bo on jest ciekawy. Mam wrażenie, że pan Aleksander – a to samo mniej więcej dałoby się powiedzieć także o Jerzym Targalskim (Józefie Darskim) bądź o autorze podpisującym się literkami FYM – nie stawia kropki nad ‘i’, zatrzymuje się przed wyciągnięciem wniosków, kiedy te wydają mu się zbyt już doprawdy ekstremalne. Zastanawiałem się nad przyczynami takiego stanu rzeczy i pewna uwaga wypowiedziana w innym kontekście przez mego towarzysza podziemnej niedoli nasunęła mi możliwe rozwiązanie zagadki. Otóż wszyscy trzej wymienieni powyżej autorzy zdają się „wychodzić z całkowicie mylnego założenia podmiotowości peerelu…”, jak to określił Dariusz Rohnka. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Opublikowany ostatnio cykl Aleksandra Ściosa pt. Antykomunizm – broń utracona [1] musiał mnie zainteresować. Wprawdzie wszędzie dziś pełno o antykomunizmie, wszyscy dziś są weteranami walki z komunistami, walczyli całe życie i nigdy się nie poddawali; ale kiedy mowa o antykomunizmie jako utraconej broni, to nawet ci w podziemiu muszą nastawić uszu. Aleksander Ścios jest z pewnością jednym z najciekawszych autorów polskiej blogosfery. Napisał np. ciekawy cykl, który już w tytule stawiał golicynowskie pytanie: „III Rzeczpospolita czy ‘trzecia faza’?” Z mojego punktu widzenia, bardziej adekwatna do opisu dzisiejszej rzeczywistości polskiej byłaby raczej forma twierdząca niż pytająca: „’trzecia faza’ czyli prl nr 2”, ale nie można mieć wszystkiego. Ścios pytał także „czy iiirp zaczęła się nad grobem księdza Popiełuszki?” – ależ oczywiście! Tylko jak można ją w takim razie uznać za III RP, tę prawdziwą i z wielkich liter? [2] Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Artykuł Jeffa Nyquista, którego przekład umieściliśmy kilka dni temu, dotknął interesującej sprawy „zaginionego” frachtowca o typowo maltańskiej nazwie Arctic Sea. Nyquist zajął się tą aferą marginalnie, by zademonstrować inherentną w sowieckim systemie dezinformację: każda wiadomość, zwłaszcza prawdziwa, jest wykorzystywana w subtelnej i złożonej grze agit-prop. Nyquist zostawił jednak na uboczu fakty, a tym zawsze warto się przyjrzeć, bo a nuż uda się wyciągnąć z potoku dezinformacji jakieś wnioski? Jeśli nawet nie na temat afery Arctic Sea, to choćby o sowieckim modus operandi. A więc do rzeczy.

Prawdziwy początek historii Arctic Sea miał miejsce w 1991 roku, kiedy w tureckiej stoczni spuszczony został na wodę sowiecki frachtowiec pod nazwą Ochockoje. Przechodził odtąd z rąk do rąk, pływał pod różnymi flagami, sowiecką, litewską, a nawet jamajską, ale najczęściej używał flagi maltańskiej. Od 2005 roku jest własnością spółki o nazwie „Arctic Sea Ltd.”, co jest starą sztuczką armatorów, żeby ograniczyć potencjalne straty do jednego statku. Właścicielem owej spółki jest fińska firma o nazwie Oy White Sea Ltd., prowadzona przez obywatela sowieckiego – o pardon, rosyjskiego – Wiktora Matwiejewa. Tenże Matwiejew jest też szefem firmy spedycyjnej, która organizuje ładunki dla Arctic Sea, a także właścicielem większości akcji w obu spółkach. [1] Cała załoga „fińskiego frachtowca pod maltańską flagą”, to rdzenni Rosjanie. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

