Zamknij
Michał Bąkowski

Sen Raskolnikowa Część XIV

16 maja 2026 |Michał Bąkowski, Sen Raskolnikowa
Źródło: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/05/16/sen-raskolnikowa-czesc-xiv/

Rzeka może wić się przez zakola i meandry, wylewać się z brzegów, zrywać mosty i tworzyć rozlewiska, ale nie może nigdy cofnąć się do swych własnych źródeł – tylko ludzka myśl potrafi tego dokonać.  Wolna myśl nie jest poddana prawom fizyki, może płynąć pod prąd, ale może także, jak w moim wypadku, zmącona rozdrażnieniem, kręcić się w kółko.  Tak krążąc, drążyliśmy źródła nihilizmu, Maxa Stirnera i Lecenaire’a złodziejaszka; przeglądaliśmy się w mętnych wodach Czernyszewskiego i w fikcyjnych zwierciadłach Nabokowa; śledziliśmy pokrętne powinowactwa między Bazarowem i Rachmietowem, Karakozowem i Raskolnikowem; gmeraliśmy wokół głęboko zakonspirowanego kółka Spieszniewa wewnątrz koła pietraszewców i jego podobieństwa do „Piekła” ze sprawy Karakozowa; badaliśmy ruletkę mordu i narodziny terroryzmu.  Wybiegliśmy naprzód, aż do XXI wieku, by przyjrzeć się potwornym konsekwencjom pandemii bezkarnego zabijania – „celowym, pozaprawnym zabójstwom jednostek w celach politycznych” – i powróciliśmy do Rosji, do niezwykłej kampanii terroru Bojowej Organizacji eserów Sawinkowa i Azefa, jej literackich odbić i politycznych konsekwencji.  I w ten sposób nawróciliśmy do źródła.  Żywym źródłem tych rozważań jest Fiodor Dostojewski i jego jedyna w swym rodzaju spuścizna literacka.  W tym źródle znajdziemy nie tylko rozwinięcie, ale wypełnienie i konkluzję problemu Raskolnikow-Karakozow – w Iwanie Karamazowie; natkniemy się także na prorocze spełnienie tajemnicy Karakozowa-Kaliajewa w Aloszy Karamazowie; a w całej rodzinie Karamazowych odnajdziemy ironiczną odpowiedź na o wiele późniejszą sugestię Conrada, że „Rosjanie brzydzą się życia” – Mitia kochał życie „aż do obrzydliwości”.

Sny i koszmary

…i wciąż jeszcze zadaję bezmyślne pytanie: oto wszyscy kręcą się, miotają się, a kto wie, może to wszystko sen i w ogóle nie ma żadnego człowieka prawdziwego, żadnego czynu rzeczywistego.  Ktoś się obudzi, komu się to wszystko śni, i wszystko zniknie…

Wielu z wczesnych bohaterów Dostojewskiego to marzyciele, których życie toczy się na scenie rojeń i snów.  Jest to odbicie sytuacji autora, który w bardzo młodym wieku znalazł się sam w Petersburgu, mieście ogromnym i niezrozumiałym, mieście wilgotnym, chorobliwym, mglistym i ponurym, a jednocześnie dziwnie pociągającym, w którym „tak prędko ginie młodość, tak prędko więdną nadzieje, tak prędko psuje się zdrowie i tak prędko przetwarza się cały człowiek”.  Młody Fiodor błąkał się osamotniony po ulicach, jak w malignie – i marzył.  Świat wydawał mu się „czyśćcem dla niebiańskich duchów, przyćmionych przez grzeszne myśli”.  Miewał wizje, jak gdyby we śnie: nagłe uniesienia w niespodziewanych iluminacjach, a po nich ciężkie, posępne zamyślenie.  Mieszkał w maleńkim pokoiku na poddaszu, czytał Schillera i śnił o miłości.  Pisał w Kronice petersburskiej w 1847 roku, że marzyciel, to „stworzenie nijakiego rodzaju”.  Marzyciel jest wcielonym grzechem, „jest to tragedia, milcząca, tajemnicza, ponura, dzika”.  Mimo lekkości felietonowego stylu, trudno nie zauważyć ciężaru tych słów: marzenia są „wyczerpujące”, „chorobliwe”, to „chimery myślowe”, które stępiają uczucie moralne.  Marzyciel tkwi w „zgniłym, bezsilnym szczęściu”.

