Zamknij
Michał Bąkowski

Na bezdrożach współczesnej Ukrainy

5 maja 2015 |Michał Bąkowski, Timothy Snyder – paradoksalny historyk, Ukraina
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2015/05/05/na-bezdrozach-wspolczesnej-ukrainy/

Historia będzie zawsze aktualna, gdyż wszystko co jest, jest tylko dalszym ciągiem.

Józef Mackiewicz

Profesor Jan Żaryn pouczał parę lat temu w Londynie o polityce historycznej. Należy ją odróżniać, utrzymywał prelegent, od propagandy; propaganda to kłamstwo, gdy polityka historyczna, to „kształtowanie narodu”, budowanie spójni społecznej na fundamencie dumy z osiągnięć historycznych. Nie można zbudować solidnej spójni narodowej, poprzez podkreślanie wstydu. Dlatego mówienie o polskim antysemityzmie jest antypolskie, bo jest nieprawdą, gdy niemówienie o rzezi wołyńskiej przez Ukraińców jest z ich strony próbą wybielenia się i jest kłamstwem. Ukraińcy muszą wyrzec się, twierdził dalej profesor, Bandery. Czy tylko ja jeden widzę w tym dostrzeganie źdźbła w oku bliźniego, gdy się nie widzi belki w oku własnym? Niestety podporządkowywanie prawdy jakimkolwiek innym celom prowadzi nieuchronnie do ideologizowania opisu i Żaryn nie zdołał umknąć temu nieszczęściu. W jego opisie, który z powodzeniem nazwać można „polrealizmem”, Niemcy chcą zrzucić winę za Holocaust na Polaków, Litwini robią z AK bandytów, wszyscy są przeciw nam. „Trudno jest być Polakiem,” zakończył swoje rozważania Żaryn, a ja słuchając jego wykładu przypomniałem sobie słowa Barbary Toporskiej:

Wiek propagandy jest wiekiem faryzeizmu. Są maski pospolite, konfekcyjne, jak np. „patriotyzm”, na użytek wszystkich stanów od politycznych karierowiczów po ludzkie nic, co się musi z czymś identyfikować, aby być spostrzeżone. I są maski wybrane, dla ludzi z „towarzystwa”, jak np. maska tolerancji dla konformistycznej wygody. Przyznam się, że mnie te maskarady bolą nie ze względu na troskę o dusze faryzeuszów i ich zbawienie (jak może być powinno), ale że widzę w nich śmiertelne zagrożenie dla naszej kultury, a więc tego, co naprawdę jest mi drogie. Istnieje ścisły związek między słowem i kulturą, im więcej słowo kłamie, tym kultura niższa, im słowo bardziej odpowiada faktom, im ściślej nazywa rzeczy po imieniu, tym wyższy typ kultury reprezentuje.

Timothy Snyder – bo o nim będzie tu głównie mowa, a nie o Żarynie – w swoim wykładzie o narodzinach nacjonalizmu przeciwstawił historię narodową historii prawdziwej, tej „ściśle nazywającej rzeczy po imieniu”. Poszukiwanie prawdy w wydarzeniach historycznych trzeba przecież odróżnić i przeciwstawić poszukiwaniu żarynowej „spójni narodowej”. Żarynowi tak bardzo zależy na tej spójni, że nie chce Polaków zawstydzać prawdą. Ale nie waha się zawstydzać Ukraińców.

