- - https://wydawnictwopodziemne.com -

Sen Raskolnikowa Część XI

Posted By admin On 5 lutego 26 @ 8:33 In Michał Bąkowski | 15 Comments

Nihil

Wygląd zamachowca wprowadził do rodzącego się terroryzmu nowy element niesamowitości – był tak zwyczajny, tak dalece niknął w tłumie, że stary szynel Karakozowa, armiak, nabrał cech przebrania, był jak kamuflaż.  W rezultacie, wróg stał się zjawą.  Nie było odtąd szlachetnych pojedynków, wypowiadania wojny i stawania w szranki.  Wróg nie stał „po drugiej stronie”, nawet nie na barykadzie, jak w Paryżu, ale tuż obok, pojawiał się i znikał.  W ten sposób, trafnie zauważa Verhoeven, całe życie publiczne Rosji uległo upolitycznieniu.  Dodajmy tu na marginesie, że tak rozumiany terroryzm jest częścią innego fenomenu XIX wieku – partyzanta.  Terrorysta i partyzant, zdominowali odtąd wszystkie konflikty, terroryzm jest częścią teorii niesymetrycznej wojny.  Sowieccy historycy nie zauważyli tego aspektu sprawy Karakozowa, ponieważ uznali raz na zawsze, że jego zamach był anachronizmem, pojawił się za wcześnie.

Przebranie, przyjęcie roli, stanie się z czasem modus operandi Bojowej Organizacji eserów.  Bojowcy Sawinkowa i Azefa udawali dorożkarzy i ulicznych sprzedawców, angielskich kupców i służących.  Jednakże w pierwszym rzędzie, szynel Karakozowa po raz któryś przywodzi na myśl Raskolnikowa; w obu wypadkach – kostium nie pasował do człowieka.  Rodia chodzi w łachmanach, fantastycznie podartym cylindrze „od Zimmermana”, ale trzyma się prosto i wyniośle.  Karakozow wyglądał dziwnie, a świadkowie potwierdzali, że jego mowa nie pasowała do łachów.  Obaj brzmieli jak panowie, a wyglądali jak żebracy.  Ale najważniejsze, że ani jeden, ani drugi nie wyglądali jak nihiliści.  Fason nihilistów był zupełnie odmienny.

Nihiliści ubierali się tak, by możliwie najbardziej odstawać od konformistycznej większości, by wyrazić protest samym już wyglądem. Pragnęli nade wszystko zakwestionować panujące konwencje.  Kobiety ścinały włosy krótko, a mężczyźni nosili je długie.  Widzieliśmy już przypadki Pietraszewskiego i Spieszniewa.  Bazarow był rozczochrany i nosił dziwny kapelusz.  Karakozow tymczasem, stworzył nowy styl – modę konspiracji; odtąd, nihiliści chcieli się skryć, potrzebowali kamuflażu w tłumie.  Raskolnikow, gdy zdał sobie sprawę, że jego cylinder przykuwa uwagę przechodniów, postanowił go zmienić, po czym dzięki Razumichinowi, zakupił ubranie zwyczajne, nie wyróżniające się niczym. Karakozow także nie był obojętny na swój wygląd, chciał odwrócić od siebie uwagę, podobnie jak Rodia.  Robił to jednak tak nieporadnie, że paradoksalnie, przykuwał uwagę współkonspiratorów.

Lenin odrzucał indywidualny terror jako „przedwczesny”, domagał się wojny i wyrażania „nastroju mas”, ale Verhoeven słusznie chyba krytykuje ojca rewolucji: jeśli przyjąć tezę Lenina, to nigdy nie nadejdzie właściwy czas dla terroryzmu, ponieważ w momencie wybuchu rewolucji robi się za późno, a przed erupcją jest za wcześnie.  Wszyscy terroryści rosyjscy, od Karakozowa przez narodnowolców, do eserów, zajmowali zupełnie inne stanowisko.  Ich zdaniem terror był „poza czasem”.  Był dziejową i moralną koniecznością, ponieważ akt terroru miał wykrzesać iskrę w nadziei na pożogę.  Mimo tych trafnych spostrzeżeń, i ku memu wielkiemu zdziwieniu, autorka wyciąga ze swej analizy fałszywy wniosek, że bolszewicy pragnęli „wyrażać nastrój mas”, a terroryści nie.  W rzeczywistości, różnice między nimi były wyłącznie taktyczne; zarówno eserzy jak bolszewicy, gotowi byli przejść do porządku nad rzeczywistymi nastrojami.

Obrońcy Karakozowa (nie tylko adwokaci sądowi, ale także historycy), podobnie jak fikcyjni obrońcy Raskolnikowa, wskazywali na jego stan psychiczny i podupadające zdrowie, jako okoliczności łagodzące.  Fikcyjny sąd wziął pod uwagę stan zdrowia podsądnego i złagodził karę.