No i czy nie jest tragedią takie życie, czy nie jest zbrodnią i okropnością, czy nie jest karykaturą!  Czy nie jesteśmy wszyscy w mniejszym lub większym stopniu marzycielami!…

Marzycielstwo jest cechą charakterystyczną wykreowanych narratorów Białych nocy czy Skrzywdzonych i poniżonych.  W wypadku Gospodyni i Sobowtóra mamy do czynienia z bardziej radykalnym zabiegiem narracyjnym, który jeden z badaczy nazwał „dramatyzacją delirium”.  Fantasmagorie Ordynowa lub Goladkina nazbyt łatwo przeradzają się w senny koszmar.  Z czasem, ten deliryczny aspekt wydaje się schodzić na drugi plan, wraz z pojawieniem się Człowieka Podziemnego.  Odtąd sny nabierają charakteru wizji, ale jeszcze młody Kałganow z Karamazowych próbuje rozpaczliwie trzymać się marzeń: „Po co żyć, lepiej marzyć.  Wymarzyć sobie można najweselsze rzeczy, a żyć jest nudno”.  Jednak bohaterom zdarza się pogrążać w stan delirium.  Raskolnikow jest niemal bezustannie w gorączce, na granicy halucynacji, książę Myszkin jest tak dalece dziwaczny, że jest otwarcie nazywany idiotą, a Rogożyn i Nastazja Filipowna zachowują się jak obłąkani.  Dymitr Karamazow szamocze się nieprzytomnie w sieci zazdrości i hańby, miota w ustawicznej szarpaninie miłości i nienawiści, pozostając „pijanym duchowo”, jak we śnie.  „Zmora Iwana Fiodorowicza” też należy do tej granicznej sfery między snem i halucynacją.

Być może najciekawszy w tym względzie jest Młodzik.  Fabularna osnowa powieści sprowadza się do rozgorączkowanej bieganiny rozhisteryzowanego podrostka w stanie zapalnym.  Arkasza żyje wewnątrz swej fantazji, swoich wyobrażeń o świecie, raczej niż w rzeczywistości – nie jest to jednak wcale fantastyczne marzycielstwo Białych nocy.  Chaos jest tu artystyczną dominantą, nadrzędnym motywem powieści.  Arkadij Dołgoruki snuje swą opowieść w pierwszej osobie, zatem wszechobejmujący harmider, jest bałaganem w głowie narratora.  To on nie wie, co ma myśleć o Wiersiłowie i Katerinie, to on sam się miota, to w jego myślach panuje zamęt, który Dostojewski oddaje po mistrzowsku.  Postać Arkaszy nadaje powieści podmuch świeżości, ale niesie ze sobą także ułomność nieuformowania, młodzieńczy niepokój i mętlik.

W zakończeniu, w liście od opiekuna Arkaszy, mowa o „chaosie i przypadkowości notatek” młodzika, które mogą w przyszłości posłużyć do analizy wrzenia tamtych lat.  Stary nauczyciel wyraża chyba myśl Dostojewskiego, że świadome dążenie do zamętu wśród młodego pokolenia, wywodzić się może z ukrytego pragnienia ładu, z oburzenia na „niestosowność”, wręcz nieprzyzwoitość świata wokół, która tak razi ich wrażliwość.  Niestety, to pragnienie wydaje im się śmieszne i nie na miejscu, w rezultacie odrzucają wszystko co dobre i szlachetne, odpychają prawdę samą.  Dorosną i zmienią się, zauważa sentencjonalnie stary pedagog.  Trudno jednak oprzeć się konstatacji, że kiedy już dorośli, to tumult i rozgardiasz doprowadziły świat do ruiny.

