Zamknij
Michał Bąkowski

Sen Raskolnikowa Część XV

17 sierpnia 2026 |Michał Bąkowski, Sen Raskolnikowa
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/08/17/sen-raskolnikowa-czesc-xv/

Nazwisko Raskolnikowa wywodzi się ze słowa raskoł, czyli podział, rozłam, pęknięcie.  Raskolnikami nazywano w Rosji starowierców, bo dokonali schizmy w Prawosławiu po reformie obrzędu patriarchy Nikona.  Ale to nie do nich czyni aluzję Dostojewski w źródłosłowie nazwiska bohatera Zbrodni i kary.

Będąc uczniem akademii wojskowej, młody Fiodor czuł się samotny, obojętny na rangi, niechętny gwałtom, niezgrabny w musztrze, pogrążony w zadumie, wrażliwy i nieśmiały; pisał do brata o świecie, w którym niebiańskie duchy walczą z demonizmem grzechu.

Wydaje mi się, że nasz świat jest czyśćcem dla niebiańskich bytów oszołomionych grzesznymi myślami.

Czyściec dla uduchowionych bytów brzmi, jak gdyby człowieczeństwo było w pułapce między skrajnościami, ale dostrzegać w nim tylko grzeszną i okrutną przykrywkę jest zaprzaństwem, zamykaniem oczu na boski element w człowieku.  Rodion Raskolnikow, jak każdy z nas, jest pęknięty między anielską duszą i grzechem – jest więc w istocie człowiekiem.

W Zbrodni i karze występuje autentyczny raskolnik, Mikołka, który przyznaje się do zabójstwa lichwiarki.  Jest on paradoksalnym, lustrzanym odbiciem Rodii.  Jest niewinny, ale bierze winę na siebie mimo to, podczas gdy winny Rodia nie uznaje swojej winy.  Raskolnik gotów jest przyjąć karę, ponieważ czuje się grzeszny, gdy Raskolnikow, prawdziwy zabójca, z krwią dwóch ofiar na obuchu siekiery, czuje się wolny od grzechu.  Postawę przyjętą przez młodego raskolnika określa najpełniej starzec Zosima w Braciach Karamazow:

Albowiem wiedzcie, mili moi, że każdy z nas bez wątpienia ponosi winę za wszystkich i za wszystko na ziemi, nie tylko z winy powszechnej, ale osobiście każdy za wszystkich ludzi i za każdego człowieka na ziemi.

Jeżeli możemy znać tylko siebie – a taka jest pokartezjańska antropologia: myślę, więc jestem, a zatem cała moja wiedza o świecie zakorzeniona jest we mnie i moim myśleniu – to poznawalny świat kurczy się do subiektywnych i wątpliwych percepcji.  Co za tym idzie, nasze JA okazuje się niepewne, nieracjonalne i niepoznawalne.  Patrzymy na siebie samych ze zdumieniem, okazujemy się własnymi sobowtórami.  Jesteśmy przedzieleni wewnątrz – raskoł, raskolnik, Raskolnikow – podział, rozpad, schizma, pęknięcie.  Raskolnik jest dwojnikiem, sobowtórem Raskolnikowa.  Innym wcieleniem tej samej dychotomii jest Dymitr Karamazow: skazany za ojcobójstwo, którego nie popełnił, choć pragnął go całą duszą – winny i niewinny jednocześnie.  Ale także Iwan Karamazow, winien zabójstwa ojca myślą, mową i zaniedbaniem, choć nie uczynkiem.

