Zamknij
Michał Bąkowski

Rzeczywistość jest zaledwie przypisem

4 września 2026 |Islamski terroryzm, Michał Bąkowski
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/09/04/rzeczywistosc-jest-zaledwie-przypisem/

Douglas Murray, błyskotliwy i wyrafinowany publicysta i dziennikarz, bywa niekiedy oskarżany o wyniosłą arogancję, ale na krótko przed śmiercią Rogera Scrutona zajął się z bezpretensjonalną skromnością mozolnymi dociekaniami, które dowiodły czarno na białym, że lewacki dziennikarz z New Statesman fałszywie oskarżył wielkiego filozofa o rasistowskie wypowiedzi.  Murray jest zazwyczaj uważany za niezrównanego polemistę, zwłaszcza w formie żywej debaty, ale czy ja wiem, czy się popisał, kiedy podjął dyskusję z takim gigantem intelektualnym, jak komik Dave Smith, przed olimpijskim majestatem Joe Rogana?  Murray dobrze pisze.  Jego felietony w Spectator są ostre jak brzytwa i do rzeczy; jego proza tyleż skrzy się dowcipem, co nasycona jest treścią.  Niestety jego książka o Izraelu i stosunku świata do wojny w Gazie, pt. On Democracies and Death Cults. Israel, Hamas and the Future of the West, nie jest dobrze napisana.  Brak jej punktu zogniskowania.  W dążeniu do przekazania obfitego materiału, Murray zagubił ostrość obrazu i nie zdołał zachować swojego własnego tonu w obliczu potworności masakry z 7 października 2023.

Opisy wydarzeń tego strasznego dnia są niekiedy trudne do czytania, ale bywają niestety niejasne.  Powtarzające się pytanie, „jak mogło do tego dojść, że potężny Izrael, z najlepszym wywiadem na świecie, ze swymi specjalnymi oddziałami błyskawicznej reakcji, zaskoczony został aż do takiego stopnia przez drobnych opryszków z samobójczego skrzydła Hamas?”, pozostawione jest właściwie bez odpowiedzi.  Najlepsze są fragmenty kontrastujące izraelską młodzież, walczącą rezolutnie o swój kraj, z bezkształtną magmą, jaką jest młodzież tzw. Zachodu.

Murray pokazuje ze swadą, z jaką łatwością świat wykonał salto mortale i obrócił się przeciwko ofiarom masakry 7 października.  Jak z lekkością przyjął, że zgwałcone kobiety, zamordowane dzieci, porwani starcy są sprawcami, a gwałciciele, mordercy i porywacze są prawdziwymi „ofiarami imperializmu i kolonializmu”.  Zanim jeszcze gniew izraelskiej potęgi militarnej obrócił się przeciw oprawcom, zanim Siły Obronne Izraela zaatakowały Gazę z morza, z lądu i z powietrza, demonstranci na ulicach zachodnich miast skandowali hasła wysławiające fakt, że zamordowano parę tysięcy Żydów, nawołujące do anihilacji żydowskiego państwa oraz do rozpowszechnienia intifady na cały świat – co oznacza zamachy terrorystyczne na ulicach europejskich miast – ale nade wszystko, oskarżali Izrael o agresję, gdy mieszkańcy Izraela padli ofiarą bezprzykładnej zbrodni.

