Zamknij
Michał Bąkowski

Piszcie do mnie na Berdyczów czyli „operacja polska” IV

8 sierpnia 2011 |Michał Bąkowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2011/08/08/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d-iv/

„Kiedy chce się zrobić omlet, trzeba stłuc jajka,” miał powiedzieć Stalin w czasach brutalnej kolektywizacji wsi.  Inni przypisują to powiedzenie Leninowi, który w ten poetycki sposób miał uzasadnić czerwony terror z czasów „romantycznej fazy rewolucji”.  Ale prawdziwym autorem tych słów był jak się zdaje hrabia Piotr Pahlen, jeden z zabójców cara Pawła.  Jak wielu inteligentnych złoczyńców, wszyscy trzej próbowali usprawiedliwić swe zbrodnie przy pomocy zasady, że cel uświęca środki.  W wypadku Lenina i Stalina, celem była pierekowka, sowietyzacja społeczeństwa.  Niezwykłym „osiągnięciem” Stalina było, że potworności leninowskiego terroru, wojny domowej, masowego głodu, kolektywizacji i 20 lat codziennych prześladowań, zbladły wobec terroru rozpętanego na jego rozkaz przez Jeżowa.  Droga prowadząca Stalina do Wielkiego Terroru po latach „zwykłego” terroru, była mniej więcej taka: najpierw rozkaz z góry, a potem dopasowanie rzeczywistości do rozkazu.  Tak na przykład w kilka godzin po zabójstwie Kirowa, Stalin orzekł, że stał za tym Zinowiew i zażądał na to dowodów.  Zajmuję się tu wyłącznie wąskim wycinkiem Wielkiego Terroru, wycinkiem znanym pod nazwą „operacji polskiej”.  Z czyjej inspiracji padły pierwsze oskarżenia o przynależność do POW, jest obojętne; być może wzięły się z powszechnej paranoi (jak sugerują autorzy ipnowskiego wyboru), ale Wiktor Żytłowski rzucał swe oskarżenia przeciw bolszewikom potężniejszym od niego, znając więc modus operandi Stalina, jest więcej niż prawdopodobne, że ktoś stał za Żytłowskim od początku.  Dopasowywanie rzeczywistości do rozkazu przybierało postać wymuszania zeznań, które z kolei nakręcały koło zamachowe dalszych represji. 

Lektura sowieckich dokumentów czyni jasnym, że takie dopasowywanie rzeczywistości do z góry powziętej tezy, nie było ograniczone do czystki wśród polskich komunistów, ale rozciągało się do najmniejszych trybów sowieckiej machiny terroru.  Wątłe, odległe w czasie i historycznie uzasadnione związki między polską lewicą i POW były pretekstem do czystki i tak samo cokolwiek innego mogło bez trudności stać się pretekstem.  Na krótko przed październikowym puczem, Stalin, zapytany przez mienszewickiego znajomego, Sagiraszwili, dlaczego pisze tyle kłamstw o mienszewikach, odparł: „Kłamstwo ma zawsze silniejszy skutek niż prawda.  Liczy się tylko osiągnięcie celu.”  Aż dziw bierze, że nie wykuto tych słów w kamieniu jako bolszewickiego motta.

Szczegółowy raport specjalnego oddziału ugb dla Balickiego na temat polskiego szpiegostwa [s. 103-133] [1] z 14 kwietnia 1935 roku, podaje między innymi szczegóły „najciekawszych spraw”, wybranych przez czekistów dla narkoma.  Jedną z nich jest sprawa o kryptonimie „Staryj”, która jest zaiste znakomitą ilustracją czekistowskich metod.

Wedle raportu, przemytnik Jefim Komar zbiegł do Polski w 1930 roku, jednak sieć agenturalna doniosła, że „bywa na Ukrainie z zadaniami szpiegowskimi i odwiedza byłego przemytnika Kucha Andrieja”.  Następnie agenci ujawniają „dawne kontakty Komara z okresu jego działalności przemytniczej”, np. Jefima Szwieca („rozkułaczony, dysponuje znacznymi środkami pieniężnymi i wraz z Kuchem Andriejem często jeździ w głąb [Ukrainy]”).  Brat Szwieca „jest agentem wywiadu polskiego”.