Narracja w pierwszej osobie, tak lubiana przez Dostojewskiego, a odrzucona w Zbrodni i Idiocie, powróciła w Młodziku, ponieważ wrócił na scenę Podziemny Człowiek.  Obaj zwracają się wprost do czytelnika, ale odmawiają mu realności.  Wyrażają podobnie szaleńcze idee, ale Arkadij jest podrostkiem, a Podziemny Człowiek ma czterdziestkę.  Jeden znajduje wolność w nihilistycznych deklaracjach, a drugi jest w pułapce, w więzieniu podziemia.  Problemem młodzika jest: jak być wolnym?  Czyli „co robić”?  Wszystko jest dla niego możliwe, ale nie w takim sensie, jak dla Iwana Karamazowa „wszystko jest dozwolone”.  Jest możliwe, ponieważ jest podrostkiem, żyje w potencjalności, cały jest stawaniem się.  Jego urocza młodzieńczość i entuzjastyczna otwartość pozostawia możliwość przyjęcia lub odrzucenia każdej myśli, i nihilizmu, i wiary.  Arkasza pozostaje nieokreślony, nie jest skonkretyzowany.  Ta nieoczywistość determinuje konstrukcję powieści.  Przeciwieństwa współżyją w jego świadomości, ciągnięty jest jednocześnie w różne strony – i oddaje ten chaos narracja powieści, której tytuł miał brzmieć „Nieład”.

Arkasza stoi w sercu tego zamętu, ale Wiersiłow jest jego wyrazem.  Nic nie jest stałe w jego świadomości, zmienia się, waha, rozdwaja.  Wskazywano na paralele z Herzenem, na uniwersalne cierpienia i szeroką rosyjską duszę, a także na podobieństwa do Czaadajewa.  Wiersiłow pozostaje jednak zagadką dla swego syna-narratora.  Tymczasem w Notatnikach do „Młodzika”, Wiersiłow dominuje, jest magnetyczną jednostką na kształt Stawrogina.  W ostatecznej wersji powieści panuje rozproszenie, konfuzja, melodramat i przypadkowość.  Pomiędzy roztrzęsioną, szlachecką duszą Wiersiłowa i duszą Świętej Rusi wcieloną w Makara Dołgorukiego, stoi Arkasza, syn dwóch ojców.  Edward Wasiołek uważa powieść za nieudaną i wskazuje na stosunek do nihilizmu, jako jedną z przyczyn twórczej porażki.  Dostojewski chciał wniknąć w serce rozprzężenia i rozstroju rosyjskiego społeczeństwa, zagłębić się w jego źródła, inaczej niż w Biesach i Idiocie, i być może dlatego rozchodzi się fabuła Młodzika.  Nie przekonywa mnie to.

Wiersiłow z Notatników jest okrutny, namiętny, drapieżny, znudzony i obojętny.  Katerina-„księżniczka” mówi mu wprost, że jest ofiarą moralnej próżni, dumy i udawania, ale w powieści Katii brak takiej przenikliwości.  Wiara ateisty Wiersiłowa jest najważniejszą kwestią.  Pragnie wierzyć wysiłkiem woli, ale jest to dla niego wyłącznie sprawa dumy, umartwianie jest przejawem pychy.  Poświęcenie jest szukaniem satysfakcji, wiara tylko osobistym wywyższeniem.  Jest to jeden z tematów Dostojewskiego, że odrzucając wiarę w Boga, wierzymy tylko w siebie, a wówczas egoizm niszczy najlepsze intencje, bo wedle rozumu nie ma grzechu.  Taki jest Wiersiłow w Notatnikach, ale niewiele z tego zostało w powieści.  W powieści widzimy go w oczach syna, w notatkach – wprost.

W Młodziku mamy także sytuację, w której syn i ojciec zadurzeni są w tej samej kobiecie – rozwinięcie tej skandalicznej rywalizacji znajdzie się oczywiście w Braciach Karamazow, w kluczowych dla fabuły konkurach Dymitra i Fiodora do Gruszeńki.  W Notatnikach natomiast Katia uwodzi podrostka – i ta myśl trafiła do Karamazowych, gdy Grusza pragnie uwieść Aloszę.  Księżniczka miała być czymś w rodzaju alter ego Wiersiłowa.  Jej relacja z Wiersiłowem jest konkurencją dwóch egotyzmów – to jest pojedynek pychy.  Oboje są drapieżnikami, co komplikuje i zaostrza stosunek ojca i syna, i znowu znajdzie swój ostateczny wyraz w Karamazowych.  Podobnie zresztą, jak pragnienie nieładu, wypowiedziane wprost przez Lizę w ostatniej powieści Dostojewskiego.