Kolejny wykład Snydera, tym razem o Polsce i Ukrainie, nasunął mi jeszcze smętniejsze refleksje na temat Żaryna. Snyder mówił tym razem o „polityce historii” (politics of history), co kontrastuje zgrzytliwie z „polityką historyczną” Żaryna. Zabawne, że i jeden, i drugi, mówili o tej samej historii, tych samych wydarzeniach i powikłaniach, o tych samych zbrodniach i tych samych kłamstwach. Trudność jednak w tym, że Żaryn bronił kłamstwa w celach politycznych (czyli „dla kształtowania narodu”), a Snyder mówił, jak niezwykłe są polityczne konsekwencje dziś, zbrodni popełnionych 70 lat temu i kłamstw powtarzanych przez pół wieku w celu „kształtowania narodów”. Żaryn oskarżał, żądał i stawiał warunki: Ukraińcy muszą przyznać się do masakry wołyńskiej, a ci, którzy zarzucają Polakom pogromy Żydów, są wrogami Polski. Snyder mówił, że zanim zarzucać się będzie Rosjanom „imperializm”, należałoby najpierw uporać się z imperializmem własnym, np. polskim. Mówił, jak trudną do pojęcia dla zachodnich intelektualistów jest koncepcja „polityki historii”, gdyż rzadko tylko historia niesie ze sobą tak wielki ładunek bieżącej polityki, jak to bywa w Europie Wschodniej. Czy aby nie z tego samego powodu, niniejsza strona, która w zamierzeniu poświęcona jest aktualnej polityce globalnej, zajmuje się głównie historią? W porównaniu, propagandowe kłamstwa „polityki historycznej” potrafi zrozumieć każdy głupek, bo zadaniem „polityki historycznej” jest sprowadzenie niezwykłego splotu przyczyn i skutków do prostych haseł „w celu kształtowania narodu”.

Snyder dokonał interesującego rozróżnienia między myśleniem dynastycznym, republikańskim i demokratycznym. Nie rozwinął swej idei szczegółowo, ale myśl wydaje się interesująca i płodna intelektualnie, więc pozwolę sobie rozwinąć ją sam.

Dynastie są oderwanym ciągiem, cieniutką linią biegnącą poprzez historię; linią, wokół której kłębią się burze. Myślenie dynastyczne jest myśleniem wzdłuż tej wąskiej linii w obu kierunkach: czerpanie mocy z genealogii, z przynależenia do linii (niekoniecznie rodzinnego, z czego wywodzi się ogromna ilość „klientów” wielkich rodów), z czego z kolei bierze się waga tradycji. Ale z drugiej strony, koncept dynastii pozwala na projekcję w przyszłość, a raczej wręcz domaga się planu: zachowania i wzrostu potęgi rodu. Dynastia reprezentuje interesy wszystkich z nią związanych, a w zamian za opiekę oczekuje – lojalności. Nagradza i każe, ocenia wyłącznie pod kątem oddania dla rodziny. Myślenie dynastyczne jest zawsze długoterminowe, planuje się dla dzieci, wnuków i prawnuków. Stąd przywiązanie do trwałych symboli władzy, do wielkich budowli, do trwania. Habsburgowie są najdoskonalszym wcieleniem tej myśli, ale Jagiellonowie, Rurykowicze, Burbonowie, a także mniejsze domy arystokratyczne, są równie dobrymi ilustracjami takiego sposobu myślenia o polityce.

Myślenie republikańskie jest polityką elit, wyraża się w koncepcjach politycznych, a nie w konkretnych posunięciach (jak jest w wypadku polityki dynastycznej) i jego zadaniem jest obrona państwa jako koniecznej społeczności, w której rozwijać się i doskonalić może pojedynczy człowiek. Klasycznym wcieleniem takiej myśli były niektóre greckie polis, niektóre średniowieczne włoskie miasta, ale być może także hanzeatyckie porty. Wydaje mi się, że myśl republikańska zrodziła się z potrzeby obrony interesów komercjalnych, jest to więc koncepcja odpowiadająca najbardziej elitom kupieckim, które potrzebują państwa jako gwarancji porządku, by móc handlować, ale to zapewne kontrowersyjna refleksja. We współczesnym świecie, elity kupieckie zastąpione zostały międzynarodową finansjerą, która nie jest w ogóle zainteresowana w myśleniu republikańskim, natomiast pochodnię takiego stylu myślenia przejęły elity intelektualne, wysuwając przewodnią ideę tzw. społeczeństwa obywatelskiego. Niezależnie od typowego dla naszej dzisiejszości podziału na lewicę i prawicę, elity obu odcieni bronią państwa i praworządności, nawet jeżeli wiele koncepcji lewicowych ma nieunikniony skutek osłabiania państwa.