Przemyt przez sowiecką granicę, choć nadzwyczaj niebezpieczny, musiał być zajęciem nader intratnym wobec permanentnych braków wszystkiego w proletariackim raju.  Przemytnicy mają zawsze, bo muszą mieć, swą dość naturalną sieć kontaktów, muszą bowiem gdzieś się zatrzymywać po przejściu granicy, komuś sprzedawać kontrabandę i wreszcie od kogoś brać towar na drogę powrotną.  Tak działa przemyt na całym świecie, nie tylko w sowietach.  Chłopi, którym odebrano ich gospodarstwa – w sowieckiej terminologii „rozkułaczeni kułacy” – z łatwością nawiązywali stosunki z przemytnikami, bo po pierwsze, mieli zazwyczaj coś do sprzedania – a to ikonę, a to niepotrzebny już drobny sprzęt gospodarski – w sowieckiej biedzie wyglądali więc nadal na bogaczy.  Ale po drugie, nienawidzili sowieckiej władzy, głęboką, zaciętą, kułacką nienawiścią, byli więc mniej skłonni wydawać przemytników w ręce czeki.  Wszystko wskazuje, że Kuch, Komar i bracia Szwiec, byli niczym więcej, jak luźno związaną bandą przemytników, toteż czekistowscy wywiadowcy, dla dodania wagi „sprawie ‘Staryj’”, wprowadzili jedno zdanie do swego „raportu”: „Matwiej Szwiec jest agentem wywiadu polskiego.”  Nie podali na to żadnych dowodów, ale też nie musieli podawać, ponieważ takie oskarżenie szło „po linii” wcześniejszych rozkazów.  A gdyby ktoś domagał się dowodów, to znaleźć mogli dziesiątki ludzi, którzy zeznaliby przynależność Szwieca do dowolnej organizacji, o której nikt nigdy nie słyszał, choćby i do nieistniejącej POW.  Sowiecki system polega jednak na tym, że nikt takich dowodów domagać się nie mógł, bo nie istnieje w nim żaden ośrodek, żadna sfera, w której interesie leży podważanie jakichkolwiek oskarżeń.

Ipnowskie tomy nie zawierają danych na temat dalszych losów Komara, Kucha i Szwieców – Panie świeć nad ich duszami.

Sprawa „Siemja” jest równie pouczająca przez swą banalność. [s. 313-317]  Głównym aresztowanym był Karol Szmidt, który przybył do sowietów w 1923 roku wraz z ojcem Ludwikiem, członkiem PPS od roku 1896.  Ludwik Szmidt znał Tomasza Dąbala (o którym była mowa w poprzedniej części), co wystarczyło dla skonstruowania sprawy „Siemja”.  Z Karola zrobiono szefa POW w Berdyczowie, gdzie założyć miał sieć szpiegowską i prowadzić działalność wojskową w postaci kółek strzeleckich (dosłownie: kółek strzeleckich, w latach 30. w sowietach!).  Organizacja berdyczowska miała mieć swój „kanał przerzutowy do Polski”, zorganizowany przez berdyczowskich księży i właścicieli domów.  Zwrócę w tym miejscu uwagę, że losy księży katolickich w sowietach były szczególnie straszne.  Poddawani prześladowaniom pod byle pretekstem od 1917 roku – zsyłkom, łagrom, więzieniu nie było końca – ale w przeciwieństwie do komunistycznych ofiar terroru, księża często znikają bez śladu w okolicach roku 1937. 

W ramach operacji polskiej aresztowano „byłych petlurowców, Galicjan, kułactwo, a w poszczególnych przypadkach element kryminalny”, donosił z dumą major Szarow w sierpniu 37 roku. [s. 305]  Podczas gdy ofiarami równolegle prowadzonej operacji kułackiej padało wielu Polaków.

15 grudnia 1937 Leplewski zgłaszał się do Jeżowa o nagrody dla swych pracowników „w związku z przeprowadzoną operacją eliminacji prawicowo-trockistowskich szpiegów bucharinowskich, dywersantów, burżuazyjnych nacjonalistów, polsko-niemieckich i rumuńskich rezydentur szpiegowskich i organizacji nacjonalistycznych na Ukrainie…”  Wylicza następnie ilu „trockistów prawicowców”, ilu Polaków, ilu harbińczyków, ilu enkawudzistów, a ilu kułaków zlikwidowano. [s. 703-705]

Zważywszy zupełną dowolność definicji – brak bliższego określenia, kto zaliczał się do „prawicowo-trockistowskich szpiegów bucharinowskich”, kto był kułakiem [2], a kto „polsko-niemcem”, nie spędzał na pewno snu z oczu czekistom – mam wrażenie, że wpadamy w sowiecką pułapkę, biorąc na serio istnienie „operacji polskiej” jako operacji skierowanej konkretnie przeciw Polakom.  Opisując ją jako operację „antypolską”przyjmujemy sowiecką łżeczywistość za prawdę, gdy była ona kłamstwem, bo przecież zgodnie z dictum Stalina, „liczy się tylko osiągnięcie celu”.

