Trójkątna konstelacja
Z Jeffem Nyquistem rozmawia Dariusz Rohnka
Część I
Dariusz Rohnka: Jeff, należysz do bardzo wąskiej grupy amerykańskich publicystów, którzy starają się zrozumieć wydarzenia z lat 1989-1991. Co, Twoim zdaniem, zadecydowało o tak powszechnej akceptacji oficjalnej wersji wydarzeń? Co spowodowało absolutny brak zainteresowania innymi interpretacjami?
Jeff Nyquist: Decydującym czynnikiem w powszechnym przyjęciu oficjalnej wersji „upadku komunizmu” był sukces odniesiony przez sowieckie służby specjalne w ich aktywnych operacjach na Zachodzie połączony ze stałym wzrostem popularności socjalistycznych idei w tych krajach.
Dlaczego zignorowano alternatywne interpretacje? Zachód jest uzależniony od komfortu, przywykły do pochlebiania arogancji, do obowiązkowego optymizmu gospodarczego i do błędnego przekonania, że tylko popularne reżymy mogą przetrwać. Zachód nie zdaje sobie sprawy, że dyktatura jest normą w historii ludzkości, a wolność wyjątkiem. Stąd wzięło się powszechne przekonanie, że zachodni styl życia musi zwyciężyć. Na domiar złego, na wieść o „upadku komunizmu”, konserwatyści chcieli przypisać sobie zwycięstwo, podczas gdy socjaliści ujrzeli nową szansę propagowania swych pomysłów bez piętna ZSRS.
DR: Mit o upadku komunizmu przetrwał w postaci niemal nienaruszonej ostatnie 20 lat. W powszechnej percepcji nie tylko wymazaniu uległ komunizm jako czynnik polityczny, zatarciu uległo również pojęcie sowieckiego wroga. Jego miejsce zajęły państwa z tzw. „osi zła” oraz islamski terroryzm, a ich związki z Moskwą czy Pekinem, w przeszłości i obecnie, nie są brane pod uwagę. Jakie mogą być praktyczne konsekwencje tak skutecznie i długotrwale utrzymywanej dezinformacji?
JN: Sowiecka strategia weszła w fazę dywersji w 1989 roku. Przede wszystkim, odebrali Zachodowi pojęcie wroga przez usunięcie słowa „sowiecki”. Następnie we wrześniu 2001 roku udało im się zainstalować nowego wroga – al Kaidę. Przyjęcie tej strategii z sowieckiej strony ma dwie praktyczne konsekwencje: Amerykanie jednostronnie demontują swój arsenał nuklearny, a jednocześnie są zaangażowani w Iraku i Afganistanie, co z kolei oznacza, że nie mogą przeciwdziałać wojennym przygotowaniom nowego bloku militarnego Moskwy.
DR: Przyjęta u progu lat 60., długofalowa strategia autorstwa Mironowa i Szelepina, której celem ostatecznym jest światowe zwycięstwo komunizm, była przez dziesięciolecia bardzo starannie przygotowywana. Na wschodzie organizowano demokratyczną opozycję, która w przyszłości miała, jak się okazało, przejąć „demokratyczne” rządy; w zachodniej Europie organizowano partie komunistyczne nowego eurokomunistycznego typu, których działalność w przymierzu z partiami socjaldemokratycznymi zaowocowała po latach bolszewicką UE. Czy wybór Baracka Obamy może być interpretowany jako element tej samej długofalowej strategii w Stanach Zjednoczonych?
JN: Wybór Baracka Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych oznacza koniec amerykańskiej republiki jako ostoi przeciw socjalizmowi, a także koniec ochrony wolnego świata przez amerykański parasol nuklearny. Barack Obama rozpoczął swą karierę polityczną w salonie niesławnego amerykańskiego terrorysty i komunisty, imieniem Bill Ayers. To właśnie w domu Ayersa, w 1995 roku, Alice Palmer przedstawiła zebranym Obamę, jako człowieka, który przejmie jej stołek w Senacie stanu Illinois, gdy ona sama kandydować miała do Kongresu. Ideologia pani Palmer, może być oceniona na podstawie jej entuzjastycznych sprawozdań z XXVII zjazdu komunistycznej partii Związku Sowieckiego. Obama wyraźnie wywodzi się ze skrzydła partii Demokratycznej, które od lat zdominowane jest przez komunistów. Rzeczywiście, można o nim powiedzieć, że jest amerykańskim odpowiednikiem eurokomunisty.