Już we wstępnej fazie pracy nad powieścią, Dostojewski musiał podjąć zasadniczą, najważniejszą decyzję: stworzyć narratora Zbrodni i kary.  Jego Notatniki dają ciekawy wgląd w proces twórczy wielkiego pisarza.  Z nielicznymi wyjątkami, nie rozwiązuje w nich żadnych problemów, nie podejmuje ostatecznych decyzji.  Sprawy ewoluują w jego zapiskach, zarówno rozwój (linia) wydarzeń, jak i charaktery bohaterów.  Niekiedy (rzadziej) podlegają też gwałtownym zmianom, są odwracane lub porzucane.  Dostojewski rzadko dochodzi do jednoznacznych rozwiązań, nie podejmuje decyzji.  Bywa, że ostateczne rozwiązania są tylko w powieści.  Notatniki do wielkich powieści zawierają autentyczny strumień świadomości, pomysły, tak jak się nasuwają; wszystko płynie, postacie ewoluują, opowieść biegnie w ślepą uliczkę i zostaje porzucona, charaktery bohaterów są płynne i o wiele bardziej skrajne niż w powieściach.  Wyjątek stanowią decyzje na temat narracji w pierwszej osobie, podjęte w przeciwnych kierunkach w zapiskach do Zbrodni i Młodzika, i w obu wypadkach ostateczne.  Można wysnuć z Notatników pewien paradoksalny wniosek, że pierwsza osoba nie dawała autorowi wystarczającej bezpośredniości.  Zdawałoby się, cóż może być bardziej bezpośrednie niż JA narratora, ale opowiadanie w pierwszej osobie wprowadza dystans; dystans odzwierciedlonego JA, jaki mamy do siebie samych, zwłaszcza wówczas, gdy próbujemy się usprawiedliwić.  Pierwsza osoba, tak bliska Dostojewskiemu, a odrzucona w Zbrodni i Idiocie, powróciła w Młodziku, ponieważ potrzebny mu był pewien aspekt Podziemnego Człowieka: obaj zwracają się do czytelnika, w którego istnienie w zasadzie nie wierzą.  Raskolnikow nie mógł być narratorem w klasycznym sensie, nie mógł opowiadać o wydarzeniach później, nie mógł prowadzić dziennika, nie mógł zwracać się do czytelnika, ponieważ był w stanie delirium, w rozgorączkowanej malignie, nie był pewien rzeczywistości.  Już w chwilę po podwójnym zabójstwie, stojąc przy drzwiach zamkniętych od wewnątrz na haczyk, słucha dwóch ludzi dobijających się do lichwiarki, i myśli: czy to jest sen?  Dlatego Dostojewski porzucił narrację w pierwszej osobie, a użył wszechwiedzącego narratora, który siedzi na ramieniu Raskolnikowa i świadom jest wszystkiego, co się kotłuje w rozgorączkowanej głowie mordercy.

Na pierwszych stronach Zbrodni i kary, Raskolnikow jest marzycielem wyjętym z kart poprzednich powieści, ale inaczej niż narratorzy Białych nocy czy Skrzywdzonych jest też drażliwy i pogardliwy, sarkastyczny i nienawistny, jest więc równocześnie niewątpliwym spadkobiercą Podziemnego Człowieka.  Strofuje się w myślach za ględzenie, po czym wpada w klasycznie podziemny dylemat: czy pogrąża się w nieróbstwie, bo za dużo ględzi, czy może przeciwnie: ględzi, bo nic nie robi?  Poczucie wyższości i wszechogarniająca pogarda, połączona z dumnym wstydem i pragnieniem zgubienia się w tłumie, popychają go ku solipsystycznej samotności.  Dokonuje uplanowanego rekonesansu u starej lichwiarki, ale paraliżuje go odraza wobec jego własnych potwornych planów.  Stara Aliona jest dlań obmierzła, a plan zabójstwa wydaje mu się wstrętny.  Odczuwa „chorobliwy optymizm”, wchodząc do szynku, a tam natrafia na niesłychany spektakl Marmieładowa: pijaka, który pije, by więcej odczuwać, który „w trunku szuka współczucia i serca”.

Nie wesela szukam, lecz jedynie boleści…  Piję, albowiem pragnę dotkliwiej cierpieć!

