- - https://wydawnictwopodziemne.com -

Sen Raskolnikowa Część X

Posted By admin On 2 stycznia 26 @ 8:37 In Michał Bąkowski | 2 Comments

Rachmietow i Raskolnikow

Sylwetka rewolucjonisty namalowana przez sprawę Karakozowa wydaje się nam wszystkim znana.  Rozpoznajemy w niej Nieczajewa, Sawinkowa, może nawet Lenina, i tylu, tylu innych; dostrzegamy najgłębszą konspirację i bezkompromisowe poświęcenie.  Dla Rosjan w 1866 roku taka postawa była niespodzianką, ale nie była zupełnie nieznana.  Wzorcem był bohater powieści Czernyszewskiego, fikcyjny Rachmietow, i wyrok sądowy otwarcie wskazywał na zgubny wpływ Co robić? na podsądnych.  Należy podkreślić, że sam Karakozow wydawał się jak najodleglejszy od Rachmietowa, ale radykalizm Piekła zdecydowanie nawiązywał do tego „ideału”.  Rachmietow był „rygorystą”.  Odmawiał sobie ludzkich przyjemności; przez ascezę, dyscyplinę i samodoskonalenie przygotowywał się do swego „osobliwego grzechu” (choć z pewnego punktu widzenia, jak argumentuje Verhoeven, już sam rygoryzm jest tym grzechem).  Był makjawelicznym utylitarystą, i ateistycznym altruistą.  Rachmietow miał być przykładem, idealnym wzorcem, jak Sokrates, jak Katon, nawet Chrystus.  Dziwak-Karakozow w ogóle nie przypominał Rachmietowa, a któryś z podsądnych powiedział podczas procesu, że tylko wariat mógłby naśladować taki wzór.  Karakozow był o wiele bardziej podobny do innej postaci literackiej, która nie mogła mieć na niego wpływu – wyglądał zupełnie jak Rodia Raskolnikow.

Verhoeven słusznie pyta, czy Karakozow był niezwykłym człowiekiem, zanim postradał zmysły, czy też tylko z odległej perspektywy może się takim wydać?  Winę za stworzenie fałszywego obrazu rewolucjonisty jako niemal nadczłowieka, przypisuje carskiej propagandzie, a nie rewolucjonistom.  Obraz terrorysty uformować się miał wokół postrzegania Karakozowa.  Rachmietow może (jej zdaniem) wyglądać na protoplastę Lenina tylko poprzez filtr recepcji Karakozowa.  Ten ponury obraz stworzony przez czarną reakcję, zaciemnił zabawną i radosną stronę Rachmietowa i Czernyszewskiego.  Co robić?, to książka przepełniona radością: nie ma Boga, więc świat jest piękny.  Radujmy się z „wolności od Boga”!  Niezwykły Rachmietow, jako carobójca, miał oddźwięk wśród Rosjan, melancholijny hipochondryk z tendencjami samobójczymi – nie miał.  Tak sądzi Verhoeven i wydaje mi się to niezaprzeczalnie absurdalne.  Rachmietow był w istocie postacią z kreskówki dla dzieci, karykaturą – był tyleż radosny, co Pies Droopy.  Czernyszewski uważał, że powieść ma zawierać typy, by móc spełnić swe dydaktyczne cele.  Naśladownictwo było zatem immanentnie założone w tym pisarstwie.  Ale „rzeczywistość tego rodzaju realizmu nie jest realna”, jak celnie ujmuje to autorka.  Jeżeli lektura Czernyszewskiego wzbudzać może uśmiech, to jest to raczej uśmiech zażenowanego politowania.  Czy zatem słuszność nie leżała po stronie nieruchawej carskiej biurokracji?  Dostojewski pokazał, do jakich absurdów prowadzi materialistyczny utylitaryzm.  Podziemny Człowiek drwił sobie z niedorzeczności nowych idej, ale Dostojewski rozumiał tragizm Podziemia i konsekwencje „niedopieczonych pomysłów”: w „cierpieniu, samoudręce, świadomości, że istnieje coś lepszego i że niepodobna tego osiągnąć”, pozostaje

Jeszcze tylko krok i skrajna demoralizacja, zbrodnia (zabójstwo).