Myślenie demokratyczne operuje najszerszymi możliwie sloganami, sprowadza złożoną myśl do pierwiastków, chwyta się prostych idej, np. etniczności. Republikanie myślą w kategoriach obywatelskich, demokraci w kategoriach mas i przynależności. Kategorie przynależności mogą być sobie pozornie przeciwne, np. kategorie narodów i klas, ras i plemion, religii i wyznań, ale także partii. Paradoks polega na tym, że w obrębie jednej klasy są różne narodowości, a wewnątrz narodu wiele klas, rasa składa się z nienawistnych sobie wzajem szczepów, a religie z odszczepieńczych wyznań, gdy partie zawierają w sobie mnogość frakcji i skrzydeł, odcieni i odchyleń. Nadrzędną kategorią w tym myśleniu jest idea jedności i nakaz podporządkowania się czemuś większemu. Myślenie demokratyczne jest typowe dla systemów niedemokratycznych, co jest kolejnym paradoksem. W obrębie danej grupy zjednoczonej prostą ideą – np. my, czarni, musimy się trzymać razem przeciw białym, albo my, zieloni, przeciw tym niebieskim łobuzom – nie ma mowy o żadnej demokracji; alternatywa jest prosta: albo postępuje się zgodnie z wymogami grupy, albo staje się poza grupą, trzeciego wyjścia nie ma. Wbrew powyższemu, określenie takiego sposobu myślenia mianem „demokratyczne”, wydaje się trafne, ponieważ niemal bez wyjątku twórcy i liderzy tych wielkich grup kryją się za demokratyczną terminologią, używają demokratycznych frazesów i są powszechnie uważani za demokratów. Kluczowa w tym sposobie myślenia jest „hasłowość”, sprowadzanie wszystkiego do prostych sloganów, do czarno-białych kontrastów w rodzaju „cztery nogi dobre, dwie nogi złe”, do haseł, które można skandować, by zakrzyczeć przeciwników. Słowem – do propagandy. Żaryn ze swą smętną polityką historyczną należy bez reszty do tego rodzaju myślenia.

Snyder przywołał swoje rozróżnienie, by wskazać, że ethnic vs civic czyli napięcie między republikańskim dążeniem do stworzenia odpowiedzialnej społeczności obywatelskiej, a demokratyczną i nacjonalistyczną demagogią, jest dobrym wyjaśnieniem tego, co się działo na Ukrainie w roku 2014. Chwalił przy tym „polskie wpływy na Ukrainie”, wskazując, że popychają one delikatnie kraj ku obywatelskim rozwiązaniom. Za najwyższe wcielenie cnót republikańskich uznał Giedroycia i jego polityczną koncepcję Polski i Ukrainy jako niepodległych państw post-komunistycznych.

Tim Snyder należy do tych, którzy biorą rzeczywistość dzisiejszej Polski – i całej Europy wschodniej – za „normalność”. Nie zamierzam tym razem z taką koncepcją polemizować. Interesuje mnie raczej wpływ „wschodnioeuropejskiej historii na bieżącą politykę” w oczach tak znakomitego historyka. Czyli jak można ignorować status quo ante w ocenie status quo? Moim przykładem będzie sytuacja na Ukrainie, moim przewodnikiem po ukraińskich Dzikich Polach – Timothy Snyder.

***

Hilaria Clintonowa wystąpiła w roku ubiegłym z serią odkrywczych przemówień, w których porównała akcję Putina na Krymie do aneksji Czechosłowacji przez Hitlera. Nazywanie Putina „faszystą” jest popularne nie od dziś – na naszej witrynie czyniła to już dawno temu i wielokrotnie, dosadniej niż p. Clintonowa, a także z nieskończenie ciekawszym uzasadnieniem, Sonia Bellechasse – ale Putin nie jest ani faszystą (co jest w ogóle niedorzeczne), ani Hitlerem. Putin jest po prostu bolszewikiem. Tym bardziej więc zadziwił mnie Tim Snyder, kiedy w artykule z maja ubiegłego roku postawił tezę, iż „faszyzm powrócił na Ukrainę”.*

