Zamknij
Michał Bąkowski

Tajemnicza śmierć Aleksandra Litwinienki

9 września 2007 |Dzisiejsza „Rosja”, Michał Bąkowski
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2007/09/09/tajemnicza-smierc-aleksandra-litwinienki/

Martin Sixmith był przed kilku laty tak zwanym spin doctor, czyli szefem od propagandy, w brytyjskim ministerstwie transportu, kiedy wybuchł tam straszny skandal. Sixmith został wyrzucony na zbity pysk, po czym cała maszyna rządu i partii lejburzystowskiej obróciła się przeciw niemu. Na szczęście, jako młody człowiek był także korespondentem BBC w Moskwie, miał więc dość znajomości wśród dziennikarzy, by przeżyć ataki machiny państwowej. Zdawać by się mogło zatem, że taki rzadki zestaw doświadczeń wyposażył go idealnie dla dochodzenia w sprawie tajemniczego zabójstwa Aleksandra Litwinienki, który został otruty w Londynie, w listopadzie ubiegłego roku, przy pomocy radioaktywnego polonu. Mogłoby się tak wydawać, bo przecież poszukiwacz prawdy w tak skomplikowanej historii będzie musiał przebić się przez masy sowieckiej agit-prop, którą w Anglii nazywa się niewinnym mianem spin.

Polon był najprawdopodobniej wielokrotnie używany w przeszłości przez kgb – czy też fsb, jak się teraz chcą nazywać – ale nigdy dotąd nie został wykryty i niewiele brakowało, żeby i tym razem udało się mordercom ujść bez szwanku. Promieniowanie alfa, spowodowane izotopem polonu 210, wykryto dopiero w dzień śmierci Litwinienki. Podejrzenie padło prędko na panów Kowtuna i Ługowoja, „byłych oficerów służb bezpieczeństwa”, którzy spotkali się z nim kilkakrotnie i pozostawili po sobie radioaktywny ślad podczas swych wizyt w Londynie.

Książka Sixmitha, The Litvinenko File. The True Story of a Death Foretold, (Teczka Litwinienki czyli prawdziwa historia przepowiedzianej śmierci), którą czyta się momentami jak powieść kryminalną, jest zdumiewającą mieszanką rzetelnej dziennikarskiej dociekliwości z naiwnością pensjonarki na wakacjach. Sixmith jest w swoim żywiole, kiedy śledzi trop polonu zostawiony przez Litwinienkę i jego zabójców w Londynie, w Niemczech i w sowieckich samolotach (których nie pozwolono zbadać); kiedy rozważa możliwe motywy dla morderstwa; zastanawia się nad poszlakami, podważa intencje swych interlokutorów i rozszczepia włos na czworo. Ta podziwu godna detektywistyczna pasja opuszcza go jednak od razu, gdy ma się zająć sowieciarzami. Ścisłość wypowiedzi znika, brak dowodu nazywa się „dowodem”, interlokutorzy tak dalece nie mają nic do powiedzenia, że wywiady są zastąpione reminiscencjami na temat „starych sowieckich czasów”.

Zatrzymajmy się na chwilę nad dziwnie mglistą terminologią. Sixmith używa często terminu „Kreml” na określenie najrozmaitszych grup w „rosyjskim” aparacie władzy. Za sowieckich czasów, Kreml określał władzę. Kropka. I dziś jest dokładnie tak samo, ale opisując lata dziewięćdziesiąte, Sixmith mówi często o podziałach, o walce o wpływy, o klikach itp. Mamy zatem słabego Jelcyna na Kremlu, potężnego Berezowskiego… też na Kremlu, a przeciw nim koalicję „sił wstecznych”, które opierają się rzekomo liberalizacji Rosji, z których najważniejsi są kagebiści… też na Kremlu. Berezowski – prawa ręka Jelcyna – najpierw umieszcza „swego człowieka” – niejakiego Putina – na stołku w fsb (czy kgb? prawdę mówiąc, jak go zwał, tak go zwał, mnie jest obojętne, jakich zestawów liter zechcą używać między sobą bolszewicy), po czym odważnie decyduje się rzucić wyzwanie wrażym siłom i organizuje konferencję prasową, na której Litwinienko oskarża fsb o próbę zabójstwa Berezowskiego. Sixmith komentuje: „Na Kremlu nie było mowy o przebaczeniu”; „wahanie ze strony Kremla było funkcją ukrytej walki o władzę”. Ale „Kreml” to był w owych czasach wszechpotężny Berezowski!