Wiele jest kontynuacji Podziemnego Człowieka w Młodziku.  Urażona duma i poczucie niedocenienia, należą do podziemia i staną się normą naszej teraźniejszości.  Tragedia podziemia polega na samotnym cierpieniu, przy jednoczesnej świadomości lepszego życia, połączonej z niemożliwością osiągnięcia i przekonaniem, że nie warto nawet próbować.  Jakże to prorocze.

Ci nowi bohaterzy nie śnią na jawie w taki sam sposób, jak narrator Białych nocy, są raczej miotani przez sny, jak kukiełki.  Sny, przywidzenia, wyobrażenia odgrywają tu wieloraką rolę.  Niekiedy bywają to wizje, tłumaczące wydarzenia powieściowe z innego, niespodziewanego punktu widzenia.  W innych wypadkach zdarzają się intensywne widzenia przyszłości, zarówno przyszłości osobistej bohatera, jak i przyszłości świata.  A czasami są wiedzeni na pokuszenie.

W swej szyderczej satyrze na temat Raskolnikowa – i Dostojewskiego w ogóle – Nabokow pisze, że sny są niedorzeczne i nie należy doszukiwać się w nich znaczeń.  Jednakże poetyka XIX-wiecznej powieści i moda w rosyjskiej literaturze, dyktowały użycie snów.  Wiele jest oniryzmu u Puszkina, że wspomnę tu tylko Damę pikową, a głęboko metaforyczny sen Tatiany jest jednym z kluczowych momentów Oniegina (i literatury rosyjskiej w ogóle).  Bazarow ma znaczący sen w Ojcach i dzieciach w nocy przed pojedynkiem.  Śni mu się kobieta, przedmiot beznadziejnego zadurzenia, która przemienia się w jego matkę; mały kotek zamienia się w Fienieczkę, której skradł całusa.  Jego oponent okazuje się ciemnym borem, a mimo to wyzywa go na pojedynek.  Sen Obłomowa zajmuje centralne miejsce w powieści Gonczarowa.  Jak widzieliśmy, nawet drętwa, propagandowa nowomowa Czernyszewskiego pełna jest programowych snów na temat Świetlistej Przyszłości.

Sen ma pewien magiczny, a nawet nadprzyrodzony aspekt.  Świadomość zapada się nagle, w trudnym do określenia momencie zaśnięcia, i równie nagle pojawia się w innym świecie.  Świat snu może – ale nie musi! – mieć związek z tym na jawie.  Nie na darmo mówi się o „rzeczywistości snu”.  Dla prymitywnego człowieka, powracający sen musiał mieć silny charakter równoległej rzeczywistości, innego świata, do którego wraca się co noc, zależnie od kaprysu jakiejś nieznanej potęgi, co musiało być źródłem niezwykle intensywnych przeżyć.  W tradycji starożytnych Greków, sen był znakiem boskiej interwencji, ale w typowy dla greckiej mitologii sposób, wieloznacznej, wewnętrznie sprzecznej i ambiwalentnej.  Sen, podobnie jak delficka przepowiednia, bywał zamierzonym przez złośliwych olimpijczyków, fałszem, żartem, straszliwą w swych konsekwencjach manipulacją.  Arystoteles widział w snach interwencję demoniczną, a nie boską.  W tradycji judaizmu, stary hebrajski hymn do Pana Wszechświata, kończy się słowami:

W ręce Boga powierzam mego ducha, kiedy zasypiam i gdy się budzę, a z moim duchem moje ciało.  Pan jest ze mną, nie będę się lękać.