Tak widział „rozwój” Podziemnego Człowieka, więc stworzył Raskolnikowa, i tak antycypował Karakozowa.  Rodia, w przeciwieństwie do Rachmietowa, był człowiekiem z krwi i kości, borykającym się ze strasznymi ideami.  I dlatego do dziś ludzie – przynajmniej ci nieliczni, którzy jeszcze umieją czytać – czytają Dostojewskiego, a nikt nie pamięta ani Czernyszewskiego, ani Rachmietowa.  Rewolucjoniści natomiast potrzebowali surowej pewności ascetyka Rachmietiowa, a nie rozedrganych wątpliwości i snów Rodii, niezależnie od działań państwowej propagandy.

W trzy lata później, Nieczajew wprowadzi w życie ideał Rachmietowa, ale także obraz Karakozowa, stworzony przez carat.  Tajne kółka na wzór Piekła, amoralizm, potęga woli – nawet polskich związków dopatrywano się w rzekomym zainteresowaniu Nieczajewa dla jezuitów.  I tak, ciągle według Verhoeven, dzięki wrażej robocie najczarniejszej reakcji, pogodny Czernyszewski stał się demonicznym ewangelistą, wesołek-Rachmietow fałszywym mesjaszem, a rewolucyjny ruch sataniczną, sekularną religią.

Verhoeven argumentuje, że Człowiek Podziemny nie jest wcieleniem tragikomicznego impasu, do jakiego prowadzą założenia Czernyszewskiego, i tu się zgadzamy.  Jest czymś nieskończenie więcej niż tylko satyrą, Dostojewski dostrzegał bowiem u niego „sataniczne zadowolenie z redukcji człowieka do automatu lub zwierzęcia”; jednak autorce chodzi o coś innego: ona chce zrehabilitować Czernyszewskiego.  Jej zdaniem, prorok rewolucji „oferował radykalnie nową, rewolucyjną etykę”.  Jego zwolennicy odczytywali ją błędnie, z religijnym namaszczeniem, gdy jest ona obrazoburcza i prześmiewcza, świętokradcza i rewolucyjna.  „Jako etyka, nie może być rygorystycznie interpretowana”, twierdzi dalej, ponieważ grzechem Rachmietowa był właśnie rygoryzm.  To nie tłumaczy jednak, dlaczego sama gotowa jest rygorystycznie interpretować każdy inny składnik swej opowieści.  Jeżeli ludzie typu Rachmietowa mają być aż tak zabawni i radośni, jak to chce wykazać Verhoeven, to dlaczego dostrzegano w nich tylko prototyp Nieczajewa i Wierchowieńskiego?  „Poprzez śmiech Rachmietow transcenduje swe cierpienia; Karakozow nie.”  I za to odwrócenie, za Nieczajewa i Azefa, wini autorka carat.

Przypisywanie caratowi odpowiedzialności za stworzenie obrazu herosa-rewolucjonisty wydaje się zasadniczą pomyłką w skądinąd arcyciekawych rozważaniach Verhoeven.

Ma jednak rację, gdy wskazuje na trzy aspekty modernizmu w zamachu Karakozowa.  Chcąc nie chcąc, wprowadził on trzy elementy terroryzmu: anonimowość, rozgłos i tłum.  Rewolucjonista ma pozostać anonimowy do momentu dokonania wielkiego czynu, któremu należy zapewnić największy możliwie rozgłos, a do tego potrzeba tłumów.  Stalin mógł sobie pozwolić na ciche i intymne morderstwa przy pomocy toporka do lodu, ale rewolucja żądała aktów publicznych, w obecności tłuszczy.

Autorka interesująco śledzi także autentyczne, wcale nie wydumane przez carat, polskie koneksje.  Zamachowiec mówił po polsku, związany był z europejskim centrum, a tam, wiadomo, Polacy.  Organizacja miała kontakty z polskimi rewolucjonistami i wygnańcami na Sybirze.  Polscy spiskowcy Jozafata Ohryzko (o którym, wyznaję ze wstydem, nigdy nie słyszałem) mieli być kolejnym wzorem dla spiskowców.  Polaków wyszkolili w tej niecnej robocie podli jezuici, to od nich wywodzić się ma zasada, że cel uświęca środki, zasada w istocie stara jak świat, a przypisywana najczęściej Machiavellemu.  „Gradualiści” wewnątrz „Organizacji” chcieli pracy u podstaw, a carobójcy odwrócili się od ludu, zwrócili za granicę (a tam do Polaków) i stworzyli Piekło.  Mamy tu więc nie tylko zaczyn rozłamu na mienszewików i bolszewików, ale także spór okcydentalistów ze słowianofilami w rewolucyjnym wydaniu.