Wedle założeń Sixmitha – które mnie wydają się absurdalne od początku do końca – istniały wówczas najrozmaitsze ośrodki władzy, a Kreml (rozumiany jako siedziba prezydenta) był pewnie najmniej z nich istotnym, ze względu na słabość Jelcyna. Zatem, kiedy Sixmith mówi „Kreml”, to naprawdę chodzi mu o wierchuszkę fsb (np.: „Nie ulega wątpliwości, że byłoby na rękę fsb mieć agenta w otoczeniu Berezowskiego, kogoś kto mógłby dostarczyć istotnych informacji na temat potężnego wroga, którego Kreml obawiał się i nie znosił.” [podkreślenia moje]), nie mówi tego jednak wprost, bo to osłabiałoby jego argumentację i jego wizję współczesnej Rosji, wedle której fsb to są siłowiki (czyli „beton”), którzy walczą o duszę popularnego Putina z liberałami. Nieścisłość terminologii wskazuje zatem na bardziej fundamentalny problem: fałszywego rozpoznania rzeczywistości, z jaką ma autor do czynienia.

Zabawne światło na te niejasności rzuca postać londyńskiej studentki, niejakiej Swietlicznej. Wystąpiła ona z rewelacjami na temat Litwinienki, oskarżając go o przygotowywanie kampanii szantażu wobec grupy oligarchów. Swietlicznaja zwróciła się do Litwinienki, na kilka miesięcy przed zamachem, o wywiad jako „studentka polityki” (niby nic w tym zdrożnego, tylko że studiuje w Londynie historię sztuki). Sixmith znalazł gdzieś informacje, że Swietlicznaja pracuje dla tajemniczej firmy pod tytułem „Rosyjscy inwestorzy”, że jej ojciec był prowincjonalnym kacykiem partyjnym, a jej londyński pomocnik członkiem Rewolucyjnej Partii Komunistycznej w Manchestrze i dziennikarzem pisma Living Marxism. Czy nie zastanawia Sixmitha udział takich ludzi w rozpowszechnianiu putinowskiej wersji wydarzeń? Nie, nie zastanawia go to w ogóle. Dla niego Putin, Berezowski, Jelcyn i nawet Gorbaczow, są anty-komunistami; to są demokraci, walczący z komunistycznymi dinozaurami. Nie będzie się więc zatrzymywał nad faktem, że te dinozaury propagują wersję wydarzeń wygodną dla Putina i fsb.

W moim mniemaniu, zarówno w latach dziewięćdziesiątych, jak za Gorbaczowa i teraz, istniało „kolektywne kierownictwo”, dla określenia którego wolno użyć nazwy „Kreml”. Przez wiele lat Jelcyn był członkiem tego kierownictwa, wraz z Gorbaczowem i wszystkimi członkami Politbiura posłanymi następnie do „byłych” związkowych republik, dla uwiarygodnienia „rozpadu sowieckiego związku”. Jelcyn tak dobrze wypełnił swoje zadanie, grając rolę „zagrożenia z lewej strony” wobec popularnego na Zachodzie Gorbaczowa, że w nagrodę zaaranżowano dla niego moskiewski pucz, by nadać mu więcej powagi w oczach Zachodu. (Oczywiście to nie był jedyny powód puczu, ale jeden z licznych.) Chaos ekonomiczny i anarchia lat dziewięćdziesiątych nie były przypadkiem, ale metodycznie przeprowadzonym manewrem politycznym. Stworzenie kasty oligarchów było klasycznym stalinowskim posunięciem, bo już Stalin pokazał w osobie Armanda Hammera, jak łatwo można kontrolować pojedynczego bogacza, gdyż wiele ma do stracenia. Chaos był podsycany przez kgb i trwał tylko tak długo, jak było potrzeba. Kiedy Putin został premierem, poszedł podziękować swym byłym podwładnym gebistom. Najpierw, ku wielkiej konsternacji zebranych, wzniósł toast za towarzysza Stalina, a potem rzekł: „Grupa agentów, której powierzono zadanie opanowania rządu, raportuje udane zakończenie pierwszej fazy operacji.” Nota bene, Sixmith uczciwie zdaje sprawę z tych słów Putina, ale twierdzi, że były wypowiedziane żartem…