Książka jest oczywiście słuszna w swym przesłaniu, w przeciwstawieniu życia – żywego, barwnego, zmiennego nurtu człowieczej egzystencji – kultowi śmierci, jakim jest islamizm; jest jednak najbardziej fascynująca w szczegółach.  Ciekawy fakt, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem (a ponoć nie mówi się o nim nawet w Izraelu): otóż uczestnicy festiwalu Nova, zaatakowani z rana przez uzbrojonych po zęby zbirów, byli w większości znarkotyzowani po całonocnej hulance.  Niby nic w tym dziwnego.  Okazuje się atoli, że ci którzy brali kokainę czy amfetaminę byli w stanie najwyższego napięcia, uciekali, walczyli, kryli się i często zdołali przeżyć; podczas gdy inni, pod wpływem np. LSD, obserwowali biernie rozwijającą się zmorę, jak psychodeliczną halucynację, pragnęli tylko ustania koszmarnej wizji i przywrócenia rozkosznych rojeń – ci ginęli na miejscu, byli gwałceni, kaleczeni, torturowani i wielu z nich porwano do tuneli Gazy.  Znowu, niby nic dziwnego – tak działają uppers & downers.  Ale stan post-traumatyczny niedobitków z festiwalu, tych nielicznych, co przeżyli tę upiorną rzeź, okazuje się także bardzo zróżnicowany.  Murray nie jest tu do końca jasny, zdaje mi się jednak, że ilość samobójstw pośród uczestników festiwalu, tłumaczy ponownie różnicą w widzeniu tych przejść.  Kokainiści winią siebie, że przeżyli, zamiast w kokainowym uniesieniu ratować innych, psychodelicy natomiast popadają w depresję i nie umieją się uwolnić od koszmarnych wizji.

Kolejna genialnie paradoksalna obserwacja: antyfaszyzm doprowadził lewicę do antysemityzmu.  Niemieccy terroryści w 1976 roku, selekcjonowali żydowskich zakładników do zagłady na pokładzie porwanego samolotu.  Wrzeszczeli, „schnell, schnell!” do ludzi, którzy mieli numery obozowe wytatuowane na przedramieniu.  Radykalna lewica zbudowała swe stanowisko ideowe, polityczne, nawet moralne, na zrębach anty-nazizmu.  Wyrośli z absolutnego odrzucenia „faszyzmu”, taki był ich punkt wyjścia; ale stąd wyszedłszy, zdołali przekonać siebie samych, że Ameryka jest faszystowska, a sowiety antyfaszystowskie.  I w ten okrężny sposób, ich punktem dojścia stało się poszturchiwanie starych Żydów przed selekcją do likwidacji – antyfaszystowski Umschlagplatz…

Na przełomie lat 60/70 zastąpiono pojęcie Arabów – Palestyńczykami.  Dotąd Izraelczycy walczyli z Arabami, mieszkającymi w Izraelu i w ościennych państwach arabskich.  Ale Arabów są miliony, a językiem arabskim mówią setki milionów mieszkańców Bliskiego Wschodu – co jest, rzecz jasna, rezultatem wielowiekowego imperializmu i kolonializmu arabskiego – a zatem w propagandowej wojnie, Arabowie pozostawali Goliatem wobec żydowskiego Dawida.  Jeszcze w latach sześćdziesiątych, zmyślne i chwackie, młode państwo żydowskie było niezwykle popularne i podziwiane za swoją mężną, a nade wszystko pomyślną, walkę z przeważającymi siłami państw arabskich.  W oczach propagandzistów była to kompletna klęska, nawet wówczas, gdy przedstawiano atak pięciu sąsiadów zza ściany na Izrael, jako „izraelską agresję”.  (Nb. w Egipcie świętuje się do dziś 6 października jako wielkie zwycięstwo nad Izraelem – bez komentarza na temat ostatecznej klęski Egiptu w wojnie Yom Kipur.)  Wobec takiej porażki agit-prop, zastosowano klasycznie stalinowski manewr i – zmieniono nazwę.  Arabów zastąpili Palestyńczycy, bo tych można łatwiej przedstawić jako uciemiężonych, jako biedne ofiary, uciśnioną mniejszość.  Prześladowani i gnębieni Palestyńczycy, z piękną kefiją udrapowaną malowniczo wokół ramion, stali się prawie tak popularni, jak beret Che Guevary.  I tak zaczęła się systematyczna propaganda Palestyny.