Oficerowie śledczy i sąd, odrzucili stan zdrowotny zamachowca jako okoliczność łagodzącą (podobnie car odrzucił prośbę o ułaskawienie), ze względu na tekst proklamacji i listu znalezionego w kieszeni Karakozowa.  W moim przekonaniu mieli rację.  Nie można bowiem działać w amoku i jednocześnie mieć przygotowaną proklamację, tłumaczącą sens zamachu.  (Sowieccy historycy jednogłośnie twierdzili, że tylko niezrównoważenie psychiczne mogło wytłumaczyć, dlaczego Karakozow nie rozumiał, że było „za wcześnie”.)  W jego kieszeniach znaleziono dwie kopie proklamacji, wspomniany list, skrawek papieru z nazwiskiem „Kobylin” i trzy silne trucizny – wszystko to dowodziło szczegółowych przygotowań.  List skierowany do Iszutina mówi oględnie o „sprawie, którą nasi znajomi mają wkrótce rozpocząć” i wspomina tajemniczego „K”.  Wyjaśnienia Karakozowa wskazały na Kobylina, jego lekarza, jako jedynego, który był obznajomiony z planem zamachu; Kobylin miał być także źródłem informacji o „K” (o czym za chwilę).  Mimo to, krwawy zamordyzm caratu w swym morderczym zaślepieniu, w swej nienasyconej żądzy krwi – uniewinnił Kobylina.

Zeznania świadków pozwoliły stworzyć obraz oskarżonego jako hipochondryka, który nienawidził ludzi, miał dość życia i miał myśli samobójcze.  Stan niewiele różniący się od stanu Raskolnikowa.  Jako taki, wydał się śledczym – i opinii publicznej – raczej „ślepym narzędziem wrażych sił” niż samotnym fanatykiem.  Podczas procesu, Karakozow prosił o wzięcie pod uwagę jego „rozstroju nerwowego”, ale przewodniczący sądu, książę Gagarin, odrzucił te próby ze względu na raport szpitalny przed zamachem, który określił stan mentalny pacjenta jako „normalny”.  Verhoeven ironizuje, że Karakozow cierpiał na nieleczonego trypra i był alkoholikiem od 17 roku życia, więc nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwałby go normalnym.  Jednakże pytanie o normalność dotyczyć musi w takiej sprawie umiejętności odróżnienia dobra od zła.  Wszystko wskazywało na to, że zamach nie był nagłą decyzją chorego człowieka, był zaplanowany z jasną świadomością konsekwencji, a to zwiększa odpowiedzialność.  Normalny czy nie, Karakozow z pewnością próbował się zabić w więzieniu.  Próbował przegryźć sobie żyły w nadgarstku, zagłodzić się i utopić się w latrynie.

Według zeznań świadków, w ostatnich dniach przed zamachem, był w stanie gorączki, myśl o śmierci nie odbiegała go, pił dużo wódki.  Chodził bez celu po ulicach Petersburga „jak maszyna” – czyli zachowywał się prawie dokładnie tak samo jak Raskolnikow.

Wedle niektórych źródeł, Karakozow celowo sugerował, że Kobylin był świadom spisku, by odsunąć podejrzenia od Iszutina.  W swych zeznaniach twierdził, że tajemniczy „K” z listu, to Wielki Książę Konstanty, carski brat, o którego zakusach na tron miał się dowiedzieć od Kobylina.  Zamachowiec tak wykładał swój plan przed sądem: zdając sobie sprawę, że jego stan zdrowia wróży rychłą śmierć, postanowił zabić cara, co utorowałoby drogę „partii Konstantego” do tronu, po czym wywołać miało rewoltę ludu.  Chciał po prostu „przydać się”, być pożytecznym, dać innym szczebel do sławy grodu…  I to nazywał „propagandą faktów” (lub przez fakty, fakticzeskaja propaganda).  W pisemnym zeznaniu określił to tak:

Faktyczna propaganda, to propaganda poprzez zbrodnię i właśnie ja jestem tym, kto – ponieważ nie będę żył długo – może popełnić tę zbrodnię.

Rachmietow był zdrowy i czysty, na ciele i duchu, był silny i nieludzko opanowany; Karakozow był jego przeciwieństwem pod każdym względem, był schorowany, słaby, skażony wódką i chorobą weneryczną – widział się w roli kozła ofiarnego.  Bajeczka o Wielkim Księciu wygląda jak powtarzanie plotek w desperacji, a nie bredzenie pomylonego.  Verhoeven mimo to utrzymuje, że koncepcja propagandy przez fakty jest oryginalnym wkładem Karakozowa do teorii terroru.  Propaganda poprzez czyn, szerzona przez włoskich i francuskich rewolucjonistów, jest późniejsza co najmniej o dekadę.  Logika takiej propagandy jest oczywista: pojedynczy czyn lub fakt nabiera systemowego i wzorczego charakteru dzięki rozgłosowi – i dlatego koncepcja Karakozowa leży u podstaw wszelkiego terroryzmu.