W deklaracji zaadresowanej do „przyjaciół-robotników”, którą znaleziono w kieszeni Karakozowa, zamachowiec nazwał Samodzierżcę „wrogiem ludu” i obarczał go odpowiedzialnością za wszystkie cierpienia i za całe zło.  Prorokował, że jeśli nie uda mu się zabić cara-złoczyńcy, to na pewno uda się to jego następcom.  „Niech rosyjski lud uzna za najpotężniejszego wroga cara Aleksandra II lub III i tak dalej, wszystko jedno.”  I ten chorobliwy bełkot okazał się proroczy.  Następcom udało się wykonać jego zamiar.

Możemy więc chyba z powodzeniem twierdzić, że niemożebne, trudne do czytania i niezamierzenie komiczne dzieło Czernyszewskiego rozszczepiło się z czasem na przeciwstawne percepcje carskiej propagandy i rewolucyjnej agitacji, świętokradczej etyki i religijnego namaszczenia, szaleńczego skowytu Podziemnego Człowieka i gorączkowej szamotaniny Raskolnikowa.  Ale we wszystkim tym zagubił się Dymitr Karakozow.  Verhoeven jest zdania, że jeżeli Karakozow był szaleńcem, to jego obłęd polegał być może na tym, że wziął Rachmietowa zbyt poważnie.  Dostojewski natomiast stworzył w postaci Raskolnikowa „młodego człowieka z niewykończonymi ideami”, po czym z przerażeniem spostrzegł niemal nieuchronne wcielenie swych przemyśleń w Karakozowie.

Komisarow

Odbiegnę ponownie od głównego wątku mych rozważań, dla krótkiej dygresji o rzekomym wybawcy cara, tępym chłopie Komisarowie.  Rzecz jest autentycznie zabawna i mówi wiele o domniemanym zacofaniu Rosji.  Pod wieloma względami przypomina to historię Kozaka Kriuczkowa z początków Wielkiej Wojny, opowiedzianą tak interesująco przez Józefa Mackiewicza (por. Okna zatkane szmatami).  Czy Komisarow rzeczywiście potrącił rękę Karakozowa w momencie oddania strzału, było kwestionowane od początku, ale sprawność i dynamizm carskiej propagandy, energia i swoboda przedsiębiorców, którzy w krótkim czasie zasypali ogromny kraj produktami z wizerunkiem wybawcy, zdjęciami i obrazami, artykułami i książkami, jest tak zaskakująca, że aż dech zapiera.  Spontanicznie, bez naganiania, społeczeństwo zabrało się do wychwalania wybawiciela.  Z Komisarowa zrobiono pierwszą masową gwiazdę rosyjską, przemieniono go w ikonę, w fetysz.  Został uszlachcony, był fetowany i obsypywany pieniędzmi.  Prędko się rozpił i dalej jego historia jest przewidywalna; rozpierała go duma, więc go znienawidzono jako „przypadkowego człowieka-pijawkę”, aż znikł.  Ale opowieść o tym, jak tysiące pocztówek z jego wizerunkiem pojawiło się w oddalonej od Petersburga prowincji kazańskiej (bez połączenia kolejowego!) w ciągu paru tygodni jest przede wszystkim świadectwem niesłychanej wolności w kraju carów.  Podobnie zresztą dowodem wolności są wypadki otwartego, publicznego darcia zdjęć wybawiciela.  Nie ma sensu, rzecz jasna, porównywać wolnej Rosji do sowieckiej niewoli, ale gdybym dzisiaj w Londynie podarł publicznie zdjęcie Mandeli, to prędko policja pojawiłaby się na moim progu.  Produkcja i dystrybucja trunków, papierosów, kubków, obrazów i Bóg wie czego jeszcze, wszystko opatrzone wizerunkiem Komisarowa, świadczy o rozwoju rosyjskiej gospodarki rynkowej, o rzutkości ludzi, o przedsiębiorczości, która może zaistnieć skutecznie tylko w warunkach wolności.  Prasa doświadczyła takiej eksplozji zainteresowania po 4 kwietnia, że jakiś dziennikarz domagał się więcej podobnych wydarzeń.