W pijackim widzie, Marmieładow opowiada, jak wziął od Soni 30 kopiejek na wódkę, co tym bardziej było bolesne, że odbyło się bez wyrzutów: nie żałować, a ukrzyżować go należy, ale ukrzyżowawszy – pożałować…  Judaszowe srebrniki mieszają się pijakowi z Golgotą, ale Raskolnikow pójdzie tą samą drogą – bo i Marmieładow także jest sobowtórem Rodii.

Raskolnikow czuje się wiedziony ku zbrodni przez jakąś demoniczną siłę.  Nie potrafi wytłumaczyć inaczej zbiegu okoliczności, że usłyszał w knajpie rozmowę o zabójstwie starej, w momencie gdy sam zaczął mgliście nad tym medytować.  Prosta Anastazja beszta go za lenistwo, napomina, by się wziął do roboty: „Gwizdaniem się nie najesz”, powiada, na co on, że nie naje się też z kopiejek za korepetycje.

– A ty byś od razu chciał cały majątek?
Popatrzał na nią dziwnie.
– Tak, cały majątek – rzekł z mocą po chwili milczenia.

List matki także skłania ku radykalnej decyzji, pokazując mu, jak Dunia gotowa jest poświęcić się dla niego.  Ale jaka zachodzi różnica między prostytucją Soni i zamążpójściem Duni dla pieniędzy?  Plugawsza i podlejsza jest decyzja Duni, bo siostra liczy na „nadwyżkę zbytku”, a Sonia poświęca się, by uniknąć śmierci głodowej.  List matki „uderzył go jak piorun”, bo oto poczuł, że teraz należało działać, a nie utyskiwać.

Raskolnikow ratuje następnie na ulicy pijaną dziewczynę przed atencją przygodnego lubieżnika, ale z miejsca żałuje swego postępku, karci się za wtrącanie w cudze sprawy.  Zamroczony, w malignie, wypija stakanczik wódki, pada na murawę i zasypia.

W stanach chorobliwych sny częstokroć odznaczają się niezwykłą plastyką, wyrazistością i nadzwyczajnym podobieństwem do rzeczywistości.  Niekiedy powstaje obraz potworny, lecz otoczenie i cały przebieg inscenizacji bywają przy tym tak łudząco prawdopodobne, pełne szczegółów tak subtelnych, nieoczekiwanych, artystycznie zaś tak odpowiadających całokształtowi obrazu, że nigdy by ich nie wymyślił tenże śniący, chociażby takim był artystą jak Puszkin czy Turgieniew.

Sny takie są pamiętne, dodaje Dostojewski, wywierają silne wrażenie i pozostawiają ślad w psychice.  James Livingstone w swej pracy o snach u Dostojewskiego* zwraca uwagę, że powyższy fragment wskazuje na klarowny wgląd autora w emocjonalną potęgę snów.  Psychologiczna moc snów wywodzi się z nadzwyczajnej plastyczności szczegółów, upodobniającej senne marzenie do rzeczywistości, ale może bardziej jeszcze z tajemniczego „magnetyzmu”, który sprawia, że nie sposób wyrzucić takich snów z pamięci.

Raskolnikow ma swój pierwszy sen: o bitym koniku.  Śni mu się, że jako mały chłopiec jest świadkiem, jak rozochoceni parobcy pod wodzą pijanego Mikołki (zbieżność imienia z raskolnikiem z pewnością nie jest przypadkowa), znęcają się nad rachityczną szkapinką, dręczą i biją, aż zatłuką kobyłkę na śmierć.  Potworna scena ma swój odpowiednik w rzeczywistości, ale to do rzeczy nie należy.  Straszne znęcanie się nad słabowitą kobyłką jest metaforą losu głównego bohatera powieści.  Szkapa nie jest potężnym perszeronem, nie może uciągnąć ciężkiego wozu pełnego pijanych hulaków, i za to właśnie zostanie zakatowana na śmierć w obliczu śmiechu tłumu gapiów.  Raskolnikow także nie jest tym, za kogo się uważał, nie jest nieprzeciętną jednostką – nie jest „niezwykły”, jak to naiwnie formułuje on sam – i zostanie strasznie ukarany za to, że nie podołał, będzie męczony w obliczu milczącej tłuszczy.  A równocześnie, sen jest oczywistym preludium-ostrzeżeniem-przeczuciem potworności nadchodzącej zbrodni, ohydy na którą się poważył.  Raskolnikow nie ma co do tego wątpliwości: z miejsca woła do siebie, czy naprawdę wezmę siekierę, walnę po głowie, zmiażdżę czaszkę?  Ogarnia go zwątpienie, prędko przeradzające się w pewność, że nie podoła, że nie sprosta.  Choćby rachuba była pewna, arytmetyka mu nie wystarczy – nie zamierzał się poddać prostackiemu utylitaryzmowi Czernyszewskich, opierał się chłopskiej kalkulacji.  Począł modlić się o wskazanie drogi i nagle poczuł się spokojny, wolny „od tych czarów, guseł, od zaklęcia, od opętania!”  Mamy w tym pierwszym śnie Raskolnikowa, klasyczne dla Dostojewskiego utożsamienie bohatera z katem i z ofiarą – jednocześnie.