Przyjrzyjmy się podejrzanym i skazanym, co zresztą w systemie sowieckim jest jednym i tym samym.  15 sierpnia 1937 roku, śledztwo w ramach operacji polskiej ustaliło, że Reinhard Christianowicz Heitke, Niemiec i luteranin, był agentem wywiadu polskiego. [s. 271]  Dokument nr 30 wylicza takich np. „polskich szpiegów i dywersantów” [s. 343-355]: Gersztejn, Błoch, Birnbaum, Cybienko, Popow, Klimienko, Staniuk, Kapustiański, Własow, Krut’ko, Krasnogorodskij, Rieszetka, Cycariew, Podlipnyj, Tymczuk, Nikodon.  Na s. 419: Niestierczuk, Kostiuk, Tarasiuk; na s. 447: Griwa, Bożul, Kutiszenko; na s. 593: Dubniak, Diemczenko i nawet Koreańczyk Kim – wszyscy byli aresztowani w ramach operacji polskiej.  Z drugiej strony, wśród czekistów zarządzających operacją znajdują się nazwiska: Balickiego, narkoma spraw wewnętrznych ukraińskiej ssr od 1934 roku do 1937, kiedy został rozstrzelany; Kosiora, genseka ukraińskiej kompartii, ulubieńca Stalina, aresztowanego w 1938, rozstrzelanego w 1939; Leplewskiego, Kurskiego, Redensa, ale także niższych rangą oficerów, jak Wiktor Osmołowski.  Warto przyjrzeć mu się bliżej.

Wedle biogramu w ipnowskim tomie, Osmołowski urodził się w roku 1907, a wstąpił do czeki w roku 1920!  W roku 1922 był już pracownikiem operacyjnym mińskiej czerezwyczajki.  O ile można jeszcze od biedy wyobrazić sobie, że 13 letni chłopiec był np. gońcem, to określenie „pracownik operacyjny” nasuwa przypuszczenie, że w wieku lat 15 Osmołowski był prawdopodobnie donosicielem lub prowokatorem, ponieważ ludzie mniej bali się mówić głośno w obecności podrostka, którego nie podejrzewali o czekistowskie konszachty – był przecież dopiero rok 1922, nikt jeszcze nie słyszał o Pawce Morozowie.  28 maja 1936 roku, kapitan bezpieczeństwa Wiktor Józefowicz Osmołowski, brał udział w zatrzymaniu Alberta Rana, którego następnie przesłuchiwał przez prawie dwa tygodnie.  Wrócę do szczegółów tego przesłuchania osobno, na razie interesuje mnie tylko ów 13-letni chłopiec, który wstąpił do czeki.  Z nazwiska można wnosić, że był to chłopak z Polesia lub Białorusi, jeden z tych, których polska delegacja na negocjacje ryskie wolała oddać bolszewikom.  Mińsk był zajęty przez wojska polskie w roku 1920, możemy sobie więc wyobrazić, że młody Osmołowski widział, jak Polacy wycofali się bez walki, a na ich miejsce przyszli czerwonoarmiejcy.  Bez walki, a tylko dlatego że tak się podobało panu Grabskiemu, który nie chciał mieć do czynienia z wrzodem mińskim.  Za czerwonoarmiejcami przyszli czekiści i do nich jakoś przypałętał się 13-latek.  Po odebraniu nagród za wzorowy udział w operacji polskiej, został aresztowany i skazany w 1938 roku, rozstrzelany 29 sierpnia.  „Nie zrehabilitowany,” dodaje cierpko ipnowski biogram.  Osmołowski był na pewno jednym z wykonawców rozkazu nr 00485, ale czy był także ofiarą operacji polskiej?  Czy raczej ofiarą traktatu ryskiego?