16 sierpnia mogliśmy przeczytać w Pravda.info komentarz Władymira Filina, zdeklarowanego marksisty, byłego oficera gru z Kijowa, dobrze powiązanego ze strukturami kgb, ale rzekomo nastawionego przeciw Putinowi. Interesy Filina sięgają od pól makowych w Tadżykistanie do tartaków i hodowli kurczaków w Brazylii. Bywał oskarżany o handel narkotykami i bronią, ale także o konszachty z najemnikami gotowymi obalać rządy. Jest dyrektorem prywatnej firmy wywiadowczej pod nazwą „Daleki Zachód” i tak się składa, że musi dbać o swoją reputację w świecie polityczno-militarnych plotek.

Pewnie słyszeliście o frachtowcu Arctic Sea, pływającym pod maltańską flagą, który niedawno zniknął na Atlantyku, po czym został odnaleziony po sprzecznych raportach. Wedle Filina Arctic Sea miał na pokładzie cztery rakiety X-55, które załadowano w Kaliningradzie. Rakiety pozbawione były głowic, ponieważ głowice przesłano osobno na innym statku. Filin utrzymuje, że rakiety były dostosowane do przenoszenia sowieckich materiałów biochemicznych „przesłanych uprzednio z Rosji do Iranu drogą lotniczą”. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Paulus Diaconus, czyli Diakon Paweł, był benedyktyńskim mnichem z Monte Cassino. W VIII wieku po Chrystusie napisał słynną Historię Longobardów, bo sam – jak i oni – był barbarzyńcą, a jego germańskie imię brzmiało Warnefred. Historia ludów, które zniszczyły zachodnie cesarstwo i podbiły Italię, była jego własną historią, w przeciwieństwie do historii Rzymu, równie mu obcej, co historia Bizancjum jest obca dla Otomańskich Turków. Longobardowie byli niewielkim germańskim plemieniem Winnilów, których przerażeni ich wyglądem mieszkańcy Italii nazywali „długobrodymi”. Winnilowie podbili i osiedlili się w części północnych Włoch, która od nich przejęła nazwę Longobardii, co było jednak zbyt trudnym słowem dla prymitywnych barbarzyńców, więc uprościli je na Lombardię. To w Lombardii właśnie zrodzić się później miały pierwsze banki, coś im zatem zostało z ich barbarzyństwa (związek ten zachowała jeszcze dawna polszczyzna, ciut lepsza niż dzisiejsza: lombard znaczyło tyle, co instytucja kredytowa czy wręcz lichwiarska). Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Niezwykła i trudna jest historia Hmongów, nie dopisana do swojego końca, choć nie sposób ustalić czy dla ukrywających się laotańskiej dżungli niedobitków antykomunistycznej partyzantki to dobra czy zła wiadomość. Jest to zwyczajnie niewiarygodne, ale oddziały partyzanckie bitnego ludu Hmong, które nie złożyły broni na wieść o kapitulacji swojego amerykańskiego sojusznika w 1975 roku, wciąż – po 34 latach od tamtych wydarzeń – ukrywają się w dżungli i walczą o przetrwanie.

Nie jest to walka obliczona na zwycięstwo, raczej już tylko obrona przed fizyczną zagładą. Według ostatnich doniesień, a te napływają z kilkunasto- lub w najlepszym razie kilkumiesięczną częstotliwością, w dżungli pozostaje 5 060 bojowników Hmong (wraz z kobietami i z dziećmi). Nie mają nie tylko broni, ale także jedzenia, ubrań, medykamentów. Nie mają nadziei, ani wiary, że ich opór może przynieść jakikolwiek pozytywny skutek. Mają za to 12 telefonów satelitarnych, dar od troskliwych rodaków z Ameryki, dzięki którym mogą raportować niekiedy o swoich rozczarowaniach, niepowodzeniach i klęskach. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Dariusz Rohnka


Hmong znaczy wolny

Poniżej publikujemy fragment książki Dariusza Rohnka „Wielkie Arrangement”, poświęcony górskiemu ludowi Hmong, którego żołnierze mimo upływu ponad trzydziestu lat od zakończenia wojny wietnamskiej nadal walczą z laotańskimi komunistami. Uzupełnieniem tego tekstu jest artykuł „Antykomunistyczny terroryzm Hmongów”, opisujący bieżące, dramatyczne wydarzenia związane z Hmongami, zarówno w laotańskiej dżungli, jak też w Tajlandii i w Stanach Zjednoczonych.

