III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?



Drogi Panie Michale,

proszę wybaczyć, ale nie jestem w stanie odpowiedzieć dokładnie na te pytania, ponieważ za mało wiem, a nie zamierzam czerpać wiedzy o świecie z tak rzetelnych źródeł jak TVP, BBC, CNN czy inne reżimowe gadzinówki. Wielokrotnie i od kilkunastu lat pisałem o tym, jakie są plany „elit” i póki co z przykrością stwierdzam, że miałem rację, dlatego mój kolejny tekst o tym samym nie ma sensu. Niech sobie ludzie wierzą w oficjalne narracje, w smoki i baby jagi, niech cieszą się swoimi paszportami szczepionkowymi dającymi im nieśmiertelność i wolność małpy w zoo. Po co im prawda, tym bardziej, że za chwilę będą mieli Metaverse. Dlatego w dużym skrócie: najbardziej prawdopodobna wydaje mi się wersja, że konflikt na Ukrainie jest projektem teatralnym – w stylu rzekomej pandemii kataru i zbawiennych szczepionek – wcześniej uzgodnionym pomiędzy państwami zachodnimi a Rosją i jej zapleczem ekonomiczno-militarnym, czyli Chinami. Jest to potrzebne, by czymś zająć głupi lud w czasie, gdy system monetarny świata leży, demografia wygląda fatalnie, gospodarka przechodzi apogeum kryzysu ciągnącego się od jesieni 2007, skompromitowany stary hegemon z przywódcą w pieluchomajtkach już nie daje sobie rady z niczym, nawet z dodrukiem papierków, nowy hegemon właśnie się budzi, narracja kowidowa się wyczerpuje, a krzywą oczekiwań ludności należy nadal obniżać, podobnie jak średnie trwanie życia, by zmniejszyć dług, więcej nakraść, wprowadzać jakiś kretyński, nieracjonalny zielony ład i komunizm z utęsknionym dochodem gwarantowanym (ten dochód tylko dla zaszczepionych, rzecz jasna). Widoczne osłabienie siły oddziaływania retoryki pandemicznej oraz budzący się do dziecinnych, na razie pokojowych protestów mieszkańcy państw żartobliwie zwanych demokratycznymi, zmusiło „elity” globalne do postawienia na konflikt kinetyczny. Pozwoli to na uporządkowanie i przegrupowanie sił, by ze zdwojoną energią dalej można było tumanić i tak kompletnie zidiociałe i rozmiękczone społeczeństwa Zachodu. Za kilka lat trzeba będzie poświęcić Tajwan, a może Polskę. I tak to potrwa najbliższą dekadę, aż do wprowadzenia założeń Wielkiego Resetu, ujętych w znanym dziele Klausa Schwaba. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

1. Od wielu tygodni trwały demonstracyjne przygotowania sowieckiej Rosji do inwazji na równie sowiecką Ukrainę. Przygotowania w żadnym razie nie były kamuflowane. Komunistyczny prezydent Xi prosił jedynie Putina o niezakłócanie igrzysk; przywódca sowieckich liberałów Żirinowski jeszcze w grudniu zapowiadał: „wejdziemy do was 22 lutego”. Jak interpretować tę niewątpliwą „teatralność” wojennych przygotowań?

Jakaś teatralność właśnie. Nic innego kupy się nie trzyma. Same koncentrowanie wojsk miało stanowić kartę, którą się nie zagrywa, a jedynie pokazuje przeciwnikowi. Karta raz zagrana, zagrana powtórnie być nie może, natomiast atut, o którym poinformuje się przeciwnika, ale go nie użyjemy, w pewien przewrotny sposób może być używana permanentnie, jak ten wciąż i wciąż wiszący miecz Damoklesa. Tak jak napisałem w dyskusji gdzie indziej, do samego ataku dojść nie miało, a tu z niewiadomych powodów petarda ćwiczebno-pokazowa jebnęła Putinowi w rękach. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

1. Od wielu tygodni trwały demonstracyjne przygotowania sowieckiej Rosji do inwazji na równie sowiecką Ukrainę. Przygotowania w żadnym razie nie były kamuflowane. Komunistyczny prezydent Xi prosił jedynie Putina o niezakłócanie igrzysk; przywódca sowieckich liberałów Żirinowski jeszcze w grudniu zapowiadał: „wejdziemy do was 22 lutego”. Jak interpretować tę niewątpliwą „teatralność” wojennych przygotowań?

W obecnej sytuacji próba oceny wydarzeń na Ukrainie będzie obarczona znacznym ryzykiem błędu. Mgła wojny, jak mawiają niektórzy komentatorzy, a właściwie mgła sowieckiej dezinformacji zaciera prawdziwy obraz i prowokuje do snucia mniej lub bardziej prawdopodobnych teorii. Poniższe nie będzie więc analizą, a tylko przymiarką do uporządkowania treści, które docierają z terenów objętych działaniami Kremla.