Widać już choćby z podanych powyżej przykładów, że „polskość” owej operacji była jednak trochę naciągana.  Oczywiście nie zamierzam wyciągać wniosków co do narodowości sprawców i ofiar na podstawie brzmienia ich nazwisk.  Wręcz odwrotnie, chcę wykazać, że na tamtych ziemiach narodowość była kwestią wyboru, tak jak zresztą i gdzie indziej, ale właśnie na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej jest to bardziej widoczne, a co za tym idzie, o wiele łatwiej było czekistom Jeżowa przypisać ofiarom pożądaną narodowość.  Ponieważ jednak polskość oskarżonych była pretekstem do represji – w tym sensie, że ci sami ludzie mogli zostać zlikwidowani pod dowolnym innym pretekstem – to nazywanie operacji polskiej „antypolską” wydaje się nadużyciem.

Autorzy wyboru rozważają pokrewną kwestię w słowie wstępnym.  Czy operacja polska była „ludobójstwem dokonanym na naszych niewinnych rodakach”?  Przytaczają i obalają trzy argumenty przeciw takiej interpretacji wytoczone przez brytyjskiego historyka, prof. Michaela Ellmana.  Ellman twierdzi, że rozkaz 00485 był wymierzony nie przeciw Polakom, ale przeciw członkom POW.  Po drugie, tylko 22% Polaków w sowietach zostało poddanych represjom, i wreszcie, trzecia część skazanych nie była Polakami.  Komitet redakcyjny wyboru odrzuca punkt pierwszy, słusznie argumentując, że skoro rozkaz był skierowany przeciw nieistniejącej polskiej organizacji, to potencjalnie każdy Polak był jego przedmiotem, i taka też była praktyka operacji polskiej.  Trzeciego punktu nie kwestionują, bo jest faktem, natomiast przeciw drugiemu punktowi wysuwają argumentację zupełnie zdumiewającą (a może właśnie oczywistą z ipnowskiej perspektywy); cytuję verbatim:

„Po drugie – według Ellmana – tylko 22% Polaków w Związku Sowieckim zostało poddanych represjom (148 tys. aresztowanych, z czego 140 tys. skazanych do 1 lipca 1938 roku).  Nie jest jednak to [sic!] dostateczny argument przeciw nazwaniu ‘operacji polskiej‘ mianem ludobójstwa, ponieważ art. II Konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa z 9 grudnia 1948 roku podaje jako kryterium ludobójstwa zarówno całość grupy etnicznej, jak i jej część.  W drugim przypadku interpretacja mówiąca o ludobójstwie byłaby uzasadniona.” [s. 43-45]

Ach, więc to ludobójstwo, ponieważ tak mówi konwencja onz?!  Onz czyli międzynarodowa jaczejka bolszewicka, założona pod protektoratem Stalina, w której Stalin miał od samego początku, trzech reprezentantów: „Rosję”, „Ukrainę” i „Białoruś”, a z czasem dodał wszystkie demoludy.  Czy to o tę onz chodzi?  Ukraińscy następcy Kosiora, Balickiego i Leplewskiego brali udział w debatach nad „definicją ludobójstwa” i ipnowska redakcja wytacza tę artylerię wobec ludobójstwa na Ukrainie?  Niewątpliwie ludzie tacy jak Chruszczow (zarządca Ukrainy w roku 1948) mogli wypowiadać się na temat ludobójstwa z doświadczenia.  I cóż to za konwencja?  Konwencja, która miała zapobiegać ludobójstwu, promowana przez najgorszych ludobójców, jakich ziemia nosiła?  Konwencja ta definiuje ludobójstwo jako „działanie w celu zniszczenia w całości lub części, grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych”.  Jednakże wstępny projekt owego dokumentu zawierał inną definicję, która obejmowała także działanie przeciw grupom zidentyfikowanym przez podobne poglądy polityczne oraz przez społeczny status.  Nie proponuję żadnych nagród za odgadnięcie, kto sprzeciwił się takowej definicji.

Ludobójstwo dokonane na mieszkańcach Ukrainy, Rosji i Białorusi w latach 1917-1939 nie miało charakteru narodowego.  Porzućmy mrzonki oenzetowskich definicji, porzućmy surrealistyczny obraz świata propagowany przez komisję ścigania zbrodni przeciwko narodowi polskiemu – i zacznijmy wreszcie nazywać rzeczy po imieniu.

