Nieznośny ciężar semantyki
Jeff Nyquist był uprzejmy odpowiedzieć na mój poprzedni artykuł. Zaofiarował mi nawet niby przeprosiny. Pomimo to jednak, potraktuję jego polemikę z zupełną powagą. Nalegałem, że antykomunista powinien odróżniać między złowrogą potęgą sowiecką i „Rosją”, na co Nyquist odparł:
„Związek Sowiecki nie jest już tym samym Związkiem Sowieckim. Polska nie jest tą samą Polską. Czy rozumiecie co to znaczy? Nie ma ostatecznej formy politycznej. Tak samo jak nie ma ostatecznego zwycięstwa, czy ostatecznej klęski. Który naród spośród wszystkich narodów świata może łatwiej zrozumieć tę prawdę aniżeli Polacy?”
Moje rozumienie jest w najlepszym razie zmącone, ale nawet ja potrafię dostrzec zasadność słów Nyquista: twierdzenie, że nic w ludzkich sprawach nie jest ostateczne, jest bez wątpienia słuszne, chociaż ciut oczywiste; być może z poprawką, że nic nie jest ostateczne oprócz śmierci. Przyznaję, że nie wiem nic o narodach, ich zdolnościach czy umiejętności przyjęcia prawdy bądź jej odrzucenia. Będąc człowiekiem prostym, żyję nadal w przeświadczeniu, że narody nie myślą, tylko jednostki mogą myśleć, a zatem bycie Polakiem nie predestynuje mnie do „łatwiejszego zrozumienia” czegokolwiek. Prawda jest niedostępna ludzkiemu poznaniu i jedyny godny stosunek do prawdy to jej poszukiwanie. Tylko tyle, ale nawet to jest poza zasięgiem większości – i na pewno poza zasięgiem narodów. A jednak jeden punkt w powyższym cytacie jest prawdą: Polska od 1945 roku nie jest tą samą Polską. Ta smutna prawda pozostaje niezmieniona. Wydaje mi się atoli, że Polacy mają trudności z przyjęciem tej prawdy, bo najpierw widzieli prl jako Polskę, a teraz za Wolną Polskę przyjmują tzw. iiirp. Dokąd nas to doprowadziło? Jeśli o mnie chodzi, to potrzebuję więcej protekcjonalnego poklepywania po plecach, więc będę drążył głębiej.
Każda rzecz ulega przemianie i nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki. Z pewnością tak jest. Ale poza płynnością i ciągłą zmiennością wody, jest także rzeka, stała w swej zmienności. Filozof odróżnia pomiędzy tym co istotne, a tym co jest tylko przypadłością. Innymi słowy, pozostaję nadal sobą, pomimo że mam mniej włosów na głowie, ale jeśli mój umysł ulegnie zmianie, to przestanę być sobą, bo mój intelekt jest częścią mej istoty. To samo jest prawdziwe także jeśli chodzi o rzeki i może też być rozciągnięte na formy polityczne. Czy porewolucyjna Francja była „nadal Francją”? Nie w oczach hrabiego de Maistre. Czy leninowski twór był „nadal Rosją”? Nie wedle Władymira Nabokowa. Czy związek sowiecki przeszedł równie istotne zmiany w 1991 roku? Moim zdaniem – nie.
Nyquist radzi mi dalej – i jestem mu niezmiernie wdzięczny za jego poradę – żebym nie „oceniał świata takim, jakim jest w tej chwili, ale raczej w oparciu o to, co nadciąga, co jest nie do uniknięcia.” To jest idea nowa, więc będę potrzebował dalszych pouczeń. Jeżeli nie ma „ostatecznej formy politycznej” i sprawy ludzkie mogą się rozwinąć w oszałamiająco różny sposób, to jak można utrzymywać, że jedna szczególna wersja przyszłych wydarzeń „jest nie do uniknięcia”? Staram się, jak mogę, widzieć świat takim, jakim się dziś jawi, i jakże często mi się to nie udaje. Wolałbym w ogóle unikać osądzania świata, ale prawdę mówiąc, jestem słaby i rzadko mi się to udaje. Ale pomysł oceniania świata na podstawie tego, co nadchodzi, a więc jeszcze się nie wydarzyło, wydaje mi się być poza zasięgiem zwykłych śmiertelników, a do takich się zaliczam. Co więcej, nawet gdyby to było możliwe, nie jestem wcale pewien, czy chciałbym w taki sposób oceniać cokolwiek, ponieważ wiedza na temat rzeczy przyszłych stawiałaby mnie na innym planie mądrości, z którego ocenianie śmiertelnych – z definicji nieświadomych tego, co nadchodzi – byłoby skażone, protekcjonalne i okrutne.