Ostentacja przygotowań do wojny wydawała mi się sposobem zademonstrowania przez Putina całkowitej niemocy politycznej, militarnej i moralnej szeroko rozumianego Zachodu. Niezdolność konsolidacji i spójnego działania NATO i EU wobec gromadzenia sowieckich sił wzdłuż granicy z Ukrainą była przez ostatnie dwa miesiące kompromitująca dla tych organizacji i już samo to mogło być celem Putina. Podziały wzdłuż indywidualnych interesów zostały ukazane w jaskrawym świetle. Rozłam pomiędzy USA i Niemcami w obliczu potencjalnego konfliktu z ChRL pokazał słabość, a wręcz faktyczny rozpad NATO. Manewr kremlowskich decydentów wydawał się ostatecznym zamknięciem nepowskiej operacji zapoczątkowanej przez Gorbaczowa w połowie lat 80-tych. Koniec z „odwilżą”, koniec z farsą „upadku” komunizmu, koniec z grą pozorów, teraz nastąpi powrót do dawnej polityki w stylu stalinowskim. Moment takiej zmiany wydaje się idealnie dobrany. Rozkład i degeneracja cywilizacji zachodniej prowokuje do lekkiego pchnięcia tej zdewastowanej konstrukcji i obserwacji ostatecznej destrukcji. Ale do osiągnięcia tych celów operacja militarna w skali obserwowanej obecnie na Ukrainie wydaje się strzelaniem z działa do muchy. W świetle powyższych, hipotetycznych zamiarów, jest to manewr zupełnie niezrozumiały. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Midmoor


Odpowiedź na Ankietę ukrainną

1. Od wielu tygodni trwały demonstracyjne przygotowania sowieckiej Rosji do inwazji na równie sowiecką Ukrainę. Przygotowania w żadnym razie nie były kamuflowane. Komunistyczny prezydent Xi prosił jedynie Putina o niezakłócanie igrzysk; przywódca sowieckich liberałów Żirinowski jeszcze w grudniu zapowiadał: „wejdziemy do was 22 lutego”. Jak interpretować tę niewątpliwą „teatralność” wojennych przygotowań?

Teatralność jest u Zełeńskiego tragicznego aktora, choć podobno komedianta. Putin wyraźnie powiedział, że Rosja nie ma gdzie się cofać przed naporem NATO. Trudno, by nie rozumiał, co się święci obserwując dywersję Zachodu w Syrii, na Białorusi i w Kazachstanie nie mówiąc o wcześniejszych rosyjskich doświadczeniach z partyzantką na Kaukazie i z Gruzją. Już w 2008 r. wyraźnie powiedział, że Rosja nie zgodzi się na członkostwo Gruzji i Ukrainy w NATO. Trudno by Putin nie zareagował w obliczu ludobójstwa Rosjan w Donbasie i Ługańsku. Nie mógł puścić mimo uszu przechwałek Zełeńskiego w Monachium, gdzie komik mówił o ukraińskiej broni atomowej. Do inwazji doszło dlatego, że Zachód nie chciał dać Rosji gwarancji bezpieczeństwa wykluczając członkostwo Ukrainy w NATO, aranżując de facto członkostwo tylnymi drzwiami i łamiąc swoje wcześniejsze zobowiązania w sprawie nierozszerzania NATO. Innymi słowy Ameryka pracowała nad tym, by inwazję sprowokować wyobrażając sobie, że Ukraina będzie dla Rosji czymś w rodzaju Wietnamu, albo nowego Afganistanu. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Moim zdaniem, teatralność fazy poprzedzającej wkroczenie wojsk sowieckich na demobolszewicką Ukrainę w oczywisty sposób miała na celu sprawdzenie i „urobienie” Zachodu do przyszłych wydarzeń i określenie stopnia możliwości jego zaangażowania się. Jeszcze podczas niej wyraziłem zdanie, że celem może być „akcja porządkująca” ukraińską demokraturę na wzór operacji gruzińskiej z 2008 roku czy tej sprzed sześciu lat, dopuszczając też możliwość „polowania na jelenia z ponętną łanią”. Wobec aktualnych wydarzeń skłaniam się za tą drugą opcją, co przebieg wydarzeń wydaje mi się potwierdzać. Docierające informacje świadczą o tym, że sowieci do „inwazji” nie wysłali jednostek bojowych tylko ćwiczebne i jeszcze nie wyszkolone, ze świeżego poboru. Jednak nie są to wg mnie „ćwiczenia z użyciem ostrej amunicji” jak stwierdził wcześniej jeden z dyskutantów. Jest to „rozpoznanie bojem” i „przygotowanie teatru działań”. Jedność ukraińskiej armii jest demonstracyjna (choć podobno na froncie krymskim doszło do jej załamania; ze względu na powszechny brak informacji o położeniu i ruchach wojsk trudno cokolwiek potwierdzić). Powód narodzenia się idei tej „inwazji” był moim zdaniem ten sam co w latach 1990-99 w Jugosławii: wciągnąć Zachód w rozgrywkę na swoim terenie, związać jego (zasadniczo polityczne) siły i maksymalnie je osłabić, aby go ostatecznie pokonać w przyszłości, którą to fazę może rozpocząć „deputinizacja”. Wydarzenia po „inwazji” pokażą, czy celem jest tylko Europa. W moim mniemaniu „inwazja” jest właśnie wstępem do „deputinizacji”. Poznawszy dobrze słabość ofiary i jej anatomię, zgromadziwszy i zabezpieczywszy kapitał (obszczak), oplatając ją swoją siecią, wspólnie z komunistami chińskimi, sowieci wydają się być gotowi do uderzenia w fundamenty Zachodu. Uważam, że czekistowska ekipa zdecydowała się na ten krok, osiągnąwszy już to, do czego została wyznaczona. Sowieci mogliby kontynuować swoją dotychczasową taktykę bez ponoszenia znaczniejszych kosztów, ale postanowili przyspieszyć wydarzenia, zapewne uznając, że sytuacja już dojrzała do bardziej zdecydowanego „przechylenia talerza”. Inscenizacja zdaje mi się być wzorowana na hiszpańskiej „wojnie domowej”. Oprócz dostaw broni z Zachodu i z „demoludów”, które odgrywają w wydarzeniach wiodącą rolę, powstają już „brygady międzynarodowe”. Można oczekiwać, masowych demonstracji pokojowych na świecie itp. Dzisiejsza integracja Zachodu nie oznacza integracji prawicy, quasi-prawicy, czy „demokratów”. Oznacza integrację przede wszystkim bolszewików i pro-bolszewików. Gdy na Kremlu zmieni się ekipa na „gołębi”, co mogą uwiarygodnić „dysydenci” w rodzaju Nawalnego, integracja polityczna rządów Zachodu pęknie jak bańka mydlana. Taki jest moim zdaniem cel dzisiejszych działań wojennych i cel dalekosiężny: przez integrację Zachodu do jego dezintegracji. Cel wynikający logicznie z zastosowania „nowej metodologii” Golicyna.