Konkluzja tej części rozważań Verhoeven jest godna uwagi: rozwiązaniem problemu wyjątkowości królobójstwa musi być jego upowszechnienie.  Karakozow pisał w swej deklaracji, że gdyby miał sto żyć, to postąpiłby tak samo.  Prorokował, że inni pójdą za jego przykładem.  Wprowadził więc carobójstwo w samo serce wieku scjentyzmu: kuracja wstrząsowa powtarzana z regularnością – taka jest natura propagandy faktów.  Prowadząc dalej myśl autorki, taka jest natura terroryzmu, a odkąd zabrakło koronowanych głów, kuracja wstrząsowa prowadzona być musi na żywym organizmie społeczeństwa.

Terroryzm związany jest z narodzinami modernizmu – ekonomicznie, politycznie, społecznie i kulturowo.  Verhoeven wyciąga stąd wniosek, że gwałt wyraża naturę nowoczesności.  Modernizm to historycyzm, i terroryzm świadomie wykorzystuje tę tożsamość.  Zmieniając teraźniejszość, pragnie wyciągnąć przyszłość z kleszczy inercji, z obcęgów kontynuacji przeszłych wydarzeń.  Jest to uderzająco trafna myśl, która da się zastosować do setek aktów terroru.

Terroryzm nie jest dalszym ciągiem starego konfliktu między wyzutymi i posiadającymi.  Nie jest także tyranobójstwem na wzór obu Brutusów.  Lucjusz Brutus wypędził Tarkwiniusza Pysznego, by uwolnić Rzymian z tyranii; Marek Brutus zaatakował Cezara, by przywrócić republikę zniszczoną przez tyrana.  Terroryści inaczej, nie atakują jednostek, atakują system.  Podobnie różni się czyn Karakozowa od zamachu Bootha na prezydenta Lincolna zaledwie rok wcześniej.  Booth miał wykrzyknąć, choć nikt tego nie słyszał, sic semper tyrannis!, w nawiązaniu do obu Brutusów.  Pragnął ukarać Lincolna za nadużycia władzy, ale nie atakował amerykańskiej republiki i nie zamierzał jej unicestwić.  Karakozow natomiast, z pewnością pragnął obalenia caratu.  W jednym z przesłuchań miał się wyrazić, że nie strzelał do osoby cara Aleksandra, ale do Imperatora Rosji: to carat miał być wyeliminowany, a nie przypadkowa osoba na tronie.

Wiele jest sprzecznych sprawozdań na temat wymiany zdań między Samodzierżcą i zamachowcem w chwilę po oddaniu strzału i obezwładnieniu przez przygodnych świadków.  Car miał zapytać: czy jesteś Polakiem?  Albo: czego chcesz?  Karakozow miał odpowiedzieć, że car oszukał lud albo, że nie dał ludowi wolności.  Wedle jednej wersji, na pytanie czego chce, odpowiedział pojedynczym słowem: Niczego.

Car-Oswobodziciel był „dobrym człowiekiem” nawet w oczach rewolucjonistów, ale reprezentował system, który pragnęli zniszczyć, był przedstawicielem świata, który musiał zostać zrównany z ziemią, by na jego gruzach powstał Kryształowy Pałac wymarzony przez Czernyszewskiego.  Ale może bardziej niż pseudo-idylli, pragnęli – Nicości.

Książka Verhoeven wydaje mi się autentycznie znakomita, ale czy to z powodu mistycznego pokrewieństwa z fikcyjnym Piotrem Wierchowieńskim, czy też może dzięki dziedzictwu jej ojca, choliłódzkiego reżysera, przyjmuje stanowisko skrajne, nie kryje się ze swoją sympatią dla rewolucjonistów, nihilistów, terrorystów, utylitarystów i ateuszy.  Wszystko, co przyczyniało się do zniszczenia rządów obszarników i krwiopijców jest jej miłe.  Claudia na panów pisze, na panów! za naszą niewolę, kajdany, za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany i tak dalej, poprzez szpalery trupów, przez sowiety i zagłodzone miliony, przez koszmarne wcielenia prlu, aż do dzisiejszego zglajchszaltowanego świata politycznej poprawności, na którego glebie terroryści rozkwitają jak żonkile na wiosnę.

Alosza i Kaliajew

Zanim do tego doszło, na scenę weszli wielcy terroryści rosyjscy XIX wieku.  Zainspirowani propagandą faktów Karakozowa i Katechizmem Rewolucjonisty Nieczajewa, wpatrzeni w papierową postać Rachmietowa, gotowi byli na bezlitosne niszczenie, bez względu na cenę.  Narodnowolcy zamordowali Cara-Oswobodzieciela, po czym na ich miejsce pojawili się socjaliści-rewolucjoniści, tzw. eserzy, i ich niesławnej pamięci Bojowa Organizacja pod przywództwem Jewno Azefa, który okazał się prowokatorem Ochrany.

Zajrzyjmy do książki Romana Gula, Generał BO.  Wydano ją w prlu bez zezwolenia autora w 1958 roku.  Autor przerobił ją w latach 60. i wydał pod tytułem Azef.  Głównym bohaterem jest Borys Sawinkow.