Jego określenie czym jest „faszyzm” wydało mi się jednocześnie odkrywcze i mylące, pociągające i fałszywe. Ale też w wypadku pojęcia tak zaplątanego w nieporozumienia, zaczynać należy nie od definicji, a od usus, tzn. od tego jak w praktyce ten termin jest używany. Snyder jest i w tym względzie dobrym przewodnikiem. Słusznie bowiem wskazuje w swej książce o Wilhelmie Habsburgu, że „faszyzm” jest terminem używanym od lat 30. ubiegłego wieku jako „pojęcie-worek”, pozwalające lewicy na dzielenie świata na „dobrych anty-faszystów i złych faszystów”. Trafnie moim zdaniem, wyśmiewa Snyder wysiłki propagandy Putina, która jednocześnie utrzymuje, że nie istnieje państwo ukraińskie, ale Ukraina jest represyjna; nie ma języka ukraińskiego, ale Rosjanie są zmuszani, by nim mówić; nie ma narodu ukraińskiego, ale wszyscy Ukraińcy są faszystami. „Faszyzm”, twierdzi dalej Snyder, używany bezustannie przez maszynerię putinowskiej agit-prop dewaluuje sam termin. Jeśli definicja faszyzmu brzmi, „to, co robi wróg”, to samemu nie można być faszystą. Trywializowanie Holocaustu (typowe dla propagandy Putina) „wyczerpuje moralne i emocjonalne rezerwy”, i zostawia tylko technikę propagandy. – To wszystko słuszne, ale w takim razie dlaczego sam Snyder nazywa Putina „faszystą”?

Jest wiele słusznego w określeniu „faszyzmu” jako „lśniącej alternatywy dla skrzeczącej rzeczywistości”; trafne jest wskazywanie na oczywiste sprzeczności homoerotycznych podtekstów faszyzmu z prześladowaniem homoseksualizmu, ale zanim nazwiemy Putina „faszystą”, bo lubi obnażać swój tors, wyciągnijmy brzytwę Ockhama i powiedzmy głośno, że jest o wiele prostsze wyjaśnienie dla jego postępowania, niż pokrętne wskazywanie na „faszyzm”: Putin jest bolszewikiem.

Snyder argumentuje dalej, że stalinowska „polityka faszyzmu i anty-faszyzmu” nie wykluczała sojuszu z Hitlerem, ponieważ retoryka anty-faszyzmu różni się od walki z faszystami. To także jest z pewnością słuszne, ale czy Snyder sam nie pada tu ofiarą swej retoryki? Czy nie byłoby prościej odrzucić idiotyczną terminologię Stalina i nazywać rzeczy po imieniu?

W wiele mówiącym fragmencie, Snyder pisze:

…wirtualna rzeczywistość stworzona przez propagandę rosyjską, w której zadaniem lewicy europejskiej (albo raczej „lewicy”) jest krytyka ukraińskiej prawicy – ale nie europejskiej prawicy, i z pewnością nie rosyjskiej prawicy. To jest także fenomen amerykański, widoczny np. w niespodziewanej zgodzie [między lewicą i prawicą] w ocenie natury ukraińskiej rewolucji i rozsądku rosyjskiej kontrrewolucji.

To jest znowu przekonująca analiza, ale zważywszy kompletny kociokwik ideowy panujący wśród europejskich polityków, czy nie należałoby zwrócić uwagę, że pojęcia takie jak ukraińska czy rosyjska „prawica”, pozbawione są obiektywnego sensu? Że nacjonalizm lepiej nazywać nacjonalizmem, a bolszewizm bolszewizmem, niż dolewać oliwy do ognia semantycznej konfuzji? Konkluzja artykułu Snydera – w skrócie: Eurazja zastąpić ma Niunię europejską, do czego koniecznie potrzebna jest Putinowi europejska prawica – jest oczywiście słuszna, ale zapoznaje kluczową stronę alternatywnego rozwiązania. Otóż zintegrowana, socjal-demokratyczna Europa, której z takim zapałem broni Snyder jako reduty przeciw-putinowskiej, być może nie padnie ofiarą Putina, ale tylko tym łacniej wpadnie w łapy jego następcy w nieuniknionej fazie de-putinizacji.