Prześlij znajomemu
Redakcja


Ankieta ukrainna

Nie pierwszy raz w historii bolszewizmu mamy do czynienia ze zjawiskami, które umykają racjonalnej interpretacji, a ich rzeczywistego znaczenia nie potrafimy pojąć ad hoc. Bywa, że nie przestają być nigdy dyskusyjne. Dlaczego w latach 60. XX wieku (w tym samym czasie, gdy triumfalnie zapowiadano przyjście komunistycznego ustroju) zezwolono w związku sowieckim na oficjalny druk antysowieckiej literatury (casus Sołżenicyn). Z jakich przyczyn pozwalano na opozycyjną działalność ludzi o niekiedy bardzo głośnych nazwiskach (Sacharow). Dlaczego preparowano „dowody” (Kukliński), jakoby związek sowiecki planował zbrojną inwazję na szczerze socjalistyczny peerel, skoro samo powstanie ruchu solidarności było komunistyczną prowokacją? Podobnych zagadnień i pytań można by formułować wiele, a każde z nich może być przedmiotem zażartej dyskusji. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Redakcja


Olavo tem Razão

Odmawiaj modlitwę Św. Tomasza z Akwinu o dar mądrości. Pojmij, że
twoje intelektualne życie jest oddaniem się Bogu. Poszukujesz prawdy –
to nie jest ani aktywność zawodowa ani uniwersytecka kariera.

Olavo de Carvalho

O śmierci brazylijskiego filozofa dowiedzieliśmy się od Andrzeja Dajewskiego, z komentarza. Andrzej pisał o miałkości antykomunizmu, przywołując dla uplastycznienia myśli obrazek „paru łupinek na morzu”, wymieniając kilka nazwisk, wśród nich zmarłego w styczniu tego roku Olavo de Carvalho. Akurat to nazwisko nie pasuje do kontekstu. Pośród antykomunistycznych szyprów przeciekających łajb, de Carvalho winien uchodzić za admirała. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Przylepiło się do Józefa Mackiewicza – pisał Kazimierz Zamorski, opisując machinacje, mające zdyskredytować autora Kontry. Fraza „przylepiło się” doskonale określa wszystkich, którzy w związku z twórczością pisarza, chcieliby osiągnąć osobiste cele. Przez ostatnie 30 lat pojawiło się wiele inicjatyw tego rodzaju: od prób „wygładzania” kanciastych tez politycznych; poprzez zawłaszczanie praw autorskich; aż po pomysły wykorzystania antykomunizmu Mackiewicza dla celów „państwowotwórczych”. Osobliwym przejawem tej ostatniej aktywności jest uchwała, ogłaszająca rok 2022 rokiem Józefa Mackiewicza. Jej wykładnię zaprezentował z mównicy G. Braun:

Szczęść Boże wszystkim antykomunistom jak Józef Mackiewicz. […] Czytajcie go, a doczytacie się, że być może sam śp. Józef Mackiewicz nie byłby zadowolony z tego, że w ogóle nad taką uchwałą procedujemy. Tak jak za PRL-u surowo przestrzegał przed przyzwalaniem na publikację jego książek w formie, być może, ocenzurowanej, selektywnej w kraju, tak też czczenie jego pamięci przez ten ciągle jeszcze na poły post-PRL-owski Sejm, Sejm Rzeczypospolitej trzeciej i pół, mógłby uznać wręcz za zniewagę. […]

Mimo wszystko moment jest dość wzruszający i przełomowy, jeśli dochodzi do procedowania nad tą uchwałą w atmosferze, jak widzę, koncyliacyjnej, ogólnej niekontrowersyjności tej postaci, chociaż gdyby, powtarzam, była wam lepiej znana jego twórczość, pewnie chcielibyście go wyświęcić z tej sali i z życia publicznego Rzeczypospolitej, tak jak chciał to uczynić Adam Michnik, w swoim czasie nominując Mackiewicza na zoologicznego antykomunistę. Jednak jest jakiś postęp w przyrodzie. Dzięki temu, że tu, w Sejmie, to nazwisko i imię pada, jeszcze parę osób o nim usłyszy. Jest to gorzkie zwycięstwo zza grobu Józefa Mackiewicza, zaprawione dodatkową goryczą przez ten pokaz hipokryzji, który tutaj po raz kolejny jest dawany.

Trudno, doprawdy, podzielać „wzruszenie” p. Brauna. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Ukraina czy Nowa Jałta?