Zupełnie wyczerpany ruszył do domu, ale nie poszedł najkrótszą drogą, a patrząc wstecz, zrozumiał, że szedł bezwiednie, bezwolnie, ku spotkaniu, które czekało na niego.  W ten sposób dowiedział się przypadkiem, że Aliona będzie sama w domu następnego wieczora – klamka zapadła.  Raskolnikow skłonny był dopatrywać się w całej sprawie „czegoś dziwnego, zagadkowego, jak gdyby obecności tajemniczych wpływów i zbiegów okoliczności”.  Wszystko pchało go do zbrodni, począwszy od rozmowy podsłuchanej w karczmie, gdy student wykładał żartobliwie oficerowi utylitarny rachunek: uratować setki, może tysiące ludzi od nędzy, rozkładu, rozpusty, w zamian za życie jednego złego babsztyla – Rodia widział to jako wskazówkę, przeznaczenie.

Drugi sen Raskolnikow śni na krótko przed morderstwem.  Karawana odpoczywa w oazie na pustyni.  Wielbłądy leżą, ludzie jedzą, a on pije zimną wodę wprost ze strumienia.  Wodę czystą, modrą i orzeźwiającą…  Ocknął się, zerwał i zabrał do przygotowań do zabójstwa.  Jaki jest sens tego snu?!

Zaznaczmy mimochodem pewną rzecz osobliwą na temat wszystkich ostatecznych decyzji, jakie już był powziął.  Miały one jedną dziwną cechę: im stawały się ostateczniejsze, tym bardziej nabierały dlań nagle znamienia czegoś niedorzecznego.

Oaza jest wizją zbawienia, uwolnienia od strasznych myśli o zabójstwie.  Raskolnikow nie wierzy w „ziszczalność swoich zamiarów”.  Brnie ku zbrodni, jak ślepiec prowadzony ku swej własnej zgubie.  Kiedy na przykład, źle i głupio zaplanował kradzież siekiery, natychmiast znalazł inną: „W braku rozwagi dopomógł diabeł!”, pomyślał od razu.

Podczas rabunku jest „zupełnie trzeźwy”, nie doznaje zamroczeń i zawrotów, choć ręce mu drżą.  Jest spokojny i przytomny, ale zapomina zamknąć drzwi, zapomina wziąć pieniądze, a momentami ma ochotę wszystko rzucić i odejść.  Zabiwszy w zdumieniu Lizawietę, gotów jest opuścić scenę mordu „z samej zgrozy i obrzydzenia”.  Zamiast zagarnąć łup, liczyć zagrabione skarby, mył ręce, jak Lady MacBeth, obmywał siekierę z śladów krwi i powoli wzbierała w nim „dręcząca, ponura myśl, że dostaje obłędu”.  Stojąc przy zamkniętych drzwiach szarpanych przez przygodnych przybyszów, staje się coraz mniej przytomny.  Gotów rzucić się na malarzy, na kogokolwiek.