Wróćmy jednak do historii Litwinienki. Jednym z kluczowych momentów w całej intrydze jest rzekomy rozkaz zabicia Berezowskiego wydany Litwinience w grudniu 1997 roku. Wiemy bezpośrednio od Litwinienki, że jego kariera w fsb została zahamowana, kiedy jego bezpośrednim zwierzchnikiem w urpo (kolejny dowolny zestaw liter, tym razem na oznaczenie tajnej jaczejki, zajmującej się likwidacją wrogów ludu) został niejaki Chochołkow. Tenże Chochołkow – osobisty wróg Litwinienki! – wydał mu następnie polecenie zabicia potężnego doradcy Jelcyna, wiedząc bez wątpienia, że Litwinienko jest z Berezowskim zaprzyjaźniony od trzech lat! Sam fakt wydania rozkazu wygląda już na klasyczną prowokację. Tego rodzaju „rozkazy” (o czym Sixmith pisze kilkakrotnie) nie są wydawane formalnie, ale podczas miłej pogawędki między przyjaciółmi nad filiżanką herbaty, skąd zatem wziął się „rozkaz” Chochołkowa? Kiedy Litwinienko składa skargę na Chochołkowa, ten oczywiście wszystkiemu zaprzecza, z czego Sixmith wyciąga wniosek, że taki nieformalny proces jest dla kagebistów zupełnie naturalny (co naturalnie w żaden sposób nie wynika z powyższego), po czym dodaje:

„Krytycy Berezowskiego utrzymują, że Litwinienko był prowokatorem, którego zadaniem było dostarczenie swemu patronowi informacji i osłabienie bądź eliminacja jego wrogów wewnątrz służb bezpieczeństwa. Niektórzy oskarżali ich o celowe zaaranżowanie skandalu w związku z rzekomym spiskiem na życie Berezowskiego, ale nie przedstawili na to żadnego dowodu.”

Jaki może być „dowód” w takiej sytuacji? Jakikolwiek dowód byłby tylko kolejną częścią prowokacji. Są przecież także inne możliwe interpretacje rozkazu, np. że Chochołkow, który miał zatarg z Litwinienką, chciał go skompromitować. Ale najbardziej prawdopodobnym zdaje mi się, że fsb chciało sprawdzić lojalność Litwinienki, skoro podejrzewano, że był w kieszeni Berezowskiego: gdyby dokonał był mordu, zrobiłby wielką karierę w swojej ukochanej organizacji albo zgniłby w więzieniu, jako przykładowe oblicze wrażych sił (na wzór Piotrowskiego w prlu). Takie możliwości jednak zupełnie nie mącą sumienia Sixmitha, bo on już zdecydował, i wie, czego chce dowieść.

Wszystkie drogi prowadzą do Moskwy

Dokonawszy wszystkich możliwych dochodzeń w Londynie, Sixmith postanawia udać się do Moskwy, aby tam dowiedzieć się, kto zabił Litwinienkę.