Ukraina, wbrew swej nazwie, nie jest „ziemią u kraju”.  Nie jest wschodnim kresem Polski, ani południowymi kresami Rosji.  Nie jest wschodnim pobrzeżem Austrii, ani zachodnią rubieżą bezbrzeżnych stepów Azji.  Przed wiekami, nad Dnieprem i Dniestrem (podobnie jak nad Wołgą i Donem), obecna była cała mozaika ludów, potęga Chazarów, a obok, skłóceni ze sobą, Pieczyngowie, Madziarowie, Bułgarzy i wreszcie Słowianie.  Handlem zajmowali się Arabowie z Kalifatu, Bizantyjczycy i nordyccy Rusowie; i tylko ci ostatni łączyli daleką północ z odległym południem, nic więc dziwnego, że byli predestynowani do objęcia władzy na tych ogromnych terytoriach.  Ich sieć handlowa, ich warowne twierdze nad rzekami, stały się podstawą państwowości ruskiej.  Holmgarðr, Horodyszcze, obronny fort, który przerodził się w Wielikij Nowgorod, był stacją w ich parciu na południe.  Powstawały kolejne warownie – Sursdalar (Suzdal), Smaleskja (Smoleńsk), Radstofa (Rostow), Gniezdowo (gdzie zatrzymywały się transporty więźniów do Katynia), aż wreszcie opanowali najważniejszy punkt w podróży na południe – Kijów.  Potem Helgi zamordował Haskuldra (Askold i Dir) i przeszedł do historii jako Oleg Mądry, ponieważ zabezpieczył drogę do Konstantynopola i do Bagdadu.  Jego następcy, Ingvarr (Igor), Sveinald (Światosław), Voldamarr (Władymir), Iarisleif (Jarosław) i Vissivald (Wsiewołod) umocnili Ruś Kijowską, jako jedno z najpotężniejszych państw Europy.  Wszystkie domy panujące, skoligacone były z kijowskimi książętami. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Trump Towers

Wielokrotnie napotykaliśmy w tych rozważaniach te same nazwiska, te same nazwy firm, w rozmaitych miejscach globu, w różnych czasach i kontekstach, na pozór nie mających nic wspólnego ze sobą.  Trudno uwierzyć, że stoi za tym wszystkim jakaś zorganizowana klika, ale równie niewiarygodne, że młody Czygiryński, sowiecki emigrant do Hiszpanii, spotyka się z tuzami zachodniego kapitalizmu; równie mało prawdopodobne, że Sater, nowojorski opryszek, trafia prosto z amerykańskiej ciupy do „rosyjskich elit” w Moskwie (mimo że wyemigrował z sowietów przeszło 20 lat wcześniej, jako dziecko bandyty), po czym usłużnie podsuwa CIA numery telefonów bin-Ladena.  Ci sami ludzie, którzy współdziałali w stworzeniu obszczaka i czarnej forsy na Zachodzie w latach 70. i 80., pojawiają się ponownie, gdy te środki mają być użyte.  Ich dzieci i wnuki także pracują dla tych samych celów.  Czyżby międzynarodowy spisek?  Czy raczej, wbrew mniemaniom niektórych, komunizm nigdy nie upadł i oglądamy jego kolejne, sprawniejsze wcielenie?  Inkarnację o wiele niebezpieczniejszą, bo wyposażoną w środki materialne, których brakło Leninowi, Stalinowi i Mao. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Dariusz Rohnka


Paradoks Międzymorza

Oto wszystkie narody, zagrożone w swym istnieniu przez Niemcy i bolszewików jednocześnie, jak Finowie, Estończycy, Łotysze, Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Słowacy, Rumuni, że już nie wymienię Węgrów i Bułgarów, uznali za wroga bardziej niebezpiecznego, za wroga śmiertelnego nr 1 – bolszewików.

Tak definiował tytułowy paradoks Józef Mackiewicz w tekście „O Międzymorzu”.

Rację ma, rzecz jasna, Michał Bąkowski, stwierdzając że w przypadku Finlandii wskazany przez Mackiewicza paradoks, sprowadzający się do definicji wroga nr 1, nie mógł zadziałać z końcem 1939 roku, a to z tej prostej przyczyny, że ówczesne Niemcy zajmowały, w swojej polityce zagranicznej, stanowisko  prosowieckie (zresztą jak najbardziej logiczne i zgodne z istotą kultywowanej ideologii narodowego socjalizmu). Trudno także zaprzeczyć arystokratycznemu pochodzeniu marszałka Mannerheima, co jednakowoż w niczym nie podważa tezy o chłopskim „pochodzeniu” fińskiej państwowości, która wyzbyła się kulturowego patronatu szwedzkiej szlachty (była państwem dwujęzycznym, z dwujęzycznymi banknotami, nazwami ulic etc.), jako jedyny kraj w tej części europy zachowując w latach poprzedzających wojnę demokratyczny charakter. Także teza o „chłopskim” pochodzeniu antykomunizmu Finów wydaje się dobrze osadzona w politycznych realiach. Tak się bowiem składa, że Finlandia była pierwszym krajem na świecie, w którym komunistyczne zagrożenie (na niemal dekadę przed wybuchem wojny) spotkało się z mocnym, zdecydowanym odporem prostych chłopów. Niezwykłe to zjawisko opisywał  Mackiewicz w artykule zatytułowanym „Finlandia na drodze do dyktatury”:

Niespodziewanie w pewnej miejscowości chłopskiej powstaje coś w rodzaju faszyzmu, ktoś w rodzaju Mussoliniego, powstaje masowy ruch chłopski, ogarniający dziś nieomal kraj cały, skierowany zarówno przeciwko parlamentowi, jak władzy wykonawczej, i 12 tys. kmiotków fińskich maszeruje do stolicy. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Everything free in America