***

W wykładzie pt. Russia’s War, Ukraine’s History, and the West’s Options ** wygłoszonym pod koniec ubiegłego roku, Snyder rozwinął motywy z majowego artykułu. Określił zasadniczą zmianę w orientacji polityki zagranicznej Putina: zastąpienie Ameryki jako głównego wroga przez Niunię europejską. Niunia jest wrogiem ze względu na dekadencję, liberalizm i zwłaszcza – homoseksualizm. Doktrynalnie, celem strategicznym Putina jest zastąpienie Niuni euro-azjatyckim związkiem, zdominowanym przez Rosję. A jednak, zdaniem Snydera, ta fundamentalna zmiana wektorów – chciałoby się powiedzieć: nowe „smienowiechodztwo”, ale tylko nieliczni pojęliby analogię – nie leżała nigdy w planach Putina, a doprowadził do niej tylko dość przypadkowy fakt niepodpisania porozumienia Ukrainy z Europą, co w konsekwencji miało się okazać punktem zwrotnym i rozpocząć łańcuch wydarzeń, który znamy.

Taktyka była – ciągle zdaniem Snydera – zawsze silną stroną tzw. Rosjan, ale między listopadem 2013 i marcem 2014 z nieznanych powodów stracili mocną pozycję na Ukrainie, a jednocześnie zdołali zirytować Europę, Amerykę i Chiny. (Od siebie dodam, że tego rodzaju taktyczne lapsusy zdarzały się w historii sowietów wielokrotnie, więc interpretacja Snydera nie jest zupełnie nieprawdopodobna, ale wrócę do tego na koniec.) Od tego jednak momentu prowadzą rozgrywkę bezbłędnie: odkąd utracili bezpośrednią kontrolę nad rządem Ukrainy, używają czegoś, co Snyder określa mianem „odwróconej asymetrii”, a co domaga się wyjaśnienia. Tzw. asymetryczna wojna, to wojna partyzancka prowadzona przez słabych przeciw silnym, tj. terroryzm, zamachy, podjazdy i podchody. W tym wypadku jednak, to Putin jest stroną silną, ale używa z wyboru taktyki normalnie kojarzonej ze stronę słabszą. Rosjanie, argumentuje dalej Snyder, zachowują się nie jak państwo, ale jak partyzanci, imitują partyzantów; używają ludzkich tarcz, sił specjalnych jako partyzantów. Użycie takiej taktyki podkreśla, że Rosja nie jest agresorem. Logika Putina jest jednak bezbłędna: walczymy naprawdę przeciw potędze Ameryki i Europy, jesteśmy naprawdę słabi; z Ukrainą poradzilibyśmy sobie bez trudu, ale z NATO?

Ogromna większość ludności Rosji jest przeciw wojnie na Ukrainie. (Nie mam pojęcia, skąd Snyder to wie? Z badań opinii publicznej??) Putin jest na razie popularny, bo wygrywa bez walki, ale to złudzenie skończy się prędzej czy później. Każdy partyzant celowo prowokuje zniszczenie cywilnego życia – taka jest logika asymetrycznej wojny. Donieck i Łuhańsk są bombardowane przez ukraińską armię, bo Ukraińcy stamtąd są atakowani. Miliony (dosłownie) europejskich obywateli nie mają bieżącej wody, energii, żywności – jest to autentyczna klęska humanitarna na progu Europy. O ile jednak ostateczny cel tej taktyki jest niejasny, to zniszczenie państwa ukraińskiego musi być jednym z celów (oczywiście, zdaniem Snydera). Propaganda Putina celowo i systematycznie niszczy Ukrainę w obrębie semantyki, używając określeń takich jak „Noworosja”, „Russkij Mir” „faszystowska junta”. Od siebie dodam, że jest to rzecz jasna, typowo bolszewicka taktyka.