Modlitwa zawiera błaganie o powrót do świata, po tajemniczej podróży ducha we śnie.  Trudno doprawdy dziwić się, że widziano w snach coś na kształt alternatywnej rzeczywistości i dopatrywano się w nich znaczeń.  Zainteresowanie snami, chorobą psychiczną, psychologią w ogóle, narastało podskórnie w XIX wieku, aż wybuchło w erupcji popularnej psychoanalizy (do Freuda jeszcze wrócimy).  W czasach Dostojewskiego studiowano mózg, ale jego działanie podczas snu pozostawało niejasne.

Wbrew popularnym mniemaniom, każdy człowiek śni, ale nie wszyscy pamiętamy nasze sny.  Pamięć snu okazuje się trudnym do zbadania fenomenem, nie mniej przez to kluczowym dla zrozumienia wpływu snów.  Czy pamiętamy senne marzenie, zależy od wielu czynników, np. od natężenia snu i jego treści.  (Moje osobiste doświadczenie to potwierdza: pamiętam lepiej sny, które budzą mnie w środku nocy swym potężnym ładunkiem emocjonalnym.)  Jest także prawdą, że drobny fakt na jawie może wywołać wspomnienie treści snu, co z kolei może wieść do przekonania o nadprzyrodzonej naturze snów.  Inne czynniki wpływające na zapamiętywanie snów są głównie zależne od osobowości.  Przyjmę tu dla uproszczenia klasyczną teorię osobowości.  Istnieje pięć jej typów: otwartość, sumienność, ekstrawertyzm, ugodowość i nerwicowość (podział ten, rzecz jasna, podlega dyskusji).  Spośród nich, najbardziej podatna na pamiętanie snów jest osobowość otwarta, gdyż z definicji, podatna jest – otwarta – na nowe doświadczenia, a sen jest takim doświadczeniem; nie zamyka się na to, co dziwne i niespodziewane.  (Nawiasem, neurotycy nie mają ponoć skłonności do pamiętania snów.)  Zmysł obserwacyjny jest znakiem szczególnym otwartości, byłbym jednak skłonny kłaść nacisk na wyobraźnię, intelekt, ciekawość świata i oryginalność myśli.  Wydaje mi się oczywiste, że uprzednie nastawienie na zapamiętywanie snów – czyli wola, chęć pamiętania treści snu – także odgrywa tu poważną rolę.  Przede wszystkim dlatego, że aprioryczne przywiązanie wagi do treści snu, formuje uprzednie nastawienie, co z kolei tworzy stan aktywnego wyczekiwania: wypatrując snów, doszukujemy się w nich znaczenia.  Najważniejsza jednak może się okazać predyspozycja, wynikająca ze specyficznej struktury i konkretnych funkcji mózgu.  Przypominanie snów zależeć ma bowiem od gęstości białej materii w środkowej korze przedczołowej mózgu, która sprzyja spontanicznej komunikacji (łączności funkcjonalnej) między odrębnymi sferami mózgu.  Osoby o wysokiej zdolności przypominania sobie snów wykazują zwiększoną gęstość białej materii w tym regionie.  Zależy od niej także wyższa inteligencja, tendencja do introspekcji i podejmowanie decyzji w oparciu o emocje.  Dostojewski posiadał wszystkie składniki osobowościowe, psychologiczne, intelektualne, predestynujące do zapamiętywania snów.  Był skrajnym introwertykiem o niezwykle żywej inteligencji, gotowym do podejmowania radykalnych decyzji życiowych w stanie uczuciowej ekscytacji, choć miał także cechy neurastenika.  Nie wiemy wprawdzie nic o „gęstości białej materii w korze mózgu” pisarza, ale wiemy z jego własnych opisów, że cierpiał przez wiele lat na padaczkę, że ataki charakteryzowały się wstępną, intensywną, wszechogarniającą euforią.  Opisywał chwile przed atakiem jako przeżycia wyższej świadomości i bezpośredniego kontaktu z wyższymi mocami – o czym za chwilę – nawet jeśli zaraz po krótkotrwałej ekstazie następowały druzgocąco silne napady.  Do dziś, w literaturze przedmiotu mówi się o napadach ekstatycznych jako o „epilepsji Dostojewskiego”.  Czy jest wszakże możliwe, że jego epilepsja potęgowała predyspozycję do pamiętania snów?  Wedle dzisiejszych badaczy, pisarz cierpiał zapewne na epilepsję w płacie skroniowym.  Centralna kora przedczołowa odpowiedzialna jest za panowanie nad emocjami, a płat skroniowy za pamięć epizodyczną i długotrwałą, ale nie można wykluczyć, że wieloletnie i częste ataki epilepsji pozostawiły znaczący i głęboki ślad na pewnych funkcjach mózgu Dostojewskiego.  Sam pisarz był przekonany, że uboczne skutki padaczki pogłębiały się z czasem, że miały przemożny wpływ na jego osobowość, a nawet na talent pisarski.  Ataki mogły wszak wpływać hamująco na pewne funkcje jego mózgu, a równocześnie wzmagać i potęgować inne.  Wiemy na przykład, że popadał w coraz głębszą depresję po napadach – „czerń mam w duszy”, pisał.  Zapisywał szczegóły ataków, próbując znaleźć jakieś powtarzające się czynniki; zwracał szczególnie uwagę na złe sny, zwiastujące atak padaczki.  Ale wiemy także o euforii, zwłaszcza w chwilach bezpośrednio poprzedzających epileptyczny napad.