 

Zapewne znikomy odsetek ludzi na całym świecie, a Amerykanów w szczególności, zdaje sobie sprawę z prawdziwego wymiaru wietnamskiej tragedii, pozostawienia na łasce komunizmu milionów ofiar. Zapewne jeszcze mniejszy odsetek ma świadomość faktu, że wietnamski koszmar, rozpamiętywany do znudzenia przez Hollywood i inne komunizujące media, nie skończył się wraz z wycofaniem ostatniego amerykańskiego żołnierza z Sajgonu, ale dla coraz mniej licznych antykomunistycznych żołnierzy walczących z totalitarną tyranią trwa nieprzerwanie od ponad 30 lat. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Zmarły niedawno głośny filozof, Leszek Kołakowski, wystąpił w 1971 roku w Kulturze z artykułem pt. Tezy o nadziei i beznadziejności. Tekst ów jest dziś uważany za inspirację dla ruchu Solidarności, pierwszy krok na drodze do okrągłego stołu i prapoczątek fenomenu zwanego dziwacznie „upadkiem komunizmu”. Kołakowski postulował, iż zorganizowane grupy społeczne mogą krok po kroku, pokojowo rozszerzać sfery obywatelskiej odpowiedzialności wewnątrz totalitarnego państwa, przy pomocy „presji cząstkowych i stopniowych, czynionych w perspektywie społecznego i narodowego wyzwolenia”. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Przybywszy do obozu Atylli w Roku Pańskim 448, rzymski dyplomata imieniem Priscus, został przywitany przez barbarzyńcę władającego piękną greką, pozbawioną akcentu. Priscus nie mógł uwierzyć własnym uszom. Wojownik wyglądał jak Hun, żył jak Hun i walczył ramię w ramię z Hunami.

Jego historia była prosta: urodził się w Grecji, przeniósł do Viminacium nad Dunajem, został kupcem i ożenił się bogato. Pewnego dnia barbarzyńcy zagarnęli przygraniczne ziemie, obrabowali miasto i rozpędzili mieszkańców, a jego wzięli do niewoli. On jednak nie upadł na duchu, pracował i walczył u boku Hunów, i wkrótce zaoszczędził dość, by wykupić się z niewoli, ożenił się ponownie, miał dzieci i zasiadał przy stole wodza. „Uważał swoje nowe życie wśród Hunów… za lepsze niż dawny żywot wśród Rzymian”, pisał Priscus. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Nie wiadomo dokładnie, kiedy miało miejsce owo spotkanie, ani nawet gdzie. Pomiędzy grudniem 1942 i grudniem 1943 roku spotkali się dwaj agenci. Jeden miał kryptonim Eryk, a drugi Glan. Spotkanie odbyło się najprawdopodobniej w Londynie, choć być może w Cambridge. Zaaranżowała je Edyta Tudor-Hart, de domo Suschitzky, austriacka żona brytyjskiego komunisty i wzięty fotograf. Ta sama Edyta Tudor-Hart, która poleciła gpu młodego absolwenta uniwersytetu w Cambridge Kima Philby. Ale do komórki szpiegowskiej, której Philby był głównym ogniwem, wrócę za chwilę, teraz zajmijmy się tylko Erykiem i Glanem. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Co się dzieje w Iranie? Tłumy manifestujące przeciwko sfałszowanym wynikom wyborów, przeciwko prezydenturze Ahmadinedżada, a nawet przeciw, nietykalnym dotąd, rządom szyickiego kleru. Jeden z najbardziej represyjnych reżymów na świecie pozwala, ni stąd ni zowąd, na demonstracje – czy czegoś nam to nie przypomina?