Przy bliższej inspekcji, nazwanie narratora małym biesem siedzącym na ramieniu Rodii, by słuchać jego każdej myśli, nie wydaje mi się trafnym określeniem: narrację Zbrodni i kary powierzył autor klasycznie wszechwiedzącemu narratorowi.  Niekiedy wie, że Raskolnikow ukrywa jakąś myśl przed sobą samym – choć mógłby to wiedzieć i demon na ramieniu – ale czasami jest świadom wydarzeń, przy których bohater nie był obecny.  Wychodzi naprzód, opisuje sytuację przed wejściem Rodii, wie, co myślą inni itp.  W pewnym momencie narrator mówi o Raskolnikowie, że kwestia, dlaczego chciał udać się do Razumichina, „niepokoiła go więcej, niż sam sobie zdawał z tego sprawę” – a zatem narrator zna intymnie nawet podświadome doznania Rodii, świadom jest tego, co pozostaje nieuświadomione, jest więc autentycznie wszechwiedzący.

Raskolnikow pogrąża się w chorobie.  Mówi do siebie, że postradał rozum, ale naprawdę „stracił poczucie rzeczywistości”.  Rozmyśla w panice, „czyżby to już przyszła kara?”  Ponownie, jak Lady MacBeth, widzi wszędzie ślady krwi.  Zaciska w garści strzępy wydartej kieszeni, skarpetę powalaną krwią, i nawet we śnie ma tego świadomość.  Odczuwa wyraźnie, że zbrodnia odcięła go „od wszystkiego i wszystkich jak gdyby nożycami”.

I wówczas słyszy nagle na schodach straszne wrzaski, odgłosy bicia i znęcania się.  W grozie i zdumieniu, rozpoznaje w ofierze burdy swą gospodynię, a w pastwiącym się nad nią nikczemniku, porucznika Procha, którego poznał zaledwie przed paru godzinami w komisariacie policji.  Rozbestwiony Proch tłucze kobietę bez opamiętania, a Rodia słucha w lodowatym odrętwieniu, które „zmroziło mu duszę”.  Okazuje się prędko, ku wzrastającemu przerażeniu Raskolnikowa, że był to tylko sen…  Ten sen-przywidzenie o bijatyce na schodach, to najdziwniejszy sen w powieści.  Birmingham słusznie zwraca uwagę, że od tego momentu ani Raskolnikow, ani czytelnik, nie może być pewny przedstawianej rzeczywistości.  Niepewność pcha opowieść naprzód.  Sen o Prochu, znęcającym się nad gospodynią, poddaje w wątpliwość wszystkie inne wydarzenia.  Budząc się w obecności Razumichina, Rodia zastanawia się:

Zdaje się, że nie jestem w malignie, zdaje się, że to rzeczywistość.

Sam nie wie, co jest prawdą.  O dziwo, w tej skrajnie realistycznej powieści, epistemologiczna niepewność jest siłą napędową narracji, jest niemalże zasadą konstrukcyjną powieści, którą najpełniej uwidoczni postać Swidrygajłowa.  Tymczasem Raskolnikow, wymęczony majakami, zastanawia się nad samobójstwem, pragnie wyznać wszystko policji, choć nie czuje się wcale winny, byle tylko „kres wszystkiemu położyć”.  Dopiero śmierć Marmieładowa daje mu „nowe, nieograniczone poczucie nagłej pełni i potęgi życia”.  Bardzo to Karamazowska myśl…  Iwan „przywarłszy raz ustami do brzegów pucharu”, nie zamierza się oderwać od niego, dopóki nie wychyli go do dna, a Mitia wyraża nieposkromioną żądzę życia, choćby i na katordze.

Razumichin widzi w Rodionie dwa odrębne, przeciwstawne charaktery – to znowu pęknięcie.  Jest posępny, ponury, wyniosły i dumny, a jednocześnie wielkoduszny i chojny.  Nie lubi się zdradzać z uczuciami, bywa zimny, nieczuły, wręcz nieludzki.  Zosimow, lekarz, opiekujący się darmo Rodią, tłumaczy jego stan w osobliwy sposób.