Książę Myszkin mówi o krótkiej fazie, „kiedy nagle wśród smutku, ciemności duchowych i przygnębienia chwilami jakby rozpłomieniał się jego mózg i z niezwykłą mocą natężały się jednocześnie wszystkie jego siły witalne”.

Umysł, serce, rozjarzały się niezwykłym światłem, wszystkie wzruszenia, wszystkie wątpliwości, wszystkie niepokoje od razu jakby się uciszały, przechodziły w jakiś idealny błogostan, pełen jasnej, harmonijnej radości i nadziei, łączyły się z Najwyższym Rozumem i Ostateczną Przyczyną.

Te przebłyski poprzedzały atak, ale były znakiem „wyższego odczuwania i wyższej świadomości”.

Za tę jedną chwilę można by oddać życie!

Mereżkowski mówił o „zbrodniczej żądzy poznania” Dostojewskiego, o nieposkromionej chęci, by zajrzeć do najgłębszych zakamarków duszy – ale co miał robić?  Odrzucić epilepsję i nie zaglądać?  Tomasz Mann dodaje, że bezlitośnie odsłaniał w ten sposób głębię własnego sumienia.  U Goethego i Tołstoja znajdował Mann ukojenie, u Dostojewskiego piekielną tajemnicę.  Jego zdaniem, Dostojewski odczuwał przemożne poczucie winy, wzmożone świętą chorobą epilepsji.  Mann ośmiesza się niestety, przypisując padaczkę zboczonemu życiu seksualnemu (atak ma być „odkształconym aktem płciowym, mistycznym zboczeniem” – co jest kompletnym bełkotem).  Dostojewski miał narzucać swym monstrualnym bohaterom tajemne przewinienia, dyktowane własnym doświadczeniem.  Za fale szczęśliwości i euforii, mocy i rozkoszy, epileptyk – lecz także chory na postępowy paraliż, Nietzsche – płaci straszną cenę, toteż Nietzsche opisywał natchnienie jako stan demoniczny.

Pewne osiągnięcia poznawcze i duchowe nie wydają się możliwe bez obłędu, choroby i duchowej zbrodni; wielcy zaś chorzy są ofiarami, męczennikami, złożonymi w ofierze na rzecz ludzkości dla rozszerzenia jej doznań i poznania, mówiąc krótko, w imię jej wyższego zdrowia.

Choroba wyjawiała w nich coś istotnego, ale tylko dlatego, że byli nadzwyczajnymi ludźmi.  Z wyjątkiem określenia „wyższe zdrowie”, Mann trafia w sedno.  Dlatego życie obu myślicieli otacza mistyczna, niemal religijna aura.