Co się dzieje w Ameryce?  „Kraj ludzi wolnych”znalazł się w kleszczach rewolucyjnej hałastry.  Uniwersytety zamarły w obcęgach policji myśli.  Aktorzy są usuwani z obsady filmu, bo ośmielili się poprzeć Trumpa.  Dziennikarze tracą pracę, gdy wypowiedzą niepopularne opinie.  Zostają usunięci nie przez autokratycznych redaktorów, którzy w swej naiwności nie mieliby zapewne nic przeciwko różnorodności opinii, ale w odpowiedzi na żądania współpracowników, oburzonych ich nieprawomyślnością.  Czy jesteśmy bardzo oddaleni od spektaklu, w którym sowieckie załogi fabryczne wystosowywały listy z potępieniem powieści Pasternaka, której nikt nie mógł czytać, bo była zakazana? Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Dlaczego właściwie nikt nigdzie nie dyskutuje poglądów Józefa Mackiewicza?  On sam był polemistą par excellence, więc o co chodzi?  Wypowiadane przez niego opinie odstają od powszechnego w Polsce typu myślenia, który on sam nazwał polrealizmem.  Dokonał druzgocącej krytyki wszystkich świętych polskiej narodowej kapliczki, od Piłsudskiego i AK do Wyszyńskiego i Papieża.  Dlaczego więc nikt nie podejmuje dyskusji?  Powstają wciąż jakieś wprowadzenia i propedeutyki, ale nikt nie zajmuje się treścią jego publicystyki.  Cykl Darka Rohnka na temat koncepcji politycznych Mackiewicza przed i podczas drugiej wojny, wydawałby się klasycznym punktem wyjścia do dyskusji.  Panuje kompletna cisza.  Ani mru mru.  Mnie trudno byłoby podjąć debatę z Darkiem, ponieważ w większości się zgadzam z tezami jego cyklu.  Skoro jednak nikt inny dyskutować nie będzie, to ja podejmę pewien wątek wyrażony w ostatnim odcinku cyklu. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

I dopiero tylko druga okupacja sowiecka wydobyła spontaniczny odruch prawdziwego pobratymstwa. W roku 1945, po raz pierwszy od niepamiętnych lat, Litwini i Polacy stanęli ramię przy ramieniu w obliczu wspólnego wroga. Niestety, z jednej i drugiej strony była to tylko garstka. Niedobitki w lasach.
Józef Mackiewicz

[Zmieniona wersja ostatniego akapitu artykułu „O Międzymorzu”, opublikowanego pierwotnie w czasopiśmie Lwów i Wilno, 23 listopada 1947 roku, nr 49. Poprawki zostały zapisane ręką Barbary Toporskiej, pod dyktando autora, zapewne w roku 1983.]

Okres okupacji niemieckiej Wilna przeżył Mackiewicz w podwileńskim Czarnym Borze. Żył w nędzy, rzadko odwiedzając miasto. W tym czasie napisał dwie książki, kilka artykułów, udzielił jednego wywiadu. Nie był związany z żadną organizacją podziemną, choć wiadomo, że utrzymywał z jej przedstawicielami kontakty. Można się domyślać, że w jakimś przynajmniej zakresie próbował kontynuować swoją działalność; uczestniczył w dyskusjach politycznych; starał się utrzymywać kontakty z działaczami litewskimi i białoruskimi.

Informacje są mgliste. Nie potrafimy np. ustalić z całkowitą pewnością, czy w tym czasie zapadł na Mackiewicza wyrok podziemnego sądu kapturowego, czy też owa pogłoska jest efektem znacznie późniejszych grzesznych życzeń jego zaprzysięgłych wrogów. Powieściowe aluzje podpowiadają często więcej, aniżeli wspomnienia czy teksty publicystyczne. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu
Dariusz Rohnka


Dociekania

W swoim wcześniejszym teście napisałem, że w marcu 1939 roku świat stawał na krawędzi katastrofy (z Polską w domniemanym epicentrum chaosu) i że powinno to być oczywiste dla pilnych obserwatorów sceny politycznej (było dla nielicznych). Brzydzący się irenizmem Michał Bąkowski postanowił zakwestionować tę, dość oczywistą, supozycję. Wedle niego było dokładnie przeciwnie. Nie tylko nie zdawano sobie sprawy z rozmiarów nadchodzącej tragedii, ale witano perspektywę wojny z Hitlerem w nastroju tryskającego szczęściem entuzjazmu. Raczył przy okazji zakwestionować wiarygodność zacytowanej przeze mnie zbeletryzowanej relacji: rzecz pisana była po latach (ćwierć wieku po wybuchu wojny), w dodatku to powieść, nie pamiętnik.

Istotnie, to tylko powieść, a zatem wypowiedzi głównego bohatera, Irteńskiego, oraz jego relacji ze spotkania ze Stanisławem Mackiewiczem, nie mamy prawa traktować na prawach pamiętnika. A jednak trudno pozbyć się wrażenia, że podsunięty przeze mnie czytelnikowi przed oczy fragment, jeśli nawet nie jest ścisłym zapisem nastrojów i rozmów, oddaje ich ducha. Sam Józef Mackiewicz, wyczulony w swoich ocenach na wszelkie lapsusy i historyczne fałszerstwa, potraktował drugi tom zbeletryzowanych wspomnień Pawlikowskiego z najwyższym uznaniem, zgłaszając książkę do nagrody literackiej „Wiadomości” na pierwszym miejscu, uznając że nagroda należy mu się m.in. za „śmiały dotyk pewnych drażliwych problemów”. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Nie pałką go, to kijem