A jednak słowa Nyquista zawierają w sobie niepokojące ziarno prawdy. Przede wszystkim dlatego, że pragnienie zgłębienia tego, co jest przed nami zakryte, ma w sobie coś wzniośle szlachetnego – a zatem czapki z głów wobec tych, co próbują. A po drugie, ponieważ tak się składa, że zgadzam się z Nyquistem, co do natury tego, co nadchodzi: jakkolwiek niepewne i teoretycznie możliwe do uniknięcia, będzie to straszne. Wobec tak nieprzyjemnej i bulwersującej wizji przyszłości, nasze zachowanie dziś jest czymś na kształt zabaw dzieci w piaskownicy w cieniu wulkanu. Koszmarna wizja Nyquista jest intelektualnie uczciwa i, chociaż nie powinniśmy sobie pozwalać na „ocenianie w oparciu o to, co nadciąga”, to powinniśmy z całą pewnością żyć w zgodzie z własnymi przekonaniami. – Z czego jednak bynajmniej nie wynika, że Polska jest państwem frontowym.
Polemika Nyquista jest jak podróż. Kłopot w tym, że punkt dojścia, tj. konkluzja, iż semantyka jest potężną bronią w rękach bolszewików, zaprzecza wprost tezie postawionej w punkcie wyjścia, a mianowicie, że nie możemy domagać się precyzyjnej terminologii, gdy mamy do czynienia z czymś tak dziwacznym jak fenomen sowieckiej władzy. Naturalnie – i wbrew twierdzeniom Nyquista – możemy być ściśli w wypowiedziach bez konieczności „stosowania wyłącznie nieskazitelnego, naukowego języka”, co rzecz jasna byłoby absurdem. Wymaganie stawiane politycznym publicystom jest jasne i proste: nasz język i ścisłość terminologii, muszą być adekwatne do przedmiotu, którym przyszło się nam zajmować. Co ważniejsze jednak, pod żadnym pozorem nie wolno nam pozwalać sobie na nieprecyzyjny język, kiedy mamy do czynienia z komunistami, bo ponosimy ryzyko redukcji do poziomu „bezmyślnej tłuszczy”, jak to Nyquist opisuje z precyzją godną pochwały. Powrócę do tego punktu za chwilę, teraz zajmijmy się wnioskami Nyquista:
„Od początku do końca antykomuniści pozwolili komunistom stworzyć i zdefiniować większość słów używanych w trakcie zimnej wojny. Kiedy komuniści oficjalnie wycofali się ze stosowania tych słów, ludzie zaczęli mówić o „końcu zimnej wojny”. Antykomuniści uznali to za zwycięstwo. W rzeczywistości antykomuniści zostali semantycznie usunięci z gry. Bezmyślny tłum jest tak bardzo przywiązany do słów, że wyeliminowanie z użycia pewnych słów skutecznie neutralizuje bądź wyklucza oponentów. Nazywam tę metodę „semantyczną likwidacją” opozycji. Nieprzypadkowo Stalin u kresu swojego życia zaczął interesować się semantyką.”
O dziwo, zgadzam się z każdym zdaniem w tym fragmencie, ale też taka właśnie była moja pierwotna teza. Semantyka ma znaczenie. Dla mnie osobiście, jest ważne, że tu, w Podziemiu, nie dajemy się nabrać na nonsens „końca zimnej wojny”, a jeszcze mniej na bzdury pt. „upadek komunizmu”, nie wspominając w ogóle o bredniach w rodzaju „rozpadu związku sowieckiego”. Próbujemy zawsze przedrzeć się poprzez komunistyczną zasłonę semantycznej konfuzji. Nam nie jest po drodze z bezmyślną tłuszczą, nie przyświeca nam „powszechne użycie” i zawsze wskazywaliśmy na starą bolszewicką metodę semantycznej likwidacji. Metoda ta była wprowadzona w życie przez Lenina i rozwinięta przez Trockiego. Jej ślady można znaleźć już w wyborze nazwy dla bolszewickiej frakcji, kiedy Lenin z łatwością dostrzegł pozytywne asocjacje słowa bolsze („więcej”) w przeciwstawieniu do mienszewików, którzy chcieli mniej; zrozumiał z miejsca, że nazwa jest ważniejsza niż treść. Widać tę metodę w kampanii przeciw kułakom i innym „wrogom ludu”. Władza „nazywania” była fundamentem leninowskiej maszynerii agit-prop, która zbudowana została na bezwzględnej kontroli nad językiem. Stalin rozpostarł swą hegemonię nad semantyką daleko poza granice sowieckiego raju krat. Kiedy nazwał Drażę Mihailovića faszystą, to zupełnie wystarczyło, by zachodni alianci przestali popierać czetników, a w zamian wsparli komunistyczne bandy Tito. Kiedy stalinowska propaganda nazwała Akowców „zaplutymi karłami reakcji”, nikt nie kiwnął małym palcem w obronie największej w okupowanej Europie podziemnej armii walczącej z Hitlerem, gdy poddano jej członków haniebnym prześladowaniom z rozkazu Wujaszka Joe.