Po wielu dekadach kreciej roboty, dziś cały świat słyszeć nawet nie chce, że w Izraelu jest bez liku arabskich obywateli izraelskich, podczas gdy żadna z grup palestyńskich nie zamierza pozwolić Żydom żyć w wymarzonej idylli przyszłego państwa palestyńskiego.  Obywatele izraelscy arabskiego pochodzenia mają pełne prawa w Izraelu, a mimo to głuchoniemi ślepcy rzucają na Izrael oskarżenie „apartheidu”.  Żydzi są od lat mordowani, prześladowani lub wysiedlani z każdego państwa na Bliskim Wschodzie – jako Żydzi; a Arabowie nie są wysiedlani z Izraela.  Arabowie są obywatelami w Izraelu, ale wedle „narodów zjednoczonych”, „prawo międzynarodowe nie zezwala Żydom żyć na ziemiach okupowanych” czyli w Judei i Samarii.  Ba, ale dlaczego pozwala Turkom żyć w Anatolii, Ionii i Kapadocji?  Przecież i oni są okupantami.  Żydzi mają lepiej udokumentowane prawo do Ziemi Obiecanej niż Amerykanie do Ameryki.  Jeżeli Żydzi nie mają uprawnionych roszczeń do Jerozolimy, to jakie prawo do Londynu mają Anglicy?  Albo Francuzi – kto zacz? Galowie? Frankowie? – do Paryża?

Pragnę zatrzymać się dłużej przy zachodnich uniwersytetach.  Murray zauważa, że większość amerykańskich uniwersytetów – choć w Wielkiej Brytanii nie jest inaczej – nastawiona jest na wychowanie klasy aktywistów.  W roku akademickim 2023/24, studenci najlepszych uczelni mieli do wyboru: przystąpić do strajkujących, do „obozu” (czyli setek namiotów rozbitych na dziedzińcach) lub kontynuować kursy o struggle in South Africa, wrzeszczeć Globalise the Intifada!, albo też słuchać dyrdymałków o „dekolonializacji literatury”.  Te straszne sceny, które widzieliśmy na zachodnich uniwersytetach, to nie było odrodzenie „buntu ’68”, przeciw akademii, a jego przeciwieństwo.  Demonstranci lat sześćdziesiątych występowali przeciw swym wykładowcom, a przynajmniej przeciwko ogromnej większości profesorów, którzy pragnęli ich czegoś nauczyć.  Dzisiejsza akademia jest już tylko wylęgarnią rewolucyjnego aktywizmu.

Warto przyjrzeć się bliżej rewolucyjnemu chaosowi, jaki uchodzi dziś za wyższą edukację na uniwersytetach powszechnie uznawanych za najlepsze na świecie.  Ludzie płacą dobre pieniądze, by studiować E-sports & Livestreaming; interdyscyplinarne kursy na temat How can we create a fair society? są obowiązkowe; jeden z nich prowadzony jest przez naukowca, który doktoryzował się, broniąc tezy pt. Fucking and Being Fucked: Towards a Sexual Ethics of Sex on Drugs.  Po zapoznaniu się z przymusową częścią studiów, studenci mogą wybierać następujące kursy: Surviving the Apocalypse albo Queering the Literary Landscape: LGBTQ+ Literature and Culture in the Contemporary World.  Matematyka i przedmioty ścisłe zostały permanentnie „zdekolonizowane”, cokolwiek to może znaczyć.  (Celowo pozostawiam ten bełkot bez przekładu, ponieważ błogosławieni są ci, którzy nie zrozumieli i pozostają w niewiedzy…)

Murray tego nie mówi, ale stan uniwersytetów jest oczywiście nieuniknionym rezultatem niepowstrzymanego, trwającego już z górą siedemdziesiąt lat, marszu przez instytucje.  Zamiast wysłuchiwać andronów o imperializmie, studenci postanowili protestować przeciw ofiarom zbrodniczej napaści.  Zamiast marnować czas na „dekolonizację Szekspira”, zdecydowali gloryfikować gwałty, tortury, mordy i porwania.  Jedna z przywódczyń oporu na uniwersytecie Columbia zażądała „pomocy humanitarnej” dla… siebie samej i jej strajkujących przyjaciół.  Studentom żydowskiego pochodzenia grożono linczem, a administracja uniwersytetu Harvard nie potępiała takich gróźb „ze względu na kontekst”.  Nie będę wysilał wyobraźni czytelnika prośbą o wystawienie sobie reakcji administracji Harvardu na groźbę linczu wobec czarnego studenta tej sławnej uczelni…