Klasyczna marksistowska wykładnia brzmi: Karakozow przyszedł za wcześnie, Rosja nie była gotowa do rewolucji.  Verhoeven odpiera, że była gotowa na Komisarowa.  Modernizm objął Rosję i nadał rozgłos zamachowcy i wybawicielowi, po czym zniszczył obu, a w ich miejsce narodziła się Hydra o tysiącu paskudnych bolszewickich łbów.

Profetyzm

Claudia Verhoeven nadała swojej pracy interesującą konstrukcję.  Pierwsze trzy rozdziały zajmują się reakcją na 4 kwietnia i recepcją, od centrum do peryferii: jak odpowiedziało gasudarstwo, jak obszczestwo, i jak narod.  Reakcja państwa to najczarniejsza reakcja.  Społeczeństwo odpowiedziało w sposób bardzo zróżnicowany, jak bywa wśród wolnych ludzi.  Lud zajął się głównie produkcją i konsumpcją bubli z wizerunkiem Komisarowa.  Trzy ostatnie rozdziały wychodzą z tego co zewnętrzne i zmierzają ku centrum; traktują o wyglądzie Karakozowa, o jego zdrowiu i o duszy, psychice.  Ale w samym centrum jest rozdział poświęcony Dostojewskiemu.  O dialektyce wydarzeń związanych z zamachem i o pisanej równocześnie powieści, o tym jak korespondują postaci Karakozowa i Raskolnikowa.  Raskolnikow wypowiada sławne zdanie o „nowym słowie” – być może Karakozow był tym nowym słowem.

Jeśli wydarzenie jest bez precedensu, to nie można go sprowadzić do wcześniejszych wydarzeń, trudno znaleźć jego źródła – 4 kwietnia jest swoim własnym źródłem, jest nowością.  Verhoeven dokonuje znaczącego rozróżnienia: Karakozow zainicjował terroryzm, nie można go wywodzić z wcześniejszych wcieleń rosyjskiej rewolucji.  Ulotki „Młodej Rosji” z 1962 nawoływały do naśladowania „wielkich terrorystów z roku 92”, czyli jakobinów, do marszu na Pałac Zimowy i eksterminacji jego mieszkańców.  Tylko że terror jakobinów był terrorem rewolucji u władzy, marsz tłuszczy na pałace oznacza rewolucję w pełni, a wymordowanie rodziny carskiej jej kulminację.  A zatem nie można przeprowadzić prostej linii od Piotra Zaiczniewskiego do Dymitra Karakozowa.  Jakobiński terror jest bowiem najpełniejszym wyrazem przejęcia władzy przez zrewoltowane masy, tymczasem terroryzm Karakozowa nie ma być kulminacją procesu, a zaledwie iskrą, jednym z wielu drobnych kroków, wiodących do rewolucji.  Etiologia tego wydarzenia jest przedmiotem książki.  Równocześnie, w najdosłowniejszym sensie, Dostojewski pisał o psychologii zabójcy, medytował nad jego motywacją, poprzez wszechwiedzącego narratora, siedzącego na ramieniu Rodii, przenikał najgłębsze tajniki duszy zabójcy.  Nie jest przypadkiem, że w w tym samym czasie – lata 1865-66 – w Rosji, dwaj ludzie rozważali dokładnie te same problemy, jeden jako pisarz, drugi jako terrorysta.  Karakozow chciał stworzyć decydujący fakt, poprzez carobójstwo, a Raskolnikow pragnął „wypowiedzieć nowe słowo”, poprzez mord.  W obu wypadkach zbrodnia związana była z chorobą i obłędem.  Obaj byli samotnikami i intelektualistami, mieli skłonności do melancholii i mizantropii, byli milczącymi hipochondrykami.  Obaj pochodzili z zubożałej szlachty i porzucili studia z braku środków materialnych, i obaj rozważali gwałt dla dobra innych, a co gorsza, obaj wyłożyli swe przemyślenia na pismie: Raskolnikow w artykule o zbrodni, Karakozow w deklaracji „Do przyjaciół-robotników”.  Obaj dokonali swych czynów w stanie graniczącym z delirium.  W sławnym liście do Katkowa z września 65, w którym Dostojewski zaproponował nową powieść wydawcy, opisywał bohatera jako byłego studenta, który z powodu lekkomyślnej niestabilności poddaje się dziwnym, „niedokończonym” ideom, które „unoszą się w powietrzu” i zabija.  W tej fazie pracy, bohater miał być utylitarnym altruistą, nie było jeszcze mowy o „idei napoleońskiej”.