„Czerwony mur Kremla wyłonił się przede mną z mroku i przeniosłem się w czasie o 20 lat, kiedy przybyłem tu po raz pierwszy. Byłem wtedy młodym reporterem z upragnioną przepustką na przełomowy Kongres Delegatów Ludowych pod wodzą Michaiła Gorbaczowa, gdzie demokraci walczyli z komunistycznymi dinozaurami, a Rosja po raz pierwszy zaangażowała się w prawdziwą debatę polityczną.

Teraz, w 2007 roku, nie mogłem opędzić się myśli, że niewiele się zmieniło.”

Dlaczegoś, mało się spodziewam po ludziach, którzy z zapartym tchem wsłuchiwali się w debaty na kongresach ludowych delegatów i po latach wspominają to z łezką w oku. Nie dość, że dureń, to jeszcze niczego się nauczył. „Dyskusje” na tych kongresach były tak samo zaaranżowane, jak ściśle dobrani byli „delegaci ludowi”. Skoro Sixmith i jemu podobni zachodni korespondenci oczekiwali „walki” pomiędzy dinozaurami i demokratami, to dlaczegóż by organizatorzy kongresu nie mieli przygotować debaty pod obstalunek?… Nikt nigdy nie wierzył w to, co sam mówił na takim kongresie, co dopiero w to, co słyszał – a Sixmith wierzy nadal w 20 lat później.

Sixmith rozmawia dziś z Dmitrim Pieskowem, szefem propagandy – o, pardon! – informacji prezydenta Rosji i nie może się nadziwić, jaki to kulturalny i wytrawny człowiek, jak bardzo różni się od sowieckich aparatczyków. Pieskow wyraża oburzenie, że jego szef został oskrażony o zabójstwo przez brytyjską prasę. Putin czuł się tym osobiście dotknięty.

„Miałem dziwne uczucie, siedząc w samym sercu Kremla i dyskutując osobiste odczucia najpotężniejszego człowieka w Rosji. Czy poprzedni mieszkańcy Kremla byliby równie otwarci wobec obcokrajowca?”

Być może nie, choć zdaje mi się, że słyszałem coś o kulturze, wdzięku i ogładzie towarzyskiej Trockiego, Litwinowa, Radka, co w niczym nie zmienia faktu, że ręce mieli zbroczone krwią. Towarzysz Gierasimow, rzecznik Gorbaczowa, też był bardzo „otwarty”, kiedy mu to było na rękę. Jedno co się nie zmieniło na pewno, to monumentalna naiwność zachodnich korespondentów. Sixmith słyszy z różnych źródeł, że Putinowi było bardzo przykro, i że poczuł się dotknięty do żywego, kiedy brukowa prasa nazwała go mordercą. Sixmith wierzy, bo jakże inaczej?

„Zważywszy wszystkie zebrane dowody, dochodzić zacząłem do wniosku, że Putin nie miał nic wspólnego z morderstwem.”

Ach, ale nasz detektyw nie da się zbyć tak łatwo! Putin może być poza podejrzeniem, ale nikt nie zaofiarował mu dowodu, że zabójstwo Litwinienki nie było dziełem niezdyscyplinowanej grupy w łonie fsb, która w zrozumiały sposób wzięła sprawiedliwość w swoje ręce. Postanowił zatem pójść do prokuratora generalnego, któremu Putin polecił zbadanie sprawy. Sixmith jest zachwycony piękną Mariną, która poczęstowała go ciastkami i herbatą. Rozmowa przebiega układnie do czasu, aż Sixmith „postanawia być trochę prowokacyjny” i pyta o prawo z lipca 2006 roku, zezwalające prezydentowi na użycie służb bezpieczeństwa do eliminacji – czyli w normalnym języku: do skrytobójstwa – ekstremistów, nawet gdy przebywają poza granicami Rosji. Piękna Marina wpada w panikę, konsultuje przełożonych – biedaczka, że też Sixmith nie zastanowi się nad zrujnowaną karierą, doprawdy! – aż wreszcie daje mu wymijającą odpowiedź, która go zupełnie satysfakcjonuje. Zrelaksowana Marina wypowiada wtedy słowa, które nasz Sherlock Holmes uważa za znaczące:

„Słuchaj, Martin, czy ty naprawdę myślisz, że zawracalibyśmy sobie głowę zabijaniem takiego zera jak Litwinienko? Kogoś, kto opuścił kraj Bóg wie jak dawno? Kto nie był dla nas żadnym zagrożeniem i nie znał żadnych tajemnic, które mógł był wydać? … On nie był wystarczająco ważny.” I tak dalej.