DR: Wspomniałeś nazwisko Billa Ayersa, który nie jest szeroko znany poza granicami Stanów Zjednoczonych. Jak jest możliwe, żeby człowiek o podobnych przekonaniach mógł odgrywać tak znaczącą rolę we współczesnej polityce amerykańskiej? Czy możesz tę kwestię rozjaśnić?
JN: Ayers nie odgrywa znaczącej roli, między innymi dlatego, że prezydent Obama publicznie zdystansował się od niego z powodów politycznie oczywistych, co jest cyniczną kalkulacją dla zmylenia publiczności. W rzeczywistości, Ayers pozostaje sprzymierzeńcem i mentorem Obamy od wielu lat. Chodzą słuchy, że to on napisał pierwszą książkę Obamy. Nawet najmniejsze podejrzenie o takie związki powinno było zdyskwalifikować kandydaturę Obamy na prezydenta. Nie zaprzecza on wcale, że bywał u Ayersa w domu, ani że został wybrany na następcę Alice Palmer. Nie ma żadnych wątpliwości co do komunistycznej proweniencji Ayersa i Palmer, ale większość Amerykanów w dzisiejszych czasach nie rozumie, co to jest komunizm. Co więcej, okres silnego antykomunizmu w Ameryce jest postponowany w publicystyce, w telewizji i w popularnych filmach. Okres ten określany jest mianem „McCartyzmu”, co ma być synonimem niesprawiedliwości i paranoi. Oczywiście nie brak głosów wskazujących, że związki pomiędzy byłym terrorystą z Weather Underground, Billem Ayersem, i Barackiem Obamą niosą poważne zagrożenia, ale tylko mniejszość jest tym zaniepokojona. Większość tymczasem, nie zwraca na te związki żadnej uwagi. Większość poddana została indoktrynacji i uważa mówienie o komunistach w rządzie za niewiarygodne; zresztą nawet gdyby to była prawda, to nie byłby wcale taki zły obrót spraw w ich mniemaniu.
DR: Optymiści wskazaliby, że republika amerykańska miała już wcześniej socjalistycznych prezydentów i przetrwała. Co Twoim zdaniem sprawia, że Obama jest znacząco gorszy niż F.D Roosevelt, J.F Kennedy czy, ów najsłynniejszy producent fistaszków, Jimmy Carter?
JN: Określanie Roosevelta, Kennedy’ego czy Cartera mianem socjalistów nie wydaje mi się słuszne. Roosevelt flirtował z socjalizmem, ale sam socjalistą nie był. Jimmy Carter był manipulowany przez socjalistów w swojej partii, ale jego antysowieckie poczynania w reakcji na inwazję Afganistanu były ostrzejsze niż akcje podjęte później przez prezydenta Reagana (np. embargo zbożowe i bojkot olimpiady w Moskwie w 1980 roku). Kennedy był zdecydowanym antykomunistą, jego socjalistyczne pretensje były niczym więcej niż polityczną pozą. Niebezpieczeństwem u tych polityków była ich uległość wobec lewicy, mieszanie tradycyjnego przesłania z ustępstwami wobec socjalizmu. Przypadek Obamy jest zupełnie odmienny. Mamy tu do czynienia z człowiekiem wychowanym przez prawdziwych komunistów, jak na przykład mentor jego wczesnych lat, Frank Marshall Davis albo Bill Ayers. Obama jest inny niż wszyscy jego poprzednicy i jest wiele powodów, żeby przypuszczać, że nienawidzi amerykańskiego systemu wolnorynkowego.
DR: Jako autor Origins of the Fourth World War wychodzisz z założenia o nieuchronności wybuchu kolejnej wojny światowej. Twierdzisz, że wojna jest istotnym i stałym elementem ludzkiej historii. W tej interpretacji konflikt pomiędzy Związkiem Sowieckim i Chinami z jednej strony oraz Stanami Zjednoczonymi z drugiej, jest nie tylko nieuchronny, ale rozegrany zostanie z całą pewnością na polu bitwy. Czy jesteś przekonany, że jest to jedyny możliwy przebieg wydarzeń, czy można dopuszczać jeszcze inne scenariusze?