„Na każdy frasunek, w gromadzie ratunek”, mówi Wiktor Czernow, przywódca eserów, do młodego rekruta, który chce „pracować w terrorze” – wytwornego szlachcica, uciekiniera z zesłania, Sawinkowa.  Terror to święta sprawa dla eserów, a Czernow lubi powtarzać, że są trzy jego rodzaje: ekscytatywny, destrukcyjny i agitacyjny.  Ekscytują się aktami terroru głównie sami terroryści, a może ściślej ci, którzy posyłają zabójców „do boju”, z bombami w rękach i na śmierć, czyli partyjni aparatczycy, jak Czernow.  Destrukcja dosięgnąć ma wrogich jednostek, arbitralnie określonych jako „wrogowie ludu”, ale szerzej, ma to być bezlitosne niszczenie starego świata, zgodnie z przykazaniami Nieczajewa.  Agitacyjny aspekt terroryzmu to „propaganda czynu”, o której tak zgrabnie mówił Karakozow.

Młody Sawinkow jest dystyngowany, arystokratyczny i, jak wielu rewolucjonistów, mówi płynnie po polsku – jego przyjaciel, Iwan Kaliajew, mówił nawet po rosyjsku z polskim akcentem, a powieściowy Sawinkow nazywa go czule „Jankiem” – podaje się za Anglika i uchodzi mu to, choć nie mówi słowa po angielsku.  Kocha życie, zabawę, kobiety, hazard, a w terrorze robi tylko dlatego, że to mniej nudne.

Pod piórem Gula, terroryści wychodzą barwnie, żywo i ideowo, nawet przerażający Azef, ale partyjniacy, Czernow, Goc i inni, wyglądają jak załgana bolszewia (choć w rzeczywistości raczej nie znosili swych bolszewickich konkurentów).

Podczas przygotowań do zabójstwa ministra Wiaczesława von Plehve, Sawinkow i Dora Brylant, pozowali jako bogata para, on – angielski kupiec, ona – jego kochanka, a Jegor Sazonow był ich służącym.  W powieści daje to asumpt do dyskusji na temat stosunku do chłopów.  Idealiści w rodzaju Kaliajewa nie są zrozumiali dla ludu, twierdzi Sawinkow, a Brylant odpiera, że złożenie własnego życia w ofierze musi być dla ludu jasne.  Sawinkow obstaje, że lud jest głuchy i tępy jak ściana, nie rozumie, ani nie chce ofiary.  Narodnowolcy „spalali się za lud”, a wydawali ich robotnicy, na co Sazonow w oburzeniu wykrzykuje, że trzeba iść na śmierć za lud, nie bacząc na jego obojętność, cierpieć za wolność innych.  Sawinkow nie potrzebował miłości do ludu ani ofiary, wystarczała mu początkowo nienawiść do samodzierżawia.  Z czasem i nienawiści nie stało, bo oto po zabójstwie von Plehve, w którym aresztowano ciężko rannego Sazonowa, Sawinkow był przybity.  Wbrew oczekiwaniom, nie ofiarą Sazonowa, ale samym morderstwem.  Trudno mu było nieść moralny ciężar mordu.

W rozmowie z Kaliajewem, Sawinkow przyznaje, że jeśli wolno zabijać w imię rewolucji, to przecież także wolno dla kontrrewolucji, ale Kaliajew, „Poeta”, jest bardziej ideowy od swego szkolnego przyjaciela.  Zabijać nie trzeba nigdy.  A mimo to, on gotów jest zabić, żeby uwolnić ludzkość od konieczności przeklętego terroru, który sam sieje.  Za morderstwami dokonywanymi przez Bojową Organizację, „stoi wielka miłość, wielkie umiłowanie ludzkości, prawdy, sprawiedliwości, socjalizmu, wolności, człowieka jako brata, tylko wtedy można zabić”.  Idąc drogą terroru, Kaliajew „zabijał siebie”, składał swą duszę w ofierze, na ołtarzu idei.  Sawinkow ze śmiechem odpowiada, że spostrzegł u swych towarzyszy „biologiczną potrzebę ofiary”.  Gdyby zamiast samodzierżawia był socjalizm i raj na ziemi, to Poeta też znalazłby powód do ofiary: „ofiarę swoją kochasz, swoją wariacką ideę, dla niej właśnie zabijasz”…  On, Sawinkow, kocha życie, a mimo to, śmierć starego Plehvego zostawiła w jego duszy ślad, bo jeśli jego wolno było zabić, to każdego wolno.  Sawinkow zazdrościł Azefowi jego spokoju.  Sam czuł, że sprzedał swą duszę.