Pierwsza część powieści ukazała się już u Katkowa, gdy Dostojewski wpadł do domu Majkowa z okrzykiem „strzelali do cara!”.  Był na skraju epileptycznego ataku, ale wybiegł na ulicę jak szalony.  W dziesięć dni później ukazał się nowy numer Russkiego Wiestnika, ale zamiast kolejnego odcinka Zbrodni i kary, pojawiła się Nota wydawcy, w której wyjaśniał, że choroba uniemożliwiła autorowi skończenie korekty przed drukiem.  Badacze interpretują to różnie.  Mogła to być polityczna decyzja Katkowa, przestraszonego podobieństwem Raskolnikowa do Karakozowa, bądź decyzja samego autora, by dokonać rewizji powieści, ale co najmniej równie prawdopodobną przyczyną jest autentyczna choroba.

Problemem było oczywiście „prawo do zabijania”, które jest fundamentalną kwestią w powieści, a jednocześnie, od pojawienia się Karakozowa, stało się podstawą rewolucyjnej etyki, przyjętą bez ogródek przez nieczajewców, narodnowolców, eserów i bolszewików.  Raskolnikow idzie dalej, a rewolucjoniści pójdą za nim: nadzwyczajna jednostka ma nie tylko prawo zabijać, otrzymuje niniejszym moralną sankcję, by tak czynić.  Verhoeven z rzadką wnikliwością komentuje, że „nowe słowo” Raskolnikowa negowało dawny Logos, obalało Boży Ład, a w oczach Dostojewskiego, sprowadzało pojęcia Boskiej sprawiedliwości do historycznego precedensu i ograbiało ludzkość z transcendencji.

Wedle Bachtina, pisarz posiadał niespotykaną wrażliwość, „słuch” do idej, potrafił wyczuć idee w ich stanie embrionicznym, zanim się ukształtowały, na długo przed metamorfozą w pełne ideologie lub światopoglądy.  Verhoeven rozwija tę myśl w fascynujący sposób.  Jej zdaniem, Dostojewski koncentrował się na wyrażeniu „potencjalności” idei, na jej niewypowiedzianej zawartości, w czym jego „profetyzm” zbiegał się z druzgocącą umiejętnością prowadzenia „wojny filozoficznej”.  Nie wypowiedziane jasno elementy idei bywają kluczowe dla jej zrozumienia, ale jakże często okazują się piętą Achillesową.  „Dostojewski jest mistrzem w sztuce ideowego konia trojańskiego”, pisze trafnie autorka.  To co utajone, zaledwie zasugerowane, leży w centrum jego zainteresowań.  I w tym leży także siła jego profetyzmu.  Dostrzegał bowiem to, czego inni nie widzieli.  Widział konsekwencje, które umykały wszystkim wokół.

Po 4 kwietnia myślenie konsekwencjami mogło się okazać groźne dla byłego konspiratora i katorżnika.  Rozwijanie filozoficznego dialogu na temat „prawa do zabijania”, ciągnie Verhoeven, maglowanie kwestii czy cel uświęca środki, należało potraktować z niezwykłą ostrożnością.  Czy taki był powód opóźnienia publikacji kolejnej części Zbrodni i kary?  Jak wiemy, nawet podczas przesłuchań w sprawie Pietraszewców, Dostojewski utrzymywał z uporem, że nie można zwalczać nihilizmu bez wolności słowa.  Nihiliści ośmieszyliby się natychmiast, gdyby Rosja mogła wysłuchać ich nauk.  Można zatem widzieć w Zbrodni i karze specyficzną, wyrafinowaną, filozoficzno-literacką pułapkę skonstruowaną misternie dla usidlenia nihilizmu.  Czy byłoby przesadą snuć domysły, że cenzura carska w swej reakcyjnej złośliwości, widziała to w ten sam sposób?  Opublikowano przecież ośmieszające Co robić?, dlaczego więc zatrzymywać publikację antynihilistycznej powieści?  Tylko że to już jest moja konkluzja, bo Verhoeven do niej nie dochodzi.