W poprzedniej części zająłem się krytyką struktury, strategii, instytucji, prawodawstwa, ekonomii i administracji niuni europejskiej.  Mamy za sobą ów szczęsny dzień, kiedy Wielka Brytania zdołała wyrwać się z eurokołchozu.  Czy wszakże, odurzony sukcesem zdrowego rozsądku, nie lekceważę głębi sowieckiej penetracji w świeżo uwolnionym Zjednoczonym Królestwie?  Czyżbym nie dostrzegał przemian zachodzących w brytyjskim społeczeństwie i w strukturach państwowych?  Przemian, które określić można tylko strasznym mianem – dobrowolnej sowietyzacji.  Jeżeli czytelnik ma takie wrażenie, to nie może być bardziej odległy od prawdy: nie lekceważę i dostrzegam.  Referendum i odejście od niuni zdają mi się raczej służyć jako listek figowy, przesłaniający powagę problemu.  Odszedłszy bowiem ze struktur eurozwiązku, za co wznosić należy modły dziękczynne, rząd brytyjski zastąpił brukselskie superpaństwo swoim własnym, westminsterskim Lewiatanem.  Dyktaty brukselskie zamieniono na dekrety rządu, zamiast szczegółowych europejskich dyrektyw mamy rozporządzenia z Whitehall, np. czy wolno obejmować osoby trzecie (wraz z pomocnymi instrukcjami, w jaki dokładnie sposób należy to czynić), albo czy wolno mieć stosunki seksualne z osobą nie zamieszkującą pod tym samym dachem (odpowiedź w pewnym momencie w roku 2020 brzmiała: owszem wolno, ale tylko w ogrodzie i w ciągu dnia; wyjątek stanowić mogło wyłącznie uprawianie nierządu, ponieważ prostytutki zachowały prawo wejścia pod cudzy dach w celach zarobkowych). Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Znakomity cykl Darka Rohnka zbliża się już do dramatycznej konkluzji.  W ostatnio opublikowanej części IX, autor zajął się miesiącami poprzedzającymi wybuch II wojny.  Ze zwykłą sobie dociekliwością, Darek zastanawia się nad „widmem nadciągającej wojny”.  Wyznać jednak muszę, że trudno mi przyjąć niektóre jego twierdzenia, gdyż wydają mi się opierać na oczytaniu i ogromnej erudycji historycznej autora, której nie mogli posiadać ówcześni publicyści, pozbawieni mądrości 80-letniej perspektywy.  Należy podkreślić z całą powagą, że patrzenie na owe czasy poprzez okulary naszej wyższości, naszej niezachwianej pewności, wedle której „powinno być oczywiste dla wszystkich uważnych obserwatorów sceny politycznej”, że świat stał na skraju katastrofy (choć miało to być oczywiste tylko „dla nielicznych”) – jest anachronizmem (nie w sensie „przestarzałości”, ale w znaczeniu „poza własnym czasem”).  „Jest coś w ludzkiej naturze,” pisze Darek, „co nakazuje negować najgorsze scenariusze przyszłości.”  Tak, to coś nazywa się zdrowym rozsądkiem, bo tylko w wyjątkowych wypadkach najgorszy scenariusz się spełnia.  Gdyby ludzkość nie negowała najgorszego scenariusza, to nigdy nie wyszłaby z jaskini.  Równie dobrze można by jednak powiedzieć, że jest coś w ludzkiej naturze, co każe przykładać większą wagę do najgorszych scenariuszy.  Niedocenianie negatywnych możliwości nazywa się bezbożnym optymizmem, a przecenianie ich – skrajnym pesymizmem.  Ani negowanie scenariuszy, ani przypisywanie im nadmiernej wagi, nie jest wszakże oznaką skutecznego i trafnego przewidywania.  Scenariusze rozwoju wydarzeń są zaledwie możliwościami.  Formułujemy je, ponieważ nie wiemy, jak sytuacja rozwinie się w przyszłości.  Historia puka do rozmaitych drzwi, i tylko niektóre się otwierają.  W rozważaniach na temat przyszłego biegu wypadków, bierzemy te możliwości pod uwagę, przypisując każdej z nich różny stopień prawdopodobieństwa.  Byłoby szaleństwem, uznać tylko jedną z nich za realistyczną, ponieważ się spełniła; byłoby niesprawiedliwością ośmieszać każdego, kto odrzucił, jako mało realistyczny, scenariusz, który miał nieszczęście wypełnić się co do joty. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Nikt nie chce, ale nikt palcem nie ruszy. Ani stojąc, ani nie stojąc.
Każdy liczy na pomoc drugiego. Nikt nikomu nie będzie pomagał.

Włodzimierz Popławski
Wypowiedź cytowana przez Józefa Mackiewicza: Śmierć Włodzimierza Popławskiego, w tomie: Wielkie tabu i drobne fałszerstwa.

W marcu 1939 roku świat chwiał się na krawędzi kolejnej wielkiej wojny. Po zajęciu Czechosłowacji, anszlusie Kłajpedy, po wystosowaniu, tym razem już oficjalnie, żądań pod adresem Polski przez nazistowskie Niemcy, powinno to być oczywiste dla wszystkich uważnych obserwatorów sceny politycznej – było dla nielicznych. Jest coś w ludzkiej naturze, co nakazuje negować najgorsze scenariusze przyszłości. Ciekawy trop do poznania tego zjawiska znaleźć można we wspomnieniach świadka epoki, Michała K. Pawlikowskiego:

Ostatnie pół roku było tak obfite w zdarzenia osobiste, że o polityce, zwłaszcza o wielkiej polityce, nie miał czasu myśleć. Toteż pamiętnego poranka marcowego, gdy mu pan Raczkiewicz oznajmił przy rannym raporcie o zajęciu przez Niemców Czechosłowacji, doznał prawdziwego wstrząsu. Tego poranka zakończył się okres pomorskiego błogostanu. Nerwowość otoczenia i jemu się udzieliła. Dotąd obojętnie przechodził przez Bydgoskie Przedmieście obok konsulatu niemieckiego i ledwie rzucał okiem na swastykę. Teraz nagle ta swastyka nabrała złowrogiej symboliki. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Pisarz polski z wielonarodowej ojczyzny, której już nie ma.