JN: Wewnętrzna dynamika trójkątnej konstelacji – Rosji, Chin i Stanów Zjednoczonych –sprawia, że sojusz Rosji i Chin jest koniecznością. Rzecz jasna, kraje te są tylko doraźnymi aliantami, ponieważ wszelkie przymierza są tymczasowe. Elementy składowe tego sojuszu mogą być przedstawione pokrótce w następujący sposób: po pierwsze, Syberia i pustynne obszary Centralnej Azji są naturalną barierą pomiędzy obydwoma krajami. Jest zupełnie oczywiste, że nawet gdyby Chiny pokonały Rosję, to co najwyżej zawładnęłyby Syberią. Ilu Chińczyków może zasiedlić Syberię? Jeśli chodzi o zasoby ropy naftowej i gazu w Centralnej Azji, to taniej jest je kupić, niż wziąć siłą od nuklearnego supermocarstwa. Rosyjska pozycja na Dalekim Wschodzie uzależniona jest od przyszłego statusu Japonii i Korei (w tej chwili nadal pod ochroną amerykańskiego parasola). I tutaj pojawia się najbardziej decydujący czynnik: Stany Zjednoczone. Gdyby Chiny zaatakowały Rosję, Stany Zjednoczone bez wątpienia udzieliłyby pomocy Rosji i ukarały Chiny. Gdyby Rosja zaatakowała Chiny, Stany Zjednoczone wspomogłyby Chiny i ukarały Rosję. Taki jest dobrze znany szablon amerykańskiej polityki zagranicznej. Gdyby Chiny chciały podbić całą Rosję, to musiałyby najpierw unieszkodliwić Amerykę. Taką naukę wyciągnęły państwa dyktatorskie z analizy drugiej wojny światowej. Zrozumiały, że Ameryka nie pozwoli agresywnej potędze zdominować Europy albo Azji.
Potrzeba podminowania amerykańskiej gospodarki i polityki wewnętrznej, jest kluczowym aspektem sowieckiej i chińskiej strategii od czasu śmierci Stalina. Rosyjscy i chińscy przywódcy nadal pragną obalenia amerykańskiej potęgi, ale czynią to dziś przy pomocy subtelnej kampanii osłabiania dolara albo poprzez wspomaganie antyamerykańskich dyktatorów i tzw. ruchów wyzwoleńczych na całym świecie. Zasadnicze znaczenie ma jednak fakt, że Rosja i Chiny nie mogą cieszyć się dominacją nad całą Europą i Azją, dopóki nie upadną Stany Zjednoczone. Rosyjscy i chińscy stratedzy mają pełną jasność w tym względzie, rozumieją to doskonale. Rozłam chińsko-sowiecki był użyty przez Chińczyków dla przełamania zachodniej polityki izolacji Chin oraz dla zdobycia statusu najwyższego uprzywilejowania w handlu z Ameryką. Była to w istocie polityka penetracji, zmierzająca do wyrządzenia Ameryce szkód gospodarczych. I tak też się stało.
DR: Czy oznacza to, że nie spodziewasz się, iż Kreml i chińskie politbiuro będą kontynuowały szaradę chińsko-sowieckiego rozłamu dla dalszego wprowadzania w błąd Zachodu? Czy oczekujesz „prawdziwego” konfliktu między Pekinem i Moskwą czy tylko konfliktu na pokaz, dla wydobycia dalszych ustępstw?
JN: Chińsko-sowiecki rozłam zakończył się dawno temu. W 2001 roku Rosjanie i Chińczycy podpisali układ o przyjaźni. Autentyczny konflikt między tymi dwoma krajami jest możliwy tylko w wypadku usunięcia z międzynarodowej sceny Ameryki, jako poważnej siły politycznej.
DR: Przyjmując teorię o nieuchronnym konflikcie zbrojnym, warto rozważyć kwestię potencjału militarnego obu stron, choć nasza wiedza na ten temat może się w praktyce okazać iluzoryczna. Jak Ci się zatem wydaje, czy w chwili obecnej Stany Zjednoczone dysponują wystarczającym potencjałem potrzebnym do odparcia ewentualnego ataku, a jeśli tak, czy ten stan rzeczy da się utrzymać?