Wiele wskazuje, że III część Zbrodni została poddana rewizji po 4 kwietnia, pod wpływem zarówno szoku zamachu, jak i potężnego ataku padaczki (podobny atak nastąpił w rok później, gdy nieudanego zamachu na cara dokonał Antoni Berezowski w Paryżu).  Przyjrzyjmy się zatem chronologii ustalonej przez badaczy sowieckich.  Notatniki do Zbrodni i kary datowane są mniej więcej do lutego 1866.  Wiemy też, że dwie pierwsze części powieści, napisane między grudniem i lutym, ukazały się 30 stycznia i 11 lutego 1866.  Część III była pisana od marca, ale ukończona dopiero w maju, ukazała się 20 maja, praca była więc przerwana w kwietniu.  Cztery pierwsze rozdziały Części IV były gotowe w maju, ale Dostojewski opóźnił ich publikację, dokonał rewizji i ujrzały światło dzienne dopiero 20 lipca.  Reszta tej Części i trzy pierwsze rozdziały następnej ukazały się 21 sierpnia.  Karakozow został skazany 30 sierpnia i powieszony 3 września.  Reszta Części V ukazała się 24 września i tego samego dnia wydano wyrok w drugim procesie „Organizacji”.  Wówczas nastąpiła osławiona przerwa, kiedy przez cały październik Dostojewski dyktował swej przyszłej żonie Gracza, ponieważ podpisał absurdalny kontrakt z nieuczciwym wydawcą, w ramach którego miał utracić prawa autorskie, jeśli nie dostarczy powieści na określony dzień.  Pierwszych sześć rozdziałów Części VI pisał od 8 listopada i ukazały się 29 grudnia.  Rozdziały 7 i 8 wraz z obydwoma epilogami były gotowe 27 grudnia i ukazały się 14 lutego 1867.

Nawiasem mówiąc, warto zwrócić uwagę, że pomimo wielomiesięcznej pracy w zmiennych warunkach, Zbrodnia i kara zachowuje narracyjną, ideową i strukturalną spójność, czego nie udało się Dostojewskiemu osiągnąć na przykład w Idiocie, gdzie po długotrwałym rozważaniu aż dziewięciu różnych wersji fabuły, pisarz stworzył Część I powieści w nagłym wybuchu inspiracji, po czym nie wiedział, jak pociągnąć akcję dalej – Część II jest zasadniczo inna od poprzedzającej.

Wiemy, jak wyczulony na wydarzenia w Rosji był Dostojewski, wydaje się więc niemożliwe, by sprawa Karakozowa nie miała wpływu na treść powieści.  Przesunięcie akcentu w motywacji Raskolnikowa z „dobra ludzkości” na „nadzwyczajną jednostkę” jest w miarę prawdopodobne, warto więc przyjrzeć się tej chronologii krytycznie.

Sowiecki badacz, Borys Bursow, jest zdania, że największym odkryciem pisarza było rozdwojenie osobowości.  Bohater Dostojewskiego rozkoszuje się złem i upadkiem, pielęgnuje zło w sobie, po czym oczernia siebie, by pogrążyć się w oczach innych, ale to implikuje jaźń odzwierciedloną: bohater jest bezustannie na scenie, jak w teatrze lub pod obserwacją.  Dostojewski uważał się za realistę, bo ukazywał wszystkie zakamarki duszy ludzkiej.  Sam był rozdwojony i nie ukrywał tego.  Był pełen pychy i pokory, arogancki i niepewny siebie.  Rozszczepienie jest konsekwencją wzniesienia „ściany” przed bohaterami – wznosząc mur konieczności (lub rzekomej konieczności), Dostojewski daje im prawo do buntu i przemożny lęk.  Jednocześnie.  Na długo przed Podziemnym Człowiekiem, tak samo rozdarty był Diewuszkin i Goladkin.  Co więcej, Goladkin jest „drżącą kreaturą”, którą tak pogardza w sobie Rodia, a jego sobowtór jest uosobieniem wszelkich cnót.  Raskolnikow nie tylko wciela to samo rozdarcie, ale także dopisuje do niego filozofię.  Dostojewski nazywał to realizmem fantastycznym, ale określenie Bursowa bardziej mi się podoba: realizm paradoksalny.