Aha! W ten chytry sposób Sixmith zdołał wydobyć z Mariny, że takie operacje mają miejsce. A skoro tak, spekuluje dalej nasz bohater, to czyż nie jest możliwe, że ktoś z fsb zaplanował i dokonał zabójstwa bez wiedzy Kremla?

I w ten oto sposób Sixmith zdołał wybrnąć z trudności postawionej przed nim przez pułkownika Zdanowicza:

„Nielegalny rozkaz w fsb jest niemożliwy, powiedział rzecznik, a gdyby nawet został wydany, to nikt by go nie wykonał!”

Sixmith nazywa to formułą godną Orwella, ale jest to naprawdę formuła godna czekisty. Rzecznik prasowy fsb mówi przecież wyraźnie, że sam fakt wydania rozkazu jest warunkiem koniecznym i wystarczającym dla jego prawomocności. Służba bezpieczeństwa jest ramieniem państwa, zatem rozkaz wydany podwładnemu w ramach struktur tejże służby jest z definicji legalny; nielegalny rozkaz nie może być wydany, a nielegalnego rozkazu nikt by nie wykonał, zatem nikt nie wykonałby rozkazu, który nie może być wydany…

Rozliczni rozmówcy Sixmitha w Londynie ostrzegają go, że nie jest możliwe opuszczenie szeregów kgb; że nie istnieje coś takiego jak „były agent”. Ale, jak już zauważyliśmy wcześniej, zdrowy rozsądek opuszcza zachodniego dziennikarza w Moskwie. Sixmith jest obwożony po Moskwie przez „byłego oficera wywiadu”, który pokazuje mu Laboratorium 12 (zwane również Kamerą), gdzie czeka produkowało niewykrywalne trucizny od 1921 roku; otrzymuje dostęp do listów przemyconych z więzienia, które oskarżają „grupę wewnątrz fsb” o zamach na Litwinienkę; aż wreszcie próbuje spotkać się Ługowojem.

„Wszystko wskazuje”, że podejrzenia Sixmitha są słuszne, wszystkie ślady prowadzą go do konkluzji, że chuligańskie elementy w fsb podjęły się zamachu na własną rękę – a jemu nawet przez myśl nie przejdzie, że podaje mu się jak na tacy dowody na to dokładnie, czego chce dowieść.

Zastanawia się nad intrygującą postacią Ługowoja:

„Jest niezależnie bogaty, a pomimo to, wydaje się, że został przekonany – albo zmuszony – do uczestnictwa w nadzwyczaj trudnej misji w obcym kraju. Rosyjski biznesman, właściciel prosperującej fabryki win i wódek, nigdy nie nawiązałby dobrowolnie kontaktu z pogardzanym zdrajcą.”

Reczywiście intrygujące! I nie zaświtało naszemu detektywowi, że nikt nie jest w dzisiejszej Rosji „niezależnie bogaty”? Że bogactwo tak zwanych oligarchów jest wyłącznie koncesją? Że ludzie tacy mają o wiele więcej do stracenia niż zwykli zjadacze chleba? Musi być oczywiste dla każdego, kto nie chce chować głowy w piasek, że „kapitalizm rosyjski” ze swą niesłychaną koncentracją kapitału w rękach bardzo nielicznych, pozwala na kontrolę tych nielicznych, a poprzez nich centralne sterowanie gospodarką przy zachowaniu pozorów „kapitalizmu”. Udziałowców nie można kontrolować z taką samą dezynwolturą, na jaką Kreml pozwala sobie wobec swoich rozlicznych miliarderów. Wystarczy postraszyć jednego miliardera z ambicjami politycznymi i wygnać go na Zachód, drugiego wsadzić do więzienia, a pozostali będą robić, co im się każe.