Niekiedy wykonanie bywa mistrzowskie, arcyprzemyślne, lecz kierowanie postępkami, pobudka postępków – ulega rozstrojowi i zależy od różnych chorobliwych wrażeń.  Niby we śnie.

Dunia mówi do brata z goryczą, że „jeszcze nikogo nie zarżnęła”, na co Rodia blednie, nieomal mdleje, wpada w panikę, ale już po chwili ze spokojem analizuje list Łużyna i trafnie określa narzeczonego Duni:

Człowiek to rozumny, jednak na to, by rozumnie postępować – sam rozum nie wystarcza.

Łużyn jest tu symbolem kalkulujących utylitarystów.  Rakitin w Karamazowych będzie prezentował odmianę tej kalkulacji: ożenić się z bogatą wdówką dla propagowania postępowych idej.  Jeśli moralne jest to, co użyteczne i korzystne, jeśli egoizm jest oznaką moralnego zdrowia, to dlaczego nie posunąć się do dokonania zbrodni dla własnej wygody i pożytku ludzkości?  Najpełniejszy wyraz utylitarystycznej logiki mordu znajdziemy w tyradzie Smierdiakowa podczas ostatniego spotkania z Iwanem Karamazowem.  Żelazna logika jest po stronie chamskiego lokajstwa; logika, której wyrafinowany i subtelny Iwan nie jest w stanie pojąć, mimo iż zgodna jest z jego założeniami.  Smierdiakow wykłada (tępo, ale skutecznie), jak zastawiał sidła na panicza, jak wprowadzał w życie jego własne wskazówki, jak z odwagą przyjął, że „wszystko jest dozwolone”, jak otrzymał przyzwolenie od Iwana na zabójstwo rodzica.  Chłopskie wyrachowanie, toporne i służalcze, okazuje się efektywne w przemyśleniu najdrobniejszych szczegółów zabójstwa i rabunku, ponieważ Smierdiakow wolny jest od pańskich fanaberii Iwana i Rodiona.

Razumichin rozwija krytykę myślenia o zbrodni w gorącej dyskusji o socjalistach.  Zbrodnia jest w ich oczach tylko wynikiem warunków zewnętrznych, jest wyrazem protestu przeciw niemoralnemu ustrojowi i nic ponad to.  Nie dopuszczają innych przyczyn, bo (dodam od siebie) inaczej cały ich system nie ma sensu.  Jeśli zbrodnia wywodzi się z wnętrza natury ludzkiej, z fundamentalnej ambiwalencji ku dobru i złu, to socjalizm pozbawiony jest podstaw.  Toteż ulubionym frazesem socjalistów – od Fouriera i Marksa do Blaira i Obamy – jest oskarżenie, że „środowisko wypaczyło człowieka”.  Wystarczy bowiem wówczas zmienić okoliczności, zreformować środowisko, ustanowić „normalny ustrój” (czyli socjalizm), stworzyć zdrowe stosunki społeczne, a zbrodnia zaniknie.  Razumichin dodaje w swoim uroczo ekscentrycznym stylu, że „naturę wyrzuca się za drzwi”.

U nich nie jest tak, że ludzkość, rozwijając się aż do końca historyczną, żywą drogą, sama przez się zmieni się wreszcie w społeczeństwo normalne, lecz odwrotnie, system społeczny, wyszedłszy z jakiejś matematycznej głowy, od razu uporządkuje całą ludzkość, w mig uczyni ją sprawiedliwą i bezgrzeszną, przed wszelkim żywym procesem, bez żadnej dziejowej i żywej drogi.

Dlatego socjaliści nie znoszą dziejów, widzą je jako pasmo łotrostw, chcą wyeliminować z historii jednostkę, źródło wszelkich głupstw.  Nie lubią żywego procesu, żywej duszy indywidualnego człowieka.