Gdy stetryczały paranoik na Kremlu rozpętał w latach 50. kolejną czystkę, tym razem wokół „spisku lekarzy”, zachodni kremlinolodzy komentowali ze zdziwieniem, że po raz pierwszy w historii bolszewizmu, sowiecka polityka wewnętrzna przybrała kierunek antysemicki.  Józef Mackiewicz napisał wówczas artykuł pt. „Nie ma (żadnego) antysemityzmu w Sowietach” [3], w którym ostrzegał:

„…przypisywanie Sowietom aktów czy celów o treści tak politycznie prymitywnej, jak np. antysemityzm, rusyfikacja i inne z podobnej kategorii – o czym się powszechnie mówi nie tylko w potocznej propagandzie antysowieckiej, ale nieraz w poważnych studiach – jest objawem zwykłego anachronizmu, a w skutkach odwracaniem uwagi od istotnego niebezpieczeństwa.”

Sowieciarze prześladowali zawsze wszystko to, co nie-sowieckie.  Ani rasa, ani narodowość nie miała dla nich żadnego znaczenia, wszystkie traktowali dokładnie tak samo: wszystkie pragnęli przeistoczyć w jeden naród sowiecki.

„Od trzydziestu pięciu lat bolszewicy oskarżali i skazywali na śmierć miliony Rosjan, Ukraińców, Białorusinów, Polaków, Litwinów, Łotyszów, Finów, Tatarów i wszystkie narody muzułmańskie Kazukazu i średniej Azji, a obecnie także Niemców, Czechów, Węgrów, Rumunów, Bułgarów itd. itd. za – przynależność do nacjonalistycznych ugrupowań i organizacji antysowieckich.  W liczbie skazanych bywało też niemało Żydów, nie tylko pod pretekstem opozycji wewnętrznopartyjnej lub innych odchyleń.  Ehrlich i Alter oskarżeni byli o przynależność do żydowskiego Bundu, a ponadto o działanie na rzecz Hitlera.”

Ehrlich i Alter uciekli w 1939 roku przed wkraczającą armią Hitlera do sowietów, skazani na śmierć, zwolnieni po układzie Sikorski-Majski, aresztowani ponownie po sowieckim oświadczeniu, że obywatele polscy żydowskiego pochodzenia nie mogą wstępować do armii Andersa, i rozstrzelani.  Ludobójstwo przeprowadzone na grupach ludzi połączonych podobnymi poglądami politycznymi, to jest właśnie definicja ludobójstwa sowieckiego, nic dziwnego, że Stalin odrzucił taką definicję w oenzetowskiej konwencji.

„W dziedzinie ‘ludzkiej’, jeżeli w ten sposób nazwiemy ten najbardziej nieludzki w dziejach eksperyment, bolszewicy dążą do przeistoczenia człowieka w bezduszną maszynę.  Dotychczasowa jednak praktyka wykazała, że przeistoczyć w maszynę można raczej tylko kończyny, ewentualnie pewne części ciała ludzkiego.  Natomiast całość człowieka, a zwłaszcza to co popularnie rozumiemy pod pojęciem ‘duszy’ ludzkiej, przeistacza się pod wpływem tego eksperymentu w – szmatę.  Określenie ‘szmata’ nie jest w tym wypadku użyte jako połajanka, lecz świadoma definicja.”

Celem operacji polskiej nie było wynarodowienie ani wyniszczenie narodu polskiego.  Celem było obrócenie ludzi w szmaty, co jest równie ścisłym i precyzyjnym określeniem, jak bardziej poprawna i technicznie słuszna nazwa „sowietyzacji”.  Zbrodnie Lenina, Stalina i spółki nie były zbrodniami przeciw narodowi polskiemu, ale zbrodniami przeciw ludzkości.  Były ludobójstwem, niezależnie od kompromisów oenzetu ze zbrodniarzami, niezależnie od opinii instytutów prlowskich i ukraińskich, założonych przez państwa, które same są niczym więcej, tylko spadkobiercami zbrodniarzy.

***

Pragnę jeszcze zatrzymać się nad kilkoma dokumentami w ipnowskim wyborze, które rzucają pewne światło na działalność polskiego wywiadu w sowietach, choć raz jeszcze podkreślić muszę zastrzeżenia uczynione wcześniej na temat zasadniczej kłamliwości sowieckich źródeł.  Pomimo to, obraz „Dwójki” wyłaniający się z tych dokumentów jest zastanawiający.