A więc skąd Ługowoj wziął swe „niezależne bogactwo”? Sam Sixmith przyznaje, że fakt uwięzienia Ługowoja w 2001 roku za rzekomą pomoc w nieudanej ucieczce współpracownika Berezowskiego, jest podejrzany. Rychłe zwolnienie i błyskawiczna kariera biznesmena, wydają mu się dziwne i wskazują, że Ługowoj mógł spełniać rolę klasycznego „śpiącego agenta” (sleeper) w otoczeniu Berezowskiego, ale nie wyciąga z tego jedynego oczywistego wniosku, że (zgodnie z ostrzeżeniami, jakie otrzymał w Londynie) rozróżnienie pomiędzy „byłymi” i aktualnymi agentami kgb jest śmieszne od początku do końca, a zatem cała operacja musiała mieć oficjalny stempel służby bezpieczeństwa.

Jego własne odkrycia nie zachwiewają jego wiary w rzetelność rzeczników Putina. Usłużnie podsunięto mu istnienie tajnej organizacji „Godność i Honor” złożonej z „byłych” kagebistów i Sixmith stwierdza z zadowoleniem:

„Ciężar zebranego materiału dowodowego jest przytłaczający. Niektórzy z byłych kolegów Litwinienki w fsb, nie przestali spiskować przeciw niemu ani na chwilę, aż wreszcie, 1 listopada, dopadli go.”

Nie wiem doprawdy, co zasługuje na większą uwagę: śmieszność takich detektywistycznych dociekań czy raczej swoboda z jaką sowieciarze – o, pardon! rosyjskie służby bezpieczeństwa – wodzą za nos zachodnich dziennikarzy.

Zostawię na kiedy indziej dociekanie, dlaczego ludzie pokroju Martina Sixmitha zostawiają w domu cały rozsądek i naturalny sceptycyzm inteligentnych skądinąd dziennikarzy, gdy mają do czynienia z sowietami. Dość powiedzieć, że w aferze Litwinienki widać jak w soczewce wszystkie elementy obecnego wcielenia bolszewizmu: patriotyczny i bezwzględnie lojalny oficer kgb, zahartowany w ogniu mordów politycznych i tortur (wedle klasycznych wzorów ideowego czekisty), bierze słowa o reformie za dobrą monetę i naraża się w ten sposób swemu idolowi; idol, zostaje prezydentem i oficer jest w tarapatach; zostaje aresztowany, ucieka na Zachód i zostaje wreszcie zlikwidowany (znowu według klasycznych wzorów Feliksa Edmundowicza). Ale mamy też jak na dłoni mafijny charakter kgb czy fsb; kontrolowany charakter rzekomo wolnej, kapitalistycznej gospodarki; i wreszcie, największą siłę komunistów na przestrzeni ostatnich 90 lat – niespożytą łatwowierność zachodnich korespondentów.

Kto wydaje rozkazy

Książka Sixmitha dotyka jeszcze jednego elementu o szerszym znaczeniu, a mianowicie problemu, z którym wielu borykało się w opisie komunistycznej metody sprawowania władzy: jak wygląda łańcuch wykonawczy? W jaki sposób są wydawane i wykonywane polecenia takie jak rozkaz zabicia Litwinienki? Dlaczego tak niezwykle trudno wskazać na źródło taktycznych posunięć, gdy sam plan wydaje się oczywisty?

Sixmith cytuje Litwinienkę na temat zabójstwa Anny Politkowskiej:

„Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że w jest w Rosji tylko jedna osoba, która może wydać rozkaz zabójstwa dziennikarza kalibru Anny Politkowskiej: Putin i nikt inny. Rosja jest całkowicie kontrolowana przez służby specjalne i wiem z doświadczenia, jak ścisła jest to kontrola. Dziennikarka o pozycji Politkowskiej, nie mogła być dotknięta bez pozwolenia prezydenta Rosyjskiej Federacji. Anna była ich politycznym wrogiem i dlatego ją zabili.”