Żywa dusza zażąda życia, żywa dusza nie usłucha mechaniki, żywa dusza jest podejrzana, żywa dusza jest wsteczna!  To zaś, czego oni chcą, trąci wprawdzie truposzem, wprawdzie można to zrobić z kauczuku, ale za to jest nieżywe, za to jest bez woli, za to jest niewolnicze, nie pomyśli o buncie!

Wystarczy więc zaplanować korytarze i pokoje, ułożyć cegiełki, odciąć to, co żywe i sprowadzić wszystko inne do kwestii komfortu, jak to uczynił Czernyszewski.  Do komfortu czyli do cmentarza.

Z jednej strony mamy tu wizję przyszłego homososa z gutaperki, zmechanizowanego i martwego, ale z drugiej także sugestię, że ludzkość pozostawiona samej sobie mogła była wyłonić z siebie jakiś „normalny system”.  Czy aby rozwój społeczeństw zachodnich nie przeczy takiej koncepcji?  Czyżby rozwinięte narody zachodniej Europy nie były najlepszym dowodem takiego rozwoju ku komfortowi, ku planowi cmentarza, ku śmierci?  Usuwają żywą duszę, a w zamian proponują rachunek utylitarnych korzyści: tak będzie lepiej, coś za coś, oddaj swą rozwichrzoną indywidualność, a w zamian damy ci kawałek ziemi na racjonalnie rozplanowanym cmentarzysku.

Po rozmowie z Porfirym na temat jego własnego artykułu pt. „O zbrodni…” – którym zajmiemy się osobno – Raskolnikow rozważa swą sytuację, ale sam spostrzega, że bredzi w myślach, „wpada w gorączkową egzaltację”.  Starucha była niczym, chorobą.  On zabił zasadę, ale czy zdołał ją przekroczyć?  Coraz wyraźniej widzi, że wcale nie jest niezwykłą jednostką, której wolno było zdusić ludzką wesz, ale to on sam jest wszą – „estetyczna wesz ze mnie, i basta!”  Już sam fakt, że rozmyśla o tym jest pierwszym dowodem.  Bo czyż Napoleon tak by myślał?

Po wtóre, z racji, żem przez cały miesiąc zanudzał dobrotliwą Opatrzność przywołując ją na świadka, że przedsiębiorę tę rzecz nie dla dogodzenia grzesznemu ciału i jego zachceniom, tylko dla wspaniałego i chlubnego celu – cha, cha!…  Po trzecie, z racji, żem postanowił przestrzegać przy wykonaniu jak największej sprawiedliwości, wagi i miary, i arytmetyki: ze wszystkich wszy wybrałem najbardziej bezużyczteczną…

Osuwa się nieuchronnie w rozgorączkowaną malignę.

Stracił poczucie rzeczywistości; dziwnym mu się wydało, że nie pamięta, jak się nagle znalazł na ulicy.

Błąka się jak w koszmarze po obcych zaułkach i serce mu łomocze.  Jakieś schody, wydają mu się znajome, aż znajduje się w przerażającym mieszkaniu lichwiarki.  Wyciąga siekierę z pętli ukrytej pod płaszczem i tłucze staruchę po głowie, a ta zanosi się od śmiechu; rąbie jeszcze i jeszcze, aż wreszcie chce uciec, ale otoczony jest tłumem milczących świadków.  Budzi się z krzykiem zamarłym na ustach, i w tym momencie uświadamia sobie obecność nieznajomego.  „Czyżby to wciąż był sen?”, myśli nieufnie.

 – Hm, wiedziałem, że pan nie śpi, tylko udaje.  Arkadiusz Swidrygajłow, do usług.

________

* James Livingstone, The Common Dreamscape: A Study of Dream Types in the Writings of Fedor Dostoevskii, Slovo, vol. 32, 1 (Spring 2019), s. 31-52

Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/08/17/sen-raskolnikowa-czesc-xv/
Kategorie: Michał Bąkowski, Sen Raskolnikowa
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2026/08/17/sen-raskolnikowa-czesc-xv/