Po carskim manifeście, który otworzył drogę do konstytucyjnej monarchii, centralkomitet eserów uznał, że nie sposób nadal prowadzić terroru.  Sawinkow utrzymywał jednak, że nie wolno trzymać terrorystów pod bronią.  Terror podniósł prestiż partii, nie wolno się bać terroru, sławy śmierci towarzyszy.  Bojowców nie można „zamarynować”, nie można ich zwinąć jak sztandaru.  Tylko krew jednoczy partię z masami.  Ale za jego argumentami kryła się świadomość, że nie potrafi już żyć spokojnym życiem, nie wierzy, jak Janek Kaliajew, w świetlaną przyszłość, w raj na ziemi, że potrzeba mu walki.  „Wierzę tylko w terror”, mówi do Azefa, i dodaje:

Demokratycznych, zasmarkanych nosów, zawszonych włosów nie lubię.

Zrzekłszy się kierownictwa BO, Sawinkow zamieszkał z żoną i dziećmi w Paryżu i – nudził się.  Chciał pisać o zabójstwie, o psychologicznej, duchowej stronie mordu.  Chciał pójść dalej niż Dostojewski, bo „znał prawdziwy smutek, powstający u zabijającego ludzi człowieka”.  Jego bohater miał odwrócić się od całego świata i „plunąć ludzkości w twarz”.  Tak nieporadny intelektualnie był nihilizm w praktyce.

W związku z podejrzeniami i powtarzającymi się oskarżeniami pod adresem Azefa, jakoby był agentem Ochrany, eserzy zwołali sąd, ale przed trybunałem stanął Burcew, a nie Azef.  Czernow i Sawinkow bronili Azefa przed potwarzą.  Mowa Burcewa jest kulminacyjnym punktem powieści Gula.  Burcewowi grozi śmierć, zarzuca przecież skrytobójcom, że jest wśród nich agent Ochrany.  Jego mowa jest wielkim oskarżeniem metod konspiracyjnych, kumoterstwa i karierowiczostwa w partii.  Azef zabił swego konkurenta-szpicla, Tatarowa, rękami bojowców.  Centralkomitet partii jest narcystyczną rodziną, przesiąkniętą „biurokratycznym duchem kastowości”:

Cekiści stanęli ponad krytyką; stali się niedosięgalni, na kształt rzymskich imperatorów.  Jako pełnoprawni członkowie KC weszły żony cekistów, weszli ich krewni, panowało tam kumoterstwo, nieustanne intrygi, plotki, schlebianie.

(Słowo użyte przez tłumaczkę to „cekiści” od CK, nie „czekiści”.)  W mafijnej atmosferze partii ogromną rolę odgrywały pieniądze.  Azef zbierał fundusze dla partii, ale sam pławił się w luksusie, źródła musiały pozostać tajne, bo takie są wymogi konspiracji.

Mowa Burcewa, który sam był rewolucjonistą, jest oskarżeniem rewolucji w każdej jej formie.  Intryganctwo i moralna degrengolada, tak typowe dla XX-wiecznych partii, od bolszewików, przez nazistów, po islamską gwardię republikańską w Iranie; mafijne metody, zabójstwa, sądy kapturowe i najzwyklejszy samosąd, mają korzenie u Karakozowa i Nieczajewa.  Dostojewski antycypował pierwszego w Zbrodni i karze, wyczuwając idee „unoszące się w powietrzu”, a sportretował drugiego w Biesach, zupełnie już wprost wzorując postać Piotra Wierchowieńskiego na Nieczajewie.  W jego powieściach zawiera się profetyczny obraz diabolicznych manipulacji, jakich dopuszczać się będzie każdy „samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce”.  W rozchwierutanym Raskolnikowie jest zapowiedź Karakozowa.  W Stawroginie jest przeczucie wątpliwości Sawinkowa i wielu innych skrytobójców, a w Wierchowieńskim amoralizmu Azefa.  Ale najbardziej zdumiewające proroctwo zawarte zostało w planie na dalszy ciąg Braci Karamazow, gdzie czysty i anielski Alosza miał zabić cara.  Bo oto Iwan „Janek” Kaliajew, „Poeta”, był właśnie wcieleniem Aloszy.  Oddajmy głos Barbarze Toporskiej:

Kaliajew, któremu „terror ciążył jak krzyż”, należał do wspomnianych już przeze mnie eserów.  Pierwszy zamach Kaliajewa na Wielkiego Księcia Sergiusza nie doszedł do skutku: w karecie były dzieci. Po drugim – Kaliajew nie ucieka. Terror jest koniecznością – wierzy – ale konieczność nie jest moralnością. Więc śmierć za śmierć. Sąd, wyrok śmierci. I tu wchodzi na scenę, raczej do celi skazańca, druga bohaterka tej samej tragedii: Wielka Księżna Elżbieta. Bomba Kaliajewa zabiła jej męża na jej oczach. I oto ona sama zjawia się w więzieniu, aby nakłonić zabójcę swego męża do podpisania prośby o ułaskawienie. Chodzi o formalność, ma zapewnienie cara, że petycja będzie przyjęta. Kaliajew odmawia podpisu. Prosi ją jednak, ją, Elżbietę, o jej osobiste przebaczenie, które otrzymuje.

Wielka Księżna Elżbieta, wnuczka królowej Wiktorii, wstąpiła do klasztoru i została bestialsko zamordowana przez bolszewików.