Antykomuniści nie zostali semantycznie wyeliminowani pod koniec zimnej wojny, tak jak to definiuje bezmyślna tłuszcza. Zimna wojna, w ścisłym sensie, zakończyła się po śmierci Stalina, wraz z wizytą Malenkowa na Zachodzie. Od tamtego czasu mieliśmy mnóstwo fałszywych świtów, wiosen, odwilży, a nawet odprężenia, pierestrojki i głasnosti. Naleganie Gorbaczowa na użycie słów „koniec zimnej wojny” w późnych latach osiemdziesiątych samo było kolejnym krokiem w wielkiej prowokacji; prowokacji, która zaczęła się od chowania sowieckiej treści pod „rosyjską” formą.
Muszę podkreślić raz jeszcze, jak bardzo się nie zgadzam z Nyquistem, że gdyby rzeczywiście „miał stosować wyłącznie nieskazitelny, naukowy język [pisząc o polityce], to w ogóle nie mógłby sformułować żadnej wypowiedzi”. Mógłbym wskazać na przykład niniejszej witryny, gdzie większość autorów stara się rozróżniać pomiędzy tym co „rosyjskie” i tym co sowieckie. Ja, jeśli wolno mówić mi o sobie, kocham rosyjską kulturę i to nie tylko Czechowa i Tołstoja, Dostojewskiego i Puszkina, gdzie o takim rozróżnieniu mowy przecież być nie może. Jestem także wielbicielem symfonii i kwartetów smyczkowych Dymitra Szostakowicza, admiratorem prozy Michaiła Bułhakowa, jestem pod wrażeniem sztuki filmowej Sergiusza Eisensteina (nawet w tych filmach, których przesłanie jest jednoznacznie bolszewickie) czy Andreja Tarkowskiego. W moich oczach, rozróżnienie pomiędzy sowieckim i rosyjskim jest jasne i proste, nawet jeżeli jest prawdą, że dane jest nam oglądać tylko sporadyczne przebłyski Rosji, wyzierające spod straszliwej sowieckiej skorupy. Ale rozróżnienie to jest także zupełnie fundamentalnej wagi, ponieważ te dwa pojęcia są sobie przeciwstawne i na tym właśnie polega ich atrakcja dla bolszewików, dlatego właśnie chcą je utożsamiać. Każdy z wymienionych przeze mnie autorów został bezwstydnie zaprzężony do wozu sowieckiej propagandy, aby sprzedać światu obraz związku sowieckiego jako „normalnego państwa”, jako „Rosji”.
Mogę jednak także wysunąć przykład o wiele bardziej znaczący niż nikomu nieznana witryna polityczna; przykład kogoś, kto trzymał się ściśle różnicy pomiędzy sowieckim i rosyjskim w setkach artykułów, w rozmaitych językach, w monumentalnych powieściach i w rozprawach politycznych. Mam oczywiście na myśli największego antykomunistę XX wieku, Józefa Mackiewicza. Ba, ale on nie był ani zbiegiem, ani dysydentem, ani żadnym „eks-” – eks-komunistą, eks-czekistą, eks-aparatczykiem partyjnym – więc nikt go nie słuchał; słuchali go nawet mniej niż Golicyna czy Sejnę.