Strategię Putina wykłada Snyder następująco: Rosja jest słaba, a zważywszy jej rozmiary, bardzo słaba. Ale potęga jest zawsze względna. Putin uprawia strategiczny relatywizm. Moc Rosji wzrasta wobec słabości innych. Na najwyższym poziomie, źródłem potęgi Zachodu jest sojusz transatlantycki – stąd polityka podważania NATO na każdym kroku: przez przecieki (Snowden, Assange), przez podkreślanie różnic między aliantami, klasyczne dziel i rządź, i wreszcie poprzez uparte twierdzenie propagandy, że bliskość NATO do granic sowieckich (o pardon! rosyjskich) jest zagrożeniem dla Moskwy. Na innym planie znajduje się potęga Europy – bierze się ona z jedności (podkreślam ponownie: zdaniem Snydera). Ale Europa jest dekadencka i homoseksualna, więc (taka jest teza Putina) musi się rozpaść, i jedynie Rosja może podjąć spadek wielkiej Europy. Snyder zauważa, że ta wykładnia Putina nie ma żadnej podstawy w rzeczywistości, bo Rosja przeżywa upadek moralny na niespotykaną skalę – alkoholizm, prostytucja, przestępczość, nihilizm – ale to nie obchodzi propagandystów-strategów. Celem strategicznym jest więc podzielenie Europy, rozchwianie, podważenie jedności Europy. W tym celu, należy apelować do populistycznych, nowych partii europejskich, które jak np. Nigel Farage, wprost mówią o podziwie dla Putina. Putin „zwerbował” tzw. prawicę europejską.

Konkluzja Snydera jest uderzająca: kryzys ukraiński nie dotyczy Ukrainy, ale Europy. Jest to skoncentrowany atak na Europę poprzez Ukrainę, bo Ukraina, nie należąc do Niuni, jest najsłabszym jej ogniwem. Konflikt na Ukrainie jest więc czymś w rodzaju wojny zastępczej, wojny per procura.

Kluczowe jest tu chyba następujące pytanie: co się wydarzyło między listopadem 2013 roku i marcem 2014? Odpowiedź Snydera jest znowu bardzo przenikliwa. Spiskowa teoria świata i historii dominuje w myśleniu Putina, jest fundamentalnym poglądem na świat: żadne społeczeństwo obywatelskie nie istnieje, Majdan mógł być tylko i wyłącznie stworzony przez obcych agentów; wolna asocjacja wolnych ludzi w tym samym celu i bez prowokacji nie jest możliwa. Zwycięstwo Majdanu w Kijowie, jest zagrożeniem dla Putina. Jedyną odpowiedzią jest propagandowa wojna: „Ukraińcy to faszyści” jest hasłem skierowanym ku europejskiej lewicy, a jednocześnie „Ukraina to geopolityczny spór z Ameryką” – jest hasłem na użytek prawicy europejskiej.

Istnienie społeczeństwa obywatelskiego jest rzeczywistością, ciągnie dalej Snyder, czy Putinowi się to podoba czy nie. A jednak Putin mu zaprzecza, bo widzi w takim zaprzeczeniu oczywisty zysk. Nie można jednak kwestionować istnienia obywatelskiego społeczeństwa tylko tam, gdzie ono ma prawo się rozwijać. Innymi słowy, można stworzyć świat bez takiego fenomenu – sowiecka historia jest tego dowodem. Muszę w tym miejscu podkreślić z naciskiem, że ta ostatnia konkluzja nie jest kolejnym „komentarzem ode mnie”, ale wprost sformułowanym wnioskiem samego Snydera.

Jedną z zasadniczych różnic „między Zachodem i Rosją” widzi Snyder w przejawie podstawowej filozofii kliki Putina: w postmodernizmie stosowanym. Jest to różnica o charakterze „filozoficznym”. W postmodernizmie nic nie ma sensu samo z siebie, a tylko w kontekście. Nie ma żadnej całości, są tylko zmienne konstelacje zmiennych części. Żyjemy w postmodernistycznym świecie, w którym słowa nie mają ustalonego znaczenia. Polityka jest li tylko propagandą, bądź Żarynową „polityką historyczną”. Inny jest więc przekaz dla prawicy: wielki spór geopolityczny z Ameryką; inny dla lewicy: Ukraińcy są faszystami. To działa, bo tworzy „śliski świat”.