Barbara Toporska

W lipcu 1930 roku w Kownie hucznie obchodzono 520 rocznicę bitwy pod Grunwaldem. „Zapomniano jednak” – jak ironicznie zauważał Józef Mackiewicz w artykule „Dziesiąta rocznica pewnego traktatu” – obejść znacznie młodsze wydarzenie, mianowicie okrągłą rocznicę traktatu zawartego przez niepodległą republikę Litwy z sowietami. Tymczasem w sowieckim Mińsku uroczyście obchodzono identyczną, 10-tą rocznicę wyzwolenia, ale nie Litwy, a zachodniej Białorusi. Dlaczego? Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Specyalnie pod adresem waszym, bracia moi, Litwini,
wyznaję wiarę moją, że bez wolnej Polski nie będzie wolnej Litwy.
Tej wiary nauczył mnie bohater Litwy Mickiewicz.
Polska dla mnie, Litwina, jest drugą ojczyzną…

Józef Albin Herbaczewski, Głos bólu, Kraków 1912

Józef Mackiewicz nie mógł wyrzec się wspólnoty losu łączącej go z kowieńskimi adwersarzami. Wspólnoty dzielonej także z postacią bardzo szczególną, Litwinem zakochanym w polskiej kulturze i historii, nieco zdziwaczałym emisariuszem obu stron, z opiniami którego liczono się niekiedy, nierzadko ignorowano, wyśmiewano; błąkającym się po świecie nie tyle w poszukiwaniu tożsamości, co najwłaściwszego miejsca dla siebie i swojej pracy. Tym szczególnym człowiekiem był Józef Albin Herbaczewski. Józef Mackiewicz rozmawiał z Profesorem przygodnie, gdy ten podróżując z Kowna do Krakowa (na uroczystości związane ze sprowadzeniem prochów Słowackiego do kraju), odwiedził Wilno. Herbaczewski był akurat wówczas w dobrych stosunkach z nowym (powstałym w wyniku grudniowego zamachu stanu z 1926 roku) rządem kowieńskim i mógł dysponować informacjami z pierwszej ręki. Zapytany o faktyczne plany litewskich polityków, o to czy rząd kowieński „zamierza zerwać z utartym, maniackim, oklepanym kursem polityki zagranicznej”, odpowiedział twierdząco. Voldemaras postanowił wyemancypować się spod wpływów obcych. To „nie lada” polityk, spośród działających w Kownie „najroztropniejszy”, dobry dyplomata. W stosunku do Polski – mówił Herbaczewski – nieprzejednane stanowisko stopniowo ulega rewizji. Problem nawiązania stosunków gospodarczych jest rozważany na serio. Jeżeli w rozmowach pominięta zostanie sprawa Wilna, istnieje możliwość osiągnięcia porozumienia. Czy możliwe, że Herbaczewski był kimś w rodzaju wysłannika, mającego zaprezentować stanowisko nowego rządu? Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Część II

WYDAWNICTWO PODZIEMNE: JR Nyquist zasugerował, że można swobodnie propagować komunizm w Stanach, pod warunkiem, że robi się to pod innym szyldem.  Nasuwa mi się przykład z Pana publikacji.  Rich Nagin przepadł w wyborach jako komunista, ale był bardzo skuteczny w organizowaniu politycznych kampanii dla innych, np. dla Johna Kerry.  Czy słowo „komunizm” zawiera w sobie jakieś zakazane skojarzenia w Ameryce?  Jeżeli tak, to czy jest tak nadal w świecie Alexandrii Ocasio-Cortez i Rashidy Tlaib?

TREVOR LOUDON: Komunizm to wciąż słowo tabu wśród amerykańskiej lewicy, ale już nie dla prawicy.

Lewica nienawidzi tego słowa z powodu piętna Związku Sowieckiego, Czerwonych Chin, Kuby, Wenezueli itd.  Nawet Komunistyczna Partia USA, która popiera zarówno Pekin, jak i Moskwę, była bliska zmiany nazwy kilka lat temu. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Część I

WYDAWNICTWO PODZIEMNE: Antykomunizm jest stanem ducha, jedynym konstruktywnym stanowiskiem dla przyzwoitego człowieka w dzisiejszych czasach.  „Jeżeli nie jesteś aktywnym antykomunistą, to mijasz się z sednem współczesnego świata”, jak Pan to określił.  Gdy tyle różnych ideologii współzawodniczy o uwagę człowieka, w miarę łatwo zmącić naszą władzę rozumowania, łatwo zatracić zdrowy rozsądek i poczucie przyzwoitości.  Wszyscy potrzebujemy jakiejś busoli, potrzeba nam gruntu pod nogami.  Znaleźliśmy taki grunt w pisarstwie Józefa Mackiewicza.  Jaka była Pańska droga do antykomunizmu?

TREVOR LOUDON: Moja droga do antykomunizmu zaczęła się od mego nauczyciela ekonomii.  Jako nastolatek, byłem typowym nowozelandzkim socjalistą.  Zdecydowanie po lewej stronie.  Tymczasem on nauczał o wolnym rynku, który jest lepszym szlakiem do dobrobytu niż państwowy socjalizm.