Powracając do teoriopoznawczych badań nad mózgiem, muszę w tym miejscu uchylić się od potencjalnego zarzutu redukcjonizmu i podkreślić, że jakkolwiek ciekawe wydają mi się punkty zbieżne między epilepsją, a predyspozycją do pamiętania snów, to są one zaledwie możliwe i nie wolno traktować tych fizycznych związków w sposób deterministyczny, ani redukować arcydzieł do funkcji gęstości białej materii.  Zaznaczam tu zaledwie intrygujące koneksje.  Sny odgrywają ogromną rolę w jego powieściach, niezależnie od tego czy zauważymy u niego jakąś predyspozycję do ich pamiętania, czy nie.

Druga żona Dostojewskiego, Anna Grigorjewna, delikatnie zbeształa go kiedyś za poważne traktowanie snów, ale Fiodor odparł z powagą:

Proszę, nie śmiej się.  Przywiązuję ogromną wagę do snów.  Moje sny są zawsze prorocze.

Sam Dostojewski świetnie tłumaczy rolę snów w swoich powieściach, kiedy każe księciu Myszkinowi rozmyślać nad splotem niedorzeczności sennych, w których kryje się myśl, „myśl już realna; coś, co przynależy do jego obecnej egzystencji, coś, co istnieje i zawsze istniało w jego sercu; jakby ten sen obwieścił człowiekowi coś nowego, proroczego, na co człowiek z utęsknieniem czekał; wrażenie jest silne, radosne albo męczące, ale na czym ono polega i co obwieszcza – tego człowiek nie może ani zrozumieć, ani sobie przypomnieć”.

Główny bohater mało znanej i zupełnie niedocenionej powieści pt. Wieczny mąż, Wielczaninow, jest bardzo odległy charakterem od typowego marzyciela z wczesnych powiastek Dostojewskiego: stoi mocno stopami na ziemi, jest światowcem, potrafi być, jeśli mu się tylko chce, wytwornym bawidamkiem i duszą towarzystwa.  Kiedy jednak, na skutek drobnych niepowodzeń, popada w hipochondrię i zaczyna gnębić go insomnia, nawiedza go koszmar senny, w którym bije niewinnego człowieka – i nie może się otrząsnąć z przytłaczającego wrażenia snu.  Lekarze zalecają środki na przeczyszczenie…  Nawet on, ten twardy realista, zadaje sobie pytanie, czy dziwna postać w żałobie, która pojawia się uporczywie na jego drodze, to jakaś fantasmagoria?  Po czym już wprost pyta z wściekłością Trusockiego, czy jest marą, czy snem?

Ten sam sen powraca do chorego, rozgorączkowanego Wielczaninowa w kluczowym momencie powieści, ale tym razem śni, że nie śpi, tylko majaczy w pół-świadomym delirium, aż budzi go dzwonek – we śnie, nie na jawie! – i wyłącznie dzięki tej wyśnionej pobudce potrafi odeprzeć morderczy atak – na jawie, nie we śnie.

W tejże powieści, odbywa się gra towarzyska, podczas letniego przyjęcia w ogrodzie: towarzystwo bawi się w odgadywanie przysłów.  Jedno z przysłów mogłoby być mottem dla pewnej części twórczości Dostojewskiego:

Straszny sen, ale Bóg jest miłosierny.

O ile Trusocki jest innym wcieleniem Podziemnego Człowieka, to Wielczaninow jest być może odbiciem Raskolnikowa i Swidrygajłowa.  Wszyscy trzej są przekonani o swej własnej wyższości, o panowaniu nad zewnętrznym światem, o swojej – nazwijmy to tak niezgrabnie – podmiotowości, ale odkrywają z przerażeniem, że są igraszkami jakichś nieokreślonych sił.  Sny są pomostem, łączącym ich z tymi wyższymi mocami, podobnie jak przeczucie ataku padaczki było iluminacją dla księcia Myszkina.

Źródło:
Adres artykułu: https://wydawnictwopodziemne.com/2026/05/16/sen-raskolnikowa-czesc-xiv/
Kategorie: Michał Bąkowski, Sen Raskolnikowa
Zamknij
 |  https://wydawnictwopodziemne.com/2026/05/16/sen-raskolnikowa-czesc-xiv/