***

W artykule, którego tylko część zdołał opublikować w polskiej prasie emigracyjnej, a całość w Russkoj Mysli (patrz artykuł w całości w tomie Szabla i pałka gumowa), Józef Mackiewicz zastanawiał się nad zagadką, dlaczego tylu porywająco odważnych, wysoce moralnych ludzi, gotowych było walczyć z samodzierżawiem, a dziś nie ma nikogo, kto zechciałby podnieść rękę na komunistyczną włast’.

Abstrahując od osobistego stosunku i politycznych sympatii lub antypatii do dawnych rewolucjonistów-terrorystów, wypada obiektywnie stwierdzić, że ich ówczesna postawa ideowa, bezwzględne wyrzeczenie się osobistych korzyści, lekceważenie śmierci i ofiarność były zdumiewające!

(W świetle powieści Gula, to bezwzględne wyrzeczenie się osobistych korzyści, należałoby jednak między bajki włożyć.  Kaliajew, Sazonow i inni wzniośli mordercy, może i wyrzekli się korzyści, ale wielu pośród bojowców było karierowiczami, a Sawinkow i Azef pławili się w zbytku, hazardzie i narkotykach.)  Roman Gul odparł, że „świat pozostaje pod hipnotyzującą sugestią, że obecna ludożercza forma rządów komunistycznych «mimo wszystko» jest: «jednakże postępem». Dopóki się tego kłamstwa nie obali, nie będziemy mieli «takich ludzi»”.  Źródła hipnozy, która opanowała świat, pozostają zagadką.

Warto tu dodać, w charakterze cody do historii rosyjskich terrorystów, sytuację opowiedzianą przez Karola Wędziagolskiego.  Kiedy uciekał autem z kwatery Kiereńskiego w Gatczynie, zwrócił się do niego o pomoc Nicholas Johnson, sekretarz Wielkiego Księcia Michała Aleksandrowicza, carskiego brata.  Wędziagolski był zaprzyjaźniony z Sawinkowem i razem uciekali przed bolszewikami.  Był więc mile zdziwiony, że Borys po rycersku zgodził się zabrać Wielkiego Księcia.  Okazało się jednak, że Michał Romanow odczuwał wstręt wobec dzielenia auta z człowiekiem, który przez lata całe polował na życie cara i najwierniej mu oddanych.

Wielki Książę zginął zamordowany przez bolszewików wraz ze swym wiernym sekretarzem.


15 Comments (Open | Close)

15 Comments To "Sen Raskolnikowa Część XI"

#1 Comment By amalryk On 27 marca 26 @ 6:52

W świecie „bolszewickiego raju” indywidualny terroryzm zostaje również „uspołeczniony” teraz kolektywni asasyni noszą nazwę czeka. Więc gdy gpu, nkwd, kgb (czy tam inne akronimy tej mutującej zarazy) wkracza na arenę dziejową wówczas dla, czy to dotkniętego syfilisem alkoholika Karakozowa czy szlachetnego intelektualisty Kaliajewa po prostu nie ma miejsca.
Jakieś konspiracyjne kółka w raju krat? Wolne żarty! Takie fanaberie to tylko w carskiej Rosji , w tym „więzieniu narodów”. W wymarzonym nowym świecie wyłaniającym się z „jutrzenki wolności” kółka oczywiście również zakładać może tylko czeka ( to najgłośniejsze znane jako „Trust”)…
Niechby jakiś Wania tylko zaczął coś kombinować , w świecie gdzie od etażowej w hotelu poprzez taksówkarzy i prostytutki aż do szacownych profesorów uniwersytetu wszyscy są „stukaczami” nkwd, to w przeciągu doby ocknąłby się w ciemnej, zawilgoconej piwnicy w czułych objęciach śledczych z gpu. A gdzie dostęp do broni, do materiałów wybuchowych? Wolne żarty! W świecie gdzie na milicji rejestrowano posiadanie wiatrówki?
No i skala imponująca! Gdy organizacja bojowa eserów zamordowała ok. dwustu ludzi to efekty radzieckie idą w miliony trupów, których już nikt nie jest w stanie zliczyć….

#2 Comment By michał On 27 marca 26 @ 11:15

Drogi Panie Amalryku,

Społeczna własność środków masowego mordu, to jest oczywiście bardzo trafne. Uspołecznienie jest tu rzecz jasna tej samej natury, co w wypadku własności środków produkcji. Ma Pan z pewnością także rację co do większej części historii sowietów. A jednaak, jeszcze we wczesnej fazie były zabójstwa Wołodarskego i Uryckiego, no i była oczywiście także Fanny Kapłan…

Wiem, wiem, powie Pan, że wszystkie trzy zamachy są bardzo podejrzane. Wszystkie trzy można interpretować jako bolszewicką prowokację wykonaną rękami eserów. W każdym wypadku zamach był na rękę bolszewikom i wszystkie te wątpliwości są jak najbardziej uzasadnione.