Najbardziej klasycznym przykładem tego zjawiska jest Russia Today – typowo postmodernistyczny przekaz. Pięciu ekspertów, każdy przedstawia inny obraz, z których jeden może nawet być prawdziwy, ale ginie w masie. Zamierzeniem jest wprowadzanie w błąd, celowe krętactwo, jak to zwykle w bolszewickiej propagandzie.

***

Timothy Snyder jest tak wybitnym historykiem, że chyba sam uległem magii jego słów. Ale naszym obowiązkiem intelektualnym jest właśnie nie ulegać. Nie poddawać się propagandzie Putina, ale jednocześnie nie dać się zwieść także syrenim śpiewom zachodnich intelektualistów, choćby najwyższej próby, jeżeli mają nas prowadzić na intelektualne bezdroża.

Zastanówmy się! Kto stworzył „śliski świat”? Świat bez wartości? Świat relatywizmu, pragmatyzmu i postmodernistycznego zachwytu nad pluralistycznymi rzekomo mediami? To nie sowieciarze stworzyli taki świat. Ale kiedy już się zakwestionowało absolutność i obiektywność wszelkich wartości, stworzyło ów „śliski świat”, to czemu się dziwić, że oślizgłe sowiety zwyciężają? Nikt już nie wie, co jest prawdą, wszyscy śmieją się z prawdy i takie są efekty. Nie trzeba od razu wytaczać armat „postmodernizmu stosowanego” (jakkolwiek celna jest analiza Snydera), żeby rozumieć jak działa propaganda bolszewicka, która od zawsze miała różne hasła na użytek różnych odbiorców. Kiedy Lenin wołał o pokój w roku 1917, zamierzał wywołać światową pożogę. Kiedy rzucał hasło „ziemia dla chłopów”, nie miał żadnego zamiaru im jej oddawać. Kiedy mówił „cała władza w ręce rad”, chciał całą władzę skupić w swoich rękach. Kiedy jednak Snyder mówi, że „faszyści rosyjscy nazywają niefaszystów ukraińskich faszystami”, to zamiast przecinać węzeł leninowskiej propagandy Ockhamowską brzytwą, zanurza ów węzeł w błotnistej mazi niedomówień. Od historyka na miarę Snydera, oczekiwałbym wyraźnego wskazania, że nie zachodzi tu żadna różnica między Putinem i bolszewikami. Będąc najnowszym wcieleniem bolszewickiej ortodoksji, kontynuuje znaną z historii bolszewicką strategię i taktykę, leninowską agitację i propagandę. Wobec tak oczywistych faktów, jak można z uporem twierdzić, że sowiety upadły, kiedy nigdy nie upadły i jest na to wystarczająco wiele dowodów?

Zamiast z trudem dowodzić, że Putin popełnił błąd we wczesnej fazie wydarzeń – błąd, który następnie wykorzystał dla wywołania sporu z Europą – czy nie należałoby raczej wskazać, że kryzys ukraiński miał od początku na celu wciągnięcie Europy w orbitę sporu? Dla Putina i jego strategów musiało być jasne, że Europa jest w oczach Ukraińców synonimem rządów prawa i odpowiedzialności rządu wobec społeczeństwa – ani jedno, ani drugie nie istnieje ani na Ukrainie, ani w Rosji. Dlatego tylko umowa z Niunią była tak ważna. Zerwanie rozmów z Europą było więc obliczone na wywołanie reakcji. Putin w żadnym wypadku się nie „przeliczył”, ani nie „utracił kontroli nad Ukrainą”, ale spokojnie i bez wielkiego ryzyka rozpoczął na Ukrainie wojnę per procura z Europą; wojnę, którą Europa musi przegrać, bo nie czuje się w ogóle zaangażowana w konflikt.