Mahmud Ahmadinedżad miał wygrać wybory prezydenckie w cuglach, gdyż po pierwsze, nikt tych wyborów nie monitoruje, po drugie, prezydent nie ma rzeczywistej władzy, i wreszcie po trzecie, kandydaci musieli być zaaprobowani przez Radę Nadzorczą, której członkowie są nominowani przez najwyższego przywódcę – czy też raczej: Najwyższego Przywódcę – ajatollacha Chamenei. Rada pozwoliła stanąć do wyborów, czy też nakazała, zależnie od punktu widzenia, czterem kandydatom: Mehdi Karrubi, Mohsenowi Rezai, Hosejnowi Musawiemu i prezydentowi Ahmadinedżadowi. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Smarkateria pokłóciła się na temat jakiegoś prlowskiego serialu. Jeden drugiemu nawyzywał, a potem się przestraszył i poprosił mnie, starca, żebym interweniował. Jeden niedorostek uważa się za „antykomunistę”, a drugi nawet za „Ostatecznego Łowcę Komuchów” („komuchów”, nie „koniuchów”). Zbyt stary ze mnie chrzan, żeby się w takie rzeczy wdawać. Odmówiłem więc bez przykrości, bo ani mnie ziębią, ani grzeją, spory między młodzikami, a spory o prlowską produkcję telewizyjną, mogłyby się równie dobrze odbywać na księżycu, jeśli chodzi o moją skromną, starczą i chrzanową osobę, której zastały reumatyzm nie pozwala nachylać się nad żywiołkami drobniejszego płazu. Odmówiwszy, zapytałem grzecznie na pożegnanie, o jaki film poszło… O, ja naiwny! Dziecko, a nie żaden stary chrzan. Zęby zjadłem na prlowskiej formie i prlowskiej treści – albo raczej „zębym zjadł”, jak to mawiał Bezzębny do Rzeźniczomordego w nieśmiertelnym sporze o Formę – a tu masz, taki placek. Przecież wiem doskonale, jak to działa: najpierw zadynda coś na niteczce, błyśnie tylko na chwilutek, człowiek – zwłaszcza taki stary chrzan jak ja – ma się na baczności, obserwuje z dala – ho ho! mnie się tak łatwo nie da wciągnąć! – ale ani mrugniesz, a już cię mają. Złapany, omotany, wciągnięty jak w bagno, schwytany w pułapkę i zbałamucony. Okazało się, że młódź pokłóciła się o serial pt. Stawka większa niż życie. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Czytelnik naszej strony, podpisujący się pankakaokoniecpolski, uprzejmie zachęcił mnie do przeczytania recenzji Jacka Trznadla z filmu Wajdy o Katyniu. Pan Kakao Koniecpolski nazwał ten tekst „mackiewiczowskim”. Miałem dotąd raczej wyrobione stanowisko w kwestii poglądów Jacka Trznadla, zwłaszcza gdy chodzi o Józefa Mackiewicza. Nie podobają mi się jego metody polemiczne, a jego „aparat naukowy” wydaje mi się komiczny. Jego dotychczasowe wypowiedzi na temat Mackiewicza plasowały go w moich oczach wśród „bandy czterech”, owej grupy publicystów, którzy ograniczają się do bezustannych grubiańskich napaści na jedynego prawowitego wydawcę dzieł pisarza. Ale przecież tylko krowa nie zmienia zdania! Być może antymackiewiczowski dotąd Jacek Trznadel przerodził się w znawcę? Każdy może się zmienić, każdy może przejrzeć, nawet ja. Zabrałem się zatem za lekturę artykułu pod obiecującym tytułem „Film Andrzeja Wajdy Katyń. Między fikcją a kiczem”. [1]