Porównajmy tę pewność Litwinienki, z historią rozkazu zabicia Berezowskiego, który Litwinienko otrzymał ustnie od szefa departamentu, swego osobistego wroga. Jak pogodzić sprawność organizacji, koniecznej dla przeprowadzenia tak skomplikowanej operacji jak zabójstwo Litwinienki, z chaosem, anarchią i bezhołowiem na każdym kroku, opisywanym przez wszystkich, począwszy od Berezowskiego i Litwinienki, a na Politkowskiej skończywszy?

Nasuwa mi się tylko jedna odpowiedź: chaos jest zasłoną dymną, za którą prowadzić można sprawne operacje. Skoro nie można wydać rozkazu zabójstwa na piśmie, musi się to odbyć przy pomocy mafijnych metod, rozmów przy herbatce, sugestii, westchnień „czy nie byłoby dobrze, gdyby…” itd. W podobny sposób zasugerowano spiskowcom, by dokonali puczu w sierpniu 1991 roku, nie inaczej „polecono” Piotrowskiemu zabicie księdza Popiełuszki. Tylko dlatego, że byli przyzwyczajeni do takiego modus operandi, prowokacja mogła się była udać. W tego rodzaju organizacjach trzeba przyjąć z góry, że niekiedy przy herbatce będą dyskutowane prywatne porachunki albo przysługi, jakie chciałoby się wyrządzić możnym świata tego, ale zazwyczaj – jak wśród wszystkich gangsterów – każdy wie, kto za kim stoi, a kto pociąga za cyngiel.

Jest wielkim mitem historii komunizmu, że bolszewicy opanowani byli obsesją biurokratyczną. Potworna machina biurokracji stworzona została dla oczywistych powodów roztoczenia najściślejszej kontroli nad społeczeństwem, ale z tego nie wynika wcale, że Lenin czy Dzierżyński, Stalin czy Beria, byli biurokratami. Biurokracja tworzyła także „szum informacyjny”, poza którym ukryć było można to, co musiało pozostać w ukryciu. Najważniejsze elementy jednak były zawsze poza zasięgiem biurokracji. (Z tego nota bene powodu, tajne akta otwierane po latach nie mają wielkiego znaczenia, bo nawet jeśli każdy departament służb bezpieczeństwa musiał wypisywać notatkę, że wziął czyjeś akta do wglądu, to nie musiał tłumaczyć dlaczego. A nawet jeżeli musiał, to nie w teczce tegoż delikwenta.)

Nie oczekujmy zatem, że za kolejnym zakrętem historii, ukażą się nam jasne dowody, czarno na białym wskazujące, kto i z czyjego rozkazu, zabił Politkowską i Litwinienkę, ale także setki, jeśli nie tysiące innych. W żadnym archiwum nie znajdziemy dokumentów, które pokazują czarno na białym, że ktoś polecił Jelcynowi przejąć władzę od Gorbaczowa, albo przekazać ją Putinowi. Ich strategia na najbliższych kilka lat jest już zapewne sformułowana, ale wziąwszy pod uwagę dzisiejszy stan rzeczy, wydaje się równie możliwe, że stworzą warunki, w których dla ratowania matki-Rosji, prezydent będzie musiał pozostać u władzy dłużej niż osiem lat, co że Putin spokojnie ustąpi, by zamknąć gęby krytykom, a na jego miejsce przyjdzie kolejny członek kolektywnego kierownictwa.

Straszny los Aleksandra Litwinienki niewiele waży na szalach tej wagi.

Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2007/09/09/tajemnicza-smierc-aleksandra-litwinienki/
Kategorie: Dzisiejsza „Rosja”, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2007/09/09/tajemnicza-smierc-aleksandra-litwinienki/