Murray wskazuje trafnie, jak antysemityzm przystosowuje się do ducha czasu.  Żydzi byli nienawidzeni ze względu na religię, nienawidzili ich chrześcijanie i muzułmanie, ale kiedy ludzie przestali być religijni, to znienawidzili Żydów za ich rasę, a gdy nie wypadało już nienawidzieć rasowo, to czemu nie za kosmopolityzm, za bezpaństwowość, za rzekomy brak zakorzenienia?  Antysemityzm, jak mityczny Proteusz, przybiera ciągle nowe kształty.  Nie cierpiano Żydów, bo są brudni i biedni, ale równocześnie dlatego, że są bogaci i się panoszą.  Odrzucano Żydów za ich rzekomo mistyczną ciemnotę, ale także za ich talenty i wykształcenie.  Wymawiano im, że pozostają odrębni i trzymają się swoich zwyczajów, ale ganiono jeszcze bardziej, gdy się asymilowali.  Biorąc to wszystko pod uwagę, syjoniści postawili tezę, że jedyną odpowiedzią na antysemityzm jest stworzenie własnego państwa, gdzie Żydzi będą mogli robić, co im się żywnie podoba, toteż teraz, kiedy już państwo żydowskie istnieje, antysemityzm może się otwarcie mienić antysyjonizmem i kryć za fasadą nienawiści do Izraela.

Krytycy Izraela nazywają żydowskie państwo „kolonialnym tworem”, a Żydów Krzyżowcami, co jest genialnie komiczne.  Zarzucają Izraelczykom apartheid, określają Gazę mianem „obozu koncentracyjnego”.  Murray drwi, że nie było wzrostu liczby ludności w Oświęcimiu, gdy populacja Gazy podwoiła się w ciągu 20 lat.  Można rozwinąć tę myśl: do Majdanka nie szły miliardy dolarów rocznie, przywódcy więźniów w Dachau nie byli milionerami, tymczasem Ismaił Hanijja, szef Hamas, był multimiliarderem.  Kiedy żołnierze izraelscy odkryli ogromne składy broni w szpitalu w Gazie, włącznie z rakietami i granatnikami przeciwpancernymi, apologeci Palestyny tłumaczyli, że ochrona szpitala to poważna sprawa.  Z jednej strony jest praworządny Izrael, który robi wszystko, by chronić własną ludność i ostrzega Palestyńczyków przed atakiem, by zmniejszyć możliwość ofiar cywilnych, a z drugiej Hamas, który buduje schrony dla swoich rakiet, a śmierć Palestyńczyków nazywa chwalebnym męczeństwem.  Jedni konstruują bunkry dla ludzi, a drudzy dla śmiercionośnej broni.

Murray mnoży przykłady tego rozbratu z rzeczywistością.  W istocie, w opowieści o Izraelu rzeczywistość sprowadzona została do poziomu przypisu drobnym maczkiem, na szarym końcu długiej baśni o Złych Syjonistach i heroicznych Filistynach.  W dłużyznach tego eposu, obrońcy ojczyzny są czarnymi charakterami, a rozbójnicy z krwią mordowanych dzieci na rękach – heroicznymi bojownikami o wolność.

***

Muszę się przyznać, że nurtuje mnie pewna wątpliwość co do konkretnego argumentu wytoczonego przez Murraya.  Przytacza on znany pogląd Clausewitza, że dla pokonania przeciwnika należy zidentyfikować i zniszczyć jego „środek ciężkości”.  Jeżeli nawet było to słuszne w czasach wojen napoleońskich, twierdzi Murray, to nie jest słuszne teraz.  Dla anihilacji wroga, uderzać należy w jego najsłabszy punkt.  Hamas tak właśnie postąpił, dokonując masakry pośród młodzieży zmęczonej całonocnymi tańcami.  Czy to jest słuszne?  Czy słuszne jest utożsamianie środka ciężkości z najmocniejszą stroną w strategicznych rozważaniach?