Czy można wszakże tę niemożliwość konspiracji rozciągnąć na lata 80. w prlu? W moim głębokim przekonaniu, pozwalano nam wówczas spiskować, bo było to na rękę komunistom: przygotowywali grunt pod prowokację pt. „upadek komunizmu”. (Nawiasem mówiąc, dopiero uświadomiwszy sobie ten fakt, zdecydowałem się na emigrację.) Ale fakt pozostaje faktem, że „konspiracyjne kółka w raju krat” były wówczas możliwe. A zatem pytanie Mackiewicza pozostaje chyba otwarte: dlaczego nikt nigdy pod bolszewią nie chce strzelać?

Jak pisałem tu wielokrotnie, a między innymi w niniejszym cyklu, mam osobiście wątpliwości co do moralnej strony indywidualnego terroru, podobnie jak co do jego skuteczności W dzisiejszej sytuacji. Ale Józef Mackiewicz nie pytał o moralność indywidualnego terroru, tylko dlaczego zanikł w obliczu najgorszych reżymów, jakie świat widział.

#3 Comment By amalryk On 28 marca 26 @ 6:23

Kannegiser, Siergiejew i Fanny Kapłan to ludzie wychowani jeszcze w normalnym świecie a więc obdarzeni „remanencją” normalności (pomijając już, że ostatnia para to eserzy). Nie ma co do nich przykładać miary tych całkowicie zsowietyzowanych pokoleń (rzeczywiście „urodzonych w niewoli i zakutych w powiciu”). Sądzę że miał całkowitą rację Zinowiew, gdy mówił wszystkim „ludziom radzieckim” (a ja uważam , że można tę grupę śmiało poszerzyć o urodzonych i wychowanych w demoludach); chcesz zobaczyć homososa – to spójrz w lustro!

Wszak tu, na łamach „Wydawnictwa Podziemnego” słusznie onegdaj zauważyliśmy, że terror i masowe mordy są immanentną cechą komunizmu ale nie dla dewiacyjnych skłonności jego luminarzy (choć całkowicie wykluczyć się tego nie da) lecz dla stłumienia wszelkich odruchów buntu. Po przejęciu i ugruntowaniu władzy bywa używany dorywczo i w stanach uznawanych za konieczne. O wiele ważniejsze jest wykuwanie jaźni „nowego człowieka”. Gdy już go mamy , w peerelu pojawił się gdzieś wraz z gomułkowską „naszą małą stabilizacją”, to jest już nasz! Wtedy mogą już sobie zakładać swe kółka (mogą nawet być „krzywe”) a Henryk Krzeczkowski może wykuwać młode prawicowe kadry na potrzeby upadniętego komunizmu… Tylko wówczas to ewentualne „lekceważenie śmierci i ofiarność” zda się psu na buty.

#4 Comment By michał On 28 marca 26 @ 7:31

Panie Amalryku,

Co robić, ma Pan rację (i nawet Edward Stachura tu nic nie poradzi ze swoją restauracją). Ale jednak pozwoli Pan, że będę drążył nadal, bo przecież sam terror nie wystarczył. Terror niemiecki przemieniał Polaków w bohaterów, a terror sowiecki przemieniał nas wszystkich w gówno. Niemcy traktowali podludzi jak bydło, czym niechcący wzmagali opór (Kube miał się wyrazić, że gdyby spotkał równego sobie Rusina, to musiałby go zastrzelić). Tymczasem bolszewicy robią zawsze wszystko dla dobra tych, których zniewalają.

Och, czyli znowu wychodzi na to, że ma Pan rację, że sowietyzacja wszystko wyjaśnia. Strzelali eserzy i monarchiści, homososy już tylko robią polskie październiki, praską wiosnę, Solikorność i naprawianie błędów i wypaczeń. Nic dziwnego, że sowieciarze mogli sobie pozwolić na inscenizację upadku komunizmu.

(Musiałem sprawdzić, kto to jest Henryk Krzeczkowski, ale chyba nie chodzi Panu o ojczyma Anny German?!)

#5 Comment By amalryk On 29 marca 26 @ 1:41

Ojczym Anny German, a jakże on, on.

#6 Comment By michał On 29 marca 26 @ 2:50

Mój Boże! Szumiała mu Oka, jak Wisła szeroka, kościuszkowiec pod Lenino, a tu nagle wykuwanie prawicowych kadr?

Wyznaję, że nie byłem nawet świadom jego nazwiska, mimo że czytałem (i mam do dziś) Frazera i Gravesa w jego przekładzie. Oczywiście, każdy ma prawo zmienić poglądy, nie jest wykluczone, że Krzeczkowski plunął z pogardą na swą bolszewicką przeszłość. Ale z drugiej strony, przyjaźń ze Stefanem Kisielewskim wskazywałaby raczej na dość specyficzne rozumienie „prawicowości”. Może dlatego właśnie, tak nieapetyczne są te prlowskie „kadry” prawicowe, że wykuwane w znoju przez takich kowali.

Czy to prawda, że Anna German jest nadal popularna w sowietach?