JN: Teoria nieuchronnego konfliktu zbrojnego nie jest wcale teorią, zbrojny konflikt jest zawsze nieunikniony. Jak by to brzmiało, gdybym mówił o „teorii”, że wszyscy ludzie są śmiertelni, albo „teorii”, że Ziemia będzie się nadal obracać wokół swojej osi? To nie są teorie. Filozof może rozważać subtelności, ale każdy rozsądny człowiek wie, że ci co byli przed nami, umarli, a ci, co nastąpią po nas, też umrą; że Ziemia będzie się nadal kręcić na swojej osi. Co więcej, wiemy, że historia jest akcentowana wojnami pomiędzy największymi potęgami: między Atenami i Spartą, między Rzymem i Kartaginą, między chrześcijaństwem i islamem itd. Jeśli chcesz wiedzieć, kto będzie walczył, spójrz na główne mocarstwa.
Strategiczna sytuacja najważniejszych państw jest dziś zupełnie jasna: żeby podzielić świat pomiędzy sobą, Rosja i Chiny muszą zniszczyć amerykańską potęgę. Jeżeli dyktatury nie osiągną tego wstępnego celu, to nie przetrwają. Ostatecznie demokracja i wymogi normalnego życia zwyciężą, a to właśnie reprezentuje Ameryka w dzisiejszym świecie. Amerykanom wydawało się dotąd, że zdrowy rozsądek ludzkości wystarczy, by rozpoznać wyższość gospodarki wolnorynkowej i wolnych wyborów. Niestety, poleganie tylko na „zdrowym rozsądku”, było wielkim błędem. Dyktatury przeszły na bardziej misterne działania wywrotowe. Wiedzą, że zdrowy rozsądek łatwo jest zmącić. Ich cele nie będą osiągnięte przez niespodziewany atak nuklearny na Stany Zjednoczone. Po dziesięcioleciach psychologicznej wojny, w ostatnich czasach Ameryka była poddana ciśnieniu kulturowemu, duchowemu i politycznemu, po to by w końcu dać się rozbroić przy pomocy zakłamanej dyplomacją. Nie wolno zapominać także o rosnącym anty-amerykanizmie wewnątrz samej Ameryki. Dodajmy do tego wojnę ekonomiczną w postaci chińskiej polityki handlowej oraz rosyjskiej manipulacji cenami ropy naftowej i gazu (poprzez swych podwładnych na Bliskim Wschodzie i nie tylko). Trzeba jeszcze pamiętać o technice „szarego terroru”, opisanej przez Wiktora Suworowa w książce pt. Specnaz i rozwiniętej przez Aleksandra Litwinienkę (który wskazał na Aymana al-Zawahari jako wieloletniego agenta KGB). Rosjanie i Chińczycy przeniknęli amerykańskie banki, organizacje przestępcze i cały system polityczny. Trucizna dotarła wszędzie i nikt nie zna skutecznego antidotum. Tysiące operacji KGB-GRU przeciw Stanom Zjednoczonym miały ten skutek, że są dziś małe szanse, żeby amerykański parasol nuklearny pozostał nadal rozpostarty. Stany rozbrajają się w zdecydowany sposób. Oczywiście nie jest wykluczone, że podjęte będą próby zatrzymania procesu jednostronnego rozbrojenia, ale tego rodzaju opozycja stawia nas wobec faktu, że Ameryka jest podzielona na nieświadomą frakcję sowiecką i zamroczoną frakcję patriotyczną. Na wojnie domowej pomiędzy tymi ugrupowaniami skorzystać mogą wyłącznie Rosjanie i Chińczycy.
DR: Czy nie jest możliwe, zważywszy gospodarczą słabość rozwiniętych krajów i gotowość Zachodu do jednostronnego rozbrojenia, że sowieckie cele zostaną osiągnięte bez uciekania się do zbrojnego konfliktu na światową skalę?
JN: Możliwe, ale mało prawdopodobne. Warunkiem koniecznym zwycięstwa Moskwy jest zupełne załamanie gospodarki światowej. Podczas gdy wielka depresja przyczyni się niewątpliwie do osłabienia potęgi Ameryki, to jednocześnie z konieczności doprowadzi do destabilizacji Europy i Azji. Wybuchną wojny, nacjonalizm wypłynie na powierzchnię z nową siłą. Trudno powiedzieć, jak sytuacja się rozwinie, ale Rosjanie nie będą w stanie kontrolować Europy przez wystarczająco długi czas wyłącznie przy pomocy pokojowych metod.