Jaki jest środek ciężkości izraelskiego państwa?  W moim przekonaniu, jest to państwo skrajnie liberalne, gdzie wieść można niemal idylliczny żywot, wedle wzniosłej zasady leben und leben lassen.  Jest to także państwo skrajnie praworządne, gdzie wdowa po samobójczym zamachowcu jest uprawniona do otrzymania emerytury po zabójcy.  Państwo to, w świadomości bezustannego, egzystencjalnego zagrożenia, zachowuje postawę otoczonej twierdzy, świadomie przyjmuje posturę pełną czujności – si vis pacem para bellum – która mniej przyjaznym obserwatorom może się wydawać posturą agresywną.  To jest właśnie środek ciężkości Izraela – moim zdaniem, tylko moim zdaniem – bojowa postawa obrony życia.  Obywatele Izraela gotowi są walczyć, żeby zachować sferę – sferę wywalczoną w krwawych zmaganiach, od samego początku – w której Żydzi mogą bezpiecznie żyć, i robić, co im się podoba: modlić się całą noc lub tańczyć całą noc.  Obywatele gotowi są uczynić wszystko, by zezwolić Żydom żyć, jak chcą żyć.

Niestety, Hamas uderzył w tak rozumiany środek ciężkości żydowskiego państwa.  Niestety, było to w zupełnej zgodzie z naukami Clausewitza.  Ale i Murray jest chyba w zgodzie z duchem pruskiego wojskowego, tylko błędnie zinterpretował jego podstawową tezę.

Murray podaje cytaty (wraz ze źródłami) z rozmaitych wypowiedzi przywódców Hamas, że „straty wśród ludności cywilnej są ceną wartą zapłacenia w walce z syjonistami”, że „Hamas nie jest odpowiedzialny za dobrobyt ludności Gazy”, o to dbać powinny „narody zjednoczone”, że dzieci są narzędziami w walce z Izraelem: „poświęcimy dzieci dla uzyskania politycznego poparcia świata”.  I tak dalej.  Palestyńczycy mówią otwarcie i wprost, jakie są ich cele: wymazanie Izraela z mapy; jaka jest ich strategia: obrócenie całego świata przeciw żydowskiemu państwu; i jaka będzie ich taktyka: użycie własnej ludności jako mięsa armatniego – a mimo to, to oni wygrywają propagandową wojnę.

I tu leży główna kość niezgody między mną i Douglasem Murray.  Murray wywodzi islamski terroryzm od nazistowskiego Mufti Jerozolimy, przez co nie dostrzega, że strategia i taktyka islamizmu są w istocie żywcem wzięte od sowietów.  Dokładnie tak postępowali Lenin i Trocki w wojnie domowej, a później Stalin podczas II wojny, Mao i Ho, Pol-pot i Castro.  Im więcej własnych ofiar, tym lepiej.  Murray stawia retoryczne pytania: jak walczyć z wrogiem, który rad jest wielu rannym i zabitym po własnej stronie?  Jak bić się z kimś, kto z radością wita ofiary wśród własnej ludności?  Jak zachować swoje poczucie moralne w takiej wojnie?  Ale Douglas Murray jednocześnie wychwala bohaterskie „ofiary” sowieckie w II wojnie, gdy wiadomo, że enkawudziści strzelali z tyłu do krasnoarmiejców, by zachęcić ich do raźnego ataku; gdy jest jasne, że ofiary gułagu doliczone zostały do ofiar „walki z faszyzmem”.  Obarczanie ofiar winą za zbrodnie na nich dokonane jest także wzięte wprost z sowieckiego repertuaru machlojek.  Murray używa w swej książce sowieckiego pisarza, Wasyla Grossmana, jako moralnego autorytetu, i nie widzi, że Hamas i Hezbollah, jemeńscy Huti i irański korpus strażników rewolucji, to nie są żadni wydumani „faszyści” – tylko bolszewia.

Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/09/04/rzeczywistosc-jest-zaledwie-przypisem/
Kategorie: Islamski terroryzm, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2026/09/04/rzeczywistosc-jest-zaledwie-przypisem/