Oto 28 maja 1936 roku, wspomniany już Wiktor Osmołowski, bierze udział w zatrzymaniu na ulicy w Moskwie niejakiego Alberta Rana.  Ran był pracownikiem konsulatu RP w Kijowie, a naprawdę agentem II Oddziału, Stefanem Kasperskim.  Zatrzymany miał przy sobie tajne dokumenty sowieckie, rewolwer i książeczkę adresową.  Mamy protokoły z dwunastu przesłuchań [s. 709-783], przy czym pierwszych dziesięć sesji odbyło się pomiędzy godziną 10 w nocy 28 maja (tj. w dniu zatrzymania) i czwartą po południu 4 czerwca czyli w ciągu odrobinę więcej niż tygodnia.  Przesłuchania były bardzo intensywne.  Najkrótsze z nich trwało dwie godziny, najdłuższe osiem. 

Przebieg przesłuchań wskazuje, że nie starano się wymusić od Kasperskiego konkretnych zeznań, ale próbowano wydobyć od niego przyznanie się, że jest agentem Dwójki.  Kasperski wymyśla początkowo mało prawdopodobne historie o tajemniczym nieznajomym, który prosił go o przechowanie dokumentów.  Ponieważ jednak po każdej prawie przerwie w protokołach, Kasperski zaczyna kolejną sesję od odwołania poprzednich zeznań, trudno sobie wyobrazić, jakie metody inne niż bicie, odbieranie snu, czy niesławne „stójki”, zmuszały go do odwołania zeznań podpisanych chwilę wcześniej.  Zważywszy jednak jego status dyplomaty, wolno chyba przypuszczać, że przymus fizyczny nie przybrał w jego wypadku strasznych wymiarów stosowanych wobec obywateli sowieckich.

W świetle protokołów, Kasperski jawi się jako agent nieprawdopodobnie naiwny i źle przygotowany do swych zadań.  Wymyśla niestworzone historie, które musi następnie odwoływać skonfrontowany z faktami.  Ale najbardziej zdumiewa fakt, że agent wysłany do sowietów przez Dwójkę, miał przy sobie notatnik z adresami i numerami telefonów, które całkowicie kompromitowały jego rolę.  Miał tam zapisany między innymi numer telefonu do kapitana Jana Urjasza, swego bezpośredniego zwierzchnika, prawej ręki Niezbrzyckiego-Wragi, numer telefonu w Sztabie Głównym Wojska Polskiego! 

Kasperski został wymieniony na sowieckiego szpiega, zdołał więc uniknąć losu większości oskarżonych w ramach operacji polskiej.  Nie miał takiego szczęścia Marian Wolniewicz.  Jego przypadek [s. 831-855] zadziwił nawet przesłuchujących czekistów.  Zatrzymano go 12 czerwca 1937 roku na granicy z Polską w pobliżu Olewska.  Przeszedłszy granicę wraz z przewodnikiem, wpadł w pułapkę enkawudzistów.  Po krótkiej wymianie strzałów i rzuceniu granatu, przewodnik zdołał przedostać się z powrotem do Polski, a Wolniewicza aresztowano.  Pierwsze pytanie zadane przez oficera nkwd oddaje osłupienie sowieciarzy:

„Dlaczego napisane na maszynie zadanie, wydane Wam przez kapitana ekspozytury lwowskiej, nie zostało Wam odebrane przed przejściem granicy na stronę ZSRS?”

Wydano Wolniewiczowi szczegółowe instrukcje dotyczące zdobycia informacji na temat wyposażenia stanowisk ogniowych w sowieckich obiektach wojskowych i miał te instrukcje przy sobie, gdy został zatrzymany po sowieckiej stronie.  Tego rodzaju pisemne zlecenie byłoby trefne w każdym praworządnym państwie na świecie, ale nosić je przy sobie w sowietach w 1937 roku, to już nie głupota, ale kryminalny brak odpowiedzialności – oczywiście nie ze strony Wolniewicza, ale jego zwierzchników, którzy posłali go na pewną śmierć bez odpowiedniego szkolenia, bez zupełnie elementarnego przygotowania.

Marian Wolniewicz został rozstrzelany 31 października 1937 roku w Kijowie.  Panie świeć nad jego duszą.