Rozróżnienie pomiędzy sowietami a Rosją jest zupełnie podstawowe dla myśli Mackiewicza. Uczynił zeń punctum saliens swego głównego dzieła, Zwycięstwa prowokacji (nie będę nawet próbował tego tu streszczać). W artykule pt. „Nie Rosja, ale Sowiety?”* opublikowanym krótko po wojnie, napisał, że „słowo Rosja, zamiast słowa bolszewizm, jest dziś główną dźwignią, wspierającą politykę sowiecką na świecie”. Zaczęło się od Hitlera, który od sierpnia 1939 roku musiał spopularyzować swoich nowych przyjaciół, więc przestał mówić o bolschewismus, a w zamian nakazał swej propagandzie cieszyć się, że „wojska rosyjskie biją Finów”. Ta sama melodia została następnie podjęta przez Churchilla. Warto w tym kontekście przytoczyć fragment mowy wygłoszonej przezeń wieczorem 22 czerwca 1941 roku:
„Hitlerowski reżym jest nie do odróżnienia podobny do najgorszych elementów komunizmu. Jest pozbawiony wszelkich ludzkich dążeń i zasad, oprócz apetytu i pragnienia rasowej dominacji. Wynosi w górę każdą formę ludzkiej podłości poprzez swą zimną skuteczność okrucieństwa i nieposkromioną agresję. Nikt w ostatnich dwudziestu pięciu latach nie był równie stały w opozycji wobec komunizmu jak ja. Nie odwołuję ani jednego słowa wypowiedzianego pod adresem komunizmu. Ale wszystko to blaknie w obliczu widowiska, które historia roztacza przed naszymi oczami. Przeszłość, wraz ze swymi zbrodniami, szaleństwami i tragediami, odpływa. Widzę rosyjskich żołnierzy, stojących na granicy rodzinnej ziemi, broniących pól, oranych przez ich ojców od niepamiętnych czasów. Widzę, jak bronią swych domostw, gdzie ich matki i żony zatopione są w modlitwie – o, tak, są czasy, kiedy wszyscy się modlą – za bezpieczeństwo swych bliskich.”
W moim nieudolnym tłumaczeniu proza Churchilla nie zatyka tchu w piersi, ale nie sposób nie zauważyć subtelnej manipulacji, niepostrzeżonego przejścia od „komunizmu” do „Rosji”. „Rosja” mogła być sprzymierzeńcem, bezbożny bolszewizm nie mógł.
Stalin spostrzegł proste piękno tego równania i czem prędzej powrócił do leninowskiej tradycji chowania sowieckiej treści za rosyjską fasadą. Ale formułka ta nie ma tylko defensywnego zastosowania w momencie zagrożenia; wręcz przeciwnie, działa o wiele lepiej, gdy użyta jest dla zniewolenia innych, ponieważ, że pozwolę sobie znowu zacytować Mackiewicza: „żaden Polak nie może być Niemcem, żaden Polak nie może być Rosjaninem, albowiem te pojęcia wyłączają się wzajemnie. Polak, który staje się Niemcem czy Rosjaninem, przestaje być automatycznie Polakiem. Natomiast… każdy Polak (Anglik, Francuz, Rosjanin itd.) może być bolszewikiem”.
Nyquist utrzymuje, że nasi wrogowie „wszyscy mówią po rosyjsku i są kojarzeni z Rosją; zostali stworzeni w Związku Sowieckim; ich broń i bunkry są w Rosji”. Czyżby? Czy Chavez mówi po rosyjsku? Spójrzmy na to inaczej: gdyby międzynarodowa banda opryszków przejęła władzę nad Stanami Zjednoczonymi Ameryki, to czy słusznym byłoby nazywanie ich „Amerykanami”? Wolałbym raczej nazwać ich nie-Amerykanami, jakimkolwiek językiem by mówili. Ale zaraz! „Ich broń i bunkry” byłyby przecież nadal w Ameryce. Analogicznie, nalegam na nazywanie dzisiejszych i dawnych władców kraju, który kiedyś był Rosją – anty-Rosjanami albo sowieciarzami. Nyquist ma bez wątpienia rację, że komunizm ma ważne centrum w Rosji, ale nie wszystkie bunkry komunizmu są w Rosji i nie wszyscy jego stronnicy mówią po rosyjsku. Nyquist wie o tym doskonale. Pisał obszernie o Chavezie i Castro, o Luli i Moralesie. Ich cele są takie same jak cele Putina, ale czy „utożsamiają się ze sztandarem Rosji”? Nie wydaje mi się.
Kiedy bezmyślna tłuszcza nazywa związek sowiecki „Rosją”, wzruszam tylko ramionami. Ale kiedy Jeff Nyquist tak czyni, o wiele trudniej to zlekceważyć. Może dlatego, że jest to bolesne.
***
A na koniec, staram się nie rozpaczać, Panie Nyquist, ale serdeczne dzięki za troskę. Nie rozpaczam nad losem mego kraju – staram się nie rozpaczać w ogóle. „A choćbym zeszedł w ciemną dolinę śmierci, nie będę lękać się złego, bo Ty jesteś ze mną.” I, Bogu niech będą dzięki, mój kielich przelewa się. Ale jest jeszcze inny powód, dla którego chłodna, oderwana, intelektualna analiza rzeczywistości, nigdy nie powinna spychać nas w sidła rozpaczy: non ridere, non lugere, neque detestari, sed intelligere. Moim jedynym celem jest rozumienie, a nie pokrzepianie serc. Muszę przyznać atoli, że często sam proces nastręcza mi powodów do serdecznego śmiechu.
_______
* por. Józef Mackiewicz, Nudis verbis, Londyn 2003, ss. 359-366.