DR: Jakiś czas temu pisałeś o incydencie na pokładzie Arctic Sea. Czy nie jest to zdumiewająca historia? Jakie mogły być powody, dla których sowieciarze użyli tak skomplikowanej drogi transportowej do Iranu, skoro mogli przecież dostarczyć tam swoje rakiety przez Morze Kaspijskie bez zwracania uwagi całego świata? W takim razie, czy irańskie związki nie wyglądają na zasłonę dymną?
JN: Jest oczywiste, że Arctic Sea przewoził tajny ładunek o strategicznym znaczeniu. Masz rację twierdząc, że irańskie koneksje wyglądają na zasłonę dymną. Dla tych, którzy nie pojmują metod rosyjskiego sztabu generalnego, zacytuję słowa byłego pułkownika GRU, Stanisława Łuniewa: „Jeżeli usłyszysz kiedyś, że arabscy terroryści zaatakowali amerykańskie miasto przy pomocy broni nuklearnej, nie wierz w to.” Dodał, że to komandosi z rosyjskich służb specjalnych dokonaliby ataku. Zapytałem, co nastąpi po wstępnej fazie terroryzmu atomowego, a on odparł: „Po okresie tygodni albo miesięcy, nadejdą rosyjskie rakiety [by dokończyć dzieła].” Zamiast wykładać z detalami, podam listę kilku kroków: (1) Atak na centra dowodzenia w celu wyeliminowania jednostek gotowych do rozpoczęcia odwetowego ataku; (2) dodatkowe ataki w celu odwrócenia uwagi od rzeczywistych sprawców; (3) ataki mające na celu wyeliminowanie pozostałych broni nuklearnych.
DR: Może jednak zechcesz zaofiarować nam wykład z detalami? Bardzo proszę.
JN: Generalnie rzecz biorąc, szerokie rzesze publiczności nie rozumieją pojęcia wojny jądrowej. Tymczasem, jak każda forma konfliktu, ma ona swoją taktykę i strategię. Nie jest to tylko prosta sprawa atomowego uderzenia i kontruderzenia. Postaw się w pozycji kogoś, kto ma za zadanie wygrać wojnę nuklearną. Jak można pokonać przeciwnika wyposażonego w broń jądrową? Kluczem do zwycięstwa jest wyeliminowanie arsenału nuklearnego wroga i uniemożliwienie mu ataku odwetowego. W terminach czysto wojskowych, strategia zmierzać musi do sparaliżowania przeciwnika przez pozbawienie go elity rządzącej, tak że nie ma nikogo, kto mógłby wydać rozkaz ataku nuklearnego. Pamiętaj proszę, że tylko kilka osób w Stanach Zjednoczonych może wydać taki rozkaz, tylko oni mają kody konieczne do odpalenia rakiet. A zatem, agresor rozpoczyna od (1) ataku pod fałszywą flagą. Napastnicy będą wyglądali na arabskich terrorystów, w rzeczywistości jednak będą to chińskie bądź rosyjskie oddziały specjalne, których zadaniem będzie zerwanie hierarchii służbowej armii amerykańskiej. Ataki odwracające uwagę już miały miejsce, „11 września” był prawdopodobnie jednym z nich, jeśli mamy wierzyć Litwinience i innym. W końcu, kiedy już nie ma zagrożenia ze strony amerykańskich broni atomowych, główne siły rosyjskie mogą być użyte do zniszczenia amerykańskich rakiet, które będą czekać beznadziejnie w swych silosach, w portach i bazach lotniczych. Eliminacja elity rządzącej jest doraźnym pociągnięciem, które otworzyć ma okno do użycia broni dalekiego zasięgu. Rosja i Chiny osiągną wówczas supremację nuklearną. Żadne państwo nie będzie w stanie ich powstrzymać. W tym momencie świat będzie należał do nich. Nikłe arsenały Francji, Wielkiej Brytanii i Izraela, nie będą miały żadnej mocy odstraszającej. Rosjanie zażądają ich demontażu, na wzór Sparty, która domagała się od pokonanych miast, by zniszczyły swe fortyfikacje.
Koniec I części