***

A co się działo podczas operacji polskiej w Berdyczowie?  Wiemy, że rozstrzelano Szmidtów; z pewnością wymordowano księży, co zorganizować mieli „kanał przerzutowy do Polski”; po właścicielach domów też pewnie śladu nie zostało.  Niestety niczego więcej o Berdyczowie dowiedzieć się z ipnowskich tomów nie można, ale może warto spojrzeć na odległą zaledwie o 80 km Winnicę.  Oto był tam piękny ogród i sad owocowy, jeszcze ze starych, dobrych, carskich czasów, ale nkwd przepędziła stróża i okoliła sad szczelnym płotem.

„Cóż działo się od tego czasu za tym płotem?  Bóg ich wie?  Czy to kto chciał się dowiadywać?  Po co?  Może… chyba że Skrepka, jeżeli coś wiedział…  Afanasij Skrepka, człowiek już stary.  Urodził się w Połtawie w r. 1886.  Kowal, zamieszkały przy ul. Podlinnej 10, był pierwszy, który w marcu 1938 zapytał, ma się rozumieć tak niby, od niechcenia:

– A co za tym płotem będzie?

– Park Kultury i Oddycha.

– Aha, no cóż, może i dobra rzecz…

Ale w nocy wlazł na drzewo, żeby zajrzeć do środka.  Zobaczył wykopanych sześć dołów i zlazł drzewa.  Tymczasem co noc zajeżdżały tam samochody ciężarowe, pokryte brezentem, i wyrzucały jakiś ładunek.  Skrepka był zaprawdę dziwnym człowiekiem, bo po upływie roku jeszcze raz wlazł na to samo drzewo: widzi że za szeregiem zasypanych już dołów powstał ich nowy długi rząd…”

„I nic.  A ‘Park Kultury i Oddycha’ istotnie założono na wyrównanych grobach.  Postawiono huśtawki.  Dzieci się huśtały, latem.” [4]

W starym sadzie znaleziono 5,644 trupy w 34 masowych grobach.  Kolejnych 4 tysiące pomordowanych znaleziono w innych miejscach w Winnicy.  W czerwcu 1943 roku okupacyjna armia niemiecka odkopała groby.  W osobnych dołach zakopane zostały rzeczy skazanych oraz dokumenty ich spraw.  Takie właśnie dokumenty, które trafiły w nasze ręce przez przypadek, a nie bezpośrednio z rąk sowietów, są wiarygodne.

Z oczywistych względów enkawudziści nie mogli mordować ofiar nad otwartymi dołami, jak czyniono to choćby w Katyniu.  Bliskość domostw zmuszała do innego zaplanowania kaźni: trzeba było dokonać mordu gdzie indziej i przewieźć ciała do masowych grobów.

„W Katyniu, jak wiadomo, strzelano w głowę z pistoletu automatycznego kal. 7,6 kulą opancerzoną, a więc nie tylko większych rozmiarów, ale od razu przebijającą czaszkę.  Z tego, że nikt prawie w okolicy Kozich Gór nie słyszał strzałów, wnioskować można, iż nośność głosu, odległość od domów, głuszące działanie lasu, procent możliwego zasłyszenia huku przez mieszkańców itd., wszystko to wzięte było pod uwagę: broń użyta nie była przypadkowa, ale dobrana fachowo.  Tak samo rzecz była uwzględniona w Winnicy, w warunkach odmiennych.  Zastosowano tu wprawdzie stary, czekistowski sposób zapuszczanych motorów, widocznie jednak kal. 7,6 z opancerzoną kulą uznany był za zbyt głośny.  Wobec tego mordowano ludzi z najmniejszego kalibru 5,6 nieopancerzoną kulą ołowianą!  Kule tego typu nie zawsze i nie dość skutecznie przebijały kości czaszki, dlatego ludzie musieli być skrępowani, aby wytrzymać dłuższą procedurę mordu i aby zapobiec wszelkim niespodziankom, szamotaniu się itd.  Strzelano też z reguły do każdego człowieka dwa razy; w 78 wypadkach po trzy razy; w 2 wypadkach po cztery.  Do wielu jednak, wbrew wyraźnej instrukcji, tylko raz.  Ale nawet w wypadkach podwójnego strzelania, śmierć nie zawsze następowała natychmiast.  W ten sposób niektórzy grzebani byli jeszcze żywcem, na co wskazała obdukcja, która u kilku ofiar ustaliła piasek głęboko w przełyku.