Przyznam się w tym miejscu do pewnego błędu w ocenie zamiarów Putina. Otóż obserwując przebieg wypadków na Ukrainie, miałem przez długi czas wrażenie, że Putin zmierza do podziału kraju na trzy części: Krym jako osobne „państwo” (na wzór Transdniestrii), wschodnia Ukraina przyłączona arbitralnie do „Rosji” i kadłubowa reszta jako depozytorium wszelkiego zła i faszyzmu, pozostawiona sama sobie. Dopiero analiza Snydera otworzyła mi oczy i przypomniała, co wiedziałem od dawna, że Ukraina nie jest peryferium Europy, ale że od wieków jest w samym centrum europejskiej historii. To Kijów był kolebką dynastycznego myślenia Rurykowiczów, bez których nie byłoby Rosji. To na Ukrainie zrodziło się obywatelskie, ponad-narodowe myślenie Polaków, Żydów, Rusinów. To Ukraina została w końcu pogrążona we krwi przez demokratyczne hasła skłóconych nacjonalizmów.

Analizy Snydera są tak trafne, tak momentami odkrywcze, że muszę niekiedy otrząsnąć się z wrażenia. Bo przecież musi być jasne, że kupując postmodernistyczny bełkot, padnie się ofiarą strategicznego relatywizmu i przegra się wiele asymetrycznych wojen. Zacząć więc należy od nas samych, uwolnić się od „założycielskich mitów” współczesności. Tu nie chodzi o Ukrainę, ale o nas wszystkich. Jeżeli widzimy Ukrainę jako zwykłą politykę, jako far away country of which we know nothing – a taki jest odbiór kryzysu na Zachodzie – to propaganda Putina zwyciężyła.

Jednakże sam Snyder nie jest wolny od wielu „założycielskich mitów współczesności”. Uznaje bowiem, że komunizm upadł, że związek sowiecki rozpadł się i na jego gruzach powstały suwerenne państwa: Polska, Ukraina, Rosja… A w tym świetle, rzeczywiście niezwykle trudno zrozumieć, co naprawdę dzieje na ukraińskich Dzikich Polach.

Timothy Snyder myśli z takim rozmachem, ma tak niezwykłą wiedzę i swoistą perspektywę, że nie wolno zbywać jego słów wzruszeniem ramion. Jednak pomimo swej przenikliwości, nie chce widzieć, co się wydarzyło w roku 1989, bo mówienie o sowieckiej prowokacji wykluczałoby go z grona ludzi powszechnie uznanych za rozsądnych, więc doprawdy nie oczekujmy zbyt wiele. Nie dostrzega trwałej mocy sowietyzacji. Nie widzi stanu społeczeństw w Europie wschodniej. W moim przekonaniu, analiza sytuacji na Ukrainie jako napięcia między tym co obywatelskie i tym co etniczne, zapoznaje nadrzędny problem: to nie jest Wolna Ukraina, a zaledwie atrapa na kształt dzisiejszego prlu.

Józef Mackiewicz pisał:

Nie lękajmy się stanąć w sprzeczności ze sloganami współczesnej Demagogii. Nawet, żeby ta Demagogia przybrana była w najwznioślejsze barwy patriotyczne. Wolna myśl nie może być ograniczana barierami Demagogii. Powinna łamać bariery stawiane przez demagogię. Wolna myśl sama w sobie jest już torowaniem drogi do przyszłości. To co „wymyśli” – stanie się, lub może stać się alternatywą na stan dzisiejszy. Myśl zniewolona może jedynie utrwalać status quo.

Nie wolno być niewolnikiem dogmatu o upadku komunizmu, bo komunizm ma się dobrze i przepoczwarza się na naszych oczach.

_______

* http://www.newrepublic.com/article/117692/fascism-returns-ukraine

** https://www.youtube.com/watch?v=xpOpnFzTfVQ

Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2015/05/05/na-bezdrozach-wspolczesnej-ukrainy/
Kategorie: Michał Bąkowski, Timothy Snyder – paradoksalny historyk, Ukraina
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2015/05/05/na-bezdrozach-wspolczesnej-ukrainy/