W Zbrodni i karze rozdwojenie przybiera postać problemu Napoleona i „drżącej kreatury”.  „Napoleon” to etykietka dla prawa nadzwyczajnej, wybitnej jednostki do podeptania reguł obowiązujących „zwykłych” ludzi.  Pojawia się w powieści w rozdziale 5 Części III, czyli w fragmentach poddanych rewizji po 4 kwietnia.  W artykule o zbrodni, Raskolnikow argumentuje, że władza polega na plwaniu na to, co jest, na ważeniu się.  Ludzie niezwykli „mają prawo do wszelkich zbrodni i wykroczeń, mianowicie dlatego, że są niezwykli”.  Raskolnikow ważył się zabić.  Nie zabił dla idei, ale by się ważyć.  Despota daje sobie samemu prawo robić, co chce, a on pragnął sam sobie udowodnić, że jest wielką jednostką, tymczasem ku własnemu zgorszeniu, okazał się drżącą galaretą.  W rozmowie z Porfirym i Razumichinem, Raskolnikow broni swoich tez w sposób, który Verhoeven interpretuje odkrywczo jako próbę przekonania słuchaczy, że nie ma w jego teorii żadnych powodów do alarmu z politycznego punktu widzenia.  W kontekście zamachu na świętą osobę Samodzierżcy, Dostojewski argumentuje, że teoretyczne rozważania Raskolnikowa nie są politycznie groźne.

Teza Verhoeven wydaje mi się przekonująca i słuszna.  Tkwi w tym paradoks, że jakkolwiek Raskolnikow i Karakozow byli wyrazicielami tych samych „niedopieczonych idej, unoszących się w powietrzu”, to Karakozow miał wpływ na fikcyjną postać, mimo że Raskolnikow go antycypował.

Oboczność tych postaci jest drugą stroną rozdwojenia.  W pewnym stopniu Marmieładow i Swidrygajłow są alter ego Raskolnikowa.  Jak on, są rozszczepieni, ale reprezentują różne aspekty jego osobowości, a być może także różne potencjalne fazy rozwoju takiego rozdwojonego charakteru.  Marmieładow, jak katorżnicy z Domu Umarłych, domaga się kary, bo jest świadom swej winy.  Przyjmuje ją z ochotą.  Swidrygajłow popełnia samobójstwo z wszechobejmującej pogardy dla ludzi i znudzenia życiem, bez śladu skruchy.  Można także dostrzec odbicie sytuacji Raskolnikowa w postaci Razumichina, który znajduje się w sytuacji materialnie identycznej do Rodii, ale mimo nędzy i łachmanów, zachowuje pogodę ducha i pracuje od rana do nocy; przyjmuje trudne warunki jako wyzwanie, gdy Raskolnikow jest nimi przytłoczony i w końcu go łamią, ponieważ pogardza ludźmi.  Sonia jest grzesznicą, jak Rodia, ale trzyma się kurczowo swej wiary, podczas gdy Raskolnikow strofuje siebie samego, kiedy odruchowo wzywa pomocy Boga, w którego nie wierzy.


2 Comments (Open | Close)

2 Comments To "Sen Raskolnikowa Część X"

#1 Comment By amalryk On 19 lutego 26 @ 7:58

Jaka szkoda że jestem ignorantem, który może być , co najwyżej tylko biernym konsumentem tej fascynującej materii odkrywanej nam w kolejnych odsłonach „Snu Raskolnikowa”.

Jedyne co mogę wnieść do przedmiotowej materii (ponownie i z zawstydzeniem) to korekta daty; w 1862 roku Piotr Zaiczniewski proklamował orędzie ,,Młodej Rosji” (napisać ją miał w więzieniu- coś bardzo dziwne były te pono straszliwie opresyjne carskie więzienia!)

#2 Comment By michał On 19 lutego 26 @ 9:16

Cha, cha! To już drugi raz umyka nam w korekcie taka sama pomyłka w dacie. Bardzo przepraszam i bardzo dziękuję, Panie Amalryku, za tak uważną lekturę.

Opresja w carskich więzieniach była zaiste straszna. Czernyszewski napisał swoje superdzieło w tiurmie, najpłodniejszy okres w twórczości Pisariewa, to czas jaki spędził pod knutem żandarma Europy – czyli w carskim więzieniu. Dostojewski napisał znakomite opowiadanie w twierdzy Pietropowałowskiej, posępnej jak mur Szlisselburga…. A! Czernyszewski i Pisariew mieli wielki wpływ na młodego Wołodię Ulianowa.


Article printed from : https://wydawnictwopodziemne.com

URL to article: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/01/02/sen-raskolnikowa-czesc-x/

Copyright © 2007 . All rights reserved.