#7 Comment By amalryk On 30 marca 26 @ 11:57

O ile poznałem (niestety ze względu na koneksje rodzinne) te czekistowskie klimaty to plunąć sobie na bezpieką zawsze można ale gdy sobie o koledze z „organów” towarzysze przypomną, to może być bardzo smutno. A II Oddz. Szt.Gen. to takie tutejsze gru…

Te nasze prawicowe tuzy z jego kuźni to m.in. Bartyzel, Walendziak, Hall, Ujazdowski, Jurek, rzec by można creme de la creme. Jest demokracja to musi być i prawica, nieprawdaż? I jeszcze taka ciekawostka z łamów Tygodnika Powszechnego;
„Juliusz Kurkiewicz, pisząc (…) w „Gazecie Wyborczej”, zauważył pewien paradoks: oto powojenne środowisko warszawskich konserwatystów, do którego należał Hertz (a także m.in. Zygmunt Mycielski i Henryk Krzeczkowski), tworzone było w dużej mierze przez homoseksualistów.”

Teraz to bez znaczenia ale onegdaj na pewno nie.

#8 Comment By michał On 30 marca 26 @ 7:37

Czy ja dobrze rozumiem, Panie Amalryku, że Krzeczkowski był w wojskowej razwiedce? Czy mi się zdaje, czy z takich jaczejek można wyjść tylko nogami do przodu?

Całe to „literackie koło warszawskie” wygląda na prawicę wprost wziętą z pepeeru, mówiąc prawdę.

#9 Comment By amalryk On 30 marca 26 @ 9:04

Nie inaczej Panie Michale, nie inaczej. Wygląda na to , że podczas „upadku komunizmu” niczego nie pozostawiono ślepemu losowi…

#10 Comment By michał On 30 marca 26 @ 10:15

I tak to jest z komunistycznym „konserwatyzmem”. „Konserwatystą” miał być Jegor Ligaczow, żeby Gorbaczow mógł wyglądać na „centrystę”, a Jelcyn na „lewicowca”. Ech, ty, bolszewicka twoja chrząstka… (jak by powiedział Józef Mackiewicz).

Jak wiadomo, słowa takie jak „socjalistyczny”, komunistyczny, demokratyczny i im podobne, są przymiotnikami niwelującymi, które zmieniają znaczenie rzeczownika na przeciwne wobec ogólnie przyjętego.

#11 Comment By amalryk On 31 marca 26 @ 7:46

Właśnie! Vide filozofia „marksistowska”, ten zbiór: banalnych aksjomatów, niesprawdzalnych hipotez i oczywistych bredni…

#12 Comment By michał On 31 marca 26 @ 7:31

O tak, to kolejny niwelujący przymiotnik. Ale z marksizmem jest jeszcze gorzej, ponieważ Karol Marks nie był w ogóle filozofem. I to nie w moim, antykomunistycznym mniemaniu, ale wedle jego własnych słów. Jedenasta teza Marksa o Feuerbachu brzmi:

„Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić.”

Rzecz jasna, jedynym przedmiotem filozofii jest zrozumienie świata. Marks był ideologiem, ponieważ podporządkował dociekanie nadrzędnemu celowi – zmienieniu świata. W rezultacie, prawda przestała być celem, musiała być złożona na ołtarzu „dobra” – dobra proletariatu, dobra partii, czy dobra Wodza Rewolucji – to już obojętne, to już tylko detal, bo kiedy raz podporządkowało się prawdę „czemuś innemu”, to już wówczas nie ma odwrotu.

#13 Comment By amalryk On 1 kwietnia 26 @ 1:06

To jeszcze jeden z rozlicznych nonsensów komunizmu. Mimo tak jednoznacznej deklaracji głównego z „ojców założycieli”, klasyfikujących filozofów jako bezużytecznych mądrali, komunistyczni ignoranci z żarliwą gorliwością ( wynikającą zapewne z kompleksu nieuka ) definiowali wypierdy swych uzurpatorów mianem „filozofii” marksistowsko-leninowskiej – koń by się uśmiał.
Nasuwa się tu cytat ze Szpota;

„Nie mogąc małamedom sprostać,
musieli wnet kompleksów dostać,
bo jak nas uczy Freud profesor,
w człowieku rodzi się agresor,
gdy mu o sobie złe mniemanie
nasunie z innym porównanie,
gdyż nikt nie godzi się z ochotą
z tym, że jest zwykłym idiotą.”

Przy czym w oryginale chodzi o szmaciaków zazdroszczących „partyjnym małamedom” ale mechanizm chyba jest ten sam…..

#14 Comment By michał On 1 kwietnia 26 @ 9:09

Marksistowskie szmaciaki filozoficzne, to jest kwintesencja tej myślowej degrengolady.

#15 Comment By amalryk On 2 kwietnia 26 @ 8:42

Verum dixisti.


Article printed from : https://wydawnictwopodziemne.com

URL to article: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/02/05/sen-raskolnikowa-czesc-xi/

Copyright © 2007 . All rights reserved.