Ogółem musiano oddać około 20.000 strzałów, przytykając lufę z tyłu do głowy żyjącego człowieka.  Ale ewentualne nieuwiazki i w tym wypadku były przewidziane.  Człowiek po otrzymaniu nawet kilku małych, ołowianych kulek i mimo skrępowania, mógł się jeszcze rzucać i nawet bronić.  Dowodzi tego fakt, że w 395 wypadkach roztrzaskano czaszkę, zdaje się nie kolbą karabinu, ale specjalnie w tym celu skonstruowaną maczugą.”

Mackiewicz podaje nazwiska niektórych zidentyfikowanych ofiar winnickich.  Niestety nie znalazłem żadnego z nich w indeksie ipnowskiego zbioru.  Zostali aresztowani pomiędzy listopadem 1937 a kwietniem 1938, a więc podczas terroru jeżowszyzny, ale oczywiście nie musieli być ofiarami operacji polskiej.  Jest natomiast w ipnowskim wyborze raport na temat likwidacji rezydentury polskiego wywiadu w Winnicy „wraz ze spisem osób represjonowanych” z 26 lutego 1939 roku. [s. 1543-1549]  Niech ta lista niewinnych ofiar nieludzkich prześladowań będzie requiem dla tej nieistniejącej już Ukrainy, dla wielonarodowej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, zdradzonej przez Polskę i zatopionej w morzu krwi przez Lenina, Stalina i Hitlera.

Fiodor Fridman, ur. 1894, referent

Edward Torman, ur. 1895, kierownik sklepu

Józef Szmulenson, ur. 1897, elektromonter

Józef Mandelbłat, ur. 1902, kierownik oddziału planowania

Jerzy Kaczkowski, ur. 1889, inspektor

Piotr Godziewicz, ur. 1909, mistrz biura udźwiękowienia

Władymir Czagajda, ur. 1906, pomocnik sekretarza winnickiego komitetu obwodowego

Srul Sztejngardt, ur. 1900, inspektor

Jelena Dombrowska, ur. 1888, gospodyni domowa

Władymir Boriszkiewicz, ur. 1911, kinomechanik

Benedikt Wiesiełowski, ur. 1875, inspektor

Konstantin Puzijenko, ur. 1901, kinomechanik

Grigorij Kuczer, ur. 1910, froter unkwd

Porfirij Ilnicki, ur. 1900, inspektor

Galina Matusiewicz, ur. 1909, hafciarka

Serafim Kitnowski, ur. 1906, inspektor

Antonina Zabłocka-Fiłatowa, ur. 1913, sekretarz sądu ludowego w Winnicy

El Mac, ur. 1900, księgowy

Raisa Pinelis, ur. 1911, maszynistka unkwd

Michał Trubecki, ur. 1891, były aktor

Wszyscy zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie ( z wyjątkiem Trubeckiego, który zmarł podczas przesłuchań) przez specjalną trójkę unkwd obwodu winnickiego, za przynależność do „polskiej rezydentury dywersyjno-szpiegowskiej”.

________

  1. Wszystkie numery stron w tekście pochodzą z: Wielki Terror: operacja polska 1937-1938, w serii: Polska i Ukraina w latach trzydziestych – czterdziestych XX wieku.  Nieznane dokumenty z archiwów służb specjalnych.  Tom 8, Warszawa-Kijów 2010
  2. Stalin notował jeszcze w 1929 roku w rozterce: „Co to właściwie znaczy ‘być kułakiem’?”  Mołotow tymczasem pisał w styczniu 1930: „Trzy kategorie kułaków: pierwsza do natychmiastowej likwidacji, druga do Gułagu, trzecia (jakieś 150 tysięcy rodzin) do deportacji.”  Warto zauważyć, że nie ma ani słowa o tym, kto zaliczał się do której kategorii…
  3. Opublikowany przez Grydzewskiego w Wiadomościach pt. „Sowiety i antysemityzm” Wiadomości, nr 12 i 13 z 1953 roku
  4. Józef Mackiewicz, „Klucz do ‘Parku Kultury i Oddycha’”, opublikowany przez Grydzewskiego w Wiadomościach pt. „Klucz do ‘Parku Kultury i Odpoczynku’”, Wiadomości, nr 48 z 1951 roku.
Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2011/08/08/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d-iv/
Kategorie: Michał Bąkowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2011/08/08/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d-iv/