Piszę „obiecującym”, ponieważ film Wajdy wydał mi się przeraźliwie słaby. Katyń jest niestety typowym dla tego reżysera przykładem operowania schematami, symbolami i uproszczeniami, ale tym razem bez najmniejszej pretensji do uniwersalizmu, który czasami nadawał wcześniejszym jego filmom jakąś głębię. Historyczne absurdy połączone z patriotyczną sztampą rzeczywiście umieszczają film Wajdy gdzieś pomiędzy kiczem a fikcją. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Mahmud Ahmadinedżad, prezydent rewolucyjnego Iranu, wygłosił 20 kwietnia tego roku w Genewie przemówienie poświęcone rasizmowi. Zdawałoby się, nic wielkiego. Bolszewicy zawsze używali forum narodów zjednoczonych i wszelkich możliwych międzynarodowych jaczejek dla celów agitacji i propagandy. Zaczęło się to wszystko od konferencji w Genui w 1922 roku, kiedy po raz pierwszy zaproszono sowieckiego reprezentanta do udziału w międzynarodowej debacie. Raj krat reprezentował wówczas Gieorgij Wasiliewicz Cziczerin, wyrafinowany poliglota, wielbiciel muzyki klasycznej i najautentyczniejszy arystokrata.

W dzisiejszych czasach, gdy jesteśmy przyzwyczajeni, że wrogów nie bije się po głowie, ale z nimi rozmawia na szczycie albo przy okrągłym stole, układanie się z bolszewikami w Genui i pobliskim Rapallo może wydawać się naturalnym, ale wtedy żyli jeszcze prawdziwi konserwatyści, i dla nich rozmowy ze zbrodniarzami były nad wyraz szokujące. Oddajmy głos naocznemu świadkowi tamtej konferencji: Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Mackiewicz i Golicyn, Łoś i Zybertowicz – a może Jerzy Urban?

Zostało udowodnione ponad wszelką wątpliwość, że tzw. „przemiany ustrojowe” we wschodnioeuropejskich demoludach i w sowietach były inspirowane przez kgb i przeprowadzone przez tajne policje, nie będę więc przytaczał dokumentów ani anegdotycznych dowodów, skoro nawet zwolennicy teorii „upadku komunizmu” przyjmują – aczkolwiek niechętnie – czekistowską proweniencję metamorfozy zapoczątkowanej rzekomo w ubeckiej willi w Magdalence. prl, a za nim także pozostałe bolszewickie twory, przepoczwarzył się z niezgrabnej larwy epoki Solidarności w pozornie martwą poczwarkę stanu wojennego, by wreszcie wylągł się z niej motyl prlu bis – o pardon! – Trzeciej Rzeczpospolitej, tego najlepszego z prlów. Jak to się stało, opisano wielokrotnie i nikt przy zdrowych zmysłach nie kwestionuje zasadniczych faktów. Spory dotyczą raczej interpretacji. (Oczywiście nie mam tu na myśli „interpretacji” w rodzaju: „społeczeństwo w osobach Michnika i Mazowieckiego wywarło nacisk na władzę”, bo to nie jest żadna interpretacja, tylko propaganda.) Po pierwsze, nie ma zgody co do intencji kagebistów: w jakim celu zapoczątkowali tak trudną i dziwną operację? Po drugie, różne są wykładnie wyników operacji. Dla ogromnej większości interpretatorów, analityków, publicystów, polityków i historyków, ba! dla przytłaczającej większości ludzi na świecie, w latach 1989-91 komunizm upadł. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu



Language

Nowe książki Wydawnictwa Podziemnego, już w sprzedaży:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Książki Wydawnictwa Podziemnego

Zamów tutaj:



J.R. Nyquist
Koń trojański
 
Dariusz Rohnka
Wielkie arrangement

Dariusz Rohnka
Fatalna Fikcja