Potem czytałem autorów takich jak Ayn Rand (choć odrzuciłem jej wojujący ateizm), Bastiat, Leonard Reed, Ludwig von Mises itp.  Byłem już wówczas antysocjalistą, ale brakło mi głębszego zrozumienia ruchu komunistycznego.  Sądzę, że jest to częsta słabość wśród wielu ludzi interesu i zwolenników wolnego rynku.  Uważają, że komunizm jest jedynie systemem gospodarczym, który może zostać pokonany przy pomocy bardziej skutecznej ekonomii politycznej. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Dobrze się dzieje w państwie podziemnym, skoro uznaliśmy, że nic ważniejszego do czynienia nie mamy, jak tylko zgłębianie tajemnicy pewnego artykułu Józefa Mackiewicza, sprzed niemal stu lat. Gdy wokół sromota pomieszana z głupotą, że aż zęby bolą od wlewających się mimowolnie w uszy zgrzytów wszędobylskich absurdów, my wpatrujemy się w skromny, choć fascynujący, artefakt przeszłości.

Niby co lepszego robić? Zastanawiać się na definicją odwiecznej instytucji małżeństwa? Rozważać kwestię, wiele znaczy życie Murzyna, gdy przykazanie nakazuje kochać każdego bliźniego? Albo też pochylać się nad problemem, czy istota frymarcząca swoim ciałem ćwierć, albo i pół wieku temu, ma stosowny tytuł, aby domagać się zadośćuczynienia za swoją grzeszność? A może dociekać przyczyny, dla której zgraja ideologicznych sodomitów usiłuje zawłaszczyć tęczę, biblijny symbol Bożego miłosierdzia?

Łuk mój położę na obłokach i będzie znakiem przymierza między mną a między ziemią.

I wielomaż innymi, równie nonsensownymi kwestiami, podsuniętymi pod debatę światu przez sprytny bolszewizm? W żadnym razie. Z bolszewikami się nie dyskutuje, można do nich jedynie strzelać. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Darek Rohnka poruszył w swoim arcyciekawym cyklu, zaskakujący problem wywołany przez artykuł Józefa Mackiewicza sprzed prawie stu lat.  Oto 28 stycznia 1926 roku ukazała się w Słowie korespondencja sygnowana „m.”, pt. „Przed kowieńskiemi wyborami” z podtytułem „(Od specjalnego wysłannika Słowa), Kowno, 24 stycznia”.  Następnego dnia opublikowana została kolejna korespondencja z adnotacją: „Ryga, 27 stycznia”.  Darek nawiązał do mojego wstępu do bibliografii, który znalazł się w pierwszym wydaniu Nudis verbis, z roku 2003; wstępu pisanego grubo ponad 20 lat temu.  Pisałem wówczas: Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu

Pytam więc… pewnego pracownika na niwie artystycznej,
wilnianina jak się patrzy, z krwi i kości i wymowy:
„Gdzieżeś pan tak długo przepadał?”
– „Jak to, pan myślał, że wiecznie będę w Wilnie siedział?!”
– Trzeba było widzieć jego dumne i chmurne spojrzenie, oburzenie,
ten rzut głowy w tył, wzgardliwy wzrok.

Ech! ty, parsiuczak drobnieńki!
Cóż ty ryjku jeden myślisz, że Wilno nigdy się nie dźwignie!

Józef Mackiewicz, „Verba veritatis”.

Gdy z okazji otwarcia nowego mostu kolejowego w Grodnie, jako jeden z licznych dziennikarzy, zaproszony został przez organizatorów tego uroczystego zdarzenia, obok innych błąkających się po głowie podczas nocnej podróży myśli, jego „świadomość” „ulatywała” „w stronę pobliskiej granicy litewskiej, rozważając możliwość napadu na pociąg”. Sytuacja w 1923 roku, w chwili pisania tego felietonu (podobnie jak w kilku kolejnych latach), wciąż daleka była od stabilności, ale młody wileński dziennikarz musiał zdawać sobie sprawę, że maleńka Litwa kowieńska nie stanowi realnego zagrożenia ani pod względem politycznym, ani – tym bardziej – militarnym. Jeśli śnił o potencjalnym napadzie z tamtej strony, była to zapewne reminiscencja nieprzyjemnego incydentu z niedawnej przeszłości. Sama delegacja była okazją do spędzenia czasu w miłym towarzystwie. Grodno, które najbardziej przypominało Wilno, nie ustępowało temu ostatniemu malowniczością. Wracał do niego podczas licznych reporterskich podróży, z subtelnym sentymentem, pełnym historycznych asocjacji i osobistych wspomnień:

Jest 22 stopnie powyżej zera i to w cieniu drzew, nawet w zielonych jarach, które przecinają Grodno, robią z niego miasto liściaste, a dokąd obywatele wylewają pomyje. Nawet pod licznymi mostami, gdzie zwykli spać ongiś pijani robotnicy, a dziś bezrobotni. Po pryncypalnej ulicy Dominikańskiej płyną dwie mizerne niteczki rynsztoków, mienią się barwami tęczy w słońcu, ale jest gorąco, że grożą wyschnięciem. Niemen też płynie cicho i wąsko. Najpiękniejsze ze wszystkich schodów w Polsce, spadają ku rzece białe jak marmur. Nad nimi wiadukt bramy zamkowej łączy dwie epoki minione, potęgę i upadek, dwa zamki królewskie, stary Batorego z nowym Stanisława Augusta. Nad Niemnem… Nad Niemnem stoi grupa białostockich Ezofowiczów, przybyła na rowerach i robi zdjęcie grupowe. Zdjęcie wypadnie pięknie, kontrastowo, na tle groźnych ruin litewskich czasów. Czytaj więcej ->



Prześlij znajomemu



Language

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej!.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.